Seifer, kiedy tylko mógł, korzystał z okazji, by wyciągać Squalla z biura. Mimo iż komendant nie gustował w tego typu pracy, jego obowiązkowość utrudniała zadanie. Zawsze trzeba było się nieźle nagłowić, wymyślając nieraz iście kuriozalne powody, dla których dowódca Ogrodu powinien koniecznie pojawić się tu czy tam we własnej osobie. Raz do czegoś przekonany, Squall nie marudził więcej i pozwalał się Seiferowi wlec w najdziwniejsze miejsca. Dzisiejszego dnia jasnowłosy adiutant czuł się jednak kompletnie wypompowany z pomysłów. Jak na złość, była piękna pogoda, a w pracy nie mieli nic pilnego. Wymarzone warunki, by gdzieś iść.
- Squally, dziś nie ma nic ważnego do roboty - zaczął mozolne podchody.
Cały rytuał przekonywania partnera i wysilania mózgownicy, by jakoś sensownie umotywować kolejne wyjście, zaczynał się stawać ich własną, osobistą tradycją. Czasami Seifer podejrzewał, że Squall w ten sposób poddaje go próbie. Testuje jego wytrwałość i inwencję. Nigdy mu tego oczywiście nie powiedział, a Seifer nie pytał. Zawziął się i obiecał sobie, że to Squall złamie się pierwszy. On sam może do końca świata wymyślać kolejne wykręty, nie ma sprawy. Pomysłów mu nie zabraknie. Co prawda teraz akurat żadnego nie miał, ale...
- No, nie ma - zgodził się nieobecnym tonem komendant. - Więc możesz zająć się wyszukiwaniem błędów w tym nowym systemie. Kiedyś i tak trzeba będzie to zrobić.
- Mam lepszy plan na dziś - oznajmił Seifer. - Słyszałem, że w morzu koło Balamb woda zmieniła kolor. Chodźmy to sprawdzić - strzelił z głupia frant. "Brawo, Almasy. Normalnie błysk geniuszu - pomyślał samokrytycznie. - Po czymś takim Squall od razu pogna z tobą do Balamb. Jasne."
Squall spojrzał na niego dziwnie, ale blondyn twardo wytrzymał jego spojrzenie. "Jak rżnąć głupa, to do końca", pomyślał straceńczo.
- Woda zmieniła kolor - powtórzył powoli brunet, tonem, jakim zwykle przemawia się do niezbyt lotnych umysłowo dzieci, chcąc, by coś zrozumiały.
- Owszem - nie dał się zbić z tropu Seifer. - To może być coś niebezpiecznego. No jak, idziemy?
Squall patrzył na niego przez bardzo długą chwilę, a na jego twarzy malowało się szczere zwątpienie w zdrowe zmysły Seifera.
- Myślisz, że to jakieś skażenie? - zapytał wreszcie, podnosząc się z fotela i zdejmując z szafy gunblade'a.
- Kto wie - podchwycił ucieszony z nieoczekiwanego sukcesu blondyn. - Dowiemy się na miejscu.
- Jak dla mnie, to woda ma dokładnie ten sam kolor, co zawsze - wyraził opinię Squall.
Przechylił się przez poręcz i uważnie przyjrzał się morzu. Przejrzysta zielono-błękitna woda falowała spokojnie, a na powierzchni unosiła się biała piana, rozbijająca się o pale pomostu. Kilkanaście metrów dalej stadko ptaków morskich kłóciło się o zdobycz.
- Chyba masz rację - uśmiechnął się szatańsko Seifer. - Pewnie kadetowi, który mi o tym meldował, coś się pokićkało.
- Najwyraźniej - mruknął brunet. - Heeej, co robisz? Seifer! Postaw mnie z powrotem, słyszysz?!
Seifer chwycił go zręcznie i przerzucił sobie przez ramię. Miał jednak na tyle przytomności umysłu, by wykonać swój plan, zanim Squall się uwolni. Ten czas to zaledwie kilka sekund, ale wystarczył blondynowi, by zgrabnie przerzucić partnera przez barierkę prosto do morza. Rozległ się głośny plusk, gdy chłopak runął do wody. Przestraszone mewy rozpierzchnęły się z wrzaskiem. Squall niemal natychmiast wynurzył się, parskając i spluwając. Byli niedaleko brzegu, więc było tu dość płytko. Można było stać na dnie, co skwapliwie wykorzystał. Odgarnął z oczu mokre włosy i spojrzał rozwścieczony na zwijającego się ze śmiechu blondyna.
- Zaraz zrobię z ciebie kotlet mielony!
Ruszył ku pomostowi, brnąc przez wodę z zamiarem zemsty się na dowcipnisiu.
- Ale lewku. Myślałem, że będziesz chciał z bliska zbadać kolor wody, więc ci pomogłem - Seifer znowu dostał ataku śmiechu. - No daj spokój - rzucił pojednawczo w kierunku bruneta, który wygramolił się na pomost i zmierzał w jego stronę, promienując żądzą zemsty. - Chyba nie mówiłeś poważnie o tym kotlecieeee-
Zły i ociekający wodą komendant w mgnieniu oka ruszył do ataku. Seifer odruchowo stanął w pozycji bojowej, ale ta nie zdała się na nic. Rozpędzony Squall pochylił się i staranował go. Licha barierka pękła z trzaskiem i obaj wpadli do morza, tym razem po drugiej stronie kładki. Woda nie ostudziła zapału Squalla, który z wielkim zaangażowaniem próbował w ramach kary podtopić bezczelnego blondyna. Te próby spełzły jednak na niczym. Seifer był za wielki i za ciężki - krótko mówiąc niezatapialny. Zorientowawszy się we własnej komfortowej sytuacji, jasnowłosy SeeD świetnie się bawił, obserwując wysiłki 'mściciela' i pozwalając mu się wyładować. Wreszcie chwycił zmęczonego Squalla za koszulę i wywlókł go z wody. Obaj padli zziajani na piaszczystej plaży, ciężko oddychając. Odpocząwszy trochę, Seifer zerknął czujnie na swojego chłopaka. Na szczęście już się uspokoił. Widocznie uznał, że zemsta się dokonała.
- Wiesz co, lewku? Powinienem częściej wrzucać cię do wody - oznajmił z rozmarzonym spojrzeniem, opierając się na łokciu i napawając ulubionym widokiem mokrego Squalla. - Wyglądasz po tym absolutnie zabójczo.
- To dlatego mnie wrzuciłeś? - uśmiechnął się pod nosem chłopak.
- Dokładnie tak - przyznał bez cienia skruchy Seifer, w mgnieniu oka zrywając się z miejsca i lądując zgrabnie na partnerze. Zadowolony z braku jakichkolwiek protestów, więcej nawet, z płomiennego odzewu, zajął się swoim chłopakiem, nie żywiąc żadnych podejrzeń. Kiedy zapomniał o całym świecie, trudząc się przy rozpinaniu mokrej koszuli Squalla, usłyszał nad uchem skrzek i coś uszczypnęło go w ramię. Poderwał się przestraszony, potykając się o Squallowe nogi i lądując na tyłku w piachu.
- Jasna cholera, co to?!
Nieduży, ale wyjątkowo ładnie ubarwiony Fastitocalon patrzył na gunbladerów swoimi dziwacznymi, czerwonymi oczkami. Ze złością wachlował się kolczastymi płetwami, wściekły, iż ktoś wtargnął na jego terytorium. Zbliżył się niezwłocznie do siedzącego szermierza, zamierzając zaatakować go po raz kolejny. Rozzłoszczony SeeD rzucił w niego swoją ulubioną Firagą, druzgocząc doszczętnie nadzieje potwora na skuteczną obronę terytorium.
Squall przyglądał się temu ze złośliwym uśmieszkiem, nie fatygując się do pomocy. Bo co tu było do pomagania? Fastitocalon był przeciwnikiem z najniższej półki.
- Kurde, ale się wystraszyłem - przyznał Seifer, podnosząc się z piasku. - Zdaje się, że paru kadetów dało ciała przy oczyszczaniu wybrzeża...
Zerknął na Squalla i aż go zatchnęło z oburzenia.
- Ty gałganie! Widziałeś tego Fastitocalona i specjalnie mnie nabrałeś! To była pułapka!
- To była zemsta - poprawił zadowolony z siebie Squall. - Za wrzucenie mnie do wody dla własnej zachcianki. Teraz jesteśmy kwita.
- O nie, Squally. Nie jesteśmy - mruknął blondyn, a w jego głosie zabrzmiała niebezpieczna nuta.
Schylił się nad leżącym ciągle na piasku partnerem i złapał go za nogi w kostkach. Ruszył raźno w stronę morza, ciągnąc za sobą po piasku bezradnego bruneta.
- Almasy! Natychmiast mnie puszczaj - złościł się wleczony Squall, próbując się czegoś złapać. Niestety, w zasięgu miał tylko piach, przesypujący się przez palce. - Puszczaj, jeśli nie chcesz umrzeć nagłą śmiercią! Zdegraduję cię! Wywalę na korytarz! I wszystkie twoje rupiecie!
Żadne groźby nie robiły wrażenia na upartym jak osioł szermierzu. Wytrwale ciągnął w stronę morza wyrywającego się i miotającego przekleństwa Squalla. Co potem będzie, to będzie. Stawi czoła wściekłemu brunetowi. Ale nie może tak zostawić wpadki z Fastitocalonem!
Znalazłszy się ponownie w morzu, Squall stracił jednak chęć do dalszych przepychanek. Seifer mimo wszystko liczył na coś więcej niż tylko na znudzone:
- Już się nacieszyłeś? To wracajmy.
- No dobra, rachunki wyrównane - oznajmił, rozczarowany brakiem spodziewanej reakcji.
- Ciekawie podchodzisz do tej kwestii - wytknął chłodno brunet, gdy obaj wracali na brzeg, brnąc przez coraz płytszą wodę. - Ja tylko napuściłem cię na Fastitocalona, a ty dwa razy wrzuciłeś mnie do morza.
- To raczej ty ciekawie podchodzisz - zaprotestował Seifer. - Tobie nic się nie stało, tylko się trochę zamoczyłeś. A mnie po tym ukąszeniu pozostanie ślad na całe życie! - powiedział melodramatycznie.
- Jaki ślad, idioto? Ryba obśliniła ci kołnierz od płaszcza - zaszydził brunet.
- Ugryzła mnie. O, zobacz, tutaj - urażony Seifer zdjął płaszcz i wskazał na nieistniejący ślad na ramieniu. - Widzisz?
- Bardzo boli? - zadrwił Squall, patrząc na idealnie gładką skórę bez jakiegolwiek uszkodzenia. - Uważaj, bo może wdać się zakażenie.
- Jak pocałujesz, to przestanie boleć - zarechotał blondyn, dając za wygraną i naciągając odzienie z powrotem.
- A może ugryźć? Skoro tak bardzo chcesz mieć ślad.
- Czemu nie. Możesz mnie nawet zjeść całego - zaśmiał się nieprzyzwoicie Seifer, rozwichrzając Squallowi włosy i wkurzając go tym ponownie.
Dotarłszy do miasta, Seifer zostawił swojego chłopaka na ławce, a sam poszedł kupować jakieś wędkarskie osprzętowanie. Ciemnowłosy szermierz kategorycznie odmówił oglądania "badziewia do łowienia ryb" i wolał poczekać na zewnątrz. Seifer zniknął więc za drzwiami sklepu, a Squall zaczął cierpliwe oczekiwanie. Po paru minutach podszedł do niego jakiś kręcący się w pobliżu kudłaty pies i usiadł, wpatrując się w niego znacząco.
- Zgubiłeś się? - zapytał brunet.
Zwierzak pomerdał ogonem i poskrobał go łapą, domagając się uwagi. Squall poklepał psa po głowie.
- Chyba raczej poszedłeś na samotny spacer, co? - brunet zauważył na szyi psa obrożę, co oznaczało, że kudłacz nie jest bezdomny. Nie bał się, więc na pewno doskonale wiedział, gdzie się znajduje.
- Spadaj, kundlu! - warknął Seifer, który właśnie wrócił z zakupów. Machnął w kierunku psa wędką, a rozdrażniony zwierzak odskoczył i zaczął go obszczekiwać.
- Daj mu spokój, Seifer - zdenerwował się Squall. - Przecież nic ci nie zrobił. Co ty masz do psów?
- Nie lubię ich - powiedział blondyn, patrząc z ukosa na szczekającego czworonoga. - W ogóle nie lubię sierściuchów. No, kotowate mogą być. Lwy są w porządku. Zwłaszcza jeden śliczny lewek, którego sobie oswoiłem - zarechotał, obejmując Squalla i całując go żartobliwie w czubek głowy.
- Oswajanie... dam ja ci oswajanie - mruknął rozbrojony Squall, przewracając oczami i pozwalając się pociągnąć Seiferowi w dalszą drogę.
Z Balamb do Ogrodu nie było daleko, ale powrót wydłużył się przez kolejne starcia z potworami. Wracali inną trasą, na której bestii było jeszcze całkiem sporo.
- Powinniśmy kiedyś znowu pojechać razem na misję - zaproponował Seifer, ścinając niefrasobliwym ruchem skrzydło Bite Buga, a potem z szermierczym wdziękiem przepoławiając latającą kreaturę na pół i kończąc jej nędzny żywot. - Byłoby fajnie.
- Jeśli przez "fajnie" rozumiesz nieukończenie misji, to pewnie masz rację - odparł brunet, wbijając sztych Revolvera w obleśne cielsko Caterchipillara i odskakując zręcznie, żeby nie zostać ochlapanym przez galaretowatą masę, która wylała się z zabitej bestii. - Mam już dosyć, wracajmy skrótem przez las - zarządził.
- Dobra, jak chcesz. Ale wiesz co, lepiej ja pójdę przodem.
- Nie znasz tej drogi.
- Przecież się nie zgubię w podmiejskim lasku - prychnął lekceważąco blondyn. - A jak będziesz szedł przede mną, to będziesz mnie nieustannie kusił.
Po przerwanych przez Fastitocalona obiecująco zapowiadających się momentach na plaży Seifer czuł się bardzo ...niespokojny.
- Nie wygłupiaj się, chyba możesz wytrzymać te pół godziny - złajał go Squall i ruszył ścieżką naprzód.
- Sam się o to prosiłeś - oznajmił oskarżycielsko Seifer, po zaledwie kilku minutach spaceru wpychając partnera na zachęcająco wyglądającą łączkę. - A tak przy okazji, co rozumiesz przez nieukończenie misji? - przypomniał sobie nagle.
- Nie przeszlibyśmy nawet kilometra, o namierzeniu smoka nie wspominając - oświadczył cierpko Squall. - Właśnie to udowadniasz. Nawet ten kawałek z Balamb jest dla ciebie zbyt dużym wyzwaniem.
- No tak, to byłaby duża przeszkoda - zgodził się rozbawiony Seifer, pomagając mu pozbyć się koszuli i ciskając ją gdzieś w krzaki. - Ale możemy wziąć ze sobą Dinchta albo Wintersa, co ty na to? Poślemy ich, żeby odwalili całą robotę, a my zajmiemy się w tym czasie przyjemniejszymi rzeczami.
- Doskonały pomysł - powiedział poważnie Squall.
- Serio? - uradował się blondyn, z wrażenia przerywając mozolne prace nad rozpinaniem pasów Squalla.
- Nie - zgasił go brunet. Zgrabnie podciął mu nogi i rzucił go na trawę, bezlitośnie zdzierając z niego kamizelkę i wcale nie siląc się na delikatność. - Żartowałem.
- Ale się ubawiłem, ha ha - zaszydził sprowadzony do parteru Seifer. - Wiesz co, chyba zaspałeś, jak rozdawali poczucie humoru. Jesteś taki zabawny jak nóż wbity w nerki.
- Znowu niepotrzebnie mielesz ozorem. Chyba mieliśmy robić co innego - sapnął niecierpliwie ciemnowłosy szermierz, po pozbawieniu Seifera kamizelki zabierając się niezwłocznie do jego spodni. Gorączkowy pośpiech, z jakim się to odbyło, sprawił, że na ustach chłopaka pojawił się uśmiech od ucha do ucha.
- A co by było, gdybym teraz zmienił zdanie i uznał, że miałeś rację i powinniśmy iść dalej? - zapytał, starając się nie roześmiać na widok zawziętej miny bruneta.
- Teraz, Almasy - warknął Squall, przygważdżając go do ziemi - już za późno. Nie masz żadnego wyboru. Nigdzie nie pójdziesz.
- I to niby JA nie mogę wytrzymać?
- Zamknij się. To twoja...
- ...wina - powiedzieli razem.
Seifer wybuchnął głośnym śmiechem, nie mogąc się już dłużej powstrzymać.
Ledwo obaj gunbladerzy wrócili do Ogrodu, dowódcę dorwała grupka przejętych najmłodszych kadetów. Seifer usadowił się więc na murku obok odpoczywających tu Fujin i Raijina i cierpliwie czekał, aż studenci puszczą w końcu swojego idola. Poczuł nagłe wrażenie deja-vu. Jeszcze nie tak dawno siedział w tym samym miejscu z przyjaciółmi i tak samo patrzył na zajętego rozmową Squalla. Wtedy jeszcze nie sądził, że będą ze sobą. Ba, nawet nie był pewny, czy chciałby tego. Teraz wolał nawet nie myśleć, że mogłoby być inaczej.
- Nie wydaje wam się dziwne, że ja i Squally, no wiecie, że jesteśmy parą? Co właściwie o nim sądzicie? - zapytał z nagłą ciekawością. Jakoś dotąd nie rozmawiali ze sobą na ten temat.
- PORZĄDNY CHŁOPAK - zaopiniowała Fujin, zerkając spod oka na zadumanego przyjaciela.
- I ma do ciebie cierpliwość - dodał Raijin z ironicznym uśmieszkiem. - Trochę cię przytemperuje. Właściwie już to zrobił.
Blondyna zatkało z oburzenia na myśl, że ktokolwiek miałby go 'temperować', a co gorsza, że to już nastąpiło.
- Ale wy to jesteście - powiedział z wyrzutem do śmiejących się przyjaciół. - Naprawdę nie wiem, skąd bierzecie te pomysły.
- Owszem, wpatruje się w ciebie jak w obrazek, ale nie jest głupi - zdecydował się objaśnić Raijin. - Przy nim wyjdziesz na ludzi, Seif. Tylko słuchaj dalej swojego...
- ...KOMENDANTA - dokończyła tradycyjnie Fujin.
Gunblader nadąsał się, założywszy ręce na piersiach i nie pofatygował się, by skomentować te oczywiste głupoty.
Seifer stał niezdecydowany w holu Ogrodu i zastanawiał się, gdzie też mógł wybyć Squall. Kiedy wrócił do gabinetu, wykonawszy jedno z jego poleceń, nie zastał tam swojego szefa. Do końca dniówki było jeszcze trochę czasu, a mimo to bruneta nie było na stanowisku pracy. Było to bardzo nietypowe. Kapral Winters też nie wiedział, dokąd poszedł komendant. Blondyn zauważył niedaleko Dinchta. Nie byłoby w tym oczywiście nic dziwnego, gdyby nie to, że jasnowłosy pięściarz zachowywał się bardzo podejrzanie. Przemknął się chyłkiem pod ścianą, po czym zemknął - tak, to było właściwe określenie - w najbliższe otwarte drzwi. Jednocześnie z przeciwnej strony nadszedł Kinneas. Oglądał się ostrożnie do tyłu, zupełnie jakby przed kimś uciekał. Wszedł w te same drzwi, w które przed momentem wpadł Zell. Seifer nie wytrzymał i zaciekawiony, ruszył ku nim, zdecydowany śledzić dziwacznie zachowujących się kolegów. Zanim dotarł do drzwi, w polu widzenia pojawiła się Trepe. Ona co prawda szła z nieco większą pewnością siebie, ale widać było wyraźną nerwowość w jej zachowaniu. Zniknęła za drzwiami. Seifer był coraz bardziej zaintrygowany. Drzwi należały do Centrum Treningowego, ale gdy tam wszedł, nie zauważył nigdzie obserwowanej grupki. Pomyślawszy chwilę, udał się w kierunku doskonale sobie znanego "sekretnego" miejsca i to był strzał w dziesiątkę. Dincht, Trepe i Kinneas byli właśnie tam. Nie zabrakło również Fujin i Raijina. Co więcej, był tam też Squall, oparty o balustradę i spoglądający roztargnionym wzrokiem w dół. Seifer chwilowo wstrzymał swoją ciekawość odnośnie całego zgromadzenia. Gdy wszedł, zebrani koledzy spojrzeli na niego z dziwnym przestrachem, a po chwili z ulgą. Zupełnie jakby spodziewali się kogoś innego. Dincht zamierzał właśnie coś do niego powiedzieć, więc Seifer położył palec na ustach, uciszając go. Podkradł się do Squalla, który nadal stał odwrócony tyłem i pogrążony w myślach. Zasłonił mu oczy dłonią, jednocześnie obejmując go drugim ramieniem. Poczuł, jak Leonhart drgnął zaskoczony. Ha, jednak udało mu się wreszcie podejść czujnego komendanta! Uśmiechnął się dumnie, zadowolony z tego małego zwycięstwa.
- Jaki zamyślony - zakpił z bruneta. - O mnie tak myślałeś, Squally?
- Nie - odburknął Squall, obracając się do niego przodem.
- Kiepsko ściemniasz - zakpił Seifer, bezbłędnie odczytując z jego oczu potwierdzenie własnych domysłów. - A tak w ogóle, co tu wszyscy robicie? - wrócił do intrygującej go kwestii.
- Ja przyszedłem pierwszy - wzruszył ramionami chłopak. - A oni... nie wiem. Sam ich zapytaj, co tu robią.
"Typowy Leonhart. Zerowe zainteresowanie otoczeniem", westchnął Seifer, odwracając się w stronę grupy.
- Co to za zebranie? - zagaił z zaciekawieniem, ciągnąc za sobą Squalla w kierunku wygodnej ławki w kącie pomieszczenia, na której siedział jego ciemnowłosy kumpel. - Wyglądacie, jakbyście ukrywali się przed kimś.
- Bo tak jest - wyrwało się Raijinowi. - Quistis ściągnęła mnie i Fu tutaj, wiesz?
Blondyn rozwalił się wygodnie na ławce, usadziwszy Squalla w środku. Między dwoma potężnymi towarzyszami komendant czuł się jak plasterek szynki w kanapce.
- Chodzi o Selphie - dodał konspiracyjnym tonem Zell, pochylając się ku kolegom i zapominając o niechęci żywionej do jasnowłosego szermierza.
- Tilmitt? - uniósł brwi zaskoczony Seifer. Tego się nie spodziewał. - A jak ona wam zagraża?
Zanim ktokolwiek zdołał go oświecić, do zakątka wpadła wspomniana dziewczyna. Większości zgromadzonych wyrwał się jęk zgrozy.
- Tutaj jesteście! - zawołała wesoło Selphie. - Kurczę, a ja was szukam od pół godziny i zastanawiam się, gdzie was wywiało.
- Przyszliśmy tu na przerwę - zełgała niezbyt udatnie Quistis, bez efektu usiłując przywołać na usta przyjacielski uśmiech.
- Aha, OK - rezolutna brunetka przyjęła wyjaśnienie za dobrą monetę. - Mam do was wszystkich prośbę...
- Zaczyna się - szepnął przerażony Zell do Seifera, starając się, by Selphie go nie usłyszała.
- Jak wiecie, zajmuję się organizacją Festiwalu Ogrodowego - zaczęła entuzjastycznie Tilmitt. - Potrzebna mi pomoc przy różnych rzeczach. I tak sobie pomyślałam, że z pewnością wszyscy chętnie się przyłączycie, prawda? Squall - zwróciła się do milczącego przyjaciela - pomożesz mi, no nie?
- Mam jeszcze dużo pracy z nowym systemem - wykręcił się szybko brunet, licząc, że Selphie da mu spokój. Niestety, spotkała go dywersja z najmniej spodziewanej strony.
- Hej, przecież skończyliśmy go sprawdzać dwa dni temu - zdziwił się Seifer. - Sam wczoraj mówiłeś, że ci się nudzi.
Squall miał ochotę udusić swojego chłopaka za jego nagły, cholerny atak szczerości.
- No proszę! - rozpromieniła się Selphie. - Czyli mogę na ciebie liczyć?
- Spoko, Tilmitt. Pomożemy ci ze Squally'm, z czym tam chcesz - zgodził się łaskawie Seifer za nich obydwóch, ignorując ciche syknięcie "Seifer, nie!" Był w wyśmienitym humorze, częściowo po ekscytującej nocy, częściowo, bo nie mieli ze Squallem nic do roboty i miał go niemal na wyłączność.
- Pożałujesz tego - zagroził mu zrozpaczony brunet. Oczywiście ten kretyn nie wiedział, w co właśnie ich wpakował.
- Rany, stary, wyrazy współczucia - mruknął Zell do Squalla, paskudnie wrobionego w niechcianą imprezę.
- Zell, ty coś mówiłeś? - zainteresowała się brunetka. - Zgłaszałeś się do pomocy, tak?
Wytatuowany fighter aż zachłysnął się z szoku.
- Yyy... - zaczął niezbyt mądrze.
- Czyli ustalone, dołączasz do Squalla i Seifera - zarządziła dziewczyna z radością. - Super, mam już trzech ochotników! Quisty, wiem, że mi nie odmówisz, prawda? Mam dla ciebie fajne zadanie... o, i dla ciebie, Raijin, też się coś znajdzie.
Na dziedzińcu Ogrodu rozbrzmiewały hałasy, jednoznacznie kojarzące się z pracami budowlanymi. Nad gwar rozmów wybijał się energiczny głos drobnej ciemnowłosej dziewczyny, która przemieszczała się między pracującymi kolegami i koleżankami, nadzorując ich pracę i motywując do działania.
- Squally, skąd miałem wiedzieć? - usprawiedliwiał się Seifer, próbując udobruchać milczącego uparcie chłopaka. - O rany, no, przepraszam.
Squall z zaciętą miną wbijał gwoździe w deskę, jakby to było stado rozwścieczonych potworów, które trzeba spacyfikować. Nie odzywał się do blondyna od chwili, kiedy ten lekkomyślnie zaofiarował się z pomocą przy Festiwalu. Było to co prawda tylko czterdzieści minut, ale te minuty i tak dały się stropionemu Seiferowi we znaki. Nie wiedział, jak przebłagać partnera za ten wyskok. To rzeczywiście nie był najlepszy z jego pomysłów.
- Dincht, czemu nic nie mówiłeś? - zwrócił się więc z pretensjami do kolegi, pracującego obok. - Mogłeś mnie powstrzymać. Nie miałem pojęcia, że Tilmitt jest taką jędzą.
- A skąd miałem wiedzieć, że okażesz się taki chętny do pomocy? - odpalił Zell. - Do tej pory nie byłeś najlepszym przykładem koleżeńskiej uczynności. Poza tym przecież mówiłem ci, że się przed nią ukrywaliśmy! Mieliśmy nadzieję, że znajdzie sobie inne ofiary - wyznał z rozbrajającą szczerością. - A jak nas wymęczyła, kiedy robiliśmy koncert dla Squalla!
- Koncert? Dla Squally'ego? - ożywił się Seifer. - Gadaj zaraz, co to było.
Zell przerwał pracę, rozsiadł się wygodnie na stosie desek i zaczął opowiadać.
- No, bo Selphie wpadła na pomysł, żebyśmy uczcili jakoś awans Squalla. Akurat wtedy został komendantem i Selphie uznała, że zagramy dla niego. To było w Rybackim Horyzoncie. Sam pomysł nie był zły, i chcieliśmy rzeczywiście jakoś cię pocieszyć, Squall, i pogratulować ci, i w ogóle - powiedział z przepraszającym uśmiechem do ciemnowłosego przyjaciela. - Ale co myśmy przeszli na próbach, to nikomu tego nie życzę. Selphie jest upierdliwa aż do bólu. Nie dała nam spokoju, póki wszystko nie brzmiało idealnie. Mozoliliśmy się nad tym całe popołudnie i wieczór. Każdy z nas miał swój instrument i...
- Brzmi ciekawie - zarechotał Seifer. - No ale mów dalej, Dincht. Na czym grałeś?
- Ja? No, tego... na niczym - speszył się Zell. - Chciałem na gitarze, ale dowiedziałem się, że nie mam za gil słuchu - skrzywił się. - I musiałem …stepować.
- A to genialne! - płakał ze śmiechu jasnowłosy gunblader. - Że też tego nie widziałem!
- Jak ci tak wesoło, Almasy - zdenerwował się Zell, wracając do pracy - to nic ci już więcej nie opowiem.
- Squally, jak ci się podobały popisy Dinchta? - zapytał rozweselony Seifer. Nie zdążył jednak uzyskać odpowiedzi.
- Heja, chłopaki! Jak wam idzie? - Selphie podeszła do trójki kolegów. Squall zajęty był zbijaniem desek, Zell przykręcał szczeble do słupków, a Seifer nie robił kompletnie nic, ograniczywszy się do malowniczego opierania o ścianę. Gdzieś w tle Raijin męczył się nad montowaniem jakichś metalowych elementów, wspierany przez niskiego kadeta o wystraszonym wyrazie twarzy.
- Sprawnie, Tilmitt. Jak widzisz, pilnuję, żeby Dincht i Squally nie ociągali się z robotą - ogłosił bezwstydnie Seifer.
Zell i Squall, mimo dzielącej ich przepaści, jeśli chodzi o charaktery, w tym momencie pomyśleli kropka w kropkę to samo. Na szczęście dla samozwańczego nadzorcy, myśli nie miały mocy materializacji, inaczej bowiem byłoby z nim krucho.
- Świetnie, Seif! - rozpromieniła się Selphie. - Czułam, że można na ciebie liczyć. Zell, gdybyś mógł wkręcać te szczebelki pod innym kątem - zakomenderowała - poodkręcaj je i zmień, bo tak jak teraz, to będzie niewygodnie.
- Wszystko mam poodkręcać? - zapytał żałośnie Zell, patrząc na spory stos gotowych słupków.
- Przecież to potrwa zaledwie kilka minut - zbagatelizowała Selphie. - Squall, wiesz co? Te wsporniki to daj wyżej niż teraz są.
- O ile wyżej? - zapytał rzeczowo brunet.
- Dziesięć centymetrów wystarczy - oceniła dziewczyna, obserwując przyjaciela, przesuwającego deskę na żądaną wysokość. - Tak sobie myślę... może jeszcze wyżej, o trzy centymetry - zmieniła zdanie, niestety już po przykręceniu elementu.
Komendant zachował spokój, ale czuł, że za moment kogoś rozerwie na strzępy. Odkręcił deskę i przykręcił ją wyżej.
- Squally, z lewej strony jest krzywo - wymądrzył się Seifer, obserwujący wysiłki partnera ze złośliwym uśmieszkiem.
- Faktycznie - przyznała Selphie. - Masz dobre oko. Squall, popraw ten wspornik tak, jak mówi Seifer. To ja idę poszukać Fujin - oznajmiła. - Jest niesamowita, bardzo mi pomaga. A wy pracujcie dalej, chłopaki. Pilnuj ich, Seifer, świetnie sobie radzisz - uśmiechnęła się do gunbladera i po sekundzie już jej nie było.
- No, do roboty, Zelly. Poprawiaj te słupki - zakomenderował zadowolony z siebie i własnego sprytu Seifer. Nie musiał nic robić, mógł podyrygować sobie kolegami, co uwielbiał, i jeszcze uszło mu na sucho obijanie się. Przyglądał się pracującym towarzyszom, po kilku minutach znudził się jednak. Ileż można patrzeć na Dinchta ze śrubokrętem i na Squally'ego, wbijającego gwoździe? Zdecydowanie wolałby widzieć bruneta podczas innej czynności. Póki co postanowił przejść się i odwiedzić Raijina, w nadziei, że przez ten czas wymyśli sposób na wyciągnięcie stąd Leonharta, chociaż na krótko.
- Idę się przejść, a wy grzecznie zasuwajcie. Jak wrócę, to sprawdzę, ile zrobiliście - powiedział bezczelnie, zanim odszedł, ignorując wściekły grymas Zella i brak reakcji Squalla. Nadąsany chłopak nadal się do niego nie odzywał.
- KRZYWO - Zell i Squall usłyszeli głos Fujin. Srebrnowłosa dziewczyna, pomagająca Selphie w nadzorowaniu, potraktowała poważnie swoje zadanie. Wskazała palcem na wspornik, który brunet przykręcił przed chwilą zgodnie z poleceniem Seifera. - POPRAWIĆ.
Przez kilkanaście sekund Squall patrzył na nią z narastającą irytacją, zastanawiając się całkiem serio nad złamaniem regulaminu w kilku punktach. Dziewczyna wytrzymała jego spojrzenie, czekając niewzruszenie na wykonanie polecenia. Komendant skapitulował, podszedł do deski i odkręcił ją, a następnie podniósł prawy koniec o kilka centymetrów i przykręcił.
- DOBRZE - oceniła Fujin. - PRACUJCIE DALEJ. I odeszła.
- Jak leci, Rai? - zagadnął wesoło Seifer, podchodząc do kumpla, siłującego się z wielkim klocem drewna.
- D-dopsze - wysapał z wysiłkiem ciemnowłosy olbrzym, opierając bal o postawioną do połowy ściankę. - A ty jak sobie radzisz?
- Spoko, nie przemęczam się zbytnio - powiedział szczerze blondyn.
- No tak, niektórzy to umieją się urządzić - sarknął Raijin. - Fu też gdzieś tylko łazi i pilnuje razem z Selphie.
- Jest w tym dobra - roześmiał się Seifer. - Ale skoro taki jesteś zapracowany, to ci nie przeszkadzam. Rób sobie dalej, a ja spadam do moich pracowitych mróweczek.
Zostawił przyjaciela, siłującego się z kolejną belką, zanim ten zdążył powiedzieć 'Może byś mi pomógł?' i wrócił do Squalla i Zella. Oparł się leniwie o swoją ścianę, zerknął na wyniki pracy kolegów i zauważył:
- Leonhart, chyba miałeś przyczepić inaczej tę belkę. Przecież ci mówiłem, że z lewej strony jest krzywo. Obniż trochę z prawej.
Squall wstał z ziemi, obrzucił go wściekłym spojrzeniem i bez słowa komentarza zabrał się po raz kolejny do wykonania polecenia.
Seifer spojrzał z namysłem na swojego obrażonego chłopaka. Póki co, poznał dwa niezawodne sposoby na rozładowanie jego gniewu. Pierwszy odpadał, oba gunblade'y zostały w pokoju. Pozostawał więc drugi, zdecydowanie fajniejszy.
- No dobra, na razie wystarczy. Jako wasz majster zarządzam przerwę - oznajmił. - Trzeba trochę odpocząć.
- Rzeczywiście, ty się najbardziej napracowałeś - skrzywił się Squall, decydując się przerwać milczenie. Za bardzo mu to już ciążyło.
- Nie bolą cię plecy od podpierania ściany, Almasy? - dołączył się Zell.
- Tak to już jest, że jedni są od zasuwania z młotkiem, a inni od zarządzania - oświadczył zarozumiale blondyn. - Wy jesteście od młotka i lepiej się z tym pogódźcie. A teraz zrywamy się stąd, póki Tilmitt nie widzi - dodał, rozglądając się uważnie dookoła i szukając wzrokiem przerażającej organizatorki.
- A jak przyjdzie tu i nas nie zastanie? - zatroskał się Zell.
- Spoko, strachliwy cieniasie. Przejdziemy się do magazynu po śruby - odparł beztrosko majster.
Kiedy byli już w pobliżu pomieszczenia, Seifer szepnął Squallowi do ucha, żeby ich kolega nie usłyszał:
- Idź pierwszy i sprawdź, czy nikogo tam nie ma. A ja spławię Dinchta i zaraz przyjdę do ciebie.
Ciemnowłosy szermierz skinął głową i posłusznie odszedł. "Szkoda, że nie ma tu Wintersa. Postałby przy drzwiach..." - pożałował Seifer. - Ale zaraz!" Uśmiechnął się chytrze, gdyż przyszła mu do głowy pewna ciekawa myśl. "Dwie rzeczy za jednym zamachem!" Objął Zella ramieniem i zagaił poufale:
- Dincht, jesteśmy kumplami, co nie? - o mało nie zakrztusił się, wymawiając te słowa, ale udało mu się ukryć niepożądaną reakcję pod pozorem nagłego ataku kaszlu.
- Taaak? - Zell spojrzał na niego z mieszanką szoku i nieufności. - Nic mi o tym nie wiadomo.
- Nie zgrywaj się, przecież jesteśmy razem w SeeD, co nie? - zniecierpliwił się Seifer. - No w każdym razie, Zelly, mam do ciebie prośbę.
- Ty? Do mnie? Prośbę? - wydukał niższy blondyn, wytrzeszczając na niego oczy.
- A co w tym dziwnego? - uśmiechnął się nieszczerze gunblader. - Idę do magazynu z Leonhartem, a ty w tym czasie popilnowałbyś drzwi, OK?
- A po co? - zapytał podejrzliwie Zell.
- Żeby Tilmitt nas nie nakryła na lenistwie - Seifer zełgał bez mrugnięcia okiem.
- No nie wiem - zawahał się pięściarz. - Przecież zabranie śrub z magazynu potrwa ledwie kilka minut, a poza tym czemu Selphie miałaby mieć o to pretensje?
- O rany, za dużo kombinujesz! - zdenerwował się szermierz. - Po prostu stój przy wejściu i pilnuj.
- Nie będziesz mi rozkazywał, Almasy - nadął się Zell. - Mam wyższą rangę SeeD niż ty.
Seifer zacisnął zęby, starając się nie stracić panowania nad sobą. Zanotował w pamięci, że musi pomolestować Squally'ego o wyższy stopień. Przecież nie może mieć niższej szarży niż ta oferma Dincht! "Przyjazne podejście nie zadziałało, wobec tego czas na tradycyjne metody".
- Na pewno orientujesz się, kto w Ogrodzie zajmuje się wydawaniem i zatwierdzaniem przepustek - zaczął zdradziecko przyjacielskim tonem.
- Owszem - bąknął Zell, nie wiedząc, do czego zmierza kolega. - Ty, a bo co?
- W przyszłym miesiącu w Dollet są mistrzostwa w jedzeniu hotdogów na czas, co nie? - ciągnął szermierz. - Przypuszczam, że wybierasz się na nie, Zelly? Tak sobie przypominam, że widziałem gdzieś twoje podanie o urlop w tym czasie.
- Nie zrobiłbyś mi tego! - wykrzyknął zrozpaczony fighter, bezskutecznie szukając w oczach Seifera najdrobniejszego śladu potwierdzenia, że to okrutny żart.
- Założymy się? Są różne ciekawe misje, na które mogę cię wysłać. I wszystkie z dala od Dollet.
- Jesteś łajdakiem, Almasy, wiesz?
- Wiem, dzięki za uznanie - wysoki szermierz z zadowoleniem przyjął otrzymany epitet. - Tak więc, jeśli zależy ci na tytule mistrza hotdogowego, to waruj grzecznie przy drzwiach i nie waż się krokiem stąd ruszyć. Masz tu stać, choćby się waliło i paliło. Łapiesz, buraczana pało?
- Tak jest - powiedział grobowym tonem Zell.
Gunblader nie tracił już więcej czasu na dyskusje i zniknął za drzwiami magazynu, zostawiając naburmuszonego, acz posłusznego strażnika na zewnątrz.
Upłynęło zaledwie parę minut, gdy Zell zaczął w żywy kamień przeklinać Seifera, już rozumiejąc, czemu ten diabeł wcielony kazał mu stać przy drzwiach. Co najmniej kilkanaście razy miał ochotę odejść; wstrzymywała go tylko myśl o mistrzostwach, z takim utęsknieniem oczekiwanych. Ekstatyczne odgłosy i głośne hałasy, jakby coś się rujnowało, dolatujące zza wrót magazynu, upewniały fightera, że cokolwiek robią tam obaj szermierze, nie jest to poszukiwanie śrub. Zell miał wrażenie, że policzki lada moment mu eksplodują. Wiercił się niespokojnie, starając się nie dopuszczać do siebie wizji tego, co odbywa się za jego plecami.
- Szlag by cię, Almasy - burknął pod nosem, nieszczęśliwy i zakłopotany.
- Zell! A co ty tu robisz? - Selphie pojawiła się jakby znikąd, spoglądając karcąco na kolegę i ujmując się pod boki. - Myślałam, że miałeś z Seiferem i Squallem montować scenę!
- B-brakło nam śrub - plątał się zaskoczony blondyn, zastanawiając się gorączkowo, jak powinien ostrzec towarzyszy. Przycisnął się plecami do drzwi i ukradkiem stuknął w nie dwa razy nerwowym gestem. Nie miał zamiaru stawiać czoła wściekłemu Seiferowi ani jego zemście urlopowej za kiepskie stróżowanie. - I... i przyszliśmy po nie do magazynu...
- A gdzie Squall i Seifer? - zainteresowała się dziewczyna, podchodząc bliżej i nasłuchując czegoś ze zmarszczonymi brwiami.
- Yyy... no, właśnie poszli po śruby - wyjaśnił szybko Zell, mając nadzieję, że dociekliwa przyjaciółka odpuści, i spiął się nieco, przygotowując do odciągnięcia jej stąd siłą w razie potrzeby. - A ja tu na nich czekam...
Jak na złość, zza drzwi akurat dobiegł nieco stłumiony, ale całkiem jednoznaczny okrzyk, który zniweczył wszystkie rozpaczliwe wysiłki Zella.
- Achh, Squally...!
- Seifer...!
- Zell, no wiesz! - Selphie udała święte oburzenie, ale po chwili nie wytrzymała i zachichotała. - W życiu bym nie pomyślała, że będziesz ich podsłuchiwał... i pewnie podglądał, co?
- Nieprawda! - zaprzeczył zmieszany pięściarz. - Wcale nie podsłuchiwałem!
- Tylko co, studiowałeś konstrukcję drzwi? - zapytała złośliwie brunetka. - Może powinnam powiedzieć chłopakom, że ich podglądałeś?
- NIE PODGLĄDAŁEM! - ryknął Zell, zaciskając pięści. Rany, czemu zawsze przytrafiały mu się takie głupie wpadki? To było nawet gorsze niż wjechanie na T-Boardzie do damskiej łazienki.
- Dobra, dobra, niech ci będzie. Chodźmy stąd i zostawmy ich w spokoju - ponownie zachichotała ubawiona Selphie. - Przez ten czas możesz trochę popracować sam, dopóki nie wrócą.
Pociągnęła energicznie przyjaciela z powrotem w kierunku powstającej sceny. Zell wściekle klął w duchu na Festiwal, Seifera, Selphie, i tylko Squallowi nie dostało się od zapalczywego chłopaka.
- Irvy, nie męcz dziewczyn. Miałeś nosić te pudła z placu - Selphie po drodze dorwała strzelca, zajętego podrywaniem dwóch kadetek zamiast pracą. Chwyciła go za rękaw i dziarsko poholowała w stronę leżącego stosu wielkich pudeł. Irvine wymienił się z podobnie holowanym obok Zellem udręczonym spojrzeniem, ale nie zaprotestował. Z Selphie lepiej było nie zadzierać.
- Chyba coś ...słysz-szałem, Squally - wydyszał blondyn, nieruchomiejąc, podnosząc głowę i nasłuchując uważnie.
- Zdawało ci się - zaprotestował niezadowolony brunet.
- Może powinienem to sprawdzić - zasugerował Seifer. "Dincht miał pilnować, ale to istny matoł", pomyślał z rozdrażnieniem.
- Seifer! - jęknął z niedowierzaniem Squall. - Chyba nie w takim momencie!
- Ale...
- Nie. Kontynuujmy!
- Zapomniałeś dodać magiczne słowo - droczył się z nim Seifer.
- Gleba?
- Miałem na myśli "Mistrza" - parsknął urażony blondyn.
- Nie w tym życiu, Almasy. No, dalej! - kategoryczny ton bruneta nie zostawiał żadnej możliwości dyskusji.
- Tak jest, szefie - wyrwało się odruchowo Seiferowi. Spojrzał nerwowo na Squalla, ale ten na szczęście nie zwrócił uwagi na kompromitujące słowa.
- Nie tak... mocniej! - sapnął rozkazująco Squall.
- Ale jesteś wymagający, Leonhart - skomentował blondyn, nie mając jednak nic przeciwko posłuchaniu i tego polecenia. - Szkoda, że nie da się cofnąć w czasie, na przykład do pierwszego dnia naszej misji. Pokazałbym ci ciebie samego w tej chwili - zakpił z rozgorączkowanego partnera.
- Przestań wreszcie ...achh... ględzić!
Nadąsany Zell klęczał przy stosie słupków i wkręcał do nich poprzeczki. Selphie stała obok i co minutę tryskała jakimś nowym pomysłem, którym nie omieszkiwała podzielić się z kolegą. Niestety niektóre pomysły dotyczyły zadania wykonywanego przez niego, więc kilkakrotnie musiał na bieżąco realizować jej polecenia. Zastanawiał się, jak długo da jeszcze radę wytrzymać psychicznie. Przyjaciółka, zamiast iść męczyć pozostałych festiwalowych 'ochotników', utknęła przy nim na dobre. Chyba minęło już ponad pół godziny od powrotu spod magazynu, a Squalla i Seifera nadal nie było. Wreszcie jednak gunbladerzy pokazali się na miejscu pracy.
- Bez nerwów, Tilmitt, byliśmy po śruby - na wszelki wypadek Seifer usprawiedliwił ich, zanim jeszcze dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć. Na szczęście Selphie nie skomentowała faktu, iż żaden z szermierzy nie przyniósł ze sobą nawet jednej marnej śrubki. Obaj mieli też zastanawiająco rozanielone wyrazy twarzy i byli solidnie wymiętoszeni. Squallowe włosy były w lekkim nieładzie, a Seifer miał krzywo pozapinaną koszulę.
- Po śruby, cholera - mruknął rozgoryczony Zell, pilnując się jednak, by nikt tego nie usłyszał. - Myślałby kto.
- Nie ma sprawy, Seif - Selphie wyszczerzyła się od ucha do ucha. - Pomagałam Zellowi, ale skoro już jesteście, to lecę do innych zajęć.
- "Pomagała" mi - znowu mruknął do siebie zły fighter. Obawiał się, że jak tak dalej pójdzie, gadanie ze sobą wejdzie mu w nawyk. - Teraz jeszcze "pomoże" mi Almasy i ani się obejrzę, a nie będę miał co robić.
Squall nie odezwał się ani słowem i w milczeniu zabrał się z powrotem do zbijania desek. Zell pilnie patrzył na swoje słupki, z całych sił starając się zapomnieć, jak daleki od określenia 'milczący' był niedawno jego przyjaciel. "Wygląda na to, że Almasy naprawdę nie maczał palców w żadnych magiach statusowych", przyznał, zakłopotany własnymi wnioskami.
- Chodź no tu, Dincht - zakomenderował Seifer, wskazując na wiszącą luźno belkę. - Popraw to, bo za słabo przyczepiłeś.
- A ty nie możesz? - zdenerwował się Zell, podchodząc jednak i zabierając się do poprawek.
- Jak pilnowałeś, ćwoku? - ofuknął go wysoki blondyn, ściszając głos. - Polazłeś sobie gdzieś, zamiast stać, jak ci kazałem. Coś słabo ci zależy na mistrzostwach.
- Pilnowałem! - oburzył się fighter. - Ale przyszła Selphie i mnie nakryła. I skapnęła się, że raczej nie poszliście tam po śruby. I jeszcze teraz myśli, że was podglądałem! - wypalił ze złością. - To wszystko przez ciebie, Almasy!
- Rany, ależ to jest kapitalne! - zarżał z uciechą Seifer. - Dincht, chyba zacznę cię lubić, fujaro!
- Mam ci przywalić? - syknął wściekle Zell, czerwieniąc się.
- Wyluzuj, Dincht - pękał ze śmiechu jasnowłosy szermierz. - I pamiętaj cały czas o swoim urlopie.
- Seifer, czy musisz drażnić się z Zellem? - zapytał znużonym tonem Squall, podchodząc do dwójki blondynów. Nie słyszał ich rozmowy, ale widział całkiem dokładnie, że Seifer znowu prowokuje młodszego kolegę.
- Ależ Squally! - oskarżony udał zranioną niewinność, chwytając się za serce dramatycznym gestem. - Przecież nie byłbym taki podły, żeby denerwować Zella. Rozmawialiśmy sobie tylko o urlopach. Prawda, Zelly?
- T-tak - zapewnił fighter z miną, jakby go bolały zęby. - Tylko sobie gadaliśmy o tym i owym. Wiesz, Seifer jest w porządku - dodał bohatersko, czując, jak wszystko w środku przewraca mu się od tego łgarstwa. "Myśl o zawodach w Dollet, myśl o zawodach", powtarzał desperacko w myślach.
Squall spojrzał na niego, unosząc brwi z osłupieniem. Prędzej spodziewałby się wyschnięcia oceanu niż takiej deklaracji. Zell z największym trudem wytrzymał jego spojrzenie, a ciągle żywe wspomnienia spod drzwi nie ułatwiały mu tego zadania. Następnie Squall przeniósł wzrok na Seifera, ale ten ukrywał się za swoim zwyczajowym szelmowskim uśmieszkiem, który maskował wszystko równie efektywnie, jak obojętność maskowała emocje Squalla. Nigdy nie było wiadomo, czy posiadacz tego uśmieszku przed chwilą uratował psa z płonącego domu czy też może wyciął w pień pół miasta.
- No dobra - mruknął bezradnie brunet, dając za wygraną. I tak nigdy nie był mistrzem w odczytywaniu cudzych zachowań. Właściwie był tak daleki od mistrzostwa, jak to tylko możliwe. - Aha, Zell. Za tydzień jadę z Seiferem do Timber. Chciałeś chyba się tam wybrać, no nie? - zapytał, przypominając sobie o prośbie kolegi. - Możesz jechać z nami.
- Nie, nie! - przestraszył się pięściarz, po czym wyjaśnił nerwowo, widząc zaskoczenie na twarzy przyjaciela: - T-to znaczy, chętnie bym pojechał, ale wiesz, to nic pilnego. A wy pewnie wolicie jechać sami - powiedział, czując, że uszy płoną mu żywym ogniem.
- Jak chcesz - skwitował obojętnie komendant. - Widzisz, Seifer - powiedział triumfalnie, gdy fighter oddalił się pospiesznie do swoich słupków - narzekałeś, że Zell się ciebie czepia. Mówiłem, że jak zaczniesz zachowywać się cywilizowanie, to da ci spokój.
- Jasne, lewku. Miałeś rację - zgodził się Seifer, pilnując, by Squall nie zauważył jego ironicznego uśmieszku. Leonhart naprawdę był bardzo naiwny. - Ty zawsze masz rację - dorzucił bezczelnie. Przezornie najpierw przytrzymał partnera za rękę dzierżącą młotek, a dopiero potem go pocałował. Ostrożność okazała się jednak zbędna. Squall nie zamierzał użyć narzędzia przeciwko zuchwałemu adiutantowi.
