Rozdział 7
Obudziły ją jasne promienie słońca wpadające przez okno do pokoju. Sonea przetarła zaspane oczy. Jeszcze chwilkę.
- Pani, śniadanie gotowe. – Zza uchylonych drzwi wyglądała Viola.
- Dziękuję. – Sonea starała się stłumić potężne ziewnięcie. Służąca odpowiedziała niemrawym uśmiechem i zamknęła za sobą drzwi.
Z trudem zwlokła się z łóżka. Dopiero zimne krople wody na twarzy przegnały senność. Ubrała się szybko i udała do niewielkiego saloniku, gdzie Viola czekała już ze śniadaniem. Zasiadła do posiłku bez specjalnego zapału. Zrobiłam się wybredna. Z krzywym uśmiechem zabrała się do jedzenia.
Kuchnia Gildii nie mogła się nawet równać z obiadami przygotowywanymi przez służącego Akkarina, który ostatnio przechodził samego siebie, serwując coraz to wspanialsze posiłki. Jej myśli zaczęły krążyć wokół czarnego maga.
Wróciły wspomnienia z przed tygodnia z ich wspólnego wyjścia do slumsów. Ciepło jego ramion, szmer oddechu, pewne bicie serca i jego zapach napływały falami do jej umysłu, budząc ją całkowicie. Wróciły uczucia, które jej w tedy towarzyszyły. Czuła się przy nim bezpieczna. I to wszystko? Tylko tyle? Zastanowiła się głębiej, jeszcze raz odtwarzając tę scenę w myślach. Oczyma wyobraźni widziała jego ramiona oplatające jej talię. Znów się do niego tuliła i znów ten dziwny błogostan i coś jeszcze, coś, na co nie zwróciła uwagi. Chciała więcej, chciała, żeby był bliżej, tak blisko jak chciał być Dorrien w ogrodzie. Nie! Mętlik w głowie. Co się ze mną do cholery dzieje? Odgłos tłuczonego szkła sprowadził ją na ziemię.
- Pani! – Viola natychmiast znalazła się przy niej. Sonea ze zdziwieniem patrzyła, jak służąca zbiera pokruszoną szklankę i ściera sok pachi z podłogi. Nawet nie pamiętała, kiedy wzięła ją do ręki.
- Przepraszam – wymamrotała, pomagając Violi posprzątać bałagan.
- Pani, wszystko w porządku? Po raz pierwszy w głosie służącej słychać było troskę.
- Tak. – Sonea uśmiechnęła się i skierowała do wyjścia.
Powoli szła ścieżką między krzewami do Domu Uzdrowicieli. Machinalnie odpowiadała na powitania magów. Bałagan w jej głowie wymagał jak najszybszej interwencji.
Z Akkarinem łączyła ja tylko przyjaźń i wspólny, brzydki sekret. Wiedziała, że on tylko tak ją postrzega - jako przyjaciółkę i pomocnicę. Tylko tyle. Nic więcej. Dlaczego ta myśl powodowała u niej ukłucie bólu? Przecież się chyba w nim nie zakochała? Nie, oczywiście, że nie. To tylko jakaś głupia fascynacja, która zaraz ci przejdzie. Ty kochasz Dorriena. Kochasz go. Ale ta myśl nie brzmiała przekonująco.
- Sonea!
Drgnęła słysząc głos Dorriena.
Młody Uzdrowiciel zbliżał się do niej szybkimi krokami, posyłając jej ciepły uśmiech. Bez wahania objął ją mocno w talii, muskając delikatnie usta. Poddała mu się, myśląc, że może wcześniejsze dylematy odejdą na bok. Kochasz go. Powinnaś go kochać. Niepokój i wewnętrzne rozdarcie zniknęło. Odetchnęła z ulgą. Z uśmiechem oddała mu pocałunek.
-Potrzebujesz coś stąd ? – spytała, gdy razem weszli do holu, gdzie powitał ich zapach ziół i naparów.
- Tylko parę leków. – Uśmiechnął się do niej. – Pomożesz mi je przygotować? – Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Chcę zobaczyć jak chluba Uniwersytetu poradzi sobie z wyrobem lekarstw.
Wywróciła oczami.
- Jasne, że ci pomogę. Nie mogę pozwolić żebyś przez swoją nieuwagę kogoś otruł.
Sonea nigdy nie myślała, że Dorrien potrafi rutynowe przygotowywanie różnorodnych preparatów leczniczych zamienić w ciekawe i zabawne zajęcie. Opowiadał jej różne anegdoty ze wsi. Już dawno się tak głośno nie śmiała. A on odpowiadał jej tym samym. Najbardziej rozbawiła go mówiąc, jak bardzo się stresowała przy odbieraniu porodu.
- Zemdlałaś? – wykrztusił.
Oparł się blat stołu i patrzył na nią z rozbawieniem. Sonea posłała mu urażone spojrzenie.
- Nie zemdlałam – warknęła – tylko wyglądałam, jakbym miała zemdleć.
- Dobrze, już dobrze. – mruknął starając się powstrzymać kolejny atak śmiechu.
Podszedł do niej i uważnie się jej przyjrzał.
- Wybrudziłaś się.
Sonea podniosła rękę do twarzy.
- Tutaj – mruknął czule, wycierając jej policzek z zielonej mazi.
Jego palce musnęły jej usta.
- Skoro jesteśmy przy temacie rodziny – zagadnął. – Jak dużą chciałabyś mieć?
Wytrzeszczała na niego oczy. Nie była przygotowana na to pytanie.
- Nie myślałam nigdy o tym – wymamrotała zaskoczona.
Wplótł palce w brązowe włosy kobiety, głaszcząc ją po głowie.
- Mamy jeszcze czas.
Pocałował ją delikatnie. Później mocniej. Sonea poczuła jak prawym ramieniem obejmuje jej talię. Ostrożnie wziął ją na ręce i posadził na łóżku dla pacjentów. Jego pocałunki były co raz bardziej natarczywe. Westchnęła zaskoczona, gdy rozsunął jej nogi. Przyciągnął ją jeszcze bliżej. Zadrżała, gdy musnął jej szyję. Dłonie Dorriena przez chwilę błądziły po jej talii, następnie ostrożnie wsunął je pod jej szatę. Jego oddech przyspieszył , kiedy zaczął szukać paska jej spodni. Zielony materiał zsunął się z ramion kobiety. Sonea trwała w bezruchu. Dorrien traktował ją poważniej niż myślała. Niezdecydowanie wróciło, paraliżując ją całkowicie. Chaos. Usta mężczyzny przywarły do niej natarczywie. Nie powinnaś. Nie chcesz. Burza uczuć. Strach, lęk, poczucie winy, pragnienie, tęsknota.
Wróciło wspomnienie tamtego wieczoru w magazynie.
Dziwne ciepło rozlało się po jej ciele. Chłodne, smukłe dłonie wsunęły się pod jej koszulę. Zapach czarnych szat. Już nie była w Domu Uzdrowicieli, była gdzieś daleko. Ktoś pieścił jej ramiona pocałunkami. Westchnęła zadowolona. Jesteś wreszcie. Otworzyła oczy, chcą zobaczyć czarne, rozpalone spojrzenie.
Błękitne tęczówki. Niebieskie oczy Dorriena, a nie dwa czarne węgle Wielkiego Mistrza. Rozczarowanie. Jej serce zaczęło walić jeszcze szybciej, o ile to było możliwe. Nie. To nie prawda. Ty go nie kochasz. Kochasz Dorriena. Głos w jej wnętrzu zmienił się. Nie chcesz być z Dorrienem. Wiążąc się z nim zranisz nie tylko siebie. Zranisz przede wszystkim jego. Nie jesteś tylko Uzdrowicielką, jesteś czarnym magiem. Widziałaś zbyt wiele. Wiesz za dużo, żeby wieść spokojne życie na wsi.
Sonea zamrugała gwałtownie, chcą skończyć ten wewnętrzny spór.
Dorrien dyszał ciężko. Jego usta były mocno zaczerwienione.
- Wszystko w porządku? – wychrypiał sunąc górną wargą po linii jej szczęki.
Nie. Nic nie jest w porządku. Chciała mu to powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Pukanie do drzwi otrzeźwiło ją całkowicie. Lekko odepchnęła od siebie Uzdrowiciela i zeskoczyła z łóżka doprowadzając się do porządku. Mag otworzy drzwi, za którymi stała Vinara. Uzdrowicielka bystrym wzrokiem ogarnęła całą scenerię. Jej spojrzenie padło na łóżko, na którym leżała zielona szata. Sonea poczuła, jak się czerwieni, kiedy Vinara obejrzała ją dokładnie. Na szczęście miała na sobie zieloną koszulę.
- Mistrzyni Soneo, Mistrzu Dorrienie. – Kobieta uśmiechnęła się do nich. Jej rozbawiona mina świadczyła o tym, że odgadła, co się tutaj przed chwilą działo. – Mogę na chwilę pozbawić cię pomocy, Dorrienie?
Młody mag uśmiechnął się zakłopotany.
- Oczywiście, Mistrzyni.
Sonea nakładając na siebie szatę, wyszła za Uzdrowicielką.
- Nie wiedziałam, że myślisz o Dorrienie na poważnie.
Sonea poczuła jak jeszcze głębsza purpura oblewa jej policzki. Spuściła wzrok.
- Cóż…wiedza o zapobieganiu ciąży nie jest przekazywana na lekcjach. – Arcymistrzyni Uzdrowicieli spojrzała na nią z jeszcze większym rozbawieniem. – Ale z tego co widzę te wiadomości mogą ci się przydać. Mam rację?
- Tak, Mistrzyni. Prędzej czy później ta wiedza…Może się okazać potrzebna. – wymamrotała.
Vinara spoważniała.
- Służący, który przyniósł wiadomość od twojej rodziny, nie mógł cię znaleźć. Powiedziałam mu, że przekażę ci ten list.
Uzdrowicielka podała Sonei kopertę.
Z bijącym sercem czytała wiadomość od ciotki.
Wróciła do Dorriena, który przestał się uśmiechać, kiedy zobaczył jej poważną minę.
- Coś się stało? – Podszedł do niej i ostrożnie pogłaskał ją po włosach.
Nie ukoiło to jej nerwów. Nie chciała się przyznać nawet sama przed sobą, że to nie jego dotyku pragnęła.
- Dziecko mojej ciotki jest chore. Bardzo się martwią. Chcą, żebym je zbadała.
Poczuła jak mężczyzna ją do siebie przytula.
- Będzie dobrze, zobaczysz.
Dobry nastrój powoli zaczął wracać.
- To wszystko o czym rozmawiałaś z Vinarą?
Sonea starała się na niego nie patrzeć. Jej policzki płonęły żywym ogniem.
- Czyli temat rozmowy był ciekawy? – Na jego ustach tańczył złowróżbny uśmieszek. – Nie puszczę cię dopóki mi nie powiesz!
Sonea westchnęła ciężko. Nie obejdzie się bez tego.
- No…echm…jakby to powiedzieć – wydukała zażenowana – Vinara objaśniła mi pewne sprawy.
Dorrien spojrzał na nią z uśmiechem. Jego oczy błysnęły niebezpiecznie.
- Rozumiem, że wypróbujemy te twoje sprawy wieczorem? – wymruczał jej do ucha.
- Nie dziś – odpowiedziała, siląc się na wesoły ton. Musnęła jego policzek. Nic więcej. Czuła się paskudnie dając mu fałszywą nadzieję.
Poczuła, jak Dorrien ujmuje jej dłoń.
- Chodź. Chętnie poznam twoją rodzinę.
Potem będzie musiała z nim porozmawiać. Wyjaśnić wszystko. Tylko jak?
Może to tylko tymczasowy kryzys. Może…
