- Przewrotny psi los… – mamrotał do siebie Kurogane, potrząsając pustą karafką po winie.
Rozwalony na niezliczonych pledach i poduszkach dzielił tym razem z dżininą i Dywanem ogromną, bogato wystrojoną komnatę. Lepsze to, niż mokra jaskinia, z której nie w sposób się wydostać. Obecnie towarzystwo grało w karciankę, której zasady migowo-słowne nie mieściły się w głowie młodego mężczyzny. Odmówił zaproszeniu do zabawy, ponieważ nie czułby się pewnie grając z dżinem; kto wie, jaką stawkę ustalają perfidne duchy kiedy za partnera do gry nie mają ożywionego pledu, a żywą istotę ludzką. Co pewien czas niebieskoskóra babka wykrzykiwała triumfalne zawołania o niewymownych jakiegoś niezidentyfikowanego biskupa. Kurogane miał szczerą nadzieję, że nikt tego nie słyszy, bo konflikt na tle religijnym był ostatnią rzeczą, której pragnął świeżo upieczony książę.
Tak, właśnie tak - książę. Był księciem od kilku tygodni. Pogodził się z tą sytuacją na tyle, że nie już miał sił, ani chęci wściekać się na dżininę, która to władowała go w tę niebezpieczną udawankę. Przyzwyczaił się nawet do zamieszkiwania w sułtańskim pałacu. Przez ostatnie tygodnie przytył i rozleniwił się, ale przynajmniej sypiał spokojnie. No, może nie całkowicie spokojnie, ale na pewno spokojniej, niż od tego szmatu czasu, kiedy pozostał na ulicy sam, zdany tylko na siebie. Nie musiał kraść, nie chadzał głodny, nikt nieproszony mu nie przeszkadzał. No i widział samego sułtana. Z bliska! O czymś takim przeciętny biedak nie ośmieliłby się nawet śnić.
Jak w ogóle do tego doszło? Niee, Kurogane nie życzył sobie „zostania księciem". Bez przesady. Są inne sposoby na to, by stać się bogatym i wpływom i które nie zawierają w sobie potencjalnej opcji dysydentów próbujących wysłać cię na tamten świat przy pomocy zatrutego hummusa, którego zwykle jadasz na śniadanie. Kurogane nie miał parcia na władzę, nic z tych rzeczy. Po prostu kolejny raz dał znać o sobie jego pech. Pech w połączeniu z dziwnym zrządzeniem losu i dżinem, który okazał się wcale nie tak posłuszny, jakby mogło się to zdawać, doprowadził do następującej sytuacji: Kurogane siedział na wielkiej, szarej i szczeciniastej górze, próbował zrozumieć, dlaczego ubrany jest w jedwabie oraz dlaczego otacza ich - znaczy, słonia (co tu robił słoń jeszcze zdążyć nie ustalił) i Kurogane - sporawa armia służby, z czego znakomita większość niosła… huh, różne takie materialne dziwy?
- Nie tak brzmiało moje życzenie! – powiedział wtedy.
- Och, Panie, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu! „Gwarantowany absolutny cud" to moja dewiza, której się trzymam! Jeszcze będziesz zadowolony!
Chwilę trwało, nim zauważył, że frenetyczny głosik dżininy dobiega go z lampy ukrytej pod turbanem. Tak, miał turban. Pierwszy w życiu.
Pamiętał też, że właśnie wtedy dotarło również do niego to, że przed nosem ma ogromne wrota do miasta. Szeroko otwarte wrota, w które - bez skrepowania - wkraczał słoń, na którym miał nieszczęście znajdować się Kurogane. Wybitnie nie podobało mu się dokąd ta cała sytuacja zmierza. Tym bardziej, że właśnie odkrył co wspólnego mają niezwykle pięknie przybrany słoń, turban i cała ta mnogość służby.
- Nie mogę wejść do Agrabah jako książę! Skąd niby przybywamy, do ciężkiej cholery?! – wyrzucił z podszytą histerią złością. – Straże potraktują to jako najazd, zabiją nas! T-to znaczy mnie, bo z tobą to nigdy nic nie wiadomo…
- Przybywamy z daleka! Jeśli będziesz, Panie, zachowywał się godnie i szlachetnie, nikomu przez głowę nie przejdzie myśl o zabijaniu! A histeria na pewno nic tu teraz nie pomoże! – odsyknęła z pretensją – Resztę pozostaw mnie. Wszystkim się zajmę. O przepraszam, już się zajęłam. Sułtan jeszcze będzie twoim najlepszym kumplem!
- Nie chcę być księciem, nie umiem być księciem! To jakiś nonsens! To nie cud, to koszmar!
Histeryczna argumentacja zapewne trwałaby dalej, gdyby nie to, że dżinina trafiła w czuły punkt:
- Panie, daję ci bezpieczeństwo i gwarancję, że nigdy nie wrócisz na ulicę. To za mało?
- Jeśli to jest bezpieczeń-
- Daję ci nową tożsamość. Możliwość pozostawienia wszystkich tych drobnych kłopotów za sobą. Wszystkich ludzi, którzy mieli okazję cię nękać za sobą. Wciąż za mało?
Tym razem minęła dłuższa chwila, nim Kurogane odpowiedział. Słoń zdążył wleźć w główną ulicę miasta, skupiając wokół siebie zaciekawione tłumy.
- Nie mam pojęcia, co robią książęta… - burknął niechętnie, wiercąc się niespokojnie na słoniowym grzebiecie. Każdy kawalątek zwierzęcia, choć przyozdobiony tkanymi dywanikami, koralikami i innymi cudami, pachniał dość… oryginalnie.
- Będziemy umacniać stosunki międzypaństwowe – obwieściła bez zająknięcia dżinina – a także dyskutować nad rozwojem gospodarczym oraz możliwością nawiązania wymiany towarowej.
- CO BĘDZIEMY ROBIĆ?!
Ani się obejrzał, a już odnalazł się w sali tronowej. Ba, naprzeciwko tronu. Jeszcze lepiej - na tronie siedział sam sułtan i przyglądał się Kurogane z tajemniczym, zamyślonym półuśmiechem. Kurogane miał nadzieję, że jeśli pozostanie zgięty w ukłonie, to w jakiś sposób odwlecze to chociaż o kilku sekund moment jego śmierci. Bo był pewien, że skażą go na śmierć. Gdzie tam złodziejowi do bycia księciem… W każdej chwili ktoś może go rozpoznać. Przyznać konspiracyjnym szeptem, że niezapowiedziane wizyty książąt z dalekich krajów są co najmniej podejrzane. Próba oszukania sułtana po prostu MUSI skończyć się dla oszusta bardzo wymyślnie i bardzo boleśnie.
Dżinina natomiast zdawała się być w swoim żywiole. Z tego, co półprzytomny ze stresu Kurogane zdołał wywnioskować, przybrała postać zwykłej kobiety i sama siebie mianowała egzotycznym marszałkiem dworu egzotycznego księcia. A gdy przedstawiła swojego pana z imienia, Kurogane o mało samoistnie nie wyzionął ducha. Nieliczni członkowie sułtańskiego dworu, którzy mieli pecha znaleźć się przy władcy akurat, wtedy gdy woniący słoń i ogromna rozśpiewana świta nawiedziła salę audiencyjną, zaszemrali podejrzliwie pomiędzy sobą.
Dlaczego wybrała akurat takie imię…? Kto jej, tfu, im uwierzy w coś podobnego?
Ośmielił się podnieść wzrok na tyle, aby rozeznać się w sytuacji - po to, by sprawdzić, czy sułtan już płonie wściekłością, czy jest tylko do cna oburzony.
Sułtan nie płonął, ani nic z tych rzeczy. Wciąż się uśmiechał. Nie umknęło uwadze Kurogane to, że wymienił spojrzenie z następcą tronu. Kurogane omal nie wyzionął ducha po raz drugi. Jeszcze przed chwilą księcia tutaj nie było! Skąd?! Jak?! Teraz, kiedy stanął twarzą w twarz z samym księciem, śmierć była bardziej, niż pewna… Co on w ogóle sobie myślał, kiedy przystał na pierdzielony pomysł dżininy?! Że uda mu się wstąpić do pałacu nie natykając się przy tym na tego księcia?!
Spojrzenie na linii sułtan-jego syn było tylko z pozoru krótkie i przelotne. Kurogane był pod sporym wrażeniem tego, iż decyzja zapadła bez choćby jednego słowa, ani jednego zbędnego grymasu. Książę przymknął oczy i niemal niezauważalnie wzruszył ramionami. Sułtan za to uśmiechnął się odrobinę szerzej, podniósł się z tronu. Skłonił się lekko przed gościem. I był to gest tak majestatyczny i elegancki, że Kurogane nie powtórzyłby go nawet po setnej próbie.
I tak egzotyczny książę razem ze swoją świtą (i słoniem) stali się mile widzianymi gośćmi na sułtańskim dworze. Z decyzją władcy nikt nie śmiał dyskutować.
Dżinina promieniała dumą.
Otumaniony Kurogane bez powodzenia próbował oddać podobnie elegancki ukłon sułtanowi.
Zaś jasnowłosy książę bez powodzenia próbował stłumić chrumknięcie śmiechu.
Tak jak przewidziała (obiecała…?) dżinina wkrótce po tym Kurogane miał przyjemność uczestniczyć w obradach. I to trzykrotnie! A każda trwała co najmniej… eee, długo! W trakcie tych obrad Kurogane wiele się nauczył, jeszcze więcej nie zrozumiał. Radował się wielce z obecności - dosłownie - magicznie zjawionych ministrów, czy innych konsulów, którzy znali się na polityce, ekonomii i innych skomplikowanych sprawach i w których brodatych obliczach z jakiegoś powodu Kurogane widział dżininę. Ministrowie obradowali z ministrami sułtana, dzięki bogom Kurogane nie musiał prawie nic mówić. Podobnie jak sułtan, który - raczej z własnej woli - odzywał się niewiele. Dwóm obradom przewodził za to wysoki, ciemny facet - pewnie jakaś szycha, zaufany koleżka sułtana i tego typu sprawy. W obradach numer trzy pałeczkę przejął syn sułtana. Kurogane miał nieodparte wrażenie, że w nader subtelny sposób wymusza on na ministrach podejmowanie konkretnych, z góry ustalonych decyzji. A ministrowie nie byli nawet świadomi tej łagodnej manipulacji.
Strach się bać.
I tuż po tych obradach, gdy wszyscy zostawili Kurogane w spokoju, za to poczęli traktować niczym stałego mieszkańca pałacu dżinina przyszła do niego z obwieszczeniem co najmniej szokującym:
- Mam do pogadania z jednym takim marnym duchem. I z tego, co wiem, ten zdziwaczały wszarz od dawna zamieszkuje sułtański pałac. To miałam na myśli mówiąc o „dwóch pieczeniach", kiedy wkraczaliśmy do miasta.
- Jesteśmy tu tylko dlatego, że było to DLA CIEBIE wygodne…? - zapowietrzył się Kurogane.
- Póki co jesteś zadowolony, czyż nie, Panie? A i ja na tym skorzystam. Czysty zysk, ot co!
Powinien być wściekły. I był. Miał ochotę zabrać się z pałacu natychmiast. Do stu demonów, ryzykował własną głową tylko dlatego, że wiedźma miała w tym interes?
Kiedy już nawrzeszczał się do woli, i kiedy te wrzaski nie zrobiły na kobiecie większego wrażenia, postanowił na nowo przemyśleć jej pytanie. Czy był zadowolony? No cóż, raczej tak. Wyrobił sobie wysoką pozycję społeczną, mógł swobodnie pobyć… z różnymi ludźmi, ogółem rzecz ujmując - mieszkanie w pałacu bynajmniej złe nie było. Jak to mówią: człowiek szybko przyzwyczaja się do nowych warunków. W szczególności gdy te nowe warunki przewidywały pięć pełnych, wyśmienitych posiłków dziennie, masaż po wieczornej kąpieli i łóżko, na którym spokojnie zmieściłoby się sześcioro ludzi. Kurogane korzystał z przywilejów jak mógł; na łóżku na przykład sypiał wspak i co noc skopywał z niego Dywan, który próbował kłaść się mu grzecznie zwiniętym rulonem w nogach.
Druga sprawa: gdzieś w głębi duszy mężczyzna odczuwał ulgę, że dżinina jest z nim szczera. Że przyznała się, czego tu szuka, zamiast dalej bezczelnie pogrywać w kłamstewka ze swoim panem. Było to diabelsko prostolinijne, wręcz naiwne myślenie, ale Kurogane cieszył się, że dżinina wciąż liczy się z jego zdaniem i nie robi tego, co jej się żywnie podoba. Chciała odnaleźć jakiego pechowca, który zalazł jej za skórę… Niech i tak będzie. Nawet zwykli mieszkańcy Agrabah wiedzieli, że porządek w sułtańskim pałacu utrzymuje co najmniej pół tuzina pomniejszych, mało rozgarniętych duchów. Żadna tajemnica.
I tak Yuuko co dzień, mniej więcej o tej samej porze, udawała się na poszukiwanie nieszczęsnego wszarza.
- Zbliża się czas kolacji, Panie – odezwała się teraz, odkładając karty i mierząc Kurogane sugestywnym spojrzeniem.
- Możesz iść – zezwolił, machając łaskawie dłonią. – Ale na krótko! – zastrzegł z naciskiem.
Skinęła głową i pyk! - już jej nie było.
Chwilę później wkroczyły służące z kolacją.
Dywan rozpłaszczył się na podłodze udając zwykły… em, dywan. Kurogane podejrzewał, że onieśmielają go ludzie, których nie zna. Lub też obawiał się, że parująca zawartość któregoś z talerzy pewnego dnia wyląduje na jego starannie pielęgnowanych wzrokach.
Służba wycofała się w pokłonach, Kurogane wziął się za jedzenie. Chwila ciszy i spokoju. Jak miło.
Spokój nie trwał szczególnie długo.
- Zaczynam powoli tracić cierpliwość… - dobiegł Kurogane głos z bliżej nieokreślonych przestrzeni sufitu.
Burknął w odpowiedzi z pełnymi ustami. Pewno znowu nic nie znalazła.
Dżinina znikała na krótko. Na kwadrans, nie więcej. Nie był pewien jak dokładnie wyglądają i na czym tak właściwie polegają jej poszukiwania. Najważniejsze - zarzekała się, że nikogo przy okazji nie skrzywdzi, nie wzbudzi niczyich podejrzeń, ani nie zrobi niczego, co wpędziłoby w gniew jej pana. Kurogane szczerze powątpiewał w to, czy Yuuko stosuje się do ostatniego podpunktu. Ale póki w pałacu nikt nie zginął, nie został ranny w czasie kolacji, a w drzwiach kurogańskiej komnaty nie zjawiali się uzbrojeni strażnicy… to wszystko było w jako takim porządku.
Kurogane wolał się nie zastanawiać na czym polega ten numer, że dżinina jest w dwóch miejscach jednocześnie - że rozmawia z nim i jednocześnie krąży po pałacu. Ten przejaw magii odrobinę go przerastał. W dodatku nigdy nie wiedział, co ma robić z oczami, gdy obecność wiedźmy objawiała się głosem, który dobiegał czy to z sufitu, czy kątów komnaty. Kurogane zazwyczaj gapił się po prostu przed siebie.
- Za chwilkę wrócę do pokoju, obiecuję! – paplała dalej kobieta. – A na razie chciałabym ci zdradzić w tajemnicy, że ta plota, jakoby salamandry pałętały się po komnatach sułtańskich pod nieobecność władcy to… zwykła plota! Nikogo nie było. To znaczy, huh, salamandry były. I czuwały. Ale w zamknięciu. Poznałam je po zapachu. One tak specyficznie cuchną, jakby ktoś próbował upiec kurczaka bez uprzedniego obdarcia go z piór. Mało tego, oprócz ich śmierdzącej obecności wyczułam magię ochronną. Dziwną, nie spotkałam się nigdy z taką. Bardzo… jakby to powiedzieć… subtelną? Grzeczną? Ale niszczycielską, bez dwóch zdań. Dobrze, że nie władowałam się tam w swojej postaci, mogłoby być niemiło…
Demonica lubowała się w nagłym przechodzeniu od tematu do tematu, a przesyt informacyjny był stałym skutkiem ubocznym jej gadaniny. Kurogane szybko nauczył się filtrować wiadomości, jakimi go obdarzała. Tak właściwie to wyłączał się ze słuchania po trzech-czterech zdaniach i pozwalał gadać dżininie do woli.
Teraz jego umysł zaprzątały jedyne wspomnienie dotyczące istot znanych jako Salamandry.
To było całe lata temu. Mama jeszcze żyła, a Kurogane był akurat w takim wieku, w którym zabawa krowimi plackami (które nierzadko „krowie" były nie tylko hipotetyczne, a najzupełniej dosłowne) jest uznawana za doskonały sposób spędzania wolnego czasu.
Z wielką pompą odbywały się wówczas coroczne obchody święta, z okazji których sułtan łaskawie wstępował do swego ludu. Tak właściwie to polegało to na tym, że obwożono go w lektyce ulicami miasta i lud mógł mu co najwyżej pomachać. Bliższy kontakt mógłby skończyć się utratą takiej, czy innej kończyny. Kończyny, oczywiście, nie-sułtańskiej.
Małemu Kurogane udało się po raz pierwszy w życiu zobaczyć ponad głowami tłumu władcę kraju. Było to wielkie przeżycie. Tym bardziej wielkie, że u stóp sułtana przycupnęły dwie z grubsza ludzkie postaci. Podobnie jak sułtana, Kurogane nigdy w życiu nie widział też Salamander. Od zbyt długiego patrzenia na wijące się czerwono-purpurowe płomienie, które ukrywały ich sylwetki łzawiły oczy. Mówiono, że po człowieku, który rozeźlił salamandrę zostawały tylko parujące podeszwy skórzanych butów. Kuro nie był pewien, co zostawało, jeśli nie miało się w posiadaniu ani jednego buta, tym bardziej skórzanego. Przy tych tutaj płonących osobnikach nogawice szerokich spodni sułtana mogły czuć się bezpiecznie. Co innego mały, niepozorny pustynny kwiatuszek, który miał pecha być rzuconym akurat w stronę możnowładcy. Kwiatuszek dostał się w zasięg purpurowych płomieni, na mgnienie oka rozjarzył się do białości… i zniknął. Czy to przypadek, czy potrzeba narracyjna sprawiły, że w tym samym momencie ta sama salamandra, która rozprawiła się z kwiatuszkiem spojrzała prosto na zbaraniałego chłopca. Spojrzenie nieporuszonych - jakże by inaczej - onyksowych oczu na długo wypaliło się w pamięci Kurogane. Z perspektywy czasu dziwił się, że udało mu się wtedy wrócić do domu o suchych spodniach.
Biorąc pod uwagę umiejętności rasy Salamander, to że nie rozłaziły się wolno po pokojach sułtana było całkiem sensowne. Cóż komu po doskonałych strażnikach, skoro ci mogli co dnia niechcący spalić czy to ulubiony podnóżek, czy jakiś ważny papirus…
Ukłon dla dżininy, że przyjęła ich uśpioną obecność z takim spokojem. Kurogane nie czułby się pewnie, gdyby znalazł się w komnacie sułtana i-
Pobladł. Z trudem przełknął gotowany bób, popił winem i dopiero wtedy wrzasnął w przestrzeń:
- Wlazłaś do prywatnych pokojów sułtana!? Siedzenie w lampie uszkodziło ci mózg, kobieto?!
- O co tyle krzyku? – obruszyła się w odpowiedzi. – Niczego nie dotykałam. Prześlizgnęłam się tylko i wszystko ładnie przejrzałam i przewąchałam.
To niby miało być usprawiedliwienie?!
Zaczerpnął głęboko tchu.
- DO CIĘŻKIEJ-
- Komnaty są ściśle strzeżone przez mięśniaków z mieczami, nie przedostanie się nawet mysz, tak, tak – przerwała nadchodzącą tyradę Yuuko. – Przejęłam ciało muchy, takiej zupełnie zwykłej muchy i wleciałam przez szparę w drzwiach. W każdych drzwiach znajdzie się szpara. W każdym razie nic nie wskórałam. Wróciłam z pustymi rękoma – zakończyła niezwykle poirytowana swoją porażką.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób – wycedził.
- Pokornie przepraszam.
Znów zaległa cisza. Kurogane w każdym innym wypadku cieszyłby się z tej ciszy. Lecz nie teraz. Nie po rewelacjach z sułtańskimi komnatami.
- Ej, jesteś tam? – spytał sufitu, starając się przy tym nie czuć jak ostatni dureń.
- Jak zawsze, Panie mój – obwieściła i zapytała mimochodem: – Czy to kotlety jagnięce?
- A co cię to obchodzi? – Brunet na wszelki wypadek zasłonił swojego kotleta obronnym gestem. – I tak nie musisz jeść.
- Nie muszę, ale bardzo lubię – naburmuszyła się dżinina. – Szczególnie kotlety jagnięce. Kiedyś byłam w posiadaniu takiego miłego chłopca, świetnie gotował, wręcz doskonale.
Kurogane wolał nie wiedzieć co dokładnie kryje się za sformułowaniem „być w posiadaniu chłopca". Szczególnie, jeśli tą, którą posiadała była dżinina.
Z kolejnym pyknięciem kobieta zmaterializowała się przed oczyma przeżuwającego Kurogane. Przemierzyła pokój z zaciętą miną i ramionami skrzyżowanymi na piersi - była to reakcja równoznaczna z rykami wściekłości w wykonaniu Kurogane.
- Odpuść sobie. Tymi swoimi poszukiwaniami wpędzisz nas w kłopoty – stwierdził obrażonym tonem domorosły książę.
Dżinina fuknęła, zasiadła na podusze i wypuściła kółko dymu. Nieważne, zdenerwowana, czy nie, nie potrafiła rozstać się na długo ze swoją cygarniczką.
- Muszę doprowadzić sprawę do końca – mruknęła niskim głosem. – Nie mogę pozbyć się wrażenia, że on wie, że tu jesteśmy… To mnie strasznie frustruje! Dziwak zawszony jeden…
Po głowie eks-złodzieja kołatała się pewna niesprecyzowana myśl. Miał pewne przeczucie, że znów popełnia w rozumowaniu ten sam błąd, który popełniał przy poszukiwaniu lampy. Nie. Inaczej: popełnia błąd logiczny odwrotny do tego przy poszukiwaniach lampy.
Od kilkunastu dni całkiem potężny dżin szukał „jednego takiego marnego ducha" i wciąż nie potrafił go znaleźć. Może zwyczajne tego ducha tutaj nie było? A może ten duch doszedł do perfekcji w uciekaniu przed wszystkimi wkurzonymi, którzy chcieli go odnaleźć i przy okazji byli od niego silniejsi…?
- …znaleźć w końcu jakieś… ukryte pomieszczenie? – Wciąż mamrotała do siebie kobieta, ignorując podsuwaną jej przez Dywan talię kart. – A może powinnam szukać osoby? Ach, przez te lata zamknięcia wyszłam z wprawy…
- A gdybym ci tego kategorycznie zakazał? - odezwał się nagle Kurogane.
- Oczywiście, ale tylko w formie życzenia. Ale tego nie zrobisz, Panie, bo jesteś egoistą – rzekła poważnie, po czym zauważyła nieco uszczypliwie: – Zjadłeś wszystkie kotlety.
Jędza. Jak zwykle umiała wykorzystać naiwny, drobny przejaw dobrej woli na swoją korzyść. Prędzej piekło zamarznie, nim Kurogane podzieli się z nią kotletem!
- Ale odłóżmy sprawę kotletów. Umknęło mi, by wspomnieć ci o tym wcześniej… Lojalnie ostrzegam: miej się na baczności przy sułtanie. – Dżinina podkreśliła wagę swoich słów dwoma zgrabnymi dymnymi kółeczkami. – Jest jakiś dziwny. Zauważyłaś, czyż nie?
Już jej nie słuchał. Co za dużo obcowania z upierdliwym duchem, to niezdrowo.
Zebrał poniewierający się po podłodzie turban i wyszedł na balkon, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem po obfitym posiłku. Jedno się nie zmieniło: kiedy był biedakiem, jadł skradzione resztki w samotności, teraz pomieszkuje w pałacu, a i tak zdarza się, że podczas posiłków za jedyne towarzystwo ma bezcielesny głos. A, i jeszcze niepokojącą świadomość, że wzorki na dywanie wpatrują mu się prosto w twarz.
Mimochodem zerknął na balkon przynależący do książęcej komnaty. Pokój Kurogane znajdował się nieco wyżej i na wschód od komnaty dziedzica tronu. Uhm, idealna lokalizacja, brunet nie śmiałby temu zaprzeczyć.
Jedynym, co obecnie zalegało na książęcym balkonie było wielkie, prążkowane kocisko. Kurogane naliczył przy księciu - może i wiedział, jak książę ma na imię, ale nie ośmielił się nawet w myślach nazywać go inaczej - dwa oswojone tygrysy i jednego geparda. Intrygowało go w jaki sposób w tych pałacowych, idealnie utrzymanych ogrodach takie wielgachne zwierzaki załatwiają wszelkie swoje kocie potrzeby. I kto po nich sprząta. I czy nie ostrzą pazurów na tkanych złotem i srebrem gobelinach. A ileż te kociska musiały żreć! No ale bogaci mogą pozwolić sobie na więcej…
Bogaci mogą sobie pozwolić na więcej, ale i niekiedy mają więcej spraw na swych głowach. Na ulicy człowiek mógł „co najwyżej" obawiać się tego, czy ktoś uboższy - jeśli to w ogóle było możliwe - od niego w akcie desperacji nie pozbawi go życia, gdy ten będzie zażywał snu. Bogaty od samego zamartwiania się, czy pewnej nocy jakiś szkaradny złodziejski ktoś nie zechce pozbawić go tych wszystkich ładnych, drogocennych chodniczków mógłby dostać potężnej migreny…
Weźmy sobie na przykład takiego księcia, syna sułtana - musiał nie tylko martwić się o swoje chodniczki, ale i przejmować się Sprawami Państwa.
Przez większość czasu książę był zajęty swoimi książęcymi obowiązkami albo towarzyszył sułtanowi. Chcąc nie chcąc, aby wreszcie się na niego natknąć, Kurogane musiał kręcić się w pobliżu jego prywatnej komnaty, dzielnie znosząc podejrzliwy wzrok strażników.
Ogromną ulgę sprawiło mu odkrycie, że strażnicy dzielą się na dwie grupy: tępych i mniej tępych. Tępi patrolowali ulice miast, mniej tępi włóczyli się po pałacu. Wyglądało na to, że te dwie tępe grupy miały wyraźnie zaznaczony podział obowiązków. I oby nigdy się nie spotkały i nie zgadały co do podobieństwa młodego księcia z jednym takim zaplutym złodziejem.
Za to kiedy Kurogane mimochodem spotykał się z przyszłym władcą, książę potrafił poświęcić swojemu gościowi nawet i całe popołudnie. Kilka razy przysiedli nawet wspólnie do późnego obiadu. Kurogane z jakiegoś powodu lubił z nim rozmawiać, lubił dowiadywać się o tysiącu rzeczy, o których nigdy wcześniej nawet nie słyszał. Sułtański syn był biegły wielu dziedzinach nauki i sztuki. Najtrudniej było ukryć przed nim ogromne niedostatki w wykształceniu. Pff, w jakim wykształceniu? Kurogane mógł co najwyżej pomarzyć sobie o wykształceniu, a swoją niewiedzę ukryć pod kożuszkiem pyszałkowatości. I kiwać mądrze głową, za każdym razem, kiedy książę podsuwał mu książkę z - jego zdaniem - interesującym fragmentem. Kurogane słabo pamiętał tych kilka lekcji czytania, które dawała mu mama. Lepiej czytał w ludzkich twarzach, aniżeli w księgach - umiejętność bardzo przydatna dla ulicznego dzieciaka. Dlatego też potrafił wyłapać, że tuż pod tym nieschodzącym z twarzy blond księcia łagodnym uśmiechem kryje się głębokie zmartwienie. Pełna obaw troska, która wyzierała zza uśmiechu tylko na chwilkę niemal za każdym razem gdy Kurogane wspominał o sułtanie. Nie, tym razem nie chodziło o Sprawy Państwa, ale… Cóż, Sprawy Rodzinne lepiej zostawić w obrębie… hm, rodziny. Tym bardziej, jeśli chodziło o rodzinę arystokratyczną, która jak nic nie oczekiwała pomocy od, pożal się boże, nagle zjawionego księcia. Ale, ale! Wracając do tematu: świeżo upieczony książę prędzej sczeźnie, niż poprosi niebieską wiedźmę o naukę rozróżniania liter! Zresztą, za darmo pewnie i tak by nie pomogła…
Tygrys podniósł głowę, spoglądając w głąb książęcego pokoju. Brunet na wszelki wypadek też mocniej wychylił się za rzeźbioną poręcz. Kocur poderwał się na równe nogi, koniec pasiastego ogona zabujał się rytmicznie. Cień nachodzącego człowieka zamajaczył na żyłkowanej mozaice balkonowej podłogi.
Palec paniki szturchnął mocno bruneta, przerywając mu niezwykle konstruktywną działalność jaką było gapienie się na bujany na boki tygrysi ogon.
Ktoś nadchodził. Wiadomo kto, ale, do diabła, sułtani powinni ucztować przez długie godziny, a nie…!
W pierwszym odruchu chciał cofnąć się do własnej komnaty. Nie! Lepiej będzie przybrać nonszalancką pozę, przyodziać niebezpiecznie zabójczy, w pełni arystokracki uśmiech i… poczekać na nadejście.
Przy prędkiej próbie przybrania tejże pozy łokieć Kurogane ześlizgnął się z marmurowej poręczy i mężczyzna o mało co nie wybił sobie o nią zębów.
Bogowie, co się ostatnio z nim dzieje!? Bezmyślność i łajzowatość dały mu nieźle popalić przez ostatni tydzień. Czy to jakieś oznaki starości, czy co? Dobrze, że nie dopadły go wcześniej, na ulicy, bo źle by to rokowało jego złodziejskiej karierze.
W końcu oparł się dłońmi o balustradę i wbił wzrok w niebo. Dobra, teraz tylko wystarczy nie rozglądać się na boki, a kiedy już mimochodem zauważy księcia, to udawać zaskoczenie i… Argh, cholerne włosy!
Książę oderwał się od gładzenia ogromnego pasiastego łba i dostrzegł go akurat wtedy, kiedy Kurogane upychał ostatni dziki, uparty kosmyk grzywki pod zwoje turbanu. Jasnooki mężczyzna błysnął zębami w uśmiechu i pomachał ręką, jak gdyby dworska etykieta była mu zupełnie obca. Jako że inna forma pozdrowienia nie przyszła Kurogane do głowy, tak i on odpowiedział księciu wstydliwym machnięciem dłoni. A potem wycofał się rakiem do pokoju i stamtąd jeszcze próbował napawać się widokiem zamyślonego księcia, który to z kolei napawał się widokiem miasta pogrążonego w wieczornej ciszy.
- Panie, przestań łypać zza tej zasłony, tylko zabierz naszego drogiego Księcia na przejażdżkę latającym dywanem – poradziła dżinina, kręcąc nosem na trzymane w dłoniach karty. Pod nieobecność Kurogane rozpoczęła kolejną tajemniczą partyjkę z Dywanem. Tym razem bez obwieszczania światu rewelacji o częściach intymnych biskupów.
Na dźwięk jej głosu Kurogane odskoczył od połaci materiału.
- Po co miałbym… Do diaska, nie prosiłem cię o radę! – burknął, szukając wzrokiem jakiejś nieodpieczętowanej butelki na ukojenie nerwów.
- Żeby miło spędzić wieczór? Zrobić coś ciekawszego od włóczenia się po pałacu i ogrodach? – Czyniąc błogą minę zakreśliła dłonią łuk w powietrzu i zanuciła z wielkim uczuciem: – Nikt nie zawróci nas spomiędzy gwiazd, gdy wokół-
- Czy ty możesz wytrzymać chociaż z godzinę bez śpiewania?! – wysapał gniewnie Kurogane, rozdrażniony deficytem alkoholu.
- Ależ mogę. Lecz jeśli już o tym mowa, to z nas dwojga, to właśnie ty, Panie, masz większe problemy z zapanowaniem nad sobą. – Dżinina podniosła się ze swej poduchy i otrzepała spodnie. – Niech szef patrzy uważnie, to może się szef czegoś nauczy…
Pochyliła się. Nim jej dłonie dotknęły podłogi stała się psem o dziwnie połyskliwej, czarnej sierści. Kurogane podążył bezwolnie wzrokiem za psiskiem kręcącym mu się wokół nóg.
- Nie chcę ci niczego narzucać, mój Panie, ale z doświadczenia wiem, że spacery to za mało. W gruncie rzeczy wszyscy mężczyźni niezależnie od gatunku są stosunkowo łatwi w obsłudze - wiem coś o tym. – Pies przemówił raźnym, kobiecym głosem i położył pysk na bucie bruneta, wznosząc nań ogromne oczyska. Krótki ogon uderzał prędko o podłogę świadcząc o radosnym podekscytowaniu. – Możesz być usłużny i zawsze na miejscu, słuchać z uwagą i spoglądać maślanym wzrokiem, ale… to nie wystarczy!
Kurowane nie przypominał sobie, by kiedykolwiek jego wzrok miał coś wspólnego z produktami spożywczymi, a już na pewno nigdy nie bywał on nikomu usłużny. To znaczy, cały Kurogane. Nie tylko jego wzrok.
Ledwo to skonstatował , dżinina poderwała się na równie łapy.
I już Kurogane znajdował się nos w nos z… hm, samym sobą. Tyle że ten drugi uśmiechał się trochę zbyt szeroko, a w jego oczach igrały znajome, nieco obłąkane ogniki. No i nie miał na sobie wspaniałego turbanu.
Tyle dobrze, że tym razem głos pasował do postaci.
- Potrzeba fantazji! – oznajmił nie-Kurogane i dla poświadczenia swej tezy z rozpędu przejechał na kolanach przez pół pokoju, zagarniając po drodze haftowany chodniczek.
Kurogane patrzył na to wszystko w osłupieniu. Drugi on wyhamował przed samym Dywanem, uśmiechnął się doń zniewalająco i podsunął mu wyczarowany znikąd biały kwiat, na co Dywan - ku niedowierzaniu prawdziwego Kurogane - zasłonił nieśmiało frędzelkiem swe wzorkowane lico.
- Potrzeba fantazji, uroku i nieco magii! – Z kwiatu wyprysnął maleńki szary ptak, który przysiadł na palcu sobowtóra. Ten nowy Kurogane odwrócił się i czyniąc zakłopotaną minę zwrócił się do oryginału: – Mam na myśli taki… alegoryczny rodzaj magii, w końcu nie każdy z nas rodzi się dżinem.
Młody mężczyzna pokiwał powoli głową. To miało sens. Jakiś sens na pewno. Chyba na pewno.
- A potem… Wszystkie karty na stół! – Ten drugi znów był tuż przed jego nosem i znów się wydzierał. I jakby tego było mało, wymachiwał kartą do gry. W gwoli ścisłości królem kier, co Kurogane uznał za mało wyszukaną metaforę. – Dobre ułożenie zdarza się niezwykle rzadko, a stawka jest przecież wysoka!
Kurogane przestał nadążać w chwili, gdy karta rozsypała się malowniczo, a na jej miejscu stanął syn sułtana. Jego drugie ja niezwłocznie skorzystało z okazji i objęło księcia ramieniem. Książę uśmiechał się serdecznie, był odziany w to samo w czym Kurogane widział go przed chwilą na balkonie. Nawet pachniał tak samo jak zawsze. Ughhh…
No i świetnie, z tego wszystkiego pokłonił się przed tym widziadłem, które było równie prawdziwe, co ten idiotycznie wyszczerzony jego własny sobowtór.
Jasnowłosy mężczyzna roześmiał się perliście i oddał ukłon. Zbliżył się do bruneta, gestem zmusił do podniesienia głowy i przemówił głosem nieco głębszym, niż ten, który był znany Kurogane:
- Jest ryzyko, jest zabawa! Kto się nie odważy, ten nie wygrywa! W innym wypadku nawet ciało młodego boga nie pomoże… – Dźgnął palcem z brzuch wyższego mężczyzny, by następnie sięgnąć po jego turban i naciągnąć mu go na oczy. To nie było szczególnie książęce zachowanie i wprawiło ono Kurogane w głęboką, paraliżującą konsternację.
Czy to już koniec? Oby tak.
Gdy Kurogane zdołał uporać się z turbanem, po księciu i po jego własnym pomylonym odbiciu została tylko migotliwa, złotawa mgiełka.
Uff, koniec.
Yuuko znów okupowała swoją purpurową poduchę, ćmiła cygarniczkę i wyglądała na odrobinę znudzoną.
- Ale to tylko wolna propozycja, Panie. Nie musisz z niej korzystać – wyjaśniła mu, a potem, uznając temat za zakończony, rzuciła plik kart Dywanowi. – Twoja kolej, teraz ty rozdajesz – zarządziła.
Co… to… było…? Niedorzeczność. Nie, raczej wzorowo przeprowadzona lekcja niedorzeczności. Tak, same niezrozumiałe niedorzeczności okraszone grubą warstwą lukru ze stukniętej magii.
Kurogane znów powoli pokiwał do swych myśli. Nie powinien słuchać tego szalonego ducha, bo sam zgłupieje.
Nie, już zgłupiał, bo właśnie podjął w myślach Decyzję.
A co tam. Raz się żyje.
- No dobra… Przejażdżka z księciem. Jasne – powiedział nieco zamyślonym tonem. Następnie wskazał palcem na Dywan. – Gotuj się, kapo. Zabieram cię ze sobą. Ciebie też, niebieska wiedźmo, to chyba oczywiste, że nie zostawię cię tu samą. A ja… na razie pójdę się przygotować. Jakoś. Psychicznie, czy coś.
Kobieta uśmiechnęła się triumfalnie i zignorowała Dywan, który zamachał jej chwościkami przed nosem, ilustrując tym samym swe oburzenie na niechcianą wycieczkę, w którą został wpakowany.
- Na wszelki wypadek: proszę uważać na świrniętego tatusia! – zawołała za Kurogane.
- Mówisz o sułtanie, jędzo! Trochę szacunku! – ryknął, a potem z rozmachem otworzył drzwi i wpadł weń.
Po chwili wypadł z garderoby poczerwieniały z wściekłości; kolejne drzwi, te prowadzące do jego prywatnej łaźni, wybrał już dobrze. Dżinina nie skomentowała tej pomyłki, która zdarzyła się jej panu już po raz trzeci w ciągu ostatniego tygodnia.
- Co to za czasy, że już dziwaka nie można nazwać po imieniu? – zapytała rzeczowo wciąż urażonego Dywanu i trąc dłonią o brodę zmierzyła uważnym spojrzeniem jego wyłożony, skompletowany układ kart. – Eh? Znowu wygrałeś?
A/N: Graliście kiedykolwiek w grę o nazwie Dupa biskupa? Ja też nie, ale ona naprawdę istnieje.
A, i już wiadomo, skąd ten tytuł opowiadania...
