- Spójrz Squally, tędy chyba będzie najwygodniej wejść - Seifer wskazał koledze niewielki uskok skalny.
Doszli na miejsce, czyli w góry, gdzie można było znaleźć jaskinie, potencjalne miejsce bytowania poszukiwanego smoka. Bestia nie lubiła zamieszkiwać blisko siedzib ludzkich i dlatego poszukiwali jej na tym wygwizdowie. Smok miał jednak duże terytorium i przemieszczał się po nim z łatwością. Nic więc dziwnego, że popadł w końcu w konflikt z mieszkańcami któregoś miasteczka, odstraszając potencjalnych turystów.
- Może być - skinął głową Squall. Mieli cały dzień na eksplorację jaskiń. Większość z nich łączyła się ze sobą w długie kompleksy.
- Podsadzić cię? - zażartował niepoprawny gunblader, kiedy komendant podszedł do skały.
Wybuchnął śmiechem, gdy Squall w mgnieniu oka obrócił się do niego przodem, plecami opierając się o głaz. Wyraz twarzy Leonharta był wart wszystkich pieniędzy świata. Blondyn nie mógł się uspokoić, śmiejąc się na całe gardło i klepiąc się z uciechą po udzie.
- Co w tym śmiesznego? - Squall zmrużył oczy z irytacją.
- Ty i twoja mina - śmiał się blondyn.
- Mamy robotę do wykonania - przypomniał ozięble brunet, wracając do wspinaczki.
Po kilkunastu minutach obaj szermierze stanęli u wejścia do wielkiej jaskini, pierwszego celu ich poszukiwań.

- Dzisiaj już chyba nie zdążymy stąd wyjść - uznał zafrasowany Seifer pod koniec 'dniówki'. - Trzeba by się wspinać po ciemku, a to nie jest zbyt bezpieczne.
- Będziemy musieli spędzić tu noc - zgodził się Squall, również niezbyt zadowolony. W grocie panował przenikliwy chłód i nie było z czego rozpalić ogniska. Obaj za długo zasiedzieli się na dole, penetrując system jaskiń i teraz musieli tu zostać aż do wschodu słońca, zapewniającego dostateczną ilość światła.
Wybrali najlepsze możliwe miejsce do spania, na piaszczystym i suchym spłachetku podłoża. Na szczęście jaskinia nie była wilgotna, bo byłoby jeszcze zimniej. Od góry przez szczelinę skalną wpadało światło księżyca, oświetlając słabym blaskiem leżących tropicieli smoka. Seifer swoim zwyczajem zerknął na spoczywającego obok towarzysza i zorientował się, że ten lekko drży. Bez namysłu chwycił go za ramię i szarpnął, zmuszając, by obrócił się do niego przodem.
- Czego chcesz? - wymamrotał niezadowolony Squall, nakrywając się ponownie i obrzucając go niechętnym spojrzeniem. Czy natarczywy kolega nie mógłby dać mu spokoju chociaż na czas snu?
- Czemu nie mówisz, że zamarzasz? - oburzył się szczerze Seifer.
- Nie z-zamarzam - zaprotestował brunet, bez powodzenia usiłując powstrzymać dreszcz.
- Przecież widzę, że ci zimno - skarcił go blondyn. "Leonhart zawsze był zmarzluchem".
- Może trochę - spuścił z tonu Squall. - A czyja to wina?
- Moja? - zdenerwował się troskliwy adiutant. - Niby czemu?
- Braki w odpowiednim wyposażeniu - wytknął kąśliwie brunet. - Kto się tym zajmował?
- No dobra, ale skąd miałem wiedzieć, że będziemy spać w zimnej jaskini? - usprawiedliwiał się zakłopotany Seifer. - Tego nie było w planie!
- Oczywiście - mruknął pod nosem Squall. - A "mapy są dla idiotów". Po prostu daj mi spokój i śpijmy już.
- Mowy nie ma - oznajmił stanowczo blondyn. - Połóż się obok mnie, Squally. Ogrzeję cię.
- Wolałbym raczej zamarznąć - prychnął oburzony chłopak.
- Jaja sobie robisz? - zbeształ go z niedowierzaniem Seifer. - Nie czas na głupią dumę. Poza tym to przecież standardowa procedura w nagłych wypadkach. Nie pamiętasz?
- Nieważne. Odczep się.
- A mnie się wydaje, że to początki hipotermii. Pamiętam to jeszcze ze szkolenia. Według mnie wykazujesz klasyczne objawy.
- Nic mi nie jest, do cholery!
- To właśnie jeden z objawów. Kiedy ofiara uważa, że wszystko z nią w porządku.
- Zmyślasz - nastroszył się Squall.
Seifer spojrzał na niego jeszcze raz i pociągnął go energicznie ku sobie. Rozdrażniony brunet postanowił wreszcie porządnie przyłożyć koledze i sprawić, żeby dał mu spać. Przez jakiś czas obaj nieustępliwie się szarpali, żaden nie chciał się poddać pierwszy. W końcu zdesperowany Seifer wysapał, chwytając Squalla za koszulę:
- Przypominam sobie kolejny fragment o hipotermii. Ten, dotyczący rozbierania.
- Tylko spróbuj, a wyjdziesz z tej jaskini w kawałkach! - rozeźlił się brunet, siadając i spoglądając na niego morderczym wzrokiem.
Chwilowe ciepło po walce z Seiferem szybko go opuściło i Squall zadrżał. Zimno stawało się coraz bardziej przejmujące. Seifer uniósł brew, obserwując ironicznie krnąbrnego towarzysza. Nie minęło nawet pół minuty, gdy uparciuch poddał się, czując coraz silniejsze dreszcze.
- No dobra - mruknął, układając się koło kolegi i pocieszając się, że to faktycznie standardowa procedura. - Ale trzymaj łapy przy sobie.
Seifer pozwolił sobie na uśmieszek triumfu. Zwycięskim gestem przyciągnął Leonharta do siebie i objął go mocno. Troskliwiej, niż przewidywały to jakiekolwiek procedury. Oddałby absolutnie wszystko, żeby móc tak codziennie zasypiać obok Squalla. Wiedział, że przepadł z kretesem.