Rozdział 5
Może być niebezpiecznie
Sherlock wrócił do domu po rozwiązaniu sprawy. Przestępca okazał się prawdziwym cymbałem (Błoto na ścianie, no doprawdy jak mogło mu przyjść do głowy ukrywać poszlaki w tak głupi sposób?), ale generalnie była to niezła rozgrzewka w niedzielny poranek. Później Sherlock odwiedził pewnego starego znajomego pod mostem, żeby odebrać nowy komplet wytrychów. Stare już dawno się zużyły i przestały nadawać do czegokolwiek. Przypomniał sobie, że nadal nie rozwiązał kwestii zmumifikowanej ręki – jeśli znów trafi mu się bezsenność/koszmary, to „czarodziejska ręka" będzie doskonałym zajęciem na noc.
Wchodząc po schodach, Sherlock nawet pogwizdywał „Cwał Walkirii". Nie mógł się doczekać, kiedy opowie o wszystkim Johnowi – nowa historia na jego blog... Źle: bloga już nie ma. To bolesny temat. John pochmurnieje, kiedy tylko o tym wspomnieć.
Zrobiło się tyle tych bolesnych tematów...
Czasami Sherlock popadał w rozpacz. Te lata, kiedy musiał się ukrywać... Powiedzmy, że było naprawdę źle. (W skali od zera do dziesięciu – na siedem i pół, przy czym dziewięć to klinika odwykowa). Teraz wszystko się ułożyło, ale Sherlockowi zaczęło się wydawać, że gdzieś popełnił błąd. Gdzie? Kiedy? Nie potrafił określić i to go doprowadzało do szaleństwa. John stał się obcy. John już nie należał do niego. Należał do Hamisha i trochę do siebie.
„Nie dzisiaj" – upomniał się Sherlock, skupiając się na dobrym nastroju. W ich życiu wszystko jest po staremu. Stopnie skrzypią, u pani Hudson głośno gra radio, a John jest gotów wysłuchać historii o Siwym Zabójcy i opatrzyć ją swoimi komentarzami (miejscami zadziwiająco trafnymi).
Sherlock wpadł do salonu. Pusto.
- John?
Nikogo. Można nie przeszukiwać sypialni – to oczywiste.
- Potrzebny mi mój bloger! – zawołał Sherlock, ale nikt go nie usłyszał, tylko w kuchni pani Hudson rozległ się jakiś hałas.
Detektyw runął na fotel. Do czego to doszło? Pusty dom. Już drugi raz. Dwa razy już go porzucono. Całkiem jakby na Baker Street mieszkał sam. Dawno temu, z początku mu się wydawało, że sobie Johna wymyślił, ale inni ludzie też go widzieli, więc Sherlock się uspokoił. A teraz John znikał, jak jakiś wymyślony przyjaciel. Czy przyjaciele znikają? Zbyt mało informacji. Kto ich tam wie, może i znikają.
Nieuchwytny John Watson. O ileż wygodniej, kiedy cały czas był pod ręką. Sherlock przywołał myślowy obraz: jego John, z dawnych czasów. W jasnym swetrze, z plamą kakao na rękawie. (Próbował ją wyczyścić ale mu się nie udało.) Spojrzenie: wyzywające i jednocześnie zaniepokojone. „Sherlock?"
– Co?
„Jadłeś coś dzisiaj? Cokolwiek?"
– Nie. Nie pamiętam. Odczep się.
„Świetnie! Odczepię się. Ale nie dziw się jeśli raptem padniesz zemdlony w samym środku pościgu".
- To się jeszcze ani razu nie zdarzyło.
„W lodówce jest placek z jagodami".
Wyobrażony John zapewne mówił prawdę. Sherlock nie pamiętał żadnego placka, ale jego mózg nie mógł się mylić. Tyle, że nie chciało mu się jeść i kazał widmowemu Johnowi zamilknąć. Posadził go na kanapie, położył mu na kolanach notebook. O, a teraz pisz.
Klikanie klawiatury. Sherlock zamknął oczy, pozwalając się oszukać: to klikanie klawiszy, a nie równomierne tykanie zegara. John wróci prędzej czy później, a Sherlock nie wstanie z tego fotela, póki John...
Póki John co? Co powinien zrobić? Jak wszystko naprawić? Sherlock nie wiedział. I nie miał nawet najmniejszego pojęcia od czego zacząć.
John wrócił o osiemnastej jedenaście i również pogwizdywał, kiedy wchodził po schodach („The Final Countdown"). Wyglądał na zadowolonego, póki nie trafił w zasięg mrocznego spojrzenia Sherlocka.
- Co? – uniósł podbródek. Poczuł się nieswojo (winny?). Sherlock nadal patrzył, złożywszy dłonie pod podbródkiem. – Co się dzieje? Czemu siedzisz w ciemności?
- Skrzypce.
John westchnął, ale odszukał skrzypce (pod gazetą na stole) i je przyniósł. Krzyknął z oburzeniem, kiedy Sherlock nagle złapał go za nadgarstek i przylgnął nosem do koszuli.
- Sherlock! Co ja mówiłem o obwąchiwaniu? Przestań to robić!
- Muszę używać węchu, żeby wszystko zrozumieć. – Sherlock puścił przegub Johna (masywny i ciepły). – Byłeś u niej. U małej panny Cykuty.
- Clover. Ma na imię Lisa.
- Lisa. Wspaniale. – Sherlock uśmiechnął się sztucznie. – Byłeś u niej w domu. Głaskałeś jej psa.
- I piłem z jej kubeczka, i siedziałem na jej krzesełku... – dodał John, uśmiechając się lekko. O, wesoło mu. Przynajmniej jednej osobie jest tu wesoło.
- To metafory, czy mówisz dosłownie? – upewnił się Sherlock.
- Co?
Sherlock odczekał, aż do Johna dojdzie podtekst (jego uszy poczerwieniały).
- Na miłość boską, Sherlock! Jest szósta wieczorem!
- Szósta szesnaście.
- Uważasz, że pieprzyliśmy się po obiedzie, wypiliśmy herbatę i sobie poszedłem?!
To słowo. Jak wulgarnie, John! Sherlock skrzywił się. Mama zawsze twierdziła, że dżentelmen nigdy nie powie „gówno". Nie wspominając o całej reszcie. Poza tym, John zdenerwował się z powodu czasu? Czyżby istniała jakaś określona pora dla stosunków koitalnych? (Informacja niekompletna: być może istnieje. Zbadać tę kwestię.)
- Przestań, Sherlock. Te twoje pytania – to już nie jest zabawne. Kiedy spotykałem się z Sarą, nie urządzałeś takich scen.
- Teraz też nie urządzam. My tylko rozmawiamy, John.
- Nie! Siedzisz i świdrujesz mnie tym swoim Spojrzeniem.
- Spojrzeniem?
- Swoim szczególnym Spojrzeniem. O, znowu! Po prostu skończ z tym.
- Nie mogę skończyć tego, czego nie zaczynałem.
- Po prostu nie zachowuj się jak zazdrosna żona.
- Niby skąd tu zazdrość?
John roześmiał się.
- Ty mi to powiedz. Nigdy jeszcze nie widziałem tak zazdrosnego człowieka.
- Ja zazdrosny? Co za brednie. To irracjonalne uczucie, bezsensowna strata czasu. Nawet nie znam tego uczucia.
- Czyżby? To dlaczego dostajesz kota, wystarczy tylko, że zafunduję sobie przyjaciółkę?
- A zafundowałeś?
- I czemu się tak przejmujesz tym, że Hamishowi się układa z Mycroftem?
- Co za bzdura!
- A Sally i Andersonowi zazdrościsz Grega! Widziałem, jak się krzywisz, kiedy on mówi: „moi chłopcy" albo „moja załoga". Chciałbyś być jego załogą, prawda?
- John twoje zdolności analityczne są dziś na poziomie nawet niższym niż zazwyczaj.
- A kiedy pani Hudson ukroi mi większy kawałek ciasta...
- Przestań.
- Ty nawet o przestępców jesteś zazdrosny! Pamiętasz jak jeden maniak ogłosił, że rzuca wyzwanie? Ale nie tobie! Chciał, żeby sprawę jego morderstw doskonałych prowadził ten francuski detektyw.
- Belgijski. Ja rozwiązałbym tę sprawę szybciej.
- Oczywiście, szybciej. – John powiedział to wyrozumiałym tonem, jakby pocieszał dziecko. Rozmowa wyraźnie zmierzała nie w tym kierunku, jaki przewidywał Sherlock.
- W każdym razie twoja teoria jest błędna i absurdalna. Jak zawsze w tych przypadkach, kiedy usiłujesz myśleć logicznie. Po prostu nędza. Zostaw myślenie zawodowcom. Oczywiście, że ja nie zazdroszczę. A już na pewno nie tobie. Czemu miałbym to robić?
- Też prawda, czemu? – powiedział John, wychodząc z salonu. Prędko wrócił. – Gdzie Hamish?
- Hamish?
- Tak. Hamish. Nasz syn. Taki wysoki, z kędziorkami.
- A, ten.
- Gdzie jest?
- Skąd mam wiedzieć? Bawi się gdzieś. Nie wszczepiłeś mu chipa, żeby go śledzić po okolicy?
- To nie jest śmieszne! Dzisiaj ty miałeś z nim spędzać czas! Mówił, że macie wspólną „sprawę"! Tak na to czekał!
Teraz Sherlock sobie przypomniał. Tak, rzeczywiście, coś planowali na niedzielę. Coś związanego z mistycznymi znaleziskami Hamisha.
- Byłem zajęty. Pojawiła się prawdziwa sprawa.
John pokiwał głową.
- Nie wątpię. Dokąd poszedł? Sam!
- Zdaje się, że zamierzałeś mniej się nad nim trząść? Wszystko z nim będzie w porządku. Na pewno bada jakąś studnię albo szuka duchów w opuszczonej fabryce. Albo rusałek w Tamizie.
- Czy ty siebie słyszysz? – John nie pozwolił mu odpowiedzieć. – O czym ja mówię? Przecież ty lwią część czasu słyszysz tylko siebie.
- John...
- Idę się przejść.
John wyszedł z pokoju, głośno zbiegł po schodach. Sherlock doskonale słyszał, jak na dole trzasnęły drzwi wejściowe. Nawet urojony John na kanapie patrzył karcąco, więc Sherlock kazał mu zniknąć.
I został całkiem sam.
xxx
Na szczęście tym razem komórka Hamisha była włączona i w odpowiedzi na sms najeżony pytajnikami, John otrzymał adres. Pojechał niezwłocznie do południowej części miasta, wydając majątek na taksówkę. Samochód zatrzymał się przed starym, dwupiętrowym domkiem. Wystarczyło, że John wysiadł, a już drzwi się otworzyły i wyszedł Hamish. Odprowadzała go starsza wiekiem para – oboje siwi i bardzo przyjaźni. Pomachali do Johna, a staruszka zapraszała Hamisha, żeby wpadał „na pogaduszki" kiedy tylko zechce.
W milczeniu poszli chodnikiem. John rzadko bywał w tej części Londynu: jego praca, dom, szkoła Hamisha i inne strategiczne miejsca znajdowały się w innych rejonach. Ostatni raz tu spacerował chyba jeszcze jako młody chłopak. Przypomniawszy sobie, że niedaleko jest skwer, John skręcił w tamtą stronę, a Hamish poszedł za nim. Pod pachą ściskał coś dużego, zawiniętego w szary papier pakowy.
- No i co tam masz? Na co powinienem się przygotować psychicznie?
Hamish uśmiechnął się zagadkowo – tym samym uśmiechem, do którego pasowałby podniesiony kołnierz płaszcza i ostre kości policzkowe.
- Głowa? Bomba? Łapacz snów?
- Tamburyn.
- Tamburyn. Cudownie.
- To prezent. Nie mogłem odmówić. Sam przecież mnie uczyłeś, że trzeba być uprzejmym. – Hamish uśmiechnął się perfidnie. – A poza tym już dawno chciałem opanować jakiś instrument.
- Opanować mu się zachciało – wyburczał John, przewidując bezsenne noce.
- A co to jest „łapacz snów"?
Zwykle John dwa razy pomyślał, zanim coś zaczynał Hamishowi objaśniać. To była doskonała ilustracja zwrotu „wszystko co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie". Kiedyś John na swoje nieszczęście opowiedział Hamishowi czym jest bonsai, myśląc, że to takie nieszkodliwe hobby i można spokojnie podzielić się informacją. A potem pani Hudson długo miała za złe, bo jej uwielbiane rośliny ktoś bezlitośnie obsmyczył. I gniewała się właśnie na Johna, co było kompletnie niesprawiedliwe!
Ale co strasznego można zrobić z łapaczem snów? Hamish słuchał i kiwał głową z mądrą miną, przyciskając do piersi tamburyn.
- Nieźle – wymamrotał pod nosem. – Może zadziałać – i Johna ogarnęło okropne przeczucie, że znów sam na siebie zastawił sidła.
„Nie będę o tym nawet myślał" – postanowił. Weszli w otwartą furtę do parku. Wyglądał na opuszczony. Korony drzew splatały się ze sobą, tworząc zielony korytarz. John przypomniał sobie, jak wędrował po nim z kolegami. Nocą, pod rozgwieżdżonym niebem huśtali się na skrzypiących huśtawkach. Przekazywali sobie butelkę i marzyli o wspaniałej przyszłości. Zdawało się, że od tamtej pory minęła cała wieczność i oto John wrócił tutaj.
Ze swoim najważniejszym przyjacielem.
- Jak ci minął dzień? Co porabiałeś? – zapytał Hamisha. Ten wzruszył ramionami.
- Nic szczególnego. A ty?
- Ja też nic szczególnego.
Hamish uśmiechnął się.
- Jak ty powiesz, to i ja powiem.
- Dobrze, ale ty pierwszy.
Hamish rozpromienił się. John świetnie wiedział, że syn nie może się doczekać, by opowiedzieć o swoich przygodach.
- Tamci ludzie to pan i pani Crocwood. Zamieściłem ogłoszenie w gazecie i zadzwonili. To działa! Moja spółka zrealizowała pierwsze zlecenie!
- Twoja spółka?
- No tak! „Logika kontra mistyka"! Duże ogłoszenie w Timesie, pożyczyłem pieniądze od ciebie z portfela, nie masz nic przeciwko? Zadzwonili, bo ich niepokoił poltergeist.
- Poltergeist...
- Nie musisz powtarzać wszystkiego za mną. Poltergeist, tak, zwykły poltergeist. Taki, co hałasuje i wydaje dziwne dźwięki, i jeszcze ten zapach... Taki jak z tego niebieskiego rondla, z trzecią fazą eksperymentu Sherlocka.
- Rozkładu?
- Tak, dokładnie. Ci państwo niedawno się wprowadzili, a tu takie rzeczy. Powiedziałem, że to załatwię.
- I załatwiłeś – uśmiechnął się John.
- Oczywiście – potwierdził Hamish dumnie, ale zaraz dodał zmartwiony: - Co prawda to nie był poltergeist. Tam jest nisza połączona z dachem. Poprzedni lokatorzy ją zasłonili cegłami, pewnie żeby nie wiało zimą. Dobrze, że pan Crocwood miał duży młotek. Tam było całe duże ptasie gniazdo. I kupa zdechłych myszy, ale nie pozwolili mi wziąć ani jednej. Za to pani Crocwood podarowała mi tamburyn i jeszcze nakarmiła słodyczami. Próbowałem powiedzieć, że nie jestem głodny, ale nic nie pomogło. Kobiety. – Hamish przewrócił oczami, a John ukrył uśmiech.
Doszli do huśtawek. Wysokie i pordzewiałe, wznosiły się ku niebu jak szkielety fantastycznych zwierząt. John usiadł na zimnym siedzisku, Hamish niepewnie przystanął obok.
- Dalej, nie bój się.
- Nie wyglądają zbyt pewnie.
- Nie bój się, nigdy nie wyglądały na pewne. – John odepchnął się nogami od ziemi. Głośne skrzypienie poderwało stado ptaków z gałęzi. – To fajne! – zawołał John, kiedy wiatr uderzył go w twarz. Hamish usadowił się na huśtawce z taką miną, jakby oczekiwał, że lada chwila nastąpi koniec świata. Kiedy lekko odepchnął się nogą, na jego chudej poważnej buzi zamarł wyraz nieufności. Jednak huśtawki się nie zawaliły i po chwili Hamish z Johnem szli w zawody, kto wyżej wzleci pod niebo.
Hamish znudził się pierwszy. Zatrzymał huśtawkę i przerzucił nogę przez siedzenie tak, by patrzeć na Johna. Musiał wytężyć głos, by przekrzyczeć skrzypienie łańcuchów.
- Twoja kolej. Dogadałeś się z panną Clover?
„Ten też" – westchnął John z rezygnacją.
- To dobra kobieta.
- Głaskałeś jej psa.
- Tak.
- Myślałem, że boisz się psów po tym wypadku z wilkołakiem.
- Co? Nie. Nie boję się. Kiedy mówiłem coś takiego?
Hamish uniósł brew.
- To był tylko mały spaniel. Nie sądzę żeby potrafił mi przegryźć gardło.
- No to w porządku.
- Tak, wszystko w porządku.
- Ożenisz się z panną Clover?
John mało nie spadł z huśtawki. Popatrzył na Hamisha w osłupieniu. Ten miał minę poważną i nieco zaintrygowaną.
- A ty byś tego chciał?
Hamish wykrzywił się.
- Myślę, że żadna kobieta by nie mogła mieszkać na Baker Street. Tam u nas jest trochę niebezpiecznie.
- No cóż... Hamish. – John pytająco spojrzał na chłopca, ale ten odwrócił wzrok. – Chciałbyś mieszkać gdzie indziej? W jakimś... normalnym miejscu? W domu takim jak ten państwa Crocwood?
- Z poltergeistem? – ożywił się Hamish.
- Nie. Bez poltergeista. Z mamą i tatą. Ze mną i z jakąś miłą panią w rodzaju panny Clover?
- A co z Sherlockiem?
John odwrócił się. No tak, co z Sherlockiem? W ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadzało się do tego pytania.
- Nie wiem – burknął, ponownie wprawiając w ruch skrzypiącą huśtawkę. – Sherlock może osiedlić się gdzieś za miastem, łapać przestępców i hodować pszczoły.
- Gniewasz się na niego.
- Nie, nie gniewam.
- Jasne, że się gniewasz. Prawie cały czas. Ty go nienawidzisz?
John pokręcił głową. Nie gniewał się. Był przerażony, kiedy musiał myśleć o Sherlocku, rozmawiać z Sherlockiem, przebywać obok Sherlocka. Od jakiegoś czasu to stało się problemem, to zrobiło się trudne. John starał się rzadziej bywać w domu. Nocami leżał na swoim rozkładanym fotelu w salonie, słuchał, jak piętro wyżej skrzypi podłoga w pokoju tego nocnego marka i oczekiwał, że Sherlock lada chwila do niego zejdzie. Ale ten nigdy nie schodził.
- Ożenisz się z panną Clover? – powtórzył Hamish z uporem. Mógł powtarzać jedno i to samo pytanie w nieskończoność, póki nie otrzyma odpowiedzi. Tym się różnił od Sherlocka, któremu nie starczało cierpliwości.
- Nie. Nie mogę tego zrobić.
Lisa była cudowną kobietą, pełną zrozumienia. Była pierwszą osobą, której John opowiedziała całą swoją historię od początku do końca. Nie osądzała go i nie śmiała się z niego, w jej oczach nie dostrzegł poniżającej litości, odwrotnie, coś jakby... zachwyt. To go zbijało z tropu. Johnem rzadko ktokolwiek się zachwycał. Lisa wydawała się również zainteresowana. Nim. Jego życiem. Jego rodziną. Mogłaby być dobrą matką dla Hamisha, dobrą żoną dla Johna. Jednak John nie mógłby być dla niej dobrym mężem.
- Dlaczego? – zapytał Hamish, jak gdyby usłyszał jego myśli. I John odpowiedział, wciąż jeszcze pogrążony w żalu nad sobą:
- Bo kocham kogoś innego.
Zreflektowawszy się, zeskoczył z huśtawki i machnął ręką na Hamisha.
- Chodźmy! Już się ściemnia, robi się chłodno. Zjemy kolację i obejrzymy Resident Evil, jaką chcesz część.
Hamish kiwnął głową i pospieszył za Johnem.
- A potem pogram ci na tamburynie – obiecał. Zabrzmiało to złowieszczo.
xxx
John powiedział, że więcej nie będzie odprowadzał Hamisha do szkoły, ani go odbierał. Hamish był już na to za duży. To miało swoje wady i zalety. Oczywistym plusem było to, że teraz Hamish miał możliwość zajrzenia w kilka miejsc po szkole, na przykład sprawdzić znikającą windę w domu 32-A, albo wziąć do analizy trochę kory z Szepczącego Drzewa.
A co z minusami? Teraz Hamish szedł do domu sam i od razu pierwszego dnia tej wolności przyczepiła się do niego grupka chłopaków ze szkoły. Paru z jego klasy, dwóch z równoległej i jeden rok starszy. Szli za nim, gadając i śmiejąc się, od czasu do czasu krzyczeli do niego różne świństwa. Słyszał, jak opowiadają temu starszemu „co to za typ". Teoria, zgodnie z którą Hamish był kosmitą, umieszczonym przez rząd w podstawówce w ramach eksperymentu, szybko się umocniła i stała fundamentalną. Nie była ani lepsza, ani gorsza od wielu innych pogłosek, które krążyły o nim w innych szkołach. Tak czy owak, nie było to dalekie od prawdy: Hamish był jednym wielkim eksperymentem i teoretycznie nie był nawet człowiekiem. Dlatego nie uważał za słuszne zaprzeczanie plotkom, a zresztą tym homo debilicus i tak nie ma po co objaśniać czegokolwiek.
Starszoklasista nie wierzył, że Hamish jest rzeczywiście kosmitą, za co chłopiec dodał mu w myśli parę punktów. Zwykle dla rozrywki wystawiał oceny intelektu nieznajomym ludziom – świecące cyfry nad ich głowami – i u niektórych musiał wstawiać minus.
- Słuchajcie, to się przecież da sprawdzić w dwie sekundy. Dziwne, że to do was jeszcze nie dotarło – usłyszał nagle Hamish. – Trzeba po prostu popatrzeć czy on ma pępek.
Hamish miał pępek. Był tak samo bezużyteczny jak fałszywa kieszeń na dżinsach. Całe ciało Hamisha było jednym wielkim oszustwem, ale mało to go obchodziło. Za to odgłos przyspieszonych kroków za plecami zaczął go niepokoić. Hamish też przyspieszył, a wtedy chłopcy pobiegli.
- Łap go! Willy, trzymaj go!
Hamish wiedział, że nie powinien uciekać. Idiota, dureń! Jedna z elementarnych reguł: nie uciekaj, jeśli nie chcesz, żeby biegli za tobą. Ale nogi jakby były obdarzone własną wolą, całkiem niezależne od głowy. „No kto tu dowodzi?!" – oburzył się Hamish, zerkając na swoje stopy. Serce też go zdradziło – waliło tak mocno, że można by pomyśleć, że Hamish się boi. „Co oni mi zrobią? No co takiego strasznego mogą mi zrobić? Przecież nie zabiją" – przemknęło mu przez głowę, kiedy skręcił w zaułek i wskoczył na pojemnik ze śmieciami, żeby przedostać się przez płot. Obszczekał go czyjś pies, ale na szczęście był dobrze przywiązany do poręczy ganku i Hamish pobiegł dalej. Prześladowcy nie pozostawali z tyłu. Krzyczeli w biegu, co było bardzo głupie – bezsensowne marnowanie oddechu. Choć może te wrzaski były bronią psychologiczną, kto wie? Hamish postanowił przemyśleć to w wolnej chwili. Wdepnął w kałużę, mokra nogawka oblepiła mu kostkę. Cos mocno uderzyło go w ramię i Hamish zobaczył jak po asfalcie turla się gruszka – czyjś niedojedzony lunch.
- Tylko nie w głowę! – krzyknął. – Ja jej używam!
Schylił się, kiedy koło niego przeleciał czyjś podręcznik i rozległ się czyjś oburzony wrzask:
- Zwariowałeś?! Bibliotekarka mnie zabije!
Jeden z prześladowców został z tyłu, podnosząc książkę z ziemi, ale pozostali już go doganiali. Rozpaczliwym sprintem Hamish przeciął parking, przebiegł koło dużego sklepu, do którego często chodzili z tatą. Na sekundę się zawahał: może spróbować się tam schować? Chłopaki nie odpuszczą, będą czatować przy drzwiach. Nigdy go nie zostawią w spokoju! I Hamish popędził dalej, chociaż czuł jak całe jego ciało staje się coraz cięższe i bardziej zmęczone. Dom jest już całkiem blisko. Tam jest bezpiecznie. Tylko tam.
Przebiegł przez jezdnię, omal nie wpadając pod furgonetkę. Roześmiał się triumfalnie: zwycięstwo! Super! Jednak w tej chwili zapaliło się zielone światło i auta stanęły, przepuszczając grupę chłopców.
Hamish pobiegł do domu, roztrącając przechodniów. Ktoś go złapał za rękaw, prawie zdzierając z niego kurtkę. Do diabła z kurtką, jednak drugi chłopiec wyrwał Hamishowi plecak, w którym, poza głupimi podręcznikami i zeszytami był jego Dziennik Obserwacji.
- Oddaj! – krzyknął Hamish. Ścisnęli go między sobą, powlekli za róg, w zaułek. Któryś z przechodniów obejrzał się za nimi ale nie zareagował. W zaułku powalili Hamisha na ziemię. Starszy chłopak usiadł na nim, dysząc.
- Nieźle się nabiegaliśmy, co? – odezwał się do Hamisha, a ten kiwnął krótko głową. Stracił wszelkie zainteresowanie sytuacją. Nie zamierzał walczyć. Jeśli chcą sprawdzić, czy ma pępek, niech sprawdzają, co go to obchodzi? Po prostu poleży sobie i poczeka, aż wszystko się skończy. Reszta chłopców obstąpiła Hamisha, rzucając plecaki na ziemię. Któryś usiadł obok, inny czubkiem buta dotknął ostrożnie jego głowy, jakby chciał się przekonać: żyje czy nie? Hamish zamknął oczy. Podczas spotkania z grizzly należy udawać martwego, a zwierze przejdzie obok. Zastanowił się, czy to znaczy, że intelekt grizzly jest niższy od intelektu homo debilicus? To się wydawało niewiarygodne.
Czuł jak przygniata go jeszcze dwóch chłopców. Ściągnęli z niego kurtkę i zaczęli rozpinać koszulę. Chociaż Hamish się nie opierał, uderzyli kilka razy jego głową o ziemię. Wszystko to było takie głośne, nudne i wstrętne...
- Hej! – wrzasnął nagle starszy chłopiec. – Zaraz dostaniesz... – zaciął się i umilkł, a było to nader interesujące milczenie. Pozostali umilkli także, gwar ucichł momentalnie, a potem Hamish poczuł jak jeden z chłopców wypuszcza jego włosy. Otworzył oczy, zaciekawiony, co to za magiczna siła mogła zadziałać na tych neandertalczyków. Miał nadzieję zobaczyć yeti albo nawet trolla, ale to było jeszcze lepsze: stał tam Sherlock, absolutnie niewzruszony w swoim rozchełstanym płaszczu, i trzymał harpun.
- Którego z was, młodzi dżentelmeni, przekłuć pierwszego? – zapytał uprzejmym tonem.
Kiedy idioci uciekli, Hamish podniósł się. Poprawił ubranie i pozbierał rozrzucone zeszyty z powrotem do plecaka. Sherlock obserwował go, oparty o ścianę. Był tak bardzo cool, jak to tylko możliwe. Hamish nagle poczuł chęć, żeby go objąć, ale tylko z rezerwą skinął głową na znak męskiej wdzięczności. Sherlockowi drgnął kącik ust. „Nie ma za co".
- Lepiej żeby tata nie wiedział.
- Nie powiemy Johnowi – powiedzieli jednocześnie i roześmiali się.
- Jak mnie znalazłeś? – zapytał Hamish. Miał teorię, zgodnie z którą ożywione trupy przyciągali ludzie z największymi mózgami, a także teorię o wzajemnym przyciąganiu ludzi z identycznym DNA.
- A tak spacerowałem niedaleko. – Sherlock niedbale machnął harpunem. Sądząc z tego, że pod płaszczem miał piżamę, spacer był spontaniczny.
Nie chciało im się wracać do domu, więc Sherlock zaproponował, że mogliby coś przekąsić. Machnął ręką i taksi natychmiast zatrzymało się przy krawężniku. Kiedy to tata łapał taksówkę, musiał wymachiwać rękami i prawie włazić na jezdnię. Hamisha bardzo śmieszyły te rytualne tańce.
Usadowili się na tylnym siedzeniu i zapatrzyli każdy w swoje okno.
- Ja wybiorę miejsce – oświadczył Hamish. Znał pewną kawiarnię, gdzie na pewno się ucieszą na widok Sherlocka.
- Baaaa! – wrzasnął Angelo, machnąwszy swymi wielkimi łapskami tak, że omal nie palnął w głowę jednego z klientów. Przytruchtał między stolikami i porwał Sherlocka w objęcia z takim zapałem, aż nogi detektywa na moment oderwały się od podłogi. Sherlock zachował zupełny spokój, mocno przyciskając do siebie harpun, ale na pewno czuł się okropnie niezręcznie.
- Bez niepotrzebnego hałasu, Angelo – zarządził Hamish. Znajdziesz na dobry stolik?
- Oczywiście! Proszę za mną. - Angelo zaprowadził ich do stolika pod oknem, skąd mieli piękny widok na przechodniów. Czasami Hamish tu siadywał, jedząc darmowe placuszki z darmowym kakao i zapisywał w zeszycie swoje liczne obserwacje.
Hamish zamówił kakao z mnóstwem pianek. Sherlock wziął dla siebie tylko kawę i teraz patrzył z dezaprobatą, jak Hamish je wyławia.
- A jednak John do reszty zepsuł ci gust.
- Gdybyś ty mi kształtował gust, jadłbym tylko cebulę.
Hamish nikomu nie pozwalał krytykować taty, nawet Sherlockowi.
- No tak, żadnego odprowadzania do szkoły więcej – zauważył Sherlock. Ludzie dziwnie zerkali na jego harpun i piżamę, ale on siedział spokojnie i pił kawę. – Pierwszy dzień dorosłego życia był niezbyt udany.
- Poradzę sobie z tym – odparł Hamish niedbale. Chciałby czuć choć połowę tej pewności siebie, jaka brzmiała w jego głosie.
- Za twoją samodzielność – zaproponował Sherlock i stuknęli się kubkami.
- Było coś ciekawego dzisiaj? – spytał Hamish, kiedy milczenie zaczęło się przeciągać.
- Kilka zabójstw. Ale sam wiesz, John zabronił mi o tym z tobą rozmawiać. A u ciebie?
- Tak, bzdura. Ben powiedział, że jego mama idzie dziś na randkę.
- Wspaniale. Nowość na pierwsze strony gazet. Nawiasem, o randkach...
Hamish uśmiechnął się. Wiedział, że rozmowa zboczy na ten tor. Sherlock wyglądał na śmiertelnie znudzonego i bez przerwy patrzył w okno, lecz słuchał uważnie.
- To był pomysł taty - to spotkanie. Powiedział, że bardzo chce.
- Co chce? - spytał Sherlock szybko.
- Nie wiem. Nie powiedział. Po prostu chce. A panna Clover powiedziała, że się zgadza na deser. I wtedy tata powiedział, że ona jest taka…
- Jaka?
- Nie wiem. Powiedział: „Pani jest taka...", a ona kazała nazywać ją Liza.
Rozbrzmiał dziwny dźwięk. To Sherlock zgrzytał zębami.
- I jeszcze powiedziała, że tata jej jest winien przeprosiny za grubiaństwo przyjaciela. - Hamish dociekliwie wbił wzrok w Sherlocka. Ten skrzyżował ręce na piersi.
- Świetnie! Teraz jeszcze jestem winny.
- To znaczy, że obraziłeś moją nauczycielkę!
- Tak, i zrobiłbym to ponownie – oznajmił Sherlock.
- Możesz się o to nie martwić.
- Nawet mi to do głowy nie przyszło.
- Tak czy owak, ona nie ma szans.
- To oczywiste.
- John kocha kogoś innego.
- To w pełni... Co?! – Sherlock już nie patrzył w okno. Nareszcie sobie przypomniał, że Hamish siedzi naprzeciwko. Uderzył dłońmi w stół, aż naczynia zabrzęczały, a niektórzy klienci zaczęli się na nich oglądać. Hamish miał wrażenie, że Sherlock zaraz chwyci harpun i wskoczy na stół jak ninja.
- Referuj! – rzucił Sherlock niecierpliwie. O, to była gwiezdna godzina! Sherlock słuchał tylko Hamisha. Patrzył tylko na niego i każde słowo padało jak kamień w głęboką wodę.
- Wczoraj rozmawialiśmy z tatą. I on zapytał, czy chciałbym, żebyśmy się wyprowadzili z Baker Street. Czy chcę mieć prawdziwą mamę. I powiedział, że kogoś kocha, dlatego nie może się ożenić z panną Clover.
Sherlock próbował złożyć dłonie w „namiocik" pod podbródkiem, ale chybił i trafił się palcami w nos. Już nie wydawał się cool. Wyglądał na zrozpaczonego i trochę szalonego. No dobrze, nawet bardzo szalonego. „Prawdziwy wariat w domu jest nawet fajniejszy od zombi! I mogę na nim robić eksperymenty" – pomyślał Hamish.
- Kogo. Kogo on kocha? – zapytał Sherlock osobliwym tonem. Hamish wolno podniósł kubek do ust i upił łyk kakao. Potem znacząco popatrzył na Sherlocka. Potężne czekoladowe wąsy dodawały Hamishowi powagi.
- Tego nie powiedział. Ale kiedy zapytałem o ciebie... – Hamish zrobił pauzę, ale Sherlock ani drgnął i nie rzekł ani słówka, tylko patrzył szeroko otwartymi oczami. – Powiedział, że możesz wyjechać za miasto i hodować pszczoły.
- Kiedy ja nie chcę hodować pszczół! – krzyknął Sherlock z pasją, aż jakiś chłopak trzy stoliki dalej zawołał: „To nie hoduj!".
- I to wszystko, co powiedział. – Hamish wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem. Nic nie rozumiem. Co za bajzel panuje w tym jego małym żałosnym mózgu? Z jakiej racji miałbym hodować pszczoły? Czemu miałbym wyjeżdżać z Baker Street? I po co ci prawdziwa mama?!
- No, mogłaby się przydać.
- Daj spokój. – Sherlock skrzywił się z obrzydzeniem. – Nie bądź głupi. Co, nie znasz klasycznej kanwy wszystkich bajek? Śnieżka, Kopciuszek, Dzikie Łabędzie... Ona nie będzie „prawdziwą mamą". Będzie Macochą.
Hamish prychnął.
- No i co?
- No i co?! – powtórzył Sherlock, nachylając się nad stołem i mało nie przewracając filiżanki z kawą. – Pomyśl. Najpierw przegonią mnie. Nic dziwnego, ze mną są same problemy. Wysadzam kuchnię i nie kupuję mleka. Wasze życie stanie się odrażająco nudne. Jeden z tych domków, z koronkowymi firaneczkami... O tak, już to widzę. Porcelanowe gąski na półce. Domowe ciasto. John, otłuszczony i ogłupiony, z termoforem w fotelu i z chorą nogą na taborecie, czyta gazetę, jak przykładny mieszczuch. – Sherlock powiedział to ze skrajnym obrzydzeniem. – I jego żona. Taka milutka, taka słodka. Rumiana Betty, Annie albo Jenny... I ty. Ubiorą cię w beżowy sweterek i każą ci się bawić z dziećmi sąsiadów. Zapiszą do szkoły muzycznej, żebyś nie miał czasu na swoje eksperymenty. Będą napychać tabletkami, jakby genialność można było wyleczyć. A kiedy to nie zadziała, po prostu przestaną zwracać uwagę na twoje odchylenia. Udawać, że jesteś taki, jak wszyscy i będą rozmawiać nad twoją głową na rodzinnych obiadach. A na Gwiazdkę podarują ci nowiutką mechaniczną wywrotkę, zamiast mikroskopu, albo przynajmniej małej piranii.
Sherlock odetchnął głęboko. Jego twarz wygładziła się, stała się spokojna, obojętna. Jakby opowiadał bajkę o jakichś całkiem obcych ludziach.
- A potem zafundują ci braciszka. Młodszego braciszka, takiego normalnego, zdrowego chłopczyka. O wiele lepszego od ciebie, bo przecież nie będzie ciągle sprawiał kłopotów rodzicom. Wszyscy go będą lubili i nigdy nie zostanie wyrzucony z klasy za „niestosowne uwagi", a jego włosy będą uczesane z równiutkim przedziałkiem. Nie, Hamish, oni cię nie oddadzą do kliniki, bo John cię kocha. Ale jego będzie kochał bardziej.
Sherlock odsapnął i rozparł się w krześle. Zamknął oczy, lecz Hamishowi się wydawało, że Sherlock nadal na niego patrzy. Powoli wypuścił blat, na którym zaciskał palce i położył ręce na kolanach. Spojrzał na swoje ręce. Drżały. Dlaczego? Dziwne ciało. Głupie ciało. Głupie odruchy.
Hamish podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Sherlocka.
- No dobrze. Co zrobimy?
Sherlock uśmiechnął się szeroko.
- To już mi się bardziej podoba. Na początek sprawdzimy, o kim mówił John.
- Ben powiedział, że jego mama idzie dziś na randkę.
- A co mnie obchodzi... O!
- Jego mama jest bardzo normalna. Ma na imię Becky. Czasem rozmawia z tatą, kiedy spotykają się pod szkołą. Nawiasem, ona do tej pory Bena odprowadza!
- John ją próbował zapraszać wcześniej?
- Byli na randce, ale to było wieki temu i myślałem, że ten etap jest skończony.
- Nie należy tracić czujności – skarcił go Sherlock. – Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Ben mówił, gdzie będzie ta randka?
- Nie musiał. – Hamish uśmiechnął się chytrze. Sherlock był jawnie pod wrażeniem.
- Bardzo dobrze. Ale wcześniej, nim zaczniemy, chcę, żebyś wiedział, na co się piszesz. Zamierzamy zburzyć życie osobiste Johna.
- Rozumiem.
- Będziemy kłamać, obrażać i szantażować. Całkiem możliwe, że trzeba będzie złamać prawo.
- Fajnie!
- I jeżeli John się dowie - a na pewno kiedyś się dowie - to będzie po prostu wściekły. Na nas obu. Przecież wiesz, jaki jest John, kiedy bywa wściekły?
Hamish w milczeniu kiwnął głową. Sherlock znów się pochylił nad stolikiem, patrząc mu w oczy.
- Może być niebezpiecznie – wyszeptał.
- No to na co czekamy? – zapytał Hamish i obaj wymienili identyczne uśmieszki. A potem wyszli z kawiarni i złapali taksówkę.
Parę godzin później wrócili do domu przemoknięci, ale zadowoleni. Tata powinien przyjść lada chwila i na pewno będzie bardzo zły. Sherlock poszedł do siebie opracowywać dalszą strategię, a Hamish wziął czaszkę i położył się na kanapie. To był dobry dzień. Prawdziwa przygoda, a dalej miało być jeszcze bardziej interesująco. Jednak coś mu nie dawało spokoju. Hamish przeanalizował wszystko, co się wydarzyło tego dnia i zrozumiał, że w głowie wciąż mu dźwięczą słowa Sherlocka, jak zapętlone w odtwarzaczu. O wspaniałej rodzinie, którą opisał. Sherlock mówił o niej tak, jakby to była najgorsza rzecz pod słońcem, ale tata na pewno o takiej marzył.
I na taką zasługiwał.
Hamish upuścił czaszkę na podłogę, przeszedł boso do kuchni i wyjął z lodówki rękę. Wiedział, czego powinien sobie życzyć: stać się normalnym, dla taty. Tego powinien chcieć. Jednak sama myśl o tym wprawiała go w okropne przygnębienie. Dlatego Hamish zażyczył sobie, żeby mieć przyjaciela. Tatę to uspokoi, a Hamish jakoś to zniesie. Ostatecznie bywają też przyjaciele korespondencyjni!
Odłamał palec i wrzucił go do miski z keksem, a rękę starannie położył między resztką jagodowego placka i kartonem mleka.
Z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku poszedł do swojego pokoju, żeby poczytać poradnik o nekromancji.
