Quistis zerknęła na zegar, zabrała papiery, które leżały na jej biurku i wyszła z pokoju. Miała je dostarczyć Squallowi przed końcem pracy, więc nadeszła na to odpowiednia pora. Skinęła głową kapralowi Wintersowi, który nie robił jej trudności, gdyż była umówiona. Bez słowa wskazał jej więc tylko drzwi do biura komendanta i zajął się swoją pracą. Quistis zapukała dla formalności. Żadnej odpowiedzi. Zapukała ponownie. Nic. Wzruszyła więc ramionami i weszła do środka, starannie zamykając drzwi za sobą.
Jej oczom ukazał się niespotykany widok. Squall, bez kurtki od munduru, siedział na biurku, odwrócony tyłem do drzwi. Seifer stał tuż przy nim i trzymał go krzepkim chwytem za koszulę, zdarłszy mu ją prawie do połowy pleców. Obaj szermierze byli całkowicie sobą pochłonięci, więc wejście Quistis pozostało niezauważone. Blondynka przez kilka sekund gapiła się na swoich byłych studentów, obściskujących się w najlepsze, ale wreszcie otrząsnęła się z oszołomienia i chrząknęła znacząco. Zero reakcji.
- Panie komendancie - powiedziała nieco ironicznie, podnosząc głos.
Seifer wykrył wreszcie obecność osoby trzeciej. Zerknął leniwie na Quistis ponad ramieniem Squalla i poinformował go od niechcenia:
- Squally, mamy towarzystwo.
- C-co? - sapnął nieprzytomnie chłopak. - Znowu kłapiesz dziobem...
- Mnie to nie przeszkadza, ale ty chyba nie lubisz mieć widowni, co nie? - wyjaśnił blondyn, niespiesznie przesuwając usta wzdłuż Squallowej linii szczęki.
Brunet zamierzał skląć Seifera za niepożądaną gadatliwość, kiedy nagle dotarł do niego sens słów. "Widownia?!" Odsunął się od rozbawionego partnera i spojrzał w tył. No pięknie.
- Przykro mi, że wam przeszkodziłam - usprawiedliwiła się Quistis, z nieznacznym uśmieszkiem spoglądając na Squalla, który nerwowo zeskoczył z biurka, poprawił koszulę i ubrał się w brakującą górę od munduru. Podała mu przyniesione papiery.
- Spoko, nie przejmuj się, Trepe - blondyn beztrosko machnął ręką, oparłszy się nonszalancko o ścianę. - Jak pójdziesz, to dokończymy. Po prostu pana komendanta nagle przypiliło...
- Seifer, podaj mi tę zieloną teczkę - przerwał te wynurzenia, niestety prawdziwe, speszony Squall.
- Już się robi, Słodki Tyłeczku.
- Co ci mówiłem, Almasy?! - upomniał go zrozpaczony brunet.
- Że miałem cię tak nie nazywać przy obcych - powiedział posłusznie blondyn. - Ale przecież Trepe nie jest obca.
Quistis spojrzała na niego z ukosa, współczując cichemu przyjacielowi użerania się z wyskokami Seifera. Jasnowłosy gunblader zawsze potrafił każdego zapędzić w kozi róg. W mówieniu niewygodnych rzeczy przypominał Zella. Tyle tylko, że pięściarzowi wymykały się one niechcący, a Seifer wygłaszał je całkiem świadomie, bez żadnego skrępowania. Nie wiadomo, co było gorsze.
- No co? Trepe, przyznaj, że sama miałaś nieraz ochotę nazwać tak Squalla - palnął zuchwale Seifer i uradował się, gdy udało mu się za jednym zamachem wprawić w zakłopotanie Squalla i Quistis.
- Seifer. Nie odzywaj się już lepiej, dobra? - komendant oparł głowę na rękach, wbijając wzrok w blat biurka. - Quistis, dzięki. Jeśli to już wszystko...
- Tak, chciałam ci tylko przynieść te dokumenty. Nie zapomnijcie o naszym spotkaniu w kafeterii za godzinę. A teraz pójdę już - powiedziała pospiesznie Trepe i ruszyła do wyjścia, zostawiając obydwóch chłopaków samych.
Zanim zamknęła za sobą drzwi, usłyszała jeszcze:
- … czy zawsze musisz się tak popisywać?
- ...przecież nic się nie stało...
- ...palant...
- ...oj tam, po co się tym przejmujesz. Lepiej dokończmy twoją zachciankę, Squally.
- ...tym razem zamknij porządnie drzwi...
Seifer wkroczył do kafeterii, niestety znowu bez Squalla. Komendant wysłał go samego na spotkanie, obiecując, że przyjdzie trochę później. Poszedł więc samotnie, przyrzekłszy mu jednak, że jeśli się nie pojawi, to pójdzie i przyniesie go razem z biurkiem. Na miejscu byli już jego przyjaciele oraz Kinneas i Trepe.
- Sam jesteś? A gdzie zostawiłeś swojego oblubieńca? - powitał go Raijin.
- Oblubieńca... Rai, czyżbyś dorwał ostatnio jakiś słownik? Nie wiedziałem, że umiesz czytać - odgryzł się Seifer. - A Squally siedzi z nosem w papierach, ale przyjdzie za pół godziny.
- Wytrzyma tak długo bez ciebie? - Irvine dołączył się do żartów. Obaj szermierze byli ostatnio nierozłączni. Zupełnie jakby stanowili jedną całość. Bardzo rzadko byli widywani jeden bez drugiego.
- Długo? - wzruszył ramionami szermierz.
- Jak pojechałeś wtedy do Deling, to Squall nie mógł sobie znaleźć miejsca - wyjaśnił mu strzelec. - Przez te dwa dni chodził jak nieprzytomny. Bardzo za tobą tęsknił.
- Irvine, nie przesadzaj. Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy? - zmitygowała go Quistis, przewracając oczami.
- Quisty, rozmawiasz ze specjalistą. Znam się na tych sprawach - oświadczył zarozumiale snajper. - I wiesz co, Seifer? Squall pojechał po ciebie do portu chyba ze dwie godziny przed czasem. Aż go nosiło.
Seifer uśmiechnął się pod nosem. "Przejeżdżałem tędy przypadkiem". Jasne.
- A co, nie powiedział ci o tym? - udał zdziwienie strzelec.
- Bo wiesz, Kinneas... Squall jest człowiekiem czynu - pouczył go blondyn. - Woli działać niż gadać.
- Co racja, to racja - palnął bez zastanowienia Zell, który właśnie nadszedł.
- Masz coś szczególnego na myśli? - zainteresował się Irvine, ze zdziwieniem patrząc na Raijina, Fujin i Quistis, którzy jak jeden mąż kiwnęli głowami na potwierdzenie słów Zella.
- Nie - bąknął fighter, starając się nie patrzeć w kierunku Seifera. - Tak ogólnie gadałem...
Dalszą rozmowę przerwało im przybycie Squalla. Ciemnowłosy szermierz podszedł do grupki kolegów i został powitany domyślnymi uśmieszkami.
- Już jesteś, lewku? - zdziwił się Seifer, zerkając na zegarek. Od chwili jego przyjścia upłynęło dopiero dziesięć minut. - Skończyłeś tak szybko to sprawozdanie?
- Nie, jutro się nim zajmę - zakłopotał się komendant. - To nic ważnego...
Nie chciał się przyznawać, że poczuł się nieswojo, siedząc w biurze sam, bez Seifera. Oczywiście wytrzymałby te głupie pół godziny, ale... po co.
Seifer zerknął nieufnie na stojącego obok Irvine'a i ujął Squalla za ramię, na wszelki wypadek odsuwając go od wysokiego snajpera. Stanął obok swojego chłopaka, zazdrośnie odgradzając go od Irvine'a.
- Czemu ciągle nazywasz Squalla tak dziwnie? - Zell nie umiał powściągnąć swojej gadatliwości.
- Lewku? O to ci chodzi, Dincht? - upewnił się gunblader. - Skoro już musisz wiedzieć, panie Wścibski, to dlatego, że w niektórych sytuacjach Squall zamienia się w prawdziwego zwierza - oświadczył, puszczając do Zella oko.
Squall gorąco pożałował, że nie istniały żadne filtry, które można by instalować bezczelnym adiutantom, nie potrafiącym zamknąć się nawet na minutę.
- Miałem na myśli sparingi - powiedział z nieźle udanym oburzeniem Seifer, piorunując wzrokiem rozweselone i chichoczące towarzystwo. - A wy zaraz myślicie nie wiadomo o czym, zbereźnicy!
- Mhm, widocznie źle cię zrozumieliśmy - chrząknęła z rozbawieniem Quistis.
- Na to wychodzi - uśmiechnął się zawadiacko Seifer, zerkając na partnera. Ten na szczęście nie wyrażał chęci do rękoczynów, pokręcił tylko głową z rezygnacją. Skoro nie istniały filtry, musiał zacząć się przyzwyczajać do głupich odzywek Seifera.
- To co, nie kwitnijmy tu tak. Chodźmy gdzieś usiąść - zaproponował uśmiechnięty Raijin.
Zebrane towarzystwo zgodnie udało się w kierunku zacisznego kąta kafeterii i zawłaszczyło na wyłączność dwie stojące tu kanapy. Czekali na Selphie, główny powód ich zebrania. Mieli jeszcze do omówienia kilka spraw związanych z Festiwalem. Niestety cała grupka uległa zapałowi organizacyjnemu ciemnowłosej dziewczyny i wszyscy byli wplątani w przygotowania. Squall usiadł koło Seifera, a po trwającym ułamek sekundy wahaniu oparł głowę o jego ramię. Seifer uśmiechnął się nieznacznie, ale poza tym nie dał po sobie poznać, jak bardzo go to uszczęśliwiło. W przypadku Squalla nawet takie drobiazgi miały wielkie znaczenie, tym bardziej, że ciemnowłosy chłopak nie lubił się publicznie "obnosić", jak to określał. "Squally chyba zaczyna mnie lubić", pomyślał wesoło szermierz.
- Hejka! Jestem już, moi kochani! - wykrzyknęła zdyszana Selphie, pojawiając się wreszcie na miejscu. Przywlokło się za nią dwóch nieszczęśliwych chłopaków. Jeden wyglądał, jakby zrobiło mu się słabo.
- To twoje nowe ofiary, Tilmitt? - zadrwił Seifer, wskazując na małolatów.
- Nie moje. Twoje - odcięła się dziewczyna. - To znaczy, twoje i Squalla - uściśliła. - Ci dwaj będą was uczyć grać. Dobra, właściwie możecie na razie uciekać - zwróciła się do 'ofiar'. - Pogadamy potem, na razie będę zajęta.
Dwaj pechowcy skorzystali z okazji i zwiali z widoczną ulgą.
- Będziecie grali na Festiwalu? - zapytał z zaskoczeniem Zell, spoglądając na szermierzy.
- Selphie was wrobiła jeszcze i w to? - zaśmiał się Irvine.
Nadąsana Selphie zrzuciła mu za karę kapelusz z głowy.
- Squall i Seifer bardzo chętnie się zgodzili, no nie, chłopaki? - zwróciła się do gunbladerów, których zatkało na dłuższą chwilę.
- Selphie, skoro znalazłaś dwóch kadetów, którzy umieją grać, to czemu po prostu nie wstawisz ich na nasze miejsce? - zadał logicznie nasuwające się pytanie Squall.
- Och, Squall, bo właśnie cała rzecz w tym, że to WY będziecie główną atrakcją - oświadczyła radośnie dziewczyna.
- My? - wymamrotał brunet z niewyraźną miną.
Seifer spojrzał na niego z troską. No tak, rola głównej atrakcji znajdowała się na odwrotnym biegunie preferencji Squalla. Poczuł wyrzuty sumienia, że naciągnął go na te występy. Ścisnął go za ramię pocieszającym gestem.
- No jasne, że wy - Selphie promieniała radością. - Każdy przyjdzie was zobaczyć. Jesteście największymi gwiazdami w Ogrodzie.
- Świetnie - powiedział ponuro brunet, czując się tak daleki od tego określenia, jak to tylko możliwe. Nigdy by się na to wszystko nie zgodził, gdyby nie Seifer. Zrobił to tylko dla niego. Przestał słuchać dalszego paplania Selphie i wyłączył się, pogrążając się w myślach.
- A co robicie po Festiwalu, ludziska? - zaciekawił się Irvine. - Wyjeżdżacie gdzieś na urlop?
- Ja jadę do Dollet na mistrzostwa w jedzeniu hotdogów! - pochwalił się dumny Zell. Spojrzał spod oka na Seifera, ale ten uśmiechnął się tylko ironicznie. - Zakwalifikowałem się do finałów!
- Brawo, Zell - pogratulowała mu Selphie. - A ja wybieram się do Trabii z Irvy'm.
- Ty też gdzieś jedziesz, Quisty? - zapytał snajper.
- Jeszcze nie wiem... może do Deling - odpowiedziała niezdecydowanym tonem blondynka. - Od jakiegoś czasu ciekawią mnie tamtejsze zabytki.
- Squall, a ty? Jedziesz dokądś? - zainteresowała się Selphie.
- Co? - wyrwany z zamyślenia chłopak nie wiedział, o co jest pytany.
- Wyjeżdżasz gdzieś na urlop?
- Nie, zostaję w Ogrodzie.
- Seifer, ty też nie masz żadnych planów? Oczywiście zostajesz ze Squallem...? - bardziej stwierdziła, niż zapytała Quistis, uśmiechając się lekko.
- No pewnie, że zostaję - potwierdził blondyn. - Ale kto powiedział, że nie mam planów? Przez ten czas ani na chwilę nie wypuszczę Squally'ego z łóżka - poinformował z satysfakcją.
- Seifer, zamknij się - zaczerwienił się brunet, rewidując swoje wnioski sprzed kilkunastu minut. Filtry byłyby jednak mile widziane. - Twoje głupie plany nikogo nie interesują.
- Możecie w przerwie iść na ryby - przybył mu z odsieczą Raijin. - Pochwal się, Seif, jak ostatnio świetnie ci szło w Horyzoncie.
- Bo uczyłem tego żółtodzioba i nie miałem czasu na swoje... - resztę zdania spacyfikowany blondyn wymruczał pod nosem i zamilkł, nadąsany.
Seifer obserwował partnera, siedzącego przy fortepianie. Obok niego przycupnął nieśmiało jeden z kadetów, wyznaczonych przez Selphie do pomocy. Squall był pochłonięty jego wyjaśnieniami i miał skupiony wyraz twarzy, który Seifer tak dobrze znał. Tak samo Squally wyglądał podczas zajęć, gdy obaj byli jeszcze studentami. Uśmiechnął się do tych wspomnień, nie tak znowu dawnych, a jednak należących do zupełnie innej epoki. Spojrzał na dłonie bruneta. Szczupłe, zręczne palce Leonharta zdawały się jakby stworzone do grania. Zresztą nie tylko do grania, pomyślał Seifer z lubieżnym uśmieszkiem.
- Sir, może spróbuje pan jeszcze raz? - niepewny głos jego własnego 'instruktora' przerwał mu te przyjemne myśli.
- A co, niedobrze było?! - zdenerwował się. - Zrobiłem tak, jak mówiłeś, gówniarzu.
- T-tak, ale w połowie się pan pomylił, sir - ośmielił się zauważyć chłopak.
Dał się jak ostatni naiwniak namówić Selphie Tilmitt na pomoc przy Festiwalu. Pomyślał "co mi szkodzi, nie mam wiele do roboty" i pozwolił się podejść zwodniczo uroczej dziewczynie, która okazała się twarda jak hartowana stal. Na dodatek dopiero, gdy się zgodził, dowiedział się, w co naprawdę wdepnął. "Wiesz, Greg, pokażesz Seiferowi, jak zagrać jeden taki kawałek", oznajmiła mu słodko Selphie. "Seiferowi? - zapytał, truchlejąc. - TEMU Seiferowi? Życzysz mi śmierci, Tilmitt?" "Oj, nie pękaj. Seifer jest bardzo sympatyczny i nic ci nie zrobi", zbagatelizowała brunetka. "Taa... Już Malboro są bardziej sympatyczne", pomyślał ze straceńczym humorem Greg. Zadania współczuła mu cała grupa kolegów, ciesząc się jednocześnie, że to nie im przypadło ono w udziale. Kadet spojrzał z zazdrością na współtowarzysza niedoli, który miał do czynienia ze Squallem Leonhartem, a to, choć onieśmielające, nie groziło przynajmniej urazami fizycznymi i psychicznymi, bo komendant był normalnym człowiekiem. W przeciwieństwie do jego adiutanta, który zapowiedział: "Jak mnie źle nauczysz, to nogi z dupy ci powyrywam". Z taką motywacją trzynastoletni Greg czuł się zdecydowanie nienajlepiej.
- Ja się NIGDY nie mylę, smarkaczu! - rozwścieczył się blondyn. - Pokaż mi to jeszcze raz, tylko tym razem dobrze!
- T-tak jest, sir - wyjąkał blady jak ściana Greg, drżącymi rękami biorąc od niego z powrotem gitarę. - Musi pan inaczej ułożyć palce, i trzymać w taki sposób, bo-
- Tak trzymałem przecież! - Seifer stracił cierpliwość. To całe granie wcale nie było zabawne.
Squall usłyszał podniesiony głos partnera, uniósł więc głowę znad klawiatury, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kadet, mający uczyć Seifera był totalnie przerażony i zastraszony. Squall pokręcił głową z dezaprobatą.
- Poczekaj chwilę, zaraz wracam - poinformował swojego instruktora i podszedł do straszliwego gitarzysty.
- Co ty wyprawiasz, Seifer? Miałeś się uczyć, a nie wyżywać na Torresie.
- Przecież nic mu nie zrobiłem! - pretensja w głosie blondyna była niemal zabawna. - Jest cały!
Komendant zerknął na Torresa pytająco. Kadet spojrzał na niego żałośnie, ale nie śmiał się poskarżyć. Wolał nie narażać się swojemu uczniowi.
- Słyszałem, jak się na niego wydzierałeś - przypomniał Squall.
- Bo on mnie źle uczy - pożalił się blondyn, obrażonym gestem krzyżując ramiona.
- Sir, to nieprawda, sir! - wymknęło się urażonemu Gregowi. - Mówiłem, że źle pan trzymał-
- Nie trzymałem źle, idioto! - rozzłościł się ponownie Seifer, robiąc krok w jego kierunku. Student cofnął się odruchowo.
- Seifer! Uspokój się natychmiast - skarcił go surowo brunet, zastępując mu drogę. - Skup się na nauce i przestań napadać na Torresa. Nie chcę słyszeć więcej żadnych krzyków. Zrozumiano?
- Ale... - próbował powiedzieć coś na swoją obronę Seifer.
- ZROZUMIANO?!
- Tak - blondyn wolał nie zadzierać ze swoim chłopakiem. Widział po nim, że jest na krawędzi wybuchu i nie chciał przeciągać struny. Już i tak mu się naraził całym incydentem z Festiwalem. - Tak, panie komendancie - dodał ze skwaszoną miną.
Squall nie zawracał sobie głowy dalszą gadaniną i wrócił do własnego instruktora, który przyglądał się z ciekawością całemu zajściu. Nadąsany Seifer odwrócił się do Torresa i zdążył jeszcze zobaczyć jego ironiczny uśmieszek, zanim kadet błyskawicznie przybrał neutralny wyraz twarzy.
- Bawi cię to, Torres? - syknął zły szermierz, nie mając już jednak odwagi podnieść głosu.
- Nie, sir. Skądże - odparł szybko Greg, w duchu śmiejąc się jednak z przerażającego adiutanta, który przed chwilą stracił całą swoją demoniczną aurę. "Kurde, czyli jednak kumple z piątego roku mówili prawdę. A nie chciałem im wierzyć". Spojrzał z podziwem na Komendanta Leonharta, który jako jedyny potrafił sprawić, by Postrach Ogrodu położył po sobie uszy i spotulniał. Dalsza nauka poszła już gładko, gdyż Seifer raczył wreszcie łaskawie wysłuchać wskazówek swojego nauczyciela.
- No co, Squally? Denerwujesz się? - zapytał Seifer. On i Squall oraz reszta "grajków", jak określił ich gunblader, mieli zaraz wyjść na scenę.
Brunet popatrzył nieśmiało na publiczność, jak na jego gust, nazbyt liczną. Skąd wzięło się tu tylu ludzi?
- Trochę - przyznał szczerze, spoglądając na Seifera, który zdawał się niczym nie przejmować.
- Myślisz, że dasz ciała? - pewny siebie blondyn postanowił odstresować partnera na swój unikatowy sposób. - Zobaczysz, że będę lepszy.
- Tak ci się tylko wydaje - obruszył się brunet, natychmiast podejmując wyzwanie. - A kto się mylił za każdym razem w połowie?
- A kto się szybciej nauczył całego kawałka? - rzucił zaczepnie Seifer.
- Co z tego, że szybciej, skoro niepoprawnie - zadrwił Squall, kończąc tę licytację.
- Założymy się? Kto lepiej zagra? - Seifer uniósł brew z rozbawieniem. Jego chytry plan wyluzowania Squalla i sprawienia, by zapomniał o tych wszystkich widzach i skoncentrował się wyłącznie na rywalizacji, szedł perfekcyjnie.
- Dobra - skinął głową brunet. Po jego zdenerwowaniu nie pozostało nawet śladu. Myślał teraz tylko o tym, żeby nie dać się pokonać Seiferowi, obojętne na jakim polu. Starszy szermierz stłumił śmiech. Squally wyglądał zabawnie, z zaciętą miną, jak przed sparingiem. Objął bruneta ramieniem i szepnął:
- Chodź, idziemy. Chyba już pora na nas.
Kiedy obaj skończyli grać, Seifer podszedł do krawędzi sceny i oświadczył wyzywająco: "Jeśli komuś się nie podobało, niech tu przyjdzie, to sobie podyskutujemy." Po tej zapowiedzi roztrzaskał trzymaną gitarę w drobny mak. Tym wyczynem wzbudził szalony entuzjazm i okrzyki radości wśród publiczności. Po zejściu ze sceny od razu otoczyła go grupka odważniejszych osób. Pokaz rozkładania gitary na części pierwsze przysporzył mu sporo wielbicieli. Squall zmył się zaraz po zakończeniu występu, wykorzystując fakt, że największe zainteresowanie skupiło się na niszczycielskim gitarzyście. Stanął na jednym z podwyższeń, skąd było widać cały dziedziniec i spojrzał na niezwykle zadowolonego z siebie Seifera. Przez jakiś czas obserwował go z rozbawieniem, ale stopniowo zaczął opuszczać go dobry humor. Kilka dziewczyn postawiło sobie za punkt honoru "nawrócić" przystojnego gunbladera, a poza tym kręciło się tam paru facetów, którzy prawdopodobnie mieli odwrotny cel. Uśmieszek na ustach komendanta zbladł i Squall poczuł niepokój. Wreszcie nie wytrzymał i ruszył nerwowo w kierunku wesołego zgromadzenia.
- Ooo, panie komendancie! - rozległy się ucieszone głosy. - Ale super fajnie pan grał, sir!
- Co jest, Squally? Uciekłeś mi gdzieś i-
- Idziemy stąd, Seifer! - syknął zły brunet, nie słuchając 'fanów'. Chwycił partnera za klapy płaszcza i wyrwał go z samego środka tłumu, ciągnąc za sobą bez litości. - Dość tego!
- Następnym razem! - uśmiechnięty gunblader zdążył jeszcze odkrzyknąć do dziewczyn, salutując im żartobliwie.
- Nie będzie żadnego następnego razu, Almasy! - oburzył się Squall, wymierzając mu celnego szturchańca.
- Squally, a to za co? - sponiewierany szermierz spojrzał na niego z wyrzutem.
- Co to miało być? - zdenerwowany brunet zatrzymał się, wskazując na pozostawionych przy scenie entuzjastów Seiferowego grania.
- No co? - udał niewinność blondyn. - To moi nowi fani.
- Fani? - rozgniewał się Squall. - Nie jestem taki naiwny, jak ci się wydaje.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - drażnił się z nim Seifer.
- Podrywali cię - oświadczył brunet, tracąc jednak nagle cały gniew i smutniejąc. - A ty im na to pozwalałeś.
- Ależ to nie było na serio, lewku - zreflektował się blondyn. Podszedł do przygnębionego chłopaka i przytulił go mimo jego oporu.
- Zostaw mnie. Myślisz, że się tym wykręcisz? - próbował się oswobodzić Squall.
- Mam taką nadzieję - przyznał Seifer, całując go przepraszająco w policzek. - Słuchaj... wiem, że nie lubisz, jak wszyscy się na ciebie gapią... nie chciałem, żebyś się denerwował i dlatego robiłem z siebie takiego idiotę. To całe wydurnianie się na scenie - poinformował go z westchnieniem - było specjalnie po to, żeby odciągnąć od ciebie uwagę.
- Naprawdę? - wymamrotał brunet. Nie powinien wierzyć we wszystko, co plecie jego nieznośny partner. Wbrew temu poczuł, że robi mu się ciepło na sercu na myśl, że Seifer był gotów podeptać dla niego swój drogocenny wizerunek.
- Pewnie, lewku. A to - machnął lekceważąco ręką w kierunku "fanów" - nie były żadne podrywy. Cała ta banda w ogóle mnie nie interesuje. Napalili się na mnie, ale w końcu to nie ich wina. Trudno się oprzeć komuś tak wspaniałemu jak ja.
Seifer był niemożliwy.
- Czy mógłbyś przestać mnie tak nazywać? - zapytał więc tylko zmęczonym głosem Squall.
- Nie, nie mógłbym, lewku. Za bardzo mi się to podoba - roześmiał się zuchwale Seifer. - Wyjdźmy stąd - zaproponował, wskazując pobliskie drzwi, prowadzące na taras.
- Wygrałem - przypomniał z ożywieniem Squall, gdy wyszli na zewnątrz.
- Wcale nie! Byłem lepszy - sprzeciwił się odruchowo Seifer.
- Jak zwykle pomyliłeś się w połowie - wytknął bezlitośnie brunet.
- To nie była pomyłka, tylko moja interpretacja - wygłosił z godnością niepokorny gunblader, nie zamierzając przyznawać się do porażki za nic w świecie. - Nie grałem pod linijkę tak jak ty, więc mi zazdrościsz.
- Aleś sobie teorię dorobił - skomentował Squall, nie wdając się jednak w dalszą wymianę argumentów. Zupełnie jakby gadał z dużym dzieciakiem. Niech Seifer sobie myśli, co chce.
Znajdowali się na najbardziej wysuniętym pomoście Ogrodu, otoczonym metalowymi barierkami. Ogromna budowla przemieszczała się majestatycznie nad rozległymi równinami. Seifer dobrnął do końca kładki i spojrzał w dal. Poczuł się absolutnie, bezgranicznie szczęśliwy. Był wolny, zarówno od wpływu Ultimecji, jak i całkiem prozaicznie - od ciążących na nim zarzutów i więzienia. Miał przed sobą przyszłość. A co najważniejsze, miał Squalla.
Rozłożył szeroko ramiona i wykrzyczał ekstatycznie, ile sił w płucach:
- Jestem królem świata!
Squall przewrócił oczami, trochę z politowaniem, trochę z rozbawieniem. "Cały Seifer", pomyślał, podchodząc do niego.
- Złaź stamtąd, bo spadniesz i się zabijesz - ostrzegł, łapiąc ryzykanta za rękaw z zamiarem ściągnięcia w bezpieczniejsze miejsce.
Zamiast tego to Seifer przyciągnął ostrożnego bruneta bliżej, obejmując go opiekuńczo ramieniem.
- Seifer, bo obaj zlecimy - zaprotestował ciemnowłosy chłopak.
- Spokojnie. Nigdzie nie spadniesz, trzymam cię - zapewnił. - Ufasz mi?
- Tak - odparł po prostu Squall.
Blondyn uśmiechnął się i wskazał mu szerokim gestem horyzont.
- Spójrz, Squally.
Pęd przesuwającego się nad ziemią Ogrodu podrywał w powietrze miliony płatków kwiatów. Całe połacie kwitnących łąk ciągnęły się aż po widnokrąg. Falujące łany sprawiały wrażenie, jakby płynęli po morzu. "Sentymentalny idiota", pomyślał pobłażliwie brunet, obejmując 'idiotę' w pasie i przytulając się do niego.
Seifer zerknął na swojego chłopaka. Squall się uśmiechał.
"Naprawdę jestem królem", pomyślał zadowolony blondyn, wiedząc, że poza nim nikt nie potrafi wywołać uśmiechu na twarzy Leonharta. A na pewno nie takiego uśmiechu.
THE END
Do paru scen i dialogów inspiracji (lub zapożyczeń) dostarczyło mi kilka filmów: Matrix, Cztery wesela i pogrzeb, Taxi, Titanic, Iron Man, Tajemnica Brokeback Mountain.
