Rozdział 6
W milczeniu przeszli podziemne korytarze prowadzące do Rezydencji.
Akkarin przez całą drogę powrotną starał się ignorować Soneę. Z trudem przychodziło mu myślenie o Ichanich na terenie Gildii i bezbronnym Takanie w Rezydencji. Jedyną rzeczą, wokół której ciągle krążyły jego myśli, było ciepło drobnego i delikatnego ciała kobiety, która jeszcze niedawno tuliła się do niego, a teraz szła za nim w milczeniu.
Akkarinowi nigdy nie przyszło do głowy, że mógłby zakochać się w nowicjuszce. Kiedy Sonea po raz pierwszy zabiła szpiega, przestał się oszukiwać. Kochał ją. Walka z uczuciami, które do niej żywił, przypominała okiełznanie sił natury. Chcąc, nie chcąc, znalazł się na przegranej pozycji i musiał się z tym pogodzić. Zerknął na nią ostrożnie. Podążała za nim z zamyślonym wyrazem twarzy.
Szybko przekroczył próg i znalazł się w salonie. Obejrzał się za siebie. Sonea stała na środku pokoju i rozglądała się badawczo. Wszystko wyglądało w porządku…
- Panie! – krzyk zbiegającego po schodach Takana nie wróżył nic dobrego. – Dobrze, że już wróciliście. – Służący zachwiał się, dopiero teraz Akkarin zauważył bordową ciecz spływającą z rany na głowie.
Sonea natychmiast znalazła się przy Takanie. Spojrzała na niego niezadowolona.
- Przynieś mi wodę i kawałek czystej tkaniny.
Bez słowa spełnił jej prośbę. Przez chwilę siedział w milczeniu, obserwując jej pracę.
- Co tu się stało? – Wreszcie mógł zadać to pytanie.
Sonea z westchnieniem opadła na pobliski fotel, a Takan zajął miejsce naprzeciwko niej.
- Przed jakąś godziną usłyszałem odgłos tłuczonej szyby i kroki na piętrze. – Sługa posłał mu nerwowe spojrzenie. – Dostali się do twojej sypialni, panie.
Akkarin wpadł do swojego pokoju, a za nim Takan z Soneą. Okno było wybite, a kawałki szkła walały się po podłodze. Drzwi szafy były otwarte na oścież. Szybko omiótł wzrokiem jej zawartość. Czegoś mu brakowało.
- Zabrali jedną z moich szat.
Odpowiedziało mu niedowierzanie ziejące z dwóch par oczu.
Sonea krążyła nerwowo po pokoju, chcąc zatuszować swoje zażenowanie. Czuła się nieswojo w jego sypialni, chociaż po raz pierwszy była tu jako nowicjuszka. Akkarin siedział na skraju łóżka, a Takan przycupnął obok niego. Oboje wydawali się zamyśleni.
- Na co im twoje ubrania? – wymamrotała.
Odwróciła się w stronę Akkarina i napotkała utkwione w niej spojrzenie czarnych oczu. Nie wiedziała dlaczego, ale poczuła jak robi jej się gorąco.
- Soneo, nic dzisiaj nie wymyślimy. Powinnaś wrócić do siebie i pójść spać – odparł cicho. Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
Zatrzymała się gwałtownie z szumem szat. Popatrzyła na niego z szokiem wypisanym na twarzy.
- Jacyś psychopatyczni sachakanie szukają okazji, żeby poderżnąć ci gardło we śnie, a ja mam spać spokojnie? – wydukała.
Akkarin z trudem powstrzymywał się od krzywego uśmiechu. Jak na ironię znajdowali się w jego sypialni i to on chciał, żeby poszła, a ona wręcz przeciwnie. No, ale jej intencje były inne.
- Dzisiaj już nie wrócą – z trudem zdobył się na neutralny ton.
- Mnie się to nie podoba.
- Jutro będziemy się nad tym zastanawiać.
Patrzyła na niego jak na nienormalnego.
- Powinieneś porozmawiać z Lorlenem.
Zmrużył oczy niezadowolony.
- Już o tym rozmawialiśmy.
- Ktoś chce cię zabić – wycedziła. A ty zachowujesz się tak, jakby nic wielkiego się nie stało. Administrator powinien wiedzieć. On jest twoim przyjacielem – dodała cicho.
- A co mam mu powiedzieć? – warknął. – Witaj Lorlenie, wiesz, dwójka sachakan chce mnie zabić. Dzisiaj się nawet włamali do mojego domu. – w jego głosie pobrzmiewała kpina.
Odpowiedziała mu twardym spojrzenie.
- Opowiedz mu to, co mnie mówiłeś.
Lorlen wrócił do swojego mieszkania. Dzisiaj pierwszy raz przeciągał pracę jak najdłużej się dało. Nie chciał wracać do pustego apartamentu, gdzie do towarzystwa miał tylko swoje zmartwienia.
Ciągle męczyły go myśli o czarnej magii. Dlaczego? To było jedyne pytanie, które zadawał Akkarinowi poprzez pierścień od pięciu lat. Jak dotąd nie otrzymał odpowiedzi.
~ Lorlenie, przyjdź do Rezydencji. Musimy porozmawiać.
Administrator zacisnął pięści ze złości. Dlaczego spełniał każdą jego zachciankę, wypełniał każde polecenie. Od tych paru lat czuł się jak marionetka, która tak bardzo chce się wyswobodzić, ale nie może. Wie, że jeśli się zbuntuje, całe przedstawienie posypie się jak domek z kart, zostawiając zszokowaną widownię.
~ Lorlenie przestań się zadręczać.
Administrator z westchnieniem podniósł się z krzesła i wyszedł ze swojego mieszkania.
Siedział w fotelu naprzeciwko Akkarina i słuchał z niedowierzaniem historii swojego przyjaciela. To wszystko było z jednej strony takie nierealne, a z drugiej… Jego opowieść pasowała do faktów. Akkarin wrócił do Gildii po pięciu latach nieobecności wychudzony i markotny. Przed wyjazdem był swobodny i nie raz zdarzało im się łamać prawo Gildii za czasów nowicjatu. Po powrocie do domu zmienił się. Stał się bardziej poważny i odpowiedzialny. Ale czy to wystarczyło, żeby go przekonać.
- Nie wierzysz mi. – Czarny mag powiedział cicho.
Lorlen spuścił wzrok, nie mogąc wytrzymać natarczywego spojrzenia ciemnych oczu.
- Lorlenie, odpowiedz.
- Trudno jest mi powiedzieć. Przez wiele lat byłem gotów złożyć życie w twoje ręce, a teraz…
Po raz pierwszy z twarzy Wielkiego Mistrza zniknęła maska obojętności i chłodu. Na twarzy pojawiło się cierpienie, ból, żal i gorycz, które tak długo ukrywał. Sprawiał wrażenie człowieka wypalonego, mimo swojej pozycji i luksusów, które go otaczały.
Akkarin zerwał się z fotela i podszedł do niego, podwijając rękawy. Lorlen obserwował go z niepokojem.
- Co powiesz na to? Sam to sobie zrobiłem? – W jego głosie gniew mieszał się z desperacją.
Administrator spojrzał na nagie przedramiona i odkrył z przerażeniem obecność cienkich blizn na bladej skórze. Widział już podobne ślady u Mistrza Harwina. Tylko te były zagojone. A więc to prawda.
Podniósł wzrok na swojego przyjaciela.
- Dlaczego zdecydowałeś się mi o tym powiedzieć dopiero teraz? – wyszeptał.
Akkarin uśmiechnął się kwaśno.
- Sonea mnie przekonała.
Lorlen uniósł brwi.
- To ona wie?
Coś w minie czarnego maga go zaniepokoiło. Jakby to nie była jeszcze cała prawda. Ona nie tylko wie.
- Pomaga mi – odparł Akkarin niechętnie. – Nie chciałem jej w to mieszać bez potrzeby, ale ona się uparła – mruknął.
Lorlen o mało nie udławił się pitym winem. Czarny mag spojrzał na niego z ukosa, ale natychmiast spoważniał.
- Lorlenie, ta rozmowa musi zostać między nami.
Administrator skinął głową. Po raz pierwszy od pięciu lat mogli porozmawiać swobodnie.
