Nadeszła wyczekiwana sobota i obaj szermierze czekali w porcie Balamb na swój transport do Horyzontu. Dopiero tam mieli spotkać się z drugą połową teamu wędkarskiego, czyli Fujin i Raijinem. Irvine, włóczący się wraz z Selphie po mieście, zauważył opartych o barierki nabrzeża chłopaków i ruszył w ich stronę. Dziwnym trafem w to samo miejsce zaplątała się także Quistis i Zell. Wyglądało na to, że wszyscy przyjaciele Squalla nie mieli lepszych zajęć w tym dniu, niż łażenie po Balamb.
- Twoje przydupasy zjawiły się w komplecie - zauważył kpiąco Seifer, zerkając na zbliżającą się grupkę. - Pewnie przyszli sprawdzić, czy cię gdzieś nie porywam. Na ofiarę dla jakiejś Ultimecji-bis.
- Ja nie mówię na twoich kumpli "przydupasy" - obruszył się Squall. - A poza tym nie przesadzaj.
- Nie przesadzam. Dincht do tej pory podejrzewa, że coś ci zrobiłem - wytknął z urazą. - Wiesz, powinniśmy mu dać popatrzeć na nasze nocne rozrywki. Głowę daję, że jakby cię zobaczył, a przede wszystkim usłyszał, nie miałby żadnych wątpliwości, że to nie żadne brudne sztuczki z mojej strony - zaśmiał się na głos.
- Wybij sobie to z głowy - zdenerwował się brunet.
- A coś grzeczniejszego? Może gdybyś upadł przede mną na kolana i wyznał gorącą miłość, uwierzyłby w końcu? No, Squally? Zrobisz to dla Zella? Niech śpi spokojnie.
- Jeszcze czego - prychnął Squall. - W ogóle to od kiedy przejmujesz się, co sobie o tobie myśli Zell?
- Wcale się nie przejmuję! - zachłysnął się z oburzenia Seifer. - Tylko denerwuje mnie, że twoje przyd... twoi kumple patrzą mi ciągle na ręce. Jakbym planował cię zamordować albo co.
- Po prostu cię nie lubią - oznajmił bezdusznie komendant. - I nie ma się co dziwić.
Seifera aż zatchnęło.
- Co masz na myśli?!
- To, co ci już raz powiedziałem. Jesteś złośliwy, zarozumiały i bezczelny. Wszystkim dogadujesz.
Blondyn nadął się, ale po chwili wypalił:
- Myślisz, że nie umiem być miły?
- Tego nie wiem. Ale jeśli uda ci się wytrzymać dziesięć minut bez obrażania Zella, to będzie wielki postęp.
- Dobra. Udowodnię ci to - jasnowłosy szermierz uniósł się honorem, podejmując wyzwanie.
- Yo, Squall! - zawołał raźno Zell, podchodząc do kumpla razem z resztą przyjaciół.
- A ze mną się nie przywitasz, głup... Zell? - poprawił się błyskawicznie Seifer.
Fighter spojrzał na niego, podejrzliwie ściągając brwi, ale odezwał się niechętnie:
- Cześć, Seifer.
- Jedziecie gdzieś? Na ryby? - zapytała Quistis, spostrzegając wędki wystające z leżącego obok bagażu.
- Tak, do Horyzontu - poinformował ją przyjaciel. - Wrócimy jutro w południe.
- Nie wiedziałam, że znasz się na łowieniu, Squall - uśmiechnęła się Selphie, a Irvine zakpił, wskazując niezbyt subtelnie na Seifera:
- Jak na razie złowił wielkiego rekina. To chyba nieźle, Selph?
- Kinneas, skąd wiesz, kto kogo złowił! - odciął się speszony i zły Seifer, podenerwowany gromkim wybuchem śmiechu, jakim Quistis i Selphie skwitowały żart dowcipnego strzelca. Urażona duma własna kazała mu szorstko chwycić Squalla za ramię i demonstracyjnie przyciągnąć do siebie, mimo iż chłopak wcale się nie opierał. - Coś ci się nie podoba, Dincht? - wyrwało mu się, gdy Zell zrobił gest, jakby chciał go zaatakować.
- Seifer, daj spokój - brunet mitygował podrażnionego partnera.
Blondyn zaburczał coś z niechęcią, ale porzucił swoją napastliwość. Przytulił Squalla i wyszeptał mu do ucha triumfalnie:
- No i? Na razie nieźle mi idzie, co nie? Jeszcze nikogo nie zabiłem ani nie obraziłem.
- Mhm... Po prostu wcielenie łagodności.
- Wiesz co, Squall, za cholerę nie mam pojęcia, jak ty z nim wytrzymujesz - prychnął blondwłosy fighter, nie kryjąc dezaprobaty w głosie. - Już wtedy w Dollet nie mogłem tego zrozumieć.
- Zapewniam cię ...Zell - odparł z wymuszonym uśmiechem Seifer, uprzedzając odpowiedź bruneta - że Squally bardzo dobrze ze mną wytrzymuje. Zdziwiłbyś się, z jakim głośnym entuzjazmem się to zawsze odbywa - zakomunikował z satysfakcją.
Ta odpowiedź ucieszyła większość towarzystwa, z wyłączeniem Squalla i Zella, którzy skrzywili się jak na komendę.
- Seifer będzie mnie uczył łowienia - komendant wrócił pospiesznie do bezpieczniejszego tematu, zwracając się do Selphie.
- Ooo, jak uroczo! - wykrzyknęła brunetka, uśmiechając się od ucha do ucha i podskakując radośnie.
- Co w tym uroczego, Tilmitt? - spytał podejrzliwie Seifer, wyczulony na wszelkie aluzje dotyczące wędkarstwa.
- No, wiesz - dziewczyna mrugnęła niewinnie. - Kto by nie chciał mieć takiego nauczyciela?
W tym momencie nadpłynęła oczekiwana łodź, więc Squall machnął do przyjaciół na pożegnanie i ruszył w jej kierunku. Zell nie wytrzymał i zatrzymał Seifera, łapiąc go za rękaw.
- Almasy, mam nadzieję, że nic nie knujesz, gadzie - syknął podejrzliwie do nielubianego kolegi. - Jeżeli Squallowi coś się stanie, gdy będzie z tobą, to tak ci nakopię do dupy, że do końca życia nie będziesz mógł siadać!
- Skąd bierzesz takie teksty, ciołku? Z filmów klasy C? - zaszydził Seifer, szarpnięciem uwalniając swój rękaw. - I nie napinaj się tak, bo ci pęknie żyłka w mózgu. O ile masz jakiś mózg - uściślił. - Nie bój się, jutro zobaczysz swojego najdroższego dowódcę całego i zdrowego. Obiecuję, że go nie pożrę, chociaż porządnie wymęczę - zażartował z nieprzyzwoitym uśmieszkiem - jeśli łapiesz, o co mi chodzi, głąbie.
Odwrócił się plecami do wzburzonego fightera i chwyciwszy swoją torbę, podążył za Squallem. Tuż przed wejściem na pokład zaczepił go jeszcze Irvine.
- Tak się zastanawiałem, Seifer - zaczął z namysłem, zsuwając kapelusz na tył głowy - to ile czasu zajął ci właściwie ten twój podryw?
- Nie twój zasmarkany interes - burknął gunblader, ciągle jeszcze nastroszony po utarczce z podejrzliwym Dinchtem.
- Założyłem się z kimś o to, dlatego pytam - przyznał snajper. - A co, pewnie długo się męczyłeś? Ja bym to, stary, odpracował w jeden dzień, może nawet szybciej - oznajmił chełpliwie. - I to pomimo mojej specjalizacji w dziewczynach - roześmiał się kpiąco.
- Odwal się, Kinneas! I nawet nie myśl o tym, żeby startować do Squalla. Tylko spróbuj, a wepchnę ci ten głupi kapelusz do gardła, a potem nakarmię tobą ryby w zatoce! - oczy szermierza błysnęły gniewem. Przyjaciele Squalla byli okropni, pomyślał ze złością, wsiadając do łodzi. Irvine rozsądnie odczekał, aż krewki gunblader odejdzie na bezpieczną odległość, po czym pofolgował sobie, śmiejąc się z niego serdecznie.

- Ale masz przyjemnych kumpli - wytknął naburmuszony Seifer, podchodząc do Squalla, który stał na dziobie i spoglądał w spienioną wodę.
- Znowu im coś nagadałeś? - westchnął ciężko brunet.
- Nic nie nagadałem. Ale oni się mnie ciągle czepiają - użalił się nad sobą Seifer.
- Nie przejmuj się cudzym gadaniem.
- Łatwo ci mówić.
- Można się było tego spodziewać - oznajmił Squall obojętnie. - ...żałujesz teraz?
- Nie opowiadaj głupot! - rozgniewał się blondyn. - Bo spuszczę ci lanie za takie teksty. Niczego nie żałuję, kretynie. No, chyba tylko tego, że nie poderwałem cię wcześniej - uśmiechnął się krzywo.
- Wcale mnie nie poderwałeś!
- Możesz sobie wmawiać. I tak dobrze wiesz, jak było.
- Owszem, wiem. Na pewno nie tak, jak ci się zdaje.
- Aaa, no tak, zapomniałem. Mówiłeś, przypominam sobie. To kiedy się we mnie zabujałeś?
- Odczep się.
- Jak wróciłem z paki? A może jeszcze przedtem, co? Zanim zaczęła się cała chryja z Ultimecją? Co, Squally? - naciskał zaciekawiony Seifer.
Nagle jednak uświadomił sobie, o co właściwie pyta. Poczuł nieprzyjemne zimno, sunące lodowatymi mackami wzdłuż kręgosłupa i zapytał cicho, nie potrafiąc spojrzeć Squallowi w oczy:
- Czy w Pustynnym Więzieniu... czy już wtedy? Czy ty...? - wykrztusił niepewnie. Bał się odpowiedzi, bał się jak nigdy w życiu, nie wiedząc, czy zdoła pogodzić się z faktami, w razie gdyby... Pożałował, że o to zapytał. Czasem niewiedza bywa błogosławieństwem.
Squall zamierzał jak zwykle odmruknąć coś na odczepnego, ale uderzył go szczególny ton głosu towarzysza. Lęk? Spojrzał na niego uważnie, zastanawiając się, o co może chodzić Seiferowi tym razem. Chłopak stał ze spuszczoną głową, patrząc pod nogi. Dłonie miał kurczowo zaciśnięte na relingu łodzi, brwi ściągnięte z bólem.
- Nie - powiedział wreszcie powoli, obserwując jego reakcję.
Jasnowłosy szermierz zamknął na chwilę oczy, ale po paru sekundach otworzył je ponownie, biorąc głęboki oddech. Widać było, że ta odpowiedź przyniosła mu ulgę. Kolejne minuty upływały w milczeniu, gdy obaj stali pochyleni nad poręczą, patrząc w fale.
- Wiesz, nie zniósłbym myśli, że kiedy cię... że cię... - dalsze słowa nie mogły Seiferowi przejść przez ściśnięte gardło.
- Torturowałem - podpowiedział brutalnie szczerym tonem Squall.
- Właśnie - przyznał zgnębiony szermierz, czując, że wyjątkowo kiepsko idą mu dziś wyznania. - Że ty już wtedy... Nie umiałbym z tym żyć.
- Wiem.
Seifer, usłyszawszy to zagadkowe zapewnienie, chciał zapytać, co Squall ma na myśli. Starał się stłumić paskudne, bardzo paskudne podejrzenie, że partner nie powiedział mu prawdy. "Nie, to tylko moja paranoja - zapewnił się żarliwie. - Przecież Squally kiepsko kłamie, poznałbym to".
W końcu nic nie powiedział.

Po dopłynięciu na miejsce szermierze wysiedli i ledwo uszli kawałek po nieco rozlatującej się, chwiejnej drewnianej kładce, usłyszeli zaskoczony i brzmiący radosnym niedowierzaniem głos jakiegoś horyzontalnego tubylca:
- Ależ to sam Komendant Leonhart?!
Obaj popatrzyli niechętnie na zbliżających się dwóch młodych facetów w niechlujnych strojach o typowym stylu Rybackiego Horyzontu. Spodnie z powycieranymi kolanami i koszule upaprane farbą i smarem. Horyzont był wiecznym placem budowy. Squall już wiedział, co za chwilę nastąpi, tak jak to było setki razy wcześniej, a Seiferowi nie spodobało się pełne żaru spojrzenie przybyszy, utkwione w Squallu. Stłumił instynktowną chęć walnięcia jednego i drugiego natręta w szczękę. Postanowił grzecznie i cierpliwie przeczekać paplaninę jednego z facetów, który tymczasem ględził jak nakręcony:
- Nie spodziewałem się pana u nas spotkać, panie komendancie. Wszyscy tu słyszeliśmy o zwycięstwie nad tą wiedźmą. To było wyrąbane w kosmos! - emocjonował się. - Strasznie żałujemy, żeśmy tego nie widzieli. Niech pan powie, trudno ją było pokonać?
- Dosyć - odparł oględnie Squall.
Podekscytowany mężczyzna chwycił swojego idola za ramię i perorował dalej, nie zważając na złowrogi pomruk i wściekłe spojrzenie, którym potoczył jasnowłosy towarzysz komendanta. Irytacja Seifera rosła nieprzerwanie. Z trudem słuchał niekończącej się gadaniny.
- Ach, jej pomagał jakiś podły zbir - przypomniał sobie wreszcie fan. - Ten jakiś rycerz? Co się z nim stało?
- Sam go zapytaj - odparł oschle Squall, niedbale wskazując na stojącego obok Seifera. Blondyn doszedł do stanu, w którym przypominał wulkan, mający za chwilę wybuchnąć, ewentualnie wcielenie gromowładnego boga, rażącego maluczkich piorunami. Nawet jeśli tylko z oczu.
Uśmiech na twarzy fana momentalnie zbladł, gdy spojrzał w groźne oblicze ...rycerza Ultimecji.
- Spadaj stąd koleś, zanim cię wypatroszę! - warknął podrażniony Seifer.
Złapał faceta za rękę i odepchnął go od Squalla. Miał wielką chęć dać ujście swoim emocjom i zrobić coś więcej, na przykład zrzucić nachalnego gnojka z pomostu do wody albo sprawdzić, jak daleko poleci po solidnym podbródkowym. Podejrzewał jednak, że Squallowi by się to nie spodobało, więc znowu powściągnął swoje mordercze żądze. Natrętny wielbiciel struchlał i zrobił niepewnie kilka kroków w tył, a potem odwrócił się i uciekł ile sił w nogach, ścigany donośnym śmiechem byłego rycerza.
- A ty czego tu jeszcze stoisz? Też masz chętkę przelecieć Leonharta? - zapytał bez ogródek drugiego tubylca, dotąd milczącego.
- Seifer, co ty pleciesz? - jęknął zakłopotany Squall. Wątpił, by kiedykolwiek przyzwyczaił się do jego odzywek. Czasami towarzysz przyprawiał go o istny ból głowy.
- Spadaj, leszczu! - warknął blondyn, ostrzegawczo robiąc krok w kierunku rywala. Mężczyzna, nieodrodny syn pacyfistycznego miasteczka, wolał nie wplątywać się w bójkę z tym przypakowanym gościem i wziął przykład z kumpla, biorąc nogi za pas. "Ci najemnicy z Ogrodu są tacy agresywni i brutalni", pomyślał z dąsem.
- Chodźmy już - Squall zdecydował się pominąć milczeniem incydent, podnosząc torbę z ziemi i ruszając w stronę widniejącego niedaleko pomostu, gdzie mieli się spotkać z Fujin i Raijinem.
- Daj mi to, poniosę ci - ofiarował się Seifer, nadal na fali bojowego nastroju, chwytając krzepko jego bagaż.
- Zostaw! - rozeźlił się Squall, ani myśląc ustąpić. - Co znowu ci odbiło?
- Po co masz się przemęczać, lewku - rzucił lekko blondyn, silnym szarpnięciem wyrywając mu torbę i triumfalnym gestem zarzucając ją sobie na ramię, razem ze swoją własną.
- Idiota - warknął Squall, krzyżując ramiona demonstracyjnym gestem. - Jeśli ci się zdaje, że-
- Wyluzuj, Squally, i chodź no tu bliżej - przerwał mu uspokajającym tonem Seifer, wolną ręką łapiąc go za ramię i ruszając dalej. - Widzisz, co się dzieje, jak cię na chwilę puszczę.
- Co niby ma się dziać? - zdumiał się brunet, zapominając, że miał być obrażony z powodu zachowania Seifera i tarmoszenia przy byle okazji.
- Od razu dostawiają się do ciebie jakieś tutejsze pętaki - wydął usta blondyn.
- Tamten nawiedzony facet? - zdziwił się szczerze Squall. - Przecież tylko pytał o Ultimecję...
- Ty, Leonhart, nie rozpoznałbyś podrywu nawet, gdyby spadł ci na głowę z głośnym okrzykiem Yatta! - Seifer z niedowierzaniem pokręcił głową nad nieświadomością towarzysza. - W niektórych sprawach jesteś naiwny jak dziecko.
- Nieprawda - zaoponował brunet, czując, że waga tego argumentu jest boleśnie znikoma. - Niby czemu?
- Uwierz mi, tak jest. Jesteś bystrym gościem i zabójczym skubańcem, ale czasem zadziwiająco łatwo można cię podejść. Nie martw się jednak. Po to jestem twoim adiutantem, żeby cię pilnować - oznajmił Seifer i poufałym gestem rozwichrzył mu włosy.
- Nieważne - Squall wolał porzucić ten podejrzany wątek.
Po niezbyt długo trwającym spacerze doszli na miejsce spotkania i rozpoczęli nudne oczekiwanie. Seifer przechadzał się przez chwilę niecierpliwie po pomoście, ale w końcu nie wytrzymał i wrócił do Squalla, ze spokojem czekającego na spóźniających się współtowarzyszy. Stanął obok, oparłszy się plecami o barierkę.
- Pewnie Raijin jak zwykle coś wykombinował - mruknął wyjaśniająco do partnera i spoglądając na niego coraz bardziej roziskrzonym wzrokiem. "Jak to możliwe, żeby wyglądać tak cholernie nęcąco? I że też wcześniej tego nie zauważyłem" - pomyślał, pożerając wzrokiem jego szczupłą sylwetkę. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby poprzestał na samym patrzeniu.
- Seifer, zamierzasz mnie tak obmacywać przez cały czas? - sapnął Squall, starając się bezskutecznie ignorować dłonie blondyna, wałęsające się zachłannie po całym jego ciele.
- W czym problem? - zapytał z roztargnieniem Seifer, skubiąc zębami ucho nadąsanego towarzysza. - Przecież nikt nas nie widzi, sam zobacz, pustka jak okiem sięgnąć.
- Nie o to mi chodzi - oznajmił sucho Squall.
- To o co? - zdziwił się wyższy szermierz, na chwilę przestając znęcać się nad Squallowym uchem.
- Żeby na tym się nie skończyło!
Brunet chwycił zaskoczonego partnera za koszulę i nie tracąc już ani chwili, powlókł go w stronę stojącego obok składu na narzędzia czy też jakiegoś baraku. Nagłe zrozumienie olśniło Seifera i zadowolony uśmieszek rozjaśnił jego twarz. Potulnie pozwolił ciągnąć się swojemu chłopakowi dokąd tylko zechce.

Fujin ze złością patrzyła na zwalistego kolegę, który jak zwykle zapomniał miliona rzeczy i wracał po nie kilkakrotnie, przez co stracili masę czasu i byli mocno spóźnieni na spotkanie z Seiferem i Squallem.
- SKLEROTYK - ofuknęła Raijina, który z przepraszającym uśmiechem po raz kolejny wrócił z zapomnianym przedmiotem. Tym razem była to wędka.
Udało im się w końcu dotrzeć do umówionego miejsca. Już z daleka widzieli czekających chłopaków. Zanim jednak przedostali się po niezliczonych kładkach i pomostach Rybackiego Horyzontu, upłynęły dalsze cenne minuty. Wspiąwszy się na szczyt wysokiej platformy, zasapany Raijin zatrzymał się na moment i zerknął na szermierzy, którzy stali poniżej. Szturchnął łokciem przyjaciółkę i zafrasowanym tonem zapytał, wskazując na Seifera, dobierającego się do Squalla:
- Jak myślisz, może powinniśmy poczekać, aż skończą? Głupio byłoby teraz im przeszkodzić, co nie?
- ALE TO POTRWA - oświadczyła z niezadowoleniem Fujin, opierając się o poręcz i wychylając, by zobaczyć, co się dzieje na dole.
- No tak... Oj, zdaje się, że pan komendant porwał nam Seifa - parsknął śmiechem Raijin, gdy Squall energicznie odholował blondyna z ich pola widzenia.
- PANTOFLARZ - powiedzieli jednocześnie, zaśmiewając się przez dłuższą chwilę.
- Ciekawe, ile czasu im to zajmie - westchnął w końcu Raijin, siadając na jakimś porzuconym metalowym wiaderku po farbie, odwróconym dnem do góry.
- NIESKOŃCZONOŚĆ - zasugerowała grobowym tonem Fujin, przysiadając obok na drugim wiaderku i opierając łokcie na kolanach.
- No to czekamy na koniec Seiferowej musztry - zaśmiał się ironicznie ciemnowłosy chłopak, po czym on i Fujin pogrążyli się w milczeniu.

Seifer nadal gryzł się tym, o czym rozmawiał ze Squallem w drodze do Horyzontu. To nie był łatwy temat, ale postanowił raz na zawsze to wyjaśnić.
- Squally... - zaczął niepewnym tonem.
Brunet podniósł głowę, odrywając się od czyszczenia rozmontowanego na części gunblade'a, który leżał porozkładany na stole. Seifer spojrzał na swojego partnera, który na czole miał brudną smugę od smaru. Poczuł nieprzepartą chęć, żeby podejść i ją zetrzeć. Otrząsnął się jednak z hipnotycznego zafascynowania, wiedząc, że po prostu szuka pretekstu, by dotknąć Leonharta. Trzymanie rąk przy sobie w jego obecności było ekstremalnie trudnym zadaniem. Misją niemożliwą. Teraz jednak nie była pora na takie zachcianki. Musiał najpierw się dowiedzieć.
- Pamiętasz, jak gadaliśmy o Pustynnym? - zaczął, czując, jak momentalnie skręca go w środku. Naprawdę wolałby nie przypominać Squallowi i sobie o tym wydarzeniu, ale nie było wyjścia.
- Pamiętam - potwierdził brunet, patrząc na niego poważnie. - No i?
- Wybaczysz mi? - wypalił Seifer, nie chcąc już dłużej krążyć koło tego tematu. - To jest rzecz, której najbardziej żałuję. I której najbardziej nie rozumiem. Czemu to zrobiłem. Wtedy wydawało mi się to słuszne...
- Wtedy wydawało ci się słuszne - powtórzył Squall sucho. - Więc czym się przejmujesz?
- Chciałbym po prostu, żebyś mi wybaczył. Jeśli możesz...
- Seifer. Byliśmy po przeciwnych stronach - zaczął brunet, decydując się ostatecznie zamknąć ten rozdział. - Nie spodziewałem się po tobie przyjaznego zachowania. Przecież sam wiesz, byliśmy tego uczeni. Że możemy kiedyś walczyć ze sobą. Że nie zawsze możemy być kolegami. I tak się stało. Potraktowałem cię jak kolejnego przeciwnika do zlikwidowania. Mówiłem ci o tym w Galbadii, pamiętasz? Kiedy spotkaliśmy się w Deling... wiedziałem, że nie mam wyjścia, że będę musiał się z tobą zmierzyć, chociaż wtedy nie rozumiałem, czemu to wszystko robisz. Ale to już przeszłość i nie zamierzam o tym dłużej myśleć - zakończył dobitnie. Już dawno nie wysilił się na taką emocjonalną i długą wypowiedź.
- Nie nienawidzisz mnie za to?
- Nie, głupku. Nigdy cię nie nienawidziłem - westchnął Squall, unosząc oczy do nieba. Kiedy Seifer wreszcie to zrozumie?
Blondyn poczuł się zdecydowanie lepiej. Zrobiło mu się jakoś lżej na sercu, choć i tak wiedział, że nigdy do końca sobie nie wybaczy. Usiadł na brzeżku łóżka, tuż obok towarzysza i odebrał mu czystą szmatę, którą ten polerował ostrze Revolvera. Delikatnie starł mu z czoła ślad po smarze i zapytał z chytrym uśmieszkiem:
- Brakowało ci mnie, Squally? Dlatego mnie wyciągnąłeś z paki?
- Seifer, co cię dziś napadło? Naprawdę musisz to wiedzieć? - narzekał Squall.
- Muszę. Chcę wiedzieć o tobie wszystko - oświadczył zachłannie gunblader. - Poza tym ciekawi mnie to. No powiedz.
- Tak i nie - odparł lakonicznie brunet, ulegając namolnemu partnerowi.
- To znaczy? Naprawdę ci mnie brakowało? - ucieszył się Seifer. - I dlatego...
- Cholera, no. Owszem, gdy cię nie było, to jakoś tak ...dziwnie się czułem - zmieszał się Squall. - Ale to nie dlatego. Nie zasługiwałeś na więzienie... nie chciałem, żebyś całe życie... - zaciął się. - To nie była tylko twoja wina... a ty w ogóle się nie broniłeś na procesie... poza tym nie mogłem cię tam zostawić. Należysz do nas, powiedziałem ci przecież...
- Trepe też byś tak wyciągał? A Dinchta? - zainteresował się Seifer. - Nie znałem cię dotąd od tej strony - wyszczerzył się radośnie. - Kto by przypuszczał, że komendant Leonhart ma takie miękkie serce? Może powinieneś wyryć sobie na Revolverze gołąbka, szefie? - śmiał się z nadąsanego bruneta.
- Na drugi raz zostawię cię w pudle, draniu - obraził się Squall.
- Daj spokój - śmiał się do łez Seifer. - Przecież wiesz, że jestem ci za to wdzięczny. Po prostu nigdy nie myślałem, że jesteś taki wrażliwy.
- Bo nie jestem - uciął speszony brunet, odbierając mu szmatę i wracając do przerwanej pracy.
- Nie gniewaj się, musiałem się dowiedzieć - zamruczał Seifer, całując go w szyję. - A tak przy okazji, obiecałeś, że mi powiesz, kiedy się we mnie zakochałeś.
- Nieprawda. Wmówiłeś to sobie. Ja niczego nie obiecywałem.
- Jak mi powiesz, to ja też ci powiem, czemu chciałem zdawać egzamin na SeeD - kusił Squalla, metodycznie zabierając się do drugiej strony jego szyi.
- Wcale mnie to nie interesuje - skłamał nieudolnie Squall, starając się bez powodzenia powstrzymać narastającą w szalonym tempie chęć zostawienia dotychczasowego zajęcia i rzucenia się na Seifera.
- Akurat. Wiem, że bardzo cię to ciekawi. Więc, zrobiłem to, żeby móc codziennie oglądać twój boski tyłeczek i-
- Dobra, daruj sobie dalszy ciąg - uciszył go zdegustowany brunet.
- No to teraz twoja kolej. Powiedz mi, Squally - nalegał jasnowłosy szermierz, przypuszczając o wiele bardziej zdecydowany niż do tej pory, drapieżny atak na kark Leonharta. - Kiedy zrozumiałeś, że za mną szalejesz? Powiedz, no...?
- N-nie mam ...zamiaru... a w ogóle to przes-tań, Seifer. Próbuję ...czyścić gunblade'a, nie widzisz? - starał się przemówić do rozsądku natarczywemu partnerowi, co było wybitnie trudne, gdy rozsądek był ostatnią rzeczą, na jaką miało się ochotę.
- Lepiej zajmij się moim - wionął mu do ucha zachęcający szept Seifera.
- Nie jest już dość błyszczący jak na dziś? - nie mógł się powstrzymać Squall.
- Tego nigdy za wiele - zapewnił blondyn z figlarnym błyskiem w oku i wypraktykowanym ruchem ściągnął partnera z krzesła.
- Czy mógłbyś mi choć raz dać skończyć rozpoczęte zajęcie? - zapytał czyściciel Revolvera już z pozycji leżącej. Z tymi słowami nie współgrały jednak jego dalsze czyny, a już na pewno nie czułe objęcie przeszkadzacza i przyciągnięcie go do siebie.
- Mógłbym, ale mi na to nie pozwalasz - wyjaśnił blondyn, posłusznie nachylając się nad Squallem.
- JA ci nie pozwalam?!
- No bo wyglądasz tak, że cały czas myślę tylko o jednym.
- No tak. To moja wina.
- Właśnie. A skoro już to ustaliliśmy...
Rozkręcony Revolver musiał przeleżeć na stole aż do rana.