Rozdział 4

Budynek Rady Gildii wypełniał się powoli magami. Całe pomieszczenie huczało od pogłosek o walce magów w slumsach. Ciekawe nowiny rozprzestrzeniały się po Gildii z prędkością światła. A może i szybciej. Uwagę Lorlena przykuły dwie postacie: drobna Uzdrowicielka i towarzyszący jej starszy Alchemik. Spojrzenie Administratora napotkało zaniepokojony wzrok Mistrza Rothena. Lorlen westchnął ciężko. Najwyraźniej mag myślał o tym samym, co on. Czy nadszedł czas ujawnienia mrocznego sekretu, który zagnieździł się w samym sercu Gildii? Przyjrzał się krwawemu pierścieniowi. Czy dzisiaj zaszczycisz nas swoją obecnością? Odpowiedź nie nadeszła. Jak zwykle. Zirytowany Lorlen przeniósł wzrok na Soneę, która z niepokojem rozglądała się po sali.

Nagle dookoła zrobiło się cicho, jakby wszyscy stracili głos. Czerwone, zielone i fioletowe szaty rozstąpiły się, tworząc przejście dla czerni. Większości magom Akkarin wydał się z pewnością niedostępny, opanowany i poważny jak zawsze. Jednak Lorlen był w stanie zauważyć drobne zmiany w jego postawie. Był spięty, a groźne spojrzenie świadczyło o intensywnym myśleniu. Wielki Mistrz rozejrzał się po zgromadzonych i zatrzymał wzrok na Mistrzyni Sonei, która posłała mu miażdżące spojrzenie. Na ustach Akkarina zagościł prawie niewidoczny uśmiech, a w oczach błysnęło rozbawienie. Lorlen nie był przygotowany emocjonalnie na coś takiego. Zawsze uważał, że Sonea boi się Akkarina i go nienawidzi. Wymiana spojrzeń miedzy tą dwójką świadczyła o czymś innym. Tak, jakby cały strach zniknął zastąpiony przez coś innego. Administrator zmarszczył brwi, nie mogąc znaleźć logicznego rozwiązania.

~ Przyjacielu, przestań szukać nowych zmartwień

Akkarin zajął swoje ulubione miejsce, z którego miał wgląd na całą salę.

~ Na twoim miejscu zacząłbym martwić się o siebie…

Chrząknięcie Balkana po lewej przypomniało Lorlenowi o tym, że najwyższy czas rozpocząć posiedzenie. Administrator uderzył w gong, przygotowując się na kolejną potyczkę słowną.

- Zebraliśmy się tutaj, aby omówić sprawę śmierci Mistrza Harwina i dwójki dzikich magów w Imardinie.

Szmer wrócił ze zdwojoną siłą.

- Z rozmowy z Mistrzem Balkanem wywnioskowałam, że podejrzewamy udział czarnej magii – Vinara musiała podnieść głos, aby przekrzyczeć gwar, który teraz ucichł.

- Jak to czarna magia? – Sarrin wyglądał co najmniej na zdezorientowanego.

- Na przedramionach Wojownika znalazłem płytkie rany pozostawione przez bardzo ostry nóż – głos Balkana zabrzmiał złowieszczo. – Jedyną alternatywą jest zemsta Złodziei. Hulanki i długi Mistrza Harwina nie są tajemnicą. Kapitan Barran twierdzi jednak, że…

- A co może wiedzieć gwardzista – warknął Jerrik .

- Razem z Arcymistrzem Balkanem byłem świadkiem potyczki magów. Doskonale kontrolowali swoją moc- Lorlen starał się nie patrzeć na Akkarina.

Vinara zmarszczyła brwi.

- Prawo Krain Sprzymierzonych nakazuje dołączenie do Gildii każdemu, kto posiada talent magiczny.

- Tylko członków rodów arystokratycznych dotyczy to prawo – zauważył Sarrin. – Może podczas ostatnich poszukiwań coś przegapiliśmy.

- Wątpię – ze szczytu sali dało się słyszeć chłodny głos. – Pięć lat temu w slumsach była tylko jedna dzika. Nie wyczułem nikogo oprócz Mistrzyni Sonei. Jeżeli to są magowie, to są tu nowi.

- A co z czarną magią, Wielki Mistrzu?

Administrator poczuł jak serce podchodzi mu do gardła.

- Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, Mistrzu Sarrinie. Magiczny pojedynek dowodzi z pewnością o istnieniu dwójki magów poza kontrolą Gildii. Nacięcia na ciele Mistrza Harwina nie muszą być jednoznacznym dowodem na użycie czarnej magii. Zagadką ciągle pozostaje nienaruszony stan ciała. Po śmierci ciało maga ulega samozniszczeniu.

- Harwin nie był potężnym magiem ani pilnym uczniem – burknął Jerrik. – Mógł wyczerpać swoją energię walką.

- Wojownik został otruty, a ciało było trochę nadpalone – wtrąciła Vinara.

- Mnie najbardziej martwi dwójka dzikich magów. Jeden z nich nie jest mieszkańcem Kyralii. – Balkan wpatrywał się zamyślony w sufit. – Proponowałbym wysłać do slumsów grupę Wojowników.

- Ostatnim razem przysporzyło nam to więcej kłopotów niż korzyści – dodał zjadliwie Jerrik.

Balkan obdarzył rektora niechętnym spojrzeniem.

- Przesłuchajmy kapitana.

Do sali wszedł gwardzista. Mężczyzna rozglądał się po pomieszczeniu z wyrazem zachwytu na twarzy. Lorlen westchnął ciężko. Miał dość, chciał odpocząć.

~ Dlaczego mi nie powiesz? Nie ufasz mi?

~ Uwierz Lorlenie, tobie chciałbym powiedzieć najbardziej, ale nie mogę. Teraz nie mogę. Kiedyś na pewno o tym porozmawiamy.

-… czy rany Mistrza Harwina mogą być powiązane z zemstą przestępczego półświatka?

Pytanie Vinary dotarło do Lorlena jak przez mgłę. Kapitan zawahał się przez chwilę.

- Mogło tak być, ale wątpię…

- Dlaczego?

- Ponieważ Złodzieje inaczej karają dłużników, ale nie należy wykluczać takiej możliwości.

- Czy ktoś jeszcze ma pytania do Kapitana? – Lorlen powiódł wzrokiem po zgromadzonych magach. – Doskonale. Zatem przejdźmy do poszukiwań dwójki dzikich. Są jakieś pomysły?

- Ja nadal uważam, że powinniśmy wysłać Wojowników – głos Balkana był nieustępliwy.

- Namieszają jak poprzednio – warknął Jerrik. – Bylcy nie pałają do nich miłością, a bez współpracy z nimi wątpię żeby się obeszło.

Przełożony Wojowników zjeżył się, słysząc te słowa.

- Słucham, Rektorze, masz lepszy pomysł?

Jerrik zrobił się purpurowy na twarzy. Lorlen powstrzymywał się siłą od wyjścia z sali i trzaśnięcia drzwiami. Żadne posiedzenie Gildii nie może obyć się bez sporów.

- Równie dobrze może zająć się tym Gwardia.

Balkan prychnął.

- Jerriku , mówimy o magach, a nie o zwykłych przestępcach.

- Zwrócę się z prośbą do Króla, aby udostępnił Gildii część gwardii, której zostanie przydzielona grupa Wojowników.- Głęboki głos Wielkiego Mistrza ostudził zapał Jerrika i Balkana, którzy najwyraźniej wkroczyli na ścieżkę wojenną.

Administrator nie mógł się powstrzymać od krzywego uśmiechu. To takie w stylu Akkarina odwrócić bieg posiedzenia jednym, spokojnym zdaniem, które było jednocześnie rozwiązanie sporu.

~ Miałeś z tym coś wspólnego? – Lorlen nie mógł się powstrzymać od tego pytania.

~ Kiedyś ci powiem, obiecuję.

~ Ciekawe, ile razy to jeszcze usłyszę.

Zdjął krwawy pierścień z palca, chcąc chociaż przez chwilę cieszyć się prywatnością.

- Zatem przejdźmy do głosowania.

Pod sklepienie sali uniosły się zielone i czerwone kule. Administrator szybko je zliczył. Większość magów głosowała za.

- Doskonale. Od jutrzejszego popołudnia zainteresowanych Wojowników proszę o zgłoszenie się do Mistrza Balkana. Do końca tygodnia powinniśmy rozpocząć poszukiwania. Zamykam posiedzenie.

Lorlen uderzył w gong i z zadowoleniem obserwował magów opuszczających Radę Gildii.

Najwyższy czas odpocząć.

- Ojcze!

Za plecami Sonei rozległ się znajomy, ciepły głos. Dorrien. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, który zagościł również na twarzy Rothena.

Zielone szaty Uzdrowiciela pochłonęły całkowicie fioletowy ubiór Alchemika.

- Witaj w domu, synu.

Młody mag podszedł z uśmiechem do Sonei, obejmując ja mocno i niemalże miażdżąc jej żebra.

- Też się cieszę, że cię widzę, Dorrienie.

Sonea z ulgą nabrała powietrze, gdy udało jej się wyswobodzić z objęć Uzdrowiciela. Wszystkie wątpliwości i obawy zeszły na dalszy plan. Jednak gdzieś głęboko w niej pozostawał niepokój, który chciała zagłuszyć. Powinna być w euforii, cieszyć się jak wariatka, a potrafiła jedynie wykazać drobny entuzjazm. Było tak, jakby Dorrien był dla niej tylko przyjacielem, a nie kimś więcej.

Przestań, przestań. Za dużo się martwisz. Wszystko się ułoży.

Niezręczną ciszę przerwał gong wzywający uczniów na zajęcia i wyjaśnienia Rothena, który spieszył się na wykłady. Została sama z Dorrienem.

- Słyszałem, że leczysz bylców.

Głos jej towarzysza sprowadził Soneę na ziemię. Zauważyła, że skierowali się do ogrodów.

- Tak. - Nie mogła powstrzymać się od lekkiego uśmiechu. – Ale na razie przeniosłam się do Domu Uzdrowicieli.

- Dlaczego?

Po chwili rozmawiali już swobodnie, jakby znali się od dawna. Zaczęli się spierać o sposoby leczenia chorego gardła i zapalenia spojówki. Dorrien opowiadał jej o swoim życiu na wsi, a ona zdążyła już całkowicie zapomnieć o swoich problemach ze szpiegiem i Akkarinem.

- Soneo. – Dorrien zatrzymał się gwałtownie i ostrożnie ujął w dłonie jej twarz. Jego spojrzenie spoważniało. – Wiem, że może na to za wcześnie, ale chcę ci zadać jedno pytanie.

Sonea poczuła, jak robi jej się gorąco. Tylko nie to.

- Czy wyjechałabyś ze mną? – jego głos przepełniony był nadzieją. – Zrozumiem, jeżeli będziesz potrzebowała czasu na zastanowienie, ale przemyśl to. Uśmiechnął się przebiegle. - Nie będę ukrywał, że nie pogodzę się łatwo z odmową.

Sonea zesztywniała, gdy musnął jej wargi. Odpowiedziała ostrożnie na pocałunek. Wargi Dorriena przylgnęły do niej jeszcze bardziej. Czuła się dziwnie pod naporem jego zachłannych ust. Obojętność na jego pieszczoty przeraziła ją. Przestań się zamartwiać, rozluźnij się. Pocałowała go odrobinę mocniej, chcąc sprawdzić, czy teraz coś poczuje. Nic. Dorrienowi najwyraźniej się to spodobało, bo przyciągnął ja bliżej do siebie. Jego dłonie zaczęły zachłannie przesuwać się po jej plecach. Sonei zakręciło się w głowie.

Tą szaloną gorączkę przerwało chrząknięcie. Oderwali się od siebie jak oparzeni. Sonea odwróciła się powoli i na widok maga w czarnych szatach poczuła, jak purpura oblewa jej policzki.

- Wielki Mistrzu – głos Dorriena był lekko schrypnięty, ale dało się w nim wyczuć zażenowanie.

- Mistrzu Dorrienie – Akkarin wyglądał na opanowanego, ale ona, która znała go lepiej od Dorriena, wyczuła lekkie niezadowolenie mieszające się z czymś jeszcze. – Witaj w domu. Widzę, że zdążyłeś się już przywitać z Mistrzynią Soneą.

Sonea poczuła jak w uszach szumi jej krew ze złości.

Akkarin obrzucił ją chłodnym spojrzeniem.

- Życzę miłego dnia.

Wyminął ich, zostawiając ją z jeszcze większym mętlikiem w głowie.

Na niebie świeciły już gwiazdy, gdy po cichu przemierzała korytarz Domu Magów, kierując się do Rezydencji Wielkiego Mistrza.

Drzwi otworzyły się, gdy tylko dotknęła klamki. Jak zwykle. Szybkim krokiem przekroczyła próg i obrzuciła salon badawczym spojrzeniem. Nie było go w fotelu, który zazwyczaj zajmował. Podziemny pokój.

- Pani Soneo, pan już czeka. – Takan stał przy drzwiach prowadzących do podziemnych pomieszczeń. Nie czekając na służącego, weszła do korytarza. Oświetlając sobie drogę kula świetlną. Z każdym krokiem czuła, jak niezadowolenie wzrasta.

Stał na środku pokoju z założonymi na torsie rekami. Jego groźne spojrzenie już dawno przestało robić na niej jakiekolwiek wrażenie.

- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – syknęła.

- Te kwestię już sobie wyjaśniliśmy – nie było powodu, aby cię narażać.

Prychnęła niezadowolona.

- Ale ty narażać się możesz.- Zmrużył oczy. Nie przestraszyło jej to. – Lorlen o mały włos cię nie rozpoznał! Tak niewiele brakowało!

- Przestań mnie pouczać jak małe dziecko! – warknął.

- Tu nie chodzi tylko o ciebie! – krzyknęła. – Gdybyś wpadł ja również miałabym problemy. Gdybym była z tobą, szpieg by już nie żył! Przestań się zachowywać jakbyś był wybawieniem tego świata!

To był dla niego policzek.

- Nie oczekuję pieśni pochwalnych za to, co robię! – Akkarin powoli tracił nad sobą panowanie. – Chcę obronić siebie i swój dom bez narażania ciebie!

- Jakież to szlachetne z twojej strony – wycedziła. – Zwłaszcza stosunku do Lorlena.- Widziała jak zaciska dłoń na oparciu krzesła. W jego oczach płonęła furia. – Jak myślisz? On dobrze się czuje ze świadomością, że jego najlepszy przyjaciel jest czarnym magiem?! Jesteś egoistą i hipokrytą! Wydajesz polecenia na prawo i lewo, oczekujesz stuprocentowego spełnienia żądań. Kontrolujesz wszystko i wszystkich! A w zamian za to nie dajesz nawet wyjaśnień! – musiała na chwilę przerwać. Dyszała ciężko, a on stał oniemiały i gapił się na nią.

- Ty też okłamujesz Rothena, a od dziś również Dorriena.

Bingo. Trafił w sam środek jej słabej obrony. Akkarin uśmiechnął się krzywo. Widząc, że zapędził ją w kozi róg, kontynuował dalej:

- Podobnie jak tobie nie jest mi lekko, kiedy okłamuję najlepszego przyjaciela. – Wbił w nią ostre spojrzenie. Po raz pierwszy od dawna spuściła oczy. – Myślisz, że jest mi przyjemnie, kiedy wyczuwam rozczarowanie i niechęć Lorlena? – zaśmiał się gardłowo, a w jego głosie zabrzmiała gorycz. – On uważa mnie nawet za mordercę.

- Przepraszam – mruknęła cicho. – Po prostu mam już dość tych sekretów, ale wiem, że to konieczne.

Jego spojrzenie złagodniało. Przez pokój przeleciał ciemny, wytarty płaszcz. Złapała go szybko.

- Przeprosiny przyjęte. A teraz musimy się pospieszyć. Cery nie będzie na nas wiecznie czekał.

Akkarin założył starą pelerynę i nie czekając na nią wszedł do ciemnego korytarza. Sonea uśmiechnęła się lekko i ruszyła za nim, widząc przed sobą jedynie nikły blask świecy i zarys jego postaci.