Rozdział 13.
Mimo upalnego lata, ten dzień był wyjątkowo chłodny. Po ulicach Imardinu hulał zimny wiatr, który bez trudu przeniknął przez cienki, wytarty płaszcz Sonei. Kobieta zadrżała i zwróciła oczy ku ciemnemu niebu, z którego kapał deszcz. Nie mogła utworzyć tarczy chroniącej ją przed ulewą bez ujawnienia swoich magicznych zdolności. Twarz uzdrowicielki zwilżyły kropelki wody. Jedna z nich spłynęła po jej wargach. Delikatnie ją zlizała, smakując przezroczysty płyn. Pojawiło się uczucie bólu i strachu, które starała się ignorować od dwóch miesięcy. Niepewnie dotknęła palcami swoich ust. Nie przyniosło to ulgi. Wiedziała, co mogłoby ugasić tęsknotę – jego wargi na jej własnych. Prychnęła rozdrażniona i przyspieszyła kroku. Beznadziejny ze mnie przypadek, pomyślała kwaśno. Sonea skręciła w jedną z brudnych uliczek. Ciemne sylwetki pracujących robotników wzmocniły jej czujność. W duchu podziękowała jeszcze raz Ceremu za ten obszerny płaszcz, pod którym mogła ukryć swoją kobiecą figurę. Wsunęła dłoń do kieszeni opończy i wymacała obrączkę krwawego pierścienia. Już miała wsunąć go na palec, ale zawahała się. Jeszcze nie teraz.
Miała kontaktować się z Akkarinem co wieczór. Przez pierwsze tygodnie po jego wyjeździe, zakładała pierścień co dwa dni. Jednak, gdy Sarrin wyczytał z ksiąg czarnego maga, czym są krwawe kamienie, a Lorlen został zmuszony do oddania swojego pierścienia, kontaktowała się z nim codziennie. Jej nastrój natychmiast się pogorszył. Ich rozmowy były czysto formalne. Jego oziębłość i zdystansowanie raniły Soneę. Zawsze, gdy pytała o jego samopoczucie, otrzymywała lakoniczne i wymijające odpowiedzi. Bolało ją to i irytowało. Nauczyła się już tłumić wszelkie uczucia do niego, kiedy wsuwała srebrną obrączkę na palec. Poprzez krwawy klejnot Akkarin miał wgląd w jej myśli i doskonale wyczuwał jej miłość, strach i tęsknotę do niego. Zawsze, kiedy ujawniła choć cień podobnych emocji, docierało do niej echo poczucia winy i smutku czarnego maga. On również rzadko pytał jej o samopoczucie. Zdarzyło się to tylko raz. Sonea nie mogła powstrzymać lekko rozbawionego uśmiechu.
Tamtego wieczora miała wyjątkowo paskudny humor, którego powody były co najmniej niezręczne i krępujące. Po pytaniu Akkarina o przyczynę złego samopoczucia i jej odpowiedzi, zapadła pełna zażenowania cisza.
Sonea stanęła przed drzwiami starego magazynu i zapukała trzy razy.
- Kogo szukasz? – z wewnątrz dobiegł ją znajomy głos Gola.
- Przyjaciela, u którego mam dług do spłacenia.
Drzwi otworzyły się i Sonea weszła do środka. Ochroniarz Cerego poprowadził ją do ukrytego pomieszczenia na piętrze. Uzdrowicielka przekroczyła próg i z westchnieniem ulgi odrzuciła kaptur do tyłu.
- Nadal wierzysz, że od deszczu się rośnie?- Cery z uśmiechem podsunął jej kubek ze spylem.
Sonea zaśmiała się w odpowiedzi i usiadła przy stole. Spojrzała na Takana, który zajął miejsce naprzeciwko niej. Służący przyglądał się jej jeszcze bardziej intensywnie niż zwykle. W jego oczach dostrzegła cień żalu i współczucia. Nie rozumiała tego. Te oceniające i analizujące spojrzenia Takana zaczynały ją drażnić. Zirytowana odwróciła wzrok.
- Czy Gildia postanowiła już, co zrobić?
Sonea pokręciła głową z politowaniem.
- Jak na razie ustalili, że nauka czarnej magii w zaistniałych okolicznościach jest konieczna.
- Tylko tyle? – Cery patrzył na nią zdziwiony.
- Wśród magów są zagorzali przeciwnicy tej magicznej dyscypliny, najwyraźniej wolą się przekonać o konieczności przełamania uprzedzeń, kiedy ichani wkroczą do Kyralii. Ale wtedy będzie już za późno – Sonea umilkła, aby zaczerpnąć tchu. – Mamy w ogóle szczęście, że podjęli taką decyzję i to w dość krótkim czasie, jak na Gildię.
Takan prychnął.
- Zaiste. Jak na Gildię lubiącą bawić się w szczegóły i drobiazgi, to wyjątkowo szybko – w głosie służącego pobrzmiewał sarkazm.
Uzdrowicielka uśmiechnęła się kwaśno. Sachakanin wyłączył się na chwilę z rozmowy. Sprawiał wrażenie nieobecnego.
- Pani, czy wiesz, kiedy ma odbyć się kolejne zebranie Starszyzny?
Sonea zawahała się przez moment.
- Jeżeli nic nie ulegnie zmianie, to pewnie jutro.
- Pan mówi, abyś najpóźniej jutro rano przekazała swój pierścień Administratorowi.
Z początku zdziwiła ją ta prośba, ale zaraz przyszło zrozumienie. Akkarin chciał mieć kontakt z Lorlenem podczas zebrania, a krwawy kamień Administratora został zatrzymany przez resztę Starszyzny.
- Mówi, że chce tak pokierować rozmową, abyś to ty została czarnym magiem – powiedział cicho Takan, patrząc na nią ostrożnie.
Sonea zakrztusiła się pitym spylem. Akkarin chciał manipulować decyzją Starszyzny. Jednak najbardziej nie podobał się jej fakt, iż roszczył sobie prawa do decydowania o jej przyszłości bez jej zgody.
- Co proszę? – warknęła ostro.
Takan wyglądał na lekko zmieszanego.
- Pan uważa, że w tej sytuacji to najlepszy wybór.
Sonea popatrzyła na niego groźnie, służący odpowiedział jej lekkim uśmiechem.
- On patrzy dalej w przyszłość. Najazd jest więcej niż pewny, to tylko kwestia czasu. Gildii potrzebny jest czarny mag z chociaż minimalnym doświadczeniem – powiedział sługa łagodnie. – Poza tym i tak ujawnisz pani swoją wiedzę podczas obrony. Gildia może zachcieć cię ukarać za ukrywanie znajomości czarnej magii oraz niesubordynację.
- Nic nie daje mu prawa do decydowania o moim życiu – powiedziała chłodno, patrząc służącemu prosto w oczy.
Lorlen westchnął ciężko, przyglądając się zebranym magom. Dyskretnie zerknął na krwawy pierścień leżący na swojej dłoni. Obrączka była zbyt mała, aby mógł ją nosić na palcu. Wrócił myślami do dzisiejszego spotkania z Soneą. Młoda kobieta zdawała się być zdenerwowana i zmartwiona jednocześnie.
- Uznaliśmy, że nauka czarnej magii jest niezbędna w zaistniałych okolicznościach. Teraz pozostaje nam wybrać osobę, która podejmie się tego zadania – Balkan obdarzył całe towarzystwo groźnym spojrzeniem. – To musi być ktoś godny zaufania i kogo poprzemy wszyscy. Są jakieś propozycje?
Administrator przycisnął ostrą krawędź krwawego kamienia do skóry. Znów ogarnęła go ta dziwna świadomość, że ktoś inny ma wgląd do jego myśli.
- Proponowałbym Mistrzynię Vinarę - Lorlen zerknął na Sarrina. Arcymistrz Alchemików poruszył się niespokojnie pod obstrzałem uważnych spojrzeń.
- Kto jest za Mistrzynią Vinarą? – Osen uniósł głowę, aby móc zliczyć głosy.
~ Zaproponuj Soneę – Administrator wzdrygnął się na dźwięk głosu Akkarina.
~ Słucham?
~ Ona musi zostać czarnym magiem. Przekonaj ich! Tego stanowiska w ogóle nie powinien obejmować nikt ze Starszyzny. To musi być ktoś…bardziej neutralny.
~ Mogą uznać za podejrzane, że twoja była nowicjuszka ma zostać czarnym magiem.
~ Przestaną doszukiwać się w tym czegoś niepokojącego, kiedy uświadomią sobie, że jest jednym z najsilniejszych magów…
- Administratorze? – Balkan wpatrywał się w niego wyczekująco.
- Ja… - Lorlen odchrząknął. – Ja uważam, że najrozsądniejszą decyzją będzie wybranie Mistrzyni Sonei.
Skrzywił się, gdy ponad sto par oczu skierowało się prosto na niego.
- Dlaczego tak uważasz? – Jerrik najeżył jeszcze bardziej swoje krzaczaste brwi.
Lorlen ostrożnie przyjrzał się Sonei. Twarz uzdrowicielki wykrzywił niezadowolony grymas. Coś mówiło mu, że ona wiedziała już o tym wcześniej.
- Członkowie Starszyzny i tak mają już dużo obowiązków, a czarna magia wiąże się z kolejnymi powinnościami i odpowiedzialnością. Niedobrze by było łączyć te dwa stanowiska. Z tego, co wiemy Akkarin przekazał jej istotne informacje, które mogą okazać się przydatne. Poza tym jest jednym z najsilniejszych, magów – Lorlen miał nadzieję, że jego głos był pewny i dobitny tak, jak zaplanował.
Vinara pokiwała w zamyśleniu głową.
- A zatem, kto popiera kandydaturę Mistrzyni Sonei?
Sonea patrzyła zszokowana, jak kolejni magowie opowiadali się za nią. Spojrzała na siedzącego obok niej alchemika. W niebieskich oczach Rothena dostrzegła troskę i niepokój. Zacisnęła usta niezadowolona. Nie chciała już go dłużej okłamywać.
- Czarnym magiem zostaje Mistrzyni Sonea wybrana większością głosów – Lorlen skinął na nią głową.
Powoli podniosła się z krzesła i ruszyła ku środkowi sali.
- Soneo, czy zgadzasz się z naszą decyzją?
Lorlen zauważył moment wahania.
- Tak.
Po sali przebiegły westchnienia ulgi. Nikt nie klaskał. Nie było czego gratulować.
~ Dobrze się spisałeś, Lorlenie – w mentalnym głosie Akkarina wyczuł zadowolenie.
Przyjrzał się uzdrowicielce stojącej na środku sali. W jej postawie widoczny był spokój, którego tak dobrze nie skrywały już oczy. W brązowych tęczówkach dostrzegł głęboko skrywany bezsilny protest.
Westchnął ciężko. Nie widział żadnego powodu do dumy.
Sonea stała przed lustrem, pozwalając krawcowej zdjąć z siebie miarę na czarne szaty.
Minął tydzień odkąd została wybrana na stanowisko czarnego maga. Przez te siedem dni przeglądała księgi Akkarina, udając, że się z nich uczy. Kiedy przedwczoraj udało jej się pobrać odrobinę mocy od jednego z wojowników, Starszyzna niechętnie złożyła jej gratulacje i natychmiast zaczęła debatować o jej dalszym losie.
Czarną magią mogła posługiwać się tylko za zgodą starszych magów. Nie mogła również opuszczać terenu Gildii i miasta bez zezwolenia.
Chyba niedługo już nawet podczas kąpieli będą mnie nadzorować. Niezadowolona spojrzała na stojącą za nią Vinarę. Sama pozwoliła narzucić na siebie takie ograniczenia. Sama weszła do tej klatki. Ale nie z własnej woli.
- To wszystko, pani – krawcowa ukłoniła się głęboko. – Szaty będą gotowe na jutro.
Sonea obserwowała z obojętnym wyrazem twarzy, jak kobieta razem z Vinarą opuszczają jej mieszkanie, w duchu ciesząc się, że wreszcie może być sama. Szybko dopadła do szafki nocnej i wyjęła z niej krwawy pierścień. Nasunęła go na palec z zamiarem wygarnięcia czarnemu magowi wszystkiego, co jej się nie podobało.
~ Akkarin!
~ Witaj, Soneo.
Złość na niego wyparowała bardzo szybko, kiedy dotarło do niej jego zmęczenie, strach i coś, co chciał przed nią ukryć. Sonea starała się odepchnąć od siebie niepewność, ale to okazało się trudniejsze niż myślała.
~ Jesteś wykończony! Kiedy spałeś ostatni raz?
Jego długie milczenie było jednoznaczne.
~ Powinieneś odpocząć.
~ Mam przewagę nad ścigającym mnie ichanim, nie mogę sobie pozwolić teraz na sen.
~ Wolisz paść ze zmęczenia gdzieś po drodze?! Znajdź w miarę bezpieczne miejsce i się prześpij… - przez krwawy pierścień dotarł do niej zamglony obraz kobiecej twarzy – sachakanki. Najwyraźniejsze były duże, ciemne oczy. Wyczuła tęsknotę i żal Akkarina. Musiało to być bardzo silne wspomnienie, skoro jego echo dotarło do niej przez klejnot. Ciekawość zaczęła zżerać ją od środka. Mężczyzna musiał się zorientować, co zobaczyła, bo szybko ukrył te obrazy za murem obojętności i zdystansowania. Jednak wyczuła cień poczucia winy…w stosunku do niej. Do umysłu Sonei natychmiast wkradła się podejrzliwość.
~ Co ukrywasz przede mną?
Odpowiedziało jej pełne niechęci milczenie. Zrozumiała, że to wszystko, na co mogła liczyć.
~ Parę dni temu zadecydowałeś o mojej przyszłości. Zamknąłeś mnie w Gildii.
~ To nie ja dokonałem wyboru, tylko magowie – w jego pozornie opanowanym głosie dosłyszała cień rozdrażnienia.
~ Co z tego?! Ty im podsunąłeś ten plan i wiedziałeś, że się powiedzie! Decydujesz o moim losie bez mojej zgody, a nawet nie chcesz mi odpowiedzieć na pytanie, które ma związek ze mną! Jak mam ci ufać?
W Sonei wezbrał żal, kiedy wyczuła cień jego bólu. Jednak ten stan szybko minął, kiedy usłyszała jego następne słowa.
~ Racja, nie możesz mi ufać – nawet nie starał się ukryć gniewu.
Wiedziała, że to był koniec rozmowy. Zdjęła pierścień z palca zła na siebie i na niego.
Akkarin wspiął się na skaliste wzgórze i spojrzał na drogę, którą przebył. Za nim rozciągała się górzysta dolina, którą w dole przecinała rzeka. Słońce chowało się już za drzewami. Jednak było jeszcze na tyle widno, aby mógł dostrzec sylwetki dwóch ichnich na horyzoncie. Mimo iż niezmordowanie brnął przed siebie, oni znajdowali się co raz bliżej. Akkarin zacisnął usta, klnąc cicho pod nosem. Z każdym dniem był co raz słabszy. Nie mógł pozwolić sobie na odpoczynek i leczenie obolałych mięśni. Musiał uciekać dalej. Ale już niedaleko. Spojrzenie czarnych oczu padło na wąskie obniżenie pasma górskiego pomiędzy dwoma szczytami skąpanymi w promieniach zachodzącego słońca. Południowa Przełęcz. Dzielił go od niej las, który poprzedzał odsłonięty, jałowy teren. Za sobą usłyszał odgłos rozchlapywanej wody. Odwrócił się szybko. Na przeciwnym brzegu rzeki stało dwóch ichanich. Towarzyszący im yeel obwąchiwał kamienisty brzeg. Akkarin poczuł, jak żołądek kurczy mu się ze strachu. Powinien natychmiast ruszać w dalszą drogę. Rozglądając się dookoła, wszedł na jałową równinę. Nie mógł pozostawać na otwartym terenie ani chwili dłużej niż to było konieczne. Ścigający go ichani niedługo znajdą się na wzgórzu, skąd bardzo szybko go dojrzą. Wolny, zmęczony trucht przeszedł w szaleńczy bieg. Akkarin łapał łapczywie ostre, wieczorne powietrze. Chłodny wiatr smagał jego spoconą twarz. Zbliżała się jesień. Był już w połowie drogi, gdy usłyszał za sobą głośne szczekanie yeela i okrzyki ichanich. Mężczyzna zaciskając zęby z wysiłku, przyspieszył jeszcze bardziej i otoczył się najsilniejszą tarczą, na jaką było go stać. Obejrzał się za siebie. Goniący go ichani byli co raz bliżej. Odwrócił głowę ku Południowej Przełęczy. Las był tuż tuż. Oddech Akkarina stał się chrapliwy, gdy zmusił obolałe nogi do jeszcze szybszego biegu. Już po chwili otoczył go przyjemny półmrok wysokich drzew. Lawirował miedzy pniami, aż w końcu dotarł do wąskiego wąwozu, którego dnem płynął wartki strumień. Szczekanie yeela docierało do niego gdzieś z oddali. Mężczyzna zwolnił odrobinę i zaczął iść wzdłuż wąwozu. Po jego lewej rozciągała się wysoka ściana skalna. Akkarin przystanął i rozejrzał się czujnie dookoła. Nie dostrzegł nikogo. Był sam. Utworzył pod stopami niewidzialny dysk i przelewitował na szczyt wzniesienia po przeciwległej stronie parowu. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i upadł na ziemię. Leżał tak przez długą chwilę.
- Mój yeel zgubił trop – ostry, męski głos sprawił, że całe ciało Akkarina napięło się w oczekiwaniu na atak, który nie nadszedł. Zdziwiony podniósł się powoli i spojrzał w dół.
Wąską ścieżką biegnącą tuż przy skale podążała dwójka ichanich.
- Kariko nie będzie zadowolony, że pozwoliliśmy mu uciec.
- Wścieknie się jeszcze bardziej, jeśli nie dotrzemy do Przełęczy przed świtem. Moi ludzie już tam są.
Akkarin zamarł przerażony. A jednak.
Dwójka sachakanów spojrzała przed siebie. Czarne oczy wygnańca podążyły za ich przykładem. Droga okrążała skaliste wzgórze i kierowała się ku Przełęczy. Akkarin spojrzał za siebie. Strome podejście prowadziło do południowego wejścia do Kyralii. Ichani obrali dłuższą trasę, ale łatwiejszą. Perspektywa dotarcia do domu dodała Akkarinowi sił. Starając się poruszać jak najciszej, zaczął brnąć w górę po stromym zboczu. Z każdym krokiem droga stawała się co raz trudniejsza. Nie leczył obolałych mięśni. Używał magii tylko do przelewitowania nad załomami skalnymi. Zatrzymał się na chwilę, aby napić się wody z górskiego strumienia. Nie raz potykał się i upadał. Podnosił się szybko z żelaznym postanowieniem dotarcia do Kyralii przed ichanimi. Musiał ich wyprzedzić. Nocne godziny mijały mu na nieustającym marszu. Z czasem otaczający go las zaczął się przerzedzać. Miejsca drzew zajmowały niewielkie polany służące za pastwiska. Teren powoli się obniżał. Akkarin spojrzał w górę. Na tle nocnego nieba widoczne były dwa szczyty górskie. Jego serce zaczęło bić szybciej, kiedy uświadomił sobie, że przekroczył granice Kyralii. Ulga i radość szybko wyparowały zastąpione przez smutek. Wracał jako wygnaniec. Zimny, nocny wiatr sprowadził go na ziemię. Akkarin rozejrzał się czujnie dookoła. Wyszedł na otwartą, trawiastą dolinę otoczoną z obu stron skalistymi pagórkami. W oddali migotały światełka domów w wiosce. Dolinę przecinała droga, ta sama, którą podążali ichani. Nie mógł tutaj zostać, a musiał odpocząć. Nie da rady iść dalej bez odpoczynku. Akkarin skierował się ku skupisku rosnących gęsto drzew, które dobrze ukrywały wejście do jaskini.
Przez chwilę wpatrywał się w odsłoniętą ziemię z nieukrywaną niechęcią. Zmęczenie wzięło jednak górę i Akkarin położył się na zimnym podłożu.
~ Takan.
~ Panie?! – w mentalnym głosie sachakanina usłyszał ulgę. – Wreszcie jesteś!
Oczami sługi oglądał niewielki pokój w spelunce i dwie osoby siedzące przy stole. Sonea i Cery. Oboje zawzięcie nad czymś dyskutowali. Widok czarnych szat u młodej kobiety nieco go zdziwił.
~ Radzi sobie bardzo dobrze – Takan wydawał się być zadowolony. – Zręcznie wymyka się Gildii.
Akkarin uśmiechnął się krzywo. Ma w tym doświadczenie. Rozbawienie szybko minęło, kiedy przypomniał sobie swoją ostatnią rozmowę z Soneą.
~ Była dobrym pomocnikiem - jego oziębły ton musiał zaalarmować służącego.
~ Od dwóch miesięcy, odkąd rozmawialiście ostatni raz, jest taka…przygaszona. A z tego, co widzę nowe stanowisko nie poprawia jej samopoczucia.
Dwa miesiące? Akkarin zamrugał ze zdziwienia. Aż tak długo się z nim nie kontaktowała? W jego sercu wezbrało zdradzieckie poczucie tęsknoty za Soneą. Starał się odgonić od siebie to uczucie, ale nie mógł. Przed oczami stanął mu obraz drobnej uzdrowicielki. Jej wargi układające się w ciepły uśmiech, delikatne dłonie głaszczące go po policzkach. Zacisnął usta niezadowolony. On kochał Itilith, która była już tylko wspomnieniem. Dla nikogo innego nie było miejsca w jego sercu.
~ A może tak tylko sobie wmawiasz? - słowa Takana zmusiły Akkarina do zastanowienia się. Wewnętrzne rozdarcie powiększyło się jeszcze bardziej. – Nie można żyć cały czas przeszłością, panie.
Akkarin zmarszczył brwi.
~ Nie żyję przeszłością, Takanie!
~ Czyżby? – głos sługi stawał się co raz mocniejszy. – Obowiązkami Wielkiego Mistrza chciałeś pozbyć się wspomnień. Chciałeś zapomnieć, bo nie potrafiłeś pogodzić się z tym, co się wydarzyło!
~ Teraz to i tak już nie ma znaczenia – Akkarin powiódł zrezygnowanym spojrzeniem po otaczających go ścianach skalnych. – Nawet nie wiem, czy przeżyję.
Sługa milczał przez długą chwilę. Akkarin obserwował jego oczami, jak kobieta w czarnych szatach żegna się z Cerym i wychodzi z pokoju. Skrzywił się na myśl, że ich rozmowa po jego powrocie do Imardinu nie będzie należała do najprzyjemniejszych.
~ A chcesz przeżyć? – spytał cicho Takan. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. – Może warto przestać żyć wspomnieniami, zaakceptować je i iść dalej. Przemyśl to, czy naprawdę jej nie kochasz i chcesz ją odtrącić, bo później możesz tego żałować.
To były ostatnie słowa, jakie usłyszał przed zaśnięciem.
Sonea stanęła przed drzwiami mieszkania Rothena. Zapukała delikatnie. Nie mogła powstrzymać lekkiego zdenerwowania. Chciała porozmawiać z dawnym mentorem o czarnej magii. Miała już dość kłamstw. Drzwi otworzył jej starszy mag w szatach alchemika. Twarz Rothena rozjaśnił uśmiech, gdy ją zobaczył. Odpowiedziała mu niemrawym uniesieniem kącików ust.
- Soneo, wejdź proszę – Rothen zaprosił ją do środka. – Poproszę Tanię, żeby przygotowała kubek raki i filiżankę sumi. Rozgość się.
Sonea weszła do salonu i usiadła na jednym z wygodnych foteli. Nerwy zżerały ją od środka. Podskoczyła zdezorientowana, kiedy do pokoju wszedł Rothen, a za nim Tania.
- Wszystko w porządku? – lekki niepokój pobrzmiewał w głosie maga. – Ostatnio wyglądasz na zmęczoną.
Kobieta uśmiechnęła się niepewnie.
- Bo jestem, Rothenie. Nowe stanowisko, nowe obowiązki – z trudem powstrzymała się od niezadowolonego grymasu.
- Muszę przyznać, że wybór ciebie na czarnego maga zaskoczył mnie, a najbardziej fakt, iż propozycja wyszła od Administratora.
Sonea nie zareagowała. Nie mogła przecież powiedzieć, kto był prawdziwym pomysłodawcą, a Lorlen robił tylko za pośrednika.
- Też byłam zaskoczona – wymamrotała.
- Ciekawe, co miałby do powiedzenia Akkarin – Rothen przyglądał się Sonei uważnie. – Przez te dwa lata, po zakończeniu nowicjatu, wydawać by się mogło, że wasze kontakty stały się mniej formalne. Te obiady w Rezydencji…
Sonea wbiła wzrok w kubek z raką.
- Czy on kiedykolwiek zachował się wobec ciebie niestosownie? – w oczach Rothena błysnęły gniewne iskry.
Na policzkach kobiety pojawiły się czerwone plamy, kiedy zrozumiała, o czym mówił alchemik. Na całe szczęście nie wie o kilk epizodach.
- Rothenie, nigdy nic takiego się nie wydarzyło…
~ Ojcze! – Sonea drgnęła na dźwięk przerażonego, mentalnego głosu Dorriena. Spojrzała na starszego maga. Na jego twarzy odbiła się troska i strach o syna.
~ Dorrien?! Co się dzieje?
~ Akkarin mówił prawdę. Oni już tutaj są.
Młody uzdrowiciel wysłał obraz grupy sachakan atakujących wioskę, w której mieszkał. Widok był przerażający. Ichani zabijali każdego, kogo napotkali na swojej drodze. Jeden z nich odłączył się od towarzyszy i skierował się ku Dorrienowi, wysyłając w kierunku uzdrowiciela potężną falę energii. Obraz się urwał.
~ Dorrien! – Rothen zerwał się z fotela. Sonea podeszła do niego i mocno go objęła.
~ Skąd oni czerpią taką siłę.
Uzdrowiciel wysłał im nowy, mentalny obraz przesycony strachem. Kolory straciły na intensywności. Dorrien najwyraźniej był poważnie ranny. Nie miał nawet siły, aby bronić się przed ichnim, który zaczął pobierać od niego moc. On umiera. Po policzku Sonei spłynęła łza.
~ Ostrzeż innych, ojcze! Myślałem, że jeszcze zdążę przyjechać do Imardinu przed tym wszystkim – ostatnie zdanie wypowiedziane przez uzdrowiciela zabrzmiało gorzko.
Kontakt zniknął. Kobieta poczuła, jak Rothen traci równowagę. Ciałem maga wstrząsnął płacz.
- Mój syn…moje dziecko…
Sonea objęła go mocniej. Nie była w stanie powstrzymać łez.
Rothen stracił syna, a ona przyjaciela.
