Dla Alishacet, jeszcze jedno, bo wena.

Dybuk


Fred Weasley na pytanie, czego życzyłby sobie najbardziej na świecie, odpowiedział kiedyś, że tego, by jego stryj nigdy nie zginął. Dorośli się wzruszyli, Roxenne uznała, że się podlizuje.

Nie grał, ale nie chciał też nikogo wzruszyć. Właściwie miał nadzieję, żę gorycz, którą jego łagodna natura przerobiła na melancholię, zasugeruje rodzinie, jak bardzo przygnieciony duchem poprzednika się czuł.

Ojciec stale traktował go jak inkarnację bliźniaka. Próbował namówić na wspólne wygłupy i figle, których mały Freddy nie znosił. Bał się jednak odmówić, bo tata był wiecznie... nieobecny, smętny.

Spędzali więc razem długie godziny; chłopiec asystował przy magicznych eksperymentach, choć bardziej pasjonowały go książki, zwłaszcza historyczne; słuchał anegdotek o dowcipach bliźniaków, które jemu wydawały się głupie, krzywdzące – ale tego nie mógł powiedzieć, wybuchał więc śmiechem w odpowiednich momentach. Najgorsze było, że George mylił go niekiedy ze swoim bratem: drobne przejęzyczenia, wtrącenia „czy pamiętasz, jak...?" sprawiały, że młodszemu Freddy'emu cierpła skóra.

Dzieciak czuł się czasem dosłownie opętany przez wielkiego poprzednika. Najczęściej wszakże czuł tylko, iż inni wtłaczają go w cudze ramy, ramy, do których całkowicie nie pasuje. Każde jego działanie interpretowano przez pryzmat poprzedniego Freda, w każdym potknięciu widziano sztuczkę, w niezręczności – wstęp do kawału, w oszczędzaniu na rower – łeb do biznesu, w siedzeniu nad książką – knucie, planowanie szachrajstw.

Podsłuchał kiedyś dziadków, kiedy opowiadali, jak to sam fakt, że mogą znowu wymawiać jego imię, już im pomaga. Nie miał o to żalu: dziadkowie byli bohaterami, wszyscy w rodzinie byli bohaterami, starał się więc ze wszystkich sił spełnić ich oczekiwania. Ale potrafił, jego temperament stawał na przeszkodzie. Był pracowity, współczujący, raczej spokojny, energiczny tylko w wielkim gniewie. Pilność pozwalała mu markować niektóre cechy – naczytawszy się podręczników, mógł udawać, że ma dryg do eksperymentów i mechanizmów, dobra pamięć pomagała w dopowiadaniu historyjek George'a, gdy te wylatywały mu z głowy (co groziło wybuchem żalu, złości, zamknięciem w sobie na wielu godzin).

Nie można jednak udać wszystkiego. Nie raz, nie dwa Fred słyszał z ust ojca pełne rozczarowania: „Ech, gdybyś miał choć trochę jego wyobraźni! gdybyś umiał wyjść poza schematy i stare tomiszcza! Ale ty nie, ty wolisz reguły i utarte ścieżki". Reszta rodziny wypowiadała się rzadziej, oględniej, lecz mając, zdaniem chłopca, na myśli to samo. Miewała wrażenie, iż nawet nauczyciele myśleli o nim w ten sposób. Nieudana kopia wesołego towarzyskiego, psotnego Freda, Freda-bohatera.

Chłopiec naprawdę życzyłby sobie, by jego stryj przeżył tamtą wojnę, jak niczego na świecie.


Dla kassumi.

Wizytówka


Artur, przy całym swoim uroku, miał też wady. Uwielbiał, na przykład, opowiadać o swojej rodzinie. Ofiarami tych gawęd padali zwykle młodsi pracownicy – dzisiaj nieszczęście dotknęło Amelię Bones.

— Widzisz, Amelio? To ja, największa szycha w Ministerstwie, jak wiesz. — Puścił jej perskie oczko. — A to moja Molly, prawdziwa księżniczka, bracia bronili jej jak smoki, kiedy chadzałem w konkury – ech, piękne czasy... Tutaj, ten wypinający pierś, to Bill, mój pierworodny, pracuje teraz w Gringocie, jako łamacz zaklęć. Mówi, że to dla pieniędzy, ale nie daj się zwieść, dba tylko o przygodę! O, a to Charlie, drugi w kolejności – zawsze uwielbiał smoki, zajmuje się nimi teraz w Rumunii, przysyła zdjęcia najciekawszych okazów, chcesz zobaczyć?

Amelia pokręciła słabo głową.

— Nie? Jaka szkoda... Ale faktycznie, to bardziej męski temat. Tu stoi, Percy, Percival, woli, żeby tak go nazywać, bardzo pracowity i praworządny młody człowiek, chce pracować w przyszłości w Ministerstwie – przyjmiemy go z otwartymi ramionami, prawda?

Bones pokiwała głową, bo i cóż miała robić?

— Bliźniaków na pewno rozpoznałaś, nie mam ich tak dużo, tylko parkę – ale za to jaką! Takich tuzina, jak ich dwóch, to nie ani jednego! Żywiołowe dzieci, bardzo... energiczne, ale w gruncie rzeczy dobre chłopaki! No, Ron, gdzie on się schował – a, jest! Nie lubi tej szaty, uważa, że jest za stara, wytarta, kobieca – nie myśl o nim źle, to nie próżność, to taki wiek.

— Przerwa się kończy, Arturze — zdołała wtrącić Amelia.

— O, już? Zabrałem ci tyle czasu, mam nadzieję, że nie wynudziłem? W każdym razie, jeszcze tylko moja słonko, najpiękniejsza dziewczyna w całej Anglii, Ginny! W mojej rodzinie od pokoleń nie było córek, pewnie los musiał zebrać siły, by wydać na świat takie cudo... Nie wiem, kim musiałby być jej chłopak, bym pozwolił mu ją sobie odebrać – nic poniżej zbawcy świata nie przejdzie! — oznajmił stanowczo Weasley.

— Przerwa się skończyła — zauważyła z ulgą Bones i uciekła, gdzie pieprz rośnie (to znaczy, do swojego biura trzy pokoje dalej).