Rozdział 14.
Sonea mocniej otuliła się starym, wytartym płaszczem. Gdzie on jest? Zniecierpliwiona spojrzała na nocne niebo. Było później niż się spodziewała. Rozejrzała się czujnie dookoła. Stała na dachu kramu, skąd miała dobry widok na Dzielnicę Północną. Obserwowała światła zapalające się w domach bogatych kupców, czując w sercu dziwny żal. Może to ostatni raz, kiedy widzi jedne z najbogatszych posiadłości w Imardinie w całej ich okazałości. Może ostatni raz ma okazję zobaczyć to miasto tętniące nocnym życiem. Westchnęła ze smutkiem.
Gdyby jutro mogło nie nadejść…
- Sonea? – cichy szept za jej plecami sprawił, że podskoczyła przestraszona. Szybko wzniosła wokół siebie silną tarczę.
- Cery? – wymamrotała niepewnie.
- Tak, to ja – obok niej pojawił się młody Złodziej.
Odetchnęła z ulgą.
- Przestraszyłeś mnie – powiedziała z lekkim uśmiechem. W oczach Cerego pojawiły się łobuzerskie iskry, wyglądał na rozbawionego. – Co się dzieje?
Złodziej natychmiast spoważniał. Rozejrzał się szybko wokół.
- Nie tutaj, Soneo – kobieta uniosła brwi lekko niezadowolona. Była zmęczona i chciała znaleźć się w swoim łóżku jak najszybciej. Cery rzucił jej przepraszające spojrzenie. – Wiem, że jesteś zmęczona, ale nie mamy czasu czekać do rana – przyjaciel chwycił ją za rękę i pociągnął. – Będę cię prowadzić.
Podążali Górną Ścieżką. Jedynym źródłem światła był blask latarni i świece w oknach. Cery lawirował pomiędzy co raz to bardziej zapuszczonymi budynkami. Sonea zdała sobie sprawę, że znajdują się w pobliżu Północnej Bramy. Wzrok kobiety powędrował ku głośnej tawernie.
- A o to mój nowy lokal – Cery posłał jej dumny uśmiech.
Do tawerny dostali się tylnym wejściem.
Schody skrzypiały niemiłosiernie pod ich stopami, kiedy po nich wchodzili. Na piętrze Cery skręcił w boczny korytarz i otworzył drzwi do pokoju po prawej stronie. Sonea wsunęła się za nim do pomieszczenia.
- Więc co było aż tak pilnego, że musiałam gnać do slumsów w środku nocy? – kobieta założyła ręce na piersiach i wbiła w Złodzieja ponaglające spojrzenie. Cery zawahał się z odpowiedzią. Uwagę Sonei zwrócił odgłos odsuwanego krzesła. Spojrzała w tamtym kierunku. Od stołu wstał wysoki mężczyzna. Sonea przyglądała mu się w skupieniu. Wyglądał dziwnie znajomo. Zniszczony i brudny ubiór wskazywał na dość długą tułaczkę. Mężczyzna wyglądał na wycieńczonego i znużonego. Sonea uniosła lekko głowę i ich spojrzenia spotkały się. Patrzyły na nią czarne jak noc oczy. Natychmiast go poznała.
Akkarin.
Przez jakiś czas siedzieli wszyscy w milczeniu. Po raz pierwszy od dawna Sonea czuła się skrępowana obecnością Akkarina. Chciała zadać mu tyle pytań, ale pamiętając ich ostatnią rozmowę, milczała. Widziała, że ją obserwuje. Zachowała obojętny wyraz twarzy, kiedy na niego spojrzała. W czarnych oczach dostrzegła cień zawodu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Sonea zacisnęła mocno usta, czując jak niepokój ogarnia jej ciało. Ta obojętność w stosunku do niej, trzymanie jej na dystans…On mnie nie kocha. Serce ścisnęło jej się z żalu. Jakaś cząstka jej nie chciała w to uwierzyć, karmiła umysł Sonei nadzieją. Nie myśl tak.
- Kiedy przybyłeś do Imardinu? – Zadowolona zauważyła, że jej głos był całkowicie obojętny i wyprany z emocji tak, jak planowała.
- Dzisiaj o świcie. Cery ściągnąłby cię tutaj już wcześniej, ale trudno było się do ciebie dostać. – Akkarin wpatrywał się w nią intensywnie, jakby analizował jej zachowanie i wygląd.
Sonea wzruszyła ramionami.
- Jestem zajęta od rana do wieczora, a Gildia depcząca mi po piętach nie ułatwia życia – kobieta wzięła głęboki wdech. – Po informacji Dorriena – starała się nie pokazać, jak bardzo boli ją strata przyjaciela. – Gildia przypomina teraz kopnięte mrowisko.
Akkarin wbił w nią uważne spojrzenie.
- Przykro mi z powodu Mistrza Dorriana – powiedział cicho.
Sonea odwróciła głowę, unikając jego wzroku. Milczała przez chwilę.
- Kiedy przybędą ichani? Ile mamy czasu na przygotowanie się? – spytała cicho, chcąc jak najszybciej zmienić temat.
- Mamy góra trzy dni.
Cery zakrztusił się pitym winem.
- Ile?! – wykrztusił z przerażeniem.
- Ichani najeżdżają każdą wioskę jaką napotkają. Pobierają moc od wszystkich ludzi, u których wyczują magiczny dar – czarne oczy wpatrywały się w Soneę w skupieniu. – Tylko nasza dwójka potrafi posługiwać się czarną magią. Musimy działać razem.
- Gildia mnie nie wypuści – Sonea pokręciła głową. – Jestem ich jedynym czarnym magiem. Będą chcieli, abym walczyła u ich boku, co jest zrozumiałe.
Akkarin wyglądał na niezadowolonego.
- To nas znacznie osłabi – mruknął. – Poza tym mamy jeszcze jeden problem. Ichani stale się wzmacniają. Skoro będziemy działać osobno, musimy być znacznie silniejsi.
Sonea natychmiast zrozumiała, co miał na myśli Akkarin.
- Od tygodnia pobieram moc od magów Gildii za pozwoleniem Starszyzny – powiedziała spokojnie.
- Doskonale – Akkarin upił łyk wina z kieliszka. – Przekażesz mi część swojej energii – wbił w Soneę ostrożne spojrzenie, jakby spodziewał się sprzeciwu.
Kobieta skinęła głową na znak zgody.
Znów zapanowała krępująca cisza. Akkarin i Sonea obserwowali się uważnie tak, jakby byli dwójką przeciwników, którzy oceniają swoje możliwości.
- Mam pewien pomysł – zaczął powoli Cery, przypatrując się z ciekawością Akkarinowi i Sonei. – Możecie pobrać moc od bylców, którzy posiadają magiczny dar.
Czarny mag wyglądał na zamyślonego.
- Pomysł jest dobry, ale slumsy zamieszkują setki ludzi. Nie mamy czasu, aby sprawdzić ich wszystkich. Poza tym będę pozbawiony wsparcia Sonei.
- Senfel mógłby pomóc – zauważył Cery. – Jutro jest spotkanie wszystkich Złodziei – uśmiechnął się do nich przyjaźnie. – Macie nieustające zaproszenie.
- Szkoda, że z niego nie skorzystam – Sonea obróciła w palcach kieliszek z winem, obserwując grę światła na szkole. – Chciałabym zobaczyć się z Farenem.
Cery wywrócił oczami. Wyglądał na rozbawionego.
- Z pewnością bardzo zasmuci go twoja nieobecność. Przekażę mu twoje pozdrowienia.
Sonea została sama z Akkarinem. Cery wyszedł, aby spotkać się ze swoimi informatorami. Wpatrywała się w ciemne niebo za niewielkim okienkiem, chcąc ukryć swoje zdenerwowanie. Tak dawno nie była z nim sam na sam…Ukradkiem zerknęła na niego. Miał obojętny wyraz twarzy, chłodne spojrzenie lustrowało pokój. Wydawał się być tak samo spięty jak ona. Niepewność zakradła się do jej serca.
- Będę się już zbierać – powiedziała z trudem powstrzymując ziewnięcie.
Akkarin odwrócił się w jej stronę. Najwyraźniej musiała go wyrwać z zamyślenia. Wpatrywał się w nią przez chwilę, jakby nad czymś gorączkowo myślał.
- Powinnaś wypocząć przed walką – powiedział cicho, bawiąc się kieliszkiem. – Wyglądasz na wykończoną.
Sonea uśmiechnęła się krzywo.
- Wyśpię się, kiedy będzie już po wszystkim.
Podeszła do niego niepewnie i wyciągnęła przed siebie ręce, które lekko drżały. Akkarin podniósł się powoli z krzesła i ostrożnie ujął jej dłonie. Wydawał się być jeszcze bardziej spięty. Jego dotyk sprawiał Sonei przyjemność. Zadowolona przymknęła powieki i z trudem skoncentrowała się na przesyłaniu mocy. Palce Akkarina zacisnęły się mocniej na jej dłoniach.
- Już starczy – wychrypiał.
Sonea poczuła, jak mag zwalnia uścisk. Chwyciła go za rękę. Tak bardzo z nim tęskniła. Chciała, żeby był bliżej. Znacznie bliżej. Akkarin wbił w nią swoje czarne oczy. Wytrzymała jego spojrzenie. Drżącą dłoń przyłożyła do jego policzka i przyciągnęła twarz Akkarina do swojej. Oddech Sonei przyspieszył, gdy dotarł do niej zapach mężczyzny. Sunęła dłonią po jego koszuli, wbijając w nią paznokcie. Cztery miesią długo nie było go przy niej. Musnęła jego wargi, ale zaraz wpiła się w nie zachłannie. Akkarin spiął się. Nie tego oczekiwała. Strach przed odrzuceniem. On mnie nie kocha. Przyciągnęła go mocniej do siebie i pogłębiła pocałunek. Nie zareagował. Stał tylko sztywno wyprostowany. Jej próby wykrzesania z niego odrobiny uczucia spełzły na niczym. Równie dobrze mogła tulić się do głazu. Odsunęła się od niego, oddychając ciężko. Akkarin unikał jej spojrzenia.
- Dlaczego? – wykrztusiła. – Myślałam, że… mnie kochasz.
Czarny mag zapatrzył się w okno za nią.
- Odpowiesz mi?! – Sonea już ledwo nad sobą panowała. – Może byś chociaż spojrzał na mnie, kiedy do ciebie mówię!
Popatrzył na nią ze smutkiem.
- Przepraszam, Soneo – powiedział cicho. – Powinienem był już wcześniej ci powiedzieć.
- Co powiedzieć? – wydukała zaskoczona.
Akkarin nerwowo zaczerpnął powietrze.
- Pamiętasz, jak opowiadałem ci o niewolnicy, która mi pomagała?
Sonea skinęła głową. Była zbyt zszokowana, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Ja ją kochałem…a ty…ty ją przypominasz – ostatnie słowa wypowiedział szeptem.
Coś w niej pękło. Przypomniała sobie ten mentalny obraz kobiety, który uchwyciła przez przypadek. Kochał ją, nie mógł i nie chciał o niej zapomnieć. Zamrugała gwałtownie, chcąc powstrzymać łzy. Przez cały czas na wygnaniu myślał o niej a nie o Sonei.
Akkarin wpatrywał się w nią ze smutkiem. Nie mogła znieść tego spojrzenia.
- Soneo, daj mi skończyć.
Nie chciała już tego dłużej słuchać, nie chciała go widzieć. Przybierając obojętny wyraz twarzy, wyszła z pokoju nawet na niego nie patrząc.
Akkarin wszedł za Cerym do ciasnego i dusznego pomieszczenia, które jakimś cudem pomieściło najważniejsze osoby przestępczego półświatka. Po wymienieniu uprzejmości wszyscy zasiedli do stołu z ponurymi minami. Akkarin w kilku krótkich zdaniach wyjaśnił, jak przedstawia się ich sytuacja. Z podziwem obserwował ludzi, których magowie uznawali za przestępców, spokojnie ze sobą debatujących. Gildia mogłaby się od nich wiele nauczyć, pomyślał z kwaśnym rozbawieniem, przypominając sobie kłótnie i niepotrzebne spory podczas Przesłuchań. Pomysł Cerego o pobraniu mocy od mieszkańców slumsów spotkał się z aprobatą Złodziei. Jedyną osobą, która podeszła do tego plany sceptycznie był Senfel.
- Mamy góra trzy dni, a wy chcecie przetrząsnąć całe slumsy w poszukiwaniu ludzi z magicznym darem – mag wpatrywał się w Akkarina. – Nawet ty nie jesteś w stanie ogarnąć takiej rzeszy ludzi.
- Zobaczymy – czarny mag wyprostował się.
- A Sonea? – zapytał jeden ze Złodziei – Rawi. – Mogłaby pomóc.
Senfel prychnął.
- Gildia nie podzieli się swoim jedynym czarnym magiem – starszy mężczyzna zamyślił się. – O tobie nie wiedzą?
- Nie – Akkarin pokręcił przecząco głową.
Wzmianka o Sonei przywołała wspomnienia wczorajszego wieczoru. Chciał je od siebie odgonić, ale nie mógł. Akkarin zamknął oczy, starając się nie myśleć o jej ciepłych, delikatnych wargach pieszczących jego własne. Jak dawniej go nienawidziła, tak teraz go kochała. Ta myśl wywołała u niego gorzkie rozbawienie mieszające się z bólem. Kochała go… Wspomnienie tych brązowych oczu szklanych od łez wywołało u niego poczucie winy i złość na samego siebie. Może faktycznie sam nie chciał dopuścić do siebie myśli, że był w stanie kogoś jeszcze pokochać? Może zamknął się w sobie, nie mogąc pogodzić się z przeszłością? Może tak naprawdę ją kochał? Akkarin zamyślił się. Sonea była mądrą, szlachetną kobietą o eterycznej urodzie. Krucha i delikatna, a jednocześnie taka silna… Ale nawet jej odwaga i siła mogły okazać się niczym w porównaniu z mocą ichaniego. Wzdrygnął się. Od początku nie podobała mu się myśl, że mają walczyć osobno. Bał się o nią. Bał się, że może ją stracić. Wrócił pamięcią do tego epizodu w slumsach, tuż po zabiciu Pariego i Terima. To nie było tylko pożądanie. To było coś więcej.
,,…Przemyśl to, czy naprawdę jej nie kochasz i chcesz ją odtrącić, bo później możesz tego żałować."
Do serca Akkarina wkradł się niepokój i strach. Takan miał rację.
Sonea przyłożyła rozdygotaną dłoń do płytkiego nacięcia na przedramieniu martwej ichani, którą zabiła przed chwilą. Walka z Sachakanką nadwyrężyła poważnie jej siły. Westchnęła z ulgą, gdy moc zmagazynowana w ciele kobiety popłynęła ku niej. Otworzyła oczy i spojrzała na swoje dłonie ubrudzone krwią. Zaczerpnęła nerwowo powietrza, starając się powstrzymać falę mdłości. Spojrzała jeszcze raz na zabitą Sachakankę. Martwe, szeroko otwarte oczy utkwione były w zachmurzonym niebie. Jej bezwładne ciało do połowy zanurzone było w sadzawce otaczającej fontannę. Woda wokół ciała kobiety zabarwiła się na rubinowo. To mogłam być ja. Sonea otrząsnęła się z odrętwienia i zmusiła swoje ciało do ruchu. Dopiero teraz dotarły do niej odgłosy walki toczącej się na dziedzińcu Gildii. Chciała, żeby to wszystko okazało się strasznym snem. Ale koszmar dział się naprawdę.
Ichani wkroczyli do Imardinu o świcie. Rozdzielili się w Dzielnicy Północnej z zamiarem obrócenia miasta w pył zanim dotrą do Gildii. W samo południe przed bramą stanęło sześciu z dziesięciu ichnich. Pozostała czwórka zajęła się dokładnym plądrowaniem Wewnętrznego Kręgu – tak wynikało z informacji przekazanych Sonei przez Akkarina.
Myśl o zniszczeniach w mieście i ofiarach wywołała w kobiecie strach o najbliższych.
~ Wszystko z nimi w porządku. Ceryni pomaga mi w pozbyciu się ostatniego z czwórki ichnich, a twoja rodzina jest razem z Senfelem. Udzielają pomocy rannym.
Sonea rzuciła szybkie spojrzenie na czerwony kamień osadzony w srebrnej obrączce. Krwawy pierścień Akkarina. Nie była zachwycona faktem, iż miał wgląd w jej umysł, ale całkowity brak kontaktu byłby oznaką skrajnej głupoty.
~ Dziękuję.
~ Co się dzieje w Gildii?
Sonea powiodła wzrokiem po dziedzińcu. Trójka wojowników połączyła siły przeciwko jednemu ichaniemu, który wyglądał na rozbawionego. Wszędzie było widać ślady walki. Teren przed Uniwersytetem usłany był trupami magów.
~ Niedługo pojawię się w Gildii, tylko wykończę tego ichaniego. Gdzie jest Kariko?
~ Nie wiem – w głosie Sonei pobrzmiewała panika. – Widziałam go przed bramą, a później zniknął mi z oczu – w tym momencie uświadomiła sobie, że powinna śledzić Kariko . Strach i przerażenie stawały się silniejsze z każdą sekundą.
~ Soneo, nie zbliżaj się do Kariko beze mnie! – w mentalnym głosie Akkarina pobrzmiewało ostrzeżenie. – Będziemy walczyć z nim razem – szczególny nacisk położył na ostatnie słowo. Przez kilka niespokojnych uderzeń serca panowała cisza. – Jesteś ranna? – Sonea zamrugała ze zdziwienia. Czyżby dosłyszała w jego głosie troskę czy tak tylko jej się zdawało? Prychnęła niezadowolona z siebie. Przestań, nie bądź naiwna.
~ Jestem w jednym kawałku…na razie – odpowiedziała ponuro.
Rozdzierający krzyk i czyjś chrapliwy śmiech otrzeźwiły Soneę. Jeden z wojowników leżał na ziemi. Pozostała dwójka magów obserwowała z przerażeniem, jak ichani z rozbawioną miną pochyla się nad martwym mężczyzną, aby pobrać od niego moc. Sonea stanęła ramię w ramię z pozostałą dwójką magów, czując jak adrenalina buzuje w jej żyłach przeganiając zmęczenie i strach.
Akkarin przemierzał szybkimi krokami podziemne korytarze prowadzące do gabinetu Administratora. Mag uśmiechnął się ponuro na wspomnienie lekko niezadowolonej i zaskoczonej miny Lorlena, kiedy pojawiał się z znienacka w jego gabinecie. Chwilowe rozbawienie minęło zastąpione przez determinację i lęk. Akkarin cały czas odbierał obrazy z umysłu Sonei dzięki krwawemu pierścieniowi. Wiedział, że żyje i nie jest ranna, ale to nie zmniejszyło jego niepokoju o nią. Mężczyzna zajrzał przez niewielki otwór w ścianie do gabinetu. Pomieszczenie było puste. Akkarin naparł magią na ukryte drzwi, które powoli otworzyły się. Wszedł do środka i rozejrzał się po gabinecie. Skrzywił się nieznacznie, gdy dotarło do niego echo mdłości, które odczuwała Sonea przy pobieraniu resztki mocy od martwego ichaniego. Poczuł ukłucie winy. Może nie powinien był się ugiąć i nauczyć jej czarnej magii. Głośny huk wyrwał Akkarina z zamyślenia. Otaczając się silną tarczą wyszedł na korytarz, na którym toczyła się walka pomiędzy Lorlenem, a jednym z ichanich. Administrator wyglądał na znużonego i zdesperowanego. Sachakanin był znacznie od niego silniejszy.
- Lorlen! – Akkarin wysłał w kierunku ichaniego silny pocisk. Administrator odwrócił się do niego. W jego czach zdziwienie zmieszało się z ulgą.
Ichani słabł z każdą chwilą. Ostatnie uderzenie przełamało jego tarczę. Przez ułamek sekundy wodził oszalałym spojrzeniem pomiędzy Lorlenem i Akkarinem. Oczy Sachakanina błysnęły dziko, kiedy zatrzymał wzrok na Administratorze. Po plecach Akkarina spłynął zimny dreszcz, gdy zrozumiał, co planuje ichani. Świadomy, że umrze, chciał wykorzystać ostatnie pokłady energii i osłabić Gildię, a Lorlen był słabszy i bardziej wykończony od niego…W tym samym momencie rozległ się kolejny huk i głośny krzyk. Ichani drgnął konwulsyjnie i zastygł z zadowolonym uśmiechem. Akkarin obejrzał się za siebie. Po jednej z popękanych kolumn osunął się Lorlen. Z jego ust skapywała krew, barwiąc na czerwono błękitną szatę.
- Lorlen! – czarny mag natychmiast znalazł się przy rannym przyjacielu. Złapał go za ramiona i przytrzymał rannego mężczyznę. Administrator chwycił Akkarina za nadgarstki. Z trudem utrzymywał się na nogach.
- Mnie już nie pomożesz – powiedział cicho, wbijając palce w czarne szaty. – Byłem uzdrowicielem. Doskonale wiem, jakie odniosłem rany….zbyt dużo energii, żeby postawić mnie na nogi.
Akkarin prychnął cicho.
- Daj sobie pomóc!
Lorlen pokręcił głową, w jego oczach błysnęła stal.
- Zbyt dużo siły musiałbyś użyć, abym przeżył. Siły, której tak potrzebujesz. – Na ustach maga pojawił się smutny uśmiech. – Powodzenia. – To były jego ostatnie słowa.
Akkarin ostrożnie ułożył ciało Lorlena na ziemi. Oddychał ciężko, uświadamiając sobie, że jego najlepszy przyjaciel nie żyje. Gardło Akkarina ścisnęło się z żalu. Teraz została już tylko jedna osoba, którą musiał chronić.
Silna fala przerażenia Sonei zalała jego umysł. Obserwował jej oczyma, jak potężny Sachakanin przełamuje obronę Mistrza Rothena. Starszy Alchemik był wykończony i przerażony.
- Rothen! – wystraszona Sonea zbiegła po schodach prowadzących do Siedmiołuku o mały włos się nie wywracając. W jej umyśle przerażenie łączyło się z żelaznym postanowieniem ochrony przybranego ojca. Tylko nie Rothen.
~ Sonea! – Akkarin zerwał się na równe nogi i szybkim krokiem ruszył w kierunku dziedzińca. – Bądź ostrożna, nie pozwól, aby zawładnęły tobą emocje! To ci nie pomoże!
Zignorowała go. Jej uwaga była całkowicie skupiona na szarpiącym się z ichanim Rothenem. Ostrze sztyletu błyszczało groźnie w dłoni Sachakanina, a alchemik rozpaczliwie starał się obrócić nóż w stronę przeciwnika. Ale ichani był silniejszy. Wyrwał rękę z uścisku maga i zatopił sztylet w jego piersi.
Nie!
Sonea przyspieszyła. Strach i gniew sprawiły, że przestała racjonalnie myśleć. Teraz jej jedynym celem było uratowanie Rothena i zabicie ichaniego.
~ Soneo, zatrzymaj się! – Akkarin wbiegł na dziedziniec. Doskonale widział, jak ichani przekłada dłoń do rany alchemika i zaczyna pobierać moc. Pamiętał tego Sachakanina z uczt wydawanych przez Dakovę. Ivamir był jednym z najokrutniejszych i najbrutalniejszych ichanich. Nie przepuścił żadnej kobiety… Pamiętał, jak raz wziął siłą do łoża jedną z niewolnic. Dziewczyna na drugi dzień zmarła z wycieńczenia fizycznego i psychicznego.
Sonea dobiegła do ichaniego i niewiele myśląc szarpnęła go, jednocześnie dobywając sztylet. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powinna zaatakować magią. Przeklęła pod nosem własną głupotę. Już miała przyłożyć nóż do odsłoniętej skóry na karku mężczyzny, gdy ten odwrócił się w jej stronę. Złapał ją za nadgarstek i rzucił na ziemię Krzyknęła z bólu, kiedy mężczyzna wykręcił jej rękę. Wypuściła nóż.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy – warknął jej do ucha. Był niebezpiecznie blisko. Czuła ciężar jego ciała na sobie. – Czarny Mag Gildii! – zaśmiał się głośno. – Chucherko z ciebie, moja droga.
Sona szarpnęła się, czując dłonie ichaniego na sobie. Strach powoli paraliżował jej ciało. On nie chciał tylko jej mocy.
- Śliczniutka jesteś. – Jednym szarpnięciem zdarł z niej wierzchnią część szaty. – Ciekawe, czy reszta jest tak samo ładna jak twarz.
Sonea wrzasnęła głośno i zaczęła wyrywać się ichniemu. Drapała go i kopała, próbując go z siebie zepchnąć. Jednak mężczyzna był od niej silniejszy. Bez trudu przygwoździł ją do ziemi.
- Jeśli będziesz grzeczna, daruję ci życie – wychrypiał, zszarpując z niej spodnie.
Teraz była w samej koszuli.
- Nie – wyszeptała, trzęsąc się na całym ciele. – Proszę!
Usta ichaniego ułożyły się w drwiący uśmiech, który szybko znikł. Ktoś zepchnął z niej mężczyznę i przycisnął do ziemi. Sonea wpatrywała się szeroko otwartymi ze strachu oczyma w sylwetkę czarnego maga.
- Gdzie jest Kariko? – warknął Akkarin, przyciskając sztylet do gardła ichaniego.
Sachakanin nie chciał odpowiedzieć, zmuszając Akkarina do odczytania myśli. Sonea otrząsnęła się z pierwszego szoku, przypominając sobie o alchemiku.
- Rothen – wyszeptała, przysuwając się do maga.
Wyglądał tak, jakby spał. Sonea potrząsnęła nim, powtarzając w kółko jedno słowo: Rothen. Niebieskie oczy pozostały zamknięte. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy, które zaczęły skapywać jej po policzkach.
- Nie – wyszeptała i wybuchnęła płaczem.
Słyszała jego kroki i szum czarnych szat. Czuła silne ramiona, które ją otoczyły. Akkarin. Jego zapach i dotyk nadal sprawiał jej przyjemność, ale nie przynosił już ze sobą radości i ulgi tak, jak kiedyś. Do oczu Sonei napłynęły nowe łzy. Tym razem nie były one wywołane tylko stratą przybranego ojca, ale również zranionymi uczuciami. Przestań! Spojrzała na krwawy pierścień zła na siebie. Słyszał wszystko. Wyrwała się z uścisku Akkarina i przysunęła do ciała Rothena. Nadal nie mogła uwierzyć, że jego już nie ma. Straciła Dorriena…
Nie potrafiła przestać płakać.
- Soneo.- Ramiona Akkarina oplotły ją znów, ale tym razem mocniej. – Tak bardzo mi przykro.
Pozwoliła mu się do siebie przytulić.
- Jesteś w samej koszuli – Akkarin objął ją mocniej. – Czy on cię skrzywdził? – w jego głosie pobrzmiewała stal.
- Nie – wychrypiała. – Nie zdążył.
Jej ciałem ponownie wstrząsnął szloch. Akkarin spróbował odciągnąć ją od Rothena, ale mu na to nie pozwoliła.
- Soneo, musisz wstać – powiedział cicho, głaszcząc ją powoli po włosach.
Pokręciła przecząco głową, nadal próbując mu się wyrwać. Objął ją jeszcze mocniej.
- Posłuchaj mnie – zaczął powoli. – Ja wiem, że jest ci ciężko, ale musisz się podnieść. Kariko został sam. Zakończmy to wreszcie!
- Łatwo ci mówić – wycedziła. – Przed chwilą straciłam kogoś, kto był dla mnie jak ojciec.
- A ja patrzyłem na śmierć Lorlena - wykrztusił, ostrożnie pomagając jej wstać. – Chciałem mu pomóc, ale było już za późno. – Wziął głęboki wdech. – Soneo, potrzebuję ciebie. Wiem, że boli strata bliskiej osoby, ale trzeba umieć się z nią pogodzić. Jeżeli pozwolimy Kariko uciec, nie będziemy mieć spokoju. Tyle osób straciło życie. On nie może nam się wymknąć!
Sonea stała przez chwilę i wpatrywała się w ciało Mistrza Rothena. Po jej policzku spłynęła samotna łza. Schyliła się i podniosła z ziemi swój czarny płaszcz.
- Gdzie on jest? – spytała cicho.
- Uniwersytet – powiedział, ścierając jej z brody słoną kroplę.
Rozglądając się czujnie weszli do Uniwersytetu. Sonea szła za Akkarinem. Kilka razy mag odwrócił się do niej, przyglądając się jej uważnie. Jednak ona nie zwracała na to uwagi, nadal zbyt wstrząśnięta śmiercią byłego mentora. Nawet świadomość, że Akkarin ma wgląd do jej umysłu przestał ją drażnić. Było jej to obojętne. Nagle cały świat stał się obojętny oprócz jednej myśli – najpierw zginął Dorrien, teraz ichani odebrali jej człowieka, który był dla niej jak ojciec. Została sama… Zadrżała na tą myśl. Miała rodzinę poza murami Gildii, ale co z tego? Tutaj nie było już nikogo, do kogo mogłaby przyjść o każdej porze i liczyć na wsparcie. Wielu magów wciąż nie mogło jej zaakceptować jako jednej z nich, a stanowisko czarnego maga nie polepszyło jej sytuacji. Potrzebowała miłości i wsparcia. Ale kocham kogoś, kto nigdy mi tego nie da, pomyślała z goryczą. Świadomość, że powinna skupić się teraz na jak najszybszym znalezieniu i pokonaniu Kariko, nie poprawiła jej humoru. Powoli podniosła wzrok i zorientowała się, że Akkarin zrównał się z nią i znów ją obserwuje. Ostrożnie na niego spojrzała. Wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale odgłos cichych kroków odwrócił uwagę Sonei.
- A już myślałem Akkarinie, że nie dasz mi tej przyjemności poznania twojej byłej podopiecznej - stojący przed nimi Sachakanin wyglądał na znudzonego. Ciemne oczy taksowały Soneę w skupieniu. – Nie powiem, urocze stworzenie. Aż żal mi ją zabijać.
Akkarin nawet nie drgnął.
~ Soneo, stań bliżej mnie.
Posłuchała i przysunęła się do niego powoli, nie spuszczając Kariko z oczu.
~ Walcząc razem mamy nad nim przewagę.
Wznieśli wspólną tarczę, od której odbił się strumień energii wysłany przez Kariko. Akkarin i Sonea odpowiedzieli na atak. Hol wypełniły huki wymienianych pocisków, z których kilka uderzyło w smukłe kolumny podtrzymujące schody. Z sufitu posypał się gruz.
- Tylko na tyle was stać! – warknął Kariko i posłał w ich kierunku kolejne uderzenie.
Sonea z przerażeniem obserwowała spadek mocy w swoim ciele. Przeciwnik nawet nie był zmęczony, a oni wkładali sporo energii w utrzymanie tarczy.
~ Akkarin…
Mężczyzna stojący obok niej lekko drgnął.
~ Musimy się rozdzielić – wysłała.
Akkarin rzucił jej przelotne spojrzenie. W czarnych oczach odbiło się niezadowolenie.
~ To jest ryzykowne. Jesteśmy silniejsi, kiedy działamy razem.
~ Mam twój pierścień – zaczęła zniecierpliwiona. – Cały czas możemy się ze sobą kontaktować. Jeżeli zaatakujemy go z dwóch stron mamy większą szansę na wygraną.
Akkarin rzucił jej kolejne niezadowolone spojrzenie.
~ Nie ma mowy!
Sonea nie zdążyła odpowiedzieć, bo Kariko wysłał w ich kierunku kolejny pocisk. Akkarin chwycił ją za ramię i przyciągnął bliżej do siebie.
~ Musimy działać razem. Kariko nie jest przyzwyczajony do współpracy tak jak reszta ichanich.
Nie protestowała już. Walka stawała się co raz bardziej zagorzała. Sonea z niechęcią musiała przyznać Akkarinowi rację. Kariko cały czas starał się ich rozdzielić, wykorzystując do tego spory zapas energii.
~ Jeszcze tylko trochę. Już słabnie.
~ Podobnie, jak my – dodała ponuro Sonea. Z każdą mijającą sekundą czuła się co raz bardziej zmęczona.
Nagły ruch powietrza i głośny trzask zwrócił uwagę Sonei. Spojrzała na Kariko, który uśmiechał się z satysfakcją.
Popatrzyła na sufit i natychmiast zrozumiała powód jego zadowolenia. Spora część sklepienia nad nią i Akkarinem była popękana, grożąc zawaleniem. Jeszcze jeden huk i ze stropu zaczął sypać się gruz, zapowiadając większą lawinę.
~ Musimy opuścić tarczę.
Sonea poczuła, jak znika chroniąca ją bariera.
~ Cofnij się! – Akkarin pchnął ją mocno w stronę schodów, a sam uskoczył w bok w ostatniej chwili.
Spory kawałek sufitu runął na ziemię, rozdzielając ich. Sonea dysząc ciężko podniosła się na nogi. Coś zsunęło się z jej palca i z brzdękiem potoczyło się po podłodze. Spojrzała na swoje wilgotne dłonie. Na palcu wskazującym prawej dłoni brakowało krwawego pierścienia.
- Tego szukasz? – wzdrygnęła się na dźwięk drwiącego głosu Kariko.
Ostrożnie podniosła wzrok na ichaniego. Mężczyzna trzymał w dłoni krwawy pierścień Akkarina, który zaraz zniszczył za pomocą magii. Spojrzała przerażona na maga odzianego w czerń. Jego wargi poruszyły się nieznacznie. Zostań, tam gdzie jesteś.
Powoli skinęła głową. Od Akkarina oddzielała ją spora sterta gruzu. Nie zdąży przez nią przebrnąć, bez narażenia się na atak. Z przerażeniem uświadomiła sobie, jak bardzo jest słaba. Moc, którą pobrała od dwójki zabitych ichanich, nie wystarczyła. Z trudem utrzymywała się na nogach. Powinna osłonić się tarczą…Wypuściła głośno powietrze z płuc. Tarcza! Dlaczego nie pomyślała o niej od razu. Silne uderzenie pchnęło Soneę na ścianę. Kobieta wydała z siebie krótki krzyk bólu, w ustach czuła metaliczny smak krwi. Oddychanie sprawiało jej teraz trudność.
- Sonea! – odwróciła głowę w stronę czarnego maga. Po raz pierwszy widziała go tak przerażonego. Akkarin zrobił krok w jej stronę, ale Kariko wznowił atak. Sonea wysłała w głąb swojego ciała uzdrowicielską moc. Ból w klatce piersiowej ustąpił. Mogło być gorzej. Sonea z niepokojem obserwowała popękane sklepienie. Ściany drżały od siły wymienianych pocisków. Kolumny podtrzymujące schody były popękane. Powoli odzyskiwała siły, przypatrując się walce Akkarina i Kariko. Z twarzy Sachakanina zniknął pewny siebie uśmiech. Mag wysłał ku ichaniemu potężny strumień mocy, pokonując jego obronę. Kariko przewrócił się pod wpływem uderzenia. Akkarin znalazł się przy nim natychmiast i dobył sztyletu. Oczy ichaniego rozbłysły niebezpiecznie. Ostatkiem sił chwycił maga za rękę, starając się wyrwać mu nóż. Z sufitu posypały się większe kawałki kamienia i tynku, pęknięcie stawało się co raz większe. Fragment schodów prowadzących na pierwsze piętro runął na posadzkę. Sonea uskoczyła w bok, unikając przysypania. Rozejrzała się dookoła, szukając drogi ucieczki. Stała daleko od drzwi. Po obu jej stronach piętrzyły się stosy gruzu. Został między nimi przesmyk, przez który zdołałaby uciec. Gdyby tylko mogła się ruszyć…
Wracały wspomnienia tych kilku miesięcy. Całe jej życie, z trudem poukładane, zaczęło się walić. Została wybrana czarnym magiem wbrew swojej woli, ale zgodziła się dźwigać to brzemię i przyjęła związane z tym ograniczenia, by chronić swoich bliskich i mieszkańców miasta. Wzdrygnęła się, słysząc krzyk Kariko. Spojrzała w tamtą stronę. Akkarin pobierał moc od ichaniego, spomiędzy jego palców ściekała krew. Mężczyzna zerknął z niepokojem na sufit. Sonea poruszyła się powoli. Teraz wszystko się zmieni. Zagrożenie zniknęło, ale ona nadal będzie czarnym magiem.
- Soneo! – popatrzyła zrezygnowana na idącego w jej kierunku Akkarina. – Sufit zaraz runie na posadzkę! – wykrztusił, wyciągając do niej dłoń. – Chodź do mnie. Wyprowadzę cię stąd.
Tak, wyprowadzi ją z walącego się budynku na świeże powietrze. Zaczną się pytania, a ona będzie musiała udzielić na nie odpowiedzi, nawet te niezadowalające. Pochowają poległych, popłyną łzy, ale radość z wygranej przyćmi stratę. Gildia stanie na nogi, odbudują Uniwersytet, znów zaczną ją kontrolować. Na pewno odbędzie się Przesłuchanie w sprawie Akkarina, na jednym się nie skończy…
- Soneo, rusz się! – w głosie maga pobrzmiewał gniew mieszający się z lękiem.
Przeszła dwa kroki i zatrzymała się, znów się wahając. Akkarin. Zgodziła się na to wszystko, bo go kochała i myślała, że on odwzajemnia jej uczucia. Myliła się. Przez ponad trzy lata okłamywała Rothena, jego syna i rodzinę, bo tak miało być lepiej. Bo tak mu obiecała. Kłamała, żeby bliskim nic się nie stało. Ale teraz są już bezpieczni, mogłaby im powiedzieć…mogłaby. I znów zaczną się pytania, dlaczego milczała.
- Nie skończyłem pobierać mocy od Kariko. Budynek grozi zawaleniem! – Akkarin postąpił krok do przodu. – Soneo, wyciągnij rękę i chwyć moją dłoń!
Wystarczyło tylko go chwycić i będzie żyć dalej. Ponownie się zawahała. Straciła Rothena i Dorriena, tego ostatniego odrzuciła ze względu na Akkarina. Nie miała w Gildii nikogo, kto mógłby ją tu zatrzymać. Dannyl wróci do Elyne, jej rodzina nie zgodzi się zamieszkać tutaj, a ona nie może opuszczać terenu Gildii bez zezwolenia. Ta myśl przypomniała jej o czymś jeszcze. Możliwość leczenia mieszkańców slumsów była najważniejszym powodem, dla którego przystąpiła do Gildii. Sonea zamrugała, czując jak po policzku spływa jej samotna łza. Miała wrażenie, że pękła ostatnia nić, która łączyła ją z Gildią.
- Soneo, pośpiesz się!
Kolumna podtrzymująca schody zawaliła się. Sonea rzuciła szybkie spojrzenie na sufit.
- Sonea! – Akkarin krzyknął ponaglająco.
Chciała żyć.
Z tą myślą postąpiła krok do przodu. Już tak niewiele dzieliło ją od Akkarina. Głośny trzask odwrócił jej uwagę od maga, który teraz patrzył ze strachem w sufit. Sonea spojrzała w tym samym kierunku. Zimny dreszcz przerażenia spłynął jej po plecach. Pęknięcia na stropie byłby co raz większe, z kolumn sypał się gruz. Lęk przed zasypaniem sprawił, że w żyłach Sonei popłynęła adrenalina, dodając jej sił i lecząc zmęczenie. Nałożyła na siebie najsilniejszą tarczę na jaką było ją stać i rzuciła się pędem do wyjścia. Przed nią biegł Akkarin, który co chwilę odwracał się w jej stronę.
- Soneo, szybciej!
Jej oddech stał się chrapliwy, kiedy zmusiła swoje nogi do jeszcze szybszego biegu. Wyjście było co raz bliżej. Widząc, jak Akkarin przekracza próg Uniwersytetu i wybiega na dziedziniec, przyspieszyła jeszcze bardziej. Serce Sonei zaczęło walić jak młotem, gdy usłyszała huk walącego się sufitu. Posadzka pod jej stopami zatrzęsła się niebezpiecznie. Przerażona spojrzała w górę. Sklepienie znajdujące się nad nią zaraz runie. Nie zdąży dobiec do wyjścia. Dzikim z przerażenia wzrokiem powiodła po holu. Spojrzenie Sonei padło na niepozorną wnękę w ścianie. Nie była trzask zmusił ją do podjęcia natychmiastowej decyzji. Umrzeć poprzez przysypanie, czy spróbować dostać się do wnęki i mieć nadzieję, że przeżyje? Wybrała to drugie. Z trudem zmusiła swoje nogi do biegu, jeszcze szybszego niż poprzednio. W ostatniej chwili wskoczyła do wnęki i wtuliła się w tylną ścianę, wzmacniając swoją tarczę.
Rozległ się huk, kiedy ogromny fragment sufitu uderzył o posadzkę. Kamienie przysypały ciało Kariko.
Wszystko ucichło.
Akkarin podniósł się z ziemi, krztusząc się i kaszląc.
- Soneo? – wychrypiał.
Odpowiedziała mu cisza. Strach i podejrzliwość wkradły się do umysłu maga. Odwrócił się szybko.
Tam, gdzie kiedyś wznosił się imponujący gmach Uniwersytetu, stał tylko szkielet budynku. Cały sufit runął na ziemię.
- Sonea!
Żadnej odpowiedzi. Pokręcił głową z niedowierzaniem. To nie może być prawda. On żyć
- Soneo, proszę – wyszeptał.
Rozległ się głośny trzask, z ponad gruzu wzbił się siwy dym. W powietrzu dało się wyczuć swąd spalonego ciała. Do oczu Akkarina napłynęły łzy. Płakał po raz pierwszy od dawna. Po raz drugi stracił kobietę, którą kochał. Zamknął oczy, pozwalając słonym kroplom spływać po twarzy. Myślał, że ten najazd jemu odbierze życie, a ją oszczędzi.
Oczy ponownie zapiekły go od łez.
Stało się na odwrót.
Sonea otworzyła oczy. Nadal siedziała skulona we wnęce. A jednak przeżyłam. Ale ulga i radość szybko się ulotniły. Ze wszystkich stron napierała na nią ciemność, powoli zaczynało brakować jej powietrza. Jeżeli zaraz czegoś nie wymyśli, to się udusi. Spanikowana zaczęła macać ściany. Po chwili palce Sonei natrafiły na coś metalowego. Zaintrygowana utworzyła małą kulę światła. W delikatnym blasku dostrzegła niepozorną mosiężną gałkę przytwierdzoną do tylnej ściany wnęki. Z lekkim uśmiechem przekręciła metalowy uchwyt, napierając na kamień magią. Ukryte wejście do podziemnego korytarza stanęło przed nią otworem. Sonea westchnęła z ulgą, gdy strumień chłodnego powietrza musnął jej twarz. Powiększyła kulę świetlną i weszła do podziemnego tunelu. Szybko zorientowała się, że to nie jest jeden z tych korytarzy, które przemierzała z Akkarinem. Poczuła znajomy ból w sercu na wspomnienie czarnego maga. Skup się na jak najszybszym wydostaniu się z tych podziemi!
Straciła rachubę czasu. Miała wrażenie, że odkąd weszła do tunelu minęły całe wieki. Powietrze, które na początku było dla niej przyjemne, stało się stęchłe i ciężkie. Zrezygnowana brnęła przed siebie, starając się nie panikować. Czasami miała ochotę zatrzymać się i zacząć krzyczeć, ale wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Korytarz zaczął powoli się podnosić i ostro zakręcać. Sonea poczuła, jak jej buty nabierają wilgoci. Spojrzała w dół. Po nierównych kamieniach płynął malutki strumyk. Twarz Sonei musnął lekki wiaterek, którzy przyniósł ze sobą zapach ziemi po deszczu. Odetchnęła głęboko, wpuszczając do płuc rześkie powietrze. Wyjście z tunelu musiało być niedaleko. Kroki Sonei przeszły w trucht. Korytarz biegł co raz wyżej, przyjemny podmuch świeżego powietrza stawał się silniejszy. Potykając się o kamienie, Sonea wyszła z tunelu. Osłoniła oczy dłonią, przed zachodzącym słońcem i rozejrzała się dookoła. Znała to miejsce. Znalazła się przy źródle. Z westchnieniem ulgi podeszła do miejsca, skąd wypływała woda. Zrzuciła czarny płaszcz i zaczęła przemywać zdarte kolana i otarcia. Kiedy skończyła się już myć i leczyć rany, usiadła na nagrzanej półce skalnej. Nie była tutaj po raz pierwszy, tylko poprzednim razem miała towarzysza. Gardło Sonei ścisnęło się od tłumionych łez. Wtedy była tutaj z Akkarinem. Tutaj pocałował ją po raz pierwszy; tutaj zrozumiała, że jest jego. Tylko jego…Oparła brodę na kolanach, starając się przestać o nim myśleć. Postaraj się o nim zapomnieć! Teraz masz ważniejsze problemy, wewnętrzny głos umilkł. Sonea obserwowała, jak słońce chowa się za horyzontem, ostatni raz pieszcząc jej twarz ciepłymi promieniami. Nie mogła tutaj spędzić całej nocy, a myśl o powrocie do Gildii nie uśmiechała jej się. Nie chciała tam wracać…ale powinna. Zawahała się, czując jak ścierają się ze sobą dwie strony jej osobowości. Jako mag musiała przestrzegać prawa Gildii. Skrzywiła się na myśl o ciągłej kontroli. Nie umiała tak żyć – ograniczona przez mury Gildii, nie mogąc pomagać bylcom. Nie chciała być bezmyślnym pionkiem w rękach Starszyzny pozbawionym własnej woli. Jej magiczny dar należał do niej, nie do Gildii. Nie wykorzystywała swojej mocy, aby krzywdzić bezbronnych.
Nie wracam.
Sonea podniosła się powoli i ostrożnie zeszła po kamienistym zboczu. Biegła pomiędzy drzewami, chcąc ostatni raz spojrzeć na zabudowania Gildii. Przystanęła na skraju lasu, obserwując z daleka magów spieszących w stronę Uniwersytetu, a raczej tego, co niego zostało, pomyślała z żalem. Rzuciła ostatnie spojrzenie na Rezydencję Wielkiego Mistrza i odwróciła się, wchodząc z powrotem w las.
~ Sonea! – mentalny krzyk Akkarina był ogłuszający.
Przez chwilę miała wyrzuty sumienia. Wszyscy myśleli, że nie żyje. Akkarin również. Narzuciła na głowę kaptur czarnego płaszcza.
~ Sonea! – kolejny krzyk rozszedł się echem po jej umyśle.
Sonea…Sonea… Nie Uzdrowicielka, nie Czarny Mag, nie Mistrzyni. Po prostu Sonea.
Przyspieszyła, zostawiając za sobą Gildię i przeszłość.
Nie odwracaj się, patrz przed siebie, szeptał cichy głosik.
Wysoko unosząc głowę, ruszyła pewnym krokiem przez las z postanowieniem ułożenia sobie życia od nowa.
Zostało tylko jej imię – Sonea.
