Rozdział 5

Weszli do niewielkiego pokoiku na strychu kramu. Sonea rozejrzała się ciekawie po pomieszczeniu. Na środku stało duże biurko, za którym siedział Cery. Na widok gości uśmiechnął się szeroko.

- Wreszcie jesteście. Siadajcie!- Ręką wskazał im krzesła.

- Jakieś wieści? – Akkarin przyglądał się badawczo Ceremu, który natychmiast spoważniał.

- Sytuacja wygląda poważniej niż bym się spodziewał. Ta dwójka nawiązała współpracę z jednym ze Złodziei – Martenem, u którego wasz Harwin miał długi. Sachakanie mieli płacić Złodziejowi czystym złotem za wyciagnięcie z Wojownika jak najwięcej informacji o Gildii. – Cery pociągnął nosem. - Mag okazał się skrajnym idiotą, myśląc, że przechytrzy Margena.

- Margen! – Akkarin już nawet nie starał się kryć swojej wściekłości. – To on osłaniał mnie tamtej nocy!

Ceremu oczy o mało nie wyszły z orbit. Sonea natomiast piorunowała Akkarina spojrzeniem.

- Niech to szlag! Ubezpieczać miał cię Saril!

- Sachakanie najwyraźniej zabili go i podstawili Margena – mruknął cicho czarny mag.

- Zwabili cię w pułapkę i chcieli zabić. – Sonea miała wrażenie, że dławi się każdym słowem. – Czekaj. Jak Harwin chciał oszukać Złodzieja?

- Bardzo prosto. Chciał, aby pieniądze trafiły do niego a nie do Margena. Spotkał się z jednym z Sachakan, aby przedstawić mu swój plan. Miał udawać ofiarę i zwabić Wielkiego Mistrza, a potem pomóc go zabić. Margen głupi nie był i podsłuchał rozmowę. Potem zaszantażował Ichanich tym , że ich wyda, i odzyskał swoje udziały. To znaczy połowę, bo do spółki wszedł jeszcze Harwin. Ale waszego maga ruszyło sumienie i sam postanowił pozbyć się pierwszego ichaniego. Przed twoim przyjściem, w magazynie się zakotłowało. Ichani zabił Harwina, a sam uciekł.

- Uciekł?

- Owszem. Walczyłeś z drugim Sachakaninem.

Akkarin zmarszczył brwi. Coś mu się nie podobało.

- A skąd ty to wiesz?

Młody Złodziej się zjeżył, słysząc jego podejrzliwy ton głosu.

- Nie ufasz mi?

- Tego nie powiedziałem. Chcę jedynie wiedzieć, skąd te informacje.

- Zanim zjawiłeś się w magazynie, po śmierci Harwina i ucieczce pierwszego ichaniego, moi ludzie zabili Margena. Tego dnia miałem złe przeczucia. Osobiście poszedłem sprawdzić, czy wszystko działa zgodnie z planem. Zamiast spotkać Serila, wpadłem na Margena. Czekał na drugiego ichaniego, aby poinformować go o zgrzytach w ich planie. Wyśpiewał wszystko przed śmiercią, ale nie zdążyliśmy posprzątać, bo zjawił się twój przeciwnik. To wszystko.

- A dzisiaj? – Sonea starała się zatuszować swoje zdenerwowanie.

- Nasi sachakańscy goście znajdują się w spelunce naprzeciwko. Z tego co wiem uprowadzili jednego ze służących Gildii w celu wyciągnięcia z niego informacji. Zaprowadzę was do wyjścia, którym dojdziecie do magazynu. Później będziecie radzić sobie sami, bo nie mam nikogo pod ręką, kto by was zaprowadził i ubezpieczał.- Cery posłał im uważne spojrzenie.- Bądźcie ostrożni.

Sonea szybkim krokiem przemierzała wyznaczoną przez Cerego ścieżkę. Nagle poczuła silną dłoń zaciskającą się na jej ramieniu.

- A dokąd ci się tak spieszy? – Akkarin warknął jej do ucha.

Sonea zadrżała, czując jego oddech na swojej skórze.

Co się ze mną dzieje?

Oboje weszli do zatłoczonej spelunki i skierowali się na tyły budynku.

Akkarin kurtuazyjnie otworzył przed nią drzwi do magazynu.

- Panie przodem - mruknął. W jego oczach błysnęło znajome rozbawienie i coś jeszcze. To nieznane uczucie, którego nie potrafiła zidentyfikować.

Sonea odpowiedziała mu krzywym uśmiechem.

- Ależ pan uprzejmy – starała się przybrać ton damy z Domów.

Musiała go tym rozśmieszyć, bo prychnął rozbawiony.

- Całkiem nieźle ci idzie.- zauważył.

Już miała mu odpowiedzieć, gdy usłyszała stłumiony jęk. Oboje natychmiast spoważnieli. Akkarin wepchnął ją do środka i zamknął za sobą drzwi. Skierowali się do małego pomieszczenia, w którym stały beczki z winem. Przez szpary w deskach mogli bezpiecznie obserwować duży pokój, w którym dwójka ichanich przetrzymywała służącego.

Więzień siedział na krześle z przywiązanymi do oparcia rękami. Jeden z ichanich pochylał się nad nim z sadystycznym uśmiechem, w dłoni trzymał pejcz.

- To jak? Będziesz mówić?

Służący milczał, wpatrując się w swoje stopy.

Sachakanin wymierzył mu cios. Mężczyzna przewrócił się na ziemię razem z krzesłem.

- Naprawdę nie wiem – wychrypiał z ustami wypełnionymi krwią.

- Łżesz!

- Nie jestem jego służącym.

- A kto nim jest?!

- Nie znam imienia.

Ichani wymierzył służącemu brutalnego kopniaka w brzuch. Kolejny krzyk. Sonea poczuła, jak robi jej się niedobrze, kiedy oprawca rozżarzonym prętem bił swoją ofiarę. Wrzaski bólu sprawiły, że cała zaczęła się trząść.

- Nie widuje go! Błagam, przestańcie! – Służący zakrwawionymi dłońmi starał się osłonić przed ciosem w twarz.

- Pari! – warknął ichani, odwracając się w stronę kata. – Chodź tu! Ja już nie mam siły do tego ścierwa!

Z ciemności wyłonił się drugi sachakanin. Był wysoki i smukły. Brązowe włosy sięgające ramion okalały opaloną i okrutną twarz. Na usta mężczyzny wypłynął sadystyczny uśmiech.

- Terim, rozwiąż go. Nie będę się z nim bawił na siedząco.

Pierwszy ichani rozwiązał służącego, który omiótł dzikim spojrzeniem pomieszczenie. Pari wziął od Terima pejcz i jednym uderzeniem zdarł ze sługi koszulę. Wrzask był ogłuszający.

- Mów do cholery! Jak można dostać się do Rezydencji?

Sonea zesztywniała i spojrzała z przerażeniem na Akkarina, który uważnie wpatrywał się w mężczyzn.

- Głównymi drzwiami…Więcej nie wiem.

Jego odpowiedź zdenerwowała Pariego.

- Pytam po raz ostatni – warknął - Jak można dostać się na teren Gildii niezauważonym?

Odpowiedziało mu milczenie. Ichani tracił cierpliwość.

- Skoro nie chcesz mówić, to pobawimy się inaczej.

Terim podszedł do służącego, podniósł go brutalnie i przytrzymał. Pari chwycił do jednej ręki pręt i rozgrzał go za pomocą magii. Do drugiej wziął sztylet i pejcz. Zaczął okładać skatowaną ofiarę prętem i biczem na przemian. Z gardła sługi wydobył się skowyt zarzynanego zwierzęcia. Krew wytryskająca z ran zostawiła czerwone smugi na ścianach.

-Mów!

W odpowiedzi na milczenie, Terim złamał mężczyźnie palce. Do upiornego wrzasku dołączył świst bicza.

Sonea dygotała na całym ciele. Kolejny krzyk bólu sprawił, że odwróciła się instynktownie. Natrafiła na tors Akkarina, który za nią siedział. Poczuła, jak obejmuje ją ramieniem i przyciąga do siebie. Wtuliła twarz w jego pierś, starając się skoncentrować na rytmie jego serca. Odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Przymknęła oczy. Czuła się całkowicie bezpieczna w jego ramionach, jego zapach działał na nią kojąco. Nigdy się tak nie czuła, nawet przy Dorrienie. Zamrugała ze zdziwieniem. Przecież ona kocha Dorriena. Czy tylko tak sobie wmawia? Ryk bólu wydobywający się z gardła sługi sprowadził ją na ziemię.

- Dobra, kończmy z tym. On nic nie wie. Sami sobie poradzimy. – Pari jednym sprawnym ruchem poderżnął gardło służącemu, który osunął się na podłogę jak szmaciana lalka.

Ichani wyszli z magazynu, zostawiając ciało jako pamiątkę po gościach dla właściciela spylunki.

- Chodź, musimy wracać. – głos Akkarina był twardy jak stal.

Niezbyt delikatnie dźwignął ją na nogi. Nie patrząc na nią, wyszedł tylnymi drzwiami na zewnątrz w ciemną noc.

Oszołomiona jeszcze jego bliskością, pospieszyła za nim. Dziwny ból rozlał się po jej wnętrzu.

Co się dzieje, pomyślała zerkając na nocne niebo. Zimne gwiazdy milczały. Były niemymi obserwatorami, cichymi powiernikami nawet najbardziej przerażających tajemnic.

Sonea z westchnieniem ruszyła śladami Akkarina. Wolała nie myśleć, co zastanie po powrocie do Rezydencji.