Rozdział 6

Zdecydowana poprawa

Przyjemnie było wypić kawę bez posmaku chlorku, siarki albo odciętych małżowin usznych. (Miały bardzo specyficzny smak, który John rozpoznałby spośród tysięcy). Miło było posiedzieć w przytulnej kafejce w towarzystwie sympatycznej Becky.

- Nie mogę uwierzyć, że siedzę tu tak spokojnie, nie miotam się jak oparzona po mieszkaniu, próbując dodzwonić się do hydraulika, powiesić firankę, dać kotu tabletki a Benowi obiad – najważniejsze żeby nie pomylić tych czynności – roześmiała się. – Nie pędzę do sklepu, bo skończyło się wszystko na raz. Nie rozmawiam przez trzy telefony jednocześnie, nie łamię przepisów drogowych, żeby na czas odebrać Bena z lekcji muzyki, i nie kończę jego przeklętego projektu o trzeciej w nocy. Po prostu siedzę i piję kawę jak normalny człowiek.

- Jak z tym wszystkim nadążasz?

- Dodaj do tego pracę i otrzymasz statystyczną samotną matkę.

John pokręcił głową, a Becky się uśmiechnęła.

- No cóż, sam powinieneś to znać nie tylko ze słyszenia. Być samotnym ojcem też nie jest łatwo.

- Mieszkam teraz z kimś...

- O – powiedziała Becky.

- Nie... Wynajmujemy razem mieszkanie. Współlokator.

- To też jakaś pomoc. Hamish się z nim dogaduje?

John zerknął w wielkie okno, obok którego siedzieli. Na zewnątrz, chowając się pod drzewem, stały dwa złowieszcze cienie w identycznych płaszczach deszczowych. John docenił płaszcze, deszcz lał już dwie godziny. Byłby niezbyt zadowolony, gdyby Hamish się przeziębił, czatując w zasadzce. Albo gdyby przeziębił się Sherlock.

- Tak. Myślę, że tak – odrzekł, zauważając, jak Sherlock przekazuje Hamishowi swoją lornetkę. – Mają wspólne zainteresowania.

- To bardzo dobrze! Nie mogę w żaden sposób zrozumieć, co jest takiego wspaniałego w tych strzelankach, a Ben się niczym więcej nie zajmuje. Dzień i noc przy komputerze. Ale przynajmniej się staram. Mój były mąż nawet nie próbuje. Na zeszłe Boże Narodzenie podarował Benowi łódkę. Wiesz, taką zabawkę zdalnie sterowaną. Jakby Ben miał pięć lat!

- Przynajmniej daje prezenty na Gwiazdkę – warknął John. – Po moim... współlokatorze nie można czegoś takiego oczekiwać.

- Daj spokój! – Becky gniewnie chwyciła filiżankę i upiła ostygłej kawy. – On to robi, żeby mnie przelicytować. Ja kupuję Benowi telefon – Sam daje mu notebooka. Ja zabieram syna do wesołego miasteczka – Sam kupuje mu wycieczkę do Włoch! Na jedną osobę! Czyli ja powinnam teraz wykupić drugą?! Sam z synem za skarby świata nie pojedzie, bo przecież musiałby oderwać się od swojej uwielbianej pracy na dłużej, niż pięć minut.

- Też poślubiony pracy – mruknął John posępnie.

- Poślubiony i szczęśliwy w małżeństwie! Dziw, że jeszcze się z tą swoją pracą nie bzyka! – Becky, zmieszana, przykryła usta dłonią. – Wybacz. Kiedy chodzi o Sama, wyłączają mi się wszystkie hamulce.

- Tak, rozumiem. Mnie też trudno spokojnie mówić o Sherlocku. Nie masz pojęcia, co on czasem wyczynia.

Becky sceptycznie ściągnęła wargi.

- Spróbuj mnie zadziwić.

- Nieustannie wkłada dziwne rzeczy do lodówki.

- Trzy tygodnie w lodówce leżały skarpetki, aż w końcu skończyła mi się cierpliwość i sama je sprzątnęłam. Nawet nie zauważył.

- Bierze mój pistolet i strzela do ścian.

- Zamierzał mi zrobić niespodziankę, kiedy wyjechałam na delegację. Remont kapitalny z jakimiś tam ulepszeniami. Tyle, że pieniędzy starczyło mu tylko na to, żeby zburzyć jedną ścianę.

- Potrafi milczeć całymi dniami.

- Jeśli ktoś mu przeszkadzał, kiedy czytał sprawozdania giełdowe, w milczeniu rzucał kapciem. Nawet w trzyletnie dziecko.

- Nocą gra na skrzypcach.

- Nocą chrapał.

- I nigdy...

- ...nie kupuje mleka - zakończyli chórem i roześmiali się. Telefon w kieszeni Johna zawibrował.

„Ona ma liszaj na nodze".

- Wiesz, tobie się i tak poszczęściło, że to tylko współlokator. Zmienić mieszkanie jest łatwiej, niż się rozwieść. Tyle papierów było trzeba, żeby udowodnić obcym ludziom, że my już się nawzajem nie kochamy. – Becky pokiwała głową. Kelnerka przyniosła jej kolejną kawę, zabierając armię pustych filiżanek ze stolika.

- Nigdy za nim nie tęsknisz? – upewnił się John. Becky parsknęła, ale zabrzmiało to dziwnie smutno.

- Ben tęskni. Oczywiście pozwalam im się spotykać. Ale Sam wiecznie nie ma czasu, pan Wielka Szycha. Jak zadzwoni w weekend, to już dużo. A co z Hamishem? Wydaje mi się, że jesteście bardzo blisko.

- Mam nadzieję, że tak. – John ciężko westchnął. – Wiem, że czasami wygląda na zaniedbanego.

- Nie! – powiedziała Becky ze współczuciem. – Najwyżej troszeczkę. Ben powiedział, że Hamish czasami ma bardzo dziwne drugie śniadania. W piątek jadł na lunch cebulę.

John potarł czoło. Potem błagalnie popatrzył na Becky.

- Wydaje mi się, że on ma problemy w szkole. Ben coś opowiadał? Nie mów mi tylko, że Hamish to coś w rodzaju lokalnego pośmiewiska.

- Niee – powiedziała Becky, ale zabrzmiało to fałszywie. – Po prostu nie jest zbyt towarzyski. Wiem, że byłby dobrym kolegą dla Bena. Od dawna marzę, żeby nasi chłopcy się zaprzyjaźnili, ale po tym zajściu... Ben raczej nie podejdzie do niego dobrowolnie.

John skinął głową. Nie mógł winić Bena – jedynie siebie. Kiedy poprzednio spotkał się z Becky przy całkiem niewinnej filiżance kawy, Hamish zrobił obrzydliwą scenę w szkole i pobił jej syna. Obecnie limit niewinnych filiżanek został już dawno przekroczony, a stojący pod drzewem Sherlock i Hamish dosłownie przepalali Johna wzrokiem, jednak on nie zamierzał się poddawać. Kiedyś nic mu nie wychodziło w życiu osobistym, gdyż Sherlock robił dosłownie wszystko, żeby każda nowa przyjaciółka Johna prędko uciekała. Potem to zaszczytne zadanie przejął Hamish. Jednak John nie miał zamiaru dokonać żywota jako smętny, samotny stary kawaler.

Ostatecznie to nawet nie była randka. Becky zadzwoniła i poprosiła o spotkanie, gdyż potrzebowała pomocy. Była członkiem komitetu rodzicielskiego, a John, ku swemu zawstydzeniu, nawet nie bywał na wszystkich zebraniach. Cała jego szkolna działalność polegała na tym, że czasami prosił panią Hudson, żeby upiekła ciasto i wręczał je Hamishowi, by ten je zaniósł na szkolny jarmark dobroczynny. Nawet nie był pewny, czy ciasto faktycznie docierało na miejsce przeznaczenia.

A teraz Becky poprosiła go o pomoc przy konkursie projektów naukowych. John musiał udawać, że wie o co chodzi – Hamish jak zwykle nie zadał sobie trudu, żeby mu o tym powiedzieć. John postanowił poważnie z nim o tym porozmawiać. Ostatecznie wagarować ze szkolnej wycieczki do teatru - to jedno, a ignorować konkurs projektów naukowych - to całkiem co innego. Naukowych! Przecież Hamish każdego dnia realizował przynajmniej jeden taki projekt, choć większość z nich naruszała szkolne BHP.

Zaczęli od omawiania spraw ogólnych, ale jakoś nie wiadomo kiedy przeszli na tematy osobiste. Terminarz Becky leżał na stole między nimi, otwarty na końcu miesiąca. John stracił rachubę czasu, ale przypomniał sobie o „swoich chłopcach" i zbierał się do domu już czterdzieści minut temu, jednak wówczas zauważył ich obu stojących po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko kawiarni. Wyraźnie mieli ciekawe zajęcie i John od razu pozbył się niepokoju i o nich, i o mieszkanie. W takim wypadku mógł sobie spokojnie pozwolić na jeszcze jedno latte z czarującą Becky.

- Już dawno tak miło nie spędzałam czasu – przyznała się, odgarniając za ucho kosmyk włosów.

- Masz ładne kolczyki – zauważył John. Becky zaśmiała się, przymykając oczy.

- Starczy, John! Jeszcze trochę i poczuję się jak kobieta.

Nachyliła się nad stołem, żeby zetrzeć pianę z górnej wargi Johna. Absolutnie zwykłym, macierzyńskim gestem. Telefon na stole podskoczył i zawibrował wściekle.

- Wybacz – mruknął John, patrząc na ekran.

„Potworny zaraźliwy liszaj".

John już sięgał do wyłącznika, kiedy ekran znów się rozjarzył.

„W każdym razie nie dotykaj jej kolana. Nie chcę w domu epidemii. Pomyśl o dziecku".

John westchnął, przewracając oczami.

- Coś poważnego?

- Nie. Nic poważnego – rzekł John twardo, wyłączając telefon i wkładając go do kieszeni. – Na czym skończyliśmy?

- Eeee... John? Czy to nie Hamish, tam za szybą?

John odwrócił się i ujrzał rozpłaszczony na szybie nos Hamisha, przyklejonego do okna jak rozgwiazda do ścianki akwarium. Szkło błyskawicznie mgliło się od oddechu i chłopiec z rozdrażnieniem przecierał je ręką.

- Nie zwracaj uwagi. Po prostu pij kawę.

- Poważnie? Przecież pada!

- Ma przecież płaszcz przeciwdeszczowy, widzisz? Wszystko w porządku. On często się tak bawi.

Becky popatrzyła na Johna bojaźliwie. W duchu pogodził się z etykietką wyrodnego ojca, który przywiązuje dziecko pod sklepem, obok psów i rowerów.

- On na nas patrzy – powiedziała Becky, unosząc filiżankę. – Może go jednak zawołasz tutaj?

- Uwierz mi, będzie jeszcze gorzej. Na pewno powie coś niegrzecznego. I może jeszcze rzuci na stół zdechłego szczura. – John był człowiekiem doświadczonym i mógłby nawet wygłosić cały wykład na temat „Perfidne niespodzianki".

- Już dość późno. – Becky odruchowo spojrzała na nadgarstek, gdzie nie było zegarka. – Wpiszę cię do terminarza i rozliczymy się, dobrze? Ben już pewnie się niepokoi. – Popatrzyła w okno, jakby spodziewała się tam zobaczyć Bena w płaszczu przeciwdeszczowym. Drgnęła, napotkawszy wzrok Hamisha. John potulnie skinął na kelnerkę, by poprosić o rachunek.

Kiedy wyszedł z kawiarni, po Sherlocku i Hamishu już ślad ostygł.

Nie żeby spodziewał się czegoś innego.

Na lekcji przyrody Hamish studiował pana Titsa, nauczyciela. Ten był o wiele bardziej interesujący, niż temat lekcji. To znaczy jego łysina, która: 1) błyszczała 2) otoczona była drobnymi kępkami włosów 3) była ciemniejsza od skóry na reszcie ciała.

Hamish zastanawiał się, czy łysina lepiej się opala, gdyż jest bliżej słońca? Czy to może indywidualny sposób pana Titsa na czerwienienie się? Hamish już zbadał, że ludzie się czerwienią rozmaicie, a niektórzy wcale. W tym celu przez cały tydzień mówił obiektom eksperymentu zawstydzające rzeczy, a potem zapisywał rezultaty w Dzienniku Obserwacji.

Ale było jeszcze coś.

Włos.

Ten cienki i długi włos przecinał łysinę jak samotny podróżny pustynię. Włos sugerował, że w lepszych czasach pan Tits był ognistym brunetem i do tego nosił grzywkę. Włos przyciągał uwagę jak magnes opiłki. Hamish spędził długie godziny na hipnotyzowaniu go. Pan Tits się denerwował, jak wszyscy ludzie, kiedy Hamish na nich patrzył. Pewna dziewczynka powiedziała kiedyś, że ma wzrok „nie z tego świata".

- Watson – odezwał się nauczyciel fałszywie przymilnym tonem. Hamish pytająco uniósł brwi, dając znać, że gotów jest mu poświęcić uwagę. – Czemu nie miałbyś przyjść do tablicy i opowiedzieć nam o rozmieszczeniu planet?

- Mógłbym opowiedzieć o masie, średnicy i warunkach klimatycznych każdej z planet, zamiast powtarzać to, co pan już powiedział już cztery razy. – Pewnego razu John się wygadał, że Sherlock nie wie, że Ziemia obraca się wokół słońca. Hamish postanowił nie dublować cudzych błędów. – Panie Tits, naprawdę, oni nie są takimi idiotami. To znaczy, owszem są, ale nie takimi, żeby nie zapamiętać za trzecim razem.

W klasie rozległy się chichoty, a pan Tits gniewnie zmarszczył krzaczaste brwi. Ciekawe dlaczego ma tyle włosów na brwiach, a tak mało na głowie? Czy te włosy mają inne cebulki? Hamish miał wielką ochotę zbadać tę kwestię bardziej szczegółowo.

- Po prostu chodź i opowiedz, Hamish – rzekł nauczyciel ciężko. – Chodź. Racz się zniżyć do naszego poziomu.

Hamish powoli powlókł się do tablicy. Stać tam, na widoku, było nudno. Wolał obserwować ludzi, niż pozwalać ludziom obserwować siebie. W drugiej strony wgląd na łysinę był z bliskiego dystansu znacznie lepszy, a i można uzyskać próbkę włosów przy pewnej zręczności manualnej...

Kiedy rozbrzmiał dzwonek, Hamish zatrzymał się, żeby odebrać od nauczyciela Czarny Znak. Tak w szkole nazywano powiadomienie o karze. Jego przeznaczenie Hamishowi było niewiadome, więc po prostu gromadził te kartki pod materacem, jednak inni uczniowie straszliwie bali się tych papierków.

Pan Tits wyszedł, przeszywając chłopca na odchodnym gniewnym spojrzeniem. Hamish obejrzał się i zobaczył, że Ben jeszcze pakuje swój plecak. No cóż, okoliczności sprzyjające. Hamish przygotował się psychicznie do kontaktu socjalnego.

- Nawet do mnie nie podchodź! – uprzedził Ben, jednak Hamish to zignorował. Ben pospiesznie wpychał zeszyty do plecaka, żeby nie zostać sam na sam z Hamishem. – Koszmar, ty to naprawdę zrobiłeś!

- Zrobiłem co?

- Jeszcze się pyta! – Ben się rozejrzał, jakby szukał u kogoś poparcia. – Ty półgłówku! Czemu Włosowi wyrwałeś włosa? Jak teraz mamy nazywać Titsa, kiedy już nie ma swojego włosa, co?

Hamish tak się speszył, że nawet zapomniał o celu społecznego kontaktu. W końcu znalazł odpowiedź.

- Słyszałeś o laleczkach voodoo?

Ben prychnął, ale jakoś niezbyt pewnie. Potem się zasępił

- Czego chcesz? Zostaw mnie w ogóle w spokoju, nie chcę, żeby ktoś widział, jak ze mną gadasz.

Ben znów się rozejrzał, jakby klasa była pełna obserwatorów.

- Mój ojciec i twoja matka mieli akt koitalny – oznajmił Hamish znudzonym tonem.

- Że co? – spytał Ben głupio. Hamish westchnął, wyciągnął dziennik ze słownikiem Pippiego i, przekartkowawszy do potrzebnej stronicy, przetłumaczył:

- Mój tata wydymał twoją mamuśkę we wszystkie dziury.

Oczywiście to było bezczelne kłamstwo. Tata wrócił do domu rozgniewany i na pewno z nikim się nie wymieniał płynami fizjologicznymi. Jeśli był mokry, to tylko z powodu deszczu. Jednak Sherlock powiedział, że nie należy tracić czujności, a Hamish pamiętał, że poprzednim razem podobne kłamstwo zadziałało. Profilaktyka nigdy nie zaszkodzi, ot co.

Tak jak się spodziewał, Ben rzucił plecak i westchnął z rezygnacją.

- No to się doigrałeś.

Po czym troszeczkę się pobili. Ben bił się jak dziewczyna – wczepił się we włosy i szarpał. Hamish ponuro osądził, że trudno wczepiać się w coś innego, skoro tuż pod nosem ma sterczące we wszystkie strony loki. Ben miał włosy krótkie, jasne i puszyste (czasami pod światło wyglądał jak człowiek-dmuchawiec) – chwycić nie było za co, więc Hamish głupio lecz uparcie tłukł go po brzuchu. Tarzali się po podłodze i sapali, potrącając nóżki ławek. Potem bójka nagle ustała, Ben w milczeniu wstał, otrzepał się i wyszedł z klasy.

W korytarzu było cicho i pusto. W czasie kiedy Hamish borykał się z problemami komunikacji międzyludzkiej, minęła już połowa przerwy na lunch. Wolno poszedł w stronę stołówki, po drodze rozpakowując pudełko. Tym razem wszystko w porządku: kanapka z pastą łososiową, kanapka z tuńczykiem, kartonik soku i duże zielone jabłko, do którego była przyklejona żółta karteczka.

„Udanego dnia! :-)".

Tata był optymistą, albo idiotą. Sherlock miał na ten temat swój pogląd. Hamish wolał myśleć o ludziach lepiej. W każdym razie o tacie. Nadgryzł jabłko, karteczkę zgniótł i już chciał wyrzucić, kiedy się rozmyślił i włożył ją do kieszeni. Materialne dowody miłości – kto wie, jak i kiedy się przydadzą?

Niedaleko stołówki usłyszał gwar. Im bliżej podchodził, tym wyraźniejsze stawały się słowa. A raczej jedno jedyne słowo.

„Żryj! Żryj! Żryj! Żryj! Żryj!"

Tam gdzie skandował tłum, człowiek nie powinien się spodziewać niczego dobrego. W każdym razie nie Hamish. Odwrócił się na pięcie i poszedł na schody przeciwpożarowe, gdzie można było zjeść lunch w samotności.

Żuł kanapkę i pisał w zeszycie. Do stronicy poświęconej łysinie pana Titsa przykleił skoczem czarny włos. Może Sherlock się zainteresuje i razem zbadają go pod mikroskopem? Chociaż Sherlocka ostatnio nie interesowało nic poza różnymi mordercami i tatą.

Hamish potarł czoło. Chyba będzie miał guza. To się tata ucieszy: zamiast zdobywać przyjaciół, Hamish tylko wszystko pogarsza. Juz i tak wpadł z tym głupim konkursem – tata oświadczył, że Hamish obowiązkowo ma w nim uczestniczyć i nie przyjmuje odmowy. Kiedy tata zaczynał używać „wojskowego tonu" nie było sensu z nim dyskutować. Pani Hudson obiecała pomóc. Powiedziała, że kiedy była dziewczynką, im tez zadawali w szkole „różne różności". Przy tym jej oczy zamgliły się, jak zawsze, kiedy mówiła o przeszłości. Może zrobi dla niego Wieżę Eiffla z wykałaczek albo przenośny wulkan z roztopionym serem zamiast lawy?

Hamish posępnie wgryzł się w jabłko, mało nie łamiąc sobie szczęki. Od samego rana miał parszywy nastrój i chociaż próbował samego siebie przekonać, że wszystkiemu winna jest głupia mamusia Bena, projekty naukowe, deszczowa pogoda i kryzys egzystencjalny, wiedział doskonale, w czym rzecz.

To był Dzień Kliniki. W takie dni zawsze budził się z melancholijną myślą: „Za to potem przez dwa tygodnie będzie można już o tym nie wspominać". W takie dni Hamish czuł się bezradny i nie do końca prawdziwy.

Nagle pojawił się Gryz, siadając obok na stopniu, jakby go kto zapraszał. Miał ponurą minę i dziwnie pachniał. Hamish już zamierzał odejść, kiedy Gryz otworzył usta.

Jego klamry były wymazane czymś czarnym i sterczały z nich kawałki jedzenia, które uwięzły w mocowaniach. Wyglądało to naprawdę paskudnie. Hamish z zaciekawieniem wyciągnął rękę i pociągnął za czerwone włókno (Suszone mięso? Pałeczka lukrecjowa? Ogonek od wiśni?). Głowa Gryza kiwnęła się.

- Nie da rady – mruknął. – Nie wyciągniesz.

- A co z twoim kosmicznym jedzeniem?

- Co?

Hamish zmieszał się.

- No, płynnym.

- Nie wiem. Gdzieś tam leży. W stołówce. Już tam więcej nie pójdę.

Gryz ze złością popatrzył na jabłko, które trzymał Hamish.

- Mogę się założyć, że nigdy nawet próchnicy nie miałeś!

- Nie – przyznał Hamish obojętnie.

- Ty naprawdę jesteś kosmitą!

Hamish wstał ze schodów, Gryz poszedł w jego ślady.

- Umiesz rzucać klątwy? Nie, naprawdę, powiedz... Hej, Ham!

- Nie nazywaj mnie tak.

- Wszyscy cię tak nazywają.

Hamish odwrócił się, żeby spojrzeć Gryzowi w twarz.

- A ty byś chciał być tacy jak wszyscy?

Gryz pomyślał chwilę i wzruszył ramionami.

- Tak. Chciałbym. A ty chcesz się wiecznie popisywać!

- Nie popisuję się.

- Popisujesz!

- Nie popisuję.

Po lekcjach Hamish jakiś czas przesiedział w pracowni chemicznej dla starszych klas. Ukradł sprzątaczce zapasowe klucze już miesiąc temu i od tej pory czasami korzystał ze szkolnego wyposażenia. Jednak dzisiaj nawet doświadczenia go nie mogły pocieszyć. Miał nadzieję, że większość uczniów rozeszła się do domów i nikt nie będzie za nim szedł. Zresztą Hamish, gdyby miał wybierać, wolałby spędzić cały dzień ze swoimi okropnymi kolegami z klasy, niż iść na kolejną kontrolę do kliniki.

Kiedy w końcu wyszedł ze szkoły, Gryz siedział na ganku.

- Nie, popisujesz się – powiedział, a Hamish mimowolnie się uśmiechnął.

- Co tu tak siedzisz?

- Zawsze wychodzę później. Tak jest lepiej, wiesz o czym mówię? – Gryz patrzył znacząco i Hamishowi zrobiło się niedobrze. Gryz od razu wszystko zrozumiał i to zrozumiał źle: że niby Hamish tchórzy i dlatego czekał, aż wszyscy odejdą.

Nie mówiąc ani słowa, Hamish poszedł do domu. Gryz polazł za nim. Chyba już naprawdę nie miał nic do roboty.

- Słuchaj, a ten facet – no ten z kręconymi włosami – kto to był? Tacy jesteście podobni, że ja nie mogę! Hej, Ham! Nie słyszysz? Poczekaj trochę, Ham. Hamish!

„Autobus – pomyślał Hamish. – Pojadę autobusem". Gryz chyba nie ma pieniędzy na bilet. Może tak się pozbędzie tego typa. Hamish usiadł na wilgotnej ławce. Dokoła było pusto. Widocznie autobus odjechał dopiero co. Gryz przysiadł obok.

- Czego ty ode mnie chcesz? – zapytał Hamish. Gryz wzruszył ramionami. Podłubał w zębach, próbując trochę oczyścić klamry, a potem w zadumie popatrzył na swoje palce.

- To chyba szpinak, ale nie jestem pewny. – Odwrócił się do Hamisha i dodał posępnie: - Może po prostu jestem ciekawy?

- Co do szpinaku?

- Nie, ciebie. Może po prostu chcę się zaprzyjaźnić.

Hamish wytrzeszczył oczy. To był najbardziej nieśmieszny dowcip ze wszystkich, jakie słyszał kiedykolwiek. Gwarantowany sukces. Hamish miał ochotę się roześmiać, ale przypomniał sobie o ręce i odłamanym palcu. Przeraził się – i to było jeszcze mało powiedziane.

Unosząc oczy ku niebu, zawołał:

- Poważnie?! On?! To najlepsze, na co cię stać, ręko?!

Odpowiedzi nie było, tylko Gryz postukał się palcem w skroń.

- Hej, patrzcie! Dwa mutanty! – wrzasnął ktoś i Gryz wcisnął głowę w ramiona. Po przeciwnej stronie ulicy stało kilku chłopców z ich klasy. Jednego Hamish nawet znał z imienia: Robert. Najszybciej ze wszystkich biegał na wuefie. Nawet brał udział w międzyszkolnym maratonie, ale zajął tylko drugie miejsce. Hamish uważał, że to hańba, ale panna Clover bardzo Roberta chwaliła i powiedziała, że był jak rycerz – bronił honoru szkoły. Panna Clover lubiła głupie romantyczne metafory.

- Co, Gryz?! Znalazłeś sobie chłopaka? – wrzasnął Robert, szczerząc zęby. Inni chłopcy za jego plecami zarechotali, któryś zaczął wykonywać dziwne ruchy, jakby jeździł na nartach.

- Fajnie się całować z takim złomem? Hej, Ham, języka ci nie odgryzł? Jak się będziesz teraz wymądrzał w klasie?

- Wynocha! – ryknął Gryz, podrywając się. – To nie jest mój chłopak!

- Gryz i Ham na drzewie siedzieli, machali nogami i głośno pierdzieli! – zaśpiewali chłopcy niezgodnym chórem, dusząc się ze śmiechu.

- Sami jesteście pedały! – odpowiedział Gryz ze złością. – I pierdy śmierdzące! Wszarze parszywe!

- Zaraz oberwiesz!

Ale jako że między nimi była droga szybkiego ruchu, wszystko kończyło się tylko na słowach. Hamishowi szybko się znudziło to przedstawienie. Wstał z ławki i poszedł w stronę domu. Gryz dogonił go, zły i zasapany.

- Czemu byłeś cicho? Mogłeś coś odpowiedzieć.

- Po co? – Hamish wzruszył ramionami. – Strata czasu.

Gryz został z tyłu i Hamish obejrzał się przez ramię. Na nieładnej, bladej twarzy Gryza malowało się zdziwienie.

- Tchórzysz!

- Po prostu nie chcę tracić na nich czasu i nerwów – wyjaśnił Hamish spokojnie. Było mu wszystko jedno, co Gryz sobie pomyśli.

- Jeśli się nie postawisz, to nigdy się od ciebie nie odczepią.

- Podstawówka nie jest wieczna. Zresztą może w przyszłym roku przeniosą mnie do innej szkoły.

- I myślisz, że tam będzie lepiej?

- A ty myślisz, że będzie lepiej, jak ci zdejmą klamry?

Gryz żachnął się i Hamish zrozumiał, że tak. On naprawdę tak myślał.

- No i głupio.

Hamish odwrócił się i pomaszerował przed siebie. Nie miał zamiaru tracić czasu, ani sekundy, na wszelkie bezużyteczne rzeczy i bezużytecznych ludzi.

Kiedy wrócił do domu, taty nie było. Sherlock był zatopiony w jakiejś sprawie: wyciągał z żółtych teczek fotografie, obracał je tak i siak, rozkładał na podłodze. Hamish chciał się przyłączyć, ale przypomniał sobie o zakazie Johna. W milczeniu poszedł do swojego pokoju i padł na łóżko twarzą w dół. Leżał tak i analizował wydarzenia. Ręka jednak przysłała mu przyjaciela, ale wybrała nie najlepszy wariant. A jaki byłby lepszy? Hamish zamyślił się. Którego z zasiedlających szkołę homo debilicus mógłby znieść? Może Marthę Huster? Cały czas była taka cicha i niezauważalna, że nawet nauczyciele zapominali o niej, kiedy odpytywali w kolejności alfabetycznej. I ona też opuściła ten dzień, kiedy do szkoły przyszedł fotograf.

Ale to Gryz, a nie Martha, zaproponował mu swoją przyjaźń. Oczywiście nigdy by tego nie zrobił, gdyby nie czary. Jednak potem nazwał Hamisha tchórzem, co świadczy o złym stosunku. Zdaje się, że tym razem też nie zadziałało. Hamish znów wszystko zepsuł. Biedny tata.

A gdzie on jest, nawiasem mówiąc? Hamish spojrzał na zegar słoneczny, który niedawno zmajstrował. Nie był zbyt dokładny z powodu cienia dachu sąsiedniego domu, ale dawał jakieś pojęcie o przybliżonej godzinie. Jeśli mieli iść do kliniki, to tata już powinien zapędzać Hamisha do łazienki, żeby się umył za uszami i próbował przyczesać włosy. Jednak w domu było cicho, tylko od czasu do czasu rozlegało się niewyraźne mamrotanie Sherlocka.

Ledwo Hamish pomyślał, że tym razem okropna wizyta go ominie, kiedy drzwi się otwarły i do pokoju zajrzał Sherlock. Miał na sobie solidny ciemny garnitur i błyszczące buty. Nawet się uczesał.

- Zbieraj się szybko – rozkazał. – Jedziemy do kliniki.

- Ale...

- John dzwonił, że nie może wyjść z pracy. Jego zmienniczka spadła ze schodów i złamała nogę. Idiotka.

W taksówce milczeli, patrząc każdy w swoje okno. Hamish zamanifestował protest, nie umywszy się za uszami, ale Sherlockowi było wszystko jedno. Pisał sms-y i był zatopiony w jakichś swoich myślach.

Kiedy samochód zatrzymał się na dużym pustym parkingu, obaj z Sherlockiem synchronicznie wysiedli i poszli w kierunku rozległego, niskiego budynku kliniki. Hamish wziął Sherlocka za rękę, chociaż to było zupełnie nie cool. Ale tata zawsze trzymał go za rękę, kiedy tu przyjeżdżali. To było jak obietnica: „Jestem z tobą, nie zostawię cię". To było rzeczywiście niezbędne. Sherlock niczego nie powiedział i nie wyrwał ręki, więc Hamish ściskał jego długie palce, póki nie dotarli do gabinetu doktora Heartlessa.

- Ależ to cudownie! Cudownie! Oczom nie wierzę! – zawołał doktor, kiedy ich zobaczył. Wyglądał tak, jakby Hamish właśnie podał mu zwycięskie liczby w loterii. Chociaż w sumie Hamish nie miał z tym nic wspólnego. Doktor wpadł w zachwyt z powodu Sherlocka. Obszedł go dokoła, jak jakiś eksponat wystawowy i chyba nawet chciał pomacać, ale powstrzymał się, złowiwszy ciężkie spojrzenie Sherlocka. – Pierwotne źródło! Co za szczęście! Potrzebuję kilku analiz, sir, pan przecież nie odmówi...?

Kiedy doktor gdakał nad Sherlockiem, Hamisha zabrała pielęgniarka. Jak zwykle musiał się przebrać w szpitalną koszulę, zważono go i zmierzono wzrost, pobrano krew i kazano nasikać do słoiczka. Potem Hamish otworzył usta, żeby mogli pobrać wymaz. Pokornie znosił to wszystko, starając się nie dygotać zbyt wyraźnie. W szpitalu było ciepło, jasno świeciły lampy, wszędzie były miękkie kanapy i kwiaty w doniczkach, a pielęgniarki zawsze wyglądały miło i przyjaźnie, jednak obracały i wyginały Hamisha we wszystkie strony tak, jakby nie był człowiekiem, tylko jakąś bezrozumną rzeczą. Kiedy pielęgniarka posadziła go na wysokiej kozetce, żeby zmierzyć mu ciśnienie, Hamish przypomniał sobie swój pierwszy dzień w klinice. Wtedy też siedział na kozetce i wszedł tata. Hamish wówczas jeszcze nie wiedział, że to tata i wziął go za jeszcze jednego lekarza. Pamiętał to wszystko szczegółowo – to było przecież jego pierwsze wspomnienie. Zresztą było jeszcze coś wcześniej: Hamish dokądś płynął, czy może wieźli go na wózku, całe ciało go bolało i było bezwładne, i bardzo się bał. To wspomnienie było poszarpane i mętne, jak owinięte celofanem.

Kiedy badania zostały skończone i Hamish mógł się ubrać, przyszedł doktor.

- No to jak wygląda moja sytuacja? – spytał Hamish.

Zwykle tak pytał tata, tylko mówił: „nasza sytuacja". Stał też obok podczas badania i przerzucał się z personelem zawodowymi dowcipami, przypominając, że kiedyś też był prawdziwym lekarzem. Z tatą to wszystko było łatwiej znieść, ale tym razem musiał zostać w tej swojej głupiej pracy.

I tak jak zawsze, doktor powiedział coś pocieszającego. Zawsze okłamywał Hamisha, a potem rozmawiali z tatą sam na sam. Hamish stwierdził, że ma dość fałszywych pocieszanek. Nie chciał wiedzieć, ile czasu mu zostało. Ostatecznie stworzono go tylko dla Johna, żeby łatwiej zniósł żałobę. Teraz Sherlock wrócił i zadba o tatę, nawet jeśli Hamish nie odpracuje pieniędzy, które za niego zapłacono.

Hamish skrzywił się i przeniósł wzrok z doktora Heartlessa na Sherlocka, stojącego obok. Jego nie ubrali w szpitalną koszulę, ale musiał zdjąć marynarkę. Podwinął rękawy koszuli, a w zgięciu łokcia miał maleńką plamkę: pobierali mu krew. Sherlock był bardzo blady i wyglądał, jakby lada chwila miał zwymiotować. Chyba też nie lubił szpitala.

- Teraz kiedy mamy do dyspozycji pierwotny materiał – doktor wskazał na Sherlocka – łatwiej rozwiążemy twój problem, Hamish. Spodziewam się znacznej poprawy!

Hamish pokiwał głową. Jeśli doktor chce w to wierzyć, to czemu nie?

- Zamierzam przeprowadzić nowe badania i wygodniej będzie pozostawić cię w klinice. Na jakiś czas – dodał doktor szybko, widząc minę chłopca. – Na tydzień, może nieco dłużej, nie denerwuj się tak. Mamy dla ciebie wygodny pokój.

Hamishowi odebrało mowę. Nie mógł nawet oddychać, nie mógł się poruszyć. Taty nie ma, nikt mu nie pomoże. Taty nie ma, nie weźmie Hamisha za rękę i nie zabierze stąd. Tata, tata, tatuś...

- Absolutnie wykluczone! – zabrzmiał ostry głos i Hamish rzucił się do Sherlocka. Ten ścisnął go za ramiona i odsunął do tyłu, jakby zasłaniał przed niebezpieczeństwem. – On nie zostanie.

- Proszę być rozsądnym! Tak, chłopiec się boi, ale to przecież na krótki czas! I pomoże nam rozwiązać problem przyspieszonego dorastania. W klinice nikt go nie skrzywdzi.

- Możecie prowadzić badania nad krwią i śliną bez udziału Hamisha. Wróci za dwa tygodnie, tak jak było umówione. I mam nadzieję, że do tego czasu będziecie mieć jakieś wyniki, inaczej nagroda, jaką otrzymaliście w zeszłym miesiącu, okaże się jedynie pomyłką komisji.

- Tak, ale będziemy mieli możliwość przeprowadzenia nowych badań, jeśli Hamish zostanie. Sprawdzimy pracę jego mózgu w czasie snu, i jak ciało reaguje na obciążenia. Już dawno chciałem to zrobić...

- A John już dawno temu odmówił.

- Teraz, kiedy mamy próbki od pana, łatwiej nam będzie posuwać się naprzód. Potrzebne są nowe dane, a to znaczy, że potrzebny jest Hamish. My to robimy dla niego, nie rozumie pan tego? Jeśli nie ufa pan personelowi kliniki, może pan tutaj zostać, tak będzie nawet lepiej. Tak, na pewno!

- Idziemy – rzucił krótko Sherlock i pospieszył do wyjścia. Hamish pokłusował za nim, starając się nadążyć. Praktycznie uciekli z kliniki, wskoczyli do pierwszej taksówki, jaka się trafiła i Sherlock prędko podał adres kierowcy. Hamish drżał całą drogę i poczuł się bezpieczny dopiero kiedy dotarli do domu, na Baker Street. Przywitał ich zapach cynamonu i wanilii. Pani Hudson tonem nie znoszącym sprzeciwu zaprosiła ich, żeby spróbowali jej nowych ciastek. Usadowili się w ciasnej kuchni i przy muzyce z radia zaczęli chrupać złociste kwadraty i półksiężyce, jeszcze gorące, prosto z piekarnika. Pani Hudson rozlała herbatę do dużych filiżanek. Wytarła ręce, ubrudzone mąką. Sherlock oznajmił, że ciasteczka nienajgorsze, choć za dużo w nich cynamonu, za co dostał lekkiego klapsa w kark.

- A co ty powiesz, młody człowieku? – zapytała pani Hudson groźnie i Hamish w milczeniu pokazał kciuk, a ona rozpłynęła się w uśmiechu. Sherlock kopnął go pod stołem, oburzony zdradą: oczywiście, że cynamonu było za dużo.

Hamish nagle poczuł, jak lekko mu się oddycha.

Trzecie piętro, nowe budownictwo, kondominium dla samotnych. Umeblowany pokój za skromną opłatą, zbyt wielu sąsiadów, którzy nie znają się nawzajem. (Pani Hudson by tu nie przeżyła). Napis na ścianie koło schodów przeciwpożarowych: „Kto weźmie moje papierosy łapy pourywam" – błąd interpunkcyjny, typowe. Drugi napis piętro wyżej: „Tom Spots – dziwkarz!". (Zapewne to prawda).

Sherlock zatrzymał się przed szarymi drzwiami z metalowym numerem 219. Lokatorka: kobieta, trzydzieści sześć – trzydzieści osiem lat, wyższe wykształcenie, rude włosy (farbuje na kasztanowo). Bez domowych zwierząt (zabronione), bez stałego partnera, bez złych nawyków (rzuciła palenie; Sherlock też rzucił, ale nikogo to nie obchodzi). Była zamężna, owdowiała dziesięć lat temu. Dzieci nie ma. Mogłaby być dobrą matką (niezrealizowana miłość, pragnienie być potrzebną, odpowiedzialność i cierpliwość – wybór pracy w pełni oczywisty).

Sherlock zastukał. Po minucie drzwi się otworzyły i John popatrzył na niego ze zdumieniem (ale już po sekundzie ze złością).

- Co ty tu robisz?

- Musimy iść.

Wyraz niepokoju na twarzy.

- Hamish? Coś się stało Hamishowi?

- Nie. Jest u Mycrofta, tak jak powinien.

- A... – Ulga. Zmęczenie. John potarł czoło i Sherlock przygryzł dolną wargę. Zawsze tylko Hamish. Hamish jest centrum wszechświata Johna, jego Słońcem, wokół którego krążą planety (musiał to zachować na twardym dysku, żeby uniknąć kpin). Hamish został stworzony, by zastąpić Johnowi Sherlocka. Ulepszona wersja Sherlocka Holmesa. John go kocha, mówił to otwartym tekstem, Sherlockowi – nigdy. („Byłeś najlepszym... Najlepszym człowiekiem, jakiego spotkałem").

- Będziesz tak sterczeć na progu i milczeć? Co to w ogóle znaczy? – nachmurzył się John. Z głębi mieszkania dobiegł kobiecy głos: „John, kto to?". (Złamana noga, trudności z przemieszczaniem się, trzeba posyłać gościa, by otworzył drzwi).

- To do mnie! – krzyknął John przez ramię, a potem znów skierował wzrok na Sherlocka. – Jak mnie znalazłeś? Śledziłeś mnie?

- Nie. – Kłamstwo. – Jesteś mi potrzebny, John. – Na jego twarzy odmalował się dziwny wyraz, Sherlock próbował zrozumieć, w czym rzecz, ale nie było czasu na rozmyślania. – Nowa sprawa. Zamierzam złapać tego rozpruwacza, zanim Lestrade do końca posiwieje. (Za późno, inspektor jest siwy w 98 %, ostatnio chowa w szufladzie farbę do włosów, ale jeszcze nie zdecydował się jej użyć).

- Jestem trochę zajęty. – John machnął kciukiem za plecy, w wąski korytarzyk. Czemu marnuje swój weekend na obcych ludzi? Czyżby ta idiotka nie była w stanie sama o siebie zadbać? Gips to nie wyrok śmierci, więc dlaczego udaje bezsilną? Elementarne. John, jesteś tak naiwny i przewidywalny, że nawet ludzie o przeciętnych umysłach mogą tobą manipulować!

- A w ogóle, to mogłeś napisać sms, jak zwykle – ciągnął John. – Nie musiałeś tutaj przychodzić.

- Nie pamiętam, gdzie jest mój telefon. – Prawda. John w milczeniu zrobił krok naprzód, włożył rękę do kieszeni jego płaszcza, jego oddech zamarł, jakby bał się natknąć na myszołapkę (trick z filmów animowanych, przeważnie produkcji Warner Brothers). – Masz.

- Zadziwiające, jak to ci się udaje za każdym razem. – Odrobinę pochlebstwa John zawsze lubił. Prawidłowo: uśmiecha się, ale nie łaskawie, tylko drwiąco.

- Lata praktyki.

„Jooohn?" – rozległo się z głębi mieszkania, prawdopodobnie z kuchni. Sherlock miał nadzieję, że z kuchni, a nie z sypialni. Ta kobieta nie była chyba aż tak bezczelna, żeby udawać, że nie jest w stanie opuścić łóżka?

- Muszę iść.

- Tak. Ze mną. To pilne, John.

- U ciebie wszystko jest pilne. A co z moim życiem osobistym?

Czy on powiedział: życie osobiste?!

- Nie u mnie, tylko u rozpruwacza. I małych, ładniutkich dziewczynek, które on zabije.

John sposępniał, w jego oczach zabłysło poczucie winy. Najważniejsze to nie naciskać zbyt mocno. Sherlock nie chciał, żeby John czuł się zaniepokojony i przymuszony – zero zabawy. Sherlock już od dawna planował urządzić weekend z pościgami, strzelaniną i jakimś psychopatą – wszytko jak się należy. Jednak nie trafiała się żadna odpowiednia sprawa. A tu proszę, nadarzyła się okazja rozerwać się, jak za starych dobrych czasów.

- Poszedłbym sam, ale prosiłeś, żebym za bardzo nie ryzykował. – „Widzisz, jaki jestem posłuszny?" zabrzmiało między wierszami. – Bandyta jest nieprzewidywalny i świetnie operuje nożem. Przyda się twoje wojskowe przeszkolenie. – Mój lekarz, mój bloger, mój żołnierz. Mój John. – Mam teorię, gdzie on się może ukrywać. Ale nie na tyle pewną, żeby wysyłać tam oddział policji. – Można by pomyśleć, że Sherlock oddałby takiego pięknego mordercę policji ot tak, nie pobawiwszy się z nim przedtem!

- Trzeba sprawdzić to osobiście – kusił Sherlock. John wydawał się zaintrygowany. Walczyły w nim odpowiedzialność (kobieta potrzebuje jego pomocy, a do tego uprzejmość zabrania tak nagle kończyć wizytę i uciekać) i pragnienie („Może być niebezpiecznie"). Sherlock czekał, starając się nie uśmiechać triumfalnie. Znał Johna. Wiedział, że co zwycięży.

- Wezmę tylko kurtkę – wymamrotał John, zamykając drzwi i zostawiając Sherlocka na korytarzu. Trzeba było poczekać kilka minut. John coś tam łgał swojej koleżance, usprawiedliwiał się niezgrabnie, prędko ubierając. Sherlock ledwo mógł ustać w miejscu. Coś niesamowitego! Nowa sprawa, cztery ofiary i sprzeczne zeznania świadków! I John obok, razem z nim, burczy, że nie zdążyli zajechać do domu po pistolet...

Śledztwo wyszło cudowne. Trzeba było biegać (John rzucił się na przełaj tuz przed maską samochodu i mało nie wpadł pod koła), rozmawiać z podejrzanymi-świadkami (Sherlock doprowadził pewną damę do łez, a John ofukał go jak za najlepszych czasów), urządzić zasadzkę i znów biegać (wpierw za psychopatą, a potem przed nim). Sherlock omal nie oberwał w brzuch wielkim rzeźnickim nożem, kiedy szarpał się z rozpruwaczem, jednak John zdążył na czas. Wybił z ręki mordercy nóż, rzucił się na niego (na mordercę, nie na nóż), niczym rozwścieczone zwierzę, bił się zadziwiająco dobrze. (Leniwe wieczory na kanapie, w towarzystwie pizzy i zaokrąglony brzuszek nie wpłynęły na talenty Johna). Sherlock zapatrzył się i mało nie przegapił momentu, kiedy rozpruwacz jednak dosięgnął noża.

- Sherlock! – krzyknął John. Bandyta zdążył rozciąć mu kurtkę, nim stracił przytomność (Niewiarygodnie mocna głowa – potrzeba było aż trzech silnych ciosów). John leżał na plecach, przygnieciony przestępcą i śmiał się (nerwowo?). Sherlock też się śmiał.

Później John powiedział:

- Kiedy jestem z tobą, nigdy nie wiem, gdzie będę pod koniec dnia.

- Dzięki.

- Uznałeś to za komplement?

- Ma się rozumieć – uśmiechnął się Sherlock. Siedzieli w beczce ze śledziami, czatując na wspólników maniaka. (Nielegalny handel organami, przewidywalne i nudne, ale nie należy wymagać od życia zbyt wiele). John pachniał solą, rybą i Johnem.

- Tęskniłem za tym – wymamrotał John, próbując usadowić się wygodniej. Nadaremnie, jedynie mocniej wygiął rękę, za to jego czoło przylgnęło do policzka Sherlocka.

- Dlaczego ciągle zachowujesz się tak, jakbym dopiero co wrócił?

- Dlaczego zachowujesz się tak, jakbyś nigdy nie zniknął? – odparował John.

„Dlatego, że chcę uwierzyć, że tak było. Że nigdzie nie znikałem". Sherlock nie powiedział tego głośno, ma się rozumieć. Nie chciał wracać myślami do tego okropnego czasu, kiedy był zupełnie sam. Zamiast tego postanowił działać wprost. John często powtarzał, że normalni ludzie rozmawiają ze sobą, omawiają problemy, wyrażają pragnienia, a nie czekają, że ktoś odczyta ich myśli. „Nie wszyscy dokoła są tacy genialni, Sherlock, i nie potrafią wywnioskować wszystkiego po fałdzie na rękawie!" – mówił John. (Niedopowiedzenie stulecia, większość ludzi nie dojrzy oczywistych rzeczy, nawet jeśli im je podsunąć pod sam nos). Sherlock uznał, że moment jest odpowiedni. Przy największych nawet chęciach John nie zdołałby rzucić swojego tradycyjnego „Pójdę się przejść" i uciec. Oto dlaczego Sherlock powiedział (co okazało się trudniejsze, niż przypuszczał):

- Chcę, żebyś ty też mnie kochał, John.

Ze zdenerwowania (głupia emocjonalna niestabilność!) wyraził się niezupełnie precyzyjnie. „Chcę, żebyś kochał także mnie" – tak powinien się wyrazić, przyznając Johnowi prawo do kochania również Hamisha i innych ludzi, skoro tego chce. Sherlocka nazywano egoista tysiące razy (w zasadzie zgodnie z prawdą), ale tak naprawdę nie chciał znów aż tak wiele: tylko aby miłości Johna starczyło również dla niego.

- Chcę, żebyś mnie kochał – oznajmił Sherlock poważnie. Zmieszany John umilkł na dłuższą chwilę, a potem zakpił:

- Tu i teraz? – Wyciągnął zakleszczone między ich ciałami rybie zwłoki. – Sądzę, że to nie jest najlepsza pora.

Sherlock zamierzał odpowiedzieć, ale właśnie wtedy pojawili się przestępcy, a potem nie było już kiedy.

Wrócili do domu już w nocy, załatwiwszy sprawy z policją (głupie przepisy). Obaj śmierdzieli, więc żaden taksówkarz nie zgodził się ich zabrać, a metro już nie jeździło. Kilka minut czekali na autobus, ale potem postanowili iść pieszo. Szli ciemnymi londyńskimi ulicami zmęczeni, brudni i szczęśliwi. John zdjął łuskę z ramienia Sherlocka. Sherlock oddał mu swój płaszcz, gdyż kurtka Johna do niczego się już nie nadawała: z rozcięcia wyłaził poliester i John upodobnił się do wypatroszonego pluszaka. (W dzieciństwie Sherlock postąpił tak z misiem Mycrofta).

- To była fajna randka – powiedział John, kiedy dochodzili do domu. W odpowiedzi na nierozumiejące spojrzenie Sherlocka dodał: - Randka jest wtedy, kiedy ludzie spędzają razem czas, bawią się, chodzą gdzieś. Nie jesteśmy zbyt standardowi, więc raczej głupio byłoby oczekiwać od ciebie czegoś zwyczajnego, prawda?

- Chcesz, żebym cię zaprosił do kina? – spytał Sherlock bojaźliwie, ale John się roześmiał.

- Nie. Obejdziemy się bez tego.

Kiedy wrócili do domu, Hamish jeszcze nie spał. Odrabiał lekcje, rozłożywszy się na dywanie w salonie. Mycroft leżał na kanapie z książką. Wcześniej nie pozwalał sobie na takie rzeczy: Sherlock zadbał o to, żeby Mycroft nie czuł się na Baker Street jak w domu, a John go rozpuścił. Zamieniwszy kilka zdań z Johnem, Mycroft ruszył do domu. Sherlock zagrodził mu drogę, ale Mycroft szturchnął go parasolem i w milczeniu przecisnął się obok. Uparty idiota.

John zapędził Hamish a do spania. Usypiał go jak małe dziecko: siedział obok łóżka i opowiadał bajki. Co za brednie! Sherlockowi nigdy nikt nie opowiadał bajek, nawet jak był młodszy od Hamisha. Już wiadomo czemu chłopakowi roją się w głowie te wszystkie fantazje. Przypomniawszy sobie, że miał zbadać czarodziejską rękę, Sherlock wziął prysznic i położył się do łóżka. Leżał w ciemności, próbując dosłyszeć z dołu stłumiony, spokojny głos Johna. Bajka. Nie odmówiłby. Wystarczyłoby nawet, żeby John zwyczajnie posiedział obok, póki nie zaśnie.

Może wtedy udałoby mu się przespać choć jedną noc bez koszmarów.