Pochmurne niebo nie dawało cienia nadziei na choćby kilka minut słońca, zwiastowało raczej rychły deszcz. Było chłodno i wiał przenikliwy wiatr, gdy do portu w Balamb wpłynęła łodź desantowa SeeD. Seifer wyszedł na górny pokład, czekając, aż przybiją do brzegu. Oparł się o reling i wychylił, spoglądając w dół na nabrzeże. Wiedział, że nie powinien niczego oczekiwać, ale nie mógł pozbyć się cichej i upartej nadziei, że może jednak... Kiedy już, zawiedziony, miał wrócić pod pokład, dostrzegł znajomą sylwetkę niedaleko wejścia do portu. Serce zabiło mu mocno na ten widok. Uśmiechnął się i przez dłuższą chwilę obserwował czekającego cierpliwie komendanta Leonharta.

- Seifer.
- Squally.
Wysokiemu blondynowi nie wystarczało takie lakoniczne powitanie, więc żartobliwym gestem rozpostarł szeroko ramiona i nie zwracając uwagi na deszcz, który perfidnie wybrał właśnie ten moment na lunięcie, zapytał kpiąco:
- Nie przywitasz się ze mną? Widzę, że bardzo się stęskniłeś, skoro wyszedłeś mi na spotkanie.
- Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele - nadąsał się Squall. - Przejeżdżałem tędy przypadkiem i...
Seifer zagryzł wargę, starając się nie parsknąć śmiechem. Leonhart był mało utalentowanym kłamcą, tym bardziej, że co najmniej dwudziestominutowe oczekiwanie trudno zaliczyć do "przypadkowego przejazdu". Opuścił ręce i przekrzywił głowę, przyglądając się spod oka nastroszonemu chłopakowi.
- Rozumiem - udał, że się z nim zgadza. - A więc, skoro już przypadkiem tu jesteś, to mogę ci od razu złożyć sprawozdanie. Przyjechaliśmy do Deling i wyobraź sobie, że ten imbecyl Moore na samym starcie spartolił połowę planu. Nie wziął w ogóle pod uwagę...
Squall patrzył na kolegę, nie poświęcając zbyt wiele uwagi jego raportowi. Stał, cierpliwie znosząc deszcz spływający po twarzy i okazjonalnie mrugając, gdy woda dostawała mu się do oczu. Czekał, aż Seifer skończy ględzić. Wreszcie poczuł, że ma tego wszystkiego dość i już dłużej nie wytrzyma. Seifer zerknął na niego i urwał w pół słowa. Mina Leonharta nie wróżyła niczego dobrego. Ponure wejrzenie spode łba.
- Coś nie tak? - spytał, stropiony, zastanawiając się, czym go wkurzył.
- Niech to cholerny szlag! - zaklął brunet, podchodząc bliżej, chwytając zaskoczonego chłopaka za nieogolony podbródek i całując.
Seifer kompletnie osłupiał, nie spodziewając się czegoś takiego po Squallu. I takiej agresywności. Przez moment obawiał się wręcz, że Leonhart zmiażdży mu usta. Zanim zdążył cokolwiek przedsięwziąć w tej materii, Squall puścił go i odsunął się. Seifer jednak doszedł już do siebie i energicznie przyciągnął go z powrotem. Spojrzał mu prosto w oczy. Jakim cudem uważał wcześniej, że są chłodne i nieprzyjazne? Musiał być ślepy.
- Squall, chcę wiedzieć, czy to było na serio, czy po prostu usta ci się tak ześlizgnęły? - uniósł pytająco brew.
Brunet spojrzał na niego z rezygnacją. Zamiast odpowiedzieć, pocałował go ponownie. Tym razem Seifer nie pozwolił mu się jednak tak szybko wywinąć.
- Hmm, jeśli znowu się poślizgnąłeś, to jesteś strasznie niezgrabny - zażartował zadowolony blondyn po bardzo długiej chwili. Delikatnym ruchem odsunął Squallowi z czoła mokre włosy.
- Mhm... Wracajmy do Ogrodu, coraz mocniej pada - powiedział w końcu zmoknięty komendant.
- Pada? Nie zauważyłem - zafascynowany blondyn nie potrafił oderwać od niego spojrzenia.
- Nie wygłupiaj się - mruknął Squall, jednak bez zwykłej oschłości w głosie. Seifer był pewien, że Leonhart powiedział to prawie z czułością.
- Czyli jednak mój podryw zadziałał perfekcyjnie.
Jasnowłosy szermierz miał wrażenie, że nadmiar szczęścia rozsadzi go na milion kawałków. Serce ciągle waliło mu jak szalone i nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
- Twoja zarozumiałość nie ma granic - sarknął Squall, delikatnie, ale stanowczo uwalniając swoją koszulę z chwytu Seifera. - Pewnie ci się wydaje, że mógłbyś uwieść każdego.
- A nie jest tak? Ciebie mi się w końcu udało - stwierdził przebiegle blondyn.
- Chciałbyś, żeby tak było - prychnął z politowaniem komendant.
- Co masz na myśli? - zapytał zaintrygowany Seifer, marszcząc brwi. - No przecież... Ejże! - zaczął powoli rozumieć. - Chcesz powiedzieć, że ty JUŻ WCZEŚNIEJ...?! ...we mnie?
Squall skrzywił się boleśnie i przyznał, patrząc pilnie na własne buty, jakby były najciekawszym obiektem na świecie:
- Tak.
Seifer spojrzał na niego i ryknął śmiechem. Brunet wsadził ręce do kieszeni i z niewyraźną miną przeczekiwał jego wesołość.
- No i z czego się śmiejesz, bałwanie? - mruknął wreszcie, speszony.
Wesołek otarł łzy z oczu, wziął głęboki oddech dla uspokojenia i wyjaśnił:
- Nie z ciebie, Squally. Z siebie. Pomyśleć, że niepotrzebnie się tak wysilałem przez ten tydzień!
Spojrzał na komendanta. Na jego ustach błąkał się ledwo zauważalny uśmieszek. Dobry humor Seifera zniknął w mgnieniu oka.
- Leonhart! Przez całą misję pozwalałeś mi robić z siebie idiotę! - wykrzyknął z oburzeniem. - I niesłusznie oberwałem od ciebie tyle razy. Czy tym razem wreszcie dobrze się bawiłeś? I to moim kosztem?
- Owszem - przyznał Squall nieco zuchwale. Z jego głosu przebijała nutka triumfu.
- Zimny drań.
- Zarozumiały kretyn.
- Nadęty ważniak.
- Bezczelny palant.
Po tych słodkich słówkach obaj przez chwilę mierzyli się szaroniebiesko-zielonymi spojrzeniami, aż w końcu Seifer przerwał to milczące starcie. Podniósł torbę z ziemi, wolnym ramieniem objął Squalla, który wreszcie nie zaprotestował, i obaj ruszyli w kierunku parkingu.
- Naprawdę uważam, że jesteś podstępnym skurczybykiem - oświadczył Seifer w połowie drogi. - Ciągle patrzysz na mnie wilkiem i milczysz, a potem - bach! Taka niespodzianka, że trudno się pozbierać. Zrobiłeś mnie w wała. Przez cały czas zachowywałeś się, jakbyś chciał mnie zamordować. Kto normalny domyśliłby się, że jest na odwrót?!
- Myślisz, że jesteś lepszy? - zrewanżował się Squall. - Jesteś bezczelny, denerwujący i arogancki. Zawsze robisz co chcesz i uważasz się za władcę wszystkiego. Jesteś uparty do niemożliwości. Upierdliwy. Nachalny. Próżny.
- Ale chyba cała lista moich wad, które byłeś uprzejmy wymienić, nie przeszkadza ci tak bardzo, skoro na mnie lecisz - zauważył śmiało Seifer. - A może właśnie taki ci się podobam?
Squall zawahał się chwilę przed odpowiedzią, po czym przyznał, wzdychając ciężko:
- To i to.
- Obiecuję więc, że nadal będę cię wkurzał ile wlezie - zachichotał szatańsko Seifer. Przyciągnął go bliżej, nachylił się do jego ucha i wyszeptał z nadzieją: - Masz jeszcze dla mnie jakieś niespodzianki na powitanie, Squally?
- Wsadzenie gunblade'a w brzuch spełnia to kryterium? - zaproponował ironicznie brunet.
- Nie reflektuję na takie atrakcje. Ale skoro już wspomniałeś o wsadzaniu, to mam lepszą propozycję - zasugerował nieprzyzwoicie Seifer. - Domyślasz się, jaką?
- Pewnie.
- Proszę, jaka zgodność! Skoro więc chcemy tego samego-
- Nie mówiłem, że tego chcę!
- Ale wyglądasz, jakbyś bardzo chciał.
- To złudzenie optyczne.
- Kiepska próba. Drugi raz już nie zrobisz mnie w wała, Leonhart.
- Mhm...
- Od razu lepiej.

- Miałeś rację, faktycznie pada. Trzeba będzie pozbyć się tych mokrych łachów.
- Wreszcie mówisz z sensem.
- Pójdziemy do ciebie czy do mnie?
- Rany, jesteś nieznośny!
- Daj spokój. Wiem, że ci się to podoba.
- Za dużo gadasz.
- Jak wrócimy, to obiecuję - zero gadania. Sama akcja!
- Mhm.
- Zimno ci? - zapytał troskliwie Seifer, zerkając na towarzysza, któremu przebiegł po plecach zauważalny dreszcz.
- Pewnie - burknął komendant. - Jestem przemoczony i wieje wiatr, jeśli nie zauważyłeś.
- Ale za to podniecająco wyglądasz, kiedy jesteś mokry - oświadczył figlarnie blondyn.
- Nie będę specjalnie marzł po to, żeby ci się przyjemnie patrzyło - nadąsał się Squall.
- Spoko, wymyśliłem już fajną rozgrzewkę - poinformował go uradowany Seifer. - Właściwie nie musimy czekać z nią do powrotu. Jak tylko dojdziemy do samochodu... No dobra, to w Ogrodzie - skapitulował, skarcony wzrokiem przez bruneta.

Obaj SeeD dotarli na parking, gdzie Squall zostawił samochód.
- Dawaj kluczyki, Leonhart. Ja prowadzę - zażądał władczym tonem Seifer, znaczącym gestem wyciągając dłoń w kierunku kolegi.
- Spadaj. Nie mam zamiaru po raz drugi wracać piechotą do Ogrodu - spławił go Squall.
- I to niby ja jestem złośliwy? - obruszył się blondyn. - Wtedy... wtedy to było co innego!
- Jasne.
- Widziałem, jak ty jeździsz. Co wyprawiałeś w Deling! - wytknął triumfalnie Seifer. - A ja zamierzam jeszcze trochę pożyć.
- To była nagła sytuacja, baranie! - zdenerwował się Squall, otwierając drzwi po stronie kierowcy, wsiadając i ucinając dalszą dyskusję.
Seifer łupnął ze złością pięścią w dach samochodu, ale usiadł na miejscu pasażera. Uznał jednak, że najwyższy czas, aby przytrzeć rogów niepokornemu Squallowi i nauczyć go, że nie zawsze i nie we wszystkim będzie komendantem. Uśmiechnął się diabelsko na myśl o tym, jak ekscytująca będzie ta nauka. I dobrze wiedział, od czego zacznie.

Kiedy dojeżdżali już do Ogrodu, Seifer zadał dręczące go pytanie:
- Czemu byłeś taki nieprzystępny, skoro ci się podobałem?
- Myślałem, że tylko robisz sobie ze mnie żarty - przyznał niechętnie Squall, ani na moment nie odrywając wzroku od drogi.
- A co sprawiło, że przestałeś tak myśleć? - kontynuował przesłuchanie zaintrygowany blondyn.
- Przywaliłem ci tyle razy, gdy się do mnie kleiłeś - zaczął Squall z wahaniem.
- Owszem - mruknął Seifer, krzywiąc się boleśnie na wspomnienie otrzymanych cięgów.
- A ty ani razu mi nie oddałeś - zakończył miękko Squall.
Seifer uśmiechnął się do siebie.

Objęci czule szermierze, wkraczający do Ogrodu, wywołali poruszenie wśród kadetów i załogi. Bystre ucho mogłoby wychwycić powtarzające się tu i ówdzie triumfalne szepty:
- Ha! Wygrałem! Dziewięć dni jak obszył! Dawaj moją kasę.
- Niech to Ifrit kopnie! Byłem pewien, że pójdzie im szybciej...
Pod koniec dnia sytuacja się odwróciła i nikt już nie wiedział, jak rozstrzygnąć zakłady. Dziewięć dni? Tydzień? Krócej?
Wśród obserwujących znalazł się również Nida. Wejście dowódcy, ściśle przyklejonego do swego adiutanta odebrało mu resztki jakichkolwiek nadziei, tlących się wytrwale nawet po niedawnej 'rozmowie' z Almasy'm.
"Trzymaj swoje lepkie łapy z dala od Leonharta, albo sprawdzisz na własnej skórze, jak szybko dolecisz z mostka na parter Ogrodu. Rozumiesz, złamasie?" - zawarczał Seifer, chwytając Nidę za kurtkę od munduru i podnosząc pilota bez żadnych trudności. Wywiesił go sugestywnie nad barierką. Nida szarpnął się przestraszony, nie wiedząc, czy Almasy'emu faktycznie nie strzeli do głowy, żeby zrzucić go na dół. Psychol. "Ja przecież nic... - próbował się bronić. - Tylko rozmawialiśmy". "Teraz nie będzie już żadnych rozmówek - poinformował go blondyn. - Trzymaj swój żałosny tyłek na mostku i nie pokazuj się więcej u Squalla." Postawił Nidę na podłodze, rzucił mu jeszcze groźne spojrzenie i wyszedł, trzasnąwszy dramatycznie drzwiami. Sądząc po reakcji pilota, który na miękkich nogach dobrnął do fotela przy pulpicie sterowniczym, obietnica lotu w dół wywarła odpowiedni efekt. Wizerunek nieobliczalnego szaleńca czasami jednak się przydawał, uznał Seifer, zaśmiewając się przez całą drogę powrotną do gabinetu dowódcy.
"Co Squall widzi w tym ordynarnym buraku?", pomyślał z rozgoryczeniem Nida. Nadzieja całkiem w nim zdechła. Boski komendant dał się omotać na dobre i wszelkie szanse dla pilota przepadły.

- Skąd ty masz tyle tych gratów? - wysapał Squall, z wysiłkiem taszcząc za równie obładowanym partnerem całe naręcze jakichś niezidentyfikowanych pudeł i innych klamotów.
Zaraz na drugi dzień po powrocie z Deling Seifer zdecydował, że wprowadzi się do Squalla. Pokój komendanta był trochę większy niż standardowe pokoje członków SeeD, a w każdym razie większy niż Seiferowa kwatera. Teraz byli właśnie w trakcie przeprowadzki.
- Nazbierało się trochę. Zastanawia mnie tylko, że nie było mnie tak długo, a nikt tego nie wywalił - zaciekawił się blondyn. - Wszystko było w magazynie.
- Tu nic się nie gubi - poinformował go urażony Squall.
- No tak, tak. Przy takim sumiennym dowódcy, to nic dziwnego - zreflektował się z chytrym uśmieszkiem Seifer. - Ale miałem nadzieję, że powiesz, że trzymałeś to wszystko z wielkiego uczucia do mnie.
- Jasne - prychnął rozbawiony chłopak. - I może spodziewasz się ołtarzyków ku swojej czci w moim pokoju?
- A co, nie masz żadnych? - blondyn wesoło podjął wątek. - Skoro jednak o tym pomyślałeś, to coś musi być na rzeczy.
Squall przewrócił oczami. Almasy potrafił wszystko przekręcić na swoją korzyść.
Dobrnęli w końcu do Squallowego pokoju. Seifer rozejrzał się niedowierzająco po pomieszczeniu.
- Tu ktoś mieszka? Czy może tornado wywiało ci wszystko przez okno? - zażartował.
- Lubię porządek - usprawiedliwił się komendant, stawiając przyniesiony ładunek pod ścianą.
Blondyn pokręcił głową z rozbawieniem. Pokój Squalla niewiele różnił się od jego gabinetu. Można by powiedzieć, że panował tu idealny ład, bardziej jednak pasował termin 'pustka'.
- Ten element wystroju będziemy musieli zmienić - roześmiał się Seifer, wskazując na łóżko - na większy. I wytrzymalszy - dodał figlarnie. - Nie chcemy chyba rozwalić kolejnego.
Brunet odchrząknął z zakłopotaniem, przypominając sobie okoliczności zniszczenia łóżka Seifera, jakiemu uległo w nocy. "Rozgrzewka" według pomysłu jasnowłosego szermierza nie przysłużyła się biednemu meblowi zbyt dobrze, choć Squall nie zamierzał na nią narzekać. Wręcz przeciwnie.
- Ha! Dobry byłem, co nie? - zapytał dumnie Seifer, bystrze zauważając lekki uśmiech na ustach Squalla i nieco rozmarzone spojrzenie.
Komendant stłumił cisnące mu się natrętnie na usta słowa: "Jeszcze jak". To całe zakochanie przysparzało mu więcej kłopotów, niż się spodziewał. Bez przerwy gnębił go obrzydliwie radosny wewnętrzny głos, wykrzykujący peany na cześć Almasy'ego. Squall nie miał bladego pojęcia, skąd mu się to brało i pilnował się, by nie chlapnąć czegoś kompromitującego. Gdyby miał ulec temu denerwującemu głosowi, musiałby przez cały czas wpatrywać się w Seifera z uwielbieniem w oczach jak skończony kretyn. Niedoczekanie. Sfrustrowany, pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, to nabawi się schizofrenii. Czy wszyscy w tej sytuacji tak mieli, czy tylko on?
- Chodźmy po resztę twoich rzeczy - ponaglił partnera, z wysiłkiem przywołując na twarz neutralny wyraz i ignorując zadane pytanie.
Po kolejnych trzech kursach na trasie pokój Seifera - pokój Squalla, udało im się wreszcie przenieść cały dobytek jasnowłosego szermierza. Squall spojrzał z niedowierzaniem na potężny stos, piętrzący się na środku podłogi.
- Nie wiem, gdzie i jak zamierzasz to poupychać - pokręcił sceptycznie głową.
- Spoko, szefie. Wszystko się zmieści - Seifer beztrosko zbagatelizował jego obawy i zabrał się energicznie do układania.
Squall usiadł na łóżku i przez chwilę obserwował wysiłki świeżo upieczonego współlokatora, ale potem zajął się czytaniem. Nie upłynął nawet kwadrans, gdy usłyszał zafrasowany głos:
- Squally, potrzebne ci te wszystkie gazety? Mogę je wywalić?
- Nie.
- Po co ci one? I tak już do nich więcej nie zajrzysz, bo będziesz miał wieczorem lepsze zajęcia - Seifer uśmiechnął się uwodzicielsko, wymachując niedbale plikiem magazynów.
- Zbierałem je kilka lat - wymamrotał obronnym tonem brunet.
- Nie mam miejsca na wędki - przyznał Seifer. - Akurat by się ładnie zmieściły na miejscu tych twoich romansideł.
- To są opowiadania wojenne! - oburzył się Squall.
- Jak zwał, tak zwał - podsumował bezdusznie blondyn. - To mogę się ich pozbyć?
- No dobra, skoro musisz - skapitulował komendant, melancholijnym spojrzeniem żegnając swoją kolekcję, bez szacunku wywaloną przez Seifera do pudła ze śmieciami.
- A ten chłam na dolnej półce? Chyba już nie będziesz tego używał. Przydałoby mi się to miejsce - blondyn wysunął kolejne roszczenie, demonstrując Squallowi jakieś stare części od gunblade'a.
- Seifer, zamierzasz mi wszystko wyrzucić do śmieci? - zaprotestował brunet, wbrew swoim intencjom brzmiąc żałośnie zamiast stanowczo.
- Przecież nie potrzebujesz tylu rzeczy - uznał jasnowłosy despota, z rozbrajającą hipokryzją ignorując fakt posiadania przez siebie jeszcze większej ilości dóbr ruchomych. - Po co ci one? Ja powinienem ci wystarczyć za wszystko - zażartował, puszczając oko do partnera.
- W porządku, wywal - westchnął Squall, przyglądając się smętnie działalności nowego władcy szafy. Seifer łaskawie zostawił mu kilka półek, a sam przywłaszczył sobie całą resztę. Jego rzeczy zajęły większość miejsca, a to, co się nie zmieściło, wisiało na ścianie albo stało w przedpokoju. Pokój komendanta przypominał teraz istną rupieciarnię.
- I przydałoby się kiedyś zmienić kolor - uznał blondyn, z dezaprobatą przyglądając się szarym ścianom. - Nudno tu.
- Na jaki chcesz pomalować? - zapytał zrezygnowany Squall. Nie sądził, że zamieszkanie z Seiferem pociągnie za sobą takie zmiany. Zmiany, w sprawie których niewiele będzie miał do powiedzenia.
- Zielony? - zastanowił się Seifer. - Albo czerwony. Właściwie obojętne, byle nie niebieski. Niebieski mi się źle kojarzy.
- Rób, co chcesz.
- No, a teraz - blondyn wcisnął na półkę ostatnie pudła - idziemy po najważniejszą rzecz.
- To znaczy?
- Łóżko, Squally! - przypomniał wesoło Seifer, siadając z impetem koło bruneta.
W tym momencie spadł im na głowy cały pęk wędek, a w sekundę później stos papierów i dwa kartonowe pudełka.
- Dobra, ale jeśli w nocy zleci na mnie jakiś twój rupieć - rozeźlił się w końcu Squall, odczepiając od swojej koszuli haczyk jednej z wędek - to słowo daję, że wyrzucę ci to wszystko na korytarz!
- Obiecuję, że już nic nie spadnie - starał się go udobruchać blondyn. - No to chodźmy.
Ledwo Squall położył dłoń na klamce, rozległo się pukanie. Otworzył drzwi.
- Squall, wrócił patrol z Balamb - zameldowała energicznie Selphie, stojąca na progu. - Chciałeś, żeby cię o tym powiadomić.
- Dzięki - dowódca skinął głową. - Przyjdę do nich za godzinę.
- Ooo, Seif! - brunetka uśmiechnęła się promiennie na widok jasnowłosego gunbladera i wpakowała się bez ceregieli do przedpokoju. - Wprowadzasz się do Squalla?
Rozejrzała się ciekawie po pokoju przyjaciela. Nie było śladu po dawnym "oszczędnym" wystroju.
- Owszem, Tilmitt. Jesteśmy teraz trochę zajęci - burknął blondyn, wypychając partnera i dziewczynę za drzwi i wychodząc za nimi. - Zwiedzisz sobie apartamenty Leonharta kiedy indziej.
- OK, trzymam za słowo. Idziecie gdzieś? - zainteresowała się Selphie.
- Taa, po nowe łóżko - zaśmiał się Seifer. - Moje nie dotrwało do rana, rozpadło się na kawałki. Nie wytrzymało naszej połączonej energii. Squallowe jest nie lepsze, więc musimy poszukać jakiegoś specjalnego modelu-
- Seifer, wystarczy już tego paplania - uciął zmieszany brunet. - Chodźmy wreszcie. Na razie, Selphie.
Brunetka zachichotała, gdy doleciały ją strzępki rozmowy oddalających się chłopaków:
- ...myślisz, że wystarczy nam takie standardowe...?
- ...inne się nie zmieści...
- ...nie wiadomo, czy będzie lepsze ...może poddamy je próbie na miejscu?
- ...Seifer!
- ...no co?

- Powinieneś chodzić w mundurze, kiedy jesteś na służbie - powiedział napominająco Squall, przyglądając się Seiferowi, który, jak zwykle, przechadzał się po jego gabinecie w swojej ulubionej powyciąganej granatowej kamizelce. Wyglądał bardzo nieprofesjonalnie. - Sprawdź sobie w regulaminie.
Blondyn skrzywił się z niechęcią.
- Jakoś nigdy nie lubiłem regulaminów.
- I jakoś nie wyszło ci to na dobre.
- Ale masz dziś humor... No dobra, założę mundur, jeśli... zdejmiesz swój - zaśmiał się Seifer, wpatrując się z aprobatą w towarzysza. Leonhart dobrze wyglądał w mundurze. Właściwie we wszystkim dobrze wyglądał. Oczywiście najlepiej wyglądał bez niczego. - Jakaś równowaga musi być.
Squall zmiażdżył go spojrzeniem, nie odpowiadając na prowokację. Seifer skapitulował więc i poszedł się przebrać. Wiedział, kiedy nie wolno sprzeciwiać się Leonhartowi. Regulamin i przepisy były święte. Nie było absolutnie żadnej dyskusji w tej kwestii. Na nic zdały się argumenty, że skoro Squall jest dowódcą, to sam może zmieniać zasady.
Ubrał się w czarny uniform SeeD, kurzący się dotąd w szafie i ani razu nie noszony. Robił to tylko dla Squalla, w innych okolicznościach żadna siła nie zmusiłaby go do wbicia się w jakikolwiek mundur i podążanie za regulaminem. Mamrocząc ze złością inwektywy pod adresem projektanta, pozapinał wszystkie paski, guziki i przejrzał się w lustrze. Skrzywił się paskudnie, już tęskniąc za swoim ulubionym strojem. Z obliczem przypominającym chmurę burzową wyszedł z pokoju i ruszył w drogę powrotną, przy okazji wyżywając się na dwóch małoletnich kadetach. Spojrzał na nich ze srogim grymasem, wypraktykowanym za czasów przewodzenia Komitetowi Dyscyplinarnemu i zawarczał coś wściekle. Młodzi studenci struchleli i jeszcze długo po jego odejściu nie mogli ruszyć się z miejsca. Gdyby ktoś ich pytał, woleliby zamienić to na spotkanie z T-Rexem w Centrum Treningowym. Groźny adiutant budził powszechny respekt, zwłaszcza wśród młodszych studentów, tym bardziej, że ich starsi koledzy nie omieszkali zapoznać ich z faktem wspomagania Ultimecji przez Almasy'ego, koloryzując ile wlezie i strasząc z uciechą łatwowiernych małolatów. Jak to zwykle bywa, całość, dopełniona uroczą osobowością byłego rycerza urosła do nadnaturalnych rozmiarów i Seifer robił za naczelny Postrach Ogrodu. Na tej samej zasadzie kadeci gotowi byli stawiać pomniki ukochanemu komendantowi, nie zważając na to, że sam zainteresowany ...nie był tym w najmniejszym stopniu zainteresowany.
- Ty, ale nam się udało - szepnął ze zgrozą jeden z kadetów, przełykając ślinę ze zdenerwowania.
- Noo... widziałeś, jak na mnie popatrzył? - pożalił się drugi chłopak. - Myślisz, że ma jakieś moce od tej całej czarownicy?
- Nie wiem - kolega miał równie przestraszoną minę. - Kurde, chyba mi się przyśni to spojrzenie.
- Chodźmy do Centrum - zaproponował pierwszy kadet. Po tym spotkaniu musieli się jakoś odstresować. Ruszyli niemrawo w kierunku zielonej bramy, marząc o uspokajającej nerwy potyczce z tyranozaurem.
- Jestem. W mundurze. Szczęśliwy? - parsknął Seifer, wchodząc do gabinetu dowódcy i rozkładając ramiona gestem pełnym obrzydzenia.
Squall z roztargnieniem podniósł wzrok na stojącego przed nim chłopaka. Gdy jednak już to zrobił, nie mógł oderwać spojrzenia. Odjęło mu mowę. Długopis wysunął mu się bezwiednie z palców i spadł na podłogę. Seifer od razu zorientował się w sytuacji. Zachwytu w oczach Squalla nie dało się pomylić z niczym innym. Blondyn błyskawicznie zmienił zdanie na temat tego wspaniałego, przepięknego, genialnego munduru i gorzko pożałował, że nie chodził w nim wcześniej. Pewnie obyłoby się bez tygodnia w terenie i uganiania za smokiem.
- Podobam ci się w tym, co? - zapytał z próżnym uśmieszkiem, podchodząc do oniemiałego komendanta. - Czas na dotrzymanie umowy. Wyskakuj ze swojego munduru, Squally!

Seifer przeciągnął się i sprawdził godzinę. "Czas na przerwę", pomyślał, zrywając się raźno z fotela. Squall wyszedł dużo wcześniej, bo miał jeszcze coś do uzgodnienia z Xu i paroma innymi osobami. Seifer miał się z nim spotkać w kafeterii, więc zamknął drzwi i niezwłocznie zjechał na dół.
- Hej, Seif! Chodź do nas - zamachał do niego ręką Raijin, przyglądając się przyjacielowi z ciekawością. Nieodłączna Fujin siedziała obok, nad talerzem z zagadkową zawartością. Oparła łokcie na stole i patrzyła na Seifera z ironicznym uśmieszkiem. Gunblader klapnął ciężko na wolne krzesło i zapytał, zerkając na rozbawione oblicza przyjaciół:
- Coście tacy weseli?
- MUNDUREK - oznajmiła Fujin, wskazując na jego czarny uniform i odkrywając przyczynę ich dobrego nastroju.
- Co w tym dziwnego, przecież jestem teraz w SeeD - tłumaczył się zmieszany blondyn. - Mam obowiązek w tym chodzić.
- OBOWIĄZEK? - srebrnowłosa dziewczyna uniosła niedowierzająco brwi.
- Ktoś kiedyś mówił, że "nigdy w życiu nie da się wtłoczyć w żadne cholerne ramki, mundurki, regulaminy". Ten ktoś nazywał siebie 'rewolucjonistą' - zadrwił Raijin. - Czy to nie byłeś ty, Seif? Co się z tobą stało?
- Nic się nie stało. Squall uważa, że... - zaczął z godnością szermierz.
- Ha! - wykrzyknął triumfalnie Raijin, nie pozwalając mu dokończyć. - No to już wszystko jasne!
- Niby co? - zapytał blondyn, nadrabiając miną.
- PANTOFLARZ! - podsumowała celnie Fujin, starając się nie parsknąć śmiechem.
Raijin za to wcale się nie krępował, wybuchnął donośnym rechotem, słyszalnym pewnie nawet na rogatkach Balamb. Zawsze to on padał ofiarą dowcipów blondwłosego przyjaciela, ale teraz wreszcie mógł mu się odpłacić pięknym za nadobne. Nabijanie się z zakochanego Seifera było fantastyczne!
Zakłopotany gunblader warknął do kumpla ze złością:
- Zamknij się, Raijin! Zresztą oboje jesteście siebie warci. Wcale nie jest tak, jak się wam wydaje.
Twarze jego przyjaciół były klasyczną ilustracją wyrażenia "Sprzedajesz nam niezłą bajkę, Seifer".
- Czy jak jesteście ...sami - kontynuował Raijin, unosząc znacząco brwi - to też mówisz do niego-
- PANIE KOMENDANCIE? - jak zwykle dokończyła Fujin.
Seifer czuł, że za chwilę zamorduje rozbawioną parę.
- A salutujesz mu przed wejściem do łóżka? - ciągnął Raijin, pokładając się ze śmiechu na stole. - Czy może czekasz na bezpośredni rozkaz?
- ALMASY, PREZENTUJ BROŃ! - Fujin nie wytrzymała i dołączyła do potężnego przyjaciela, zaśmiewając się do łez. Nigdy w życiu nie bawiła się tak dobrze, jak w tym momencie.
Seifer zgrzytnął zębami, czując uderzenie fali gorąca na policzkach. Od kiedy to jego najlepsi przyjaciele zrobili się tacy złośliwi?
W tym momencie nadszedł Squall. Zerknął obojętnie na rozbawionych Fujin i Raijina, a potem na Seifera. Jego spojrzenie wyraźnie złagodniało, przesunąwszy się po barczystej sylwetce umundurowanego szermierza.
- Siadaj z nami, Squall - zachęcił komendanta uśmiechnięty Raijin, odsuwając się z krzesłem i robiąc miejsce przy stoliku.
Urażony podejrzeniami przyjaciół, Seifer zaproponował nonszalancko:
- Możesz usiąść mi na kolanach, Squally - i klepnął bruneta w tyłek.
- Almasy! Co to ma znaczyć?! - rozeźlił się Squall. - Wstawaj natychmiast!
- Ale o co ci chodzi? - wydukał skonsternowany Seifer, podnosząc się jednak posłusznie z krzesła i udając, że nie widzi drwiących uśmieszków Fujin i Raijina.
Zdenerwowany brunet odciągnął go kawałek dalej i skarcił:
- Jak ty się zachowujesz? Jesteśmy na służbie, Seifer!
- Przecież to nie było nic takiego - bronił się blondyn.
- Nic takiego?! Mam ci za to obciąć wypłatę?
- Skoro chcesz - zbagatelizował Seifer. - Wiesz, nawet cała wypłata byłaby tego warta - uśmiechnął się łobuzersko.
- Tak? Wobec tego może przemówi do ciebie co innego. Śpisz dzisiaj sam. Na podłodze.
- Ej no! Squally, to jest cios poniżej pasa!
- Wiem.
- Drań. Zimny drań.
Zimny drań wzruszył ramionami.
- Może to nauczy cię trzymać łapy przy sobie ...w miejscach publicznych.
- To niesprawiedliwe - blondyn spojrzał na niego z wielkim rozżaleniem. - Bo to przecież twoja wina! Mówiłem ci, że przy tobie nie potrafię...
- Mówiłeś, pamiętam - zmiękł Squall. - Ale to wcale nie znaczy-
- No dobra, postaram się pohamować, kiedy idziemy gdzieś między ludzi ...w mundurach - przyrzekł Seifer, unosząc dłoń w żartobliwym geście przysięgi. - Ale w innych okolicznościach absolutnie nie mogę tego obiecać - przyznał rozbrajająco.
- Czemu musisz być taki ostentacyjny? - zapytał z wyrzutem Squall. Ilekroć razem gdzieś szli, miał wrażenie, że towarzysz jest do niego przyklejony na dobre. Nie było chyba przypadku, żeby jego ręce opuściły go na dłużej niż kilkanaście sekund. Zupełnie jakby Seifer obawiał się, że kiedy go puści, Squall gdzieś zniknie.
- Po pierwsze, bo nie potrafię inaczej - zaśmiał się bezczelnie jasnowłosy adiutant. - Taki mam styl i lepiej do niego przywyknij, Squally. Po drugie, jak już wiesz, to twoja wina, bo jesteś nieprzyzwoicie pociągający. A po trzecie, to rozmyślne działanie. Ma na celu odstraszać wroga.
- Odstraszać wroga? - powtórzył ze zdumieniem brunet.
- A tak. Chcę, żeby wszyscy bardzo dokładnie wiedzieli, że należysz DO MNIE - poinformował Squalla zaborczo. - Żeby nikomu nie przyszło do głowy robić do ciebie jakieś podchody. Przynajmniej kilka razy się zastanowią, zanim uznają, że warto ze mną zadzierać. A z tego co widzę, to cała masa tutejszych gamoni wpatruje się w ciebie jak sroka w kość - powiedział zazdrośnie. - Na przykład ten gnojek Nida...
- Kto?!
- Nida. Twój pilot - objaśnił Seifer. - W każdym razie, jego i innych muszę trzymać na dystans.
- Seifer, jesteś nadwrażliwy - powiedział miękko brunet. - Przecież dobrze wiesz, że oprócz ciebie nikt inny mnie nie interesuje.
Blondyn uśmiechnął się uszczęśliwiony. Podobne słowa bardzo rzadko padały z ust powściągliwego partnera. Squall nie był zbyt wylewny, więc usłyszenie czegoś takiego graniczyło niemal z cudem. I nabierało przez to niezwykłej wartości.
- To co, dzisiejsza "gleba" tak jakby, nie liczy się, co nie? - spytał z budzącą się nadzieją.
- Nie liczy się - westchnął Squall, przeklinając się za uleganie temu łajdakowi i jego gładkim słówkom. - Wracajmy już do twoich kumpli, bo przerwa niedługo się skończy.
- Ale na drugi raz, Squally, zastanów się dobrze, czy warto - poinformował go Seifer z szatańskim chichotem - bo każdą "glebę" odbiję sobie potem potrójnie!
Uśmiechnął się beztrosko, gdy komendant obrzucił go swoim Spojrzeniem Niosącym Zagładę. Chyba się na nie uodpornił.
- Hej, Seif - zagaił Raijin, gdy obaj gunbladerzy wrócili do stołu i usiedli. - Jedziemy na ryby w tę sobotę? Mieliśmy łowić w Horyzoncie. Squall, może się przyłączysz do nas? - zwrócił się w stronę dowódcy. - Łowiłeś kiedyś?
Squall skinął głową.
- Tylko raz - przyznał. - Jak byliśmy z Seiferem na misji.
- O, Seif uczył cię, jak łowić ryby? - uśmiechnął się Raijin, zerkając na przyjaciela, siedzącego z markotną miną. Domyślał się powodu. - To mieliście tam chyba dużo czasu.
- Nie bardzo - zaprzeczył Squall. - To miało być tylko-
- Łapaliśmy sobie śniadanie - wpadł mu w słowo blondyn, chcąc zakończyć niewygodny temat.
- Dużo nałapałeś, stary? - zaciekawił się Raijin. - Jak wam poszło?
- Mieliśmy co jeść - odpowiedział wymijająco Squall, wyręczając zgnębionego towarzysza.
Fujin uśmiechnęła się pod nosem. "ANTYTALENT RYBACKI", pomyślała z tkliwością o jasnowłosym przyjacielu.