Rozdział 3

Nieistotna informacja

Pippi Stewart klepnął Hamisha po plecach.

- Hej, Ham! A gdzie twoje hamulce? – i roześmiał się. Strasznie głupi dowcip, ale chyba nigdy się nikomu nie znudzi. Hamish miał swoją teorię na ten temat: im głupszy żart, tym większy sukces odnosi u publiczności. Na razie jego teorię potwierdzały szkolne obserwacje i program „Comic Show", który nie wiadomo czemu rozśmieszał tatę.

- Ale numer! – Pippi wciąż jeszcze stał przy jego stole. – Podejrzewałem, że żywisz się jakąś chojnią w rodzaju łbów od śledzi, czy co tam żrą kosmici... Ale takiego świństwa nawet chrzaniony przybysz nie będzie jeść! – Jeszcze przez kilka minut natrząsał się z lunchu Hamisha, nim odszedł do swoich kolegów. Chłopak był bardzo głupim i bardzo agresywnym szkolnym typem, i zawsze jadł lunch przy stole pod oknem. Miejsca przy oknie były lepsze, bo można jeść i patrzeć na podwórko zamiast gapić się na swoje kanapki albo przyciągać spojrzenia ludzi z otoczenia. Ale czy Pippi był wdzięczny losowi (pozycji społecznej) za swoje miejsce? Akurat! W czasie posiłku wcale nie patrzył w okno, tylko na swoich przyjaciół, siedzących razem z nim.

Miał wielu przyjaciół, co wydawało się dziwne. W tym sensie, że gość przecież nazywał się Pippi! Bez żartów, tak było napisane nawet w szkolnym dossier. Hamish włamał się do gabinetu dyrektora, żeby to sprawdzić. Jak człowiek z takim imieniem mógł się wyśmiewać z imion innych? I dlaczego nikt się nie śmiał z niego? Dlaczego miał tylu przyjaciół, chociaż nie mógł się pochwalić ani intelektem, ani urodą, ani wysokimi dochodami swojej rodziny (trzy podstawowe przyczyny wysokiej pozycji w społeczeństwie)? Hamish miał na to teorię. Po prostu Pippi używał wielu słówek w rodzaju „kutas" albo „cipa". Hamish nie zawsze wiedział co oznaczają takie słowa, ale zawsze je starannie spisywał. Teraz też otworzył swój zeszyt obserwacji – zeszyt spuchł i niektóre stronice wyłaziły spomiędzy okładki, jak poły koszuli spod niewygodnego szkolnego blezera. Zeszyt miał już prawie rok – tyle czasu Hamish chodził do tej szkoły. „Dziennik obserwacji" głosił napis na ciemnoniebieskiej okładce, nieco niżej wypisano nazwę szkoły.

Hamish przekartkował go do odpowiedniej strony. „Wokabularz Pippi Stewarta".

Chłopiec wyjął długopis z poniewierającego się na podłodze plecaka i napisał:

„26. Chojnia. Pochodna od „choj" (synonim: chuj?)"

Niżej:

„27. Chrzaniony. Pochodne od: chrzanić (prawdopodobnie od: ochrzanić kogoś, czyli chrzaniony – ktoś kto został ochrzaniony)".

Zamknął zeszyt. Spojrzał na Pippiego, który akurat coś opowiadał swoim koleżkom i wytykał go palcem. Kumple się śmiali.

„To była owocna rozmowa – zapewnił Hamish sam siebie. – Całe dwa nowe słowa w wokabularzu. A przecież czasem czepia się dłużej i przy tym nie mówi nic nowego".

John często powtarzał, że nawet w najgorszych okolicznościach można znaleźć dobre strony. Na przykład, w wojsku było mu ciężko: każdego dnia umierali ludzie i on też mógł umrzeć, nigdy się nie wysypiał i tracił pacjentów (Hamish wiedział, co to znaczy, lecz wolał sobie wyobrażać, że pacjenci zwyczajnie gubili się na pustyni) ale zarazem nauczył się wielu ważnych rzeczy, spotkał bardzo dobrych ludzi i zaczął cenić swoje życie.

Sherlock to usłyszał i parsknął: „A jakże! To wojna nauczyła cię cenić życie, pewnie!". Tata popatrzył na Sherlocka gniewnie i więcej nie wracali do tej rozmowy. Ale Hamish ją zapamiętał.

Ostatecznie jaka różnica, gdzie się prowadzi obserwacje? W więzieniu, w szkole czy na Biegunie Północnym? Zawsze się znajdzie pożyteczna informacja dla mózgu. Najważniejsze to ją szybko zapisać, zanim myśli przełączą się na coś innego.

Myśli Hamisha przełączyły się na lunch. Rano do szkoły wysyłał go Sherlock, więc w pudełku na lunch leżała samotna cebula, dość dziwnie wyglądająca grzanka i garść landrynek. Hamish mógłby kupić coś do jedzenia w bufecie (niebezpieczna opcja, ale kto nie ryzykuje ten nie je), tylko Sherlock zapomniał mu dać kieszonkowe. Tata też nie dawał codziennie, ale tata przynajmniej robił jadalne śniadania.

Hamish wsparł policzek na pięści i westchnął smętnie. Gdzie jest teraz John? A jeśli umarł? Należy rozpatrywać wszelkie warianty, nawet najgorsze. W oczach go zaszczypało i Hamish pospiesznie wgryzł się w cebulę, żeby mieć jakieś usprawiedliwienie na łzy.

- A dasz radę zjeść całą, na zakład? – Znów przypałętał się Harrison. Wiecznie kręcił się w pobliżu. On i jego paskudne klamry. Całe jedzenie Harrisona było płynne, żeby nie więzło w drutach. Przypominało posiłek kosmonauty. Tak naprawdę Hamish miał straszną ochotę spróbować czegoś z jego śniadaniowego pudełka, ale nigdy się do tego nie przyznał.

W każdym razie nie głośno.

- Nie tracę czasu na takie bzdury – powiedział Hamish, dysząc z nadzieją, że smród cebuli dosięgnął receptorów węchowych stalowozębnego Gryza (ogólnie przyjęte przezwisko tego indywiduum, pochodzące od imienia Chris).

- A na co tracisz czas? – Gryz nie chciał się odczepić.

W plecaku zapiszczała komórka i Hamish męczeńsko przymknął oczy.

- Proszę wybaczyć, muszę odpowiedzieć na telefon premiera. – Mycroft Holmes wyjaśnił mu kiedyś, że to jest „uniwersalne usprawiedliwienie dla tego, by zakończyć każdą nudną rozmowę". Póki Gryz mrugał ze zdumieniem, Hamish zabrał swój lunch i zeszyt, chwycił plecak z podłogi i wybiegł (to jest szybko wyszedł) ze stołówki. Dopiero na korytarzu wyjął telefon i spojrzał na ekran.

Ulga zalała go z głową, tak, że nie panował nad własnym głosem, który zabrzmiał po dziecięcemu cienko i radośnie.

- Tata! No gdzie ty byłeś? Dzwoniłem, dlaczego miałeś wyłączony telefon? Wiesz, jak strasznie się denerwowałem? Nie mogłem zasnąć!

John był żywy i na dodatek czuł się dostatecznie winny, żeby pozwolić Hamishowi odwiedzić Molly w kostnicy. Przez to, że się z tatą pokłócili, Hamish cały miesiąc cierpiał, marząc o obejrzeniu martwych. Pracował nad projektem „Zombi – zrób to sam". Dzień, który zaczynał się pod tytułem „gorzej być nie może" nagle przeskoczył na poziom „superowo świetnie".

Hamish odrzucił głowę i roześmiał się głośno, a dziewczynka, która właśnie wychodziła ze stołówki, mruknęła pod nosem: „Świr!".

xxx

Pijaństwo u Molly stawało się chyba smętną tradycją. John otworzył oczy, gdyż właśnie świat walił się w posadach – w każdym razie tak sugerowały odgłosy. Z heroicznym wysiłkiem przyjął pozycję siedzącą. Molly wybiegła z kuchni w piżamie, rozczochrana i z wyrazem przerażenia na twarzy.

- Zaspałam!

Zaspali obydwoje. Miotali się po mieszkaniu, zderzając się ze sobą i mamrocząc przekleństwa. John próbował doprowadzić do porządku swoje wymięte ubranie. Molly przed lustrem w przedpokoju zajadle szarpała włosy grzebieniem. Potem wynikła mała bitwa o łazienkę, ale John w porę przypomniał sobie, że jest dżentelmenem. Kiedy Molly szumiała wodą za drzwiami, John z rezygnacją machnął ręką i przygotował dwie kawy. Mocny gorzki napój przywrócił mu przytomność i kiedy Molly wyskoczyła z łazienki z okrzykiem: „Szybciej, szybciej, John!" przemknął obok niej jak pocisk. Prysznic trwał mniej niż pięć minut – przydały się wojskowe nawyki. Użył szamponu z różowej butelki i skrzywił się: zapach tak słodki jakby oblał się płynną gumą do żucia. Uśmiechnął się do kolorowych ręczników i żółtej kaczuszki usadowionej na koszu z praniem. Wytarł się szybko, godząc z tym, że będzie dzisiejszego dnia nieco zarośnięty i woniejący. Kiedy wyszedł z łazienki, prawie zderzył się z Molly, która już ubrana i z torbą na ramieniu, dopijała kawę, podrygując niecierpliwie.

Wyszli razem, dobrnęli do metra. John uśmiechał się, nie bacząc na ściskający skronie ból. Tak łatwo było sobie wyobrazić, że oboje są zwykłą parą, rodziną. Z boku tak pewnie wyglądało. Molly cmoknęła go w policzek, nim zanurkowała do wagonu, a John wsiadł do drugiego pociągu.

Tak. Tak byłoby znacznie, znacznie łatwiej.

W wagonie próbował zadzwonić do swoich chłopaków i odkrył, że zapomniał komórki – co za gapa! A kiedy przyjechał na miejsce, okazało się, że pani Krachovsky, osiemdziesięcioletnia staruszka, skłonna do ataków paniki, wystraszyła się pielęgniarki i zabarykadowała w łazience. Personel próbował się do niej dostać całe rano, lecz starsza pani sprytnie broniła się laską i wykrzykiwała wulgaryzmy.

„To będzie ciężki dzień" – pomyślał John i miał rację.

Kac, o którym nie miał czasu myśleć, przeszedł koło południa. Kiedy tylko nastała chwilka oddechu, John użył stacjonarnego telefonu w gabinecie, by zadzwonić do syna. Hamish ucieszył się w pierwszej chwili, a potem zaczął srogo upominać ojca, jakby to on był głową rodziny. John pospiesznie zmienił temat, nim chłopiec za bardzo się nie nakręcił.

- Przepraszam, przykro mi, że musiałeś się martwić. Obiecuję, że to się nie powtórzy. A teraz ustalmy: pojedziesz do domu do Sherlocka czy zajrzysz do Molly? Czeka dziś na ciebie.

Hamish nie zastanawiał się ani sekundy.

- Do Molly!

To było dziwne. Hamish wszędzie chodził za Sherlockiem jak przyklejony, kopiując jego gesty, ton i słownictwo. Jeśli dobrowolnie zgodził się rozstać ze swoim idolem choćby na kilka godzin, musiała być po temu ważka przyczyna! Jednak John nie miał kiedy się nad tym zastanawiać. Pospiesznie życzył Hamishowi udanego dnia i znów ruszył do boju: leczyć, badać, wysłuchiwać skarg i komplementów. „Doktorze, do twarzy panu z tą odrobiną brutalności" – figlarnie zauważyła jedna z babć, gładząc szczeciniasty policzek Johna.

John wrócił do domu, spodziewając się zastać pustki i ruiny. No, ruina nigdzie nie zniknęła, ale za to w fotelu objawił się Sherlock. Coś mówiło Johnowi, że w tym fotelu Sherlock siedział bez ruchu od samego rama, a może i dłużej.

- Gdzie byłeś? – zapytał detektyw, kiedy tylko John przekroczył próg salonu.

- Ciebie też miło widzieć. – John wszedł do kuchni i położył na stole zakupy, zrzucając przy okazji jakąś menzurkę. – Co tam, żadnych spraw dzisiaj?

- Gdzie byłeś?! – krzyknął Sherlock z salonu. Jak widać, zamierzał powtarzać to pytanie, póki John nie odpowie. Zabawne. Sherlock przypominał zazdrosną żoneczkę – ten jego ton i natarczywość. Nawiasem, Sherlock należał do tych osób, które prędzej włożą ci do łóżka odrąbany koński łeb, niż zaczną tłuc po głowie patelnią i oskarżać o zdradę.

- Gdzie byłeś? – powtórzył, kiedy John wrócił do salonu.

- A sam nie możesz się domyślić? – John rozpostarł ramiona i obrócił się dokoła własnej osi, pozwalając Sherlockowi zobaczyć drobne szczegóły, niedostrzegalne dla większości ludzi. Miał nadzieję, że Sherlock zaraz błyśnie intelektem, on sam powie „fenomenalnie" i wszystko wróci do normy. Jednak nim to nastąpiło, rozległ się tupot na schodach i do salonu wpadł Hamish.

- Cześć, tato, cześć... – ton chłopca stał się nieco chłodniejszy - ...Sherlock. Nie mam czasu, ważny eksperyment. Zawołajcie mnie na obiad. – Już kierował się do swojego pokoju, kiedy sobie coś przypomniał, zawrócił i podał Johnowi komórkę.

- Molly prosiła, żeby ci oddać. Zapomniałeś go pod poduszką, a ona zapomniała ci go rano oddać.

Hamish oddalił się do swego pokoju, skąd niemal od razu zaczęły dobiegać jakieś podejrzane dźwięki, jednak John postanowił nie wnikać, jakie dokładnie stworzenie jego syn przytaszczył do domu w szkolnym plecaku. Zamiast tego odwrócił się do Sherlocka i napotkał jego przenikliwe, wściekłe spojrzenie.

- Sądząc po twojej koszuli, workach pod oczami i nieogolonej szczęce, zaspałeś. A jeśli wziąć pod uwagę pozę i nachylenie ramion, zaspałeś dlatego, że całą noc nie spałeś i przebywałeś w niewygodnej pozycji. I nawet bez podpowiedzi Hamisha wiedziałem, że spędziłeś noc u Molly Hooper: ten obrzydliwy cukierkowy zapach szamponu nie można pomylić z niczym innym.

- W takim razie nie musisz zadawać pytań, a ja mogę zająć się obiadem – odparł John z uśmiechem, chowając telefon do kieszeni.

W środku kipiał śmiechem, że Sherlock mógł choćby przez chwilę myśleć, że oni oboje z Molly... Bałwan! Ale z drugiej strony, czy sam John nie rozpatrywał takiego wariantu? Czy on sam dziś rano nie fantazjował o tym, jak łatwo i przyjemnie byłoby żyć z tą dziewczyną? Oczywiście nigdy to nie wyjdzie poza przelotne rozmyślania. Molly podniecała Johna nie bardziej niż pluszowa zabawka. Ale zmuszenie Sherlocka do męczących domysłów było fajne.

John nawet nie przypuszczał, na ile dalekie to było od prawdy.

xxx

Kiedy cez1 wybuchł, Sherlock zsypał odłamki do zlewu, wrzucił tamże gumowe rękawiczki i rozejrzał się. Która godzina? Jaki dziś dzień? I gdzie, na wszystkie świętości, jest John? Czemu go wiecznie nie ma, kiedy jest potrzebny? (Pytanie retoryczne, rzecz jasna.)

- John?! – zawołał na próbę. Nikogo. – Hamish? O, do diabła!

Natychmiast zwarzył mu się humor. Poszedł do salonu i runął na kanapę, boleśnie uderzając potylicą o czaszkę, która leżała na poduszce – widocznie pani Hudson ją przyniosła. Sherlock podniósł czerep na wyciągniętej ręce i popatrzył w puste oczodoły.

- Tylko ty i ja. Ty i ja.

Czaszka milczała i Sherlock uśmiechnął się z sympatią. Znaleźć sobie rozmówcę, który nieustannie milczy – no czyż to nie jest fart? Naturalnie pewne odpowiedzi były dopuszczalne i nawet przyjemne - na przykład, Sherlock nie miał nic przeciwko, jeśli John przerywał mu pełnym zachwytu: „Wstrząsające!" lub „Jak do tego doszedłeś?!". Z drugiej strony czaszka nigdy dobrowolnie nie opuściła Sherlocka, a John się włóczy nie wiadomo gdzie. Może jest z Molly? Nie. Oczywiście, że nie – Sherlock odbył z nią wyjaśniającą rozmowę. Bardzo się wystraszyła, że go uraziła. Uraziła. Hm! Głupie przypuszczenie, absolutnie błędne. Po prostu Molly była czynnikiem zakłócającym. Przez nią John nadużywał alkoholu, zapominał telefonu, spóźniał się do pracy... Dorobił się bólu karku, bo spał na kanapie. Tylko spał? A raczej: czy spał tam sam? Och, John... Molly nie sprzeciwiła się ani słowem. Zresztą Sherlock nie dał jej w ogóle dojść do słowa. Jedynie szeroko otwierała oczy, kiwała głową i ciągle poprawiała włosy: przyciąganie uwagi (nieuświadomione), demonstracja kobiecości, flirt. Aż nazbyt wyraźne. Zgodziła się (skinąwszy głową), że przez najbliższe kilka miesięcy nie powinna z Johnem się widywać/rozmawiać/korespondować za pomocą komórki czy internetu. Gdyby poprosił ją, żeby przyniosła mu serce Johna na półmisku, tak by zrobiła (kuszące, lecz niestety letalne). Biedny John.

A gdzie on teraz jest? W pracy? Może wysłać mu sms, który skłoni go do szybszego powrotu do domu? Coś intrygującego, w rodzaju: „Czy lubiłeś nasz telewizor?". Sherlock uśmiechnął się półgębkiem i zaraz spochmurniał. Telefon: gdzieś w domu. Sposób odnalezienia telefonu: poprosić Johna. John: nie wróci, nim nie dostanie alarmującej wiadomości, a do tego jest potrzebny telefon. Krąg się zamknął. Głupi krąg.

„Nie w pracy" – uświadomił sobie nagle Sherlock. Ta plama światła na suficie jasno udowadnia, że dziś sobota. John ma wolne. Hamish ma wolne. Są razem!

Sherlock zerwał się z kanapy i przeszedł po salonie. Dlaczego wyszli bez niego? I dokąd? Kolejna głupia strata czasu, mająca udowodnić Johnowi, że jest dobrym ojcem. Jakby ktoś w to wątpił! Kino? Kawiarnia? Wesołe miasteczko? Sherlocka przeszedł dreszcz. Wesołe miasteczka wywołują panikę. Ma się rozumieć, winny jest temu zawstydzający incydent z wczesnego dzieciństwa (skasowane).

Sherlock mógłby jeszcze trochę połamać sobie głowę, gdzie się podziali jego Watsonowie, ale nastrój mu się zepsuł tak, że już nawet nie miał ochoty na analizowanie. Nuda. Nuda. Nuda!

- Pani Hudson?! – zawołał, ale nie-gospodyni raczej go nie słyszała, a schodzić po schodach mu się nie chciało. Miał ochotę zrobić coś okropnego, na tyle okropnego, by John już nigdy nie mógł wyjść z domu z lekkim sercem. Sherlock przeglądał w myśli warianty, zadowolony z ich różnorodności i obfitości – od kompletnego zrujnowania mieszkania po ciężkie obrażenia cielesne.

W zamyśleniu podszedł do komody, kilka sekund stał przed nią, po czym zaparł się ramieniem i przesunął mebel. Przykucnął (kurz, moneta jednopensowa, guzik – od koszuli, białej w szare prążki, dawno wyrzuconej), zaczepił paznokciami o listwę. Kawałek ciemnego drewna łatwo się poddał, odsłaniając wybite w ścianie wgłębienie. Skrytkę. Sekret.

Strzykawka i ampułki były zawinięte w kawałek niebieskiego zamszu. Sherlock nacisnął tłoczek, wyciskając powietrze. Obejrzał się przez ramię w stronę regału z książkami (najczęstsze miejsce umieszczenia mikrokamer w przeszłości). Ciekawe, co tam teraz się dzieje u Mycrofta? Widzi? Sherlock wyobraził sobie długą szarą salę z tysiącem ekranów, w które gapi się tysiąc szarych ludzi. Ludzi Mycrofta. I nagle w owej sali odzywa się przenikliwe wycie syreny alarmowej, wszyscy ci ludzie zaczynają krzyczeć, łapać za telefony, biegać tu i tam, w powietrze wylatują papiery... Fantazja była głupia, ale przyjemna. Sherlock podrzucił na dłoni ampułkę. W dzieciństwie grali z Mycroftem w taką grę: kto pierwszy nie wytrzyma. Kto pierwszy stchórzy. Podda się. Cienki lód, płomień świecy, poręcz balkonu, palce zgniatane drzwiami, palące chili. Potem Mycroft wyrósł i uznał, że ta gra jest zbyt niebezpieczna.

Nuda.

Odłamał czubek ampułki, nabrał płynu do strzykawki, postukał w szkło paznokciem (jakby chciał przyciągnąć uwagę ryby w akwarium). Zakasał rękaw, odnalazł palcem żyłę, sprawdził tętno (w granicach normy). Przebił skórę igłą. (No? No dalej, Mycroft!) Przez długą chwilę wsłuchiwał się w ciszę (telefon nie dzwoni, nikt nie stuka do drzwi, okna nie rozlatują się od uderzeń butami grupy szybkiego reagowania). Możliwe, że Mycroft nie skłamał i kamer rzeczywiście nie ma. Albo jest mu po prostu wszystko jedno.

Nuda. Coraz nudniej z każdą minutą.

Sherlock wyciągnął igłę, zawinął starannie strzykawkę i schował z powrotem do skrytki.

Wyciągnął się na kanapie, złożywszy dłonie pod podbródkiem i zapatrzył w maleńkie czarne hieroglify.

„Kiedy pałacu przekraczasz progi, pamiętaj zawsze, by wytrzeć nogi".

Sprzątanie. Oto co ucieszy Johna. Zamiast go martwić albo straszyć, można przyciągnąć jego uwagę pożądanym zachowaniem w ogólnie przyjętych normach społecznych. Sprzątanie i może przygotowanie kolacji. No dobrze, nie wszystko na raz. Kolację można zachować na następny raz (nieprzyjemna świadomość, że John znów odejdzie, porzuciwszy go na pastwę nudy).

Sherlock potrafił być schludny, po prostu nie uważał za słuszne, by tracić na to czas. Ogólnie lubił porządek, choć w chaosie też był w stanie znaleźć system. Dokładnie tak, jak w swoim Pałacu Umysłu.

No dobrze. Czemu by nie zacząć od siebie samego, nim się zabierze za mieszkanie?

Na początek Sherlock postanowił wyrzucić śmieci. Otworzył „kosz" – porażające, ile miejsca w jego głowie zajmowała niepotrzebna informacja.

Historia o psie-zwierzołaku. Źródło: Hamish. Skasować.

Sen: koszmar z udziałem Moriarty'ego, taksówki i snajperów. Skasować.

Marudzenie o brudnych naczyniach. Źródło: John. Skasować.

Marudzenie o stanie dywanu. Źródło: John. Skasować.

Marudzenie o truciznach na stole kuchennym. Źródło: John. Skasować.

Złośliwe komentarze na temat jego szans u Johna. Źródło: Harriet Watson. Skasować.

Domysły o uczuciach Johna. Skasować.

(Mizerna) teoria na temat tego, czemu ludzie się uśmiechają. Źródło: Hamish. Skasować.

Informacja o szkolnym zebraniu. Źródło: John. Ska...

Sherlock zmarszczył brwi. (Przywrócić). Długa i szczegółowa przemowa Johna zawisła w powietrzu cienkimi lśniącymi literami; było w niej sporo luk, gdyż słuchał jednym uchem, zajęty obserwacją przechodnia za oknem. Boldem zaznaczone były kluczowe fragmenty (miejsce: szkoła podstawowa, czas: sobota, godz. 17:00, cel: rozmowa z nauczycielką Hamisha o jego sukcesach/problemach w szkole).

Słowa kluczowe skłoniły Sherlocka do uśmiechu. „Po co ja ci to w ogóle mówię? I tak nie słuchasz." Mylisz, się, John! Nawet twoje najbardziej bezużyteczne gadanie mogę powtórzyć prawie dosłownie, przy pomocy genialnego mózgu i fenomenalnej pamięci ma się rozumieć. Do tego w ogóle nie trzeba słuchać (albo sprawiać wrażenie, że się słucha).

Sherlock zerwał się na równe nogi. To jest to. Ruch gwarantujący wygraną: 1. sprawić Johnowi przyjemność 2. prędzej zobaczyć Johna 3. spędzić czas z Hamishem (ważne dla Johna, a dla Sherlocka interesujące) 4. zademonstrować socjalną i rodzinną świadomość/odpowiedzialność. Nieźle, całkiem nieźle, i nawet nie będzie trzeba sprzątać kuchni! Szkolne zebranie powinno już niebawem się zakończyć, idealny moment, by się pojawić, a nie znosić zbyt długo głupiej gadaniny. Dewiza Johna: najważniejszy nie jest prezent, a uwaga. Wniosek: starczy sam zamiar.

A potem można kupić troszeczkę reagentów – dla siebie i Hamisha.

Sherlock głośno zbiegł po schodach, obwiązując szyję szalikiem. Pani Hudson wyjrzała na korytarz. Detektyw złapał płaszcz z wieszaka, wepchnął jej czaszkę w objęcia, kiedy wpychał ręce w rękawy. Potem zabrał czerep i cmoknął starszą panią w policzek (na nic więcej nie było czasu)

- Idę! Niech się pani nie nudzi, pani Hudson!

Gdyż nuda to zaiste straszna rzecz.

1 Cez jest jednym z najbardziej reaktywnych pierwiastków, na powietrzu bardzo szybko pokrywa się ciemnym nalotem tlenku cezu, z wodą i kwasami reaguje wybuchowo.