Większość dnia gunbladerzy poświęcili na obejście wielkiego jeziora dookoła. Późne popołudnie zastało ich przy drugim jego krańcu.
- Szlag! Skąd tu tyle komarów?! - złościł się Seifer, który nieustannie musiał odganiać się od krwiożerczych owadów. Jego kolega znosił te ataki ze stoickim spokojem, okazjonalnie rozpłaszczając jakiegoś nachalnego komara.
- Jesteśmy nad wodą. Niedaleko są bagna - wyjaśnił sucho Squall.
- To było pytanie retoryczne - sapnął poirytowany blondyn.
- Sam zapewniałeś, że to będzie "przyjemna plenerowa wycieczka" - przypomniał mu sarkastycznie brunet.
"Tak, ale miało nie być komarów, błota, łażenia i opornego Leonharta - pomyślał rozdrażniony Seifer. - Miała być ładna pogoda, zero wysiłku i Squally, który uległby przystojnemu koledze, czyli mnie, już w pierwszy dzień."
- Jak odejdziemy trochę w głąb lądu, powinno być lepiej - pocieszył go towarzysz.
Ilość dokuczliwych owadów spadła znacznie, gdy minęli zabagniony teren. Squall wybrał miejsce na nocny postój niedaleko brzegu. Po godzinie zaczęło się już zmierzchać, kiedy Seifer postanowił zrealizować kolejny pomysł.
- Chodź, przejdziemy się w jedno miejsce - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu i niezbyt delikatnie pociągnął kolegę za ramię.
- Nie szarp mnie, Almasy! - brunet o mało nie przewrócił się od niespodziewanego targnięcia. - Dokąd chcesz iść?
- Zobaczysz. To niespodzianka - uciął jasnowłosy szermierz.
Squall skrzywił się z niechęcią, poszedł jednak za nim. Uszli może kilkaset metrów, gdy Seifer zatrzymał się, kiwając do siebie głową z ukontentowaniem.
- To tu - oznajmił, wskazując niewielką łączkę na półwyspie wcinającym się łagodnie w jezioro.
Squall pytająco uniósł brwi. Zwykła łąka, nic specjalnego.
- Trawa jak każda inna - skomentował oschle.
- Przecież nie chodzi mi o trawę! - zniecierpliwił się blondyn. - Zresztą... Siadaj!
Popchnął zaskoczonego kolegę na ziemię i zanim Squall zdążył się oburzyć na takie bezceremonialne traktowanie, usiadł obok niego.
- Popatrz tam - machnął ręką w odpowiednim kierunku.
Squall spojrzał posłusznie. Na horyzoncie widać było zachodzące słońce. Krwistoczerwone promienie odbijały się w falach jeziora, które zwielokrotniały jeszcze bardziej ich blask. Squall patrzył chwilę na to zjawisko, zastanawiając się, czy powinien zauważyć coś nietypowego. Po co Seifer mu to pokazywał?
- Zachód słońca - stwierdził oczywistość, patrząc bez wyrazu na blondyna.
- I to ładny zachód - skomentował Seifer, przyglądając się z uśmiechem skonsternowanemu Squallowi.
- Co to za wygłupy?
- To nie wygłupy. Nigdy nie oglądałeś z kimś zachodu słońca? - zdziwił się fałszywie jasnowłosy szermierz.
- Więc mam tu z tobą siedzieć i gapić się, jak słońce zachodzi, tak? - spytał chłodno Squall. Almasy był nieprzewidywalny i miewał idiotyczne pomysły. Przynajmniej ostatnio.
- To tylko przez chwilę. A potem poczekamy, aż zrobi się ciemno i-
- I co, przyjdzie kolej na gapienie się w gwiazdy? - zadrwił Squall.
- Z ust mi to wyjąłeś! - ucieszył się Seifer, udając, że nie zrozumiał kpiny. - Podobno ostatnio lubisz patrzeć na gwiazdy, Squally. Szczególnie na spadające.
- Ja?! Kto ci naopowiadał takich idiotyzmów? - oburzył się rzekomy miłośnik spadających gwiazd.
- A co, nie jest tak? Kinneas mi coś o tym wspominał - oznajmił niewinnie blondyn.
- Nonsens - mruknął Squall.
- Jeszcze tylko kilka minut i zrobi się całkiem ciemno - Seifer zachęcająco poklepał po ramieniu towarzysza opornego na uroki przyrody.
- Idę stąd. Nie mam zamiaru się wydurniać! - oświadczył gburowato brunet, wstając z ziemi.
Nie zdążył nawet się wyprostować, gdy momentalnie został ściągnięty z powrotem. Seifer miał dobry refleks. Pociągnięty za rękę Squall ponownie klapnął na trawę.
- Puszczaj mnie w tej chwili! - rozzłościł się ciemnowłosy szermierz. - Co ci odbiło?!
Podenerwowany Squall rozważał kuszącą opcję użycia prawego sierpowego, by uwolnić swój nadgarstek, tkwiący w dłoni kolegi. Zanim jednak zdążył zrealizować ten zamysł, Seifer odezwał się zaskakująco łagodnym i nalegającym tonem:
- Puszczę cię, ale obiecaj, że nie pójdziesz.
Brunet przez chwilę walczył z narastającym zniecierpliwieniem. Wreszcie jednak poddał się i powiedział niechętnie:
- Dobra, zostanę. Puszczaj.
- Świetnie, Squally - uradował się blondyn. - Połóż się.
- Co, znowu?! Po co?
- A jak chcesz oglądać gwiazdy? Na siedząco?
- W ogóle nie chcę ich oglądać! - odciął się Squall, wyciągając się jednak na trawie i podkładając sobie ramiona pod głowę.
- Nie bądź taki entuzjastyczny - zakpił Seifer, rozwalając się wygodnie obok niego w tej samej pozycji.
- Spójrz trochę na prawo od tego jasnego punktu - blondyn wskazał towarzyszowi właściwe miejsce na nieboskłonie. Niechęć Squalla nie była w stanie zmącić jego dobrego nastroju. - Widzisz ten wężyk, składający się z sześciu gwiazd?
- Mhm.
- Wiesz, jak się nazywa?
- Nie.
- To Lewiatan - oznajmił Seifer, dumny ze swojej wiedzy. - A jak spojrzysz trochę na prawo od jego ogona, są takie cztery mniejsze gwiazdy. Widzisz je?
- Widzę.
- Co ci to przypomina?
- Nic.
- No jak to? Zobacz, tu są łapy, tu głowa... nie poznajesz?
- Nie.
- Przecież to Gwiazdozbiór Grendela! - zniecierpliwił się Seifer. - Jak można tego nie widzieć?
- To tylko kilka gwiazd tworzących czworokąt - powiedział bezdusznie Squall.
- Psujesz nastrój - zbeształ go kolega. - Postaraj się bardziej. Patrz, co to może być na samym środku? Widzisz? Takie duże.
- Księżyc?
Seiferowi opadły ręce. W całym wszechświecie nie znalazłby drugiego człowieka tak doszczętnie wypranego z romantyzmu, jak Leonhart.
- No dobra, nie o to mi chodziło, ale niech ci będzie. Księżyc. Pięknie wygląda, no nie? Kratery i puste przestrzenie...
- Puste, bo pozbył się potworów - obwieścił złośliwie Squall. - Wszystkie spadły na nas.
- Hej, nie zaczynaj znowu! - skarcił go zdenerwowany blondyn. Zerknął na kolegę i zorientował się, że ten uśmiecha się pod nosem. Pięknie. Leonhart i jego ekscentryczne poczucie humoru. Dziwne, że w ogóle ma jakieś.
- W porządku, dam ci ostatnią szansę na zgadnięcie - ogłosił pozbawionemu wyobraźni brunetowi. - Przyjrzyj się uważnie tym ośmiu gwiazdom, tak bardziej na lewo. Widzisz?
- Tak.
- Wysil się trochę. Co one ci przypominają? Powinieneś to wiedzieć - naciskał Seifer.
Squall jęknął w duchu. Almasy jak się do czegoś przyczepi, to koniec. Musi coś powiedzieć, bo inaczej kolega nie da mu spokoju przez pół nocy, każąc zgadywać.
- Rozkwaszony Funguar.
- No no, rozkręcasz się! - roześmiał się Seifer. - Nie trafiłeś, ale dobrze ci idzie. Próbuj dalej.
- Seifer, ja naprawdę nie...
- Co, tak szybko się poddajesz? Dalej, zgaduj. Na co ci to wygląda?
- Wnętrzności Chimery.
- Bardzo śmieszne. No? Jak myślisz, co to może być za konstelacja?
- Konstelacja Chce Mi Się Spać A Jutro Czeka Dalsza Misja - zajadowicił dowódca.
- Jesteś strasznie przyziemny - zganił go Seifer.
- Przypomnę ci to jutro rano, kiedy nie będziesz mógł się dobudzić - odparował Squall, wstając z trawy.
Seifer westchnął ciężko, ale podniósł się również.
- To Konstelacja Lwa, dlatego ci ją pokazywałem. Myślałem, że ci się spodoba - wyjaśnił z rezygnacją, ruszając powrotną ścieżką.
Squall spojrzał na rozżalonego towarzysza, wlokącego się smętnie ze spuszczoną głową. Zrobiło mu się przykro i pożałował swojego zachowania. I to akurat, gdy Almasy nie był wcale złośliwy. Popatrzył ponownie na niebo. Lew? Może rzeczywiście...
- Zaczekaj, Seifer! Właściwie możemy tu zostać jeszcze trochę - rzucił w stronę kolegi, nadrabiając miną.
Seifer uśmiechnął się domyślnie, zawracając.
