- Jak ci się spało, Squally? - zapytał wesoło Seifer, który wyjątkowo obudził się wcześniej i spędził przynajmniej pół godziny na wpatrywaniu się w śpiącego towarzysza, przy czym szeroki uśmiech ani na chwilę nie opuszczał jego twarzy.
- W porządku - odpowiedział nieco jeszcze zaspany chłopak.
- Nie zamarzłeś? - zażartował blondyn.
- Przy tobie nie da się zamarznąć - wymamrotał brunet, nie do końca przytomnie.
- Uznam to za komplement - wyszczerzył się radośnie Seifer.
Squall zerknął na niego, po czym mruknął coś niezrozumiale, zrzucił z siebie jego rękę i wstał.
- Pospieszmy się. Dziś ostatni dzień misji, musimy wreszcie dorwać smoka.
Jasnowłosy szermierz westchnął, witając powrót obowiązkowego i rzeczowego Squalla.
Seifer szedł za swoim dowódcą, ze wzrokiem jak zwykle utkwionym w miejscu, gdzie tak rozkosznie kończyły się plecy Squalla. Zafascynowany tym widokiem, przestał patrzeć pod nogi i nie zwracał uwagi na otoczenie. Nic więc dziwnego, że gdy komendant nagle stanął, Seifer nie zdążył się zatrzymać. Wpadł na niego z impetem i przewrócił go na ziemię.
- Seifer! - sapnął zaskoczony Squall, oszołomiony siłą zderzenia. - Co ty wyprawiasz?
- Potknąłem się...
- Na równej drodze? - warknął zdenerwowany brunet, próbując oswobodzić rękę.
- Na równej drodze też można się potknąć - przytaknął Seifer z zuchwałym uśmieszkiem, unosząc się nieco na łokciach i zerkając na leżącego pod nim komendanta. - Wystarczy moment, gdy coś ekscytującego cię rozproszy, i gotowe!
- Nieważne - rozzłościł się Squall. - Złaź ze mnie, kretynie.
Seifer miał szczery zamiar posłuchać. Naprawdę. Ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę, to kolejne baty od wkurzonego Squalla. Zdążył tylko podnieść wzrok, gdy zauważył nieopodal poszukiwanego Ruby Dragona. Potwór szedł w ich kierunku, ale ich nie widział, gdyż byli ukryci za wysokimi zaroślami. Istniała szansa, że ich minie i nie zauważy, jeśli będą siedzieć cicho. Atak smoka w momencie, gdy byli nieprzygotowani, równałby się niemal na pewno śmierci. Lepiej było poczekać, aż bestia się oddali i wtedy uderzyć na nią z zaskoczenia.
- Ruby Dragon! - syknął niemal bezgłośnie Squallowi do ucha. - Leż spokojnie i się nie ruszaj, może nas nie wykryje.
Ciemnowłosy szermierz zamarł posłusznie w bezruchu, gdy Seifer przycisnął go do ziemi i sam pochylił głowę, żeby smok go nie zauważył. Mimo zagrożenia i adrenaliny pulsującej w żyłach - a może właśnie dzięki niej - Squall częścią świadomości zarejestrował ogarniające go niezwykłe uczucie. Czuł ciężar potężnego ciała swojego towarzysza, a jego oddech łaskotał go w kark, gdyż blondyn niemal wtulił tam swoją twarz. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dziwny, bardzo dziwny, można nawet powiedzieć, że niepokojąco przyjemny dreszcz, gdy Seifer poruszył się, ocierając przypadkowo udem o jego biodra.
- Jest teraz trzydzieści metrów od nas - powiedział cicho jasnowłosy obserwator, zerknąwszy na zagrożenie. Ponownie opuścił głowę na ramię Squalla, tym razem kładąc ją na płask i policzkiem dotykając jego ramienia. Nie mógł się nie uśmiechnąć, napawając się każdą sekundą tej - wymuszonej, bo wymuszonej - ale niezaprzeczalnie przyjemnej bliskości. Smok wydał mu się teraz mało istotnym obiektem. W porównaniu ze Squallem Ruby Dragon po prostu nie miał najmniejszych szans.
- Odchodzi w kierunku skał - informował na bieżąco komendanta, szepcząc mu do ucha. - Chyba sobie poszedł - zdecydował, unosząc głowę i upewniając się.
- To dobrze - wymamrotał Squall. Próbował się skupić na smoku, ale nie potrafił zwalczyć narastającego w nim pragnienia. Nie chciał, żeby Seifer się odsunął. Nie chciał?! Powinien zrzucić bezczelnego adiutanta i wstać, a nie ...wylegiwać się pod nim. Jednak nadspodziewanie trudno było zmusić oporne ciało do działania.
- Trzeba by wstać i skosić tego smoka - zasugerował wreszcie rozweselony blondyn, wpatrując się w swoją ciemnowłosą zdobycz.
- Owszem - zgodził się odruchowo Squall, nie czyniąc jednak żadnego gestu, by wstać.
Seifer uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- ...ale możemy sobie jeszcze tak poleżeć, skoro ci się to podoba.
Dopiero te słowa otrzeźwiły oszołomionego bruneta, zupełnie jakby ktoś oblał go zimną wodą. Zepchnął śmiejącego się towarzysza i wstał, obrzucając się w myślach wszystkimi znanymi sobie przekleństwami.
- Chodźmy wreszcie zlikwidować tego smoka. O ile go nie zmyśliłeś - dodał sarkastycznie.
- Smok był prawdziwy - zapewnił Seifer radośnie. - Ale wiem, o co ci chodziło.
Squall nie zamierzał wikłać się w gierki słowne z wygadanym kolegą, na zwycięstwo w których nie miał najmniejszych szans.
- Idźmy już - wzruszył ramionami i sięgnął po upuszczonego przy upadku Revolvera.
Wysokiemu szermierzowi całkiem zaparło dech, gdy Leonhart schylił się po broń. Stanowczo, to było zbyt wiele jak na biedne nerwy blondyna, dodatkowo podrażnione po bliskim spotkaniu ze Squallem sprzed minuty. "Do dwóch razy sztuka", pomyślał niejasno. Jak w zwolnionym tempie widział własną dłoń, zbliżającą się do perfekcyjnych pośladków komendanta. Donośny odgłos klaśnięcia wyrwał Seifera z transu i sprawił, że zaszokowany Squall wyprostował się błyskawicznie, ponownie wypuszczając z dłoni Revolvera. Obrócił się, odruchowo chwytając za miejsce kontaktu z Seiferową dłonią i zwracając przestraszone spojrzenie na napastnika. Rzeczony napastnik miał ochotę roześmiać się na widok jego konfuzji.
- Za co to? - wymknęło się Squallowi. - To znaczy - poprawił się ze złością - co ty do cholery robisz?!
- Kto wypina, tego wina - Seifer z uciechą zacytował starą i durną rymowankę. - A co, fajnie było, no nie? Mogę to powtórzyć, ile razy zechcesz - zaproponował z dwuznacznym mrugnięciem.
W następnej sekundzie nie było mu już do śmiechu, gdy pięść wściekłego Squalla spotkała się w bardzo przykry sposób z jego twarzą, a Seifer zrozumiał aż nadto dokładnie sens powiedzenia "zobaczyć gwiazdy". W dodatku wszystkie konstelacje naraz, z Konstelacją Lwa na czele. Rozsierdzony brunet odwrócił się wyniośle i pomaszerował w kierunku kanionu, ku któremu oddalił się smok. Seifer podniósł się powoli na klęczki. Potrząsnął kilka razy głową, chcąc pozbyć się zamroczenia po ciosie. Wreszcie wstał z ziemi nieco chwiejnie, podpierając się Hyperionem.
- Choćbyś mi nawet połamał wszystkie kości, i tak w końcu będziesz należał do mnie, Leonhart! - powiedział z żelazną determinacją i udał się w ślad za swoim dowódcą.
Po bezproblemowym zaszlachtowaniu smoka i wypełnieniu zadania szermierze wrócili do Ogrodu. Seifer był niepocieszony, że kolega nie dał się definitywnie poderwać, choć pewnym pocieszeniem był fakt, że Squall przestał być taki kolczasty, jak na początku. Wmaszerowali zgodnie przez bramę, tuż za nią spotykając oczekującego ich Zella. Pięściarz poderwał się żywo z miejsca na ich widok.
- Yo, Squall! - przywitał się w swoim stylu z przyjacielem i spojrzał niechętnie na jego towarzysza. - Almasy.
- Też się cieszę, że cię widzę, matole - prychnął drwiąco wysoki blondyn.
Zell zacisnął pięści, czując momentalną złość. Z najwyższym trudem opanował się, by poinformować komendanta:
- Squall, Xu prosiła, żebyś do niej przyszedł zaraz jak wrócisz. Coś nagłego wypadło.
Ciemnowłosy gunblader bez słowa skinął głową.
- To na razie, Squally! Zobaczymy się za pół godziny u ciebie - Seifer zawołał z nadzieją za oddalającym się brunetem.
Squall podniósł rękę na znak, że przyjął to do wiadomości. Zell wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy na milczącego przyjaciela, który na odchodnym rzucił Almasy'emu tęskne spojrzenie. Squall nie zwykł rzucać tęsknych spojrzeń. Nikomu. Nigdy. Zadziwiony fighter zwrócił wzrok na ciągle jeszcze stojącego obok Seifera, nawiasem mówiąc, również niezwykle się zachowującego.
- Almasy, co zrobiłeś Squallowi? - zapytał więc podejrzliwie.
- O co ci chodzi, Dincht? - zapytał roztargnionym tonem gunblader, nie patrząc wcale na niego, tylko na coraz bardziej malejącą w oddali sylwetkę komendanta.
- Zanim wyjechaliście, Squall zachowywał się normalnie, a teraz tak dziwnie na ciebie patrzy. I jak ty go nazwałeś?! Wiesz, że on nienawidzi tego zdrobnienia? Dziwię się, że za to nie oberwałeś.
Seifer wzruszył ramionami, nie poświęcając gadaniu Zella większej uwagi i nie siląc się na odpowiedź.
- ...musiałeś mu coś zrobić, łajdaku - upierał się chłopak. - Przyznaj się, użyłeś na nim jakichś magii statusowych, co? Pewnie nauczyłeś się nowych sztuczek, jak byłeś w Galbadii!
- Dincht, PRZY MNIE wszystkie magie wymiękają! - oznajmił arogancko Seifer, przerywając wreszcie Zellowi potok pretensji i lekceważąco odpychając kolegę na bok.
Zostawił go z szokiem wymalowanym na twarzy i odszedł. Chciał spotkać się z przyjaciółmi, a nie gadać z tym kurduplowatym pajacem.
- Hej wam! - zawołał wesoło na widok Fujin i Raijina, oczekujących go w ich ulubionym miejscu spotkań na dziedzińcu.
- Cześć, stary. Jak tam twoja misja? - zapytał z wymownym mrugnięciem ciemnowłosy chłopak. Wlepił w przyjaciela uważny wzrok, to samo zrobiła jego towarzyszka. Po chwili oboje wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia i ryknęli śmiechem. Seifer ściągnął brwi z zakłopotaniem.
- Ej, co jest?
- Może powinieneś zakładać hełm i ochraniacze, kiedy spotykasz się ze swoim ukochanym? - zasugerował uczynnie Raijin, co chwilę spoglądając na podbite oko blondyna i zaśmiewając się głośno.
- BIEDAK - pożałowała go nieszczerze Fujin, również nie mogąc pohamować wesołości.
- Bezduszne potwory - sarknął Seifer. - Pojęcia nie macie, co ja wycierpiałem! Squally ma ciężką rękę i zero zrozumienia dla moich uczuć.
- Teraz to się nazywa uczucia? - zainteresował się Raijin. - Przedtem mawiało się, że ktoś jest-
- NAPALONY - dokończyła Fujin.
Seiferowi nie było dane nacieszyć się towarzystwem Squalla. Resztę dnia komendant spędził razem z Xu, z którą debatował nad jakąś pilną kwestią. Na Seifera natomiast oczekiwał wyjazd na dwudniową misję do Deling. "W charakterze konsultanta, psia jego mać!" - zaklął chłopak, czytając opis zlecenia. Jego obecność była pożądana, gdyż znał nieźle to miasto i tamtejsze warunki. "Zapowiadają się same nudy", pomyślał. "Przecież nie pozwolą mi wziąć udziału w samej akcji."Owszem, jego gęba była raczej znana w Deling, ale i tak konieczność ukrywania się była wkurzająca. No ale nie miał żadnego wyboru, musiał jechać. Nazajutrz. Westchnął smętnie, z trudem godząc się na tak długie rozstanie z Leonhartem. Całe DWA, cholernie długie dwa dni. Wieczność.
- Jak tam sprawował się twój adiutant, Squall? - Xu powitała wesoło powracającego z misji szefa.
- W porządku.
- Bo z początku trochę się obawiałam, czy nie sprawi ci kłopotów - przyznała uczciwie dziewczyna. - Ale pomyślałam, że ty najlepiej dasz sobie z nim radę.
- Seifer zachowuje się całkiem ...przyzwoicie - zapewnił dowódca z miną, jakby połknął żabę, przypomniawszy sobie niestety akurat te momenty, których nie można określić mianem "przyzwoite".
- Jesteś pewien? - Xu zlustrowała go trochę nieufnym wzrokiem. - Wiesz, możemy go przenieść do innych zadań, jeśli chcesz. Mogę nawet zaraz wypisać mu inny przydział - zaproponowała, czując spóźnione ukłucie winy. Nie powinna była zwalać Squallowi na głowę tak kłopotliwego podkomendnego.
- Nie, nie trzeba! - ku jej zdziwieniu Squall gwałtownie zaprotestował.
Zakłopotany swoją reakcją, dodał już spokojniej:
- Wszystko jest pod kontrolą, Xu.
- Czyli to był dobry pomysł - podsumowała dziewczyna z ulgą, uśmiechając się szeroko.
- Tak - zgodził się z nią Squall, zastanawiając się tylko, z czego Xu jest właściwie taka zadowolona. - Może przejdźmy w końcu do tej sprawy z nowymi zleceniami...
