- Seifer, mam do ciebie interes - oznajmiła konfidencjonalnym tonem Selphie, podchodząc do chłopaka z podejrzanie niewinnym wyrazem twarzy. - A może raczej prośbę... chciałabym, żebyś mi w czymś pomógł.
- Znowu, Tilmitt? Nie wystarczy ci, że razem ze Squallem harujemy przy montowaniu tej twojej sceny? - burknął blondyn, nie przejmując się faktem, że on sam rąk sobie nie splamił pracą. Ale przecież nadzór to też ciężka robota.
- Och, jestem wam za to ogromnie wdzięczna - uśmiechnęła się kokieteryjnie dziewczyna. Niestety na Seiferze nie zrobiło to żadnego wrażenia. Patrzył na nią kamiennym wzrokiem, czekając na wyjaśnienie. Dała więc spokój i poinformowała go rzeczowo:
- Scena i wszystko jest już prawie gotowe, i teraz staram się skompletować zespół. No i - nabrała oddechu jak przed jakimś trudnym wyznaniem - chciałabym, żebyś przekonał Squalla, żeby zgodził się wystąpić-
- Tilmitt, ale z ciebie jajcara! - jasnowłosy chłopak wybuchnął tubalnym śmiechem. - Nie no... w morde, dawno się tak nie ubawiłem!
- To wcale nie jest dowcip - oznajmiła urażona Selphie, tupiąc nogą. - Mówiłam serio.
Seifer dostał kolejnego ataku śmiechu, więc dziewczyna przeczekała go cierpliwie i gdy szermierz wyśmiał się wreszcie do woli, niespeszona ciągnęła dalej wyjaśnienia, jakby nigdy nic.
- Mam już zaplanowany cały skład i-
- Do gry na czym chciałabyś zmusić Squally'ego? - przerwał jej rozbawiony Seifer, ocierając łzy z oczu i biorąc kilka głębokich oddechów dla uspokojenia. - A może chcesz, żeby śpiewał?
- Nieee, chociaż chętnie bym to zobaczyła - zachichotała dziewczyna. - Ale wiem, że to nierealne. Fortepian.
- Nie wzięłaś pod uwagę dwóch rzeczy, koleżanko Optymistko - zgasił ją Seifer. - Po pierwsze, Squally nie umie na niczym grać, chyba, że na nerwach, co rzeczywiście wychodzi mu bardzo dobrze. Po drugie, nie zgodzi się na te całe popisy muzyczne za nic w życiu. Czy my mówimy o tym samym Squallu? Bo może masz na myśli jakiegoś innego?
Selphie wzruszyła ramionami w milczeniu, nieco nadąsana.
- Nie istnieje taka siła we wszechświecie, która skłoni Leonharta, żeby to zrobił! - zakończył wywody gunblader, brzmiąc, jakby był niezwykle dumny ze swojego chłopaka i jego uporu.
- Istnieje! - zaprotestowała zadowolona dziewczyna.
- Tak? Ciekawe, jaka.
- Ty.
- Ja?! - zbaraniał Seifer. - Pogięło cię, Tilmitt?
- Przecież wiem, że tylko ty jesteś w stanie go przekonać - przypochlebiła się Selphie słodkim tonem. - Mnie czy kogokolwiek nawet nie będzie chciał wysłuchać do końca, ale ty na pewno go namówisz.
- Tak uważasz? - zapytał napuszony blondyn. - No, może masz trochę racji...
- Na pewno - Selphie pokiwała energicznie głową. - A poza tym nie chciałbyś zobaczyć Squalla, jak gra?
- Wiesz, że to rzeczywiście byłoby fajne - zapalił się do pomysłu Seifer. - Dobra, zobaczę, co się da zrobić. Ale coś za coś - zastrzegł. - Nie będę za darmo nadstawiał karku dla twoich pomysłów.
- Oooch, biedactwo... czy Squall jest dla ciebie taki surowy? - Selphie parsknęła z udawanym współczuciem, mierząc go kpiącym spojrzeniem.
- Jesteś zbyt ciekawska, Tilmitt - burknął zmieszany Seifer. - Pilnuj własnego nosa.
- OK, przepraszam - rzuciła niezobowiązującym tonem brunetka, zerkając na zakłopotanego chłopaka i z całej siły próbując stłumić śmiech. - To czego chcesz za namówienie Squalla?
- Opowiesz mi wszystko - zażądał blondyn. - Wszystko, co się wydarzyło, kiedy... no, kiedy mnie tu nie było. No wiesz przecież, o co mi chodzi.
- Wiem, wiem - zapewniła dziewczyna. - Dobrze z tym trafiłeś. Ja ci najlepiej wszystko opowiem, mam to nawet opisane - obiecała z zapałem.
- Nie wątpię - mruknął Seifer. Tilmitt była jedyną osobą, od której mógł się dowiedzieć ze szczegółami, co działo się podczas jego nieobecności w Ogrodzie. Kogo miałby o to zapytać? Squall odmówiłby, twierdząc, że nie warto się w tym babrać. Trepe pewnie by mu opowiedziała, ale nie chodziło mu o suche sprawozdanie, tylko o żywą relację. Dincht zaraz zacząłby upatrywać w tym jakiś haczyk, zresztą tego idioty nie miał zamiaru o nic prosić. I tak pewnie nie potrafiłby składnie złożyć kilku zdań. A Kinneas... Nie, jeszcze nie upadł tak nisko, żeby wypytywać o coś tego błazna i playboya.

- Squall, jest taka sprawa... - zaczęła z wahaniem Selphie, podchodząc do bruneta i rozglądając się uważnie dookoła, czy jego chłopaka nie ma w pobliżu. - Chodzi o Seifera...
- Co znowu zrobił? - zapytał ze zmęczeniem Squall, przerywając prace wykończeniowe przy scenie.
- No właśnie chodzi o to, że nic nie zrobił - powiedziała znacząco dziewczyna. Przyjaciel spoglądał jednak na nią nierozumiejącym wzrokiem, więc wyjaśniła: - Przecież dobrze widzę, że sam zasuwasz z Zellem, a on się obija.
- Hmm - odchrząknął zakłopotany Squall, lojalnie nie chcąc uskarżać się na leniwego partnera - no, nie do końca... trochę mi pomagał przy... no...
- Szukaniu śrub w magazynie? - zapytała brunetka, dumna z siebie, że udało jej się zadać to pytanie z pokerową twarzą.
- No, tak jakby - odparł Squall, patrząc na nią niepewnie.
- Mniejsza o to - Selphie porzuciła ten wątek, obawiając się, że wybuchnie śmiechem, rujnując swoje plany. - Wiesz, szukam teraz ochotników do zespołu, który zagra na Festiwalu.
"Ochotników... Raczej frajerów albo pechowców".
- I wpadłam na pomysł, że Seifer by się w sam raz nadał do tego zadania. Mam już dla niego nawet odpowiedni instrument. Myślę, że pasowałaby mu gitara.
- Selphie, ale Seifer nie potrafi grać - ściągnął ją na ziemię przyjaciel. - To chyba jest spory problem, nie sądzisz? - zapytał sarkastycznie, choć pomyślał, że faktycznie popisy na scenie wybornie pasowałyby do jego partnera i potrzeby bycia w centrum uwagi.
- Ależ skąd! - wykrzyknęła beztrosko dziewczyna. - Kawałek, który wybrałam do zagrania, jest super-hiper-łatwy, i nawet kompletne beztalencie raz dwa by się nauczyło. Chodzi mi tylko o to, byś skłonił Seifera do tego. Bo wiesz, mnie każe spadać na drzewo - stwierdziła trzeźwo. - Ale ty to co innego. Wszyscy dobrze wiedzą, że jak mu coś każesz zrobić, to cię posłucha bez szemrania - oznajmiła konspiracyjnym szeptem.
- Niezupełnie - zaprzeczył bez przekonania komendant. - To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.
- Ale spróbujesz, Squall? Ślicznie proszę - uśmiechnęła się Selphie.
- Spróbuję - obiecał niechętnie brunet, mimo woli myśląc, że Selphie ma jednak sporo racji. Seifer się obijał i należy mu się za to mała kara...
- Świetnie! Dzięki, Squall.

Przez okno wpadły pierwsze promienie wschodzącego słońca. Seifer mruknął coś bardzo niecenzuralnego pod jego adresem i schował twarz przed denerwującym światłem, wtulając ją we włosy śpiącego obok Squalla. Uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie, jak przedostatniego dnia misji leżeli koło siebie niemal dokładnie tak samo. I jak wtedy pragnął, żeby mieć tak Leonharta na co dzień. O dziwo, marzenie się spełniło, choć były na to relatywnie marne szanse.
- Śpisz, Squally? - zapytał figlarnie, wsuwając dłoń pod okrycie.
- Mhn... teraz już nie... - usłyszał rozespany głos bruneta, który najwyraźniej zaczynał powoli wracać z krainy snów.
- To dobrze. Wiesz, o czym właśnie myślę, lewku?
- Wiem.
- Super! Umiesz odgadywać moje myśli - ucieszył się blondyn.
- To nie jest trudne. Te twoje myśli odczuwam w tej chwili bardzo wyraźnie - odparł ironicznie Squall.
- Nie zgrywaj niedostępnego. Nie mów, że nie chcesz tego samego, co ja - zaśmiał się szelmowsko Seifer.
- Nie mówiłem, że nie chcę.
- Grzeczny chłopiec.
- Drapiesz - wzdrygnął się brunet, gdy partner dotknął podbródkiem jego szyi. Z jakiegoś powodu Seifer z upodobaniem chadzał ostatnio niechlujnie nieogolony.
- Hmm? Podoba ci się to? Chciałbyś, żebym zapuścił brodę? - Seifer potarł skórę Squalla zarośniętym policzkiem.
- Wszystko mi jedno - wbrew tym słowom Squall odchylił głowę, pozwalając blondynowi na zawładnięcie swoim karkiem.
- Jak miło z twojej strony.
- Miło? Przecież nic takiego nie powiedziałem.
- Wiesz, przy tobie trzeba nauczyć się czytać między wierszami.
- Naprawdę? I co niby wyczytałeś?
- Że uwielbiasz mnie do szaleństwa, obojętne jakbym nie wyglądał - podzielił się swoimi domysłami blondyn.
- Po prostu słyszysz to, co chcesz - parsknął Squall, rozbawiony Seiferową interpretacją.
Uniósł nieco głowę znad poduszki i zerknął na budzik.
- Mamy dużo czasu - skomentował jasnowłosy szermierz uspokajającym tonem. - Jeszcze nie musimy wstawać.
- No dobra, to się pospiesz - zniecierpliwił się Squall, obracając się do niego przodem. - Na co jeszcze czekasz?
- A co będzie, jak się nie pospieszę? Obniżysz mi rangę? - zapytał Seifer, chwytając go za nadgarstki i nachylając się nad nim z wyzywającą miną.
- Gleba - ostrzegł groźnie brunet, spoglądając mu karcąco w oczy.
- Dla kogo to właściwie będzie kara? - roześmiał się drwiąco blondyn.
- Odwal się - powiedział przez zaciśnięte zęby Squall, zrozumiawszy, że właśnie stracił przydatną formę nacisku.
- Typowa błyskotliwa odpowiedź Squalla Leonharta - zaszydził Seifer.
- Odwal się.
- Masz ładny akcent.
- Odwal się.
- Teraz jesteś taki niecierpliwy, Squally. A pamiętasz, co było na początku?
- To ty wszystko zacząłeś.
- Ja?! A niby kto mnie pocałował w porcie?
- A kto się do mnie dostawiał na misji?
- A kto się pierwszy zakochał?
- A kto... kto... Cholera!
Blondyn zaśmiał się zwycięsko, a Squall rozzłościł, że znowu dał się wciągnąć w durne pogaduszki. Skorzystał z chwili nieuwagi rozbawionego partnera i błyskawicznie uwolnił się, jednocześnie przewracając go na plecy. Seifer objawił jednak niezłomną wolę walki, więc zaczęli siłować się ze sobą zawzięcie, aż w końcu spadli z łóżka na podłogę.
- Ouuu - jęknął boleśnie Seifer, rąbnąwszy się potylicą w szafkę. - Leonhart, zbliżanie się do ciebie jest niebezpieczne.
- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie - odpalił Squall, który przy upadku łupnął się w łokieć. - Nic ci się nie stało? - wyrwało mu się z troską.
- Nic, lewku. Trzeba czegoś więcej niż zrzucenia na podłogę, żeby mnie uszkodzić.
- Nie zrzucałem cię - oburzył się Squall. - To było przypadkowo. I przestań nazywać mnie lewkiem, do cholery!
- Ale to tak ładnie brzmi. LEWKU - nie mógł się powstrzymać Seifer, delektując się brzmieniem tego słowa.
- Zamknij się i zróbmy to wreszcie - zakomenderował brunet, zbierając się z podłogi, podając mu rękę i wciągając go z powrotem na łóżko.
- Mówiłem ci już, że romantyzmu w tobie ze świecą szukać? - poskarżył się komicznie blondyn. - Co to w ogóle za hasła? Może jeszcze dodasz "cała naprzód" albo "przeleć mnie"?
- Będziesz mi to teraz wytykał? - oburzył się Squall.
- Absolutnie nie, Panie Pragmatyku - roześmiał się Seifer. A niech Squally będzie sobie dalej tak cudownie nieromantyczny i pragmatyczny. Nie zamierzał się na to uskarżać.

Kolejnego dnia scena była gotowa, wszystko posprzątane i jedyne, co pozostało, to przygotowania do występu. Squall popatrzył zamyślonym wzrokiem na Seifera. Jak go przekonać? Po co się w ogóle na to zgadzał? Ach tak, żeby się zemścić za Seiferowe nieróbstwo. Co za dziecinny powód. Skrzywił się z niechęcią i ruszył w kierunku partnera, żeby mieć to już za sobą.
- Seifer, zostaw to na chwilę. Chcę ci coś powiedzieć.
- O, to zabawne, bo ja tobie też - uśmiechnął się Seifer, obracając się na dźwięk głosu Squalla. - Może nawet to samo?
- Mam nadzieję, że nie - powiedział brunet z kwaśną miną.
Seifer zaciekawił się, bo zabrzmiało to dość tajemniczo.
- No to gadaj, Squally - popędził go.
- Była u mnie Selphie i mówiła o swoich planach festiwalowych - zaczął brunet i przerwał nagle, usłyszawszy, jak Seiferowi wyrywa się z ust przekleństwo. - Coś nie tak?
- Nie, no skąd - zapewnił go nieszczerze blondyn, usiłując przywołać na usta blady uśmiech. - Mów dalej, ale coś mi się zdaje, że wiem, co powiesz.
- Selphie chce, żebyś grał w jej zespole - powiedział powoli Squall.
- Niech to JASNY SZLAG STRZELI!
- Powinno ci się podobać. W końcu wszyscy będą na ciebie patrzeć - zadrwił Squall.
- Nie w tym rzecz - zafrasował się blondyn, nie mając głowy do przejmowania się własnym udziałem w koncercie. "Jak mam teraz, do cholery, namówić Leonharta do tego samego?! Tilmitt jest kuta na cztery nogi" - wściekał się w myślach. - To przebiegła żmija!"
- Nieważne - machnął ręką komendant, nie siląc się nawet na próbę zrozumienia dziwnych humorów swojego chłopaka. - W każdym razie, będziesz grał na gitarze. Zrozumiano? - dodał autorytarnym tonem, mając nadzieję, że Seifer nie będzie zbyt mocno protestował.
- Jasne, jasne - zapewnił jasnowłosy szermierz nieobecnym głosem, ponuro myśląc o czekającej go batalii z upartym partnerem. "To będzie rzeź", pomyślał smętnie. - Co tylko zechcesz, lewku.
"Łatwo poszło", zdziwił się Squall, ale doszedł do wniosku, że Seifer nie ma powodów do narzekania. "Pewnie i tak wepchnąłby się na scenę, proszony czy nieproszony".
- Zdaje się, że chciałeś mi coś powiedzieć - przypomniał sobie, gdy zmierzali w stronę biura.
- Aha... n-no tak - zająknął się blondyn, niespokojnie przesuwając dłonią po włosach. - Ale obiecaj, że się nie wkurzysz.
- Seifer. Co zrobiłeś? - zapytał łudząco spokojnym głosem Squall, zatrzymując się i spoglądając groźnie na spłoszonego towarzysza.
- Nic nie zrobiłem - obruszył się chłopak, ujmując go za ramię i ciągnąc w dalszą drogę. - Chodzi o to, że rozmawiałem z Tilmitt i-
- Chyba nie chcesz powiedzieć... - bruneta aż zatchnęło, gdy zorientował się nagle, do czego zmierza Seifer.
- Nie denerwuj się - uspokajał go nerwowo blondyn. - To nie jest wcale takie straszne, wiesz? Po prostu zagrasz kawałek i tyle.
- NIE! Wybij to sobie z głowy. I nie chcę o tym więcej słyszeć - zagroził rozdrażniony Squall. - Jeśli jeszcze raz o tym wspomnisz, to...
- To co wtedy? - odważył się zapytać Seifer. Zabrzmiało to jednak niestety żałośnie i niepewnie, zamiast wyzywająco i zaczepnie.
- To wtedy możesz sobie wracać do swojego pokoju. I śpij sobie sam - prychnął rozeźlony komendant. - Na połamanym łóżku - dodał złośliwie.
- Daj spokój, przecież wiem, że ty tak samo-
- Wytrzymam jakoś - zapewnił go Squall, wchodząc do gabinetu i rzucając kurtkę na krzesło.
"Trzeba szybko coś wymyślić. Lepiej oberwać od Squalla czy od Tilmitt?" - rozważał z wisielczym humorem blondyn. - Ale się wkopałem!"

- Squally... przecież to naprawdę nie jest nic takiego - badał teren Seifer. Jako utalentowany strateg odczekał na odpowiedni moment, gdy brunet już prawie zasypiał i był nieszkodliwy. - Wiesz, siądziesz sobie gdzieś z boku sceny i nawet nikt cię nie zauważy...
- Przymknij się - sapnął na wpół śpiący chłopak. - Nie podejdziesz mnie takimi prostackimi sztuczkami.
- Tylko głośno myślę - oznajmił z urazą blondyn.
Odczekał kolejną chwilę, po czym kontynuował:
- Pasowałbyś do fortepianu...
- Odczep się.
- Ale kiedy naprawdę chciałbym zobaczyć, jak grasz - wyszeptał mu do ucha.
- Seifer, daj mi spokój. Chce mi się spać i jestem zmęczony.
- No wiem, w końcu to moja sprawka - uśmiechnął się łajdacko Seifer. - Boisz się, że nie uda ci się nauczyć grać? Albo że wszyscy będą się na ciebie patrzyli? - zerknął na Squalla, ale ten niestety usnął na dobre. Seifer westchnął ciężko, uznając swoją chwilową porażkę. Teraz nie było szans na obudzenie partnera aż do rana. Z początku był zdumiony, że Squall potrafi tak mocno zasnąć. Teraz już przyzwyczaił się do jego nawyków, ale przez pierwsze noce nie dowierzał, że można spać tak kamiennym snem. Co dziwne, na dźwięk budzika czy nieokreślony sygnał zagrożenia, który potrafił wyczuć swoim szóstym zmysłem, brunet budził się momentalnie, całkowicie przytomny i gotów do działania. Podobnie było na misjach - komendant wchodził wtedy w tryb bojowy i przestawiał się na inne funkcjonowanie. W pozostałych, "pokojowych" sytuacjach dobudzenie go graniczyło jednak z cudem. Seifer wiedział, że mógłby ubrać go w strój chocobo czy też wymalować mu na czole napis "Własność Seifera Almasy'ego. Nie dotykać" i brunet cały czas by spał. Nieraz korciło go, by spłatać swojemu chłopakowi takiego figla, ale zawsze powstrzymywała go jedna myśl. Squall mu ufał, czuł się bezpiecznie w jego obecności. Ten sam Squall, który wszystkich innych ludzi traktował z dystansem i rezerwą. Dawniej nie zastanawiałby się ani przez sekundę, mając szansę zażartowania sobie z Leonharta. Teraz wolałby umrzeć, niż zawieść jego zaufanie. Odłożył swoje festiwalowe zadanie do następnego dnia i przytulił się do śpiącego chłopaka. Rano się uda. ...oby.

Squall obudził się, z niechęcią otwierając oczy. Powitał go widok twarzy wpatrzonego w niego Seifera. Blondyn leżał obok, oparty na łokciu i przyglądał się Squallowi, uśmiechając się radośnie od ucha do ucha.
- Czego suszysz zęby? - burknął Squall, jak zawsze rano w nienajlepszym humorze.
- Jeszcze pytasz? Nie pamiętasz, co mi powiedziałeś przed chwilą?
- Może nie zauważyłeś, ale przed chwilą spałem - w głosie Squalla zabrzmiało zniecierpliwienie.
- Spałeś - jasnowłosy chłopak kiwnął głową potwierdzająco. - I mówiłeś.
- Co ty bredzisz?
- Gadasz przez sen, Squally - wyjaśnił mu rozweselony Seifer.
- Wcale nie - kategorycznie zaprotestował brunet.
- Skąd możesz wiedzieć? Przecież wtedy śpisz - zauważył rozsądnie blondyn.
- Nieważne - wzruszył ramionami Squall. - Nie gadam przez sen i już.
- Ależ tak - zaoponował Seifer. - I to całkiem sporo. Czasem jesteś bardziej rozmowny, gdy śpisz, niż gdy jesteś przytomny - zażartował. - Ale skoro się tak upierasz, to nie powiem ci, co mówiłeś.
Squall zerknął na niego ponownie. W oczach Seifera błyszczały wesołe iskierki. Squall milczał przez chwilę skonfundowany. Otwarł usta, by się odezwać, ale blondyn nie dał mu dojść do słowa.
- Nie powiem ci, Squally - oznajmił, śmiejąc się.
- Nie, to nie - nadąsał się brunet. - Wstawajmy już, najwyższa pora.
Zwlókł się z łóżka i poczłapał w kierunku łazienki, po drodze potykając się o nieoczekiwaną przeszkodę.
- Mógłbyś nie rzucać swoich butów gdzie popadnie?
- O, znalazłeś je? - ucieszył się Seifer. - Super. Właśnie się zastanawiałem, gdzie mogą być.
Brunet potrząsnął głową ze znużeniem i zniknął za drzwiami. Seifer przez chwilę krążył po pokoju, zbierając poszczególne części swojej garderoby, porozsiewane w najdziwniejszych miejscach.
- Znowu nie zakręciłeś pasty do zębów - wytknął Squall, wracając z łazienki. - Nie wiem, czy istnieje większy bałaganiarz od ciebie - skomentował cierpko, przyglądając się partnerowi, z eksplorerską nadzieją zaglądającemu pod łóżko.
- Przecież w końcu wszystko się znajduje - sapnął niefrasobliwie blondyn, triumfalnie wyciągając spod łóżka pas od spodni. - A tak w ogóle, to przecież ty rozrzucasz mi ubranie po kątach - odciął się, ściągając niebieską kamizelkę z półki nad łóżkiem, skąd smętnie zwisała, i potrząsając nią znacząco przed oczami Squalla. - Jak myślisz, skąd się tam wzięła?
- Nie mam pojęcia - wymamrotał winowajca.
- Nie udawaj niewiniątka - Seifer przyjrzał się dokładniej kamizelce i ściągnął brwi z niezadowoleniem. - Cholera, no nie wierzę. Podarłeś mi kolejną! Leonhart, ty brutalu, to już trzecia!
- Co z tego? Przecież masz jeszcze kilka - bronił się zakłopotany Squall.
- Ciekawe, jak długo będę je miał - odburknął blondyn, zwijając potargany ubiór w kłąb i wyrzucając do śmieci. - A może to jakiś twój podstępny plan pozbawienia mnie ubrania? - uśmiechnął się chytrze. - Chcesz, żebym paradował po Ogrodzie nago? Kuszący widok, co nie?
- Nie wygłupiaj się, Seifer - syknął zmieszany komendant. - I ubieraj się szybciej, nie mamy całego dnia.
- Na pewno mam się ubrać, Niszczycielu Kamizelek? - droczył się z nim ubawiony gunblader, puszczając w niepamięć zrujnowany przyodziewek.
Nadąsany Squall nie raczył się odezwać, więc blondyn ściągnął wreszcie z wieszaka swój czarny mundur.
- Tak przy okazji, to mamy pęknięte drzwi od szafy - zauważył, próbując bez powodzenia domknąć zwichrowane skrzydło.
- Bo je rozwaliłeś - rzucił brunet kąśliwie. - Wczoraj wieczorem.
- Mała poprawka - sprostował z godnością jasnowłosy szermierz. - Ty je rozwaliłeś. Mną.
- Co ty pitolisz - zdenerwował się Squall.
- Wygląda na to, że masz bardzo wybiórczą pamięć. To wpływ niezapomnianych nocnych przeżyć? Z wrażenia zapomniałeś, jak do tego doszło? A może to przez GFy? - nabijał się blondyn. - Powinieneś je odłączać zaraz po pracy, bo jak tak dalej pójdzie, to zostaniemy bez żadnych mebli. Najpierw moje łóżko, teraz szafa. Dobrze, że biurko jest odporniejsze na twoją działalność.
- Odczep się.
- Czy to też sprawka GFów, że nie mogłeś wytrzymać, aż dojdziemy do łóżka? - śmiał się Seifer. - Przyznaj się, mój ty ognisty lewku.
- Nie nazywaj mnie tak!
- A może to Ifrit kazał ci mnie popchnąć na tę nieszczęsną szafę? Czy może Diablos cię opętał? - kontynuował rozweselony Seifer.
- Jeśli w tej chwili się nie zamkniesz, to... ...to będziesz cały dzień segregował raporty z ostatnich pięciu lat - zagroził speszony Squall.
- Dobra, dobra - burknął pojednawczo blondyn. - Wstałeś dziś lewą nogą czy jak?
Z niezadowoleniem skonstatował, że Leonhart zbyt dobrze wie, czym mu dogryźć. Segregowanie raportów! Seifer wolałby cały dzień sprzątać zdechłe potwory w Centrum niż przez godzinę babrać się w tym papierowym bagnie.
- No i? Lepsze niż kamizelka? - obciągnął starannie kurtkę i obdarzył bruneta olśniewającym uśmiechem, którego nie powstydziłby się zawodowy model. - Czujesz się porażony moim oszałamiającym urokiem, Niszczycielu?
Squall co prawda milczał, ale rumieńce na jego policzkach dały Seiferowi całkiem jednoznaczną odpowiedź. Choć wydawało się to niemożliwe, mundurowy uwodziciel uśmiechnął się jeszcze bardziej zniewalająco i postanowił spróbować szczęścia ze swoim zadaniem. Stanął za Squallem, objąwszy go w pasie i delikatnie musnął nosem jego policzek.
- Lewkuuu... - zaczął urabianie oszołomionego chłopaka.
- Nie będę grał na żadnym fortepianie! - odmówił momentalnie Squall, nie dając mu nawet szansy na zadanie pytania. Dobrze wiedział, jak miało brzmieć.
- A na czym innym? - naciskał blondyn, nie tracąc nadziei na pozytywny efekt swoich działań.
- Nie będę grał. Na niczym.
- A mi to kazałeś! - wypomniał z dziecinną pretensją Seifer, odsuwając się od Squalla z obrażoną miną. Chyba nie docenił jego odporności. Drań potrafił być wkurzająco twardy. I uparty.
- Przynajmniej będziesz miał jakiś wkład w Festiwal. Bo opieranie się o ścianę to trochę za mało.
- To nie było opieranie, tylko zarządzanie zasobami ludzkimi, czyli tobą i Dinchtem - uściślił urażony chłopak. - Mam wrażenie, że wcale nie doceniasz pracy umysłowej.
Squall nie zadał sobie trudu skomentowania tego oczywistego idiotyzmu. Poprawił pas, jeden i drugi, i był gotów do rozpoczęcia kolejnej dniówki. Seifer zmobilizował się do działania, widząc, że cel wymyka mu się z rąk. Gdy Squall wyjdzie z pokoju, nie będzie chciał słuchać o niczym innym, niż o pracy.
- Wiem, że nie umiesz grać, i ja przecież też nie umiem, ale Tilmitt zapewniła mnie, że to bardzo łatwy kawałek - przekonywał gorąco. - Nauczymy się raz dwa.
- Co ci tak na tym zależy? - zdziwił się Squall.
- Bo chciałbym zobaczyć, jak grasz. No, zgódź się, lewku... Poza tym chyba nie wydasz mnie na pastwę Tilmitt - spojrzał błagalnie.
- A powinienem - mruknął pod nosem komendant, bezwiednie dając się Seiferowi złapać na lep.
- Zrób to nie dla Tilmitt, tylko dla mnie - nalegał blondyn, bezbłędnym instynktem rasowego drapieżnika wyczuwając wahanie Squalla tak, jak psy myśliwskie wyczuwają krew rannej zwierzyny. - Nie zostawiaj mnie samego.
- Dla ciebie? - brunet spojrzał na niego niepewnie. Zawsze coś go ściskało za serce, gdy widział żałosną minę swojego chłopaka. Jakoś... nie był w stanie patrzeć na przygnębionego Seifera. - No dobra - zmiękł, zły na siebie, że w niepojęty sposób zawsze zgadza się na wszystko, czego chce jego partner. Poczuł kiełkujące podejrzenie, że umyka mu coś nieuchwytnego. "Ale przecież poznałbym, że Seifer wstawia mi kit", pomyślał, ściągając brwi z zastanowieniem.
- Dzięki, Squally! Zobaczysz, będzie fajnie - blondyn uśmiechnął się do niego zachęcająco.
- Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że mnie nabierasz - Squall dał upust resztkom swojej nieufności.
- No wiesz! - wykrzyknął z urazą Seifer. - Jak możesz mnie posądzać o coś takiego? Zresztą nie potrafiłbym cię nabierać, przecież od razu byś się zorientował - skłamał bezwstydnie, patrząc Squallowi w oczy najniewinniej w świecie.
- Tak mi się tylko zdawało - usprawiedliwił się stropiony chłopak. - Zbierajmy się już, bo spóźnimy się do biura.
- W porządku, schabiku - zgodził się Seifer, uradowany swoim sukcesem. Energicznym klapsem w tyłek wypchnął Squalla na korytarz.
- Seifer...! Miałeś tego nie robić poza naszym pokojem - zrugał go zmieszany brunet.
Blondyn uniósł ręce gestem niewinności.
- Ale ja nadal w nim jestem - oznajmił, ucieszony z własnej przebiegłości.
- Jakiś ty drobiazgowy - sarknął Squall, spoglądając na stojącego w progu partnera.
- I kto to mówi! - odciął się rozbawiony Seifer. - Co jest, zazdrościcie mi fajnego faceta, dziewczyny? - rzucił zaczepnie w kierunku stojących w pobliżu, chichoczących kadetek. Dziewczyny umilkły szybko, spotkawszy się z ciężkim wzrokiem swojego komendanta. Zderzenie ze słynnym Spojrzeniem Squalla Leonharta było odczuwalne w skutkach podobnie jak wjechanie na pełnej prędkości w betonowy mur. Jedyną osobą, która z dziecinną łatwością przebijała się przez ten mur, jakby był z masła, był Seifer Almasy. Zwykli śmiertelnicy nie mieli jednak szans w teście zderzeniowym, więc dziewczyny zasalutowały nerwowo i oddaliły się czym prędzej.
- Chodźże wreszcie - zniecierpliwił się Squall.
- Idę, schabiku - blondyn zamknął drzwi i obaj szermierze ruszyli korytarzem, by zacząć kolejny dzień pracy.