Poranek piątego dnia zapowiadał się całkiem ładny. Seifer postanowił spędzić go nieco inaczej niż do tej pory.
- Zróbmy sobie małą przerwę w poszukiwaniach. Wczoraj nadgoniliśmy planowaną trasę. Chodźmy na ryby.
- Co? - zaskoczony Squall przez chwilę patrzył na kolegę, jakby ten był niespełna rozumu. - Seifer. Przyjechaliśmy tu zlikwidować smoka, a nie odpoczywać!
- A kto mówi o odpoczywaniu? Pójdziemy złapać sobie śniadanie. Mam już dość tego świństwa, które mamy ze sobą - powiedział z obrzydzeniem Seifer. - Nie mów, że tobie to smakuje.
- Nie - mruknął Squall. - Ale nie musi smakować. To po prostu białko, aminokwasy, sole i witaminy. Wszystko, czego potrzeba.
"Typowy Leonhart. Wykład o użyteczności podłego żarcia".
- Dla mnie to są obleśne gluty - oświadczył. - Chodź, to nie zajmie dużo czasu. Nie wolałbyś zamiast tego paskudztwa zjeść rybę?
- No dobra, jak chcesz, to chodźmy. Ale najwyżej dwie godziny i musimy iść dalej.
- Tyle wystarczy - uradował się Seifer. - Mam dla ciebie zapasową wędkę. Łowiłeś kiedyś?
Komendant potrząsnął głową przecząco.
- Masz szczęście, Squally. Trafiłeś na mistrza wędkarskiego - napuszony Seifer wskazał na siebie - więc patrz i ucz się.
Przez kilka minut niezwykle dumny z siebie mistrz instruował swojego ucznia z technik łowienia. Squall słuchał uważnie wykładu przejętego swą rolą Seifera. W końcu teoretyczne szkolenie się zakończyło i obaj udali się na brzeg jeziora. Seifer wybrał odpowiednie miejsce, po czym obaj zasiedli nad wodą. Siedzieli tak już dobry kwadrans, nic nie mówiąc. Squallowi w zupełności to odpowiadało, ale Seifera zaczęło uwierać panujące milczenie.
- Wiesz, tak sobie myślałem... jak siedziałem w estharskim kiciu i zaczynałem myśleć, że utknę tam do końca życia...
Squall skrzywił się, niezbyt uszczęśliwiony poruszeniem tego wątku i refleksyjnym nastrojem Almasy'ego. Nie cierpiał takich rzeczy, bo zwykle nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć.
- ...i akurat wtedy się zjawiłeś, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Miałem kiedyś to głupie marzenie o byciu rycerzem, pamiętasz? - ciągnął wyznania Seifer. - Ale ja byłem dennym rycerzem. Ty zrozumiałeś to o wiele lepiej.
- Co za pierdoły! - powiedział opryskliwie komendant, mając gorącą nadzieję, że kolega zamilknie albo chociaż zmieni temat na mniej żenujący.
- Ale kiedy właśnie przybyłeś mi na pomoc jak prawdziwy rycerz. Rycerz Smętnego Oblicza co prawda, ale nie zamierzam narzekać - zarechotał Seifer, kładąc Squallowi dłoń na ramieniu.
- Gadasz jak połamany - zdenerwował się smętny rycerz, zrzucając rękę kolegi.
Dotyk Seifera był niebezpieczny. Ilekroć Squall pozwalał Almasy'emu zbliżyć się do siebie za bardzo, rezultat bywał opłakany. Za pierwszym razem skończyło się to szramą na czole, za drugim - zaspaniem na misję.
- Słyszałem, że musiałeś negocjować z tatuśkiem - zagaił Seifer.
- Nie chcę o nim gadać.
- Tak się dla mnie poświęciłeś, Squally...
- Zamknij się, bo zacznę tego żałować - warknął komendant, ponownie zrzucając dłoń Seifera z ramienia.
I wtedy złapała się pierwsza ryba.
Obaj wędkarze wracali do obozowiska niespiesznym krokiem. Seifer był wściekły, gdyż nie złowił nic, a ten żółtodziób rybacki, który maszerował z niezmąconym spokojem u jego boku, złapał bez wysiłku kilka sztuk. Po jakimś czasie blondynowi wreszcie przeszła złość, tym bardziej, że Squall w żaden sposób nie skomentował tej haniebnej porażki. W takich przypadkach milczenie rzeczywiście było złotem.
- Nieźle jak na pierwszy raz - pochwalił więc wspaniałomyślnie swojego podopiecznego.
- Dzięki.
Po przybyciu na miejsce Seifer zajął się przekształcaniem złowionych ryb w jadalne danie, nie omieszkawszy pochwalić się, jakim to genialnym jest kucharzem. Squall pomyślał, że jeśli tak samo genialnym, jak wędkarzem, to chyba będą musieli wrócić do jedzenia wzgardzonych "glutów". Zachował jednak te myśli dla siebie, pozwalając towarzyszowi upajać się myślą o własnej wspaniałości.
Usiadł na kamieniu i nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się koledze, który wyciągnął skądś patelnię i całą masę pakunków niewiadomego przeznaczenia. Squalla dziwiło, że Seiferowi chciało mu się nieść cały ten nabój bez pewności, że się przyda. Po niedługim czasie praca Seifera było skończona.
- Trzymaj, Squally - blondyn podał czekającemu cierpliwie koledze swoje rybne dzieło. - Gwarantuję ci, że padniesz z wrażenia.
Komendant spróbował nieufnie potrawy, jakby podświadomie oczekując, że wyskoczą z niej kolce i przebiją mu policzki. Po kilku sekundach zmienił zdanie na temat przechwałek kolegi. Tym razem drań miał wszelkie powody do chełpliwości. "Genialny drań" z rozbawieniem obserwował posilającego się dowódcę. Squall podniósł wzrok i zobaczył, że Seifer patrzy na niego, a na twarzy ma szeroki uśmiech.
- Co znowu? - mruknął zakłopotany.
- Nic, nic. Nie przeszkadzaj sobie.
Kiedy Squall skończył jeść, Seifer nie wytrzymał i zapytał:
- No i co, Squally, smakowało ci? Jest tak, jak mówiłem, co nie?
- Rzeczywiście - przyznał uczciwie brunet. - Może wolałbyś zmienić zajęcie? Z adiutanta na szefa kuchni w Ogrodzie? - zapytał nieco ironicznie.
- Ha! Uważasz, że jestem aż tak dobry? - wyszczerzył się dumny blondyn.
- Owszem - wymamrotał Squall.
- Moje obecne stanowisko zapewnia mi lepsze atrakcje - mrugnął do niego szelmowsko. - Ale, skoro chcesz, mogę od czasu do czasu być twoim prywatnym kucharzem.
Mimo wszystko pomyślał, że byłoby zabawnie móc wywalić z Ogrodowego jadłospisu te obrzydliwe hotdogi - po to tylko, by wkurzyć Dinchta. Myśl była kusząca.
- Nie to miałem na myśli - zmieszał się Squall.
- Spoko, i tak wiem, co chciałeś powiedzieć - poklepał go po plecach rozbawiony kolega.
U podnóża wzniesień, do których zmierzali obaj szermierze, rósł niewysoki, ale dosyć poplątany i gęsty las. Od pół godziny przedzierali się z mozołem przez okropne krzaki i badyle, spowalniające znacznie ich marsz.
- Nie wiem, po co wleźliśmy w ten las, niech go jasny szlag trafi - narzekał rozdrażniony Seifer, po raz dziesiąty od chwili, gdy wkroczyli w głąb puszczy.
- Bo to najkrótsza droga w góry, a tam może być smok - przypomniał mu Squall, również po raz dziesiąty, i jak sobie obiecał, ostatni.
Zatrzymali się na krótki odpoczynek pod wysokim drzewem. Seifer z obrzydzeniem ściągnął z siebie pajęczyny i liście, które utkwiły mu we włosach. Squall zrobił to samo, choć wiedział, że to nie ma wielkiego sensu, skoro za chwilę znowu wejdą w zarośla i leśne 'ozdoby' pojawią się na powrót.
- Czekaj, jeszcze z tyłu masz pełno śmiecia - oznajmił blondyn, strzepując koledze z pleców zabłąkane liście. Przesunął dłonie po jego bokach, ignorując ostrzegawcze syknięcie Squalla:
- Seifer, zabieraj ręce!
- Miałeś tam przyczepione pajęczyny - tłumaczył się niezłomny podrywacz, ani myśląc odkleić się od niego. Jakoś tak dłonie mu się zabłąkały w okolicę Squallowych pośladków... A gdy to już nastąpiło, poczuł nagle, jakby jego żołądek spotkał się z taranem. Osunął się na kolana, lądując na leśnej ściółce i z trudem łapiąc powietrze. "Czemu Leonhart ma takie twarde pięści?" - pomyślał z pretensją. "...i charakter."
- Ostrzegałem - wycedził komendant, patrząc spode łba na pozbawionego oddechu, klęczącego Seifera. Tym razem nie było mu go żal. Ani trochę.
- Tch... - zdołał tylko wysapać blondyn. W końcu wstał jakoś i dołączył do swojego niewzruszonego dowódcy.
Na razie nie był w nastroju do dalszych prób. Na razie.
Seifer podniósł głowę i spojrzał na śpiącego towarzysza, jak zwykle obróconego doń plecami. Powoli i bardzo ostrożnie wyciągnął dłoń, chcąc go chociaż dotknąć, ale nie zdążył tego zrobić, gdy usłyszał jego zaskakująco przytomny i karcący głos.
- Almasy, gdzie się pchasz z łapami?
Squall nawet nie pofatygował się, aby odwrócić głowę w jego kierunku czy w ogóle się poruszyć. Seifer jak niepyszny zabrał rękę i odwrócił się tyłem do kolegi, mamrocząc pod nosem ze złością i przeklinając szósty zmysł Leonharta.
