Dla amazing-psyche.
Lisek i róża, i planeta
Lucjusz Malfoy nie zwracał uwagi na pierwszorocznych, nawet Ślizgonów. Oceniał ich tylko, przelotnie, przy przydzielaniu do Domów, komentując złośliwie urodę dziewcząt i przestrach chłopców. Nie pamiętał, jakimi docinkami „zrecenzowali" Severusa – pewnie coś o taniej szacie czy tłustych włosach – wszystkie wydarzenia tamtej nocy zostały przyćmione przez skandal z Syriuszem.
Później domyślał się, że te pierwsze miesiące musiały być dla chłopca koszmarem. Ślizgoni dokuczali mu, bo był półkrwi i szargał honor Slytherinu, przyjaźniąc się ze szlamą. Reszta uczniów – bo był Ślizgonem i śmiał przyjaźnić się z Gryfonką. Do tego ubogi dom, natura samotnika, niezłe stopnie: Snape świetnie nadawał się na ofiarę.
Lucjusz domyślał się tego, ale nie wiedział, bo nie zawracał sobie głowy pierwszakami. W przypadku Severusa – do czasu. Któregoś dnia zblazowanego nastolatka doszły słuchy, że Snape, pierwszoroczny, pokonał w bójce Crabbe'a, znajomego z rocznika Malfoya. I to całkiem porządną klątwą. W pierwszej chwili wziął to za żart, przekonawszy się jednak, że informacje są prawdziwe, uznał, iż musi poznać tego „świeżaka". Dzieciak wyglądał na potencjalnie całkiem przydatnego.
Czekał więc, zebrawszy wszystkie plotki i fakty dotyczącego chłopaka, na moment, gdy ten będzie sam. Nie musiał czekać długo: Severus spędzał długie godziny w bibliotece, czytając albo pisząc. Któregoś popołudnia Lucjusz po prostu „przypadkowo" wpadł na niego między półkami książek.
Snape niemal wtopił się w regały, tak bardzo próbował umknąć uwadze Malfoya. Najpewniej oczekiwał kolejnej porcji drwin albo, w najlepszym razie, zirytowanej samą jego obecnością obojętności.
— Severus, tak? — spytał Lucjusz z leniwym, arystokratycznym akcentem, ale bez pogardy.
Chłopak pobladł, ale skinął głową i wymamrotał potwierdzenie, trochę niezborne gramatycznie, jakby wahał się, czy przypadkiem nie mówić starszemu koledze per „pan". Malfoy przyglądał się temu z lekkim, pobłażliwym uśmiechem na ustach, szczerze rozbawiony strachem, niepewnością tamtego.
— Słyszałem — ciągnął, starannie dobierając słowa — że to ty przekląłeś Crabbe'a? Dobry tydzień musiał spędzić w skrzydle szpitalnym.
Dzieciak skurczył się jeszcze bardziej, docisnął plecy do półek, całą postawą mówił, że chce uciec – jednak podniósł wzrok, nawet dość hardy, i odpowiedział głosem drżącym tylko trochę:
— To on zaczął. I zasługiwał. Miałem prawo. Wygrałem ten pojedynek uczciwie. Broniłem swojego honoru.
— Och. — Lucjusz uniósł brew. — A cóż takiego zrobił lub powiedział Crabbe, że uraził dumę pierwszorocznego? — spytał kpiąco.
Wiedział wszystko o incydencie, oczywiście. Chciał jednak zobaczyć, jaką wersję przedstawi Snape.
— On... to nie tw... to nie jest ważne — Severus ewidentnie chciał wymigać się od odpowiedzi.
Duma, uznał Malfoy. Interesujące. Wielka wada, powiadają, ale też jedna z cech Slytherinu.
— To nie jest ważne — powtórzył, przeciągając wyrazy. — Doprawdy? Rozpocząłeś bójkę, rzuciłeś czarnomagiczną klątwę, odsiedziałeś kilka szlabanów i naraziłeś nasz Dom na utratę kilkudziesięciu punktów z tego powodu, a teraz twierdzisz, że nie był ważny?
— To nie jest ważne dla ciebie — doprecyzował chłopiec z napięciem w głosie, nadal wbity w regał, z zaciśniętymi pięściami.
Ukrywało to drżenie rąk. Lucjusz wciąż patrzył na dzieciaka ciężkim, sarkastyczno-karcącym spojrzeniem, ale z niewielkim skutkiem: mały się zaciął. Był przerażony, lecz nie mówił ani słowa – pewnie postanowił znowu bronić swojego honoru, choćby zaklęciami. Arogancka myśl jak na pierwszorocznego. Zwłaszcza że, w przeciwieństwie do Crabbe'a, Malfoy sam znał całkiem sporo klątw.
Wobec czego harda postawa Snape'a nawet mu się spodobała. Postanowił spróbować innym sposobem.
— Nie pytam, bo chcę dokuczyć ci z powodu twojego szlamowatego ojca. — Celowo użył ostrego wyrażenia, choć nie całkiem precyzyjnego; chciał zobaczyć reakcję.
Severus drgnął, w jego oczach zamigotało zranienie i gniew, pozbawione wszakże prawdziwego żaru. Nadal milczał, więc po chwili Lucjusz podjął:
— Chcę tylko poznać wersję wydarzeń obu stron incydentu. Znam tę Crabbe'a, chcę poznać twoją nim wyrobię sobie opinię o sytuacji. I nim wyrobię sobie opinię o tobie — ostatnie słowo wymówił z naciskiem.
— Skoro nie chcesz mi dokuczać, to mi nie dokuczaj — syknął naraz chłopiec.
I momentalnie przypomniał sobie, do kogo mówi. Strach, na chwilę przykry złością, powrócił. Malfoy puścił uwagę mimo uszu, wyciągnął jednak rękę, by przytrzymać dzieciaka, gdyby ten spróbował zaatakować.
Snape umknął jego dłoni z szybkością, zręcznością, lękiem i pewnym... odruchowym wyrobieniem – które powiedziały Lucjuszowi więcej o jego życiu, stosunkach rodzinnych oraz charakterze niż kilka dni zbierania danych. Nikt z pytanych o Severusa nie powiedział Malfoyowi, że tamten ma... surowych rodziców. Pewnie ojca, zwykle tak bywało. Brak informacji oznaczał, że chłopakowi udało się zachować ją dla siebie, niczym się nie zdradzić. Godne pochwały. Prawdziwy Ślizgon, pomyślał nastolatek z niemal-a-uznaniem.
— Nie dokuczam ci — oznajmił rzeczowo, podchodząc bliżej, zabierając dzieciakowi resztki przestrzeni, możliwość wszelkiego ruchu — teraz tylko stwierdziłem fakty. Nie powiązałem krwi twojego ojca z tobą ani twoją matką, nie wysnułem żadnych wniosków na wasz temat – a to, jak mi doniesiono, zrobił Crabbe.
Błysk poczucia zdrady, ale też niepewności, przemknął przez twarz Snape'a. Albo raczej: pewności, że jest się znowu ofiarą jakiejś drwiny, gry.
— Po co pytasz, skoro wiesz? — burknął Severus.
— Już mówiłem — blondyn teatralnie westchnął. — Bo mam tylko słowa tych, z którymi się kłóciłeś. Jednej strony. Chcę poznać twoje zdanie. Żeby uczciwie ocenić sytuację.
— Akurat — prychnął chłopak. — Crabbe jest twoim kumplem.
Co normalnie faktycznie zamykałoby sprawę. Ten przypadek był jednak zbyt ciekawy, by zbyć go zwykłymi układami towarzyskimi.
— Ty też możesz być — odparł wobec tego gładko Lucjusz. — Jeśli tylko okażesz się odpowiedni.
Najzwyklejszym tonem pod słońcem. Jakby nie proponował właśnie znajomości z sobą, dziedzicem jednego z najbogatszych rodów czarodziejskich – cóż, właściwie nikomu. Bo dzieciak był nikim i świetnie o tym wiedział.
— Odpowiedni? — powtórzył podejrzliwie Snape.
— Jeśli się polubimy. Taka jest zwykła kolej rzeczy, prawda?
Severusowi oczy zrobiły się okrągłe i wielkie jak spodki ze zdumienia, ale nadal pozostawał nieufny. Samo to świadczyło, z jakim traktowaniem miał dotąd do czynienia.
— Powiesz mi — na wpół spytał, na wpół zażądał Malfoy, przyklękając przy młodszym koledze, tak, by mieli oczy na jednym poziomie — o co poszło? Crabbe to w sumie fajny gość, ale bardzo impulsywny, zachowuje się czasem przez to głupio po prostu, bez trudu uwierzę, że palnął jakiś idiotyzm.
Czujność w spojrzeniu chłopaka nie zmalała, ale wreszcie zdecydował się mówić – może uznał, że to jedyny sposób, by pozbyć się Lucjusza.
— Wpadł na mnie i innych chłopaków z roku, którzy... z którymi się posprzeczaliśmy — zmienił wersję, najpewniej nadal chroniąc swoją godność; słodkie, stwierdził Malfoy. — Crabbe ich poparł. I obraził mnie. Wyciągnąłem różdżkę. Zaczął się śmiać, powiedział, że chyba mi odbiło, jeśli myślę, że pokonam kogoś z ostatniego roku na zaklęcia, że mnie nauczy rozumu i moresu – i wyjął swoją różdżkę. A wtedy go przekląłem. Skoro miał już wyjętą różdżkę, to to był pojedynek, prawda? — spytał, jakby szukał upewnienia, jakby złamanie decorum pojedynku było w tym wszystkim największym problemem.
Lucjusz nie zaprzeczył, dociekał wszakże dalej.
— O co się sprzeczałeś z kolegami? O twojego ojca? O matkę? O czystość krwi?
Snape zacisnął wargi. Nie odpowiadał. Malfoy nie spuszczał z niego wzroku.
— O wszystko — wyrzucił z siebie wreszcie Severus.
Bardzo słabym głosem. Brzmiał jak pokonany, odwrócił głowę. To krótkie stwierdzenie musiało go sporo kosztować. Lucjusz nie był jednak usatysfakcjonowany.
— O wszystko? — powtórzył miękko, pytająco.
Chłopak zamknął na moment oczy. A potem najprawdopodobniej po prostu się załamał, bo zaczął mówić, szybko, urwanie, z wściekłą desperacją.
— O wszystko, o wszystko! O tym, że mój ojciec śmiał ukraść moją matkę, która mogła wyjść za jakiegoś porządnego czarodzieja i urodzić normalne, zdrowe dzieci, nie takie coś, jak ja! Że mugole to jak zwierzęta, więc ja właściwie też jestem – i udawali małpę! I, że moja matka musiała być upośledzona, żeby woleć mugola od czarodzieja, a mój ojciec musiał być upośledzony, że spał z debilką, więc ja też jestem kretynem i zaczęli udawać, że się ślinią i moczą, i – i przyszedł ten twój znajomy — wysyczał z nienawiścią — i powiedział, że to oczywiście nieprawda, że czarodzieje nie mogą być upośledzeni, co to za głupoty, że moja matka po prostu była niewyżyta, że wystarczyłoby, żeby ją kilku porządnie obróciło – i zaczęli już opisywać, co by jej zrobili, więc – więc wyjąłem tę różdżkę i wtedy go przekląłem! Proszę, teraz już wiesz, jesteś zadowolony? — warknął.
Malfoy milczał stosowny w takiej sytuacji moment. Dzieciak się trząsł, w oczach lśniły mu łzy. Wreszcie nastolatek zaczął przemowę, łagodnym, poufałym szeptem.
— Twoja matka popełniła błąd, wielki błąd, wychodząc za – nie tylko mugola, ale też człowieka, który nie umie uszanować jej i ciebie, nie umie zapewnić jej szczęścia, na jakie zasługuje, jakie dostałaby w świecie czarodziejów. Twoja matka popełniła błąd, a twój ojciec jest marnym mugolem – takie są fakty — oznajmił z naciskiem. — Ale ci, którzy wyciągają z tego wnioski dotyczące ciebie, którzy zarzucają tak zdolnemu uczniowi, tak biegłemu w arkanach czarnomagicznych, tępotę, sami są głupcami. Tylko głupcami. Nie jesteś byle mugolem, jesteś synem całkiem znacznego rodu, po kądzieli. Jeśli się postarasz, jeśli udowodnisz, że jesteś godzien, czeka na ciebie miejsce przy czarodziejskim stole. Wyjdziesz za odpowiednią kobietę, urodzicie dzieci i za kilka pokoleń nikt nie będzie pamiętał twojego ojca. Nie jesteś nim. Nie musisz być swoim ojcem — powtórzył. — Możesz osiągnąć wielkie rzeczy, jeśli tylko zechcesz. Pytanie brzmi więc: czy chcesz?
Pytanie całkiem retoryczne zresztą. We wzroku Snape'a po raz pierwszy pojawiło się coś na kształt entuzjazmu, zniknęła za to nieufność. Pokiwał głową. Lucjusz wyprostował się.
— Pracuj ciężko, a z pewnością to osiągniesz. Kto, jak nie ty? A jeżeli ktoś z naszego Domu – na inne nie mam, niestety, wpływu – będzie ci jeszcze dokuczał, daj znać mnie. Są lepsze sposoby rozwiązywania takich spraw niż łamanie szkolnego regulaminu... A jeśli już go łamiesz — dodał lekko — to pamiętaj, by nikt cię nie złapał.
