A/N: Kobyłkowaty rozdział, z którym wyrobiłam się przed premierą kontynuacji TRC, yay. Czuję się niemal spełniona.

Enjoy your trauma.


„Magiczna atmosfera". Jasne. „Otwórz oczy szeroko; cuda otaczają nas", taa, uhum. I co jeszcze? A tak: „Nieziemski raj, spełnienie snów", oczywiście, że tak.

W normalnych okolicznościach powyższe na pewno by się sprawdziły. Ale okoliczności nie były normalne w żadnym rozumieniu tego słowa. Ale czego innego można było spodziewać się po poronionym pomyśle narodzonym w poronionej głowie niebieskiej wiedźmy? Samo miejsce narodzin nie rokowało dobrze przyszłej karierze pomysłu.

A jednak, głupek Kurogane podszedł do jego realizacji zupełnie poważnie.

Ułożył sobie w głowie propozycję tej nieszczęsnej przejażdżki, tak by owa propozycja nie wypadła uwłaczająco, dwuznacznie, czy demony wiedzą, co jeszcze. Mamrocząc pod nosem Dokładnie Ułożoną Propozycję poćwiczył kilkukrotnie kłanianie się. Pogodzony ze swym losem Dywan obserwował na swój bezoczny, dywani sposób całe to przedstawienie i na całe szczęście nie próbował pomóc. Triumfująca dżinina siedziała bezpiecznie zamknięta w lampie.

Kurogane, pełen sprzecznych uczuć, po raz ostatni poprawił turban i tkwiące w nim piórko, przeanalizował, czy jego płaszcz powiewa w odpowiedni dla jedwabnych (czy jakichś tam) płaszczy sposób, burknięciem przywołał Dywan i hop!

Pierwsze zaskoczenie – sąsiedni balkon wykazuje deficyt wszelkich książąt (no, poza tym jednym niechlubnym, udawanym wyjątkiem). Przecież był tu jeszcze przed chwilą! Kurogane sam podpa- sam widział! Nie mógł przecież tak po prostu zniknąć!

…tyle dobrze, że gdziekolwiek poszedł, zabrał ze sobą te wielgachne kocury…

Dywan zakołysał się niepewnie nad balustradą oczekując jakichkolwiek instrukcji od mężczyzny, który stał na nim. Instrukcji nie było. Był za to jeden, wielki, ciemnowłosy kłębek niepewności.

Jakkolwiek by było, nie mogą tak po prostu wtarabanić się, wlecieć, cokolwiek, do książęcej komnaty. W dodatku tym mniej oficjalnym wejściem.

Może powinienem go zawołać, przyszła do głowy Kurogane odkrywcza myśl.

Ale jak?, natychmiast pojawiła się wątpliwość.

„Wasza Książęca Mość?" brzmiałoby zbyt… zbyt oficjalnie i jakoś tak ozięble.

„Gdzieżeś polazł?!" też jakoś nie wchodziło w rachubę.

Dłużej nie musiał się zastanawiać. Książę się zjawił. Tak po prostu. I nieoczekiwanie, bo ni cholery Kurogane nie zarejestrował jego nadejścia, dopóki nie wyłonił się zza kotary radosny i wcale niezdumiony tym, w gruncie rzeczy, niecodziennym najściem.

- O, to ty, Efendi! – zawołał. – Dobry wieczór!

- Do-

- Magiczny dywan! Możemy się nim trochę przelecieć? Pozwolisz?

Zdołał sobie przypomnieć, że książę widział już dywan, ale tylko przelotnie w sali tronowej. Stąd też pewnie brał się ten dziecięcy entuzjazm.

- To… Sądziłem, że, um… - zaczął Kurogane, uświadamiając sobie, że Dokładnie Ułożona Propozycja na nic się już nie zda. Nie było nawet okazji, by wykonać przećwiczony skłon, ech.

Przyszły władca tronu gapił się na niego z cierpliwym, pełnym nadziei uśmiechem, więc Kurogane nie mógł postąpić inaczej, jak odpowiedzieć na jego prośbę elokwentnym:

- Uhm…!

- Więc lećmy! – Książę wskoczył obok otumanionego tym prędkim rozwojem sytuacji bruneta. Gdzie te wszystkie konwenanse? Gdzie ta niepewność, czy wypada, czy nie…?

Przyszły sułtan zdążył rozsiąść się wygodnie, przedstawić się Dywanowi, by chwilę później zakrzyknąć:

- W górę!

I Dywan posłuchał.

I od tego nieszczęsnego „W górę!" wszystko stało się… jeszcze mniej normalne.

Już na samym początku Kurogane musiał przekonywać Waszą Książęcą Mość, że nie ma najmniejszej potrzeby zawracać po alkohol i/lub przekąski, bo powietrzna wycieczka obędzie się bez nich doskonale. Po tymże zapewnieniu książę utracił całe zainteresowanie współtowarzyszem wycieczki i zajął się ich środkiem lokomocji. Prowadził monolog…? Rozmawiał z Dywanem…? Diabli wiedzą, co i jak to robił, ale tworzył coś na kształt konwersacji z tym nieśmiałym pledem. Przyglądał się wnikliwie skomplikowanym wzorkom, dotykał wszystkich czterech frędzelków i przechadzał się po niewielkiej powierzchni (bacznie omijając przycupniętego, dość zrezygnowanego bruneta). Sprawdzał także elastyczność materiału wykonując małe podskoki w miejscu oraz czynił wiele innych mniej lub bardziej dziwnych aktywności, które miały dostarczyć mu informacji na tematy magiczno-dywanowe.

W międzyczasie Kurogane, bez niczyjej pomocy, odkrył, iż nie lubi wysokich wysokości. Te jedno, czy dwupiętrowe były w porządku, był do nich przyzwyczajony od dziecka. Te znacznie większe - już niekoniecznie. Obawiał się upadku z wysokiej wysokości, choć rozsądek podpowiadał mu, że dwadzieścia i dwieście metrów wysokości to w gruncie rzeczy żadna różnica i obie mogą skończyć się dla spadającego tak samo nieprzyjemnie.

A właśnie, gdzie te obiecane i wyśpiewane gwiazdy? Pewnie za chmurami.

Kurogane pożałował, że chciał posmakować romantycznych nastrojów w tej samej chwili, w której Dywan wzniósł się ponad warstwę chmur. Wysoka wysokość nabrała nowego znaczenia. Już nie potrafił ocenić, czy zdumiewa go to jak „nisko" wiszą te, zdawałoby się, zupełnie nieosiągalne chmury, czy raczej przeraża fakt, że znaleźli się AŻ NAD NIMI.

No, ale nad puchatą, zbitą warstwą chmur były gwiazdy. Całe krocie. Był też księżyc, całkiem ładny, bo niemal w pełni. Było też znacznie, znacznie zimnej, niż by się tego Kurogane spodziewał. Chwilę temu właśnie z powodu tego dotkliwego zimna, wspomniany został okryty książęcym kaftanem. Wolał nie tłumaczyć swojemu wysoko urodzonemu towarzyszowi, że ta niewyraźna mina i pobladłe oblicze to tylko po części wynik spadku temperatury. Na księciu zimny pęd powietrza nie robił większego wrażenia, bez przeszkód kontynuował swoje badania.

Kurogane zatem skupił się na kaftanie. Nie byle jakim, bo rozpisanym, z szerokimi rękawami i długim do kostek kaftanie, który przez te wszystkie misterne zdobienia ważył na pewno… em, znacznie więcej, niż przeciętna koszula. Po subtelnych oględzinach i prędkich, mentalnych obliczeniach wyszło mu, iż za wszystkie te okruchy klejnotów wszyte w kaftan można by spokojnie założyć i utrzymać małe stadko wielbłądów. I jeszcze na kilka kóz by starczyło, o. Co za niepotrzebny zbytek. Trochę szkoda, że kamieni nie dało się nijak zedrzeć. Owszem, próbował to zrobić, ale tylko z ciekawości!

A co czynił książę? Książę balansował radośnie na krawędzi Dywanu, jednocześnie równie radośnie, bez ustanku paplając coś na jego temat.

Tyle dobrze.

Dobrze, bo wcześniej zwisał całą swą górną książęcą częścią poza krawędź w nadziei, że uda mu się wypatrzyć coś interesującego na spodniej części dywanu. Kurogane nie pojmował dlaczego nie zrobił tego wcześniej, albo po prostu nie poczekał, aż wylądują. W każdym razie, Dywan się nie przejmował, natomiast Kurogane - aż za bardzo. Nie miał bladego pojęcia, co zrobić w razie najgorszego. Która dolna parta syna sułtana jest na tyle odpowiednia, że można za nią bezkarnie chwycić i nie być posądzonym o zhańbienie. Zabójcze konwenanse pojawiały się zawsze tam, gdzie nie powinny.

I tak, jasnowłosy mężczyzna, nie przejmując się ani zimnem, ani wysoką wysokością, ani swoją arystokratyczną pozycją dreptał sobie swobodnie po krawędziach magicznego dywanu, a Kurogane miał go cały czas na oku, nawet wtedy, gdy pogwizdując, książę przeszedł mu za plecami. Nawet wtedy, gdy wykonał gwałtowny obrót, w dwóch susach przesadził skromną powierzchnię i skoczył prosto w puchatość chmur oraz czającą się pod nimi wysokość.

Wtedy to Kurogane nie tylko stracił księcia z oczu, ale i w wyrazie niemej zgrozy otworzył malowniczo usta.


To nie tak, że czynił to wszystko z nudów. Nie było to też jedną z fanaberii bogacza. Choć, jakby się and tym głębiej zastanowić, wszystko co nim powodowało można by spokojnie podciągnąć pod „fanaberię". Ale nikt nie mówił, że dziedzicom tronu będzie łatwo!

Robił to po trochu z nudów, w dużej mierze z ciekawości i swoistej samotności, kierowany chęcią niesienia pomocy i zażycia przygody. No dobra, kierowało nim też i łaknienie rozrywki, a jeśli przy okazji komuś pomoże, to tym lepiej. Obecnie rada doradcza wciąż nie zawsze liczyła się ze zdaniem Faia, a jego propozycję „przycisnąć bogatych, wspomóc biednych" kwitowała litościwym, wujaszkowym śmiechem. Śmiech ten tylko dodatkowo motywował przybranego syna sułtana do drobnych przejawów praktycznej pomocy. „Nie da się ocalić wszystkich, Fai", mówił mu Jego Sułtańska Mość w tych nie tak dawnych, um, lepszych czasach. Ale Fai próbował. Na swój sposób.

Fai lubił wychodzić (dosłownie) na miasto w (równie dosłownym) przebraniu. Brzmi głupio, ale te kilka lat praktyki doprowadziły go do całkiem profesjonalnego poziomu, którego nie powstydziłyby się aktor.

Nareszcie prezenty zagranicznych gości mogły znaleźć jakieś sensowne, praktyczne zastosowanie. Książę posiadał niemałą kolekcję peruk, jeszcze większą kolekcję strojów mniej lub bardziej egzotycznych, wiedział, że odpowiednie nakrycie głowy odwróci uwagę od twarzy, znał też specyfiki rozszerzające źrenicę tak, by przyciągający spojrzenia, nietutejszy błękit oczu nie był aż tak przyciągający. Szerokie umiejętności językowe też się oczywiście przydawały. Miał kilka epizodów z udawaniem starca, jeden epizod kobiecy (odpowiednia modulacja głosu była potwornie trudna; postanowił pozostawić przećwiczenie tej sztuki na później). Żałował, że nie może pozwolić sobie na szałowe dodatki w rodzaju żywych, barwnych ptaków, czy opasek na oko - za bardzo przykuwałyby uwagę. A w całej tej, bądź co bądź, zabawie właśnie nie o przykuwanie, a o naturalne wtopienie się w tłum chodziło.

W przebraniu wreszcie mógł porozmawiać ze zwykłymi ludźmi nie martwiąc się o służalcze pokłony czy próby całowania mu stóp. Fai zdecydowanie wolał, by nieznajomi zostawili jego osobiste stopy w spokoju. Lubił za to wdawać się w rozmowy o niczym - czy to z zagranicznymi kupcami, czy z kobietami przy studni, bez różnicy. Lubił słuchać plotek (to podsłuchiwanie było akurat wyjątkowe praktyczne, bo jak wiadomo, przed rewoltą i samosądem wykonanym na władcy lud lubi sobie o tej - jeszcze - hipotetycznej rewolcie pogadać ). Na rynku płacił za towar zbyt dużo. Szczególnie starszym sprzedawczyniom i sprzedawcom. Głośnych, brzuchatych kupców omijał - wielkie brzuchy doskonale dawały sobie radę bez jego pomocy. Za to na specjalne traktowanie zasługiwały brzuchy zabiedzonych dzieci i zwierząt. Sułtan na pewno kręciłby głową widząc te Faiowe wysiłki i nieco desperacką chęć pomocy. „Twoja dobroć kiedyś cię zgubi" - tym razem powiedziałby pewnie coś w tym rodzaju.

Tego dnia książę przedzierał się przez miasto będąc w nieszczególnie radosnym nastroju. Wyszedł z pałacu praktyczne przed samym nosem straży, a ci nawet nie próbowali go zatrzymywać! Skandal! Żadnych błagań, ani iście dziecięcych gróźb i strofowań („Powiemy wszystko Jego Wysokości Sułtanowi!"). Czyżby jeden z najweselszych elementów tej całej zabawy, jaką była ucieczka przed strażnikami, miał bezpowrotnie przepaść…?

Posłali mu tylko urażone spojrzenia, mruknęli z naganą… i tyle.

Miał nadzieję, że będą go śledzić… A gdzie tam! Nikt za nim nie szedł, był tego najzupełniej pewien. Bardzo nieuprzejmie ze strony straży, jeśli ktoś pytałby Faia o zdanie.

Pochłonięty myślami przeciskał się przez odnogę jak zwykle zatłoczonego targu. Pochylał się z przyzwyczajenia chcąc ukryć swój prawdziwy wzrost. W przewiewnym, jasnym, złożonym z kilku warstw stroju ktoś mógłby wziąć go za jakiegoś niespecjalnie rozgarniętego członka karawany. Strój miał jedną, ogromną zaletę, mianowicie zasłaniał praktycznie wszystko, prócz oczu i grzbietu nosa. Wbrew pozorom to nie oczy stanowiły największy kłopot Faia, lecz jego… dłonie. Zbyt jasne, zbyt wypielęgnowane, zbyt… ugh, ładne. Dłonie zdradzały, że nigdy nie imał się prawdziwej pracy. Co pozostawało? Chować dłonie w rękawach, czy fałdach szaty, co niejednokrotnie czynił.

Zatrzymał się w miejscu, z namysłem marszcząc brwi, ignorując potrącających go ludzi. Jak odpłacić się tym niewdzięcznym, leniwym strażnikom? Nawet pasiastych nie mógł na nich nasłać, bo akurat one w lenieniu się nie miały sobie równych. A i uczyły się chyba jeszcze wolniej, niż wspomniani strażnicy.

Gdzieś za jego plecy rozległ się niemały harmider. Nie zwrócił na niego większej uwagi - tutaj niemal w każdej chwili ktoś się z kimś kłócił. Ruszyłby dalej, zafrasowany problemem skarcenia straży, gdyby nie to, iż jakiś człowiek wpadł na niego z taką siłą, że Fai omal nie stracił równowagi. Pechowy dzień.

Mało tego, ten ktoś - równie szczelnie opatulony, co Fai - nie przeprosił, ani nie wydarł się na niego (co byłoby znacznie bardziej prawdopodobne, niż przeprosiny), tylko błyskawicznie przeszukał swoje rękawy, a następnie zaklął z niedowierzaniem. A potem padł na klęczki i zaczął macać ziemię wokół nóg Faia. Książę uznał, iż jest to jedna z tych sytuacji, kiedy jego stopy są zagrożone, więc usunął się o kroczek w bok.

Dopiero wtedy został zauważony. Prowizoryczny kaptur osunął się i na Faia spojrzały oczy tak zaszczute, że książę mimowolnie uśmiechnął się pocieszająco, choć, co oczywiste, nieznajomy nie mógł tego zobaczyć.

A potem wszystko rozegrało się bardzo szybko.

Tamten zerwał się prędko i klnąc siarczyście wpadł w tłum przed sobą, na co Fai - znów półświadomie - postąpił krok za nim, mimo że nie miało to większego sensu, bo zmierzwiona czupryna już zdążyła zniknąć wśród innych głów.

Schylił się po przedmiot, który przetoczył mu się pomiędzy stopami. Ach, więc to dlatego nieznajomy nie mógł go znaleźć…

Stanąłem nad nim i zaplątał się w materiał, doszedł do wniosku spoglądając na mały i zgrabny, kunsztownie wykonany zegar piaskowy leżący teraz mu na dłoni. Klepsydry nie cieszyły się w mieście powodzeniem, choć akurat na brak piasku nie mogli narzekać. Jak na ironię znacznie łatwiej było tu spotkać zegar wodny. Książę nie był pewien, czy jakiś rzemieślnik ze stolicy umiałby wykonać tak czarowną piaskową klepsydrę. Może to jakiś podarek zza morza?

Wiedziony chęcią oddania drogocennego cudeńka stanął na palcach, jeszcze raz bezskutecznie próbując wyłowić wzrokiem nieznajomego. Wówczas coś kliknęło w książęcej łepetynie i uświadomił on sobie, iż właśnie popełnił spory błąd, a ten ściskany w dłoni zegarek może go wiele kosztować. Tym bardziej, że źródło hałasu znalazło się tuż obok niego i mocno szarpnęło go za odzienie.

To nie jest mój dzień, uświadomił sobie stojąc nos w nos z kapitanem ulicznej straży. Bynajmniej nie jego prywatnej straży, a tej ulicznej, każdego dnia patrolującej miasto.

Zegarek został m wyrwany z garści i oddany prawowitemu właścicielowi o wąskich oczach i jeszcze cieńszych wąsikach. Dwóch strażników chwyciło Faia pod łokcie, przodem ruszył kapitan.

No i masz, niech to piekło pochłonie. Stało się.

Wiedział, jak karzą złodziejów. Odejdą na ubocze, ale tylko trochę, tak, żeby nie tarasować przejścia, ale żeby każdy mógł zobaczyć na własne oczy, co grozi za kradzież - no proszę, już niewielki tłumek się zebrał - i odetną mu dłoń. Nie to że Fai popierał podobne, przykładne amputacje. Po cichu liczył, że uda mu się zmienić pokrewne „tradycje", gdy zasiądzie na stołku sułtana. No, o ile w ogóle mu się to uda, bo przyszłość od pewnego czasu nie rysowała się zbyt różowo.

Próbował wytłumaczyć, że to pomyłka. Strażnicy nie słuchali, głos Faia ginął w ogólnym zamieszaniu. Właściciel zegarka, który dreptał cały czas za nimi też chciał coś przekazać w swoim ojczystym języku. Może również próbował naprostować i wyjaśnić sytuację, lecz definitywnie nie pomagał, a już na pewno nie pomagał Faiowi.

Jak mogli pomylić go z tamtym człowiekiem? No dobrze, zegarek w garści to jedno, ale z tego, co książę zdążył zaobserwować, różnili się (co prawda nieznacznie, ale jednak) krojem i kolorem (a już na pewno stopniem czystości) strojów, a już definitywnie tamten różnił się od Faia posturą i wzrostem.

Może wzięli go za wspólnika? Taak, tyle że Fai nie uciekał w chwili pochwycenia. Przecież to się kupy nie trzymało w ogóle!

Co nie przeszkadzało straży zatrzymać się, chwycić Faia mocniej i rozciągnąć jego ramię nad pokrywą przypadkowej beczki. Tłum zaszemrał, kapitan uniósł szablę.

To przestaje być zabawne.

W pierwszym odruchu chciał (gwałtownie i spektakularnie, czemu by nie?) odsłonić twarz. To by się dopiero wszyscy zdziwili…

Ale takie odsłonięcie nadszarpnęłoby opinią strażników. A co ważniejsze, ujawnienie się przy tłumie mogłoby źle wpłynąć na przyszłe wycieczki Faia na miasto, ba, mogłoby całkowicie je ukrócić.

Ale, ale, nie ma czasu do namysłu, ostrze się unosi i raczej nie będzie na Faiowe decyzje czekać.

Wybrał więc najprostsze wyjście, które nie powinno zszargać niczyjej reputacji.

Pochwycił spojrzenie kapitana, wychylił się na tyle, na ile mógł w jego stronę i stosując swój sprawdzony, energiczny i w pełni książęcy ton powiedział półgłosem:

- Mości Panie Kapitanie, to ja.

Pan kapitan uczynił wielce zaambarasowaną minę, opuścił nieco dłoń.

Blondyn uśmiechnął się na poły z ulgą, na poły triumfalnie.

I o to chodziło! Wygrana, i to w pięknym stylu. Teraz tylko kapitan musi wymyślić jakiś powód, dla którego wspaniałomyślnie puści pechowego złodzieja wolno i…

- Co za „ja"? – burknął kapitan, na powrót unosząc broń.

Faiowi mowę odjęło.

Niebiosa, widziałyście to?! Lista strażników zapisanych na zabawę z pasiastymi właśnie powiększyła się o co najmniej jedną osobę!

Eeech, a jednak nie obędzie się bez pokazywania twarzy…

W tej samej chwili na głowy dwóch strażników stojących najbliżej opadła płachta materiału w jakiś sposób Faiowi znajoma, wspomniany zdołał się uchylić tylko po to, by móc zobaczyć jak ktoś zeskakuje z bliżej nieokreślonej kryjówki prosto na plecy kapitana, który przyjął ten zeskok zwalając się na ziemię.

To musiało boleć.

Sekundę później Fai był szarpany, ciągnięty za ubranie i popychany, a zdyszany, zdenerwowany głos krzyczał mu do ucha: „Szybciej, szybciej!".

Początek Przygody~!, podsumował radośnie w myślach, zachwycony tym nieoczekiwanym rozwiązaniem sytuacji, które aż prosiło się o duże „P".

Nieznajomy poganiał go poprzez wąskie uliczki, wyłomy w murach, zagracone podwórze, a nawet nieużywane poddasza. Zdawał sobie sprawę z pogoni, zdawał sobie z niej sprawę doskonale, ale i tak z każdą wyczerpującą minutą Przygoda stawała się mniej ekscytująca. Tak właściwie, to w chwili, gdy książęca stopa zaliczyła bolesne starcie z jakimś wyjątkowo ciężkim gratem, przestała być zabawna zupełnie. A gorączkowe zapewnienia: „Biegnij, bo inaczej na pewno nas zabiją!" bynajmniej nie motywowały do kontynuowania morderczego sprintu.

Jeśli zaraz się nie zatrzymamy to jeden z nas na pewno wkrótce zemrze, doszedł do słusznego wniosku Fai.

Pewnie, mógłby poprosić o chwilkę na oddech. Tyle że gryząca kulka w gardle, która uformowała się jakoś w trakcie biegu nie pozwalała mu wydać z siebie nic, prócz krótkich napadów kaszlu i żałosnych stęknięć.

Ostatkiem sił wspiął się (a raczej został wepchnięty) na płaski, szeroki dach jakiegoś podupadającego domu.

- Teraz… Teraz to już na pewno nas nie dogonią – wyrzucił, z trudem łapiąc oddech, człowiek, który zafundował Faiowi bieg życia. Po czym klapnął bezwolnie na ziemię.

Bogowie, koniec.

Upadł na kolana próbując powstrzymać kaszel i mdłości. Koszmar. Nie tak powinny wyglądać szanujące się Przygody. Wciąż rzężąc, wycierając łzy i złorzecząc w myślach zarówno strażnikom, jak i nieznajomemu sprawdził w jakim stanie znajduje się jego przebranie. Wciąż trzymało się głowy i twarzy - w porządku. To cud, że ten przeklęty, a jednocześnie ukochany grubaśny warkocz, z którego chowaniem zawsze miał kłopot nadal pozostawał bezpiecznie ukryty pod zwojem materiału. Następnie rozejrzał się, próbując dowiedzieć się, gdzie dokładnie się znaleźli. Uhu, no nieźle, kopuły pałacu znajdowały się… kawał drogi stąd. Droga powrotna pewnie zejdzie mu do wieczora. Chyba że znajdzie gdzieś po drodze jakiegoś wielbłąda do wynajęcia. No trudno. Za głupotę i niewłaściwe decyzje się płaci. Wreszcie przyjrzał się dyskretnie swojemu… emm, wybawcy. Młody mężczyzna, do niedawna dzieciak. Bez butów, w starych portkach i byle jakiej kamizelce narzuconej na nagi tors. Fai znał tę twarz, na pewno mignęła mu raz, czy dwa w tłumie w trakcie tych wcześniejszych eskapad. Tyle że oprócz kojarzenia twarzy nie wiedział o tym człowieku absolutnie nic, bo nigdy nie miał okazji, by zamienić z nim choć słowo. Cóż, teraz stał się posiadaczem cennej informacji: jeszcze do niedawna dzieciak był złodziejem. Bezczelnym, ale na swój sposób honorowym złodziejem.

Fai nie znał żadnych złodziei, ani paserów, choć zdawał sobie sprawę, że w mieście krąży ich niemało.

Fai postanowił, że nie zostawi tej Przygody i zrobi wszystko, żeby poznać tego złodzieja. Subtelnie poznać, bo gatunek złodziei jest raczej płochliwy i nieśmiały. A przynajmniej tak mu się zdawało.

Jakoś udało mu się zebrać z klęczek i przy okazji się nie zatoczyć, chociaż nogi wciąż miał miękkie jak z melasy. Zauważył, że zgubił oba buty. Trochę szkoda. Lecz mała to strata, bo widok z dachu był całkiem interesujący. Może i nawet bardziej interesujący, niż ten, który był mu znany z balkonu komnaty, bo akurat z tego punktu oglądał stolicę po raz pierwszy w życiu. Pustynia majaczyła daleko - skrząca, rozedrgana i dziwnie nieprawdziwa. Suchy, gorący wiatr uderzył w Faia, powodując, że mimowolnie zmrużył oczy w obawie przed kryształkami piasku.

Odwrócił się na pięcie, spoglądając na drugiego mężczyznę.

No i miał przed sobą perspektywę rozwinięcia Przygody w osobie nieśmiałego (tak, tak, to widać po tych z pozoru groźnie zmarszczonych brwiach) złodzieja!

Postanowił niezwłocznie nawiązać nić porozumienia.

- Byłem ci to winien – wyprzedził go brunet.

Winien…? A, tak, winien tego, że wpakował jakiegoś przypadkowego przechodnia w kawał paskudnego łajna. Cóż za powaga wymalowana na twarzy! Może jednak bardziej honorowy, niż nieśmiały…?

- Nie dało się zrobić tego inaczej… - kontynuował brunet, podnosząc się do kucków.

Uhum, powiedz to moim nogom, zauważył uszczypliwie książę.

- Ale jak już mówiłem chwilowo jesteśmy bezpieczni. Radziłbym ci dziś schodzić z drogi wszystkim strażnikom na jakich się napatoczysz, a jeśli masz taką możliwość, to także zmienić ubranie. Te głąby zapamiętują u ludzi okrycie, nie twarze. Choć z tobą i tak mieliby pewnie niemały problem – powiedział, przekrzywiając głowę i uważnie wpatrując się w jedyny, odsłonięty skrawek fizys drugiego mężczyzny.

Fai mimowolnie odwrócił wzrok. Nieznajomy wyglądał na wyjątkowo spostrzegawczego typa. To niedobrze, bo książęce oblicze było znajome nawet kilkuletnim dzieciom. Jeśli go rozpozna… cóż, wątpliwe, by chciał wdawać się z niezobowiązujące, miłe pogawędki z przyszłym sułtanem. A wtedy nici z Przygody.

- Nie wyglądasz mi na tubylca.

Och, byś się zdziwił…

I nagle książę poczuł się skrępowany tym mierzeniem go wzrokiem od stóp do głów. Oczywiście, w przeszłości całe tłumy już nie raz i nie dwa gapiły się na niego z zachwytem, a w przyszłości nie raz i nie dwa będą się na niego gapić i wiwatować, ale ten tutaj wpatrywał się nachalnie i do tego, hmpf, z ani odrobiną zachwytu.

- Podróżujesz z karawaną? Masz tu rodzinę? – spytał z pozoru mimochodem jego towarzysz.

Ach, więc nie tylko Fai chciał się dowiedzieć czegokolwiek o człowieku, który (powiedzmy) go uratował. Wielki wybawca też był zaciekawiony. To miło.

Mniej miło, że Fai jakoś nie umiał go okłamać. Raz - miał przeczucie, że tamten poznałby, że Fai kłamie. Dwa - stare opowiastki, kłamstewka, którymi raczył przypadkowych rozmówców tutaj zdawały się być nie na miejscu. Nie w porządku wobec złodzieja. Ale jeśli w ogóle się nie odezwie, czy nie wymyśli czegoś na poczekaniu, wybawca poczuje się zignorowany, albo obrażony i zwyczajnie zostawi go na tym dachu, z którego Fai zapewne - w końcu to nie jego dzień, nie zapominajmy - nie będzie umiał zleźć.

Nie wiedząc co powiedzieć sapnął cicho, zagapiając się na ucho nieznajomego, jakby to ono miało dać jakąś sensowną odpowiedź na jego rozterki.

- Jasne, przecież to nie moja sprawa…

Książę znów zdobył się na żałosne westchnięcie.

Nie, nie, to nie tak, to nie wina płochliwego złodzieja…!

- No to… Hm, może chciałbyś gdzieś dotrzeć? Wskazać ci drogę? Wiesz w ogóle, gdzie cię wyprowadziłem? Gdzie się znajdujemy? – Płochliwy złodziej, znany jako Kurogane, podniósł się z przysiadu i z lekkim zakłopotaniem przeczesał włosy. – Czy wolisz po prostu zejść z tego dachu i ruszyć samemu dalej?

Ostatnia propozycja sprawiła, że książę zdecydował się na desperacki wgap, który mówił tyle, co: „Nie, nie, nie, NIEEE…!".

Nagłe zrozumienie i zmieszanie na moment wykrzywiło twarz Kurogane

- Ach. Teraz rozumiem – odezwał się cicho.

Huh?

Mimowolnie uniósł dłoń do twarzy, próbując zasłonić ten cholerny grzbiet nosa, który jak nic właśnie zdradził jego status arystokraty.

- To wyjaśnia czemu nie mogłeś wytłumaczyć się tym uzbrojonym po zęby dupkom. Jesteś niemową, a ja zadaję ci całe mnóstwo idiotycznych pytań – podsumował brunet, znów krzywiąc się, by wyrazić poirytowanie swą niedomyślnością.

Hę…?

Jakoś nikt dziś nie może zrozumieć intencji Faia. Ale może to i lepiej? Wariantu z niemową jeszcze nie próbował. Było to na swój sposób wygodne, choć ograniczało pozyskiwanie interesujących go informacji. Ale, chwila, chwila, obcinanie języka stosowano jako karę za wyjątkowo plugawe oszczerstwa… Hm, w najgorszym wypadku nieśmiały złodziej uzna, iż ma do czynienia z niemądrym i równie nieśmiałym oszczercą. Czy coś.

I znów się nie odezwał. No, teraz to już zwyczajnie nie wypada wyprowadzać złodzieja z błędu. Nie wyprowadzać, za to leźć za nim w nadziei, że sam opowie o sobie coś ciekawego.

- No więc, em, na czym stanęliśmy? Mogę ci jakoś pomóc? – Fai na to zapytanie pokręcił gwałtownie głową. – Nie? Sam sobie dasz radę? Też nie…?

Kolejny desperacki, zmieszany wgap. Tym razem obustronny.

- W takim razie… Zejdziesz sobie tamtędy, dobra? A ja… A ja idę… Dobra?

Tym razem Fai postanowił szukać odpowiedzi na zadane mu pytania u swoich stóp.

Bogowie, niech że ten człowiek się zlituje i zwyczajnie zabierze taką niemą, nieogarniętą sierotę ze sobą, zamiast dukać i wciąż komplikować tę i tak już skomplikowaną sytuację.

Uniósł powoli głowę, starając się nie wychodzić z roli nieśmiałego pierdoły. Z niemałym zdumieniem odkrył, iż został na dachu sam.

Nieznajomy stał na dachu budynku obok. Dość daleko. Fai podreptał do miejsca, gdzie kończył się jego dach i naocznie sprawdził odległość pomiędzy obiema krawędziami. Huh, nie była to mała różnica.

Pełen determinacji, z zaciętą miną, cofnął się i zaczął podwijać nogawki spodni, tak by jak na jak najmniej plątały mu się pomiędzy nogami.

- Co ty niby planujesz? – zakrzyknął, wciąż z daleka, Kurogane. – Nie leź za mną, tylko stracisz czas. Zresztą, i tak nie uda ci się przeskoczyć.

Hmpf, jeszcze zobaczymy.

Sprawdził jeszcze raz, czy okrycie twarzy znajduje się na właściwym miejscu. Wziął rozbieg. Raz kozie śmierć. Nogi zdołały pokonać pół miasta, więc taki skok to dla nich betka.

W powietrzu dobiegło go znajome, siarczyste przekleństwo. Do diaska, skąd on brał te fantazyjne wyrażenia? Doprawdy, Faia takich wulgaryzmów nikt nie uczył. Co za wstrętne niedopatrzenie, co za hańbiąca wyrwa w jego szerokiej edukacji!

Hm, jednak miał rację. Nie przeskoczę, mignęła mu myśl, gdy jedna stopa boleśnie uderzyła w przeciwległy dach, a druga tylko zsunęła się po obrzeżu kamienia i trafiła w pustkę.

Nim zdołał krzyknąć został pochwycony i wciągnięty na stały, względnie bezpieczny grunt.

Wybawiony po raz drugi!

– Masz kozie bobki zamiast mózgu?! – ryknął na niego drugi mężczyzna, na co Fai z trudem powstrzymał się od przekornego, skwapliwego pokiwania głową.

– I do tego jesteś strasznie lekki… - dodał już tamten znacznie łagodniej.

Po raz kolejny blondyn poczuł się dogłębnie zmieszany. Zmieszany i w dodatku w jakoś dziwnie poruszony tym, że ktoś, kogo raczej nie posądzałby o tego typu odruchy serca okazuje mu współczucie i swoistą empatię.

Nie jestem taki, jak ty, chciał powiedzieć. Po prostu wolę regularnie chlać, niż regularnie jeść.

Sułtan zapewne nie poparły takiego sposobu wyrażania myśli, ale z tym piciem to była sama prawda. Tyle że książę miał wybór, którego nieznajomy raczej na pewno nie posiadał.

Od rozmyślań, które zaowocowałyby zapewne wyrzutami sumienia odciągnęła go jedna maleńka sprawa.

Dobry jesteś, bojaźliwy złodzieju. Zauważyłem cię w ostatniej chwili.

Wciąż miał czas i sposobność, by złapać za łapę, która właśnie szperała mu w ubraniu i zakończyła owo szperanie pochwyceniem sakiewki z monetami. Mógłby ją nie tylko złapać, ale i wprawnym ruchem zgruchotać nadgarstek. Nauczono go robić takie rzeczy, a raz nauczony Fai zapamiętywał na długie, długie lata.

Ale w tym wypadku obejdzie się sięgania po drastyczne środki. Niech jego nowy znajomy weźmie sobie tę sakiewkę, a Fai poczeka, co uczyni z nią dalej.

Ale trzeba mu przyznać, że nie marnuje żadnej okazji, by szlifować swój złodziejki kunszt.

- Głupek z ciebie. Głupek i straszny naiwniak – parsknął Kurogane, puszczając Faia i cofając się nieco. Uniósł nonszalancko woreczek i pomachał nim przed twarzą niższego mężczyzny. – To chyba twoje, co nie?

Książę zaprezentował nerwowe obszukiwanie swej odzieży, a następnie wystudiowane - „och, och, ja biedny"- zdumienie i popłoch.

Tak jak się spodziewał złodziej był niezwykle z siebie dumny. Uśmiechał się równie złośliwie, co zuchwale.

A jednak wciąż bardziej dzieciak, niż mężczyzna. Ale na swój dziecinny sposób prostoduszny. Poczciwy. I dobry.

- Mało tego tam masz. Trzymaj. – Sakiewka wylądowała bezpiecznie w rękach Faia, który niezwłocznie schował ją znacznie głębiej, niż poprzednio. – I do diabła, bądź ostrożniejszy, bo z takim podejściem nie dożyjesz jutra! – prychnął Kurogane.

Fai zasalutował prężnie na ten krótki opieprz, co Kurogane skwitował przewracając oczami. Już bez przekleństw, jest jakiś postęp.

Następnie zaczął on, jak gdyby nigdy nic, zsuwać się z dachu. I widać było, że w zsuwaniu się z budynków też ma niemałą wprawą.

Fai podreptał niepewnie na skraj dachu i rzucił stojącemu już na dole pytające spojrzenie.

- No, na co czekasz? – zawołał na niego zniecierpliwiony czekaniem Kurogane. – Idziesz ze mną, uparty draniu, czy nie?

Też pytanie!


Dalsza część Przygody okazała się być nieco rozczarowująca. Obyło się bez mrożących krew w żyłach zdarzeń, spotkań ze strażnikami (hm, to akurat lepiej), ani tajemniczych, epigramatycznych rozmów z lichwiarzami i innymi Podejrzanymi Osobnikami.

Po prostu szli sobie mniej uczęszczanymi uliczkami, czasem musieli przekraczać niskie murki i wspinać się po wysokich schodach. Nic specjalnego, ale taki spacer był jednak o wiele milszy, niż wcześniejsza gonitwa. Fai żałował tylko, że towarzyszący mu mężczyzna mówił tak niewiele. Rzucał tylko krótkie uwagi i praktycznie w ogóle nie zadawał pytań. Cóż, miało to w sobie pewną dozę tajemnicy, bo kroczył ramię w ramię z totalnie nieznajomym człowiekiem w totalnie nieznajomym celu przez miasto. Nie obawiał się o swoje życie, wierząc, że ma do czynienia ze złodziejem, który nie para się zabijaniem. A wiara przecież czyni cuda!

W pewnym momencie wędrówki napotkali znajomą staruszkę. To znaczy, znajomą połowie ich duetu. Jak na złość babinka ani razu nie zwróciła się do jego nowego znajomego po imieniu, choć Fai nasłuchiwał z taką uwagą, że uszy o mało co mu nie odpadły. Po krótkiej obserwacji wywnioskował, iż znajoma jest definitywnie znajomą i niczym więcej, albowiem jej relacja z wielkim wybawcą była bardziej zbliżona do: „Niechże pani przestanie", aniżeli do: „Daj spokój, babciuuu". Następnie był świadkiem fascynującej rozmowy, na którą składało się:

- Gdybyś zjawił się jakoś wcześniej, dostałbyś trochę mleka.

- Dobrze wiesz, że nie znoszę mleka. Szczególnie tego, które siedziało wcześniej w kozie.

- Ale twój przyjaciel na pewno lubi mleko.

Odpowie, że nie jestem jego przyjacielem, rzucił przypuszczenie Fai.

- To nie jest mój przyjaciel.

Bojaźliwy, przewidywalny złodziej.

Parsknął rozbawiony co spotkało się z jednym zaciekawionym i drugim dość poirytowanym spojrzeniem.

A potem ruszyli dalej. Więcej już nie napotykając żadnych przyjaznych staruszek po drodze.

Życie złodzieja „po godzinach" naprawdę właśnie tak wyglądało? Trochę mało romantycznie i bez fantazji…

Za to dość przygnębiająco, skonstatował, kiedy Kurogane wprowadził Faia na poddasze i mruknął krótko, że to jego dom.

Chociaż… Czyżby złodziej zaufał mu do tego stopnia, że zaprowadził go do własnej kryjówki, miejsca, w którym odpoczywał, sypiał, jadł i… A, no tak, Fai był niemową. A kto by się przejmował niemową, który próbuje przekazać jakąś zapewne guzik wartą informację…

Książę nadął się odrobinę. Nie, będzie udawał, że to oznaka zaufania, a nie bagatelizowania jego szanownej osoby. Wtedy wszystkim to wyjdzie na zdrowie, o.

Wszedł za brunetem do pomieszczenia, które było z ulicy praktycznie niewidoczne i do którego sam najprawdopodobniej nigdy by nie trafił, bo nie przyszłoby mu do głowy, że ktoś może tu mieszkać. Rozejrzał się subtelnie. Nie wyglądało na to, że nieznajomy dzieli z kimś to poddasze. W gruncie rzeczy… Hm, nie tylko z ulicy, ale i również w środku nie wyglądało, jakby ktokolwiek tu mieszkał. No, może poza jednym, małym, ale znaczącym szczególikiem - było tu zbyt czysto jak na warunki, które panowałyby w starym, opuszczonym poddaszu. Żadnych pająków. Sprzętów za to było niewiele. Stołek, miska, dzbanek, jakaś skrzynia, trochę koców. I w gruncie rzeczy to by było na tyle.

Przemierzył niespiesznie całe poddasze, sadowiąc się ostrożnie na półce, którą można by uznać za szeroki parapet, gdyby z kolei ten nieregularny wyłom w ścianie przyjąć za okno.

Po krótkich poszukiwaniach Kurogane zaprzestał udawania, że posiada więcej, niż jedną miskę. Nalał do tej jedynej trochę wody z dzbanka i podsunął ją Faiowi. Ten pokręcił głową, choć pragnienie zaczynało mu dokuczać. Zresztą, miał przy sobie karafkę. No nic, jakoś to wytrzyma.

- Niezły widok, co? – Brunet przysiadł obok Faia, napił się wody i skinął głową na daleki, pałacowy ogrom. – Ale po pewnym czasie i on może nużyć.

W środku pałacu też było pięknie. Pięknie i przestronnie. I po pewnym czasie to piękno także przestawało robić na człowieku wrażenie.

Do diaska, teraz to dopiero żałował, że udaje taką, a nie inną przypadłość! Ale co innego miał zrobić? Odezwać się w stylu „A tak właściwie, to udawałem. Jestem Fai, a to takie wielkie, złote i nużące, o tam, to mój pałac.". Aczkolwiek akurat teraz mówienie o sobie wydawało się Faiowi rzeczą najmniej istotną. Chciał zadawać pytania. Dużo pytań. Jak długo nieznajomy mieszkał sam? Gdzie była jego rodzina? Miał jakieś wykształcenie? Czym się zajmował, kiedy nie kradł? I chyba najważniejsze - jak mu było na imię, na wszystkie demony?!

Mógłby spróbować te wszystkie pytania jakoś zapisać… Ale, do diaska, dobrze wiedział, że wśród biedoty umiejętność czytania i pisania była luksusem!

Wydał z siebie pełne żałości ni to syk, ni stęknięcie. Miało być wesoło, przygodowo i z fantazją, a jak na razie udawało mu się pokonywać głównie kolejne stopnie frustracji i żalu.

- Ej, coś cię boli? – odezwał się brunet niespokojnie. – Masz, trzymaj – podjął, siłą wpychając do rąk towarzysza owoc wyciągnięty z przepastnej kieszeni.

Niczemu nie winne, zapewnie nielegalną drogą nabyte jabłko wywołało w blondynie kolejny atak frustracji.

Na co mi to przeklęte jabłko?! Że niby na pocieszenie?! Czemu się ze mną dzielisz, skoro w ogóle mnie nie znasz? Nawet nie mogę go przy tobie zjeść!

Może on go po prostu testował? Sprawdzał? Może nagle przyszło mu na myśl, że ten zakutany gość, z którym wałęsał się od dobrych kilku godzin jest chory? Zarażony jakimś wyjątkowo paskudnym paskudztwem?

Wciąż zdenerwowany, nie wypuszczając jabłka z dłoni, szybko podwinął rękawy, pokazując swoje czyste, nietknięte chorobą przedramiona. Przeklęte gładziutkie, alabastrowe przedramiona. Niech i je szlag trafi!

Kurogane przymknął oczy i zmarszczył brwi. Po chwili namysłu pokręcił powoli głową.

- W porządku. Naprawdę. Masz swoje powody, nie musisz mi niczego udowadniać – powiedział spokojnie.

Z Faia wraz z powietrzem uszła cała złość. Nagły przejaw łagodnej wyrozumiałości był chyba jeszcze bardziej niespodziewany i onieśmielający, niż ten wcześniejszy nokaut empatią.

Podskoczył w miejscu, przypominając sobie o czymś, co należało zrobić. Z trudem wysupłał sakiewkę z głębin swego odzienia, a potem wygrzebał najcięższą monetę, jaką posiadał i przesunął ją w kierunku nieznajomego, jednocześnie unosząc jabłko na znak, że to zapłata.

- Nie mam z czego wydać – stwierdził Kurogane z krzywym, ironicznym uśmiechem, po czym podsunął monetę z powrotem w stronę Faia.

Pieniążek cierpliwie przesunął się po raz kolejny.

Ależ nalegam!

- Skoro się upierasz… Dzięki.

Pieniążek zniknął w kieszeni, Fai poczuł się usatysfakcjonowany i bardzo szczęśliwy. Nareszcie miał sposobność, by podziękować i pomóc.

Obdarzony Faiową pomocą i pieniążkiem mężczyzna tymczasem zajął się kolejnym, magicznie zjawionym jabłkiem.

- Gorzko-kwaśne – zawyrokował z niesmakiem po zaledwie jednym gryzie. I westchnął głęboko.

Nie było to westchnięcie wyjątkowo smutne. Nieszczególnie tragiczne. Raczej zwyczajnie zmęczone i chyba trochę rozczarowane.

To nie tylko nie był dzień Faia. Komuś tutaj w wyjątkowo głupi sposób, przez przypadek nie udała się kradzież, która najprawdopodobniej przyniosłaby pokaźny dochód. Przyniosła za to kawał wyczerpującego biegu i dziwnego, upierdliwego typa, który z jakiegoś powodu nie chciał odsłaniać twarzy.

Fai nagle zapragnął zabrać tego pechowego, zrezygnowanego, prawie dorosłego mężczyznę ze sobą do pałacu i dać mu jakieś porządne miejsce do spania. Ale przed tym porządnie nakarmić, a następnie wsadzić do balii wypełnionej mydlinami i wymasować go całego, aż zetrze w niego wszelkie ślady zmęczenia i beznadziei.

Z bezbrzeżnym wyrazem totalnej (wcale nieudawanej, nie, nie) obojętności oderwał spojrzenie od gościa krzywiącego się na jabłko i zagapił się na swój wielki, złoty pałac.

No dobrze, od kiedy to snuje fantazje bardziej lub mniej mydlane z nieznajomymi ludźmi w rolach głównych?

Od teraz. Akurat ten nieznajomy człowiek robił z głową Faia przedziwne rzeczy i zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy.

…czy takie fantazje wciąż kwalifikują się pod chęć niesienia pomocy? Czy to może niesienie pomocy, ale zgoła innego typu, niż ten, który dotychczas kierował księciem?

Poderwał się gwałtownie, aż Kurogane, zajęty wypluwaniem kawałków jabłka przez teoretyczne okno, obrzucił go zaciekawionym spojrzeniem.

Jedną obmyśloną rzecz mógł zrobić. Nawet teraz. Właśnie teraz, tak!

I nie była to żadna rzecz związana z kąpielą.


Dlaczego tak długo zwlekał z napełnieniem złodziejskiego brzucha? Tak bardzo przejął się sprawą poznania tego człowieka, że, do diaska, zaprzestał zwracać uwagi na to, czego ten człowiek naprawdę potrzebował!

Ale to nic, to nic. Zaraz Fai to naprawi.

Udało mu się jakoś na migi przekonać bruneta, żeby zaczekał na niego na poddaszu, a sam wyszedł na ulicę.

Najpierw zajmie się sobą. Wszedł w zaułek i tam z ogromną ulgą ściągnął okrycie z twarzy, obmył ją wodą i napił się porządnie. Hah, od razu lepiej i szybciej mu się myśli.

A teraz pora na małe, prędkie zakupy.


Czekał na niego przy wejściu na poddasze z niepokojem aż nazbyt wyraźnie odciśniętym na opalonej twarzy.

Martwił się, że zakutany dziwak nie wróci? Czy że przyprowadzi kogoś niepożądanego ze sobą?

Nieważne.

W trakcie tej krótkiej nieobecności Fai robił, co mógł, by wydobyć od napotkanych ludzi, kim jest ten młody mężczyzna, który zamieszkuje sam podupadającą dziurę. Nikt nie wiedział, nikt się nie interesował. Jedyne, co udało mu się uzyskać to stwierdzenie, że to „jakiś gówniarz bez rodziny". Okrutne i mało pomocne.

Ale grunt, że zakupy się udały. Wciąż dzierżąc w ramionach przyjemnie pachnące pakunki, książę przysiadł na swoim stałym miejscu przy oknie i skinął głową na drugiego mężczyznę, by do niego dołączył.

Bez pośpiechu, dając brunetowi czas na to, by się zniecierpliwił i zgłodniał jeszcze bardziej, odpakował jedno z zawiniątek. Zawiniątko zawierało dwa owalne, niewielkie chlebki i tyle samo upieczonych szaszłyków z bliżej, ugh, nieokreślonego, ale mocno obsypanego szafranem mięsa, poprzetykanego bakłażanem i cebulą. Zachęcającym gestem podsunął je pod złodziejski nos.

Widział, że nieznajomy się waha. Ale znał też ten wzrok. Wzrok zdesperowanego, zgłodniałego szczeniaka.

- Nie mogę tego przyjąć… - wycedził niewyraźnie Kurogane

Możesz, zawyrokował Fai i dla potwierdzenia tej tezy wpakował chlebek prosto w mamroczące usta.

- A co z tobą? – Kurogane przełknął kawał pieczywa i sięgnął po mięso.

W odpowiedzi przymknął oczy w uśmiechu, wolną ręką poklepał się po brzuchu, co równie dobrze mogło oznaczać zarówno „Już jadłem", jak i „Nie jestem głodny".

Złodziej nie naciskał. I bardzo dobrze, niech lepiej zajmie się jedzeniem.

W tym drugim pakunku, na którym Fai uczynił zgrabny supełek i który odłożył na stołek też znajdowało się pieczywo, kilka suszonych rybek i świeżych warzyw, trochę sera (oby ta forma mleka została przyjęta) i ciastka ryżowe. Żałował, że nie mógł kupić więcej, ale w sakiewce nie pozostał już ani grosik.

A skoro o tym mowa, ceremoniał z oddawaniem z ręki do ręki podarowanej wcześniej monety znów został wypełniony. Absurd całej sytuacji i ośla upartość złodzieja, który próbował się z nim wykłócać, mimo że usta wciąż miał zapakowane jedzeniem rozbawiły Faia do tego stopnia, że z trudem powstrzymał się od swobodnego, głośnego śmiechu.

Stanęło na tym, że złodziej zatrzyma monetę, a kiedyś odwdzięczy się za tę małą ucztę, którą mu zaserwowano.


Tym razem to Fai prowadził - a prowadził w okolice pałacu, choć nie tak bliskie, by mogłoby być one przedwcześnie uznane za podejrzane. Nieznajomy nie pytał, dokąd idą. Szedł za Faiem, cały czas trzymając go za rękaw, choć nie było to wcale potrzebne, bez ustanku pilnując, by nie pokaleczył on sobie stóp o ostre kamienie i śmieci. Miło było być traktowanym po książęcemu, gdy ta druga osoba nie ma pojęcia, że ma do czynienia z prawdziwym księciem. Jeszcze milej, że za kilka wspólnie spędzonych godzin i za jeden zwykły, wcale nie wymyślny posiłek Fai pozyskał nie tylko wdzięcznego, troskliwego ochroniarza, ale i przyjaciela. Bo w tych burkliwych ostrzeżeniach i krzywych uśmiechach kryła się sympatia, książę był tego pewien.

Rozstanie przebiegło na tyłach niskiego budyneczku, na który brunet niezwłocznie się wspiął. Najwyraźniej poruszanie się ponad dachami domów sprawiało mu frajdę.

- Jeśli kiedykolwiek znów się spotykamy, to chcę, żebyś wiedział, że możesz być przy mnie spokojny o swój majątek – powiedział z góry z tym swoim, dobrze już Faiowi znanym, ironicznym półuśmieszkiem.

Przypuszczenie, że mogliby już nigdy się na siebie nie natknąć dotkliwie zasmuciło Faia. Do diaska, nie chciał zostawiać całej tej z sytuacji z całą ogromną liczbą zupełnie niepotrzebnych niewiadomych.

Był to winien złodziejowi. Niech wie, kogo uratował przed ucięciem ręki.

Jeśli nie teraz, to nigdy.

- Bardzo mnie to cieszy – odezwał się Fai, spokojnie odplątując materiał z twarzy i przeczesując zwilgotniałą grzywkę dłonią. Kiedyś wykorzysta to spektakularne, gwałtowne odsłonięcie swego książęcego oblicza, kiedyś na pewno. – Bo jestem pewien, że sam jeden nie dałbyś mu rady.

Uwaga o majątku to miał być żart. Ale niezamierzenie wyszedł mocno bubkowato.

Aaach, to nie było dobre pierwsze (takie, no, prawdziwie pierwsze?) wrażenie!

Próbował uśmiechnąć się jak najżyczliwiej potrafił. Uśmiech nie trafił na podatny grunt. Brunet przyglądał mu się przez chwilę bez najmniejszego nawet mrugnięcia, a potem uczynił to, to tak dobrze wyszło mu przy ich pierwszym, nagłym spotkaniu – uciekł bez słowa.


Dywan szarpnął się ostro w dół.

Kurogane nie wiedział, czy ma wrzeszczeć, trzymać z całych sił turban, czy przede wszystkim pilnować powierzonego mu kaftana.

Nim się zdecydował nastąpiło ostre hamowanie, Kurogane zgiął się w pół, żołądek podjechał mu pod gardło.

A na przodzie dywanu wylądował książę, który to z rozłożonymi rękami, łapiąc równowagę cofnął się o kilka kroków (nadeptując przy okazji na dłoń Kurogane, który w ogóle tego nadepnięcia nie zauważył) i wreszcie klapnął na jego powierzchnię.

Blondyn rozejrzał się nieco skołowany, poprawił rozwichrzone włosy, sprawdził, czy długi warkocz znajduje się na swoim miejscu i rzekł:

- Niezwykły refleks, zwrotność i umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji.

Zerknął na Kurogane, szukając u niego potwierdzenia tych swoich przypuszczeń na temat Dywanu, a że nie otrzymał odpowiedzi, kontynuował dalej, już półgłosem do siebie:

- Interesująca magia życia, bardzo po-

- Zgłupiałeś?! Chciałeś zginąć, czy co?! – Brunet ocknął się wreszcie i zacisnął palce na ramieniu księcia z taką siłą, aż ten syknął z bólu.

Pięknie. Znowu dał się ponieść emocjom. Gwałtowne uczucia skutkowały niczym innym jak tym, iż Kurogane wracał do swojego starego, naturalnego stanu chama.

Brakowało jeszcze tego, by wyrzucił prosto w twarz księcia wiązankę przekleństw.

Zamiast tego wydukał bezsensu i wciąż z urazą:

- …Wasza Wysokość…

Blondyn uniósł brew i uśmiechnął się kpiarsko. Nie wyglądał ani na urażonego, ani na szczególnie zdumionego zachowaniem drugiego mężczyzny.

- Przepraszam – powiedział.

Po samym tonie głosu można było stwierdzić, że bynajmniej nie żałuje tego, iż nastraszył swego towarzysza tym karkołomnym skokiem.

Niech go demony wezmą! Niech sobie wsadzi te przeprosiny tam, gdzie słońce nie dochodzi!

Po raz kolejny udowodnił, że książęta mają w naturze dupkowate, egoistyczne momenty, w których za nic nie liczą się z uczuciami innych.

Tamtego dnia, kiedy zafundował Kurogane wielkie przejście od niemoty do syna sułtana, Kurogane był przede wszystkim upokorzony i wściekły. Pozwolił sobie zaufać człowiekowi, który okazał się być drugą najbardziej znaną osobą w całej stolicy. Pieprzony bogacz, mający kaprys nakarmienia biedaków. Może niech jeszcze specjalnie budki ponastawia, gdzie będzie codziennie przychodził i rzucał grosiki i okruszki.

Nie mógł znieść myśli, że książęcy dureń tylko się nad nim litował, że uważał go za ulicznego śmiecia, których w mieście były całe setki.

Gdy już ochłonął, zastanowił się, dlaczego Wasza Książęca Wysokość w ogóle paradował po mieście w przebraniu. Samymi przypuszczeniami nie uzyskał żadnej sensownej odpowiedzi na zadane sobie pytanie, wiec zajął się rzeczą ważniejszą: co zrobić z żarciem, które książę mu pozostawił? Głupotą byłoby wyrzucić je w imię jakiegoś niedorzecznego honoru, czy aktu urazy. Zostawi je.

W gruncie rzeczy… O co miał być na niego zły? W końcu sam Kurogane przyznał wcześniej, że nie ma potrzeby, by odsłaniał przed nim tę swoją książęcą gębę. A że oszukiwał… Cóż…

Tym razem to moja kolej. Trochę to ironiczne, że jeszcze nie udało nam się spotkać bez udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy.

Z drugiej strony nie mógł zaprzeczyć, że czuł się przy tym mężczyźnie dobrze. Zupełnie spokojnie i na jakiś przewrotny sposób bezpiecznie. Czuł się z nim dobrze wtedy, gdy książę porozumiewał się tylko za pomocą spojrzenia i gestów, czuł się z nim dobrze, gdy spędzał z księciem na rozmowach całe godziny.

I to było najważniejsze, pieprzyć całą resztę.

Choć pierwsze dni przebywania w pałacu były koszmarne. Kurogane spodziewał się odkrycia w każdej minucie. I nieco dziwił się, że dni mijały i nikt nie miał zamiaru go demaskować, choć dżinina nie potrudziła się o żadne drastyczne zmiany w wyglądzie jej pana.

Książę zapomniał całkowicie o spotkanym złodzieju? Czy też widział wyraźne podobieństwo w złodzieju i nowoprzybyłym księciu, ale nie wysnuwał żadnych podejrzeń?

Dziwne. Naprawdę dziwne, bo o ile syn sułtana miał swoje anormalne, infantylne momenty, to na pewno nie był głupi.

Pieprzyć całą resztę!, przypomniał sobie słusznie Kurogane.

Szczególnie, że przyszły sułtan wreszcie oderwał się od badania Dywanu i przysunął się bliżej.

- Może właśnie omija cię coś niezwykłego, mój drogi Efendi – zagadnął wpatrującego się weń Kurogane i posłał mu szeroki uśmiech.

- Hm?

- Jeśli nadal będziesz przyglądał się tylko mnie, na pewno w końcu umknie ci coś, czego nigdy więcej nie będziesz miał szansy zobaczyć.

Już na samym początku wycieczki książę coś podobnego mu sugerował. Wówczas to Kurogane udało się zobaczyć fascynujący klucz przelatujących gęsi.

Tyle dobrze, że widoki w tym dalekim, dalekim dole były bez wątpienia czarujące. No, o ile nie zasłaniały ich kłębiące się poniżej Dywanu chmury.

Książę też był czarujący.

Cholera.

Mruknął cicho na słowa blondyna. Pierwszy raz w życiu ktoś z Kurogane flirtował zupełnie na poważnie. Przynajmniej tak mu się zdawało. Znaczy, że flirtował i że na poważnie. Prawdziwy książę na pewno potrafiłby szarmancko odpowiedzieć na podobne zaczepki. Ale Kurogane nie był prawdziwym księciem, a ciągłe utrzymywanie roli sprawiało mu niemałą trudność.

- Powiedz mu, że ma piękne oczy! - zapiszczała cichutko dżinina z lampy skrytej pod turbanem.

Bardzo subtelne i oryginalne.

- Modre gwiazdy lśniące zza mgły rzęs!

„Modry" to kolor niby jest…?

- I że ma bardzo ładne zęby!

…jasna cholera…

- Jeśli ci to przeszkadza, Wasza Wysokość, w każdej chwili mogę przestać, choć, szczerze mówiąc, wolałbym jednak tego nie robić – Wreszcie odezwał się niskim głosem, starając się patrzeć w książęce oczy, zamiast w zęby. Niech piekło pochłonie tę stukniętą babę.

Książę spuścił wzrok i przymknął powieki. Uśmiechnął się nieznacznie, mile połechtany.

- Nie, nie przeszkadza mi w ogóle – powiedział półgłosem.

- Dobre posunięcie. Bardzo sprytne. W kategorii „Z pozoru lakoniczne, dwuznaczne uprzejmości, które doprowadzą Was prędko do łóżka" daję mu 7 punktów na 10 możliwych.

Bogowie, po co on ją w ogóle ze sobą zabierał? Bez wiedźmy źle, z wiedźmą - jeszcze gorzej.

Westchnął przeciągle, spoglądając w niebo. Znów te chmury. Ale najważniejsze, że wreszcie lecą tuż nad ziemią. Nad jakimś pastwiskiem, czy łąką…

Coś miękkiego połaskotało go w rękę.

Jeden z dywanich chwościków dzierżył pełny, różowawy kwiat i właśnie z wielkim zapałem próbował wepchnąć ten kwiat w dłoń bruneta.

Oho, kolejny do pomocy

Ale kwiat Kurogane przyjął. A następnie wręczył go nieporadnie księciu.

Fai przyjął go z ciepłym uśmiechem, a potem wykonał szereg czynności niespodziewanych: wpiął kwiat między ucho a turban Kurogane, musnął pieszczotliwie dłonią jego śniady policzek, aż wreszcie położył mu na ramieniu głowę.

Oniemiały kwiatami we włosach i tulącymi się doń książętami Kurogane spojrzał błagalnie na chwościk, który rozpoczął ten cały zawstydzający bieg zdarzeń.

Chwościkowi udało się ułożyć w przedziwną figurę, która od biedy mogła wyglądać jak uniesiony kciuk. Ciemnowłosy książę w życiu nie widział czegoś podobnego, ale coś podpowiedziało mu, iż miało to oznaczać radosne „wszystko w porząsiu!".

- Myślę, że to już odpowiednia na pora na - niech no sobie przypomnę, jak to było… a tak - „Upojny dreszcz poznamy też, i-…"

- Przymknij się wreszcie! - syknął przez zaciśnięte zęby, zanim pojął, co robi.

Znowu to samo! Znowu wyłazi z niego prostak.

…którym przecież był, jak by nie patrzeć…

- Dręczy cię twój psotny duch, Efendi? – spytał z rozbawieniem Fai, nie podnosząc głowy ani o odrobinę.

Kurogane stężał cały.

On wie!, pomyślał paranoicznie.

Wiedział od początku…! Jakim Kurogane był durniem, sądząc, że ten diablo przysto- tfu!, inteligentny typ nie rozpozna w nim złodzieja i nie dostrzeże (jakoś…) dżininy!

Co teraz? Przyznać się do wszystkiego i błagać o nie ścinanie głowy?

Łagodna, niespieszna dłoń wsunęła się pod płaszcz Kurogane i połaskotała go wzdłuż kręgosłupa.

- Ten sam, który i mi podszeptuje o tych wcale nie nieprzyzwoitych, wszystkich miłych rzeczach, które jeden człowiek może zrobić drugiemu? – pytał dalej blondyn, głaszcząc czubkami palców łopatkę bruneta.

A, więc o to chodziło. Nie o żadne niebieskie istoty spełniające marzenia. Co za ulga.

Nie, nie ulga, bo Kurogane nie ma pojęcia, co robić dalej!

Dżinina niech lepiej nie podpowiada, bo i tak już wystarczająco mocno rumienił się przez łaskotki.

- Wasza Wysokość… - wystękał niemal.

- Słucham?

- Tak jest… chyba wystarczająco dobrze – wymamrotał próbując przysunąć się jeszcze bliżej księcia i jednocześnie oprzeć się o jego głowę.

- Owszem.

Już uspokojony (lecz nadal mocno speszony) przytulił policzek mocniej do puchatego czubka książęcej głowy. Niebrzydkie miał te włosy. Miękkie i takie… no, złotawe. Kurogane wcale się nie dziwił, że książę nosi je upięte w ten sposób i że praktycznie nigdy nie widuje się go publicznie w żadnym nakryciu głowy, choć mijało się to z ogólnie przyjętymi zasadami.

Dywan przemykał akurat nad lustrem sporego, wolnego od rzęsy jeziora, więc mógł spojrzeć na odbicia zniekształcone nieco przez wodne zmarszczki. Odbicie księcia uśmiechnęło się do niego, więc i Kurogane zamknął oczy i wygiął usta w uśmiechu. Przynajmniej nie będzie widział, że z kwiatkiem za uchem jest mu do twarzy o wiele bardziej, niż by się tego spodziewał.

Może to życzenie nie było aż tak bardzo złe, jak z początku mu się wydawało…

- Ale się ze sobą cackacie, panowie książęta… - prychnął cichy głosik Yuuko. - W takim tempie prędzej to ja pierwsza wyzionę ducha w sposób naturalny, niż wam uda się dojść do etapu trzymania się za ręce.

Czarna brew zadrżała nieznacznie.

Niebieska demonica właśnie przyznała się, że nie jest nieśmiertelna. Dobrze. Naprawdę dobrze, bo to oznaczało, że Kurogane będzie mógł coś z tym zrobić, kiedy naprawdę wyprowadzi go z równowagi.

Życzenie „Umrzyj w ogniu!" brzmiało doskonale.


A/N c.d.: Tak między nami, to nie lubię polskiej wersji "A whole new world" ._. Aczkolwiek tutaj sprawdza mi się ona doskonale :'D