Rozdział 10.
Akkarin zmierzył wojownika chłodnym spojrzeniem. Nie potrafił ukryć swojego niezadowolenia. Była tak blisko, już prawie ją miał, a on to wszystko zniszczył.
- Mistrzu Reginie wydawało mi się, że chciałeś ze mną rozmawiać.
Wojownik natychmiast spoważniał.
- Niepokoją mnie te morderstwa, zwłaszcza ostatnie wydarzenie. Morderca może zacząć polować na magów.
- Gildia współpracuje z gwardią – Akkarin popatrzył na młodego maga chłodno.
Regina najwyraźniej to nie speszyło.
- Moja rodzina uważa, że należy pozbyć się wreszcie Złodziei. To na pewno ich dzieło. Powinniśmy zacząć od slumsów. Należy wreszcie zrobić porządek z tą brudną hołotą! Oni pomagają tym przestępcom. Gdyby mogli, zabiliby nas bez mrugnięcia okiem! – Od Regina emanowała wręcz nienawiść. – Może tego zabójcę też przyjmiemy w nasze szeregi tak jak Soneę?!
Akkarin wyprostował się gwałtownie.
- Zapominasz się Mistrzu Reginie – warknął cicho. Wyminął osłupiałego wojownika i wyszedł szybko z biblioteki dla magów.
~ Panie! – mentalny głos Takana przesycony był niepokojem. – Złodzieje znaleźli kryjówkę ichanich
Akkarin zatrzymał się z szumem szat na korytarzu.
~ Niech Cery wyśle obserwatorów. Tym razem nie możemy pozwolić im uciec.
~ A Mistrzyni Sonea?
Czarny mag zmarszczył brwi. Tak bardzo chciał jej w to nie mieszać.
~ Nie dasz sam rady! Ichani będą się trzymać razem! Tylko we dwójkę ich pokonacie…
- Wielki Mistrzu – głos Lorlena wyrwał Akkarina z zamyślenia. Administrator przyglądał mu się czujnie.
~ Później porozmawiamy Takanie.
Rozległ się gong wzywający wszystkich do budynku Rady Gildii na Ceremonię Przyjęcia. Korytarz Uniwersytetu szybko zapełnił się magami, którzy zmierzali na uroczystość.
- Członkowie domu Arren o mało nie zanudzili mnie na śmierć pytaniami, czy zdecydowałeś się zająć edukacją ich najmłodszej latorośli.
Akkarin nie potrafił powstrzymać się od krzywego uśmiechu.
- Odmówiłem domowi Arren już dwa tygodnie temu.
Lorlen pokręcił głową z krzywym uśmiechem na ustach.
- Najwyraźniej wolą się łudzić do końca. Cóż…nadzieja matką głupich.
Czarny mag prychnął z rozbawieniem.
- Lepiej bym tego nie ujął, przyjacielu.
Na dziedzińcu zrobiło się tłoczno. Ostatnie wozy zajeżdżały pod budynek Rady Gildii. Ludzie odziani w bogate stroje dumnie kroczyli w kierunku Holu. Przyszli nowicjusze rozglądali się ciekawie dookoła. Wielu z nich patrzyło z podziwem na imponujący budynek Uniwersytetu. Wzrok Akkarina powędrował w tym samym kierunku. Przez chwilę wpatrywał się w budowlę z zamyślonym wyrazem twarzy.
- Czy na tobie też zrobił takie wrażenie, kiedy zobaczyłeś go po raz pierwszy?
Administrator uśmiechnął się lekko.
- Oczywiście, chyba się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś przeszedł koło niego obojętnie…
Wypowiedź Lorlena przerwał cichy chichot młodych dam. Grupka młodziutkich dziewcząt posłała im zalotne uśmiechy, jednak ich uwaga skupiona była głównie na czarnym magu. Ukłoniły się Wielkiemu Mistrzowi, mrucząc ciche pozdrowienia i odeszły posyłając mu ostatni zachęcający uśmiech.
- Koło ciebie też nie da się przejść obojętnie – wymamrotał Administrator.
Akkarin spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Chyba nie jesteś zazdrosny, przyjacielu?
Lorlen prychnął.
- Jeżeli chodzi o względy dam, to tobie zawsze przypadała lwia część uwagi. W porównaniu z tobą, ja mógłbym równie dobrze nie istnieć. Gdybym wiedział, że oboje skończymy jako kawalerowie, nie byłbym aż tak zazdrosny.
Akkarin zapatrzył się w jakiś punkt za plecami Lorlena. Jedyna kobieta, na której mu zależało, znajdowała się poza jego zasięgiem. Jeszcze…
- Nie powinieneś być zazdrosny Lorlenie, nie powinieneś.
Od strony Uniwersytetu w kierunku Rady Gildii szła Sonea w towarzystwie Mistrza Rothena. Odwróciła na moment głowę w jego stronę i ich spojrzenia spotkały się. Młoda uzdrowicielka spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok, ponownie skupiając całą swoją uwagę na alchemiku.
Wróciło wspomnienie ciepła jej ciała. To zaskoczenie, kiedy objął ją mocniej. Zapach kobiety, który tak go kusił i jej ciepłe, pełne wargi. Gdyby Regin im nie przeszkodził, Akkarin nie wypuściłby Sonei tak prędko. Tak bardzo jej pragnął, tak bardzo jej chciał.
Odwrócił się do Lorlena z swoim charakterystycznym półuśmiechem, który nie odzwierciedlał jego nastroju.
- Zaraz się przekonamy, jak zareaguje Dom Arren, gdy unicestwię ich nadzieje.
Sonea zajęła miejsce obok Rothena i obserwowała tłum magów i gości wlewający się do sali Rady Gildii. Rodzice dumni ze swoich pociech uśmiechali się szeroko, a młodzież rozglądała się ciekawie po pomieszczeniu. Sonea starała się nie patrzeć na drzwi wejściowe, wiedząc, kogo może zaraz w nich ujrzeć. Jej serce nadal nie pracowało w zdrowym rytmie po krótkim epizodzie w bibliotece. Z trudem docierał do niej fakt, że to, co się między nimi wydarzyło było prawdą, a nie efektem jej wybujałej wyobraźni. Niby do niczego nie doszło, ale jednym dotykiem zburzył jej starannie poukładany świat. Jeden dotyk zmusił ją do przyznania się, że ta znajomość dla niej znaczy coś więcej. Kocham go. Przymknęła oczy, chcąc przywyknąć do tej myśli. Wzięła głęboki wdech, pozwalając, aby to nowe uczucie wniknęło w nią głęboko i zakorzeniło się w jej sercu. Wypełniło ono całe ciało Sonei. Nie walcz z tym, nie warto. Kolejny spokojny wdech. O właśnie tak, poddaj się temu. Wewnętrzny głos pieścił jej zmysły tymi słowami. Sonea wyrwana z zamyślenia, podskoczyła na krześle, gdy rozległ się gong rozpoczynający ceremonię. Ostrożnie zerknęła na miejsce Wielkiego Mistrza i przyjrzała się mężczyźnie odzianemu w czarne szaty. Kiedy mag odwrócił się do niej, Sonea spojrzała na marmurową kolumnę, udając zainteresowanie grą światła na kamieniu. Poczuła, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. Gorzej niż pięciolatka. Z westchnieniem rezygnacji postanowiła skupić się na jakże to nudnej uroczystości.
Jej szaty powiewały na wietrze, gdy zmierzała w kierunku źródła. Chciała uciec od szeptów plotkujących magów i zgiełku, który panował w obrębie zabudowań Gildii. Przez chwilę manewrowała między drzewami, ciągle mając wrażenie, że ktoś za nią idzie. W końcu znalazła się przy źródle. Cichy plusk wody i szum drzew działał na nią kojąco. Sonea usiadła na skalnej półce, opierając plecy o nagrzaną, kamienną ścianę. Wystawiła twarz do słońca i przymknęła z zadowoleniem oczy. Ciepło promieni słonecznych i błoga cisza sprawiły, że zrobiła się senna. Powinna więcej spać. Jej ciało zrobiło się przyjemnie ociężałe. Zsunęła się po skalnej ścianie i zwinęła w kłębek na twardym podłożu. Natychmiast odpłynęła do krainy sennych marzeń.
Znów była w bibliotece, znów ją obejmował i mocno do siebie przyciskał. Jej ciało poddawało się jego pieszczotom. Pożądanie rosło w niej z każdą sekundą. Wszystko w Sonei krzyczało jedno słowo: więcej…
Odgłos kroków i stukot toczących się kamieni obudził ją. Usiadła sztywno wyprostowana i zaczęła się rozglądać dookoła. Wzrok Sonei zatrzymał się na magu w czarnych szatach, który stał przed nią z założonymi na piersi rękami. Oczy Akkarina śledziły uważnie każdy jej ruch.
- Długo cię nie było. – Zmarszczył brwi niezadowolony. – Rothen o mały włos nie wszczął alarmu.
Sonea przetarła zaspane oczy.
- Przysnęłam. Która godzina?
Akkarin zapatrzył się w niebo.
- Niedawno zaszło słońce.
Aż tak długo mnie nie było? Przeciągnęła się ostrożnie, chcąc rozprostować zdrętwiałe ciało. Spróbowała się podnieść, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Akkarin podszedł do niej i pomógł jej wstać. Pociągnął ją mocno do góry, jednocześnie przysuwając ją do siebie bliżej. Sonea wstrzymała oddech, gdy dłoń mężczyzny zsunęła się po jej plecach, a silne ramię oplotło jej talię. Stała jak zahipnotyzowana i wpatrywała się w jego czarne oczy, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Krew szumiała jej w uszach, śpiewając słodko: bliżej, bliżej, podejdź bliżej. Ciało Sonei posłuszne tym podszeptom przysunęło się do niego. Czerń zlała się z zielenią jej szat. Ramię Akkarina zacisnęło się mocniej wokół talii Uzdrowicielki. Dłoń mężczyzny odnalazła jej policzek, uniósł drobną twarz do góry. Sonea czuła na swoich wargach jego oddech. Przesunął kciukiem po jej ustach. Musnęła jego palec, chcąc więcej. Ciepło warg Akkarina na jej własnych zupełnie ją zaskoczyło. Z westchnieniem zadowolenia odpowiedziała na pocałunek. Dłonie maga zaczęły przesuwać się po jej plecach, wywołując przyjemne dreszcze.
~ Soneo? – Mentalny krzyk Rothena sprowadził ją na ziemię. Oderwała się od Akkarina, zastanawiając się, co ma odpowiedzieć. – Soneo, gdzie jesteś?
Musiała nieźle się namęczyć zanim doprowadziła swój otępiały mózg do pracy. Wysłała swojemu byłemu mentorowi obraz drzew otaczających źródło. Dotarła do nie fala ulgi starszego Alchemika.
~ Miałaś być dzisiaj na kolacji.
Kolacja! Sonea spanikowana zaczęła się szybko wyplątywać ze stalowego uścisku Akkarina. Mag zacisnął ramię wokół niej jeszcze mocniej, ale w końcu zdołała się uwolnić. Powoli podniosła oczy i napotkała jego rozgorączkowane spojrzenie. Przez chwilę stali w milczeniu, obserwując się uważnie. Sonea miała dziwne wrażenie, że on jest magnesem, a ona metalem, który zaprzecza prawom fizyki, opierając mu się.
- Ja…muszę iść – wydukała.
Szybkim ruchem wyminęła maga i zaczęła ostrożnie schodzić w dół po pochyłym gruncie. Odwróciła się tylko raz i to był błąd. Akkarin nadal stał w tym samym miejscu i patrzył na nią. I chociaż Sonea widziała, jak bardzo się starał nie pokazywać po sobie żadnych emocji, to z jego oczu ział niedosyt. Chciał więcej. Ona też. Czuła, że jej pragnie i ta świadomość potęgowała ogień w ciele kobiety. Widok jego zaczerwienionych od pocałunku warg nie pomagał Sonei w doprowadzeniu rozszalałych uczuć do porządku. Zaczęła szybko biec, czując, jak czarny mag żegna ją pożądliwym spojrzeniem.
