Od dwóch godzin Squall rozmawiał z Laguną Loire, który przybył do Ogrodu z nieoficjalną wizytą. Dwie godziny rozmowy z Laguną w odczuciu Squalla równało się dwóm godzinom tortur. Oczywiście rozmowa w przypadku milkliwego dowódcy SeeD była mocno naciąganym terminem. Sporadycznie wypowiadane "Tak", "Nie", "Nie wiem" trudno było, nawet przy najlepszych chęciach, uznać za pełnoprawną rozmowę. Konwersacja istniała więc głównie za sprawą gadatliwego prezydenta Esthar, który potrafił perorować bez końca. Loire nie tracił nadziei, że kiedyś uda mu się ocieplić stosunki z poznanym niedawno synem, o istnieniu którego nie miał dotąd pojęcia. Potomek nie pałał jednak zbytnią chęcią do zacieśniania więzi rodzinnych, co bardzo smuciło Lagunę. Uparcie odrzucał rady swojego starego kumpla Kirosa.
- Przecież on dopiero co cię poznał - mitygował sfrustrowanego prezydenta jego przyjaciel-doradca. - Daj mu więcej czasu. Nie da się tak z dnia na dzień uznać jakiegoś obcego faceta za ojca.
Ciemnowłosy mężczyzna nie dał sobie jednak wytłumaczyć, że powinien uzbroić się w cierpliwość. Od czasu zwycięstwa nad Ultimecją był już wiele razy w Balamb, niezmordowanie próbując dotrzeć jakoś do serca swojego chłodnego syna. Bezskutecznie. Chłopak traktował go z rezerwą, tak samo jak innych ludzi ze swojego otoczenia.
- Tutaj jesteś, przystojniaczku! - zabrzmiał wesoły głos. Seifer opasał zaskoczonego komendanta ramionami i wyszeptał mu uwodzicielsko do ucha: - Mieliśmy się spotkać w sali konferencyjnej. Zapomniałeś?
- Seifer, nie teraz - zaprotestował zmieszany brunet.
Laguna spojrzał z osłupieniem na przybysza, rozpoznając go momentalnie. Ależ to ten łotr, który narobił im tyle szkód w Esthar! Co on u licha ciężkiego, robi z JEGO SYNEM? Co prawda pamiętał, że ułaskawił Almasy'ego na prośbę Squalla, ale ze zdenerwowania nie potrafił teraz połączyć oczywistych faktów. Faktów, które aż biły w oczy.
- Co to ma znaczyć?! - wypalił z oburzeniem.
Squall bez słowa wzruszył ramionami, a Seifer obdarzył zaszokowanego Loire'a olśniewającym łajdackim uśmiechem.
- W czym problem, panie prezydencie? - zakpił. - Coś się panu nie podoba?
- Owszem! - rozdrażnił się jeszcze bardziej Laguna. Był łagodnym człowiekiem, ale tego było już stanowczo za wiele. - Co ty robisz ze Squallem?!
- Ach, o to pan pyta! Co ja robię ze Squallem...? - blondyn potarł czoło dłonią, prześmiewczo udając, że się zastanawia. - No więc, ostatnio to głównie go posuw... Tch!
Zły i speszony komendant zrobił użytek ze swojego łokcia, który wylądował w okolicach Seiferowego żołądka, skutecznie uniemożliwiając wymownemu szermierzowi kontynuowanie wyznań. W czasie, gdy żartowniś zajęty był łapaniem oddechu, Squall wycedził przez zaciśnięte zęby, wyjaśniając Loire'owi:
- Jesteśmy razem.
Zaszokowany Laguna wytrzeszczył na niego oczy. Zanim zdążył pomyśleć, co mówi, wykrzyknął impulsywnie:
- Jak to możliwe? Przecież on próbował cię ZABIĆ, Squall!
Seifer zmarszczył brwi z niezadowoleniem. Tym razem nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo Squall ponownie się odezwał:
- Ja jego też.
Spojrzał wyzywająco na Lagunę, gotowy na dalsze ataki. Długowłosy prezydent potrząsnął jednak głową z niedowierzaniem i zapytał ironicznie:
- A teraz nie próbujecie się już wzajemnie pozabijać?
- Teraz rozładowujemy gwałtowne emocje w bardziej pokojowy sposób - wyrwał się ponownie bezczelny blondyn.
Znękany Squall zamierzał przyłożyć mu po raz kolejny, ale Seifer zgrabnie uprzedził ten manewr, pociągając partnera na stojącą obok sofę. Rozsiadł się wygodnie i władczym ruchem przyciągnął go do siebie, nie przejmując się jego niemrawym protestem. Laguna usiadł naprzeciwko i obserwował ich przez chwilę. Almasy miał na twarzy arogancki i zarozumiały uśmieszek. Z tego zbira emanowała niczym niezmącona pewność siebie, jak u kogoś, kto wie, że jest najlepszy i zawsze osiąga wszystko, co chce. Squall siedział obok niego, ciasno opleciony jego ramionami, co jednak zdawało się w ogóle mu nie przeszkadzać. Laguna dostrzegł w jego zachowaniu diametralną zmianę. Spięty i sztywny dowódca całkiem się rozluźnił w obecności Almasy'ego. Znikła niewzruszona obojętność, którą Squall prezentował w dotychczasowej rozmowie, zastąpiona przez żywy błysk emocji w oczach, gdy spoglądał na swojego partnera. Co więcej, nawet lekko się uśmiechał. Laguna jeszcze nigdy nie widział go takiego ...szczęśliwego?
- A więc dlatego tak ci zależało na jego uwolnieniu - powiedział domyślnie, w jednej chwili rozumiejąc wszystko. Kawałki układanki wskoczyły perfekcyjnie na swoje miejsca, prezentując niespodziewany obrazek.
- Nie, nie dlatego - zirytował się jego niesforny syn, rozrzucając Lagunie dopiero co ułożoną mentalną układankę. - Przecież ci mówiłem!
- Obaj nie słuchacie, gdy ktoś coś do was mówi - zauważył rozbawiony Seifer. - Rzeczywiście jesteście do siebie podobni.
Został przeszyty na wylot dwoma oburzonymi spojrzeniami, czym jednak nie przejął się w najmniejszym stopniu.
- Nie mogę w to uwierzyć - oszołomiony Laguna potrząsnął głową.
- Pan się nie martwi o Squally'ego, panie prezydencie. Dobrze się nim zajmuję - Seifer pochwalił się zatroskanemu Loire'owi, uśmiechając się łobuzersko. - W dzień, w nocy, można powiedzieć całodobowo...
- Seifer, zamknij się wreszcie!
Rozweselony blondyn tylko dlatego uniknął kolejnego szturchańca, że jego wojowniczy partner nie miał większej swobody ruchu niż śledź w beczce.
- Squall, czy możesz przyjść na chwilę do Centrum? - zapytała Quistis, która właśnie zmaterializowała się w pobliżu. Skinęła głową Lagunie i zerknęła na przyjaciela, bez reszty zaanektowanego przez Seifera. Uśmiechnęła się na ten widok. Jako jedna z niewielu osób w Ogrodzie ani przez moment nie była zaskoczona zejściem się dwóch rywali. Od jakiegoś czasu podświadomie przeczuwała coś takiego.
Squall z trudem wyplątał się z zaborczych objęć jasnowłosego szermierza i wstał.
- Zobaczymy się potem - mruknął w kierunku Laguny. Przed odejściem spojrzał jeszcze przeciągle na Seifera, który nie był ani trochę rad, że Trepe "znowu ukradła mu Squally'ego".
Blondyn wymamrotał coś niepochlebnego w kierunku Quistis i obrażony, skrzyżował ramiona. Minęło kilka minut, podczas których Laguna i Seifer nie odzywali się do siebie ani słowem, poprzestając na wpatrywaniu się w siebie spode łba. W końcu jednak prezydent, nie mogąc dłużej wytrzymać, wypalił zazdrośnie:
- Jak to zrobiłeś, że Squall cię kocha?!
Nie mieściło mu się w głowie, że jego syn może nie tylko ścierpieć obecność tego zbrodniarza, ale jeszcze darzyć go uczuciem! Laguna czuł, że mógłby nawet sto lat próbować przebyć dystans, jakim zimnokrwisty dowódca SeeD odgrodził się od niego, i niczego by nie osiągnął. Przez te dwie godziny bezskutecznie próbował wykrzesać z chłopaka coś więcej, niż uprzejmy brak zainteresowania. Ale wystarczyło tylko, że w pobliżu pojawił się Almasy, a Squall w ułamku sekundy przedzierzgnął się w zakochanego szczeniaka. Prezydent patrzył na jedynego człowieka, który potrafił wywołać uśmiech na twarzy Squalla. Jedynego, któremu pozwolił zbliżyć się do siebie. Jedynego, który go uszczęśliwiał. Tego morderczego bydlaka Almasy'ego.
"Co za kretyn!" - pomyślał pogardliwie Seifer, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. - Jak można pytać o coś takiego?!"
- Poderwałem go sobie na jednej misji - poinformował bezczelnie Lagunę. Nie zamierzał spowiadać mu się ze swoich uczuć. - Łatwizna. Kilka dni i był mój - machnął od niechcenia dłonią, spoglądając drwiąco na prezydenta. - Żaden problem.
Laguna poczuł palący gniew. Nikt jeszcze nigdy nie zdołał go tak rozwścieczyć. Almasy był pierwszy.
- Ty cholerny sukinsynu!
- No no, prezydencie, uważaj pan na słowa - warknął ostrzegawczo blondyn. - Squally też nie jest taki święty, za jakiego go masz. Jesteśmy najemnikami, Loire. Nieraz zabijamy ludzi za pieniądze. Taki mamy zawód. Dopóki tego nie zrozumiesz, będziesz walił głową w mur. Zresztą po co ja ci to mówię.
Wstał z kanapy. I tak nie miał tu po co siedzieć bez Squalla. Zostawił pogrążonego w myślach prezydenta samego i odszedł na poszukiwania.
Laguna siedział jeszcze przez jakiś czas, dumając o tym, co powiedział mu Almasy. Może rzeczywiście to nie było najwłaściwsze podejście. Do tej pory nie myślał o Squallu w takich kategoriach. A przecież już przy ich pierwszym spotkaniu uderzyła go jego powaga i zasadniczość, zupełnie nie pasujące do wieku. Nie powinien był zapominać, że ten nastolatek przebył rygorystyczny trening militarny. Nie zawahałby się przed pozbawieniem kogoś życia, czego był uczony od najmłodszych lat. Przypuszczalnie miał inne zasady i poglądy niż zwykli ludzie. Pewnie dlatego bez trudu zaakceptował kogoś, kto gdzie indziej zasłużył na miano terrorysty. Laguna ujrzał swojego syna w nowym świetle. Starając się go zrozumieć, sięgnął pamięcią do swoich wspomnień, gdy służył w armii galbadyjskiej. Chciał przypomnieć sobie, co czuł, będąc żołnierzem i jak się zachowywał. Może to pomoże mu jakoś nawiązać nić porozumienia ze Squallem.
Squall szedł niespiesznie z Quistis w kierunku Centrum. Sprawa, która wymagała jego interwencji... właściwie nie wymagała jego interwencji. Był jednak wdzięczny jasnowłosej przyjaciółce za uwolnienie go od męczącego towarzystwa Laguny. To nie pierwszy raz, gdy na podstawie milczącego porozumienia między nimi Trepe ratowała go przed gadatliwością Loire'a.
- Czemu to powiedziałeś? - zapytał z wyrzutem i niechęcią Squall, gdy został sam z Seiferem.
Blondyn uniósł pytająco brwi.
- Mówiłem dużo rzeczy.
- Nie jestem taki, jak on - oświadczył komendant zamiast wyjaśnienia.
Seifer zaśmiał się, po czym podszedł bliżej i objął nadąsanego bruneta.
- Pewnie, że nie. Jesteś milion razy przystojniejszy - wymruczał mu żartobliwie do ucha.
- Seifer! - obruszył się ciemnowłosy gunblader. - Mówiłem serio, a ty się wygłupiasz.
- Nie jesteś taki, jak on - przyznał blondyn, poważniejąc. - Ty byś nikogo nie zostawił samego. Nawet mnie nie porzuciłeś.
- Przecież nie wiedział o mnie - powiedział bez przekonania Squall. - Dopiero ostatnio...
- Bardzo wygodne wytłumaczenie - burknął Seifer. - Wybacz, ale twój stary tylko dużo ględzi o uczuciach, ale na tym się kończy. Ja na jego miejscu nie siedziałbym sobie beztrosko na dupie w Esthar. "Przez tyle lat nawet się nie zainteresować, co dokładnie stało się z własną żoną... - pokręcił głową z niesmakiem. - I bez chwili wahania wysłał Leonharta na tę samobójczą misję z Ultimecją."
Komendant nadal jednak wydawał się być czymś przygnębiony.
- Co jest, Squally? Czym się jeszcze martwisz?
- Niczym.
- Daj spokój. Gadaj, co ci się tam kłębi w głowie? - zapytał Seifer z nikłym uśmiechem.
- Bo... co go obchodzi, że jesteśmy ze sobą? - wybuchnął brunet. - To nie jego sprawa.
- To twój stary, więc nic dziwnego, że go to interesuje. Nawet jeśli to mocno spóźniona troska. A ty mu nic nie powiedziałeś o nas - Seifer zaczął cierpliwie wyjaśniać te zawiłości swojemu socjopatycznemu chłopakowi. - Widzę, że zaskakiwanie innych staje się twoją specjalnością - zakpił. - Biedny facet przyjeżdża się z tobą spotkać, a ty się obściskujesz na jego oczach z podłym złoczyńcą. Złoczyńcą, którego wypuścił z więzienia na twoją prośbę. Istny szok. Nic dziwnego, że się wkurzył.
- Nie jesteś złoczyńcą! - zaprotestował gorąco Squall.
- Dla ciebie nie - powiedział ze smutnym uśmiechem blondyn. - I może dla ludzi w Ogrodzie też nie. Ale inni najchętniej widzieliby mnie trzy metry pod ziemią.
- Bo oni nie wiedzą, jak było naprawdę - zasępił się Squall. - A jemu... przecież opowiadałem mu, co się wydarzyło.
- Nie przejmuj się. Ochłonie i wszystko będzie w porządku - pocieszył go Seifer. - Twój stary wygląda mi na takiego, co najpierw gada, a potem myśli, mam rację?
- Tak, tylko nie zawsze następuje to drugie - skrzywił się brunet.
- Spoko. Chyba nie jest na mnie taki cięty, skoro mnie ułaskawił - zauważył rzeczowo blondyn. - Na pewno nie wypuściłby mnie, gdyby ci nie uwierzył. Zobaczysz, jakoś to przeżyje.
- Nie chcę już o tym gadać.
- Dobra, no to zajmijmy się czymś bardziej produktywnym. Na przykład, co powiesz na to...
- Seifer, nie w moim gabinecie!
- Hmm... a dlaczego nie? Tutaj jeszcze nie miałem okazji, żeby cię-
- Nie. W. Moim. Gabinecie - powtórzył stanowczo komendant, odsuwając się demonstracyjnie od Seifera i siadając w fotelu.
- Aaa, rozumiem! Wobec tego gdzie wolisz? - rozpromienił się niepoprawny adiutant.
- Czy już mówiłem ci, że jesteś nie do zniesienia? - jęknął bezradnie Squall.
- Ależ Squally! Jesteśmy razem dopiero kilkanaście dni - zarechotał blondyn. - A ty już wymiękasz.
- Bo z tobą dni liczą się jak psie lata - jeden dzień to jak miesiąc... albo rok - prychnął dowódca.
Seifer nie odpowiedział, tylko zdecydowanym ruchem zgarnął papiery i resztę rzeczy z biurka i zrzucił na podłogę. Brunet zerwał się na równe nogi i zapytał ze złością:
- Oszalałeś?! Co robisz?
Seifer popchnął rozwścieczonego Squalla bliżej blatu i uśmiechnął się podstępnie.
- Biurko nie służy tylko do pisaniny, Leonhart - pouczył go, rozpinając spodnie. - Od dawna chciałem ci pokazać inne jego funkcje.
Laguna przyjeżdżał do Ogrodu zawsze sam, bez obstawy. Mimo nalegań Kirosa uparcie odmawiał towarzystwa ochroniarzy. Chwile, które spędzał w podróży, były wytchnieniem od prezydenckiego życia i sztywnych zasad. Poza Esthar był słabo rozpoznawany, co bardzo go cieszyło. Trochę przypominały mu się stare czasy, gdy jako reporter zwiedzał najróżniejsze miejsca. Właśnie zakończył kolejną, niestety nieudaną, wizytę u Squalla. Oczywiście nie zrażał się chłodnym przyjęciem, choć chwilowo, jak zwykle, czuł zniechęcenie. Tym razem było nawet jeszcze gorzej. Niespodzianka w postaci Almasy'ego jako chłopaka jego syna trochę nim wstrząsnęła. Nie bardzo rozumiał całą sytuację, a Squall nie kwapił się do wyjaśnień.
Na ironię zakrawał fakt, że więcej informacji Laguna uzyskał od tego ...terrorysty. Almasy wydawał się bardziej chętny do rozmowy niż jego własny potomek. Mężczyzna potrząsnął głową, dając na razie spokój jałowym rozmyślaniom.
- Panie prezydencie, dojeżdżamy - poinformował go młody, ciemnowłosy mężczyzna.
Ilekroć Laguna odwiedzał Squalla, chłopak wysyłał po niego samochód z kierowcą i co najmniej jednym członkiem SeeD jako obstawą. Tak samo prezydent był odwożony do portu Balamb. Zwykle niechętny takim 'ceregielom', w tym wypadku nie protestował, bo podobała mu się myśl, że jego syn jednak trochę o niego dba. Nie zdawał sobie sprawy, że komendantowi chodzi głównie o jego zdolności nawigacyjne. Squall podejrzewał, że Loire zgubiłby się na prostej drodze do portu co najmniej kilka razy. Dzisiejszy kierowca wydawał się Lagunie skądś znany. Podobnie jak jego towarzyszka z jasnymi, niemal srebrnymi włosami. Prezydent wygramolił się z samochodu i zapytał z ciekawością ciemnowłosego SeeDa:
- My się znamy, prawda?
- Tak, panie prezydencie - potaknął Raijin, wskazując głową stojącą obok Fujin. - Jesteśmy przyjaciółmi Seifera.
- No tak, to stąd was znam! - Laguna zmarszczył groźnie brwi. - Jesteście zadowoleni z tego, co narobiliście w moim kraju?
- Pomagaliśmy kumplowi - bronił się chłopak. - Nie chcieliśmy, żeby był sam. Zawsze trzymamy się razem z nim.
- Nawet jeśli wasz kumpel to terrorysta?
- UŁASKAWIONY - przypomniała z naciskiem Fujin.
- N-no tak - przyznał opornie Laguna. - Squall mi opowiadał o nim i wiem, jak to było, ale... - nie potrafił pozbyć się niechęci do blondyna. - Nie podoba mi się, że ten wasz przyjaciel jest z moim synem. Jak do tego w ogóle doszło? - wymamrotał bardziej do siebie, niż do rozmówców.
- Seifer nie jest złym gościem, chociaż lubi za takiego uchodzić - przekonywał Raijin. - Po prostu ma trochę trudny charakter...
- Trudny charakter? To mało powiedziane - skrzywił się prezydent. - Mam wrażenie, że Almasy wykorzystuje Squalla.
- Ooo, co to, to nie! - roześmiał się ciemnowłosy SeeD. - Rany, panie prezydencie. Squall owinął sobie Seifera dookoła małego palca... Ajjj! Fu, co ty wyrabiasz?! - wykrzyknął boleśnie, gdy dziewczyna kopnęła go w kostkę swoim twardym butem.
- SEIF CIĘ ZABIJE - ostrzegła gadatliwego kolegę, i spojrzała na niego znacząco, próbując mu przekazać, że powinien trzymać język za zębami.
- No ale przecież to ojciec Squalla - bronił się Raijin, wskazując na prezydenta. - Nic się nie stanie, jak się dowie...
- CICHO BĄDŹ - poradziła mu przyjaciółka.
- Obiecuję, że nic nie wypaplam waszemu koledze - obiecał solennie Laguna. - Możecie mi powiedzieć. Po prostu martwię się o Squalla i dlatego pytam.
Raijin spojrzał na przyjaciółkę z wahaniem, ale ta potrząsnęła głową z miną "A rób co chcesz".
- No więc jest tak, jak mówiłem - Raijin z zapałem wrócił do wyznań. - Seifer wpadł po uszy. Można powiedzieć, że świata poza Squallem nie widzi. Serio - zapewnił, gdy Laguna spojrzał na niego z powątpiewaniem. To, co prezydent widział podczas spotkania z chłopakami, wyglądało raczej na odwrotną sytuację. - Oni dwaj znają się od dziecka. Seifer zna Squalla chyba najlepiej ze wszystkich - ciągnął ciemnowłosy olbrzym. - Jak pan chce się czegoś dowiedzieć o synu, to najlepiej spytać naszego kumpla.
Laguna patrzył zamyślony na dwójkę SeeDów. Rozmowa z Almasy'm? Chyba powinien się przemóc...
- Dobra, dziękuję wam - pożegnał się ze swoją obstawą. - Będę miał teraz o czym myśleć. Do zobaczenia.
- Do widzenia, panie prezydencie - zasalutowali Fujin i Raijin, zgodnie z rozkazem Squalla czekając aż do momentu, gdy Loire bezpiecznie odpłynie z portu.
- PLECIUGA - wypomniała koledze Fujin, odprowadzając wzrokiem oddalającą się łódź.
- Ja tylko powiedziałem czystą prawdę - usprawiedliwiał się chłopak. - Mam nadzieję, że Loire mnie nie wsypie przed Seifem - dodał ze spóźnioną refleksją, z zafrasowaniem drapiąc się po głowie.
Fujin westchnęła z dezaprobatą. Raijin się kiedyś doigra za swoje gadulstwo.
- Przyznaj się, co obiecałeś swojemu staremu za wypuszczenie mnie z paki? - zagadnął zaintrygowany Seifer, podejrzewając, że na samym przekonywaniu o jego niewinności się nie skończyło.
Obaj szermierze odbębniali kolejny dzień pracy, choć tym razem adiutant bardziej był zajęty przeszkadzaniem swojemu dowódcy niż pomaganiem. Niedawna krótka rozmowa z ojcem Squalla pobudziła jego ciekawość.
- Nic, o czym warto wspominać - zbył go brunet, pochłonięty czytaniem opasłego sprawozdania.
- Powiedz, lewku - nudził jasnowłosy gunblader. - Co mu obiecałeś?
- Nic takiego. Nie nazywaj mnie lewkiem.
- Nie dam ci spokoju, dopóki mi nie powiesz, lewku. Czy mam użyć paru wypróbowanych sposobów, żebyś zaczął gadać? - zaśmiał się szatańsko.
Leonhart był kawałem twardziela. Jeśli czegoś nie chciał powiedzieć, to żadna siła nie wydarłaby z niego przemocą nawet jednego słowa. Seifer doskonale to wiedział, przekonawszy się o tym w czasach, gdy byli jeszcze przeciwnikami i walczyli ze sobą na śmierć i życie.
Ale Squally okazał się zadziwiająco podatny na inne, przyjemniejsze dla ciała środki perswazji. Seifer był przekonany, że gdyby zechciał, wyciągnąłby teraz z niego absolutnie wszystko tą metodą.
Brunet otaksował go niepewnym spojrzeniem. Nie miał teraz czasu na Seiferowe sposoby, więc zdecydował się wyjaśnić dobrowolnie:
- Muszę go odwiedzić. Pojadę tam za jakiś czas. Na tydzień.
- A co ze mną?!
- Ty zostaniesz. Nie wolno ci wracać do Esthar - przypomniał cierpko Squall.
- Nie pozwolę ci jechać samemu! - wybuchnął blondyn.
- Seifer. Ja nie pytam o twoje pozwolenie - przywołał go do porządku zły komendant. - Od kiedy to wydaje ci się, że możesz mi coś kazać?
- To była taka przenośnia - łagodził pospiesznie Seifer. - Ale nie chcę, żebyś tam jechał!
- A to niby czemu?
- Bo... bo jeszcze mi cię tam ktoś poderwie i zabierze!
- Co za brednie! - rozzłościł się Squall. - Poza tym nie będzie mnie tylko siedem dni. Nie przesadzaj.
- A co się zdarzyło, kiedy pojechaliśmy na misję? To też było TYLKO siedem dni! - oznajmił z gorzkim triumfem Seifer.
- Jesteś zazdrosny o samego siebie? - wytknął ze zjadliwą logiką komendant.
Blondyna zatkało na chwilę.
- Dobra, jedź sobie - mruknął niechętnie. - Ale jak nie wrócisz po tygodniu, to przysięgam, że pojadę do Esthar i przytargam cię do Ogrodu za ucho!
Squall rzucił mu tylko spojrzenie pełne politowania, więc podrażniony chłopak dodał:
- Poza tym jak cię za długo nie będzie, to mógłbym się niechcący zainteresować kimś innym... - zawiesił niewinnie głos, czekając na reakcję partnera. Nie zawiódł się.
- To by było twoje ostatnie zainteresowanie w tym życiu! - zapłonął gniewem komendant. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego. Na myśl, że Seifer patrzyłby na kogoś innego tak, jak patrzy na niego... i że ten ktoś inny mógłby mu zabrać Seifera... Squall poczuł, jakby ktoś ścisnął mu żołądek lodowatą dłonią. Przez czeluście umysłu przemknęła mu nieśmiała myśl, że Seifer robi sobie żarty, ale przeszła bez echa, zastąpiona mieszanką niepokoju i wzburzenia.
Blondyn z trudem powściągnął śmiech. Podpuszczanie Squalla było zawsze takie zabawne!
Brunet wstał zza biurka z ponurą miną, zacisnąwszy usta i wyszedł bez słowa. Seifer spojrzał na niego niepewnie. Czyżby przeholował?
- Squally! Dokąd idziesz? - rzucił zaniepokojony za wychodzącym chłopakiem, ale nie doczekał się odzewu. Miał nadzieję, że Leonhart się nie obraził. Przecież to były tylko durne żarty. Ani mu się śniło, żeby myśleć o kimś innym. Chyba musiałby postradać zmysły! Odczekał kilkanaście minut i zaczął się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej iść i go poszukać. Zanim jednak się zdecydował, komendant wrócił, dzierżąc jakiś dokument. Podszedł do Seifera i wręczył mu go bez słowa.
- Co to jest?
- List żelazny - wyjaśnił sucho Squall. - Gwarantuje ci nietykalność. Możesz bezpiecznie jechać do Esthar.
Jasnowłosy szermierz odchylił do tyłu głowę i roześmiał się na cały głos, czując, jak opuszcza go niepewność.
- A więc myślałeś, że poważnie mówię o zainteresowaniu kimś innym? Wolisz mieć na mnie oko? - droczył się z brunetem.
- N-nie, po prostu...
- Jesteś zazdrosny, Squally! - palnął radośnie Seifer, odkrywając przyczynę dziwnego zachowania swojego chłopaka.
- Wcale nie!
Blondyn uśmiechnął się do nastroszonego partnera.
- Spoko, tylko cię nabierałem. Mam w dupie cały świat, może się spalić, zamarznąć, skompresować czasowo czy co tam jeszcze. Tylko ty się dla mnie liczysz - wyznał z uczuciem.
Squall mruknął coś niewyraźnie, speszony tymi słowami. Za nic nie potrafił przywyknąć do sentymentalnych głupot, wygłaszanie których przychodziło Seiferowi z dziecinną łatwością. Nie mógł jednak powstrzymać szaleńczego bicia serca, gdy je słyszał. Bzdury, które gadał Almasy, były, mimo swojej okropnej ckliwości... zaskakująco miłe.
- Skoro już wybłagałeś od tatuśka ten list, to szkoda, żeby się zmarnował, co nie? Kiedy tam pojedziemy, lewku? - zapytał z ciekawością blondwłosy szermierz, siadając prosto w fotelu i odkładając estharski glejt na stolik. Chwycił ułagodzonego chłopaka za jeden z jego pasów i przyciągnął do siebie.
- W przyszłym miesiącu. Nie mów do mnie lewku - upomniał go Squall, jednak bez śladu złości, posłusznie podchodząc bliżej.
- Poznam nieco bliżej twojego starego. Ostatnio chwilę z nim gadałem, ale trochę się ścięliśmy. Może teraz pójdzie lepiej - wyraził nadzieję Seifer. - Pogawędzimy sobie co nieco. Pewnie będzie chciał dowiedzieć się o tobie mnóstwa rzeczy. Bo ty przecież nic mu nie powiesz, jak zwykle.
- Tylko spróbuj mu coś nagadać!
Seifer z ożywieniem jął rozwijać temat.
- Jak myślisz, będzie chciał wysłuchać sprawozdania z naszych wspólnych aktywności nocnych... i dziennych?
- Seifer, ani mi się waż!
- No przecież ucieszyłby się, gdyby wiedział, jak troskliwie o ciebie dbam...
- Jeśli mu chlapniesz cokolwiek na ten temat, to przez tydzień będziesz szukał swojej obciętej głowy na wybrzeżu.
- Ale jesteś grrroźny... To może wspomnę mu tylko o twoich ulubionych częściach umeblowania? O kanapie? Łóżku? Ścianie? A może o biurku? - zapytał niewinnie Seifer.
- Wnioskując z częstego użytkowania, biurko to raczej TWÓJ ulubiony mebel - sprostował zgryźliwie brunet.
- No nie mów, że twój nie - wypalił z uciechą blondyn. - Przecież użytkujemy je wspólnie. Już zapomniałeś, jak je testowaliśmy? Chyba było cię słychać aż na korytarzu!
- Koniec gadania na ten temat - zaczerwienił się Squall.
- Dobrze, pluszaczku - zgodził się wesoło Seifer.
- Czy musisz mi wymyślać coraz durniejsze przezwiska?!
- Co ci się nie podoba w "pluszaczku"? - zdziwił się szczerze blondyn. - Pasuje do ciebie, bo jesteś taki przyjemny w dotyku...
- A chcesz oberwać? - najeżył się brunet.
- Oj no, niepotrzebnie się tak unosisz. To pieszczotliwe określenie - zachichotał Seifer.
- Dobra, ale chociaż rób to, gdy jesteśmy SAMI - wycedził Squall z narastającą irytacją.
- Ale Squally! Pamiętasz, jaką zaszokowaną minę zrobił Dincht, gdy to usłyszał?
- Też mi powód do radości.
- Ty też możesz dać mi jakąś ksywkę. Jeśli nie umiesz niczego wymyślić, a założę się, że tak jest, to mam kilka propozycji.
- Ciekawe, jakich.
- Na przykład... Zabójca GFów! - oznajmił blondyn z błyskiem w oku. - Kozacko brzmi. I pasuje do mnie.
- Nie rób sobie nadziei.
- Generał Almasy?
- Wypchaj się.
- A chociaż Kapitan...?
- Nie.
- To możesz mi mówić Wielki Mistrzu.
- A to z jakiej racji?!
- Czemu Wielki, o tym przekonałeś się, gdy wróciłem z Deling, a Mistrz - Seifer uśmiechnął się dwuznacznie - czy naprawdę muszę ci przypominać?
- Możesz sobie marzyć dalej. Piesku.
- Jak mnie nazwałeś? - obruszył się spostponowany "Mistrz".
- Tak, jak słyszałeś - odparł sucho Squall. - Nie pamiętasz, kto cię prowadzał na smyczy? Jej imię zaczynało się na "U".
Blondyn zmrużył oczy z bólem. Nie lubił tego wstrętnego wspomnienia. Przebywanie pod władzą Ultimecji nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem w jego życiu. Przez cały ten czas czuł się, jakby umysł spowijała mu jakaś obrzydliwa, lepka mgła. Wtedy nie zwracał na to większej uwagi, zajęty gorączkowym spełnianiem "swojego" marzenia. Dopiero gdy Ultimecja przestała istnieć, odczuł nie dającą się opisać ulgę. A jeszcze później wszystko, co do tej pory się wydarzyło, uderzyło go z przerażającą jasnością. Dużo później. Gdy już było pozamiatane i siedział w estharskim pudle.
Zamiast odciąć się towarzyszowi, opuścił smutno głowę i stanął przy oknie. Squall poczuł się jak ostatni bydlak. Lepiej by zrobił, gdyby się nie odzywał. Milczenie wychodziło mu zdecydowanie lepiej.
- Seifer, ja nie... nie chciałem tego powiedzieć... - powiedział, podchodząc do byłego rycerza i nieśmiało dotykając jego ramienia.
- Wiem, Squally - Seifer uśmiechnął się gorzko. - Ale mimo wszystko masz rację. Po prostu nienawidzę sobie o tym wszystkim przypominać. Przecież wiesz.
- Wiem. Przepraszam.
- Czy to znaczy, że będziesz mi mówił Mistrzu? - zapytał blondyn, patrząc na skruszonego partnera i w mgnieniu oka odzyskując dobry humor.
- Seifer, normalnie jesteś niezniszczalny - westchnął bezradnie komendant.
- Niezniszczalny? Też ładnie brzmi. Ale trochę za długie - zażartował Seifer. - Może pozostańmy przy Mistrzu.
