Rozdział 11.
Akkarin długo wpatrywał się w plecy oddalającej się uzdrowicielki. To nie tak miało się skończyć. Skrzywił się, gdy poczuł ukłucie dziwnego żalu w sercu łączącego się z nadzieją, która rosła w nim z każdym dniem co raz bardziej. Może ona kiedyś będzie jego i tylko jego. Może. To słowo było silniejsze niż jakikolwiek narkotyk czy alkohol. Tworzyło złudzenie, które sprawiało, że miał po co budzić się każdego ranka. Akkarin zmarszczył brwi, starając się skupić na bezpiecznym zejściu ze stromej półki skalnej. Wszystkimi siłami odganiał od siebie senność i zmęczenie. Potrzebował odpoczynku, ale przeszłość nie dawała mu spokojnie zasnąć. Obraz otaczających go drzew zniknął wyparty przez falę wspomnień. Twarz Dakovy i innych ichanich patrzących na niego z pogardą. Ich pełne sadystycznej radości uśmiechy, kiedy krzyczał z bólu wywoływanego przez znęcającego się nad nim Dakovę. Wróciło poczucie strachu i rozpaczy. Zamknął oczy, chcąc wyrzucić z pamięci koszmar. Znów był w lesie, w Gildii. Tymczasowo bezpieczny. Czarne szaty powiewały za magiem w rytmie jego szybkich kroków. Zapalające się w oddali światła poprawiły mu nastrój. Echo nieprzyjemnych wspomnień ucichło, kiedy dotarł do zabudowań Gildii. Wzrok Akkarina powędrował ku Domowi Magów. Nie mógł się powstrzymać od liczenia okien. W końcu znalazł to, które go interesowało. Jasne światło wylewające się z pokoju na pierwszym piętrze pozwalało mu dostrzec zarys smukłej i drobnej kobiety stojącej na środku niedużej sypialni. Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. Powinien zająć się obowiązkami Wielkiego Mistrza, a nie rozmyślaniem, czy skóra na jej szyi i ramionach jest tak samo gładka, jak na policzku…Dość! Chciał przestać o niej myśleć, ale im bardziej się starał, tym bardziej było to trudniejsze. Gwałtownie odwrócił się i ruszył w kierunku rezydencji. Na ustach Akkarina pojawił się gorzki uśmiech, kiedy przypomniał sobie zdanie wypowiedziane przez Lorlena dzisiejszego popołudnia. Nadzieja matką głupich.
Znajdował się w namiocie Dakovy. Przed nim stała młoda, sachakańska niewolnica. Jej duże oczy wpatrywały się w niego z rezygnacją i bólem. Wargi kobiety ułożyły się w pełen smutku i goryczy uśmiech.
- Nie idź do niego – Akkarin miał wrażenie, że jego szept jest głośniejszy od krzyku.
Zacisnęła usta w wąską linię. Po jej policzku spłynęła samotna łza przypominająca drogocenny kamień. Pokręciła głową. W jego sercu wezbrała fala bólu, gniewu i rozpaczy.
- Nie pozwolę, żeby cię znalazł. Uciekaj!
Ujął jej twarz w dłonie. Chciał wyryć w pamięci jej rysy. Chciał ją chronić, a ona z uporem się przed tym broniła. Rozpacz ścisnęła mu serce. Gdyby go posłuchała, mogliby być razem.
- Wiesz, że nas znajdzie – powiedziała cicho, delikatnie głaszcząc go po policzku. – Zrozum, życie niewolnika jest prostsze, gdy zaakceptujesz swój los. Służyć magowi to zaszczyt.
- Nie jestem niewolnikiem, a to nie jest służba! Przestań się godzić na niewolę! Możemy być razem. Tylko mnie posłuchaj!
Wejście do namiotu uchyliło się. Do środka wszedł wysoki sachakanin o okrutnej twarzy. Odskoczyli od siebie jak oparzeni. Akkarin starał się ukryć swój strach o dziewczynę i nienawiść do ichaniego pod maską obojętności. Na widok niewolnicy Dakova uśmiechnął się pożądliwie.
- Ach, tu jesteś moja śliczna – mężczyzna podszedł do kobiety chwiejnym krokiem. Był pijany. – Wybaczcie, że przeszkodziłem wam w schadzce – ichani spojrzał na Akkarina z gniewem i wysłał w jego kierunku potężne uderzenie mocy. Poleciał do tyłu, czując ból w plecach. Był za słaby, żeby się bronić. – A ty, psie Gildii, powinieneś znać swoje miejsce!
Ichani chwycił niewolnicę za włosy i pchnął ją w kierunku odległego kąta namiotu. Akkarin leżał skulony na ziemi. Był bezsilny wobec cierpień tej dziewczyny. Ciszę w namiocie przerwał przeraźliwy krzyk i płacz kobiety, który gwałtownie się urwał oraz okrutny śmiech Dakovy. Zmusił swoje ciało do ruchu. Wstał, otaczając się słabą tarczą i spojrzał z niechęcią w stronę kąta. Półnaga niewolnica leżała na posłaniu w kałuży krwi. Jej otwarte, martwe oczy zwrócone były prosto na Akkarina. Dakova wpatrywał się w niego z pogardą i szyderstwem.
- Jesteś żałosny Akkarinie. Kto to widział kochać dziwkę. Chyba nie będziesz za nią płakał?
Gniew i ból wezbrały z jeszcze większą siłą. Zebrał całą swoją moc i ukształtował najpotężniejszy pocisk, na jaki było go stać i wycelował w ichaniego. Sachakanin odpowiedział głośnym śmiechem i jeszcze silniejszym uderzeniem. Widział, jak Dakova zbliża się do niego ze sztyletem w ręce, ale nie to było ważne. Nie mógł odwrócić wzroku od martwej kobiety, którą jeszcze przed chwilą przytulał. Nie mógł przestać patrzeć na jej oczy pozbawione życia. Oczy, które będą go prześladować co noc…
Nie!
Obudził się z krzykiem, dysząc ciężko. Rozejrzał się szybko dookoła. Ostrożnie przesunął dłonią po białej, satynowej pościeli. Odetchnął z ulgą. Otaczały go ściany sypialni w rezydencji. Sachaka była daleko, a to był tylko sen. Położył się z powrotem i wpatrzył w puste miejsce obok siebie. Brakowało mu tutaj kogoś. Oczyma wyobraźni widział drobną kobietę, okrytą jedynie pościelą. Delikatny, zadowolony uśmiech błądził po wargach uzdrowicielki. Na jej policzkach tańczyły rumieńce. Tak bardzo chciał ją do siebie przyciągnąć, dotknąć jej bez skrępowania.
Sonea.
Zmęczenie wzięło górę. Akkarin zamknął oczy, pozwalając swoim marzeniom przekształcić się w sny.
Sonea powoli przemierzała korytarze Uniwersytetu. Zatrzymała się przy dużym, otwartym oknie, przez które wpadało światło popołudniowego słońca. Uśmiechnęła się zadowolona, gdy ciepłe promienie musnęły jej twarz. Westchnęła z ulgą. Od rana nie mogła się na niczym skupić. Jeszcze nigdy nie była tak roztargniona. Wszystko przez ten wczorajszy wieczór i pocałunek, którego żar czuła do tej pory. Podczas dzisiejszego śniadania u Rothena o mało nie oblała się gorącą raką przez nieuwagę. Na jej wargach zatańczył niemądry uśmieszek, kiedy przypomniała sobie zamyślone, znaczące i lekko rozbawione spojrzenie dawnego mentora.
- Mistrzyni Soneo – głos uzdrowiciela Telerima wyrwał ją z zamyślenia. – Wielki Mistrz kazał mi przekazać, że chciałby cię dziś widzieć na obiedzie. – Sonea zamrugała ze zdziwienia. Jak to dziś? Jednak zdumienie zostało szybko wyparte przez lekkie skrępowanie. Nie miała zielonego pojęcia, jak ma się zachować po wczorajszych dwóch epizodach. Wspomnienia wydarzeń w bibliotece przypuściły szturm na jej umysł, zabarwiając policzki lekkim różem. Telerim posłał jej poważne spojrzenie. – Wielki Mistrz powiedział, że obiad odbędzie się w czasie popołudniowej przerwy, czyli teraz – na twarzy maga pojawił się lekko zjadliwy uśmiech.
Sonea poczuła przypływ złości. Nie mógł powiedzieć mi tego od razu?
Głośny gong zwiastujący przerwę obiadową sprowadził jej myśli na właściwe tory. Na korytarzu zrobi się zaraz tłoczno od nowicjuszy pędzących w stronę jadalni, a ona zmierzała w przeciwnym kierunku. Musi się pospieszyć, jeśli nie chce zostać porwana przez falę studentów.
- Dziękuję, Mistrzu Telerimie – powiedziała chłodno i wyminęła Uzdrowiciela.
Korytarz powoli wypełniały brązowe szaty. Kroki Sonei przeszły w wolny trucht. Coś mówiło jej, że Akkarinowi nie chodziło o obiad.
Dysząc ciężko dobiegła do drzwi rezydencji. Nie zawracała sobie głowy pukaniem, tylko od razu pewnym krokiem weszła do salonu. Widok Akkarina stojącego na środku pokoju w przebraniu, które zakładał do slumsów, mocno ją zdziwił.
- Co tu się dzieje?
- Cery znalazł nową kryjówkę ichanich, a ty się spóźniłaś – mruknął niezadowolony.
Przez pokój przeleciał mały tobołek, który Sonea bez trudu chwyciła. Posłała Akkarinowi zdumione spojrzenie, kiedy wyjęła ze środka zwykłą, męską koszulę, parę spodni i czarną, zniszczoną pelerynę.
- Zawsze był tylko płaszcz – wymamrotała, zastanawiając się, gdzie mogłaby zmienić ubrania.
- Tak będzie ci wygodniej – Akkarin wskazał jej drzwi do małego pokoju po lewej. – Tam możesz się przebrać. Tylko szybko – W jego oczach rozbłysła ciekawość łącząca się z czymś, co przypominało pożądanie.
Koszula była na nią co najmniej za duża i za szeroka. Jej końce zwisały luźno wokół ud Sonei. Zbyt długie rękawy podwinęła do połowy łokci. Za to spodnie pasowały idealnie i były bardzo wygodne. Wychodząc z pokoju, nałożyła na siebie płaszcz. Czarny mag zlustrował ją uważnym spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się na jej szyi i dekolcie, który był za duży. Twarz Akkarina przybrała dziwnie zamyślony wyraz, a na jego ustach pojawił się lekko zadowolony uśmiech. Jednak natychmiast się opamiętał i odwrócił wzrok.
- Zapnij płaszcz – powiedział cicho.
Sonea z trudem powstrzymała się od krzywego uśmiechu i zapięła małe guziki aż pod szyję.
- Chodźmy już – Akkarin skierował się ku drzwiom prowadzącym do podziemnych pomieszczeń. – Załatwmy to wreszcie.
W tunelu czekał na nich Morren, który zaprowadził Soneę i Akkarina do najuboższej najniebezpieczniejszej części slumsów. Złodziej był niespokojny, co nie poprawiło Sonei nastroju.
- Zanim wyjdziemy z tunelu, chcę was uprzedzić – Morren rozejrzał się ostrożnie dookoła. – Ta dwójka jest bardziej przebiegła niż ich poprzednicy. Moi ludzie donieśli mi dziś, że porwali jednego z waszych magów.
Sonea poczuła, jak robi jej się niedobrze. Zerknęła szybko na Akkarina, który przewiercał podejrzliwym spojrzeniem Morrena. Złodziej, na dowód swoich słów, wyciągnął z kieszeni kawałek drogocennego szalu i sygnet Domu Sarill. Sonea wyjrzała zza ramienia Akkarina, aby móc lepiej się przyjrzeć pierścieniowi.
- Mają Mistrza Jolena – głos czarnego maga niósł się echem po tunelu. – Musimy się pospieszyć.
Ostrożnie weszli do pokoju wynajętego przez ichanich w mało przytulnej tawernie. Sonea zatrzymała się raptownie i pociągnęła mocno za skraj płaszcza Akkarina, który zamykał ukryte wejście do pokoju. Mężczyzna spojrzał na nią zaciekawiony. Zmarszczył brwi, widząc jej pełne przerażenia oczy. Na środku pomieszczenia leżało w kałuży krwi ciało Mistrza Jolena. Martwy mag w zaciśniętej w pięść prawej dłoni ściskał czarną szatę Wielkiego Mistrza. W żyłach Sonei popłynął strach, kiedy uzmysłowiła sobie, dlaczego ichani zabrali ubrania Akkarina z rezydencji.
- Twoje szaty były im potrzebne, aby obarczyć cię winą za morderstwo – wykrztusiła, czując, jak jej przerażenie rośnie co raz bardziej. – Specjalnie wybrali tawernę naprzeciwko posterunku gwardii, żeby mieć pewność, że Gildia się o tym dowie.
Chciała podejść do martwego maga, zabrać od niego czarny materiał i spalić go za pomocą magii. Jednak silne ramię Akkarina zacisnęło się wokół niej, kiedy tylko wykonała pierwszy krok. Sonea zesztywniała, gdy przyjemne ciepło sparaliżowało jej ciało.
- Poczekaj! Może nie jesteśmy sami – mag rozejrzał się uważnie dookoła i otoczył ich silną tarczą. Jego ramię mocniej zacisnęło się na jej talii tak, jakby nie chciał jej wypuścić. – Nikogo nie ma – z wyczuwalną niechęcią zwolnił uścisk, pozwalając jej podejść do nieżywego maga.
Sonea powoli schyliła się nad Jolenem. Skóra mężczyzny była blada i posiniaczona. Przyszli za późno. Ujęła w dłonie poszarpany i zakrwawiony czarny materiał. Za pomocą magii uniosła szatę do góry i ją spaliła.
- Soneo – ostrzegawczy głos Akkarina wzmocnił jej czujność. Podniosła się z klęczek i cicho podeszła do maga, otaczając się silną tarczą. – Masz mój pierścień – Akkarin rzucił jej szybkie spojrzenie.
Sonea włożyła rękę do kieszeni, dziękując losowi, że pamiętała o zabraniu krwawego kamienia swojego byłego mentora. Na twarzy Akkarina pojawiła się mieszanina ulgi i ciekawości, kiedy srebrna obrączka znalazła się na jej palcu. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju pewnym krokiem weszli ichani. Od razu zauważyli intruzów. Uśmiechnęli się zadowoleni.
~ Cokolwiek będzie się działo, zachowuj się spokojnie i nie rób niczego nieprzemyślanego. Obiecaj mi, że zrobisz wszystko, co ci każę.
Po plecach kobiety przebiegł dreszcz, gdy Pari i Terim przyglądali się im uważnie, jakby oceniali ich możliwości.
~ Soneo?
Wzięła głęboki wdech, wiedząc, że jego wszystko pewnie jej się nie spodoba.
~ Obiecuję.
~ Będę o tym pamiętał.
Ichani zrobili krok w ich kierunku. Najwyraźniej chcieli zapędzić przeciwników w kozi róg.
- Już myśleliśmy, że nie przyjdziecie – w wysokim i szczupłym mężczyźnie Sonea rozpoznała Pariego. – Spóźniliście się trochę. Wasz żałosny mag nie wytrzymał naszej zabawy, o czym się już z resztą przekonaliście.
Terim wybuchnął szyderczym śmiechem.
- Z nimi też szybko pójdzie, ale dziewczynę zostawiamy – ichani przesunął po Sonei pożądliwym spojrzeniem.
Pari uśmiechnął się zadowolony.
- Jakaś rozrywka po robocie nam się należy.
Z sufitu posypała się glina, gdy pociski ichnich zetknęły się z tarczami Akkarina i Sonei. Pari zaatakował uzdrowicielkę mocnym uderzeniem, sprawiając, ze jej uwaga skupiła się całkowicie na nim. Kobieta odsunęła się od Akkarina, który zdążył już odpowiedzieć na atak Terima silnym pociskiem.
~ Chcą nas rozdzielić – czarny mag spojrzał na nią przelotnie. – Zajmij się Parim. Bądź ostrożna, nie daj się oszukać chwilową słabością przeciwnika.
Sonea wysłała słaby pocisk, chcąc zmylić ichaniego. Sachakanin uśmiechnął się szeroko i pewny łatwej wygranej, posłał ku niej potężny strumień energii. Sonea odpowiedziała uderzeniem ogniowym. Tarcza ichaniego nawet nie drgnęła. Na ustach Pariego pojawił się szyderczy uśmiech. Zaatakował ją ponowinie. Uzdrowicielka wzmocniła swoją barierę ochronną, w którą z impetem uderzył pocisk sachakanina. Sonea z przerażeniem stwierdziła, że jeżeli nadal będzie się tylko bronić, bardzo szybko przegra. Musiała zdobyć przewagę i wygrać. Stawka w tej walce była z byt wysoka. Wysłała ku ichniemu dwa silne pociski. Jeden mocniejszy od drugiego. Pierwszy uderzył w górę, a drugi w dół tarczy przeciwnika. Bariera ichaniego zadrżała, ale wytrzymała. Jednak na twarzy Pariego odmalowało się zmęczenie, a na czole pojawiły się kropelki potu. Sonea poczuła przypływ nadziei, która przegnała znużenie. Nagle za jej plecami rozległ się krzyk gniewu i przekleństwa, Odwróciła się szybko.
Akkarin pochylał się nad Termem, który resztkami sił próbował walczyć z Wielkim Mistrzem. Sonea poczuła ulgę. Jednego mamy już z głowy. Kątem oka dostrzegła Pariego, który również przyglądał się pozostałej dwójce. W oczach ichaniego rozbłysło niedowierzanie i strach, które szybko zostały zastąpione przez żelazną determinację. Uwaga Sonei ponownie skupiła się w całości na ichnim. Wzmocniła tarczę, przygotowując się na kolejną serię pocisków. Sprawdziła swój zapas energii. Zimny strach spłynął po jej kręgosłupie, gdy uświadomiła sobie, że ma mniej mocy niż się spodziewała.
~ Nie panikuj – mentalny głos Akkarina ukoił jej strach. Nie była sama. – Zaraz ci pomogę. Postaraj się przełamać jego obronę, a resztę zostaw mnie.
Uderzenie Pariego zetknęło się z jej tarczą. Zmęczenie wzrosło. Ichani z dziką zawziętością w oczach powoli zaczął się do niej zbliżać. Sonea wysłała w stronę sachakanina strumień energii. Fala mocy przeszła przez mężczyznę, jakby go tam w cale nie było. Iluzja. Kobieta natychmiast sięgnęła po zapas magii i wzmocniła nią tarczę. Szybko okręciła się dookoła w poszukiwaniu przeciwnika. Kątem oka dostrzegła przemieszczającą się sylwetkę Pariego. Wysłała w tamtym kierunku pocisk, ale spudłowała. Strumień energii ledwo otarł się o tarczę ichaniego, który, jak stwierdziła z przerażeniem, był co raz bliżej niej. Kolejny krok do przodu. Pari rzucił szybkie spojrzenie Akkarinowi, który pobierał moc od Terima. Ichani odwrócił się w stronę Sonei i zaatakował. Tarcza uzdrowicielki rozpadła się pod wpływem silnego uderzenia. Silna fala zmęczenia zalała ciało Sonei. Oczy kobiety zaszły mgłą. Słyszała odgłosy walki, ale była zbyt słaba, żeby zareagować. Spod półprzymkniętych powiek widziała Akkarina walczącego z Parim. Czarny mag odwrócił się do niej. W jego ciemnych oczach dostrzegła niepokój.
~ Schowaj się gdzieś! Pari słabnie, nie wytrzyma długo…
Jego słowa zostały wyparte z umysłu Sonei przez tępy ból zalewający jej ciało. Upadła na drewnianą podłogę. Każdy oddech przynosił ze sobą nową falę cierpienia. Ostrożnie przyłożyła dłoń do brzucha. Pod palcami wyczuła coś lepkiego i ciepłego. Syknęła z bólu i natychmiast oderwała rękę od rany. Po bladej skórze dłoni spłynął rubinowy płyn. Krew. Jej własna. Spanikowana spojrzała w dół. W jej ciele tkwił sztylet. Jak to się stało? Głośny śmiech Pariego wypełnił pokój. Ciało Sonei przeszył dreszcz, gdy przyszło zrozumienie. Sachakanin wykorzystał moment nieuwagi Akkarina oraz brak jakiejkolwiek obrony ze strony Sonei i za pomocą magii posłał w jej kierunku sztylet.
- Wygrasz – tarcza ichaniego rozpadła się z głuchym hukiem. Akkarin przyparł sachakanina do ziemi magią. W oczach Pariego błysnęła dziwna satysfakcja. – Ale dużą cenę przyjdzie ci zapłacić za zwycięstwo.
W dłoni czarnego maga błysnął sztylet.
~ Soneo, ulecz się!
~ Sama nie dam rady.
~ Zaraz się tobą zajmę. Wytrzymaj jeszcze chwilę.
~ Postaram się – odparła ponuro.
Przymknęła oczy, starając się nie odpłynąć. Po chwili, która wydała jej się wiecznością, poczuła drgania podłogi pod stopami Akkarina, kiedy do niej podchodził. Sonea otworzyła szeroko oczy, gdy do jej ciała napłynął potężny strumień energii. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła przy sobie Akkarina.
~ Lecz się.
W odpowiedzi Sonea wysłała mu mentalny obraz swoich obrażeń.
~ Nie dam rady wyjąć sztyletu, powstrzymać krwotoku i wyleczyć uszkodzone narządy.
Na zewnątrz rozległy się krzyki przerażenia i ciężki stukot butów gwardzistów.
- Zajmę się tobą, ale najpierw muszę cię stąd zabrać. Zabezpiecz magicznie ranę – Akkarin delikatnie wziął ją na ręce.
Sonea wysłała w głąb swojego ciała dużą strugę mocy i otoczyła ostrze magiczną błoną, tak, aby nie wyrządziło jeszcze większych szkód. Kolejny raz zakręciło jej się w głowie. Nie przeżyję tego.
- Nawet tak nie myśl! – w głosie Akkarina pobrzmiewała determinacja. – Nie pozwolę ci umrzeć.
Wyszedł szybko przez ukryte drzwi. Przemierzał tajemne korytarze w spelunce, szukając jakiegoś odpowiedniego miejsca. Za ścianą słychać było krzyki gwardzistów. Musieli zobaczyć ciała. Sonea z wysiłkiem podniosła głowę i popatrzyła na Akkarina. Miał zmarszczone czoło i zaciśnięte usta. Martwił się. Uzdrowicielka poczuła ukłucie strachu. Złodzieje nie zdążyli pozbyć się ciał i gwardziści zawiadomią Gildię.
~ Nie martw się tym teraz – Akkarin pchnął jakieś drzwi po prawej i wszedł do małego pomieszczenia.
Po chwili Sonea zorientowała się, że leży na stole, a czarny mag ostrożnie ściąga z niej koszulę. Zażenowanie oblało jej policzki, kiedy uświadomiła sobie, że nie ma nic pod spodem.
~ Co mam robić?
Sonea wysłała mu obrazy czynności, które po kolei miał wykonać. Za pomocą magii wyjął powoli nóż, a ona powstrzymała krwawienie. Następnie wspólnie wyleczyli uszkodzone narządy i wzmocnili je magią. Na koniec Akkarin zasklepił rozerwaną skórę. Po ranie zostało tylko lekkie zaczerwienienie. Sonea dysząc ciężko usiadła na stole. Czarny mag delikatnie założył jej kosmyk włosów za ucho. Jego palce musnęły policzek Sonei, która westchnęła zadowolona. Dotyk Akkarina przynosił ulgę i rozpalał w niej ogień. Kochała go, chciała go, potrzebowała. Zamarła przestraszona, kiedy uświadomiła sobie, co ma na palcu. Wszystko słyszał i wiedział. Ostrożnie otworzyła oczy i napotkała utkwione w sobie spojrzenie Akkarina. Wzrok maga przesunął się po jej szyi na odsłonięte partie ciała. W czarnych tęczówkach odbiło się pożądanie. Policzki Sonei oblały rumieńce. Odruchowo spróbowała się zasłonić, ale mężczyzna zacisnął ręce na jej nadgarstkach i przyciągnął ją do siebie. Drżącą dłonią ujął jej twarz i przysunął do swojej.
- Dobrze, że masz ten pierścień – wymamrotał cicho.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo scalił ich usta w jedno. Całował ją tak, jakby była życiodajną wodą, a on nie zaspokoił swojego pragnienia od dawna. Jęknęła głośno, gdy dłonie Akkarina zaczęły pieścić jej stęsknione za nim ciało. Szybko zrzuciła z niego płaszcz i koszulę. Musnęła wargami jego kark i oplotła go nogami w pasie. Chciała znacznie więcej. Mężczyzna chwycił jej podbródek i odwrócił w swoją stronę, wpijając się w jej usta. Mocniej, bliżej, więcej. Ich ciała poruszały się niecierpliwie, ocierając się o siebie, chcąc się wreszcie połączyć. Oddechy stawały się chrapliwe, westchnienia zadowolenia potęgowały pożądanie. Dłonie Sonei zsunęły się do paska spodni Akkarina, który zabrał się za ściąganie dolnej części jej garderoby. Kolejny jęk wydobył się z jej ust, gdy zaczął pieścić pocałunkami jej szyję. Akkarin jednym szarpnięciem przysunął ją jeszcze bliżej. Sonea przytuliła go do siebie mocno, masując jego plecy.
~ Lorlen! – mentalny, głośny krzyk Balkana sprowadził ich na ziemię.
Sonea wtuliła się w ramiona Akkarina, który objął ją mocniej. Nasłuchiwali w milczeniu.
~ Balkan?! Co się dzieje?
W odpowiedzi Arcymistrz Wojowników wysłał obraz pokoju, w którym znajdowały się trzy trupy. Dwóch obcokrajowców i Mistrz Jolen. Obok martwego maga leżał skrawek czarnego materiału z fragmentem inkalu Gildii.
