Rozdział 8.
Sonea siedziała na niskim stołku i przyglądała się krzątającej po kuchni Jonnie. Z sąsiedniego pokoju dobiegały odgłosy rozmowy i śmiech jej małego kuzyna. Sonea nigdy nie myślała, że Dorrien tak szybko zaprzyjaźni się z jej wujostwem, które bardzo go polubiło. Nie powinnam się zgodzić, żeby mi towarzyszył, pomyślała.
- Martwisz się czymś Soneo? - głos Jonny wyrwał ją z zamyślenia.
Uśmiechnęła się pod nosem. Nic nie mogło ujść uwadze ciotki.
- Cóż, mam wątpliwości – wymamrotała, czując ulgę, że może z kimś porozmawiać w miarę szczerze i liczyć na obiektywność.
Jonna usiadła naprzeciwko niej i przyjrzała jej uważnie.
- Chodzi o Dorriena, prawda? – Kobieta zmierzyła ją przenikliwym spojrzeniem. – Bardzo miły, młody mężczyzna, do tego przystojny i widać, że mu na tobie bardzo zależy. Mam nadzieję, że jesteś ostrożna? – ciotka uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo.
Sonea spuściła wzrok, czując jak jej policzki nabierają barwy lekkiego różu.
- Jonno – mruknęła zawstydzona.
- Co? Chcę jedynie wiedzieć, że zachowujecie się ostrożnie.
Spojrzała na ciotkę błagalnie.
- My jeszcze…Jakby to powiedzieć, no nie posunęliśmy się aż tak daleko w tej znajomości. Ale nie o to mi chodzi – westchnęła ciężko. – Dorrien chce, abym wyjechała razem z nim.
Jonna postukała paznokciem w blat drewnianego stołu.
- Jeżeli nie masz pewności, to poczekaj jeszcze trochę.
- Z tą niepewnością to tak nie do końca. – Sonea popatrzyła ciotce prosto w oczy. – Ja traktuję Dorriena jak przyjaciela. Nie widzieliśmy się od dwóch lat, dla mnie to za mało, żeby wiązać się z kimś na stałe. Przez te parę dni uświadomiłam sobie, że ja nigdy nie będę potrafiła spojrzeć na niego jak na mężczyznę, z którym chcę być. To, co do niego czułam, to był rodzaj zauroczenia. Nic więcej.
- Może powinnaś dać mu więcej czasu? – podsunęła kobieta.
Sonea pokręciła głową.
- On wyjedzie, wróci do siebie. Nie będziemy się widzieć przez jakiś czas. Przyjedzie znów na parę dni i znów wyjedzie. – Posłała Jonnie smutny uśmiech. – To nie ma sensu.
Ciotka wbiła w nią uważne spojrzenie. Jednak po chwili się rozpogodziła.
- Zrobisz, jak uważasz. Po za tym nie chcę, żebyś wyjeżdżała gdzieś daleko. Za bardzo bym się martwiła.
Uzdrowicielka wyjrzała za okno. Robiło się już ciemno. Powinni wracać do Gildii.
- Będziemy się już zbierać. – Ostrożnie podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę malutkiego saloniku, gdzie Ranel urzędował z Dorrianem. – Wpadnę za dwa, trzy dni, zobaczyć jak mały zdrowieje.
Przemierzali ulice Wewnętrznego Kręgu w milczeniu, każde z nich pogrążone we własnych myślach. Sonea zauważyła jednak, że od czasu do czasu Dorrien rzuca jej ukradkowe spojrzenie. Za każdym razem widziała w jego oczach coś w rodzaju rozczarowania. Aby zagłuszyć tremę i wyrzuty sumienia przed rozmową, którą obiecała sobie odbyć z Dorrienem, wróciła myślami do minionego dnia. Miała wrażenie, że o czymś zapomniała. Dzisiaj był pierwszy dzień tygodnia…Sonea zatrzymała się gwałtownie i głośno nabrała powietrza. Cholera! Obiad w Rezydencji! Akkarin na pewno nie będzie zadowolony, już o Takanie nie wspominając.
- Wszystko w porządku? – Niebieskie oczy wpatrywały się w nią uważnie.
- Tak – wymamrotała.
- Masz bardzo sympatyczną rodzinę.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Czasami brakuje mi ich. Nie mam zbyt wiele czasu na częste odwiedziny. – Uśmiechnęła się szerzej. – Ale za to mam Rothena.
Dorrien roześmiał się głośno.
- Tata z pewnością łatwo cię z Gildii nie wypuści.
Odwróciła głowę, chcąc uniknąć spojrzenia Dorriena.
Przeszli przez bramę Gildii i skierowali się do Domu Magów. Uzdrowiciel zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Rothena.
- Wejdziesz na chwilkę?
Skinęła głową, ciesząc się z faktu, iż nie zostanie sam na sam z Dorrienem.
Drzwi otworzył im starszy mag, który rozpromienił się na ich widok.
- Miałem nadzieję, że przyjdziesz Soneo. – Alchemik uścisnął ją mocno. – Poproszę Tanię, żeby przygotowała dwie filiżanki sumi i jedną rakę.
Dwójka mężczyzn była całkowicie pochłonięta rozmową, więc Sonea mogła spokojnie oddać się swoim rozmyślaniom. Gdy tak siedziała między Rothenem i Dorrienem, uświadomiła sobie, że odmawiając Uzdrowicielowi, zrani również swojego byłego mentora.
Nie raz i nie dwa myślała dzisiaj nad poprowadzeniem rozmowy z Uzdrowicielem. Doskonale wiedziała, że jest uparty i będzie ją próbował przekonać. Odwróciła się do Rothena i napotkała jego uważne spojrzenie. Dopiero teraz zauważyła głęboką troskę i niepokój w jego oczach ukryte pod uśmiechem pozornego szczęścia. Martwił się. Zresztą oboje mieli powody do zmartwień. Ale ona miała ich więcej. Z ciężkim westchnieniem upiła łyk raki. Z zamyślenia wyrwał ją głos Dorriena.
- Vinara chciała się ze mną widzieć przed moim wyjazdem. Zaraz wrócę.
Kiedy wyszedł, uwaga Rothena skupiła się w całości na niej. Już po chwili rozmowa pochłonęła ją całkowicie. Opowiadała mu o swojej pracy w Domu Uzdrowicieli, a on słuchał uważnie. Wypytała go o Dannyla i jego pracę w Elayne oraz wykłady na Uniwersytecie.
- Jutro Ceremonia Przyjęcia. – Sonea oplotła palcami kubek z raką i uśmiechnęła się szeroko do swojego rozmówcy. – Czy najlepszy nauczyciel chemii ma zamiar ubiegać się o opiekę nad nowicjuszem?
Rother roześmiał się.
- Nie – odpowiedział. – Już zakończyłem karierę mentora. – Uśmiechnął się do niej ciepło. – I jestem bardzo zadowolony z osiągnięć moich podopiecznych. – Jjego uśmiech znikł, a w oczach błysnął gniew. – Zawsze będę cię uważał za swoją nowicjuszkę, Soneo. Nie ważne, pod czyją opieką skończyłaś studia.
Wbiła wzrok w kubek z raką. Tak bardzo chciała mu powiedzieć prawdę. Czuła się fatalnie ukrywając przed nim fakt, że ona również jest czarnym magiem. Dlaczego nie? Akkarin rozmawiał już z Lorlenem.
- Dorrien mówił mi, że zaproponował ci wyjazd do siebie na wieś. Myślałaś już o tym. – Starszy mag przyglądał się jej uważnie z nad filiżanki sumi.
Sonea poczuła, jak rośnie jej duża gula w gardle, która uniemożliwiała jej mówienie.
- Ja…nie mogę z nim wyjechać – wykrztusiła.
Rothen zmarszczył brwi.
- On ci nie pozwoli?
Sonea zamrugała ze zdziwienia. Kto jej nie pozwoli? Alchemik podniósł się z fotela i zaczął przemierzać pokój szybkimi krokami. Dawno nie był już tak wzburzony.
- Dopóki Akkarin jest Wielkim Mistrzem, a Lorlen nie ma odwagi, żeby zebrać przeciw niemu całą Gildię, nie będziemy mieć spokoju. – W oczach Rothena odbiły się iskry gniewu.
Akkarin. No jasne, przecież Rothen nic nie wie o jej wypalonych uczuciach do Dorriena. Akkarin. Jak to się stało, że ten człowiek miał nad nią i Rothenem taką władzę? Jak do tego doszło, że był jedną z najważniejszych osób w jej życiu?
I znów wróciły wspomnienia z magazynu. Poczuła jak robi jej się gorąco. Miała wrażenie, że jej nogi są z waty. Myślenie w kółko o tym piekielnym wyjściu do slumsów nie jest zdrowe. Co się ze mną dzieje. Może to miłość?, podpowiedział jej cichy głosik. Sonea o mało nie zakrztusiła się raką. Zakochać się w nim?! Bez żartów. Ja go tylko lubię.
Kłamczucha.
Akkarin wpatrywał się w bordowe wino tańczące w kieliszku. Nieobecność Sonei na cotygodniowym obiedzie, który stał się tradycją, mocno go zaniepokoiła. Nigdy się nie spóźniała. Nigdy nie zdarzyło się, żeby nie przyszła. Kiedy dzisiejszego popołudnia zobaczył ją wychodzącą z Dorrienem za bramę Gildii, poczuł mimowolny gniew. Prychnął cicho, niezadowolony z siebie. Powinna powiadomić mnie o swojej nieobecności. Jego zły nastrój pogorszył się jeszcze bardziej, gdy uświadomił sobie, że kończy mu się zapas wina. Wziął do ust kolejny łyk i spojrzał na butelkę. Ciemne anureńskie. Jego jedyny wierny towarzysz oprócz Takana. Przymknął powieki, pozwalając myślom odpłynąć w dowolnym kierunku.
Wróciły wspomnienia dzisiejszej rozmowy z Vinarą. Arcymistrzyni Uzdrowicieli usiłowała go przekonać do rezygnacji z brania pod uwagę kandydatury Mistrza Famira na stanowisko ambasadora w Lanie. Vinara niechętnie wypuszczała Uzdrowicieli spod swoich skrzydeł.
Od słowa do słowa rozmowa zeszła na temat Sonei. Uzdrowicielka wyraziła swoje zadowolenie z pracy dziewczyny.
- Cóż, nie wiedziałam, że Mistrzyni Sonea jest związana z Mistrzem Dorrienem. – Kobieta uśmiechnęła się ciepło. – Pewnie będzie chciała z nim wyjechać, a wtedy zabraknie kolejnej pary rąk do pracy.
Dobry nastrój Akkarina znikł tak szybko, jak się pojawił.
- Panie – z zamyślenia wyrwał go głos Tkana stojącego przy schodach. – Kolacja gotowa.
- Już idę – powiedział cicho.
W uszach nadal dźwięczały mu słowa Vinary. Będzie chciała z nim wyjechać. Poczuł ukłucie dziwnego bólu w sercu, do którego dołączyła zazdrość. Zmarszczył brwi, nie powinien tak się czuć. Ona nie może wyjechać. Ale przecież jej tego nie zabroni. Sonea ma prawo do szczęścia. Podniósł się z fotela i ruszył w kierunku jadalni. Nie, nie zabronić, tylko podsunąć jej odpowiedni powód do pozostania w Gildii. Przecież bezpieczeństwo Kyralii powinno być ważniejsze od wyjazdu z Dorrienem. Jeśli wyjedzie, znajdzie się bardzo blisko Sachaki, co nie jest bezpieczne. Sonea na pewno będzie się złościć, ale on użyje swojego całego daru przekonywania. Egoista. Zamarł, słyszą, jak jego sumienie odzywa się chyba po raz pierwszy od dawna. To nie jest egoizm. On tylko chce ocalić Krainy Sprzymierzone. Sonea tak samo, a żeby ten cel osiągnąć muszą ze sobą ściśle współpracować. Na jego ustach zatańczył gorzki uśmiech. Kiedy to wszystko się już skończy, Sonea będzie mogła wyjechać gdziekolwiek zechce. On już najprawdopodobniej nie dożyje tej chwili.
Zadowolony, że miał choć cień szansy na zatrzymanie jej w Gildii i przy sobie, wszedł do jadalni, gdzie czekał Takan z niepokojem wypisanym na twarzy.
Sonea siedziała na krześle i nerwowo rozglądała się po swoim dawnym pokoju. Teraz Rothen trzymał tu ksiązki, ale świeża pościel na łóżku świadczyła o obecności tymczasowego lokatora. Ciche skrzypienie klamki sprawiło, że drgnęła nerwowo. Do pokoju wślizgnął się Dorrien. Jego oczy rozbłysły, kiedy ją zobaczył. Sonea poczuła, jak zimny pot spływa jej po karku. Czym ty się stresujesz? Wilczy uśmiech na ustach jej towarzysza, sprawił, że poczuła, jak jej policzki robią się czerwone. Odchrząknęła, starając się wziąć w garść.
- Musimy porozmawiać – powiedziała posyłając mu poważne spojrzenie. Młody mag usiadł na łóżku, uśmiech znikł z jego twarzy. Sonea zaczerpnęła powietrza. – Dorrienie, ja myślałam o twojej propozycji i doszłam do wniosku, że nie mogę z tobą wyjechać – powiedziała cicho, wpatrując się w swoje dłonie.
- Dlaczego?
Kiedy podniosła na niego wzrok, zauważyła w jego oczach ból mieszający się z gniewem. Nie mogła pozwolić, aby zawładnęły nią wyrzuty sumienia.
- Nie widzieliśmy się od dwóch lat – zaczęła powoli. – Od tego czasu wiele się zmieniło. Zaczęłam pracę w slumsach, leczę bylców. Robię to, o czym zawsze marzyłam – wytoczyła jeden z najmocniejszych argumentów, ale widziała, że to go nie przekonuje.
- Chciałaś leczyć – powiedział twardo. – U mnie na wsi pracy dla dwójki Uzdrowicieli nie brakuje.
Przypuszczała, że padnie taka odpowiedź, ale przewidziała to.
- Ty nie potrafisz zostawić wieśniaków ze swojej wioski, a ja nie potrafię zostawić bylców. Urodziłam się i wychowałam wśród nich. Nie mogę ich porzucić. Oni mnie potrzebują, tak jak w twojej wiosce ciebie.
Dorrien spojrzał na nią, chłód w jego oczach sparaliżował ją.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że to nie wszystko?
Sonea nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.
- Nie kochasz mnie. – To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu. Poczuła, jak serce ściska się jej z bólu.
- Nie kocham cię tak, jakbyś tego chciał. Jesteś dla mnie jak przyjaciel.
Sonea przyglądała mu się z niepokojem.
- Jesteś pewna? Możemy z tym jeszcze poczekać. – w jego głosie pobrzmiewała determinacja.
Wyjrzała za okno, za którym promienie słońca powoli znikały za horyzontem.
- Dorrienie, to naprawdę nie ma sensu. Czas, który razem spędziliśmy, to za mało, żeby być czegokolwiek pewnym. Zrozumiałam to dopiero teraz. Nie, ty wiesz to od dawna. Cieszę się z twojego przyjazdu. Ale jako przyjaciółka.
Uzdrowiciel patrzył przez chwilę w przeciwległą ścianę. Wydawał się nieobecny. Po chwili uśmiechnął się krzywo.
- Mogłem cię porwać, kiedy miałem okazję.
Sonea zamrugała ze zdziwienia. Porwać mnie?
- Trzeba by było czegoś więcej, żebym się zgodziła.
- A czy czułabyś chociaż pokusę? – W oczach Dorriena rozbłysła nadzieja.
Sonea zastanowiła się nad tym pytaniem Wróciła pamięcią do ich pierwszego pocałunku. Nie mogła się powstrzymać od lekkiego uśmiechu.
- Pewnie tak. – Spojrzała na Uzdrowiciela, który uśmiechnął się szeroko.
Jednak w jego oczach widziała ból i smutek. Poczuła ukłucie winy. Zraniła go. Skrzywdziłabym go jeszcze bardziej, przystając na jego propozycję.
- Będę już iść do siebie. Późno się zrobiło – wymamrotała.
Dorrien skinął głową.
- Dobranoc – powiedział cicho.
- Dobranoc.
Sonea jak najszybciej wyszła z mieszkania Rothena. Nie chciała przebywać z Dorrienem w jednym pomieszczeniu i udawać, że wszystko jest po staremu. On potrzebuje czasu, kiedyś zrozumie.
Sonea stała przy oknie w swojej sypialni. Nie mogła spać. Jej uwagę zwrócił budynek Rezydencji Wielkiego Mistrza. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Jak to się stało, że jeden człowiek wywrócił jej życie do góry nogami?
W jednym z okien Rezydencji zauważyła zarys postaci. Przestań. To już jakiś obłęd. Odeszła od okna i wsunęła się pod kołdrę, pragnąc wyrzucić z głowy spojrzenie czarnych oczu.
