Seifer z trudem otwarł jedno oko i ziewnął przeciągle. Squall okazał się rannym ptaszkiem. Znowu wstał bardzo wcześnie. Przecież nie musieli zrywać się bladym świtem!
- Leonhart, jeszsze jes siemno - zaspany blondyn próbował przemówić do rozsądku koledze.
- Zaraz wzejdzie słońce. Ale jak chcesz, to jeszcze nie wstawaj - zmiękł Squall. - Pójdę się przejść po okolicy.
Po jego odejściu Seifer zamierzał zapaść z powrotem w drzemkę. Nagle jednak uderzyła go myśl, że nie powinni się rozdzielać, przebywając na potencjalnie niebezpiecznym terenie. A jak Squallowi coś się stanie, gdy on się tu będzie wylegiwał? Poderwał się jak dźgnięty nożem i chwyciwszy Hyperiona, pognał w stronę, w którą - jak sądził - udał się komendant.
- Leonhart! Squaaally!
Zdjął go okropny lęk. Kolegi nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Przecież nie mógł się oddalić zbyt daleko w tak krótkim czasie. Seifer stanął nad brzegiem paskudnych bagien, walcząc z sugestywnymi wyobrażeniami. "Co, jeśli Squall tu wszedł i się utopił?" Był już niemal gotów wkroczyć na trzęsawiska i rozpocząć poszukiwania, gdy poczuł na ramieniu dłoń.
- Co tu robisz, Seifer?
Zanim sens pytania i zrozumienie, że Squallowi nic nie jest, dotarły do jego świadomości, zareagował odruchowo, zgodnie z przebytym treningiem. Podenerwowanie i napięte nerwy dokonały reszty. Chwycił dłoń napastnika i wyćwiczonym ruchem rzucił go na ziemię. W następnej sekundzie już wiedział, że popełnił wielki błąd.
- Almasy! Co ty do cholery wyprawiasz?!
Squall był naprawdę wściekły. Ten idiota wrzucił go do najgłębszej chyba kałuży błota w promieniu kilku kilometrów. Usiadł, czując strużki wody i błotnistej mazi spływające mu po plecach i twarzy.
- Przepraszam - powiedział potulnie blondyn, czując, jak omywa go fala wielkiej ulgi. Właśnie uświadomił sobie, jak bolesna była myśl o utracie Leonharta i ostatecznie pozbył się złudzeń, że cierpi na chwilową niepoczytalność. - Nie wiedziałem, gdzie poszedłeś i myślałem, że coś ci się stało.
- Co to ma wspólnego z wrzuceniem mnie w bagno? - warknął rozdrażniony brunet, ściągając z siebie jakieś wodorosty, które przykleiły mu się do włosów.
- Nie powinieneś się tak skradać - wytknął mu stropiony Seifer.
Spojrzał na towarzysza, który nadal siedział w środku bajorka. Kontrast między gniewnie ściągniętymi brwiami kolegi a nie pasującymi do tego groźnego wizerunku błotnistymi smugami na jego policzkach sprawił, że Seifer wybuchnął histerycznym śmiechem. Opadło z niego całe napięcie i nie mógł przestać się śmiać. Zdążył tylko zobaczyć charakterystyczny błysk w oczach Squalla, gdy zrozumiał, że popełnił właśnie drugi błąd. Squall podciął mu nogi i blondyn runął bezradnie do tego samego bajorka, rozbryzgując dookoła wodę. Rozzłoszczony komendant nie poprzestał na tym. Chwycił oszołomionego Seifera za koszulę i szarpnął go, bezlitośnie wpychając w najgorsze błoto.
- OK, OK, poddaję się! - zawołał zdesperowany gunblader, chcąc ułagodzić rywala. Squall nieczęsto się wkurzał, ale gdy już do tego doszło, był bardzo niebezpieczny. Blizna na czole przypominała mu o tym aż nadto dobitnie. "Niebezpieczny" Squall stanowił podniecającą opcję w innych warunkach, ale z pewnością nie w tej chwili. Zdecydowanie lepiej byłoby nie tonąć w bagnie.
Squall poczuł, że mija mu złość. Dotarło do niego, że Seifer po prostu się o niego... martwił. Seifer?! Zakłopotany swoim wybuchem, puścił sponiewieranego rywala i zszedł z niego, mruknąwszy:
- Niepotrzebnie mnie szukałeś. Jak widzisz, żyję i nic mi nie jest.
- Widzę właśnie - odparł cierpko Seifer, z trudem wyciągając ręce z bagna i wstając. - Po tej demonstracji nikt nie śmiałby wątpić w twoją żywotność.
- To ty zacząłeś.
- Ale ja zrobiłem to niechcący!
- Akurat.
- Co to miało znaczyć?!
- Nieważne.

- Zostań tu Seifer, ja zaraz wrócę - rozkazał Squall, gdy wrócili do tymczasowego obozowiska.
- Dokąd znowu się wybierasz? - zapytał blondyn, niezadowolony na myśl o ponownym rozdzielaniu się.
- Nad jezioro. Muszę się umyć z tego błota - syknął zirytowany Squall. - Nie widać?!
- Ja też muszę. To możemy iść razem - rozpromienił się Seifer. Przez mózg raźno przemknęły mu obiecujące obrazki z mokrym Squallem w roli głównej. Mokrym, bez ubrania... Chyba jednak odbicie tych myśli było widoczne na jego twarzy, bo komendant spiorunował go wzrokiem.
- Jeszcze czego. Pójdziemy osobno.
- Ale w pojedynkę jest niebezpiecznie. Pójdę z tobą i będę cię pilnował - zaproponował opiekuńczym tonem Seifer, próbując przywołać na usta niewinny uśmiech.
- Raczej gapił się.
- Nie mówię, że nie... - wymamrotał rozczarowany szermierz.
- Idę sam. A jeśli przyleziesz za mną i będziesz podglądał, to wypruję ci flaki - obiecał Squall, patrząc na niego spode łba.
Seifer skrzywił się z niezadowoleniem, ale nie śmiał kwestionować tej groźby.

Squalla nie było już strasznie długo. Seifer zaczął się niecierpliwić. "Ile czasu można się myć?" Spojrzał na zegarek i zorientował się, że minęło dopiero pięć minut. Dziwne, że ten czas tak się wlecze. "Powinienem iść sprawdzić, co ze Squallem. Nie, nie powinienem - dyskutował sam ze sobą. - Jak Leonhart zobaczy mnie nad jeziorem, to mnie zabije, a potem zrobi to jeszcze raz. Ale może tym razem naprawdę coś się stało? Nic się nie stało, szukasz pretekstu do pogapienia się na Squally'ego. Po prostu się martwię... Taa, jasne". Zmagał się znowu ze swoimi dwiema stronami - tym razem jednak wygrała ta nieprzyzwoita i Seifer udał się w kierunku jeziora z nieodłącznym uśmieszkiem na twarzy.
Starał się iść cicho, ale że nie był ani lekki, ani niski, skradanie nie wyszło mu zbyt imponująco. Już nie mówiąc o tym, że skradanie absolutnie nie leżało w jego naturze. Głośne nadejście - tak, by wszyscy słyszeli, to był jego styl. Nie zdążył nawet dotrzeć nad brzeg wody, gdy poczuł na karku dotyk zimnego metalu.
- Wiedziałem, że przyjdziesz.
Drgnął nerwowo, zrozumiawszy, że Squallowi ponownie udało się go zaskoczyć. Skąd ten drań miał takie zdolności? Łaził cicho jak cholerny kot!
- Dobrze mnie znasz - stwierdził z udawaną nonszalancją. Trochę martwił go jednak nieustający nacisk ostrza Revolvera na własnej szyi. I milczenie, bardzo niepokojące milczenie. Tak jakby Squall rozważał, czy skrócić go o głowę, czy - zgodnie z zapowiedzią - pozbawić wnętrzności.
- Poza tym słyszałem cię z daleka - oznajmił brunet, zabierając jednak gunblade'a z Seiferowego karku. Blondyn odetchnął z ulgą. Odwrócił się i spojrzał na bezgłośnego napastnika. Squall nie miał już na sobie ani śladu błota, przez ramię miał przewieszoną kurtkę i koszulę. W prawej dłoni trzymał Revolvera, z którym kark blondyna miał przed chwilą bliski kontakt. Oczekiwania Seifera zostały jednak odrobinę zaspokojone, gdyż zgodnie z życzeniem, Squall był mokry i częściowo pozbawiony ubrania. Niestety, blondyn wątpił, by prośba o zdjęcie spodni została przez kolegę powitana ze zrozumieniem.
- Jak mogłeś mnie słyszeć? Starałem się iść cicho - zaprotestował dotknięty Seifer.
- Cicho? Myślałem, że to stado Behemothów tratuje las.
- Skoro już jednak tu jestem, to możesz kontynuować swoje ablucje.
- Skoro już tu jesteś, to kąp się sam. Ja wracam - oznajmił sucho komendant, zbierając się do odejścia.
- Może umyjesz mi plecy, zanim pójdziesz? - rzucił propozycję rozbawiony Seifer.
Zdziwił się, że spojrzenie zwrotne kolegi nie zamroziło wody w jeziorze. Dał w końcu spokój żartom i ruszył w kierunku wody. Trzeba było pozbyć się błota, w którym Squally porządnie go wytarzał.
W połowie drogi powrotnej ciemnowłosy szermierz zatrzymał się i spojrzał w kierunku jeziora i kąpiącego się kolegi. Niemal niezauważalny uśmieszek pojawił się na jego ustach.