Rozdział 3
Balkan krążył po pokoju. Podłoga skrzypiała niemiłosiernie pod jego stopami.
- Od jakiegoś czasu plotkowano w Gildii o haniebnym zamiłowaniu Mistrza Harwina do hazardu, dziwek i hulanek. A teraz to. - Mag spojrzał z cieniem lęku i niedowierzania na podłogę, gdzie w kałuży krwi leżał zamordowany Wojownik.
Lorlen zmęczonym wzrokiem powiódł po zdemolowanym pokoju.
Dzisiejszej nocy kapitan Barran przesłał mu wiadomość o kolejnym morderstwie. Tym razem ofiarą zabójcy był Mistrz Harwin. Od czterech godzin on i Balkan nie mogli wyjść z szoku, że wykształcony mag, umiejący się bronić, został zamordowany.
Administrator spojrzał na martwego Wojownika. Otwarte oczy mężczyzny zastygły w wyrazie przerażenia i szoku. Podwinięte rękawy czerwonej szaty ukazywały wąskie nacięcia na przedramionach. Lorlen poczuł, jak robi mu się niedobrze. Czarna Magia.
- Administratorze, dobrze się czujesz ? –Arcymistrz Wojowników patrzył na niego z niepokojem.
- Wszystko w porządku Mistrzu Balkanie – Lorlen starał się, aby jego głos brzmiał najspokojniej w świecie. To nie on, to nie on. Akkarin nie jest mordercą. Od momentu, w którym znalazł się na poddaszu sypiącego się magazynu w najbiedniejszej dzielnicy miasta i zobaczył zwłoki Harwina, powtarzał to sobie jak mantrę.
- Maga nie mógł zabić bylec. Musiał to być ktoś posługujący się magią. – Balkan krążył po pokoju co raz szybciej. – Jeszcze te nacięcia na przedramionach…
Wojownik odwrócił się do Lorlena z twarzą bladą z szoku.
- To nie możliwe! – wysyczał. – Czarna Magia jest zakazana! Najprawdopodobniej to zemsta Złodziei.
- Panie, jeżeli mogę się wtrącić – z kąta pokoju wyszedł Barran. – Przestępczy półświatek inaczej kara klientów, którzy nie wywiązali się z umowy. Mało prawdopodobne jest, aby odważyli się uśmiercić maga Gildii.
Balkan kręcił głową, jakby nie chciał przyjąć do świadomości jedynego logicznego rozwiązania.
- Po ulicach Imardinu chodzi dziki mag, który w pełni kontroluje swoją moc. Jakby tego było mało, wszystko wskazuje na to, że posługuje się zakazana sztuką i żeruje na mieszkańcach miasta.
Lorlen zamknął oczy. Jeżeli domysły Balkana są prawdziwe, mamy dwóch czarnych magów pod nosem. Drugie wyjście było jeszcze gorsze. Nie, Akkarin nie zabiłby maga Gildii. Nie jest na tyle głupi, aby podpisać na siebie wyrok śmierci.
- Nic więcej dziś nie wymyślimy – Administrator potarł ręką czoło. – Jutro zwołamy Starszyznę. Kapitanie! Zajmijcie się ciałem Mistrza Harwina…
Nad nimi zatrząsł się sufit, z którego posypały się kawałki gliny. Z dachu dochodziły odgłosy szybkich kroków i trzaski.
- Nie jesteśmy sami – warknął Balkan. – Kapitanie jak można dostać się na górę?
Gwardzista bez słowa wskazał im niepozorną klapę w suficie, która prowadziła na zewnątrz.
Lorlen uniósł zbite deski i rozejrzał się po drewnianym dachu. Ostrożnie wyszedł. Za nim podążał Balkan. Administrator otoczył ich silną tarczą.
Odgłosy walki stawały się co raz bliższe. Dziesięć metrów przed nimi stali dwaj mężczyźni.
Balkan sapnął z wrażenia.
Jeden z nich zaatakował uderzeniem ogniowym. Pocisk rozbił się o tarczę przeciwnika – wysokiego mężczyzny odzianego w zniszczony płaszcz. Nieznajomy odpowiedział podwójnym uderzeniem. Z twarzy niższego mężczyzny opadł kaptur, odsłaniając szeroką twarz o żółtawym odcieniu skóry.
- To nie jest Kyralianin – mruknął Balkan.
Lorlen był tak zszokowany całą sceną, że słowa Wojownika docierały do niego jak przez mgłę.
Wysoki mag odwrócił się w stronę Administratora i Arcymistrza Wojowników. Kaptur nieznajomego starannie ukrywał twarz, ale Lorlen gotów był przysiąc, że dostrzegł znajome czarne oczy.
Nocna ciszę przerwał huk kolejnego uderzenia mocy. Obcokrajowiec z dzikim śmiechem szedł w kierunku swojego przeciwnika słaniającego się po deskach dachu. W jego ręku błysnęło ostrze. Mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z obecności niechcianej widowni.
Jaskrawe światło oślepiło Lorlena.
- Co się do cholery dzieje! – Balkan po raz pierwszy w życiu był wyprowadzony z równowagi.
Kolejne łupnięcie. Tupot stóp po spróchniałych deskach…i cisza.
Lorlen ostrożnie otworzył oczy. Przed nimi rozciągał się pusty dach, po którym hulał zimny wiatr. Byli sami. Odwrócił się do Balkana, który stał oniemiały i wpatrywał się w gasnące gwiazdy.
Wstawał świt.
W podziemnym pokoju czekał na niego Takan.
Akkarin wziął czarne szaty od sługi, zastanawiając się, od czego ma zacząć.
- Pozwoliłem mu uciec – mruknął cicho, poprawiając pas swojego ubrania.
-Co?
- Kapitan Gwardii powiadomił Balkana i Lorlena o zabójstwie Mistrza Harwina. Byli świadkami mojej walki ze szpiegiem. - Wyczuł przerażenie i niepokój Takana, które docierało do niego przez krwawy kamień sługi. – Nie, Lorlen mnie nie rozpoznał.
- Ona powinna dziś z tobą być, panie.
Akkarin zacisnął usta. Widząc jego zacięty wyraz twarzy, służący mówił dalej.
- Gdybyś się nie uparł i pozwolił jej towarzyszyć, szybciej uwinąłbyś się ze szpiegiem. Co by było gdyby Administrator i Arcymistrz Wojowników cię rozpoznali? Mogłeś zginąć!
- Jeszcze żyję – warknął cierpko.
Takan prychnął.
- Przyznaj, że zależy ci na jej bezpieczeństwie. Nie chcesz jej narażać. Boisz się o nią…
- Tak – Akkarin z trudem hamował rozdrażnienie. – Nie chcę narażać jej życia i kariery w Gildii. Poradziłbym sobie gdyby nie Lorlen.
W oczach sługi widział powątpiewanie i strach. Wiedział, że ma rację.
Obraz podziemnego pokoju rozmazał się pod wpływem myśli i obrazów wysyłanych przez Soneę.
Pojawiło się znajome uczucie skrępowania, które zawsze towarzyszyło Akkarinowi, gdy Sonea nosiła jego krwawy pierścień. Teraz wyczuwał jej strach i niezadowolenie połączone z niepokojem.
Stała na końcu korytarza prowadzącego do sal wykładowych. Obserwowała Balkana i Lorlena, którzy rozmawiali o czymś gorączkowo gestykulując. Wystarczyło jej parę strzępków ich rozmowy, aby zrozumiała o czym mówili.
~ Dlaczego ja nic o tym nie wiem – w jej głosie pobrzmiewała nuta złości.
Akkarin skrzywił się, słysząc to oskarżenie.
~ Uznałem, że sam dam sobie radę.
Ta odpowiedź jej nie zadowoliła.
~ Właśnie widać efekty twojej pracy. Lorlen i tak ma już dużo zmartwień, dlaczego musisz dostarczać mu jeszcze więcej wątpliwości. Co byś powiedział jemu i Balkanowi, gdyby cię rozpoznali? Gdzie był człowiek Złodziei?
Z trudem powstrzymał narastające zdenerwowanie. Nie lubił tłumaczyć się ze swoich decyzji. Nawet Sonei.
~ Kapitan Barran poinformował Lorlena i Balkana o zabójstwie, w momencie, gdy ja walczyłem ze szpiegiem. Ichani zabił Mistrza Harwina i Złodzieja, który mnie ubezpieczał, przed naszą walką. Nie mogłem puścić go wolno, nie ryzykując życia Administratora, Balkana i gwardzistów. Sachakanin zabiłby ich, gdybym go nie powstrzymał.
~ I tak powinieneś mi powiedzieć!
~ Nie wiele byś pomogła. Głównie byś przeszkadzała.
Jeszcze bardziej ją tym zezłościł. Trafił w czuły punkt.
~ Zawsze ci przeszkadzam – fuknęła.
Uwaga Sonei skupiła się na idącym w jej kierunku Mistrzu Rothenie. Zmarszczki na twarzy starszego maga pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy uśmiechnął się do niej.
~ Teraz to ty przeszkadzasz – wysłała, zrywając kontakt.
Sonea ściągnęła krwawy pierścień Akkarina, dysząc ze złości. Czasami zastanawiała się, dlaczego zdecydowała się mu pomagać, skoro sam robił wszystko najlepiej.
- Witaj Rothenie – starała się wlać w swój głos tyle radości, na ile ją było stać.
- Słyszałem, że zaczniesz leczyć chorych w Domu Uzdrowicieli – Alchemik uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Sonea zamrugała ze zdziwienia. Skąd Rothen mógł o tym wiedzieć, skoro jeszcze z nim nie rozmawiała. Widząc jej zdziwioną minę, roześmiał się.
- Cóż, Mistrzyni Vinara jest co najmniej zadowolona, że podopieczna Wielkiego Mistrza wreszcie zdecydowała się podjąć współpracę z innymi Uzdrowicielami.
W odpowiedzi wywróciła oczami.
- Jak zwykle mnie przecenia.
Rothen wziął ją pod ramię i ruszyli razem korytarzem.
- Tu nie chodzi o przesadne pochwały, czy podlizywanie się Wielkiemu Mistrzowi - wymawiając tytuł Akkarina, skrzywił się. – Vinara docenia twój talent i moc. No, z pewnością chce się też pochwalić.
- To tylko na kilka miesięcy Rothenie.
- Uzdrowicielka będzie chciała cię przekonać, abyś została.
- Bylcy potrzebują mnie bardziej – mruknęła cicho.
- To znajdź kompromis – starszy mag uśmiechnął się do niej ciepło. – Mogłabyś przez cztery dni w tygodniu pracować w slumsach, a pozostałe spędzać w Domu Uzdrowicieli.
Kąciki ust Sonei uniosły się lekko do góry.
- Dobra myśl.
Skierowali się do ogrodów, gdzie wielu nowicjuszy odpoczywało w promieniach letniego słońca, korzystając z ostatnich minut popołudniowej przerwy.
- Ach, jest jeszcze coś, czym chciałem się z tobą podzielić – Rothen wziął głęboki wdech. – Dorrien przyjeżdża na kilka dni.
Starszy mag spojrzał znacząco na Soneę.
Jej były mentor nie ukrywał swojego zadowolenia z zainteresowania swojego syna Soneą, które, jak uważał, było odwzajemnione. Rothen miał nadzieję, że młodzi zwiążą się ze sobą po studiach dziewczyny.
Dorrien. Już dawno o nim nie myślała. Przy tym całym zamieszaniu ze szpiegami nie miała czasu, żeby o nim pomyśleć. Kiedy przyjedzie, na pewno będzie chciał, aby z nim wyjechała. Sonea przygryzła dolna wargę. Nie chciała pokazać Rothenowi swoich wątpliwości. Wątpliwości? Od kiedy je miała? Skąd się wzięły? Dorrien. Wróciła myślami do ich spaceru, kiedy po raz pierwszy ją pocałował. Wspomnienie ciepła jego ust nie przyniosło ze sobą lekkości i radości, które towarzyszyły ich pocałunkowi.
- Mistrzyni Soneo!
Z zamyślenia wyrwał ją głos zdyszanego służącego, który pędził w ich stronę.
- List przyszedł do ciebie pani – młody chłopak podał jej kopertę. Rothen obserwował ją z zainteresowaniem. Otworzyła kopertę, w której znajdował się świstek papieru.
Bądź jutro o północy na strychu kramu twojego przyjaciela. Zabierz ze sobą swojego znajomego. Wasza zguba się znalazła.
Pod niestaranną wiadomością widniała podobizna niewielkiego gryzonia.
Sonea ścisnęła kartkę.
Cery znalazł szpiega.
