Rozdział 8

Trzecia szansa (i wszystkie następne)

Ku niemałej swojej irytacji, Sherlock się spóźnił. Taksówka się wlokła, kierowca odmówił łamania przepisów drogowych nawet po zachęcie w postaci szeleszczącej dwudziestki. (Nic dziwnego, sądząc po jego nadgarstkach i ilości dzieci do wykarmienia, nie powinien ryzykować utraty pracy). Sherlock wyskoczył z samochodu i pobiegł wzdłuż budynku szkoły, w głąb alei, poprzez ugór. Długie nogi – przewaga. Dobra kondycja fizyczna – przewaga. Stracony w korkach czas – nie do nadrobienia. Zawsze o wszystkim decydowały minuty, sekundy. Zawsze.

Szczekanie z tyłu: pies. Sherlock całkiem o nim zapomniał. Widział już w oddali Johna, jego jasną głowę i plecy w brązowej skórzanej kurtce. Obok studni stała nauczycielka Hamisha, ta nieprzyjemna, dzieciolubna kobieta, a koło niej mężczyzna w niebieskim kombinezonie. (Wiek średni, chora wątroba, pali. Szkolny dozorca i konserwator. Zawiesił na ramieniu zwój sznura, porusza się wolno – nie chce ryzykować swoich słabych pleców i schodzić na dół). Sherlock przyspieszył, choć zaczęło go kłuć w boku. John poruszał się jak żołnierz: jego łokcie, krok, postawa. John przybył pierwszy, był szybszy (złość).

Biegł ku studni. Sherlock szybko poskładał okruchy informacji w cały obraz. Hamish wpadł/zszedł do studni, ale nie mógł wyjść. Wydeptana trawa: była tu grupa dzieci, zapewne z jego klasy. Któryś z uczniów zawiadomił nauczycielkę, a ta natychmiast zadzwoniła do Johna. John dzwonił już z taksówki, wybrał pierwszy numer, jaki mu przyszedł do głowy. W sumie Sherlock powinien być z tego zadowolony.

Sherlock widział, jak John odepchnął na bok dozorcę, usiadł na krawędzi studni i przełożył nogi do środka. Nauczycielka złapała go za ramię (bez sensu). Sherlock spóźnił się – jego ręka przecięła powietrze tam, gdzie sekundę wcześniej była głowa Johna. Zniknął w czarnej dziurze tak prędko, jakby postanowił zignorować stopnie i zeskoczyć.

Sherlock naturalnie chciał iść w jego ślady jak najprędzej, jednak rozmyślił się w ostatnim momencie. Rdza, ciężar, upadek na Johna – uszkodzenie kręgosłupa (Johna). Sherlock dał mu piętnaście sekund. Ciągnęły się dręcząco powoli, jak w koszmarach, tylko tym razem na jawie.

Już dotykając pierwszej klamry, Sherlock wiedział, że na dole Hamisha nie ma.

John musiał się przycisnąć do ściany, żeby Sherlock mógł się obrócić w ciasnej przestrzeni. Ciemno i wilgotno, ciężko oddychać. John dyszał płytko i szybko (ryzyko hiperwentylacji). To raczej nie wina biegu.

- Sherlock... – jęknął John. Sherlock oglądał ściany i dno.

- Był tutaj.

- Gdzie się podział? Przecież nie mógł go porwać ten... jak mu tam... potwór!

- Przepraszam...?

- Cholera. Cholera. Cholera! – John zacisnął zęby, przykładając dłonie do czoła. Z góry rozległ się kobiecy głos. John zignorował/nie był w stanie usłyszeć, co krzyknęła Lisa. Zbyt ciemno – trzeba było wyjąć komórkę, żeby oświetlić otoczenie (i twarz Johna).

Jabłko na ziemi. Nadgryzione (I O U). John zobaczył je pierwszy (jak to możliwe?). Zanim zdążył otworzyć usta, Sherlock odparł twardo:

- Nie. On jest martwy.

Moriarty jest martwy. Ile razy to trzeba powtórzyć, żeby samemu uwierzyć? Sherlock nie potrzebuje wierzyć, potrzebne mu fakty, dowody. W idealnej sytuacji: ciało, na którym mógłby przeprowadzić serię badań.

- Jeśli on się ośmieli... – zaczął John. Spojrzenie zabójcy w jego oczach wydawało się nie na miejscu (zachwycające).

- Nie mów głupstw – przerwał mu Sherlock ostro. – I nie wpadaj w panikę. Moriarty nie żyje. A to tylko część szkolnego lunchu. Sądząc z wgniecenia na boku, spadło z góry. A dokładniej, zostało rzucone - Hamishowi albo w Hamisha. Prawdopodobnie to drugie.

Na Johna żal było patrzeć.

- Zabierzemy go z tej szkoły.

- W każdej innej będzie tak samo. – Przykra prawda. John znów potarł czoło, rozglądając się dokoła, jakby się spodziewał, że Hamish gdzieś się tu ukrywa (choć musiałby się w tym celu skurczyć do rozmiarów kilku cali).

- Gdzie on się podział? – znów zapytał John. Stać tutaj, na dole z każdą sekundą było trudniej: wilgoć, duchota, ciemność i ciasnota. A czas płynie.

- Stąd jest tylko jedno wyjście. – Sherlock znacząco popatrzył w górę. – Ktoś pomógł mu się wydostać. Wyjaśnimy, kto.

- Dobrze – westchnął John. Jego spojrzenie (puste) zastygło na poziomie szalika Sherlocka. Jego twarz (nieszczęśliwa) była błękitna w świetle ekranu komórki.

- Znajdziemy go – powiedział Sherlock, gdyż John tego potrzebował.

- Dobrze – powtórzył John, a jego głos był – absolutnie – bezradny. W następnej sekundzie wczepił się w klapy płaszcza Sherlocka i przyciągnął go do siebie. Porażające, jak silne stawało się ciało Johna, kiedy on sam czuł się skrajnie słabym. Możliwe, że to jakaś osobliwa równowaga? John wtulił twarz w zagłębienie szyi Sherlocka, oddychał głośno, jego szczęki były mocno zaciśnięte, ręce drżały lekko. John był nie tylko wystraszony, on był śmiertelnie przerażony. Poważna sprawa, biorąc pod uwagę, że John był bezwzględnie najodważniejszym człowiekiem, jakiego Sherlock kiedykolwiek spotkał.

Z Hamishem będzie wszystko w porządku. Oczywiście. To jedyny sensowny wariant rozwoju wydarzeń.

- Co robić? – wymamrotał John obcym głosem. Sherlock objął go, splatając palce na jego talii. Trzymał go mocno w ciemności i wilgoci wyschniętej studni. Dziewięć sekund.

Potem rozpoczęli poszukiwania.

Wyszli ze studni – John przepuścił Sherlocka przodem. Sherlock zaczął oglądać trawę w poszukiwaniu wskazówek. Kiedy John pojawił się na powierzchni, nauczycielka i dozorca rzucili mu się na pomoc. (Nie pomogli Sherlockowi). Lisa Clover położyła ręce na przedramionach Johna, co odlegle przypominało objęcia. Sherlock nie zwracał na to uwagi. Buldog odchodził od zmysłów, zanosząc się szczekaniem i podskakując u jego stóp. Wczepił się w połę jego płaszcza i zawisł na niej, co bardzo przeszkadzało przy przeciskaniu się przez zarośla ku ulicy - w poszukiwaniu ważnych detali. Sherlock znalazł pomiętą stronicę z podręcznika i rozkazał psu:

- Szukaj! – i tu zdał sobie sprawę z bezsensu swojego polecenia. Buldog popatrzył na niego, jak na Andersona.

Sherlock wziął ślad prędzej (nie żeby postanowił konkurować z psem, oczywiście, że nie). Byli już w drodze, kiedy nierozgarnięta siostra Johna zdecydowała się napisać wiadomość.

Rodzinny dom Johna... Sherlock był zdumiony, kiedy go ujrzał. W głębi duszy wydawało mu się, że John nigdy nie był dzieckiem, nie istniał do tego dnia w Barts. Oczekiwano ich – drzwi nie były zamknięte (uderzająca lekkomyślność). Już w korytarzu Sherlock usłyszał włączony telewizor i przytłumione głosy. John niemalże biegł, więc Sherlock nie zatrzymywał się, by obejrzeć dom. Każda plamka na ścianie, każda rysa na framudze opowiadała coś o życiu Johna, jego dzieciństwie i młodości – Sherlock rozdarty był między pożądaniem zyskania takich wskazówek a pragnieniem pozostania w niewiedzy, aby potem, kiedy John sam wszystko opowie, okazało się to wszystko tym cenniejsze.

Hamish, Harriet i jej narzeczona siedzieli przed telewizorem wprost na podłodze. Przed każdym z nich stała czerwona puszka coli. Z telewizora niosła się hałaśliwa muzyka, ale nikt na niego nie zwracał uwagi. Sherlock obrzucił Hamisha uważnym spojrzeniem – oczywiście od razu wiedział, że nie ma się czym martwić, ale i tak wolał się upewnić, że Hamish jest cały i zdrowy. No, prawie, ale kontuzja lewej nogi minie maksimum w ciągu dwóch dni. Hamish wyglądał na zadowolonego z życia, uśmiechał się i tasował talię kart. Cudownie! Wszystkie plebejskie radości życia na raz. Sherlock zrozumiał, że Harriet nie traciła czasu i deprawowała ich syna na całą parę.

- Telewizja ogłupia, a większość gier karcianych jest prymitywna – zauważył, wchodząc do pokoju. John rzucił się ku Hamishowi i złapał go za ramiona, sprawdzając, czy nie jest pokaleczony.

- Uspokój się, nic mu nie jest – odezwała się Harry do brata. – Ciebie też miło widzieć, panie Nudziarz.

- Jak się czujesz? – cicho zapytał John Hamisha, jakby w pokoju nie było nikogo prócz nich. Hamish rzucił Harry mroczne spojrzenie, więc Sherlock uznał za stosowne sprostować:

- To nie ona cię wydała. Zadzwoniła do nas nauczycielka.

- Jak się czujesz? – powtórzył John uparcie. Hamish spuścił wzrok na karty w swoich rękach i odparł cicho:

- W porządku.

Wtedy John go zamknął w tych swoich krzepkich, rozpaczliwych objęciach, jakie Sherlock miał okazję kilka razy odczuć na sobie. Harry i jej narzeczona wymieniły uśmiechy. Sherlock nagle poczuł się całkiem zbyteczny. Na szczęście partnerka Harry zakończyła tę melodramatyczną scenę, przedstawiając się (jakby kogokolwiek interesowało jej imię). John przypomniał sobie o zasadach dobrego wychowania i zaczął przepraszać, że nie znalazł czasu, by zapoznać się z nią wcześniej i za to, że Hamish narobił im kłopotu (i naturalnie za buldoga, który podniósł łapę, by obsikać stojącą lampę).

John chciał natychmiast jechać do domu, ale Harry zawołała wszystkich do kuchni. Sok i kanapki. Żadna z tych kobiet nie umie gotować – Sherlock poczuł pobłażliwą litość dla tej pary. John przynajmniej potrafi przyrządzić ragout albo jakieś – brrr – warzywa. Sherlock nie był pewien czy zaproszenie obejmuje również jego – oczywiste, że Harry i Eryka niechętnie widziały go w swoim domu – jednak usiadł przy stole i pozwolił Johnowi trochę się sobą poopiekować. Kawa z dwiema kostkami cukru (obrzydliwa, ale Sherlock tego nie powiedział). John dopilnował, żeby obaj – Sherlock i Hamish – zjedli po kanapce. Skurcze w brzuchu: głód, oczywiście! Nie na tyle silny, by przeszkadzać, więc Sherlock zwyczajnie o nim nie pamiętał, póki John nie spytał: „Kiedy ty ostatnio jadłeś?". (Wczoraj rano, nieistotne).

- A więc przygarnęliście psa? – zagadnęła Harry, odczekawszy, aż Sherlock zacznie przeżuwać i nie będzie mógł wziąć udziału w rozmowie. – John, czy ty się przypadkiem nie boisz psów, po tym wypadku z gigantycznym brytanem? Pisałeś o nim na blogu, pamiętasz?

- Co? Nie! Skąd ci to przyszło do głowy? Nie boję się psów. Poza tym my go nie przygarnęliśmy, prawda, Sherlock? – John spojrzał na niego. – O.

- Napiszemy dla niego osobne zaproszenie – zachichotała Eryka, podkarmiając buldoga pod stołem kawałeczkami sera (słabe poczucie humoru, wegetarianka, artystyczny zawód, raczej rzeźbiarka niż malarka, skłonność do emocjonalnych wybuchów, wątpliwe by małżeństwo przetrwało dłużej, niż dwa lata). Sherlock drgnął, poczuwszy na sobie gniewny wzrok Harry.

- Przestań ją prześwietlać – rzuciła gniewnie.

- Nie wiem o czym mówisz.

- Wiesz. To twoje Spojrzenie. Nie lubię, kiedy tak robisz. Nikt nie lubi! Dlatego bądź tak łaskaw i postaraj się poskromić swoją wszechwiedzącość na ślubie – nie chcę, żebyś straszył gości.

- Tak, to... ekhm... – John zmieszał się i Harry z oburzeniem uniosła brwi (upodabniając się do Donovan).

- Nie powiedziałeś im o zaproszeniach?

- Nie mów głupstw – powiedział Sherlock. – Oczywiście, że wiemy. Nudna uroczystość w następną niedzielę. Weselny namiot, papierowe lampiony i szampan bezalkoholowy – sztampa. Przyjdziemy.

Zaproszenia były schowane w podręczniku medycyny. John postawił go na półce, ale lekko wysunął. Ciekawe, kiedy zamierzał powiedzieć? Czy w ogóle zamierzał? To nie miało znaczenia.

John popatrzył na Sherlocka z wdzięcznością i nieco gniewnie.

- Mam smoking – dodał Sherlock obronnie i Eryka roześmiała się (doprawdy, wątpliwe poczucie humoru).

Hamish był cichszy od wody i niższy od trawy, mając nadzieję, że o nim zapomną (na próżno). Dotarli na stację metra, jechali w tłoku, przyciśnięci do ciemnego szkła, za którym migało ożebrowanie tunelu. (Godzina szczytu, kieszonkowiec na końcu wagonu korzystał ze ścisku, ale był zbyt nudny, żeby marnować na niego czas). Sherlock oparł dłonie o szybę ponad ramionami Johna, odgradzając jego i Hamisha od tłumu.

- Zdajesz sobie sprawę, że zostaniesz ukarany? – spytał John Hamisha. – Poważnie, co ci w ogóle strzeliło do głowy...? Wydawało mi się, że jesteś wystarczająco dorosły!

- Wystarczająco dorosły do czego? – odparł Hamish wyzywająco i Sherlock wyjaśnił:

- Wystarczająco dorosły, żeby nie wpadać. – John miał na myśli coś innego, ale Hamish zrozumiał. Skinął głową, poważnie patrząc Sherlockowi w oczy. Potem spochmurniał.

- Tato, moje rzeczy...

- Zabrał je ten, kto ci dał telefon – przerwał mu Sherlock. W odpowiedzi na zdumione spojrzenie Hamisha (pora uczyć go też dedukcji, a nie tylko sztuk walki) dodał: - To oczywiste. Rusz mózgiem.

Pociąg się zatrzymał, ludzie zaczęli wychodzić z wagonu, potrącając Sherlocka. John musiał owinąć pięść smyczą i mocno trzymać, żeby wredne psisko nikogo nie ugryzło.

- Czyli faktycznie przygarnęliśmy psa? Dzięki, że mnie zapytałeś o zdanie. Myślę, że w naszym domu długo nie przetrwa. Znikający królik miałby więcej szans.

- Nie mów, że się naprawdę boisz.

John poczerwieniał.

- Tak nawiasem, byłem na wojnie! Dlaczego miałbym bać się psów?

- Dobrze jest stawić czoła swoim lękom.

- Strzelano do mnie, porywano, próbowano wysadzić w powietrze i przedziurawić cyrkową strzałą...

- My z Hamishem cię obronimy, jeśli ładnie poprosisz.

- ... a poza tym to psisko w Dartmoor nawet nie było prawdziwe – to wszystko twoje durne eksperymenty i głupi narkotyk...

- W każdym razie, myślę, że się zaprzyjaźnicie.

John westchnął (poddał się).

- A na spacery oczywiście będę go wyprowadzał ja?

Oczywiście.

John miał jeszcze słabą nadzieję, że pani Hudson wyrazi sprzeciw, jednak ta była zachwycona.

- Jak cudownie, że nareszcie zdecydowaliście się na ten krok! Wszystkie pary wcześniej czy później biorą psa – oznajmiła. Jakby tego, że mieli już dziecko, było za mało. – Ci od pani Turner niedawno kupili sobie pieska, takiego malutkiego, no, jakże się nazywa ta rasa... Taki podobny do kudłatego szczura. Ubierają go w śliczne ubranka, żeby nie zmarzł. – Pani Hudson już pewnie obmyślała, jakie ubranko będzie najlepiej pasowało do buldoga: miniaturowy sweter czy czarne psie palto. – Ale wasz pies podoba mi się bardziej. Wiecie, jest taki... patriotyczny!

Zabawne, że to powiedziała. Buldog od pierwszej chwili zakochał się w poduszce z brytyjską flagą: wpierw ją podlał, a potem był aktywny seksualnie. (Określenie Sherlocka; wyraził też przypuszczenie, że pies ma skłonności do fetyszyzmu i tym bardziej należy go nazwać „Mycroft". John jednak nie chciał uznać tej logiki).

Psisko okazało się rzeczywiście złośliwe. Trzeba było mu oddać do dyspozycji salon. Na swoich krótkich łapkach buldog nie mógł wdrapać się po schodach, więc najbezpieczniejszą strefą stała się sypialnia Sherlocka (przedtem sypialnia Johna, a obecnie wspólna). Johna trochę niepokoiło to, że muszą spać w jednym łóżku. Spodziewał się, że Sherlock będzie się do niego kleić, czy coś w tym rodzaju – beznadziejnie głupio. Jedyne, co Sherlock robił to zarzucał na niego swoje długachne, ciężkie nogi we śnie. Czasami nocą Sherlock jęczał albo krzyczał, a wtedy John mamrotał coś uspokajającego, nawet nie do końca się budząc. Ostatnio zdarzało się to coraz rzadziej i John pomyślał, że wkrótce przejdzie całkiem.

Rankami spierali się, kto pierwszy ma zejść na dół. John musiał uzbrajać się w mopa, żeby bronić się przed psem, który przed spacerem był szczególnie agresywny. Hamish wysunął przypuszczenie, że buldog, kiedy zamordowano jego poprzednich właścicieli, spróbował ludzkiej krwi i od tej chwili stał się psem-ludojadem. Hamisha z jakiegoś powodu to wyjątkowo cieszyło. Zrobili zebranie rodzinne, żeby wybrać psu odpowiednie imię. Sherlock upierał się przy „Mycroft" ewentualnie „Anderson" (głupi i złośliwy). Hamish uważał, że imię psa powinno wyrażać indywidualność buldoga, jego świat wewnętrzny. John jednak uznał, że „Korekcyjna Rekapitulacja" nie jest najlepszym imieniem dla psa. Napisał do Grega prośbę, czy dałoby się sprawdzić, jak buldoga nazywali świętej pamięci właściciele i wkrótce na psiej obroży pojawiła się zawieszka, trochę podobna do żołnierskiego nieśmiertelnika, z wybitym napisem „Gladstone". To imię wydawało się głupie i nie podobało się nikomu, co John uznał za sprawiedliwy kompromis.

Chociaż Mary nadal nie mogła wrócić do pracy, John rozmówił się z kierownictwem i oświadczył, że zamierza pracować na pół etatu. Teraz, kiedy Sherlock znów rozwiązywał sprawy, nie cierpieli niedostatku i John chciał więcej czasu spędzać z rodziną.

Ze swoją dziwną, zwariowaną, ukochaną rodziną.

Bardzo się denerwował z powodu nadchodzącego ślubu. (Harry dała mu do zrozumienia, że powinien przygotować przemówienie). Choć Sherlock wspominał o białych namiotach i papierowych lampionach, John oczekiwał raczej muzyki etnicznej, tortu marchewkowego i bezpłatnych tatuaży henną dla chętnych gości. Zamierzał iść po prostu w zwykłych spodniach i koszuli, ale Molly go zawstydziła. W przeciwieństwie do Sherlocka, John nie posiadał smokinga, więc trzeba było się udać do wypożyczalni – i co? Sherlock odkrył w kieszeni jakiś wymięty papierek, odebrał Johnowi ubranie i biegał z nim po mieście przez cały dzień, a wieczorem wrócił ogromnie zadowolony (bez smokinga) i oświadczył, że odkrył sieć handlarzy bronią. John musiał zapłacić słoną karę w wypożyczalni i nie zaryzykował wzięcia drugiego smokinga. Dlatego podarunek od Mycrofta – przesyłka przyszła na Baker Street w przeddzień ślubu – była bardzo na miejscu. Nawet Sherlock z aprobatą zauważył, że jego brat ma całkiem znośny gust odzieżowy. Granatowy garnitur nie wydawał się zbyt oficjalny, a jednocześnie był dostatecznie świąteczny. John wiedział, że tak bywa tylko z drogimi rzeczami i nie zaryzykował sprawdzenia ceny prezentu.

Przypomniał sobie, że zamierzał porozmawiać z Sherlockiem na temat jego wyskoku ze zwrotem długu Harry. Udało się uniknąć awantury.

- Co to było? – zapytał John kpiąco. – Dobroczynność?

Sherlock uniósł brew.

- Alimenty.

Johnowi starczyło poczucia humoru, żeby się roześmiać i zamknąć temat.

W niedzielę rano ubrał się i zajrzał do sypialni, żeby ponaglić Sherlocka. Ten był już odziany w czarny smoking, ale nie wyglądał głupio, jak każdy inny człowiek na jego miejscu. (John w smokingu byłby podobny do pingwina). Włosy Sherlocka były w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, co znaczyło, że próbował je wyszczotkować. Stał przed lustrem, wysoki i bardzo szczupły, i mierzył niezadowolonym spojrzeniem swoje odbicie. John stanął obok, poprawiając kołnierz koszuli.

- Wiesz, że nas prawdopodobnie zmuszą do tańca? – odezwał się, starając się, by zabrzmiało to beznamiętnie. Sherlock rzucił mu roztargnione spojrzenie.

- Umiem tańczyć – zabrzmiało to wyniośle i bardzo nieprzekonująco. John wyobraził sobie, jak Sherlock krąży z nim po parkiecie, złapawszy za ramiona, jak wówczas, gdy starał się wydobyć z jego pamięci symbole graffiti. – To była niepotrzebna umiejętność – przyznał Sherlock z westchnieniem.

- Skasowałeś to?

- Nawet nie traciłem czasu, żeby się nauczyć. To nic, ściągnę z sieci krótki kurs na wideo i przejrzę w drodze. – Sięgnął po telefon, lecz John powstrzymał go, biorąc za rękę.

- Spokojnie. Będziemy improwizować. Nie pierwszy raz przyjdzie nam głupio wyglądać.

Całkiem jakby to nie było głupie samo w sobie: dwóch tańczących ze sobą mężczyzn, przy czym jeden wysoki jak wieża, a drugi... umiarkowanego wzrostu.

No dobrze, praktycznie skrzat. Hobbit – jak go nazywała Harry w dzieciństwie. John westchnął, patrząc z urazą na odbicie Sherlocka.

- Czas na nas. Zapakowałeś garnitur Hamisha? Co ja mówię... Oczywiście, że nie. Dobrze, daj mi dwie minuty.

- Wszystko spakowane – oświadczył Sherlock, zadowolony z siebie. – I garnitur zapasowy, na wypadek, gdyby Hamish dobrał się do pierwszego.

Hamish przysięgał, że potnie na kawałki, obleje kwasem albo spali marynarkę i muszkę, na które nalegał John. Sherlock wyjaśnił, że to normalny objaw. On w dzieciństwie również nienawidził oficjałek i pewnego razu nawet zjawił się na gwiazdkowym balu dobroczynnym mamusi w T-shircie z napisem „Elvis żyje". John wiele by dał, żeby zobaczyć Sherlocka w koszulce, choć wątpił, by ten widok przebił Sherlocka w prześcieradle w pałacu Buckingham. John miał spore szanse zobaczyć tę legendarną koszulkę; zresztą Sherlock mógłby też włożyć tę głupią czapkę myśliwską albo skórzane stringi, czy cokolwiek innego w formie protestu, gdyż nadchodziły złe dni: Mycroft zawiadomił ich, że „mamusia jest w mieście i chce zobaczyć wnuka". John starał się nie myśleć o tym, jak o katastrofie w skali uniwersalnej (choć nie było to łatwe).

Zeszli na dół, pani Hudson zaczęła ochać i achać, a potem kazała im stanąć obok siebie i zrobiła zdjęcie. Całkiem jakby się wybierali na bal maturalny, tylko John nie wiedział, który z nich w takim wypadku powinien włożyć na rękę kwiatową bransoletę.

Stwierdził, że w sumie to go zupełnie nie obchodzi. W życiu i bez tego jest dosyć powodów do zmartwień. Poważnych, prawdziwych powodów – i nie warto sobie wymyślać nowych.

Hamish wyglądał już na za dużego, żeby chodzić do szkoły podstawowej1, chociaż doktor Heartless zapewniał, że w ciągu ostatniego półrocza akceleracja wzrostu spadła o sześćdziesiąt procent. Byłoby rozsądniej przenieść Hamisha do innej szkoły, ale ten niespodziewanie uparł się, że zostanie w starej. John podejrzewał, że wiąże się to z Benedictem. Nieszczęsny chłopiec nie podejrzewał, że Hamish postawił sobie za cel zrobić z niego swojego przyjaciela, a uporu Watsonom (i Holmesom) nigdy nie brakowało.

Dojechali do szkoły. Sherlock rzucił z obrzydzeniem coś w rodzaju: „Szkoła, która działa nawet w niedziele! Czy ci ludzie nie mają już nic innego do roboty?" i Johna ugryzło sumienie, kiedy przypomniał sobie, że powinien być wśród tych ludzi. Becky była bardzo zajęta, instruując komitet rodzicielski, więc tylko przerwała na sekundę, by pomachać Johnowi i spojrzeć z zachwytem na jego strój. Sherlock burknął: „Za mną" i pociągnął go dokądś w tłum. Dość prędko zobaczyli syna, który manipulował przy projektorze, żeby przedstawić swoje badania. Tyczkowaty Ben kręcił się obok, kpiąco komentując wysiłki Hamisha. Ten był pochmurny – miał jakieś problemy z projektorem – lecz nagle, po jakiejś wypowiedzi Bena rozjaśnił się w szerokim uśmiechu. John i Sherlock wymienili spojrzenia, a detektyw przewrócił oczami.

- Tylko nie wystrasz biedaka swoim entuzjazmem. Jeśli zwabisz go do domu i przykujesz łańcuchem do kaloryfera, żeby przyjaźnił się z Hamishem, tylko wszystko zepsujesz. Uwierz mi, Mycroft próbował.

- Nie będę nawet pytał – mruknął John, a potem skierował się do stołu z poczęstunkiem. Do rozpoczęcia prezentacji zostało jeszcze piętnaście minut, a potem muszą złapać Hamisha i jak najszybciej popędzić do wyjścia. John nie wiedział dokładnie, co ten postanowił pokazać, ale podejrzewał, że to wzbudzi ogólny skandal i oburzenie publiczności.

Sherlock oczywiście był zorientowany, ale nie dopuścili Johna do swoich planów. Cały tydzień Sherlock z Hamishem przygotowywali się do konkursu. Kiedy by John nie zajrzał do pokoju syna, zawsze widział dwie kędzierzawe głowy pochylone nad stertą kartek albo jego notebookiem. A sam Hamish do niedawna ostentacyjnie ignorował Johna z powodu Wielkiej Awantury Lodówkowej.

Kiedy John powiedział, że Hamisha czeka kara, nie żartował. Nie tym razem – dość pobłażania! John uzbroił się w wielki worek na śmieci i usunął z lodówki wszystko, co nie było jedzeniem. Sherlock rozumnie wolał się nie kłócić i zrejterował do kostnicy, za to Hamish urządził koszmarną scenę i próbował zaminować dojścia do lodówki, tak że trzeba było wezwać odsiecz w postaci Grega Lestrade'a. Bitwa kuchenna rozgorzała w całej pełni. W końcu Hamish został zamknięty w swoim pokoju, wyczerpany Greg wymamrotał, że potrzebuje papierosa i uciekł, a John zajął się sprzątaniem.

Nie dał się wziąć na litość, nawet kiedy do wycia Hamisha dołączył Gladstone (biedak ukrył się pod stołem na czas pogromu). Chwyciwszy wyschniętą rękę, John chwilę się zawahał. Ręka wyglądała okropnie i zarazem dziwnie żałośnie z dwoma samotnie sterczącymi palcami. John wyśmiał własną sentymentalność, ale głupio byłoby przepuścić taką okazję. Dlatego John odłamał suchy, sękaty palec.

W głowie miał pustkę. Nie wiedział, o co miałby poprosić Wszechmocną Rękę. Miał wrażenie, że jego życie jest opromienione słońcem, tak jak kuchnia, w której się znajdował. Wreszcie wszystko się ułożyło, ale John się nie oszukiwał, wiedząc, że w każdej chwili może spaść na niego lawina nowych problemów. Tego dnia, kiedy Sherlock wrócił, John uznał, że teraz wszystko będzie dobrze, a już po tygodniu był głęboko nieszczęśliwy. Całe jego życie przypominało rollercoaster, a na szczególnie ostrych zakrętach zamierało serce. Adrenalinowy narkoman w głębi Johna był zadowolony.

John starannie się zastanowił i życzył sobie, by on i Hamish, i Sherlock mieli zawsze w zapasie drugą szansę. I trzecią, i czwartą... Tyle ile trzeba.

Z uśmiechem rzucił zmumifikowaną kończynę do worka. Nie spodziewał się, że Gladstone przechwyci nieszczęsną rękę w powietrzu - robiąc iście cyrkowy wyskok – po czym ucieknie z nią gdzieś w głąb mieszkania. Pogoń za buldogiem nic nie dała. Gladstone zdążył ukryć swoją zdobycz. No cóż, prędzej czy później ręka się znajdzie, choćby po zapachu, stwierdził John. Poza tym pies też zasługiwał na jedno życzenie.

Przecisnąwszy się przez tłum rodziców, John napełnił dwa tekturowe kubeczki jadowicie różowym ponczem. Musiał bardzo uważać i lawirować w tłoku, żeby się nie ochlapać. Sherlock czekał na uboczu, całym sobą demonstrując smętek i znudzenie.

- Bezsensowna strata czasu. Jeśli tu nikt nikogo nie zabije, to będzie zmarnowany dzień – oznajmił Johnowi surowo. Stojąca obok dama obejrzała się na Sherlocka bojaźliwie, a John posłał jej uprzejmy uśmiech.

- Trzymaj. – Wepchnął Sherlockowi do ręki kubek, rozkoszując się wyrazem zdumionego obrzydzenia na twarzy przyjaciela. – Przyszliśmy kibicować Hamishowi, więc nie marudź i bądź grzeczny. Wytrzymaj jeszcze pół godzinki, a potem będzie się można stąd zmyć.

- Cała nadzieja w tym, że na ślubie zdarzy się coś nieprzewidzianego. Choćby mały, malutki, nędzny akt terrorystyczny – powiedział Sherlock posępnie, a John parsknął:

- Rozmarzyłeś się!

Odwrócili się od siebie, próbując zachować powagę. Ze wszystkich stron spoglądali na nich zaniepokojeni rodzice. Jednak John czuł, jak jego wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu – takim samym jak ten na twarzy Sherlocka.

Sherlock zaczął obserwować obecnych, a John poszedł za jego przykładem. Najbardziej interesowali go chłopcy z klasy Hamisha. Któryś w ostatniej chwili poprawiał swój projekt, inni beztrosko gadali albo chodzili za swoimi rodzicami po obszernym holu. Wszyscy wyglądali na wspaniałe dzieci: wielkogłowe, energiczne, uśmiechnięte chłopaczki z podstawówki – tacy, jacy powinni być. Johna mdliło na samą myśl, co mogli – i nadal mogą – wyprawiać z Hamishem tylko dlatego, że różnił się od innych ludzi. Który z tych dzieciaków rzucił w niego jabłkiem? Co poleci następnym razem - kamień? Czego można oczekiwać w gimnazjum? Sherlock widocznie wyczuł napięcie Johna, ale zinterpretował je po swojemu.

- Wszystko będzie dobrze – powiedział, wskazując w kierunku projektora.

- Nieprawda.

- No dobrze, to będzie katastrofa. Ale przecież jesteśmy gotowi na taką ewentualność? – Sherlock wzruszył ramionami. Popatrzył Johnowi w oczy, usiłując dodać mu otuchy. Warto było spróbować.

- Właściwie myślałem o czym innym. Wyśledzisz ich, prawda? Czy już to zrobiłeś? Tych, którzy mu dokuczają.

- Możliwe. I co? Zamierzasz urządzić rzeź niewiniątek? Pogadać z nimi po męsku? Nie sądzę, żeby to zadziałało, będzie tylko gorzej. – Sherlock mówił tak, jakby doskonale to wiedział. Oczywiście, że wiedział. Zawsze wie.

John westchnął.

- Może masz rację. W każdym razie jeśli Hamish dzisiaj wysadzi szkołę w powietrze, to nie będzie musiał tutaj wracać.

Pospiesznie musieli wmieszać się w gromadę ludzi i odsunąć pod ścianę, gdyż nauczyciel historii zobaczył Johna i zaczął się z uporem przeciskać w jego stronę. Gdzieś w pobliżu czaił się również nauczyciel przyrody, który już od dawna chciał omówić z Johnem „pewne sprawki Hamisha". I jeszcze paru innych wykładowców. Wszyscy oni regularnie wzywali Johna do szkoły na rozmowy, a ten bezwstydnie się wykręcał, usprawiedliwiając nawałem pracy. Teraz miał zamiar trzymać się jak najdalej od ciała pedagogicznego. Psycholog okazała się sprytniejsza od reszty, co w sumie nie powinno dziwić. Pulchna ciemnowłosa kobieta przedstawiła się jako Anita Flores, mocno uścisnęła dłoń Johna, a potem tę samą operację powtórzyła z subtelnymi palcami Sherlocka. Oznajmiła, że Hamish jest zdumiewająco utalentowanym dzieckiem i czeka go wielka przyszłość. John gotów był słuchać tego w nieskończoność, ale panna Flores ograniczyła się do kilku zdań, a potem podeszła do innych rodziców (pewnie po to, by im powtórzyć to samo o ich cherubinku). Johna złapał pod łokieć mężczyzna z błyszczącą łysiną.

- Aha! Pan Watson, jak sądzę? – spytał i zabrzmiało to złowieszczo. Ku wielkiej uldze Johna akurat w tym momencie Becky weszła po kilku schodkach na niewielki podest, by ogłosić rozpoczęcie konkursu projektów naukowych. Mamrocząc usprawiedliwienia, John wyrwał się z uchwytu, złapał Sherlocka za rękę i zaczął się przeciskać między gośćmi, starając się być jak najbliżej stołu Hamisha i jednocześnie niedaleko wyjścia na wypadek potrzeby natychmiastowej ucieczki.

John miał tylko niewielką nadzieję, że zdoła zapłacić za szkody, jakie wyrządzi Hamish. Jak zawsze, nawet w przybliżeniu nie domyślał się, co zamierza zademonstrować jego nieprzewidywalny, utalentowany syn. Mógł tylko marzyć w głębi duszy, że będzie to solo na tamburynie.

Hamish udawał, że wcale się nie denerwuje. Mdliło go od samego rana, ale to może od tego niebieskiego dymu, który wydzielił się w procesie eksperymentu, jaki przeprowadził o świcie.

I jeszcze obok był Ben.

Ben. Skomplikowany przypadek. Hamish wciąż jeszcze nie rozumiał, jakie mechanizmy jego zachowania przyciągają ludzi, a jakie odrzucają. Mógł robić zdumiewające rzeczy – wynajdywać trucizny albo robić autopsje zdechłych wron – a ludzie mieli wobec niego wrogie uczucia. A potem nie robił nic szczególnego – po prostu siedział w studni i czekał na pomoc – a z jakiegoś powodu wzbudzał sympatię postronnego człowieka. Wszystko to było zbyt złożone i sprzeczne, by Hamish zdołał przeanalizować sytuację i znaleźć sposób na to, jak utrzymać nowego przyjaciela przy sobie. Mógł mieć tylko nadzieję, że magia Ręki zadziała. Poprzednim razem zawiodła, ale przecież nawet Ręka może się pomylić.

Hamish podszedł do Bena następnego dnia. Tata poradził, żeby podziękować, oddać telefon, no i odebrać swoje rzeczy. Ben podał Hamishowi Dziennik Obserwacji.

- Przeczytałem – powiedział niedbale. Hamish odpowiedział jeszcze bardziej niedbale:

- No i co myślisz?

- Że jesteś zupełnym świrem – odparł Ben. Hamish zdziwił się. Nie wiedzieć czemu liczył, że Ben powie „wstrząsające" albo chociaż „obłędne". A Ben ciągnął dalej:

- Nie dopisałeś, co to za eksperyment z włosem Włosa?

- O, już go zakończyłem. Dziś zapiszę. Będziesz chciał przeczytać?

- Zobaczę. – Ben uśmiechnął się nieznacznie.

I tak się zaczęło. Kiedy Hamish opowiedział o tym Anicie, ta ucieszyła się, jakby wygrała milion na loterii. (Numery na loterii łatwo obliczyć. Hamish postanowił, że zajmie się tym przed Bożym Narodzeniem, żeby kupić tacie i Sherlockowi normalne prezenty). Hamish wolał nie cieszyć się przedwcześnie: kto wie, czym to się skończy? Nie chciał po raz drugi nastąpić na te same grabie. Człowiek nie zostaje niczyim przyjacielem automatycznie – tak powiedziała Anita. Świat jest głupio urządzony! Hamish postanowił, że nie powtórzy swojego błędu i nie będzie za bardzo ufał Benowi, nim razem nie powąchają kilka razy prochu. Hamish spytał Sherlocka, ile oni z tatą potrzebowali strzelanin, ale Sherlock odpowiedział: „Jesteśmy szczególnym przypadkiem". No i zrozum tu, człowieku, co on miał na myśli.

Przy okazji, Gryz był trzecim w kompanii. To właśnie on zawołał nauczycielkę do studni, kiedy uwolnił się wreszcie od towarzystwa swoich „nowych przyjaciół". Za to później dostał pełen plecak budyniu i ogryzki w kapturze kurtki. Odcierpiawszy za słuszną sprawę, uznał, że odkupił swoją winę i włóczył się za Hamishem, jakby nigdy nic. Niezbyt pewny przyjaciel, ale niezły obiekt do eksperymentów. Dlatego Hamish przemyślał sprawę i postanowił dać zdrajcy drugą szansę. Poza tym jego kosmiczne jedzenie nawet Ben uznał za „obłędne".

Ben nazywał siebie kosmonautą, a Hamisha – przybyszem z kosmosu, co brzmiało nie tak znów obraźliwie. Z czasem Hamish nawet zaczął odpowiadać tym, którzy mu dokuczali: „Pozdrawiam was, Ziemianie!" albo „Przybywam w pokoju" tak grobowym głosem, że nikt nie miał wątpliwości, iż nie przybył w pokoju tylko raczej w najeżonej laserami kosmicznej korwecie.

Bardzo często Ben nazywał go „głupkiem", „loczkowatym łbem" albo nawet „śmierdzącą landrynką" w chwilach wyjątkowego rozdrażnienia. Hamish zaś, poznawszy Bena lepiej, zrozumiał, że jest on dokładnie taki, jakim mu się wydawał od pierwszego spojrzenia: strasznie rozpieszczony, chełpliwy, wredny, ograniczony homo debilicus, zamieniający wulgarne słowa na nazwy słodyczy. Czasami Hamish był tak zmęczony swoim nowym przyjacielem, że wróciwszy ze szkoły padał na kanapę twarzą w dół i tak leżał do samego wieczora. Tata się nie wtrącał, tylko pewnego razu powiedział ostrożnie:

- Wydawało mi się, że przyjaciele powinni się chociaż trochę... lubić?

- Jesteśmy szczególnym przypadkiem – odparł Hamish. Jakby w jego życiu cokolwiek mogło być nieszczególne.

Wciąż nie mógł włączyć projektora, a Ben kręcił się obok. Z jego projektem wszystko było w porządku: postanowił przynieść swojego Silvera (głupie imię dla jaszczurki, choć nie gorsze od „Gladstone"). Dziwna jaszczurka reagowała na muzykę country, zaczynając chaotycznie się poruszać. „Chaotyczny ruch" to określenie Hamisha, Ben uporczywie nazywał to „tańcem". Tańcząca jaszczurka – sukces gwarantowany. Szczerze powiedziawszy, nie był to żaden projekt naukowy – Ben przecież nie wynalazł Silvera, ani nawet go nie wytresował, jednak widowisko było tak niesamowite, że Hamish się nie czepiał.

- Wiesz, oni mogli go zepsuć – zauważył Ben od niechcenia, zaglądając to przez lewe ramię Hamisha, to przez prawe i sapiąc mu nad uchem.

- Jacy „oni"? – zapytał Hamish, sprawdzając kabel i po raz setny próbując się podłączyć.

- No, oni... – Sugestia w słowach Bena była aż gęsta. – Któryś z nich. No wiesz.

- Nie wiem.

- Żebyś nie mógł wystąpić.

- Projektor dał mi pan Cruets.

- No właśnie! Nauczyciele przecież się domyślają, że ty znów wywiniesz jakiś numer.

Hamish na sekundę oderwał się od swojego zajęcia, żeby popatrzeć na Bena z powątpiewaniem.

- Oni przecież nie wiedzą, jaki mam projekt.

- Za to znają ciebie.

Hamish powrócił do aparatu.

- Teoria spiskowa, tak? – mruknął z zaciekawieniem. – Wydaje ci się czasami, że ktoś wpatruje się w twoje plecy?

- Oj, zamknij się. Dali ci zepsuty projektor. Po prostu pogódź się z tym i daj mu spokój! Albo poproś o pomoc. Tam jest panna Clover...

- A niech ją... – powiedział Hamish. Głupi projektor nie chciał się włączyć. Tata z Sherlockiem powinni się pojawić lada chwila, Molly też mówiła, że zajrzy. Mycroft był zbyt zajęty, ale obiecał, że popatrzy przez Oko. Dziwne, że pani Hudson nie przyszła na tym głupim konkursie, żeby też być świadkiem jego klęski!

Hamish zrobił głęboki, długi wdech, tak jak uczyła go Anita i książki o samokontroli.

Tak. Teraz. Wszystko się uda.

- Patrz, tam jest mój tata! – krzyknął Ben, tak nagle i głośno, że Hamish się wzdrygnął. Zbyt wiele entuzjazmu z powodu tak zwykłej informacji, jak na jego gust. Podniósł wzrok i spojrzał tam, gdzie patrzył Ben. Nic szczególnego: mężczyzna w jasnym płaszczu rozmawiał przez komórkę, patrzył na nich i się uśmiechał. Ben pomachał do niego, ni to się witając, ni to przyzywająco. Hamish odwrócił się, żeby zerknąć na mamę Bena – jej reakcja była przewidywalna i nudna. Hamish wrócił do manipulacji przy projektorze, lecz Ben trącił go w łokieć (znowu).

- A gdzie jest twój?

Hamish rozejrzał się w tłumie i zauważył dwie znajome głowy w okolicach wazy z ponczem. John i Sherlock wymieniali porozumiewawcze spojrzenia i chichotali jak para nastolatków. Hamish wzniósł oczy ku sufitowi.

- O, tam – burknął, naciskając przełączniki na panelu.

- Który? – Ciekawość Bena była zrozumiała. Na pewno chciał zapamiętać podejrzanego typa, który podrywał jego matkę i zadbać, żeby trzymała się od niego z daleka.

Hamish znów podniósł wzrok i zamyślił się, ale tylko na sekundę.

- Właściwie to obaj – rzekł stanowczo i w tej samej chwili projektor ruszył.

Naturalnie jego projekt nie został doceniony. Któż by chciał poznawać tajemnice łysiny pana Titsa, szczegóły życia osobistego dyrektorki i brudne sekrety panny Clover, kiedy obok jest tańcząca jaszczurka? Jednak Hamish był zadowolony, że ujawnił zawartość swojego Dziennika Obserwacji. Wielkie rzeczy powinny być dostępne dla szerokiej publiczności, a geniuszy nigdy nie doceniano za życia - o tym Hamish wiedział już od dawna.

Za to Sherlockowi się podobało. Kiedy wybiegli ze szkoły i zanurkowali do taksówki, a tata krzyknął do kierowcy: „Jedź, jedź!", Sherlock obrócił się do Hamisha i uśmiechnął tym swoim dziwnym jednostronnym uśmiechem. (Hamish trenował przed lustrem podnoszenie tylko jednego kącika ust, ale nie wychodziło mu to prawidłowo).

- Interesujące obserwacje, jak na dyletanta, naturalnie. Niemniej jednak początki robią duże wrażenie. Kiedy nauczę cię sztuki dedukcji, będziesz mógł ze mną współzawodniczyć w jakiejś sprawie.

- A kiedy ja przyjmę cię do drużyny Łowców, nie będziesz nosił tego głupiego smokinga – zauważył Hamish zjadliwie. Już postanowił, że będą wkładać srebrne kostiumy ze spandeksu i wysokie buty z ostrogami, na wypadek gdyby trzeba było zmagać się z centaurami.

Jednak na razie musiał się ograniczyć do okropnego świątecznego garnituru. Tata przechylił się przez oparcie siedzenia i zawiązał mu muszkę, podczas gdy Sherlock trzymał go za ręce, żeby się nie wyrywał. Współpracowali zgodnie i zgrabnie – na pewno trenowali. Hamish nie spodziewał się takiego wiarołomstwa.

- Zdrajca! – wysyczał do Sherlocka, kiedy tata na koniec rozburzył mu włosy i odwrócił się. Hamish też się odwrócił, do okna, za którym przemykały domy i ulice. Ściany budynków wydawały się złote – słońce chyliło się ku zachodowi.

Telefon w kieszeni Hamisha zawibrował.

„Nadawca: Tata

Przestań się dąsać ;)".

Zaraz potem przyszła druga wiadomość:

„Nadawca: Sherlock

A ja jeszcze będę musiał tańczyć. Ty się tanio wykręciłeś".

Hamish uśmiechnął się ukradkiem. Zabrzmiał niski męski jęk – sygnał wiadomości w telefonie Sherlocka. Ten uśmiechnął się krzywo i odpowiedział, a po sekundzie zapiszczał telefon taty. Hamish napisał:

„Jeśli zamierzacie flirtować ze sobą - możecie to robić głośno. Wiem, że chcecie się wymieniać płynami fizjologicznymi" i wysłał sms do obu jednocześnie.

Odpowiedź była natychmiastowa:

„Nadawca: Tata

HAMISH! To nie jest śmieszne!".

„Nadawca: Sherlock

Nie pesz Johna. On nie jest gejem (chociaż teraz to normalne)".

„Nadawca: Tata

Rób tak dalej, a będziesz za karę chodził na spacery z Gladstonem".

„Nadawca: Tata

Przy okazji, szczerze mówiąc, podobał mi się twój projekt".

Hamish uśmiechnął się do ekranu, a potem napisał:

„Ja też cię kocham".

Jechali jeszcze długo i przez cały ten czas nie uronili ani słowa, tylko ekrany ich komórek co rusz błyskały, tak samo jak ich uśmiechy.

Kiedy nareszcie dojechali na miejsce i wysiedli, taksówkarz niewyraźnie mruknął w ślad za nimi:

- Świry.

Tata roześmiał się, Hamish zajaśniał w uśmiechu, a Sherlock uniósł kącik ust. Razem zaczęli wchodzić na wzgórze, kierując się w stronę strasznie wielkiego białego namiotu, przypominającego gigantyczną zjawę. Hamish natychmiast wykombinował, jak zwalić go na wszystkich gości, przecinając tylko jedną jedyną linę.

Ale postanowił, że zrobi to dopiero po tańcu Sherlocka i Johna.

Ostatecznie był przykładnym synem.

Koniec (chwilowo)

1 Do Primary School czyli szkoły podstawowej w Anglii dzieci uczęszczają do 11 roku życia.