Squall i Seifer po raz kolejny siedzieli w kafeterii razem z Fujin i Raijinem. Blondyn przekomarzał się z kumplem na temat jakiejś wspólnej przygody, a srebrnowłosa dziewczyna dorzucała od czasu do czasu krótki, celny komentarz. Squall jednym uchem słuchał rozmowy, nie wtrącając się do niej, jeśli nie został zapytany. Podobało mu się to. Dziwne, ale przyjaciele Seifera bardziej pasowali mu pod względem charakteru niż jego właśni. Do tej pory zostałby pewnie dziesięć razy pouczony przez Quistis, piętnaście razy poklepany po plecach przez Zella, uraczony niekończącymi się żarcikami Selphie i Irvine'a, i nieustannie nagabywany, żeby więcej się odzywał i nie był taki ponury. A tymczasem siedział tu i miał święty spokój. Raijin i Fujin po prostu dali mu być sobą. Skoro chciał siedzieć i milczeć, nie mieli nic przeciwko temu.
- To co robimy dziś wieczorem, Squally? - przerwał mu te myśli Seifer.
- Sparing - przypomniał z ożywieniem brunet.
- Hmm, ale wiesz... - zakłopotał się jasnowłosy szermierz. - Chyba nie powinniśmy już ze sobą walczyć, nie sądzisz?
- Przecież to tylko trening - oznajmił sucho Squall, zastanawiając się, co znowu strzeliło do głowy Seiferowi.
- Ale też można oberwać...
- O co ci chodzi?
- Seif znowu ma pietra! - parsknął śmiechem Raijin, bezczelnie podsłuchujący rozmowę.
- Nieprawda!
Squall uniósł brew, nie wiedząc, o co chodzi. Przecież od zawsze ze sobą trenowali, i Seifer nigdy nie robił trudności.
- Bo wiesz Squall, zanim się spiknęliście, Seif bardzo się bał, że go zamordujesz, jeśli zacznie cię podrywać - Raijin z przeuroczym uśmiechem haniebnie zdradził swojego przyjaciela.
- RAIJIN! JESZCZE JEDNO SŁOWO I TO JA CIEBIE ZAMORDUJĘ! - wykrzyknął zrozpaczony blondyn, czerwieniąc się chyba po raz pierwszy w życiu. Nawet nie wiedział, że jest do tego zdolny. Zerwał się od stołu, o mało go nie przewracając i ruszył do ataku jak rozjuszony byk.
- Przecież nie zmyślam - śmiał się ciemnowłosy olbrzym, zręcznie uskakując przed furią kumpla, który usiłował go dosięgnąć i uciszyć. - A te teksty o zabójczości?
- Zamknij się natychmiast! - zdesperowanemu Seiferowi udało się wreszcie dosięgnąć przyjaciela, tylko dlatego, że Raijin ledwo trzymał się na nogach ze śmiechu. Złapał go za kamizelkę i próbował dłonią zasłonić mu usta. Tego tylko brakowało, żeby gadatliwy kolega pogrążył go jeszcze bardziej w oczach Squalla.
- RAI MA RACJĘ - Fujin beztrosko poinformowała bruneta, w osłupieniu przypatrującego się wygłupom Seifera i Raijina.
Squall zerknął na uśmiechającą się ironicznie dziewczynę, a potem wstał i pociągnął nieszczęśliwego towarzysza z powrotem do stołu. Seifer puścił przyjaciela, ale spojrzenie, którym go obrzucił, wyrażało czystą chęć mordu.
- Nie słuchaj tego, Squally - zażądał blondyn. - Po prostu trzymają się ich psie żarty.
- ŻARTY... - prychnęła Fujin.
- No dobra, to czemu nie chcesz już ze mną trenować?
- Potem ci powiem - mruknął nadąsany Seifer. - Jak będziemy sami.
Okazja do wyjaśnień nadarzyła się w Centrum Treningowym, dokąd udali się wkrótce potem. Roznieśli kilka potworów w ramach rozgrzewki, po czym Squall wrócił do przerwanej rozmowy.
- No więc? Co z tym sparingiem?
- Bo widzisz - zakłopotał się Seifer, odczepiając z Hyperiona odciętą mackę Grata - tak sobie myślałem... że już dosyć cię skrzywdziłem... Nie chcę znowu czegoś ci zrobić, nawet podczas sparingu.
- Jesteś sentymentalnym idiotą - powiedział gburowato Squall, czując, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. Przypomniał sobie kolejne wkurzające momenty, na czele z noszeniem przez nadgorliwego Seifera jego torby po całym Horyzoncie. Zacisnął zęby, starając się bezskutecznie stłumić irytację.
- Może i tak, ale...
- Co ale? Do tej pory jakoś przeżyłem wszystkie twoje ataki. Bierz gunblade'a i przestań się wygłupiać!
Seifer bardzo opornie wykonał polecenie. Wymienili kilka uderzeń. Za którymś razem blondyn, zasłaniając się przed ciosem, przypadkowo uderzył rękojeścią gunblade'a w palce przeciwnika. Squall syknął boleśnie, wypuszczając z dłoni broń, a przerażony Seifer podbiegł do niego. Chyba nie zrobił mu krzywdy?!
- Squally, nic ci się nie stało? - spytał z niepokojem. - Jak tam twoja ręka?
- Wszystko w porządku - uspokoił go Squall, podnosząc z ziemi Revolvera. - Wracajmy do ćwiczeń.
- Zaraz, zaraz. Nie tak szybko. Najpierw zobaczę, czy jesteś cały.
- Seifer, przestań się przejmować byle pierdołą - zbeształ go niezadowolony brunet.
- Pokaż mi rękę - zażądał blondyn, puszczając jego protesty mimo uszu.
Chwycił go za ramię i ściągnął mu z dłoni rękawicę. Zrezygnowany gunblader skapitulował i przestał się opierać. Seifer ujął jego dłoń i zaczął delikatnie zginać i rozprostowywać mu palce, pytając z niepokojem:
- Boli cię? A teraz?
- Nie. Już ci mówiłem, że wszystko w porządku - powiedział apatycznie Squall, przeczekując cierpliwie całą operację.
- No dobra - uznał niechętnie Seifer, pozwalając mu na powrót do sparingu.
Nie upłynęły nawet dwie minuty, gdy po zablokowaniu szczególnie mocnego uderzenia Squall zatoczył się do tyłu i runął na ziemię, potknąwszy się o wystający korzeń. Seifer w jednej sekundzie znalazł się obok. Nachylił się nad chłopakiem z troską i już otwarł usta, by zapytać, czy nic mu nie jest, gdy Squall go uprzedził.
- Nie, nic mi nie jest - wycedził ponuro, wstając z trawy. Co do licha, działo się z Almasy'm? Przecież ich treningi zawsze wyglądały podobnie - przewracali się, obijali, czasem zdarzało im się pokiereszować partnera, i nigdy nie robili z tego wielkiej sprawy. Dzisiejszy trening w niczym nie odstawał od normy.
- Ale na pewno...? - Seifer niepewnie odsunął się od bruneta, który spojrzał na niego wściekle i zacisnął pięści.
Ledwo ponownie stanął w gotowości, Squall zaatakował go ze złością. Blondyn z trudem się obronił, nie mogąc wyjść ze zdumienia. Leonhart rzadko kiedy pierwszy zaczynał walkę. Tym razem naprawdę coś go ugryzło.
- Nie... chcę... żebyś ...był ...taki ...CHOLERNIE DELIKATNY! - wysapał zły Squall, kończąc każde słowo potężnym ciosem. - To do ciebie ...nie pasuje!
Seifera nagle olśniło i zrozumiał, o co chodzi partnerowi. Niepotrzebnie się tak wygłupiał. Przecież Squall zaakceptował go razem z wszystkimi jego wadami. Lubił go takiego. I wcale nie wymagał, żeby Seifer się zmienił. Kpiący uśmieszek powrócił na jego usta. Błyskawicznie uchylił się przed paskudnym poziomym cięciem, zanurkowawszy pod ostrzem Revolvera i płynnie przeszedł do kontrataku, uderzając łokciem w żebra przeciwnika. Zaskoczenie w oczach Squalla i wytrącenie go z rytmu sprawiły mu satysfakcję. Serce zabiło mu żywiej, gdy natarł na chwilowo zdezorientowanego oponenta i zmusił go do wycofania się. Poczuł rosnącą euforię, uczucie tak dobrze mu znane z pola bitwy. Uczucie, które było nieodłączną częścią jego natury wojownika. Sam się sobie teraz dziwił, jak mógł chcieć zrezygnować z ekscytujących pojedynków z Leonhartem. Zaatakował go jeszcze bardziej zaciekle, wykorzystując swoją przewagę wzrostu i siły, triumfalnie obserwując, z jaką trudnością rywal paruje jego uderzenia. Ciemnowłosy szermierz bronił się desperacko, czując, jak od blokowania potężnych ciosów Seifera nieubłaganie ubywa mu sił i energii. Oczywiście nie zamierzał dać się tak łatwo. Seifer, choć aktualnie zdominował starcie, nie był naiwny i wiedział, że to tymczasowy triumf. Nikt inny by się nie domyślił, ale on zgadł. Zbyt dobrze znał Squalla i jego styl walki. Wiedział, co zaraz nastąpi. Poznał to tylko po znajomym błysku w jego oczach i nieznacznej zmianie kąta, pod jakim znajdowało się teraz ostrze Revolvera. "Jasny gwint, Lion Heart. Tylko nie to", pomyślał rozpaczliwie. Chwycił jednak mocniej Hyperiona i zrobił krok w kierunku nacierającego Squalla, zdecydowany bronić się do samego końca. Upaść, a potem wstać i walczyć dalej. Wiedział, że Leonhart nie spodziewa się po nim niczego innego. On po nim zresztą też.
- Teraz już rozumiesz? - burknął Squall, nie mogąc jednak odmówić sobie zwycięskiego machnięcia gunblade'm tuż przed nosem skwaszonego przeciwnika.
Seifer nie oczekiwał cudów po tym, jak spotkał się z wcieloną furią o nazwie Squally Wykonujący Tego Cholernego Niech Go Grendel Kopnie W Dupę Lion Hearta, ale i tak był rozdrażniony. Nienawidził przegrywać. Nie potrafił przegrywać. Podchodzenie do własnych porażek z takim dystansem jak Squall nie leżało w jego charakterze. I wiedział, że nigdy już do tego nie przywyknie. Przez te wszystkie lata fortuna uśmiechała się raz do jednego, raz do drugiego szermierza. Nigdy nie zdołali sobie udowodnić, który jest lepszy. Były takie pojedynki, które kończyły się przegraną Squalla, były i takie, które przegrywał Seifer. Bilans wychodził mniej więcej po połowie. Byli sobie równi.
- Rozumiem - odparł nadąsany blondyn, podnosząc się z ziemi, na której z niespecjalną gracją wylądował po Squallowym limicie. Troskliwie wytarł rękawem ostrze Hyperiona, uwalane piachem, w który upadła broń i otrzepał płaszcz z kurzu. - Możesz być pewny, że delikatność to ostatnia rzecz, na jaką mam teraz chęć, jak na ciebie patrzę.
- I dobrze - wzruszył ramionami brunet.
Rozejrzał się uważnie po Centrum. Odkąd sprowadził tu nowe potwory, miejsce zostało podzielone na specjalne strefy. W jednych grasowały łatwe do zabicia bestie, w innych - mordercze kreatury, do których zbliżać mogli się tylko starsi kadeci i członkowie SeeD. Te zakazy oczywiście nie powstrzymywały żądnych adrenaliny studentów, którzy nielegalnie polowali na bardziej wymagające potwory.
- Szlag! - zaklął Squall, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w rejon występowania smoków, gdzie dwóch małoletnich kadetów walczyło heroicznie z Hexadragonem. Mieli niemal zerowe szanse na zwycięstwo, ale zamiast się wycofać, uparcie próbowali pokonać bestię, rzucając w nią kolejnymi czarami. Seifer patrzył na to z zainteresowaniem, zastanawiając się, czy gówniarze w końcu się poddadzą i uciekną, czy też może smok wypruje im flaki. Gdy jednak towarzysz chwycił broń i pognał w kierunku dzieciaków, momentalnie oderwał się od widowiska i pobiegł za Squallem.
- Leonhart! Dokąd lecisz?!
- Do tych kretynów! - wydyszał brunet.
- Oszalałeś? Nie masz żadnych GFów ze sobą - zbeształ go Seifer, próbując go zatrzymać. Zwykle na sparingi nie brali guardianów, bo i po co. A z tymi kilkoma łatwymi bestyjkami, które mogły na nich napaść, poradziliby sobie bez ich wsparcia.
- Co z tego! - zdenerwował się Squall, wyrywając mu się i podbiegając do miejsca potyczki.
"Squally znowu bawi się w bohatera", przewrócił oczami blondyn, pobłażliwie myśląc o przesadnym, jego zdaniem, poczuciu odpowiedzialności swojego partnera. Squall najchętniej wszystko robiłby sam, z wielkimi oporami zgadzając się na czyjąkolwiek pomoc. "Lepiej było zostawić tych głąbów samych. Na drugi raz nie ładowaliby się do legowiska Hexadragona, tylko grzecznie podrałowali do strzyżenia Gratów". Mimo to dołączył do bohatera bez namysłu, bynajmniej jednak nie powodowany chęcią pomocy lekkomyślnym studentom. "Jeszcze tego brakowało, żeby przerośnięta jaszczurka pokiereszowała mi Squally'ego". Nigdy nie lubił specjalnie GFów, był więc przyzwyczajony do walki bez ich pomocy, choć smok mógł stanowić spore wyzwanie.
Komendant odepchnął smarkatych fighterów na bok i sieknął smokowi po nogach, zwracając na siebie jego uwagę. Rzeczywiście czuł się mało komfortowo, walcząc z tak silnym potworem bez swoich guardianów. W porę uskoczył przed atakiem bestii, lądując na ziemi. Kątem oka zobaczył, że nadbiegający właśnie Seifer szerokim zamachem Hyperiona prawie odcina szponiastą łapę smoka i płynnym ruchem, nie przerywając natarcia, zabiera się do drugiej kończyny.
- Masz za dużo nóg, zasrańcu - zadrwił jasnowłosy szermierz, jak zwykle nie potrafiąc się powstrzymać przed dogadywaniem przeciwnikowi. Nawet jeśli przeciwnik ni w ząb nie rozumiał tych pogróżek. - Pomogę ci pozbyć się kilku!
Oprócz typowych emocji towarzyszących walce, Squall poczuł także ogarniające go wzruszenie. Choć doskonale czuł się, walcząc samotnie, zaczynał przyzwyczajać się do wsparcia ze strony Seifera. A tyle czasu spędził, myśląc, że niebezpiecznie jest polegać na kimś. No i proszę, jak skończył. A najgorsze, że zaczynał lubić tę zależność...
- Jak tam, lewku? Wylegujesz się na trawniku? - zażartował zdyszany gunblader, znajdując czas między jednym ciosem a drugim na prezentację swojego poczucia humoru. - Przybywam uratować twój bohaterski tyłek. Szkoda by było, gdyby coś zadrasnęło takie dzieło sztuki.
Oczywiście nie ma róży bez kolców, i Seifera bez docinków. Squall zerwał się na równe nogi i wspomógł partnera, skupiając ataki na przeciwnej kończynie smoka. Walka bez użycia magii nie miała w sobie nic z finezji czy taktyki. Była zwykłą, brutalną i męczącą rąbaniną. W dodatku niebezpieczną i ryzykowną. Wściekły smok, nie mogąc dosięgnąć gunbladerów pazurami, uderzył Firagą. Squall przygotował się na sporą utratę HP, ale ku jego zaskoczeniu, towarzysz bez problemu odbił ogniowy czar. Nie było jednak czasu dziwić się zdolnościom Seifera, gdyż bestia nadal wykazywała mordercze chęci. Przez kilka minut obaj niezmordowanie rąbali Hexadragona, uskakiwali przed jego atakami, wracali do ofensywy, i znowu się bronili. Aż wreszcie smok raczył wyzionąć ducha.
Dla pewności Seifer dziabnął padniętą kreaturę w ogon. Gdy nie zareagowała, machnął triumfalnie Hyperionem, od rękojeści aż po sztych obryzganym krwią potwora. Squallowy Revolver prezentował się dokładnie tak samo, a jego właściciel wyglądał niewiele lepiej. Seifer, sam mający tylko ubrudzone dłonie, przyjrzał się krytycznie swojemu chłopakowi.
- Wyglądasz jak rzeźnik - zadrwił. - Widać, żeś nieprzyzwyczajony do braku GFów. Waliłeś smoka gdzie popadnie, zamiast celować w najwrażliwsze miejsca.
- Dobra, dobra. Masz rację, ale oszczędź mi dalszego wykładu - wymamrotał brunet, ukradkiem spoglądając na niego z respektem. "Jednym ciosem prawie obciął łapę Hexadragona. Bez guardianów. Jak ten drań robi takie rzeczy?" Mimo iż znał Seifera od dawna, ten nadal zaskakiwał go swoimi umiejętnościami. Pokonanie GFa to raz, ale odbicie Firagi 'na sucho' to dwa. Nieprzypadkowo Seifer zawsze uchodził za jednego z najlepszych, a może najlepszego fightera w Ogrodzie. To oczywiście nie znaczyło, że Squall zamierzał mu o tym mówić. Jeszcze tego brakowało, żeby nadmuchane do granic możliwości ego Almasy'ego rozsadziło Ogród na kawałki.
Otarł z grubsza rękawem twarz i podszedł do kadetów, dotąd z nabożnym podziwem przypatrujących się zabójczej parze szermierzy. Teraz jednak obaj nieletni studenci mieli bardzo niewyraźne miny, słusznie spodziewając się ochrzanu.
- Weszliście do zakazanej dla was strefy występowania smoków - zganił ich Squall. Seifer stanął tuż za nim, krzyżując ramiona i spoglądając na winowajców srogim wzrokiem. - W dodatku to nie pierwszy raz, kadecie Mills i Webb. Co tym razem wy dwaj robiliście w tym miejscu?
- Założyliśmy się, sir - przyznał niechętnie jeden z chłopaków.
- Założyliście? - komendant jęknął w duchu. Ta dwójka od jakiegoś czasu spędzała mu sen z powiek. To nie był pierwszy, ani - czego był pewny - ostatni raz, gdy przyłapywał ich na niedozwolonych "rozrywkach". Obaj kadeci albo regularnie pakowali się w potyczki z potworami, albo tłukli ze sobą. Obydwu aktywnościom oddawali się z jednakową pasją i zaangażowaniem.
- Tak wyszło, sir - dodał rozbrajająco szczerze drugi kadet. - Powiedziałem Millsowi, że nie odważy się podejść do smoka, a on powiedział, że właśnie, że się odważy, no to poszliśmy do Centrum i trafiliśmy na Hexadragona, a potem on nas tak jakby zaatakował, no i wtedy myśmy-
- Wystarczy, Webb - przerwał mu chłodno komendant. - Mills, czemu zawsze pozwalasz Webbowi się prowokować?
Seifer przysłuchiwał się tej połajance i z trudem powstrzymywał śmiech. Zerknął na Webba i odciągnął go kawałek dalej. Squall tymczasem kontynuował strofowanie pierwszego kadeta.
- Ale sir! - zaprotestował student. - Przecież nie mogę uciekać przed Webbem. Co niby mam zrobić?
- Zignoruj go - poradził mu cierpko dowódca.
- Łatwo powiedzieć, sir - mruknął pod nosem Mills. - To niewykonalne...
Dalsze umoralnianie umknęło uwadze Seifera, gdyż skupił się na młodocianym prowokatorze. Zlustrował go surowym spojrzeniem od stóp do głów i zapytał:
- Jesteś z siebie zadowolony, Webb?
Student spojrzał na niego i odparł na odczepnego, przygotowując się na nudną przemowę:
- Nie, sir.
- I słusznie. Przegrałeś zakład i w dodatku smok dobrał ci się do dupy, frajerze - skomentował złośliwie Seifer, z rozbawieniem obserwując zaszokowany i niedowierzający wzrok kadeta. Najwidoczniej spodziewał się usłyszeć co innego. No ale morały i inne dyrdymały nigdy nie pociągały Seifera. - Często się zakładasz z Millsem?
- Dosyć często, sir - odparł wymijająco Webb, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza rozmówca.
- No to postaraj się bardziej, dzieciaku. Chyba nie chcesz, żeby Mills ciągle ci dokopywał?
- Pewnie, że nie, sir! - zapewnił bojowo zmotywowany student. - Następnym razem pójdzie mi lepiej.
- To jest duch! I tak trzymaj - pouczył go niepedagogicznie blondyn.
- Webb, czy możesz mi powiedzieć, dlaczego znowu... - Squall zwrócił uwagę na drugiego kadeta, skończywszy z jednym.
- Już go obsztorcowałem, panie komendancie - zameldował Seifer, przerywając mu. - Webb wie, co źle zrobił i więcej tego nie powtórzy, prawda?
- Tak jest, sir! - uśmiechnął się Webb, zastanawiając się, czemu Almasy ma taką przerażającą opinię w Ogrodzie. "Fajny gość i nie jest sztywniakiem".
- No dobra - brunet obrzucił go nieco podejrzliwym spojrzeniem. - Lepiej pamiętaj o tym, co mówił ci Seifer.
Gdy Squall odwrócił się tyłem, Seifer puścil oko do niesfornego studenta, starając się nie parsknąć śmiechem, po czym ruszył za swoim partnerem do wyjścia z Centrum.
- Pamiętasz, Squally - zagadnął go wesoło - jak na trzecim roku powiedziałem ci, że nie dasz rady skosić czterech Gratów na raz?
- Pamiętam - potwierdził niechętnie Squall, przypominając sobie tę eskapadę i późniejsze dwa dni spędzone w Ogrodowym szpitalu. Do tej pory pamiętał zrzędzenie doktor Kadowaki. I kolejne, trzy tygodnie później, gdy zjawił się ponownie, ale to już była inna historia. - I co z tego?
- Skosiłeś je wtedy.
- Co to ma do rzeczy?
- Może powinieneś trochę zaufać tym dzieciakom - wyjaśnił Seifer. - Dadzą sobie radę.
Squall burknął coś pod nosem, nieprzekonany.
- Jakbym cię nie podpuszczał przez te lata, tobyś teraz tak nie wymiatał. Powinieneś być mi wdzięczny, że miałeś trening dzięki mnie - oświadczył bezczelnie blondyn.
- Dzięki tobie raczej nasłuchałem się wymówek od doktor Kadowaki.
- Ale Squally. Przecież ja nie kazałem ci robić tych wszystkich rzeczy - powiedział z urażoną niewinnością Seifer. - Sam się pakowałeś we wszystko, co powiedziałem.
- Palant.
- Podobało ci się, jak rąbałem Hexadragona - bardziej stwierdził, niż zapytał dumny Seifer. Zauważył, jak Squall na niego patrzył, mimo iż starał się to ukryć. Niestety dla niego, blondyn zaczynał poznawać dobrze - zbyt dobrze, nawet najdrobniejsze zmiany w jego zachowaniu.
- Skąd ta pewność? - zakłopotał się komendant.
- Miałeś to wypisane na twarzy. Ładnie go ściąłem, co nie?
- Owszem - chcąc, nie chcąc, przyznał Squall. Co innego mógł powiedzieć? - Odbiłeś Firagę...
- A, to też - rozpromienił się Seifer. - Fajnie wyszło, co nie? Jak masz ochotę, lewku, to pokażę ci kiedyś, jak się to robi. Chcesz?
- Chcę ...ale nie mów do mnie lewku.
- Dobra, lewku - odparł ugodowo blondyn. - To co teraz robimy?
- Ja idę się umyć. A ty-
- A ja ci w tym pomogę - wpadł mu w słowo uśmiechnięty partner.
- Tak właśnie podejrzewałem...
- No wiesz, muszę na ciebie uważać, bo możesz upuścić mydło pod prysznicem - zachichotał Seifer. - A wtedy mogą się zdarzyć różne ciekawe rzeczy...
- Od kiedy to potrzebujesz pretekstu w postaci mydła? - mruknął rozbawiony Squall.
Squall schował wyczyszczonego gunblade'a do futerału, odłożywszy go na parapet. Przypomniała mu się rozmowa z kafeterii i sam nie wiedział, co go podkorciło, żeby zapytać Seifera:
- Naprawdę się mnie bałeś?
Blondyn również przypomniał sobie tę scenę i kretyna Raijina, który chyba dorównywał Dinchtowi niewyparzoną gębą.
- Nie bałem się. Po prostu... no, nie wiedziałem, jak zareagujesz - oświadczył, nadrabiając miną.
- Czyli bałeś się - podsumował bezlitośnie Squall, starając się stłumić śmiech. Myśl, że jego rywal się go obawiał, była tak niezwykła, że aż zabawna. - Sądziłem, że Seifer Almasy nikogo się nie boi.
- Bo tak jest - zapewnił poddenerwowany blondyn, mrużąc oczy i przypatrując się uważnie swojemu chłopakowi. Coś chyba Squally za dobrze się bawi. Ale nie będzie już więcej zabawy jego kosztem, przyrzekł sobie bojowo. W ułamku sekundy znalazł się przy rozweselonym komendancie i zręcznie przewrócił go na łóżko.
- Almasy, co ty wyprawiasz? - zaprotestował bez przekonania Squall, opierając się na łokciach i próbując wstać.
- Aha, teraz to Almasy - Seifer popchnął go z powrotem do pozycji leżącej, nie pozwalając mu się podnieść - ale niech no tylko ściągnę z ciebie gacie, a inaczej będziesz śpiewał.
- Seifer!
- Tak też możesz, ale nie zapominaj o Mistrzu - przypomniał chełpliwie blondyn, wprawnie uwalniając partnera z okowów spodni. Squally mógł sobie rządzić na polu bitwy, sparingu, misji, i gdzie tylko jeszcze chciał, ale TUTAJ dowodził on, Seifer Almasy.
A Raijin i Fujin guzik wiedzą, pomyślał triumfalnie, nachylając się nad Panem-Nie-Zawsze-Komendantem.
"Nie no, tak dalej być nie może", pomyślał Seifer, spoglądając spode łba na kadetów, którzy liczną grupką otoczyli biurko Squalla i gadali jeden przez drugiego, starając się przekrzyczeć wzajemnie. "To mają być przyszli SeeD? Zachowują się jak banda akwizytorów". Komendant starał się cierpliwie wysłuchać ich wszystkich, ale to było zadanie ponad jego siły. Te sytuacje zdarzały się ostatnio coraz częściej - niestety, popularność młodego dowódcy dawała takie właśnie efekty. Squall i bez tego miał dużo pracy, a trwające przez cały dzień "odwiedziny", a to studentów, a to członków SeeD, a to pozostałych pracowników, odbierały mu te resztki wolnego czasu, jakie jeszcze miewał. Seifer nie zamierzał dać mu się zaharować na śmierć, a dobrze wiedział, że po Squallu nie może spodziewać się, że ten nagle porzuci swoje obowiązki. Musiał coś zrobić.
Wstał z krzesła i podszedł do hałaśliwych interesantów.
- Wystarczy już tego ględzenia - oświadczył gromko, bez problemu przebijając się głosem przez wrzawę czynioną przez studentów. Kadeci ucichli nagle. - Wasz czas się skończył, wracać do swoich obowiązków!
- Ale sir - ośmielił się zaprotestować najodważniejszy student. - Jeszcze nie powiedzieliśmy o-
- Nieważne - uciął krótko Seifer. - Wynocha. Do komendanta nie przychodzi się z takimi duperelami.
Niezadowoleni studenci wyszli, mamrocząc z niezadowoleniem. Seifer ryknął za nimi:
- Co to za protesty? Morda w kubeł albo was powysyłam do pilnowania krzaków w Trabii!
Kandydaci na SeeD wyszli, uciszywszy się w mgnieniu oka. Misje w Trabii były najbardziej znienawidzone ze względu na wiecznie panujące tam zimno i potworne nudy. Określenie "pilnowanie krzaków" nie odbiegało zbytnio od prawdy.
Seifer zatrzasnął za nimi ze złością drzwi i obrócił się w stronę Squalla.
- Czemu to robisz? - zapytał ze zmęczeniem komendant. - Nie możesz się tak wydzierać na wszystkich i-
- Mogę - przerwał mu zuchwały adiutant.
Podszedł bliżej i szturchnął go palcem w tors.
- Od teraz koniec z tymi fanowskimi spotkaniami - zarządził energicznie. - Nie jesteś od zabawiania znudzonych studenciaków. Jesteś dowódcą tego bajzlu, do cholery!
- Przecież oni nie przychodzą tu dla rozrywki - zaoponował niemrawo Squall.
- Tak ci się tylko zdaje - mruknął do siebie Seifer, po czym dodał głośniej - ale to już nieważne, bo od jutra będzie inaczej.
- Co ty kombinujesz? - zaniepokoił się tą zapowiedzią komendant.
- Zobaczysz - zbył go Seifer, robiąc tajemniczą minę.
Nazajutrz zaaferowany adiutant wybył do biura dużo wcześniej, nie czekając na swojego dowódcę. Squall dopiero kończył się ubierać, gdy za wychodzącym chłopakiem trzasnęły drzwi. Zdziwiony tym odstępstwem od ich zwyczajowych poranków brunet udał się więc sam do kafeterii, a potem do gabinetu. Na korytarzu spotkał kilku ludzi, mozolących się nad jakimiś dokumentami, ale za to w środku zaskoczył go pusty przedpokój. Zwykle od samego rana tłoczyły się tu tłumy mieszkańców Ogrodu, czekających na przybycie dowódcy. Tym razem w poczekalni nie było nikogo. Jedyną żywą istotą był siedzący przy biurku pod oknem jakiś znajomo wyglądający, wielki, krótko ostrzyżony SeeD, o budowie zapaśnika wagi supermegaciężkiej. Na widok wchodzącego komendanta poderwał się z prędkością, o którą trudno byłoby go podejrzewać, i zasalutował gorliwie. Squall odruchowo odwzajemnił pozdrowienie i otwarł drzwi do swego gabinetu, odprowadzany pełnym uwielbienia spojrzeniem 'zapaśnika'.
- Czego tu?! - powitało go gniewne warknięcie jego własnego adiutanta. - Mówiłem, że będę wołał... A, to ty - Seifer odwrócił się na odgłos zamykanych drzwi i uśmiechnął promiennie do swojego chłopaka. - No i jak ci się podoba, lewku?
- Ale co?
- Widziałeś w poczekalni?
- Co miałem widzieć? Nikogo tam nie ma, tylko ten drągal tam siedzi... - zdziwił się komendant.
- No właśnie! - oznajmił triumfalnie blondyn. - Teraz już nie będą cię napastować te tłumy kretynów. Zrobiłem z nimi porządek.
- Zabiłeś wszystkich czy wysłałeś do Trabii? - spytał cierpko Squall.
- Wzrusza mnie twoja znajomość moich metod - roześmiał się Seifer. - Ale nie tym razem. Wymyśliłem coś skuteczniejszego niż śmierć.
Brunet spojrzał na niego nieufnie, ale nie usłyszawszy dalszych wyjaśnień, wzruszył ramionami i usiadł przy biurku. Praca czekała. Upłynęła godzina, potem dwie, a Squalla nadal nie nachodził żaden interesant. Dopiero gdy minęło południe, rozległo się pierwsze nieśmiałe pukanie do drzwi. Seifer, zupełnie jakby cały czas na to czekał, zerwał się z krzesła i z niezwykle zadowoloną miną poszedł otworzyć. Na progu stał przysadzisty, rudawy kadet z plikiem kartek w ręce.
- Sir, melduję, że wszystko już mam gotowe - oświadczył, wręczając Almasy'emu całą makulaturę.
Blondyn przejrzał pobieżnie nagłówki.
- Nie wpisałeś daty w poprawnym formacie. Tu brakuje danych - wytykał kolejne braki. - A gdzie umotywowanie prośby? Nie ma formularza KR54 ani SD3215. Uzupełnij to i przyjdź jutro! - odesłał biednego studenta z niczym.
- A ty tu czego? - zwrócił się do kolejnego chętnego. - Wypełnione?
- Tak jest, sir!
- Pokaż. Hmm... wygląda na to, że wszystko w porządku - uznał niechętnie Seifer. - A numerek ma?
- Numerek? - powtórzył niepewnie kadet.
- A co myślałeś? Trzeba się zarejestrować i dopiero wtedy będziesz mógł wejść z numerkiem. Porządek musi być! - uświadomił go chłodno Seifer, wskazując głową na siedzącego przy biurku milczącego wielkoluda.
Kadet podszedł do niego, ale nie zdążył nawet wypowiedzieć jednej sylaby, gdy usłyszał nieprzyjazne burknięcie:
- Dzisia juże nie jerestrujemy. Jutro łod ósmej do wpół do dziewiontej. Zapisołeś sie na listę łocze... oczekujących?
- Listę? - zbaraniał chłopak.
- Nie słyszoł o liście? To jak chcioł się zajerestrować? - biurkowy decydent szybko uświadomił mu brutalną rzeczywistość. - Wolne terminy momy za trzy tygodnie. Zapisoć?
- Tak...
Nieszczęśliwy kadet wyszedł, klnąc w duchu. Seifer zatarł dłonie. Wszystko szło jak po maśle. Kiedy zbliżyła się kolejna osoba, tym razem płci zdecydowanie bardzo żeńskiej, mająca nadzieję na spotkanie z komendantem, scenariusz powtórzył się.
- Dane uzupełnione? Numerek ma?
- Tak, sir! - wypaliła zadowolona z siebie kadetka. Słynęła z dokładności i sumienności, więc mimo szczerych chęci Seifer nie znalazł żadnych uchybień w stosie dokumentów. Cholera, nawet jednej literówki!
- Na kiedy miałaś wyznaczoną wizytę?
- Na dzisiaj, na trzynastą piętnaście - wyrecytowała gorliwie studentka.
- Jest trzynasta szesnaście - rzucił niedbale Seifer. - Spóźniłaś się.
- Ale sir! To tylko minuta, i przecież w tym czasie rozmawiałam z panem - rozżaliła się kadetka.
- Nic mnie to nie obchodzi - ogłosił obojętnie blondyn. - Spóźniłaś się i przepadło. Czas komendanta jest cenny. Ale przecież możesz się zarejestrować ponownie - dodał szyderczo. - Hej, Winters, zapisz ją jakoś możliwie wcześnie - zawołał w kierunku SeeDa. Mężczyzna kiwnął głową, po czym przez dłuższą chwilę wpatrywał się ze skupieniem w ekran komputera, poruszając ustami przy czytaniu. Wreszcie zakończył zmagania z opornym tekstem i urzędowym tonem poinformował czekającą dziewczynę:
- Za pińć tygodni. Czwartek, łosiemnastego.
- Pięć? - wykrzyknęła z niedowierzaniem studentka, waląc pięścią w blat. - Przecież byłam pierwsza! I spóźniłam się tylko o jedną, zasraną minutę!
- Co to za zachowanie i słownictwo? - rozeźlił się Seifer. - Anuluję pozwolenie na widzenie się z komendantem! Winters, wpisz ją na czarną listę. Odmaszerować!
Dziewczyna powlokła się w kierunku wyjścia, pomstując na podłego adiutanta i własną porywczość.
Spławiwszy sprawnie pierwszych kandydatów do wizyty u Squalla, blondyn obrzucił wzrokiem pustą poczekalnię, skinął głową Wintersowi i wrócił do gabinetu, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie zdjął nawet dłoni z klamki, gdy usłyszał pukanie. Otwarł więc ponownie i zobaczył stojącego za progiem jakiegoś SeeDa o niskiej randze.
- Numerek ma?! - wydarł się na oniemiałego mężczyznę, który nie miał pojęcia o nowych porządkach. - Jak nie ma, to niech się zapozna z procedurą! Winters, nie wpuszczaj tu już nikogo - zarządził.
- Tajest, sir!
Zamknął drzwi, tym razem skutecznie wypłoszywszy wszystkich, którzy zamierzali zawracać głowę Leonhartowi.
- Seifer, co to wszystko ma znaczyć? - zapytał Squall, w milczeniu obserwujący popisy swojego chłopaka.
- A na co ci to wygląda? Zabrałem się za profesjonalne zarządzanie twoim biurem. To należy do moich obowiązków. Zanim ktoś tu wlezie, musi wypełnić górę papierków i poczekać grzecznie na swoją kolej. To perfekcyjnie działa i odstrasza tych, którym się w głowach poprzewracało i myślą, że jesteś od dostarczania rozrywki.
- Nie możesz tak po prostu wyrzucać ludzi, którzy tu przychodzą z jakąś sprawą - zaprotestował komendant.
- Ależ mogę! Jestem twoim adiutantem - powtórzył swój nieśmiertelny tekst na każdą okazję - i to JA decyduję, co się dzieje w twoim gabinecie. Ty nie masz tu absolutnie nic do gadania. Co mówi regulamin o odpowiedzialności za biuro komendanta? - zapytał surowym tonem nauczyciela, zwracającego się do ucznia.
- Że... no... - zająknął się Squall.
Faktycznie, regulamin jasno określał zakres obowiązków poszczególnych stanowisk. Seifer, jak na swój luźny stosunek do zasad, znał je zadziwiająco dobrze.
- Że to moja działka - podpowiedział mu usłużnie blondyn, ubawiony, że tym razem udało mu się zatriumfować legalnie, przykładnie i w stu procentach zgodnie z ukochanym przez bruneta regulaminem. - Zamierzasz to kwestionować?
- Nie - mruknął potulnie Squall, pobity własną bronią.
Jak Almasy to robił? Z każdej, nawet podrzędnej funkcji potrafił zrobić stanowisko niemal decydujące o wszystkim. Squall był gotów się założyć, że gdyby jasnowłosy spryciarz dostał ścierkę i zadanie mycia podłóg na korytarzu, wkrótce podporządkowałby sobie połowę Ogrodu pod pretekstem zachowania stanu nieskażenia biologicznego. To był wrodzony talent, zdolności przywódcze dające o sobie znać nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach.
Zresztą, spokój i brak nachalnych studentów, wiszących mu nad głową nie były wygórowaną ceną za oddanie Seiferowi kolejnego poletka, na którym mógł szarogęsić się do woli.
- A co regulamin mówi na temat sposobu użytkowania biurka komendanta? - zapytał więc, uśmiechając się pod nosem. - Czy tu też tylko ty podejmujesz decyzje?
- Oczywiście. Ale możesz zgłosić jakieś wnioski, to je rozpatrzę - uznał łaskawie blondyn. - A do regulaminu sami możemy dopisać kilka linijek. Bardzo interesujących linijek - oczy błysnęły mu z ekscytacji. - Ale zanim cokolwiek napiszemy, powinniśmy chyba sprawdzić wszystkie możliwe warianty.
- Wydawało mi się, że wszystkie już sprawdziliśmy - zaoponował Squall.
- Masz słabą wyobraźnię - roześmiał się blondyn. - Mnie przychodzi na myśl jeszcze sporo ciekawych możliwości.
- To chyba nieprędko uzupełnimy ten regulamin.
- Nieprędko - zgodził się rozbawiony Seifer.
Dzień przebiegał gładko i przyjemnie. Nikt nie śmiał już zakłócać spokoju dowódcy, nie odbywszy całej krętej drogi przez biurokratyczny gąszcz, stworzony przez kreatywnego adiutanta. Jak na razie, tylko jeden szczęśliwy i dostatecznie wytrwały student zdołał dostąpić zaszczytu dotarcia przed oblicze komendanta.
Seifer był bardzo zadowolony z pracy Wintersa, którego sam osobiście wybrał do tej roboty. Kapral Winters nie należał do najbystrzejszych najemników w Ogrodzie, ale braki intelektualne nadrabiał posturą godną Iron Gianta i ślepym wykonywaniem rozkazów. Był bardzo lojalny wobec Squalla, którego podziwiał za bitność i odwagę, i był gotów skoczyć za swoim dowódcą w ogień. Przy okazji część tej wierności spłynęła na Seifera, który wyrwał SeeDa z nielubianego posterunku - przesiadywania w porcie jako członek teamu zajmującego się łodziami desantowymi - i posadził go przy biurku. I to gdzie! Tuż za ścianą miał uwielbianego Komendanta! Winters był niesamowicie wdzięczny Almasy'emu za nowe, atrakcyjne zajęcie i gorliwie spełniał jego polecenia. Co jak co, ale rozkazów umiał słuchać.
Seifer wysoce sobie cenił tę cechę kaprala. "Nie wpuszczaj nikogo do Squalla, gdy mnie nie będzie" gwarantowało, że nowy stróż prędzej da się poszatkować na kawałki niż pozwoli komukolwiek wtargnąć do gabinetu. Nawet jeśli będzie to Kinneas, zachichotał złośliwie blondyn.
- Squally, zrób sobie przerwę - Seifer klepnął partnera w ramię, próbując oderwać go od pracy. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
- Mhm - mruknął roztargnionym tonem Squall, przerzucając kolejne strony. - Później...
- Pora na obiad - próbował dalej blondyn.
- To idź sam - wymamrotał komendant, pochłonięty czytaniem.
- Chodźże, uparciuchu.
- Mhm...
Seifer westchnął ciężko. To nic nie da. Uśmiechnął się pod nosem, wpadłszy na pewien pomysł, po czym zostawił swojego dowódcę w spokoju i wyszedł. Wrócił po niecałej godzinie, niezauważony przez Squalla. Podszedł do niego i odsunął go razem z fotelem od biurka.
- Ej, co to ma znaczyć? - zdenerwował się Squall, oderwany nagle od swojego zajęcia.
Zamiast odpowiedzi blondyn wręczył mu talerz i widelec, a sam usadowił się nonszalancko na biurku, na Squallowych raportach.
- Co to jest? - Squall zerknął na przyniesione jedzenie. Nie wyglądało jak nic znanego mu z kafeterii.
- Potrawka z Funguara - zełgał Seifer. - Bardzo dobra. Ale ryzykowna. W połowie przypadków można ją zjeść i przeżyć. Czasem jednak ma się pecha i otrucie gwarantowane - postraszył go z poważną miną. - Jestem jednak pewien, że ty będziesz miał szczęście i nic ci się nie stanie.
Squall spojrzał na niego niepewnie, a potem z powrotem na talerz. Było widać jak na dłoni, że zastanawia się, co ma z tym począć. Blondyn wybuchnął śmiechem na widok jego niewyraźnej miny.
- No przecież jaja sobie robię. Spoko, to zwykłe grzyby - uspokoił go.
- Nigdy nie wiem, kiedy żartujesz, a kiedy mówisz poważnie - usprawiedliwił się zakłopotany Squall.
"I bardzo dobrze", pomyślał rozweselony Seifer, po czym oświadczył:
- Nie chciałeś iść na obiad, więc poszedłem i sam ci go zrobiłem. Nie z Funguara.
- Dzięki - uśmiechnął się Squall.
Seifer wpatrywał się w niego jak urzeczony, napawając się rzadkim widokiem. Squall nie należał do zbyt pogodnych osób, mówiąc oględnie. Choć ostatnio trochę odtajał, to i tak chwile jak ta były raczej wyjątkiem niż regułą. Najwyraźniej zadziałało jakieś sprzężenie, bo obaj siedzieli i gapili się na siebie wzajemnie, jakby widzieli się po raz pierwszy w życiu. Squall nigdy wcześniej nie myślał o Seiferze kwestiami wizualnymi. Seifer to był... Seifer i tyle. Łotr, który zafundował mu tyle różnych emocji, co nikt inny. Który nie dawał mu spokoju przez całe życie, nigdy nie znikając z pola widzenia, a kiedy wreszcie zniknął, jego nieobecność okazała się nie do zniesienia. Nawet kiedy już byli razem, nie zastanawiał się świadomie nad własną fascynacją. Dopiero teraz przyjrzał się swojemu chłopakowi z tym nowym nastawieniem, bardzo uważnie, niemal z naukowym zainteresowaniem. To, co sobie uświadomił, sprawiło, iż brakło mu tchu. Jego dłoń odruchowo powędrowała do kołnierzyka od koszuli, nerwowo go rozluźniając.
Poczuł gorąco na policzkach.
- Rozumiem, że podoba ci się widok - oznajmił, również go obserwujący, zadowolony i uśmiechnięty Seifer - no więc patrz sobie do woli, ale podczas jedzenia.
Squall z trudem przeniósł uwagę na swój obiad. Spojrzenie ciągle umykało mu w kierunku jasnowłosego szermierza, beztrosko siedzącego naprzeciwko. Teraz, kiedy zdał sobie sprawę z atrakcyjności Seifera, nie mógł oderwać od niego oczu.
- Mogę zdjąć górę od munduru, zaoszczędzę ci fatygi rozbierania mnie wzrokiem - zlitował się nad nim rozweselony blondyn. - Chcesz?
Squall zdobył się tylko na potwierdzające kiwnięcie głową. Kiedy jednak Seifer pozbył się kurtki, a potem koszuli, Squall zrozumiał, że obiad będzie musiał poczekać.
- Jeśli chodzi o te... hmm... wnioski dotyczące używania biurka - zaczął, czując się bardzo niezręcznie - to mam jeden...
- Tak? - z miejsca ożywił się Seifer.
- Miałeś rację, jeszcze nie wyczerpaliśmy wszystkich możliwości - przyznał brunet. - Więc mam taki pomysł...
- Nie wiem jaki, ale już zaczyna mi się podobać - wyszczerzył się Seifer, zamierzając zsunąć się z blatu i podejść do chłopaka.
Squall powstrzymał go gestem i sam wstał z fotela.
- Zostań tam, gdzie jesteś - polecił, uśmiechając się tajemniczo. - Tylko odsuń gdzieś na bok te dokumenty, bo się pogniotą - dodał rzeczowo.
Seifer stłumił śmiech. Leonhart i jego nieuleczalny pragmatyzm.
- Squally, chciałbym, żebyś obejrzał sobie swojego hmm... ochroniarza - zaproponował Seifer, przypominając sobie, że właściwie jeszcze nie zaprezentował mu oficjalnie nowego podwładnego. - Mogę go zawołać?
- Wołaj - zgodził się dowódca, doczytując końcówkę sprawozdania.
- Winters, wejdź na chwilę - Seifer wychylił się przez próg i machnął dłonią na czujnego "cerbera", surowo przypatrującego się dwóm kadetkom, które stanęły na progu, niepewnie rozglądając się po pomieszczeniu. - Pokażę cię Squallowi.
Rozemocjonowany stróż zerwał się chyżo i posłusznie wmaszerował do biura. Stanął w przepisowej odległości, wyprostowany jak struna, i po raz drugi tego dnia zasalutował Leonhartowi. Nigdy wcześniej nie znalazł się tak blisko dowódcy. Zwykle widywał go tylko z daleka, w przelocie, a ponieważ większość czasu spędzał poza Ogrodem, nawet takie okazje zdarzały się niezwykle rzadko. Dopiero dziś rano zobaczył komendanta przechodzącego w odległości zaledwie kilku metrów, a w tej chwili dzieliła ich tylko szerokość biurka.
- Squally, to jest kapral Winters, który trzyma w karbach twoich nachalnych fanów - przedstawił nowego pracownika Seifer.
Squall podniósł głowę i spojrzał na niego uważnie. Winters poczuł, że drżą mu kolana, a dłonie, które zaciskał nerwowo, spociły mu się z wrażenia. Patrzył w oczy Squallowi Leonhartowi! Wielkiemu bohaterowi, który walczył z potężną czarownicą z przyszłości. Dla poczciwego kaprala komendant był postacią niczym z legend. Mityczną. Biła od niego niekwestionowana charyzma, choć nie robił nic takiego, tylko patrzył spokojnie na nowo przybyłego.
- Winters? - powtórzył z namysłem Squall, wpatrując się w strażnika intensywnie, jakby próbując sobie coś przypomnieć. Biedny kapral niespokojnie przestępował z nogi na nogę, czując się jak robak nabity na haczyk. Trudno było stać niewzruszenie, gdy wwiercał się w niego palący wzrok Komendanta. - Czy to nie ty byłeś w drugim oddziale podczas bitwy Ogrodów? - zapytał, demonstrując zaskakująco dobrą pamięć.
- Tajest, panie komendancie - wychrypiał przejęty mężczyzna, ledwo mówiąc przez zaschnięte gardło. - My żeśmy bronili wejścia.
- Dobrze wam poszło - pochwalił go Squall.
- Dz-dziękuję, sir! - wykrztusił z trudem kapral, czerwieniąc się aż po uszy z emocji i dumy, że Komendant zauważył jego wojenne wyczyny.
- Od jakiego zadania oderwał cię Seifer? - zapytał brunet, krzywo zerkając na stojącego obok adiutanta.
- Eee tam, nudził się przy łodziach - zbagatelizował blondyn. - Szkoda go było, żeby się tam marnował. Tu przyda nam się bardziej.
- No dobra - zgodził się Squall. - Tylko nie licz, że tu będzie ciekawiej niż w porcie - pozbawił kaprala złudzeń.
- Ale panie komendancie, sir! Toż ni ma lepszego miejsca do służby - wyrwało się mężczyźnie. - Każden jeden by chcioł być na moim miejscu. Wszyscy koledzy bedom mi tera zazdrościć.
Squall spojrzał na niego sceptycznie.
- Przepraszam, panie komendancie - zawstydzony Winters zorientował się, że za bardzo się zagalopował. Nie mówi się takich rzeczy do zwierzchnika. - Nie pomyślałech i tak mi sie wyrwało, sir.
- W porządku - machnął ręką zrezygnowany brunet. - Odmaszerować.
- Tajest!
Gdy Seifer odprowadził strażnika na jego miejsce pracy, zaniepokojony mężczyzna zapytał go nieśmiało:
- Sir, czy pan komendant jest na mnie zły? Bo żem tak wyjechoł z tą gadką jak jakiś głupek.
- Spoko - roześmiał się Seifer, waląc go w plecy. - Zapamiętał twoje nazwisko, a wierz mi, jak na niego, to wielki wyczyn. Musiałeś mu jakoś zapaść w pamięć. Ciesz się z tego zaszczytu - zakpił.
- Toż cieszę się, sir - odparł całkiem poważnie stróż.
Seifer przewrócił oczami.
- Dobra, wracaj do pracy. Żadnych wizyt przez najbliższą godzinę - zarządził. - Będziemy z komendantem trochę zajęci ...regulaminem.
- Nikt tu nie wlezie - obiecał kapral z zapałem tak wielkim jak on sam. - Choćbym mioł zdechść, to nie wpuszcze żodnego, sir!
- Dobry piesek - mruknął pod nosem Seifer i wrócił do Squalla.
- Co jest z tym gościem? - zapytał go zdziwiony komendant. - Jakiś taki dziwny był.
- To nic takiego, zwykły stan przedzawałowy - poinformował go niefrasobliwie blondyn.
- Co? Przedzawałowy? - wykrzyknął Squall. - Jeśli jest chory...
- Nie jest - prychnął rozweselony blondyn, przypatrując się zatroskanemu chłopakowi. "Jak można być aż tak ślepym?" - To twój największy fan, i nie chodzi mi bynajmniej o gabaryty. Zobaczył cię nagle z odległości metra i mało nie padł trupem z wrażenia, gdy opromieniła go twoja boska aura.
- Pleciesz głupoty, Seifer - mruknął brunet. - Lepiej zabierz się do roboty, zamiast paplać.
Wreszcie pierwszy dzień Nowego Biura Komendanta pod bezlitosnym dla interesantów dowództwem Seifera zakończył się. Energiczny adiutant uznał go za bardzo udany i pogratulował sobie pomysłu. Squall nie był taki wykończony, jak ostatnio i nawet nie protestował zbytnio, gdy Seifer postanowił wyciągnąć go na spacer. Oczywiście w przypadku Squalla nic nie było proste i jak zwykle, musiał użyć podstępu.
- Gdzie? Nad morze? Co chcesz tam robić? - głos bruneta nie ociekał zbytnim zapałem.
- Sprawdzimy, jak się spisali kadeci wyznaczeni do ochrony okolic Balamb - skłamał Seifer. - No wiesz, ci, co mieli pozbywać się potworów grasujących po okolicy. Zrobimy kontrolę jakości.
Wiedział, że zwyczajna - i zgodna z prawdą propozycja "Chodź, przejdziemy się do portu" spotkałaby się z odmową. Squall nie dopuszczał myśli pójścia gdzieś bez określonego celu. Lubił mieć logiczny powód każdej przechadzki, tak więc proszę bardzo, niech ma.
- Kontrola jakości? - Squall uniósł brew z rozbawieniem. - No ale dobra, skoro chcesz...
- To idziemy - Seifer objął go ramieniem, w końcu byli po służbie, więc czuł się usprawiedliwiony.
- Zaraz, czekaj. Nie mam ze sobą gunblade'a. A skoro mamy sprawdzać, czy nie ma potworów-
- Spoko, ja wziąłem Hyperiona. Jak wyskoczy na nas jakiś straszliwy i morderczy Fastitocalon albo przerażająco śmiercionośny Bite Bug - zażartował Seifer - to cię obronię, lewku.
- Bardzo śmieszne - skrzywił się komendant. - Poczekaj chwilę, zaraz będę z powrotem.
Gdy wrócił, już uzbrojony, ruszyli na piechotę w kierunku portu. Przez chwilę blondyn obawiał się, że Squall zaprotestuje przeciwko takiemu marnowaniu czasu, ale nic takiego nie nastąpiło. Może po prostu nie chciał się przyznać, że lubi się włóczyć z Seiferem i po cichu był z tego zadowolony.
- Ładnie wyczyścili wybrzeże - blondyn pochwalił pracę kadetów, gdy dotarli na miejsce. - Ani śladu po grasujących zabójczych Fastitocalonach, których się obawiałeś, Squally.
- Nie obawiałem się żadnych cholernych ryb!
- Ani trochę? - drażnił się Seifer. - A przecież one mają takie straszliwe płetwy!
- Odczep się wreszcie! - czasami Squall zastanawiał się, jakim cudem udawało mu się wytrzymywać w towarzystwie najbardziej wkurzającego człowieka na świecie. Odpowiedź pojawiła się po sekundzie, gdy Seifer przepraszająco objął go ze słowami:
- Gniewasz się, lewku?
- Nie - westchnął brunet. "Najbardziej wkurzający człowiek na świecie" miał jakieś nadprzyrodzone właściwości. Nawet gdyby Squall chciał się na niego obrazić i odsunąć, jego ciało miało odrębne zdanie na ten temat.
- Posiedźmy tu chwilę, w końcu nie mamy się gdzie spieszyć - Seifer machnął ręką w kierunku niewielkiej wydmy.
- Ale tym razem nie zamierzasz tu siedzieć aż do zachodu słońca? - upewnił się nieco złośliwie brunet, usadawiając się wygodnie na kępie trawy.
- A coś ty się taki dowcipny zrobił? - zaśmiał się Seifer, żartobliwie wichrząc mu włosy. Strasznie lubił to robić, i bawiła go irytacja Squalla. Usiadł tuż za nim i swoim zwyczajem objął go szczelnie ramionami. Squall miał wielką chęć zapytać, czy Seifer szuka inspiracji dla tych uścisków u niedźwiedzi albo węży z rodziny dusicieli, ale ugryzł się w język. Tak naprawdę to wcale nie przeszkadzały mu te inspiracje.
- Ty masz swoją konstelację, a ja nie - Seifer podjął wesoło poruszony wcześniej temat. - Powinienem zaadaptować jakąś dla siebie, co nie?
- Weź sobie księżyc - mruknął brunet. - Jest taki, jak ty - wielki, przytłaczający i nie da się go nie zauważyć.
- Raczej chciałeś powiedzieć: wspaniały, piękny i wzbudzający powszechny zachwyt - poprawił go nieskromnie blondyn, puszczając mimo uszu drwiącą odpowiedź Squalla, składającą się z jednego słowa: "Marzyciel".
- Squally...
- Co? - charakterystyczne brzmienie głosu partnera, które nauczył się już rozpoznawać, poinformowało Squalla, że Seifer zamierza go znowu naciągnąć na jakieś wyznania. "Cholera".
- Powiesz mi w końcu?
- Co takiego? - odwlekał nieuchronne Squall.
- Kiedy się we mnie zakochałeś - przypomniał raźno blondyn, opierając podbródek na jego ramieniu. - Nie bądź taki uparty. Czemu nie chcesz powiedzieć?
- Bo... - brunet poruszył się nerwowo. Niestety, nie miał już żadnej wymówki, wykrętu, pretekstu. Nie mógł zasłonić się koniecznością pracy czy odejść. - Bo... to głupie.
Seifer poczuł palącą ciekawość. Jednak nie mógł naciskać zbyt mocno, bo wiedział, że to przyniesie skutek odwrotny od zamierzonego i chłopak zamknie się w sobie. Ile musiał się natrudzić, żeby skłonić go do jakichkolwiek zwierzeń! Nigdy nie był zbyt cierpliwy, ale pohamował się i powiedział łagodnie, żeby nie spłoszyć Squalla:
- Spoko, na pewno nie jest tak źle, jak myślisz.
- Jasne... Będziesz się śmiał, jak zawsze. Nie ma mowy - wycofał się szybko brunet.
- Nie będę, no coś ty - zapewnił gorąco Seifer. - Czemu tak myślisz?
- W porcie się śmiałeś - wymamrotał z wyrzutem Squall.
"Fakt" - przyznał zakłopotany blondyn. - Jestem debilem."
- Ale... no dobra, przepraszam. Zaskoczyłeś mnie wtedy i to dlatego - tłumaczył się. - Z nerwów, taka głupia reakcja.
"Czy to dlatego Squally jest taki niechętny do gadania o sobie?" Właściwie nigdy dotąd o tym nie myślał, traktując jego rezerwę jako coś oczywistego, część osobowości. Ale może jego domysł z 'dnia czyszczenia gunblade'a' był trafny? "Może Squally rzeczywiście jest taki wrażliwy i przejmuje się tym, co inni sobie o nim myślą?", uśmiechnął się pod nosem. Właściwie czemu się tak natrętnie dopytywał? Poczuł, że obędzie się bez tej wiedzy.
- Nie musisz mi mówić, jak nie chcesz. Nie będę cię już o to męczył - zapewnił.
Zamiast poczuć ulgę, że Seifer dał mu spokój, Squall zdecydował się na odpowiedź.
- Dobra, powiem ci, ale...
- Nie będę się śmiał. Obiecuję.
- To było w ten dzień, kiedy wróciłeś do Ogrodu - zaczął Squall - kiedy oddałem ci gunblade'a, pamiętasz?
- Jasne. Jak mógłbym zapomnieć?
- A ty mnie zaatakowałeś bez ostrzeżenia, łajdaku! - wypalił brunet. - I to wtedy...
Sam uważał, że to bardzo głupie, ale taka była prawda. Gdy ten łotr o mało nie obciął mu głowy, Squall doznał wrażenia, jakby czas nagle się cofnął, a Seifer nigdzie nie odchodził. Jakby wszystko wróciło do normalności. W jednej chwili zrozumiał, czemu do tej pory czuł taką dojmującą pustkę w czasie nieobecności jasnowłosego kolegi.
- A więc to był najlepszy cios, jaki w życiu zrobiłem.
- Wiedziałem, że będziesz sobie robił żarty - nachmurzył się młodszy szermierz.
- To nie żarty. Mówię całkiem poważnie - zapewnił szczerze Seifer. - Jeśli naprawdę poderwałem cię tym małym sparingiem, to jestem najlepszym fighterem na świecie.
- I tak jesteś - wyrwało się Squallowi. No i przepadło! Szlag by to. Przy Seiferze zdecydowanie za często zdarzało mu się gadać coś bez zastanowienia. Jeszcze kilka miesięcy w jego towarzystwie i zamieni się w Zella, chlapiącego jęzorem na prawo i lewo.
- Nie wierzę własnym uszom! - roześmiał się uradowany blondyn. - Naprawdę tak uważasz?
- Naprawdę - westchnął Squall.
Kto inny potrafiłby rozpłatać jednym ciosem GFa? Spuścić komuś łomot limitem bez konieczności bycia na wpół umierającym? Seifer miał rację. Squall pokonał go tylko dlatego, że wspierała go grupka przyjaciół. Wątpił, by w pojedynkę poszło mu tak łatwo. O ile w ogóle by mu się to udało.
Jednak przyznać to przed sobą to jedno, a powiedzieć na głos, i stawić czoła konsekwencjom pochopnego wyznania, to drugie. Seifer jednak zaskoczył go na całej linii. Zamiast triumfować przez najbliższą godzinę, uśmiechnął się do Squalla bez słowa, a potem pocałował go, nadal się uśmiechając.
- Niedługo masz urodziny - przypomniał sobie, przerywając na chwilę i litościwie pozwalając brunetowi na zaczerpnięcie powietrza. - Co chciałbyś w prezencie?
- Nic - wysapał oszołomiony chłopak.
- Jak to nic? Każdy czegoś chce, Squally.
- Ja niczego nie chcę, tylko...
- No...?
- Po prostu obiecaj, że... że nie odejdziesz więcej...
- Obiecuję, lewku - zobowiązał się uszczęśliwiony Seifer. - Obiecuję, że się mnie nie pozbędziesz - zażartował.
- Wcale tego nie chcę - zaprotestował brunet.
- To był żart - pouczył go Seifer. - Beznadziejny, ale mimo wszystko... No wiesz, żart to coś takiego, gdy mówisz, że-
- Wiem, co to jest - zdenerwował się Squall. - Nie jestem idiotą.
- Nie jesteś - zgodził się blondyn. - A tamto o żarcie to był drugi żart, tak nawiasem mówiąc.
- Zaczynasz bredzić - prychnął brunet. - Lepiej zmień temat albo w ogóle już nic nie mów.
- Po prostu próbowałem cię trochę wyluzować - westchnął Seifer. - Może kiedyś mi się to uda.
Zamilkł tylko na chwilę, po czym oznajmił:
- Wiesz, nigdy nie miałem i nie będę miał lepszego przeciwnika, niż ty. Prawie żałuję, że już ze sobą nie walczymy - zaśmiał się.
- Może już tego nie potrzebujemy - powiedział zamyślony chłopak. - Zastanawiałem się...
- Tak? - zapytał zaintrygowany Seifer, gdy Squall umilkł. Jego skryty partner rzadko zwierzał się ze swoich myśli, i to jeszcze z własnej inicjatywy.
- Myślałem nieraz, że gdybyś wtedy nie odszedł... może wszystko skończyłoby się inaczej, gdybyś to ty dowodził naszym Ogrodem. Może walka z Ultimecją trwałaby krócej... Byłbyś lepszym przywódcą.
- Nawet nie masz pojęcia, jak mnie skręca, że muszę to przyznać - odparł z humorem blondyn - ale nie sądzę, by poszło mi lepiej. Jesteś świetnym dowódcą. No i robisz teraz za megabohatera - uśmiechnął się krzywo.
- Mam to w dupie - przyznał szczerze brunet. - Tobie to bohaterowanie zapewne bardziej by się podobało.
- Zapewne - zgodził się beztrosko Seifer. - Ale świadomość, że codziennie posuwam światowego zbawcę i herosa, jest równie przyjemna.
- Ty jak już coś powiesz... - zmieszał się Squall, czując ulgę, że nikt inny nie słyszał Seiferowych głupot.
1) Wiem, że teoretycznie Revolverem nie da się zrobić Lion Hearta. Ale myślę, że Squall dałby radę wykonać ten limit byle czym - co to dla niego;)
2) Wiem też, że SeeD mają tylko rangi, opatrzone numerami. Na potrzeby opowiadania zmieniłam to na bardziej wojskowe odpowiedniki. Wzorowałam się na hierarchii wojsk lądowych i sił powietrznych, z grubsza pasującej rozpiętością - czyli w skali, w której ranga Squalla odpowiada marszałkowi (tytuł tradycyjnie nadawany dowódcom za wybitne osiągnięcia wojenne - czyż nie pasuje idealnie?;p. Kapral zaś to najniższy stopień w korpusie podoficerów. W świecie FF8 istnieją zresztą te same stopnie w armii galbadyjskiej (wystarczy wspomnieć dwóch pechowców - majora Biggsa i porucznika Wedge'a:). U mnie "Commander" Squall występuje jako swojsko brzmiący Komendant. Po pierwsze, brzmi to bardzo podobnie, jak angielski oryginał. Po drugie, "komendant" wg słownika to 'dowódca, wódz, zwierzchnik instytucji wojskowych, np. szkół oficerskich' - idealnie pasuje.
Na tej samej zasadzie Squallowi przyjaciele wpasowaliby się może w korpus oficerów młodszych (choć Zell w randze kapitana byłby totalną katastrofą dla każdego oddziału! xD). Co do Seifera, to adiutantami zwykle bywają żołnierze w stopniu porucznika.
