A.N.: Kilka spraw:
1. Nie napisałam o tym wcześniej, lecz Fai zawdzięcza swą fryzurę Stokrotowi. Yay!
2. W tym rozdziale poczyniłam trochę z tyłka wzięty crossover z "Magi - Labytinth of magic". Powód jest banalny, drobny research na pewno go rozjaśni.
3. W tym rozdziale również i tytuł opowiadania szczególnie nabiera sensu.
4. Droga Autokorekto, czym są "Przytulanki", że zasługują na taką właśnie dużą literę? Tak, tak, fanserwis. Drugie yay!
Enjoy.
Być może i piekielnica miała rację. Być może ta cała sytuacja powiedzmy-romantyczna rozwijała się zbyt wolno. W końcu siedzieli już na tym dywanie wystarczająco długo, aby Kurogane zdrętwiały nogi. Ciekawe, jaką drogę pokonali. No i czy Dywan wiedział, gdzie leci i czy wiedział, jak wrócić z powrotem do Agrabah.
Ale, ale Kurogane musi przede wszystkim poukładać sobie pewne rzeczy, a tym ewentualnym zagubieniem się w szerokim świecie pomartwi się później.
Otóż sprawy prezentowały się następująco: Fai był mężczyzną, Fai był księciem. W gruncie rzeczy, jego płeć niewiele zmieniała - Fai był synem sułtana, następcą tronu, czyli partią równie pożądaną, co księżniczka. Kurogane był pewien, że gdyby tylko zaistniała taka sposobność, to do łoża Faia ustawiałyby się kolejki. Jednocześnie z tyłu głowy tłukła mu się zawstydzająca świadomość, że i on, Kurogane, stałby w takiej kolejce udając, że znalazł się w niej zupełnie przez przypadek, a tak właściwie to przystanął tylko na chwilkę.
Otóż to, przyszły sułtan był towarem niezwykle pożądanym i posiadanie kogoś takiego za kochanka niosłoby same korzyści. Nooo, co prawda wiązałoby się też z pewnym… balansowaniem na krawędzi niebezpieczeństwa, ale to akurat jest nieco mniej ważne… Bo, mówiąc językiem Dżinów, „Jest ryzyko, jest zabawa".
Może właśnie o to jej chodziło? Może dlatego tak napierała? Może chciała zagwarantować swojemu panu (i przy okazji sobie) wygodne życie?
Nieh, zbyt dużo tych „może". W dodatku to wszystko sugerowałoby, że Yuuko w jakiś pokrętny sposób troszczy się o Kurogane.
Taak. A wielbłądy potrafią śpiewać na dwa głosy.
Jak na zawołanie blond głowa wybrała sobie akurat ten moment, by powiercić się na ramieniu Kurogane w próbie nadania owemu ramieniu bardziej komfortowego kształtu.
Zasnął? Diabli wiedzą. Zarówno książę, jak i dżinina nie odzywali się od dłuższego czasu.
- Zawracamy? – zasugerował Kurogane szeptem Dywanowi, próbując jednocześnie przykryć Faia rękawem kaftana. Bynajmniej nie było to przedsięwzięcie łatwe, gdyż odkrył, że do ścierpniętych nóg dołączyło i ramię.
Zaś na sugestię powrotu Dywan zareagował nader gwałtownie całym swym dywanim jestestwem, każdym włókienkiem.
„Zawracać?! Nie tylko ty się tu dobrze bawisz! Skoro zostałem do tego zmuszony, to będę latał tak długo, aż MNIE się to znudzi!"
Kurogane miał na tyle rozumu, by nie rozpoczynać kłótni z magicznym chodnikiem. Ech, w tym całym mądrym-inaczej towarzystwie ciężko było utrzymać jakikolwiek autorytet.
A wracając do (jak na razie) czysto hipotetycznych arystokratycznych związków.
Hm. Po pierwsze, nie może traktować Jego Wysokości w kategorii „opyla się, czy się nie opyla?"!
W rzeczy samej, to nie arystokratyczne pochodzenie Faia było głównym powodem, który kierował brunetem. Prawdopodobnie chodziło o to, że książę traktował Kurogane z życzliwością i szacunkiem. No, takim nieprzesadzonym szacunkiem, bo nierzadko zdarzały mu się wesołe, drwiące docinki i żarty z osoby Kurogane. Ale jednak szacunkiem.
W normalnych warunkach (jakkolwiek by one nie wyglądały) pewnie w ogóle nie umieliby się ze sobą dogadać. Różnili się wszystkim. Przynajmniej z pozoru. A jednak los już dwukrotnie popychał ich na siebie i… argh, nie bawiąc się w te wszystkie ckliwe, quasi-romantyczne metafory, rozchodziło się o to, że mało było ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli chcieli rozmawiać i bliżej poznawać Kurogane (nie, żeby mu to jakoś dotkliwe przeszkadzało; samotność mu pasowała, no, przynajmniej w pewnym stopniu). Równie mało było ludzi, którzy byli Kurogane życzliwi. A jeszcze mniej było ludzi, którzy okazywali mu minimum szacunku. Z drugiej strony… Książę mógł go traktować życzliwie tylko dlatego, że i w Kurogane widział szlachetnie urodzonego. A jednak, ta jego uśmiechnięta gęba wydawała się być szczera i naprawdę, naprawdę serdecznie do Kurogane nastawiona.
Ale jeśli książę dowie się, kim Kurogane jest naprawdę, to cała serdeczność może iść w pizdu.
Niezdecydowanie i poirytowanie zatoczyły piękny krąg tylko po to, by móc wylądować w punkcie wyjściowym:
To wszystko przez tą przeklętą wiedźmą i głupoty, które mu nagadała! Odważyć się! Zaryzykować z dziedzicem tronu, bo to zabawne!
Co jeszcze pozostawało w tym osobistym rozrachunku sumienia? Bo skoro nic innego nie pozostaje do roboty… To może jeszcze trochę powalczyć z myślami, ech.
A, no tak. Sprawa życia miłosnego Kurogane stała mniej więcej na tym samym poziome, co kwestia jego edukacji, Czyli, że tego życia nie było wcale. Nie udało mu się przeżyć młodzieńczych zauroczeń, a - co już było wspomniane - nie upadł na głowę na tyle mocno, aby sprzedawać swoje ciało w takim, czy innym celu.
W ostatnich latach jego kontakty pseudo-zmysłowe ograniczały się do przypadkowych wizyt w zamtuzie - zwykle przez przypadek (ech), zawsze przez okno (to akurat szczera prawda). Prędzej, czy później był stamtąd widowiskowo wykopywany przez czuwającą nad wszystkim mateczkę. A same te okazjonalne kontakty sprowadzały się do dwuznacznych dogadywanek i sporadycznego podszczypywania.
Jakoś nigdy nie udało mu się znaleźć sobie… no, kogoś. Kogoś, kto widziałby w Kurogane nie człowieka, który przegrał grę z losem, tylko coś więcej, człowieka, z którym warto byłoby spędzić życie… czy coś takiego…
Ale Kurogane sam sobie zapracował na taki stan rzeczy i nie warto szukać teraz winnych.
Mniejsza o to, skoro obecnie ma przy sobie księcia, który (chyba) polubił Kurogane, który dość swobodnie wchodził z nim w kontakt zmysłowy i z którym przeleciał ćwiartkę świata na latającym dywanie. Coś takiego mogło zbliżyć do siebie ludzi, czyż nie?
Mogło.
Nie spieprz tego. Zachowuj się jak wysoko urodzony. I nie słuchaj tej niebieskiej jędzy.
Uhum, te trzy zasady powinny w zupełności wystarczyć.
Fai nie spał. To znaczy, nie spał całkowicie. Zdrzemnął się. Ale tylko na chwilkę!
W końcu od małego uczono go, że co jak co, ale przy honorowych gościach drzemać nie wypada.
Czy eks-złodziej, teraz bliżej nieokreślonego rodowodu książę to nadal honorowy gość? Ciekawe, czy nauczycielka dobrego wychowania z lat dziecinnych Faia umiałaby odpowiedzieć na to pytanie.
Ale na pewno uznałaby zaślinienie czyjegoś ramienia za coś karygodnego. Nawet jeśli zaślinienie nie przebiegło ni świadomie, ni umyślnie.
- Gdzie jesteśmy? – spytał, dyskretnie ocierając swój wilgotny policzek.
- Nie jestem pewien. Ale chyba trafiliśmy na jakiś festiwal.
Dywan - który odpoczywał pod nimi rozpłaszczony niczym placek - wysadził ich na porośniętym suchą trawą wzniesieniu. Przed nimi rozciągała się niecka, teraz szczelnie wypełniona straganami i światłem setek lampionów
- Zostaniemy przez chwilę? – zapytał, chłonąc przytłumiony gwar muzyki i głosów roześmianych uczestników święta. Z chęcią dołączyłby do tego przyjemnego, świątecznego poruszenia, gdyby nie to, iż razem ze swym towarzyszem złodziejem za bardzo wyróżnialiby się strojami wśród tej kolorowej ciżby.
- Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość – odparł gładko brunet.
Hoho, jaka królewska odpowiedź! Złodziej nieźle się wyrobił przez te kilka tygodni wałęsania się po pałacu.
A teraz, korzystając z faktu, że znajdują się na osobności i że nikt nieproszony nie może ich podsłuchać, Fai ma zamiar wciągnąć go w swój tak właściwie wcale nieukształtowany, dość karkołomny plan.
Czuł się wewnętrznie rozdarty. Wahał się, czy powinien pakować, w gruncie rzeczy, przypadkową, a jednak bliską mu osobę, w całą tę nieszczęsną pałacową sytuację, z którą zmagał się od dłuższego czasu. Bał się ryzyka, nie chciał dodatkowo nikogo narażać. Ale potrzebował pomocy. I czuł, że ten mężczyzna obok - „książę z dalekiego, hen, hen, królestwa" - zwyczajnie nada się do tej pomocy, jak nikt inny.
Szczególnie, że posiadał pomocnika.
Gdzie może ją trzymać?, zadał sobie po raz kolejny to samo pytanie, spod półprzymkniętych powiek taksując wzrokiem strój towarzysza. Jeśli była ukryta w czymś naprawdę małym, pokroju pierścienia, czy fajki, to mogła znajdować się praktycznie wszędzie: w jakiejś wewnętrznej kieszonce, w zakładce materiału, w bieliźnie…
A jeśli to coś większego? W magicznych artefaktach, w więzieniach duchów nie było żadnej reguły - Fai słyszał nawet o ciężkich, nieporęcznych szkatułkach, które okazywały się zawierać magiczną niespodziankę.
Nie, to wykluczone, nie mógł jej zostawić w pałacu. Przecież wyraźnie się z nim drażniła, to do niej szeptał i mamrotał poirytowany.
Cóż, nie pozostawało Faiowi nic innego, jak samemu jej poszukać. Połączyć przyjemne z pożytecznym, choć, doprawdy, będzie to o wiele mniej przyjemne i znacznie trudniejsze, niż by się postronnym mogło wydawać.
Ale najpierw powinienem czymś zająć złodzieja. Żeby nie zauważył, że to radosne pogwałcanie jego sfery intymnej jest zbyt uważne i skrupulatne, jak na zwyczajne (nie)zobowiązujące pieszczoty. Hm, pozycja też nie była zbyt sprzyjająca poszukiwaniom, ale Fai nie mógł, ot tak, zwyczajnie, wpakować się złodziejowi na kolana. Jeszcze nie teraz.
A żeby dodatkowo go czymś zająć, opowie mu o jednej małej wyprawie na miasto w przebraniu. O, to znakomity pomysł. Na pewno przyniesie oczekiwane rezultaty. Kilka tygodni wystarczyło, aby Fai poznał złodzieja na tyle dobrze, by mieć pewność, że jest dobrym, godnym zaufania człowiekiem, nawet wówczas, gdy próbuje udawać niezmiernie pewnego siebie, bufonowatego arystokratę.
Opowie mu o tym, jak wyprawił się na miasto, jak omal nie stracił dłoni i kto go przed tą utratą uratował. I oby to skłoniło złodzieja do rzucenia tej przebieranki i szczerego przyznania się do wszystkiego. Wtedy i przeszukiwanie też nie będzie potrzebne. Za to, kto wie, może przeobrazi się w regularne, zwyczajne przytulanki, a to nieszczęsne wdrożenie w sytuacje pałacową - przynajmniej na jakiś czas - zostanie odłożone na później.
Od czego w takim razie zacząć? Plecy może sobie darować, sprawdził je już wcześniej (to akurat z czystej, no, sympatii, bo chciał i mógł to zrobić), więc zacznie od pasa.
- Muszę ci się przyznać do czegoś, Efendi – powiedział. –Zdarza mi się robić rzeczy naprawdę niemądre.
Zaśmiał się krótko, widząc że brunet wcale nie jest tym wyznaniem zaskoczony, choć stara się ukryć powątpiewający grymas i przybrać swoją wyuczoną, pełną szacunku powagę.
- Zdarza mi się ukrywać swoją twarz, swój status księcia i udając najzwyklejszego mieszkańca miasta wychodzić poza pałacowe mury – podjął, równocześnie oplatając ramieniem talię wyższego mężczyzny.
Brunet napiął się gwałtownie.
Książę nie był pewien, czy to z winy tego, co właśnie mu zrobił, czy z powodu tego, co powiedział.
- Pytasz mnie, czemu to robię?
Wcale nie pytał, lecz Fai - w końcu musiał nadać swojej opowieści jakiś sensowny tok, czyż nie? - kontynuował niezrażony:
- Cóż, każdy z nas jest niekiedy zmęczony rutyną życia i chciałby, choć na krótki czas, pobyć kimś innym – rzekł swobodnie, jednak nieco zbyt zaczepnie, niż by tego chciał.
Przyjrzał się twarzy bruneta czekając na jego reakcję.
Nic. Niewzruszony jak skała. Ba, nawet rozluźnił się nieco, mimo że Fai już nie tylko obejmował go wpół, lecz - z pozoru bezmyślnie - przebierał palcami w chuście przewiązanej w pasie bruneta.
Zatem kontynuował swoją historyjkę i poszukiwania. I tak jak się spodziewał, jednoczesne niebudzące podejrzeń obszukiwania, toczenie opowieści i obserwowanie, jak na wspomnianą „książę" reaguje nie należały do zadań łatwych.
Powoli zaczynał się niecierpliwić. Zakładał z góry, że kiedy znajdzie schronienie dżininy… to po prostu je zostawi, nic z nim nie czyniąc. Nie miał zamiaru upokarzać złodzieja triumfującym „AHA, WIĘC TO TAK!" i machać mu przed nosem cudownie odnalezionym magicznym obiektem. Wolał dać mu czas do samodzielnego przyznania się do tego, że ten mężczyzna z opowieści to wcale nie jest jakiś tam złodziej przypadkowy.
Wówczas Faiowi pozostałaby satysfakcja z tego, że poznał „mały" sekret towarzysza, zanim ten jego towarzysz mu o tym sekrecie - oczywiście ze wszystkimi szczegółami, jakże by inaczej - opowiedział. I to by Faiowi w zupełności wystarczyło.
A tutaj, niech to demony, jak na złość nie umiał tego sekretu znaleźć!
Przeszukał już cały pas (pomagając sobie drugą ręką) i trochę biodra, trochę uda (zero kieszeni), cały lewy bok i przy okazji część torsu i… zaczynał czuć się coraz bardziej zakłopotany.
NICZEGO NIGDZIE NIE BYŁO.
Zaczął brać pod uwagę możliwość wewnętrznych, głęboko ukrytych kieszeni. Albo, uch, bielizny. Albo butów.
…buty…
Jak cię skłonić do zdjęcia butów, kłamliwy złodzieju?, wbił spojrzenie w owe ekstrawaganckie i nieskalanie białe obuwie, równocześnie mówiąc:
- …pokazał mi, gdzie mieszka. Nie było to zbyt miłe miejsce, a jednak…
No nie, naprawdę zastanawia się nad zdejmowaniem mu butów? Naprawdę?
Chyba powinien martwić się czymś innym. Nie ma nawet żadnej pewności, czy złodziej w ogóle przejmuje się tym, co Fai mówi. Jeszcze lepiej - nie miał żadnej pewności, czy on w ogóle Faia słucha, skoro nijak Faiowi nie odpowiada. Może też drzemał sobie w najlepsze, podczas gdy książę trudził się ze wszystkich sił?
- Słuchasz mnie, Efendi? A może cię nudzę? – I znów ten niezamierzony uszczypliwy ton.– Nie potrafię opowiadać?
- Moim zdaniem potrafisz stworzyć przyjemny nastrój – wymamrotał pytany prosto w blond włosy.
…do opowieści, czy czegoś innego?
- Dziękuję, ale jeszcze nie skończyłem – burknął, wiercąc się niespokojnie.
Czas jak najszybciej przejść do sedna sprawy, zanim role się odwrócą i to Fai zostanie przeszukany.
Przesunął dłoń z ramienia bruneta, pobieżnie pogładził szyję, musnął opuszkami palców wgłębienie za uchem, wreszcie wsunął je we włosy, pod czapkę… I wtedy brunet chwycił jego dłoń, ściskając ją boleśnie. Szybko się jednak opanował, by z powrotem przenieść pochwyconą dłoń na swoje ramię i ponownie objąć blondyna w pasie.
… czy to było…?
Tak!
Tutaj! Jest tutaj, pod turbanem. W takim razie to musi być coś lekkiego i stosunkowo małego. Tak jak podejrzewałem to może być lampa, choć lepiej nie zakładać niczego z góry.
Dobrze! Skoro lokalizacja jest znana, pora przejść do ofensywy słownej.
Jeszcze przez chwilę masował kciukiem ramię bruneta i rozwodził się nad spontanicznym dokarmianiem „nieznajomego" złodzieja, aż wreszcie przeszedł do sedna:
- Wydał mi się taki… hm, zwyczajnie, prostolinijnie dobry. Wrażliwy na czyjąś krzywdę, pomimo jego srogiej, zaciętej miny. Czy ten opis kogoś ci nie przypomina, Efendi?
No, bardziej dosadniej już chyba ująć się tego nie dało.
Odsunął się na tyle, by móc swobodnie unieść głowę i spojrzeć w czerwone oczy.
Podziałało. Ruszyło go. Nareszcie! Złodziej zmarszczył brwi i uciekł od księcia wzrokiem. Był wystraszony i skrępowany. Wahał się. Bardzo dobrze. Jeszcze tylko jedno, leciutkie pchnięcie i opadnie cała ta niepotrzebna kurtyna absurdalnych gierek.
- Dlaczego mówisz mi o tym wszystkim, Książę? – odezwał się w końcu Kurogane.
Szlag. Uparty osioł.
- Powiedział, gdzie lepiej nie chodzić w tym mieście, jakich ludzi się wystrzegać. – Zignorował pytanie. Co jak co, ale z nich dwóch, to nie Fai powinien się właśnie tłumaczyć. – I dał mi jabłko. Co prawda, kradzione jabłko, ale podzielił się nim z zupełnie nieznajomym człowiekiem, choć sam zapewne rzadko kiedy miewał okazję do pełnego posiłku
Wiedział doskonale, że to, co właśnie stosuje to metoda kija i marchewki. Z naciskiem na marchewkę.
Ale naprawdę tak myślał! To znaczy, o złodzieju, nie o marchewce. I naprawdę, naprawdę wcale nie tak łatwo było mu mówić o tym wszystkim, ot tak, bezceremonialnie, bez owijania w bawełnę, prosto w twarz. Nie był przyzwyczajony do otwartego wyrażania swoich myśli i uczuć. Zresztą, w gruncie rzeczy nie było nikogo, komu mógłby o nich mówić. Sułtan był powiernikiem wszystkich jego obaw i sekretów tylko do czasu, gdy Fai był jeszcze dzieckiem.
Lecz złodziej uparcie trzymał się tego, że te Faiowe wynurzenia zupełnie go nie dotyczą.
- Jabłko? Jedno marne jabłko? – prychnął lekceważąco. – Jesteś, Wasza Wysokość, wart wszystkich sadów, jakie nosi ziemia.
Rozbawionym tym wyznaniem Fai parsknął histerycznym śmiechem, szybko jednak się opanował. Po udręczonej minie czarnowłosego mężczyzny wywnioskował, że i do niego właśnie dotarło, iż zdanie, które przed chwilą wypowiedział powinno pozostać w jego głowie, bo tylko tam brzmiało dobrze.
- Beznadziejny z ciebie przypadek, Efendi – przyznał Fai ze zrezygnowanym uśmiechem. – Idziesz w zaparte, hm?
Szeroka dłoń wplotła się we włosy na karku Faia sprawiając, że uśmiech zastygł na twarzy wspomnianego.
- Obaj możemy na tym zyskać, więc łatwo nie zrezygnuję – powiedział gardłowo Kurogane, jeszcze bardziej nachylając się do blond-księcia.
Oho, ktoś tu nie tylko zinterpretował te Faiowe poszukiwania w sposób jednoznacznie fizjologiczny, ale i dzięki nim próbował przejąć kontrolę nad sytuacją.
I choć Fai zdawał sobie sprawę z tej bezczelnej manipulacji, nie przeszkadzało mu to w nagłym zarumienieniu się po uszy.
- Chyba mówimy o dwóch różnych rzeczach… – stwierdził półgłosem, podejmując próbę odsunięcia Kurogane na długość ramion. – Posłuchaj, nie musisz się przede mną kryć, czy… udawać. – Nabrał głęboko tchu i wypalił: – Polubiłem cię od razu, od pierwszego spotkania! To jabłko, które-
- Ani słowa o jabłkach. Nie mów już o więcej o tamtym człowieku.
To go zirytowało. Nikt nie powinien dyskredytować złodzieja! Nikt!
…co prawda, teraz złodziej sam siebie niejako obrażał, ale… huh, nie powinien tego robić! Ani kłamać Faiowi w żywe oczy po tym, co Fai przed chwilą przyznał!
Czyżby to była część planu…?
Już wcześniej przez myśl przeszło mu, że egzotyczny książę, eks-złodziej postanowił zaprzyjaźnić się z synem sułtana, ponieważ został do tego skłoniony, bo miał w tym interes, ale…
…naprawdę mógłby coś podobnego zrobić?
- Przeżyłem z tym człowiekiem – wycedził akcentując wyraźnie każde słowo – coś, co jeszcze nigdy mnie nie spotkało. I co nigdy się nie powtórzy.
Brunet spojrzał mu uważnie w oczy ze zbyt bliska. A następnie uraczył go swoim standardowym ironicznym uśmiechem. Fai lubił ten uśmiech. Aż do teraz.
- Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, ale na dywanie też chyba co dzień nie latasz?
- Wystarczy tej obłudy – rzekł szorstko, nie siląc się dłużej na bycie łagodnym i wyrozumiałym. – Szukałem tego mężczyzny od jabłka. Chciałem poznać jego imię, odwdzięczyć mu się złotem, żeby już nigdy nie musiał kraść.
Na ostatnią wzmiankę brunet szerzej otworzył oczy.
- Złotem? – powtórzył za nim, jak echo.
- Tylko ono cię obchodzi…? – spytał z niedowierzaniem blondyn, dotknięty do żywego tę niespodziewaną reakcją. – Szukałem, pytałem o niego… Na próżno. Martwiłem się, że coś mu się stało i dlatego nie mogę go znaleźć. Ale teraz już wiem, co się z nim działo! Zabawiał się magicznym artefaktem!
Koniec tego dokazywania. Fai dał mu wystarczającą ilość okazji do tego, by złodziej sam się przed nim odsłonił. Chciał, by złodziej sam, z własnej woli, przyznał przed nim, kim naprawdę jest. Wtedy Fai nie byłby na niego zły ani trochę. Podziwiałby jego odwagę i uczciwość. Ale skoro woli to rozegrać tak, a nie inaczej, to jego wybór. Sam tego chciał.
Albo i nie jego wybór. Tylko ducha, którego panem się stał.
Ooo nie, teraz w dodatku doszło do tego, że sam próbuje wytłumaczyć tego upartego gówniarza, kierowany głupim sentymentem, sympatią i jeszcze głupszym... jakimś innym uczuciem! Guzik! To złodziej się właśnie wypiera, nie jego dżin. Możliwe, że to złodziej miał interes w przybyciu do pałacu, bo jego własny dżin naopowiadał mu o tym, co kryje się w jego podziemiu. A potem wspólnie próbowali ustawić się jak najwygodniej, uwić sobie bezpieczne gniazdko pod samym nosem sułtana. Dżinina węszyła, a jej pan… Cóż, Fai nie miał żadnych mocnych podstaw do tego, by sądzić, że intencje złodzieja są czysto przedmiotowe… Ale jednocześnie wcale tej opcji nie wykluczał.
I nagle poczuł się podle. Naprawdę podle.
Jak ostatni naiwniak.
Chciał odepchnąć od siebie drugiego mężczyznę. Zaowocowało to tym, że plasnął mu w twarz otwartą dłonią. Z jakiegoś powodu ten wyczyn jeszcze bardziej wzburzył Faia, który zerwał się na nogi i gwałtownie ściągnął turban bruneta, aż ten sapnął ze zgrozy.
- Książę Ali-Baba, też coś! – krzyknął. – Idiota! Legendarny Ali-Baba nie żyje od ponad sześciuset lat! Wszyscy to wiedzą!
Wbił wściekłe spojrzenie w swojego towarzysza, który bezskutecznie próbował poprawić dłońmi swoje sterczące na wszystkie strony włosy.
- A-Ale… Ja jestem…
- Nie, do demonów, nie jesteś nim! Nie jesteś też jego potomkiem, bo na twoje nieszczęście ten ród wygasł jakieś sto lat temu! A nikt nie ośmieliłby nadać swojemu dziecku imienia, które nosiła legenda! – Blondyn zajrzał do wnętrza czapki, mruknął i skrzywił się, jakby nie dostrzegł w niej wnętrzu zmatowiałej lampy, tylko coś wyjątkowo obrzydliwego. – Nie rób dłużej z siebie durnia, w ten sposób obrażasz i mnie.
- Nie wiedziałem, że on naprawdę istniał… To imię miało brzmieć niepospolicie. O to chodziło. Tak myślę – tłumaczył mętnie Kurogane. – Od… Od kiedy, Wasza Wysokość, wiesz, że ja to ja? – Poddał się wreszcie.
- Odkąd po raz pierwszy przekroczyliście próg pałacu. A raczej odkąd wyważyliście jego drzwi w radosnym, muzycznym szale! – Fai z rozmachem rzucił obciążonym turbanem prosto w brzuch spetryfikowanego Kurogane. – Spotkałem cię w mieście zaledwie miesiąc temu! Sądzisz, że mam pamięć złotej rybki?! Sądziłeś, że cię nie rozpoznam, jeśli magia zafunduje ci włosy spięte w kitkę i poczerni oczy?! Ten głupi turban też miał pełnić rolę kamuflażu?!
- Wcale nie jest głupi… – mruknął niemal niesłyszalnie brunet, mnąc w dłoniach niesprawiedliwie obrażaną czapę.
- I po co to wszystko, huh? Chciałeś mnie uwieść? Sądziliście, że dam się zwabić na jakiegoś tam księcia zapatrzonego w sam czubek swojego upudrowanego nosa?! – Z każdym kolejnym pytaniem głos Fai wznosił się o kolejną, wściekłą oktawę. – To też był pomysł twojej dżininy?! W ten sposób mieliście zamiar dowiedzieć się, gdzie znajduje się wejście?! Co ci obiecała?!
Blondyn, widząc, że zatrwożony Dywan próbuje ewakuować się z miejsca zdarzenia (przy okazji zabierając ze sobą pechowego złodzieja), z ostrzegawczym syknięciem nadepnął na jego róg przyciskając go z powrotem do ziemi. Dywan rozpłaszczył się na trawie i w ramach obrony własnej spróbował wyglądać jeszcze żałośniej od swojego tymczasowego pana.
Fai mógłby przysiąść, iż w tym ułamku stosunkowej ciszy, która zapadła, na samym skraju słyszalności rozległo się bardzo ciche i bardzo cieniutkie „ojoj".
Ojoj. Tak, to było dobre podsumowanie sytuacji.
- Nie miałem zamiaru… nikogo skrzywdzić… – przekonywał bełkotliwie złodziej, próbując usunąć się chociaż na skraj dywanu. Fai nachylił się ku niemu groźnie mrużąc oczy, co bynajmniej nie pomagało w sensowym układaniu myśli. – Jakie wejście? Nie rozumiem, o czym mówisz. Aaa, nie, chyba jednak rozumiem. Ale moja marszałkini… B-Bo o niej mowa? Ona jest tylko zwykłym… urzędnikiem?
- Bez wątpienia! Najzwyklejszym w świecie! – Prostując się Fai z sykiem wypuścił powietrze. Odetchnął kilkukrotnie, próbując się uspokoić. – Po prostu z dnia na dzień z wychudzonego złodzieja stałeś się księciem śpiącym na klejnotach, czyż nie tak?
- J-Ja tylko udawałem biedaka, a w rzeczywistości…
Spojrzenie błękitnych oczu przeszyło Kurogane do samego szpiku kości.
- Mam brata bliźniaka? – stęknął w ostatniej desperackiej próbie.
- Dosyć. Jak cię naprawdę zwą?
- …Kurogane.
Książę wydał z siebie niekontrolowane „chrumk". Kurogane znał te chrumknięcia, nasłuchał się ich wystarczająco dużo w przeszłości.
- Och. Może lepiej zostańmy przy „Ali-Babie"? – Walcząc z rozbawieniem zaproponował Fai.
- Chciałem być równy tobie! – wybuchł brunet. – Myślałem, że jeśli będę równy tobie, to mnie… docenisz, czy… a… - Zakończył nieskładnie, dotarło bowiem do niego, że właśnie, kompletnie nieświadomie, zaczął mówić przyszłemu władcy kraju per „ty".
- W porządku, nie musisz w kółko nazywać mnie „księciem". Już nie. Chyba wiesz, jak mam na imię. Za to ty, Kurogane, jesteś beznadziejnym aktorem. Nie zrozum mnie źle, to dobrze, że tak często gubiłeś rolę napuszonego księciunia i zachowywałeś się jak… no, ty. Inaczej już na samym początku naszej książęco-książęcej znajomości kopnąłbym cię zupełnie nie po książęcemu w zadek. – Mówiąc to posłał brunetowi karcące spojrzenie.
Ten skarcony spróbował schować głowę w ramionach.
- Nie sądziłem, że możesz się aż tak zirytować – przyznał niewyraźnie.
- Nie powinno cię to dziwić. Oszukiwałeś mnie paskudnie przy tym uwłaczając mojej inteligencji – powiedział sucho książę. Po chwili westchnął głęboko, przysiadł się do bruneta i rzekł już spokojniej: – Ale Moja Łaskawość ci wybacza.
I obym tego nie pożałował.
- Ale skoro ty wiesz, że ten cały „książę Ali-Baba" to podejrzana sprawa… – Uświadomił sobie Kurogane. – To znaczy, że inni też o mnie wiedzą?
- Wiedzą – odparł krótko.
Widząc szczery niepokój odmalowany na twarzy - chrumk, doprawdy, co za dziwaczne imię - Kurogane, prędko nakreślił mu sytuację: cały dwój niepokoił się przybyciem człowieka, który ośmielił się przybrać taką, a nie inną godność. Szczególnie niepokoiła się rada doradcza. Tutaj musiał interweniować Fai. Kilka krótkich dyspozycji: tak, miejcie na oku służbę tajemniczego księcia; tak, w razie czego, żołnierze mogą interweniować; tak, musimy przyjąć ich ze wszystkimi honorami i traktować tak, jak zwykle traktujemy gości; tak, księciem osobiście zajmę się ja, w ten sposób będziemy mieć wszystko pod kontrolą; nie, nie ma potrzeby, by zawracać całą sprawą głowy Jego Sułtańskiej Mości.
Zresztą, Fai nie sądził, by sułtan szczególnie przejmował i zwracał uwagę na jakiegoś dodatkowego księcia łażącego mu po pałacu. Ale o tym Fai już nie wspominał. Ani też o tym, iż dzięki tej osobistej pieczy mógł trzymać Kurogane z dala od najwyższego wezyra.
Wystarczyło, że brunet w pełni zawierzył tym wyjaśnieniom. Choć wzmianka o interwencji żołnierzy chyba go trochę zaniepokoiła.
- Możemy wrócić do istoty sprawy, czyli do twojej drogiej dżininy? – Kontynuował książę. – Jak pewnie wiesz, nie jestem rodzonym synem sułtana. Przygarnął mnie, kiedy miałem kilka lat.
Kurogane skinął głową, czyniąc wielce skoncentrowaną minę. W końcu nie był aż tak młody, by nie pamiętać, iż kilkanaście lat temu sułtan powrócił z jednej ze swych dalekich podróży z małym blond-chłopcem o dużych, wystraszonych oczach i że uczynił tego chłopca swym przybranym dzieckiem. To ucięło (przynajmniej częściowo) plotki na temat tego, czemuż to Jego Wysokość Sułtan wciąż nie posiada żony, czy też, czemu nie ma zamiaru spłodzić potomka choćby z jedną ze swych nałożnic.
- Pochodzę z dalekiej północy, z rodziny, która najprawdopodobniej pałała się magią od pokoleń.
- Potrafisz czarować? Jesteś magiem?!
Niedowierzanie i słabo ukryta fascynacja dźwięcząca w głosie Kurogane zmyła z Faia pełgające resztki gniewu.
Pokręcił głową, nieświadomie uśmiechając się jeszcze szerzej.
- Nie stworzę czegoś z niczego. Znam kilka prostych zaklęć ochronnych… Poza tym wyczuwam magię, rozpoznaję jej przejawy. Nawet te ukryte. Wystarczył rzut oka, by rozpoznać, że ta radośnie wychwalająca twoją odwagę, nieomylność i powalającą męskość kobieta wcale nie jest człowiekiem. Że pod ludzką postacią kryje się niebieska skóra, potężna magia i kajdany, których za nic nie uda się zdjąć. – Urwał na krótko i znów się uśmiechnął, tym razem smutno. – Ale zapomnijmy na chwilę o moich zdolnościach. Nie wydaje ci się podejrzanym, iż zarządca książęcego dworu, prawa ręka księcia - w pełni oficjalny doradca, nie współmałżonek - jest kobietą? Nigdy się z czymś nie spotkałem, choć gościli u nas możnowładcy z naprawdę dalekich krain.
- Nie pomyślałem o tym – syknął przez zęby Kurogane, nerwowo pocierając dłonią czoło. – A przecież mogła się zmienić, żeby nie budzić podejrzeń…
- Tak, zauważyłem, że wielu rzeczy nie przemyślałeś – zauważył uszczypliwie.
Kurogane znów się zachmurzył, więc Fai szybko podjął nowy wątek.
- Ta lampa – powiedział – była w grobowcu pełnym złota… i wyłącznie złota?
- No, i jeszcze był ten dywan…
- Skarbiec wyglądał z zewnątrz jak ogromna ropucha?
- Taa. Żaba, jak się patrzy.
- Tak myślałem. Nie pytam, w jaki sposób dotarłeś do niego, bo to pewnie materiał na dłuższą opowieść. Uwolniłeś dżina i czego sobie zażyczyłeś?
Pytany znów poczynił niezdecydowaną, niechętną minę. Nie lubił być przesłuchiwany. Ale Fai nie miał zamiaru przestań pytać tylko dlatego, że ten głupi uparciuch czuł się niekomfortowo. Jak już zostało powiedziane - sam się o to prosił.
- Chciałem… To miało być drugie życzenie – wymamrotał z ociąganiem brunet. –Dzięki pierwszemu uwolniła mnie z miejsca, w którym… w którym, um…
Książę uniósł wyczekująco brwi. Ach, jak nic, to jakaś delikatna sprawa. Delikatna i może kompromitująca…?
- …w którym utknąłem razem z nią. A później nagabywała mnie, uparta jędza. Poprosiłem więc o spokojne życie i o to… o to, żebym już nigdy nie był głodny – dodał Kurogane ze wstydem spuszczając głowę.
- I w taki oto sposób zostałeś księciem. Bezdomnym księciem bez własnego królestwa. Nie wygląda mi to na spokojne życie.
Brunet przymknął oczy. I znów wykonał to swoje zmęczone, „mam dość" westchnięcie, którym tak łatwo zmącił za pierwszym razem w Faiowej głowie.
Ale to się nie powtórzy. Niedoczekanie.
- I dlatego też odwiedziliście sułtański pałac, żeby przez kilka tygodni jeść, pić i odwiedzać harem bez najmniejszych wyrzutów sumienia. – Dodaj głośniej i ostrzej, niż było to potrzebne. – A, i jeszcze nagabywać i wykorzystywać mnie do własnych niecnych celów!
- Jakich niecnych celów?! – żachnął się Kurogane. – Poza tym ofiarowałem wam to wszystko…
- Uhm, kosztowne materiały, klejnoty, rajskie ptaki. – Wyliczył książę, po czym wzruszył ramionami. – Całkiem możliwe, że zamienią się w piasek i kamienie, gdy tylko ty i twoja karawana znikniecie za horyzontem.
Kurogane nie wyglądał na zachwyconego tą rewelacją.
- To wszystko nie jest prawdą…? To tylko iluzja? – wykrztusił.
Fai zamyślił się głęboko. Jakoś nigdy wcześniej głębiej się nad tym nie zastanawiał, choć Kurogane przytargał ze sobą całe setki ludzi i tysiące cudów wszelakich.
- Niezupełnie. Słoń, na którym siedziałeś jest prawdziwy. Worki monet, które miałeś w łapach były prawdziwe. Co do twojej służby… nie jestem pewien, czy są prawdziwi. Tak, czy inaczej jesteś teraz bardzo zamożnym człowiekiem. Może nie wpływowym, ale złoto wystarczy, aby zapewnić ci spokojne życie.
Obaj spojrzeli na lampę, która wręcz promieniała aurą niewinności.
- Nie, nie oszukała cię – zapewnił bruneta Fai. – To znaczy oszukała… ale można powiedzieć, że intencje miała dobre. W jakimś stopniu na pewno – dookreślił .
No tak, złodziej nie wyglądał na przekonanego. Bo i pomimo chęci Faia, jakoś to wszystko nie brzmiało przekonująco. Trzeba mu to wytłumaczyć jakoś inaczej.
Książę potarł nos w namyśle.
- Dżiny nie są z natury złe. Raczej przewrotne i diabelsko sprytne. – Rzucił tezę, która z całą pewnością była prawdą. No, przynajmniej tak pisano o Dżinach w księgach, a Fai książkom wierzył. – Kpina z ludzi sprawia im przyjemność. A że trafił jej się taki prostolinijny, nierozgarnięty pan…
Nierozgarnięty pan był już tak przytłoczony kolejnymi sensacjami, że nawet nie zareagował na tę oczywistą zaczepkę.
- Całe szczęście, że nie trafiłeś na ifryta, bo wtedy twoja przystojna łepetyna toczyłaby się samotnie po pustyni! – Pocieszył go Fai, przy okazji trzaskając entuzjastycznie bruneta po ramieniu. – Wiesz w ogóle z kim masz do czynienia? – spytał już znacznie poważniej.
- Przedstawiła się jako Yuuko.
Książę skinął z roztargnieniem i mówił dalej:
- Ostatnie wzmianki o jej lampie i Skarbcu Midasa, w którym została zamknięta pochodzą sprzed czterech wieków. Skarbiec zaginął, jakby dosłownie zapadł się pod ziemię. Oczywiście z tym Midasem w nazwie to tylko takie wolne skojarzenia, żeby łatwiej było zapamiętać o co chodzi w legendzie. Wszelkie powiązania z królem są bezpodstawne. Po twojej minie wnioskuję, że nie masz pojęcia o czym mówię…
- Tacy jak ja nie mają zbyt wielu okazji do obcowania z książkami – przyznał lakonicznie Kurogane.
- Na świecie jest kilka magicznych dywanów, ale tylko jeden ma szafirowo-złoty wzór. I to właśnie twoja dżinina tchnęła w niego życie – powiadomił go uroczyście Fai. – Kurogane, zostałeś panem Paimon. Dżina chaosu i obsesyjnej miłości.
- To moja specjalność! – Z lampy wydobył się zduszony, ale wyjątkowo dumny głos.
Kąciki ust Faia zadrżały. Kurogane nie był pewien, czy był to wyraz odczuć pozytywnych, czy raczej tych mniej… radosnych.
- Powiedziałaś, że masz na imię Yuuko, cholerna demonico! – wyburczał, wydrapując paznokciami jasne bruzdy w powierzchni lampy.
- To, że jesteś jej panem nie oznacza, że nie może cię okłamywać. Zresztą nie sądzę, by i Paimon było jej prawdziwym imieniem – wyjaśnił Fai.
Kurogane wciąż złorzeczył milczącej lampie.
- …od ponad dwóch tygodni twoja dżinina węszy po całym pałacu.
Ta z pozoru niewinna uwaga wzbudziła w Kurogane popłoch. Nabrał głęboko powietrza.
- Tak, wiem. Ale nie zrobiła nic złego, pilnowałem jej…! – zapewnił niemal rozpaczliwie.
- Uhm, również miałem ją na oku. Ciebie też - tak dla ścisłości. To znaczy, nawet wtedy, kiedy ze mną nie przebywałeś. – Tu złodziej prychnął, ale został zignorowany. – Możesz mi wreszcie powiedzieć, po co naprawdę tu przybyliście? Chciałbym usłyszeć to od ciebie, Kurogane.
- Powiedziała, że skoro już jestem księciem, to dobrze będzie pokazać się sułtanowi. I że macie u siebie pewnego ducha, z którym chciałaby się rozmówić…
Blondyn zamarł. Trwało to chwilę krótką jak mrugnięcie, zanim znów uśmiechnął się kpiarsko.
- No tak, oczywiście… Och, Kurogane, zostałeś wplątany w zatarg dżinów. To bardzo ciekawa przygoda dla zwykłego śmiertelnika. – Tutaj Fai poczynił efektowną pauzę i dokończył: – Można łatwo stracić w niej głowę.
Brunet spojrzał na niego z ukosa z wyraźną urazą. Cóż, ten mały żarcik słowny chyba mu się nie spodobał.
- Czy wciąż musisz wspominać o mojej oderwanej głowie…? I tak, owszem, jestem durniem, który łatwo dał się zmanipulować i pozwolił się wciągnąć w górę wielbłądziego łajna!
No i się zdenerwował. A z tą nadętą miną i rękami skrzyżowanymi na piersi wygląda zupełnie jak obrażony dzieciak.
Czy to odpowiednia chwila do zdradzenia jednego z najpilniej strzeżonych sekretów…?
Złodziej nie miał już chyba nic do zdradzenia, za to Fai - wręcz przeciwnie.
- Kurogane… – zaczął, aby zasygnalizować, że to nie czas na dziecinne dąsy. Mniejsza o to, że te dąsy właśnie Fai zainicjował. – Nie powtarzaj nikomu tego, co zaraz powiem, dobrze? Niewielu ludzi o tym wie, więc, proszę, zachowaj to dla siebie.
Brunet skinął mu poważnie głową. Najwyraźniej równie szybko wpadał w złość, co równie szybko o tej złości zapominał.
- Gdzieś w podziemiach pałacu jest przejście, który prowadzi do labiryntu. Czy dżinina coś ci o tym wspominała? Nie?
- Nie potrafiła go znaleźć. – Zaprzeczył Kurogane.
- No dobrze… Wierzę ci – odpowiedział najzupełniej szczerze. Zniżył głos. – Nie muszę chyba dodawać, że labirynt jest najeżony pułapkami? Głównie tymi magicznymi, po których z człowieka zostaje trochę kości, a z nadludzkiej istoty swąd spalenizny. Drogę przez labirynt zna tylko sam sułtan, nawet ja nie wiem, gdzie dokładnie znajduje się wejście do niego. Na końcu labiryntu znajduje się niewielka komnata. A w niej zamknięta na klucz szkatułka. W skrzyneczce leży drewniana fajka. Na pewno słyszałeś, co o niej mówią: że jest zrobiona z kamienia czarniejszego niż bezgwiezdna noc i inne tego typu bzdety. Otóż nie, jest ciosana - i wcale nie pięknie, musisz mi uwierzyć - z surowego drewna. I waśnie w niej zamieszkuje nasz dżin. Dżin, który, wedle snutych opowiadań, dorównuje siłą niemal samym bogom.
- Niesamowicie potężny dżin zamknięty w fajce… – Powtórzył Kurogane. Otworzył szeroko oczy w nagłym zrozumieniu. – No chyba mi nie powiesz, że macie u siebie Clo-?!
Fai uniósł dłoń nie pozwalając mu dokończyć.
- O, więc o nim słyszałeś. Któż nie słyszał? Ten, który uwięził wszystkich jemu podobnych. Ten, który wskrzesza zmarłych, zatapia wyspy i przesuwa gwiazdy na niebie. Tak, „mamy go u siebie". Przechodzi z rąk starego sułtana w ręce nowego - zmiana pana nie robi na nim większej różnicy. Proszę, nie wymawiaj jego imienia, nieważne, czy jest ono prawdziwe czy nie. On nasłuchuje. Zawsze. Szczególnie lubi przysłuchiwać się rodzinie królewskiej. Lepiej nie ryzykować, nie chcemy niepotrzebnie go rozbudzić.
Kurogane tymczasem bezmyślnie przeczesywał ręką włosy, a wyraz jego twarzy oscylował gdzieś pomiędzy „To niesamowite!" a „Nie chcę o tym słyszeć; wypisuję się z tego wszystkiego!".
- Jak on wygląda…? – spytał wreszcie.
- Nie wiem. Jego Wysokość Sułtan rozmawiał z nim tylko raz. Oczywiście nie uczestniczyłem w tej rozmowie.
Pozwolił drugiemu mężczyźnie na spokojnie przetrawianie informacji, za to rzucił mimochodem w powietrze:
- Więc… Szacowna Yuuko chce się z nim zobaczyć?
Tak, jak się spodziewał, z lampy dobiegł pewny siebie, zdeterminowany głosik.
- Chcę wyrównać rachunki!
Blondyn znów skinął głową, próbując utrzymać na twarzy uspokajający uśmiech.
I oby przyszłość przyniosła jakieś niespodziewane, cudowne rozwiązane, bo jak na razie, sytuacja komplikuje się coraz to bardziej i bardziej.
- Skoro już powierzyłem ci jedną tajemnicę… – Zwrócił się tym razem wprost do Kurogane. – To kolejna chyba nie zrobi na tobie większego wrażenia, hm…?
W co on się wpakował. Na litość bogów, w co on najlepszego się wpakował.
„Chcę dorwać podrzędnego ducha", no serio?! Jak mógł się nabrać na coś takiego… Niebieska jędza miała na pieńku z samym szefem dżinów! A Kurogane był na tyle głupi, by się samemu tego wcześniej nie domyślić. Co ona sobie wyobrażała? Że coś wskóra w konfrontacji z takim gościem? Do tej pory Kurogane sądził, że pęd samobójczy nijak do tej wiedźmy nie pasuje… A jednak chyba się mylił. Pech mu jak zawsze dopisywał.
Znowu się w górę gówna wpakował, otóż to. Nieświadomie wpakował się w parcie na śmierć stukniętej dżininy, która chciała wypełnić skazę na swym dobrym imieniu. Czy cokolwiek.
Dodatkowo przyszły sułtan pakował go właśnie w kolejną cudowną-inaczej przygodę. Albo kolejną kupę gówna, jak kto woli.
A Kurogane był na tyle głupi, żeby nie zauważyć wcześniej, iż mości blondas od dawna zna prawdziwą tożsamość księcia, ech, Ali-Baby. A on brnął, jak ten skończony palant, w denną udawankę… Nic dziwnego, że książę się zirytował. Dobra, „zirytował" to za małe słowo. Do diabła, potrafił być naprawdę straszny. Kurogane się tego po nim nie spodziewał. Nie doceniał go. Ugh.
I jakby tego było mało, coraz bardziej odnosił wrażenie, że jako jedyny w tym całym towarzystwie nie nadąża za rozwojem wypadków…
Ale do rzeczy. Blond-książę wdrażał go w kolejne Tajne Przedsięwzięcie.
Kurogane starał się go słuchać bardzo uważnie. A czym dłużej książę ciągnął swą niewesołą opowieść, tym bardziej rzedła mina Kurogane.
Jakiś czas temu książę Fai zauważył, iż coś dziwnego dzieje się z jego przybranym ojcem. Bywał rozkojarzony. Kompletnie oderwany od tego, co dzieje się wokół niego. Fai podejrzewał, że to przemęczenie, które wkrótce minie. Gorzej, że wkrótce to roztargnienie zmieniło sułtana nie do poznania. Zaczął podejmować irracjonalne, nierzadko niesprawiedliwe lub okrutne decyzje. Zdarzało się, że następnego dnia tych decyzji nie pamiętał. W Faiu poczęły się budzić sprzeczne odczucia: czy powinien zachować się jak syn i natychmiast posłać do sułtana najlepszych medyków nie bacząc na to, co sułtan ma do powiedzenia na ten temat, czy też jak pretendent do tronu, który może jedynie zasygnalizować władcy, że niepokoi się o jego zdrowie…? Zasugerował więc. Dość mało - po synowsku! – subtelnie. Sułtan wydawał się nie mieć pojęcia o co też Faiowi chodzi.
Z czasem książę zaczął podejrzewać co, a raczej kto powiązany jest z tym nowym, niepokojącym stanem Jego Sułtańskiej Mości. Kto bruździ tak sprawnie, że nie da się go na tym przyłapać. I w dodatku czyni to wszystko metodami, które nie są dostępne przeciętnemu urzędnikowi.
Słuchając tej opowieści eks-złodziej poczuł się nagle wyjątkowo nudną osobą. Ostatnio wszyscy wokół niego okazywali się znać i posiadać takie czy inne umiejętności niezwykło-magiczne.
- Innymi słowy, wielki wezyr dąży do uzurpacji tronu Jego Sułtańskiej Mości. Sułtan jest zbyt młody, by ot tak, łaskawie sobie umrzeć w niedalekiej przyszłości, natomiast wezyr jest zbyt tchórzliwy, by spróbować osobiście go zabić - najwyraźniej boi się, że sam mógłby przy okazji wpaść. Próbuje więc doprowadzić do sytuacji, że dwór i wszyscy mieszkańcy miasta sami, z własnej woli odwrócą się od niepoczytalnego władcy. A podejrzewam, że sam wezyr jest bardziej stuknięty, niż banda opitych wodą morską piratów. A ja nie potrafię w żaden sposób tego udowodnić! Tego, ani jego obłudnych, szkaradnych intencji!
Kurogane otworzył usta, próbując wbić się jakoś w ten, w zaskakujący sposób kwiecisty, monolog, który dodatkowo uzupełniała gwałtowna gestykulacja.
- Ja? – Wyprzedził go Fai. – Ja jestem dla niego żadnym przeciwnikiem w drodze do objęcia tronu. Jestem tylko przybranym synem sułtana, bachorem nie wiadomo skąd, któremu w dodatku bardzo łatwo udowodnić używanie magii. Magii zgubnej i najgorszego sortu, oczywiście.
No, przynajmniej teraz Kurogane rozumiał, co miało oznaczać to napięcie pomiędzy księciem a sułtanem, które zauważył już wcześniej. Choć chyba wolałby pozostać w błogiej niewiedzy.
- Nie wyobrażasz sobie jak trudno upilnować jednocześnie sułtana, wielkiego wezyra, nowo zjawionego księcia i to tak, żeby żaden z nich tego nie zauważył… Co tam „upilnować"; pilnowanie było nierealne! Chociaż spróbować upilnować, o…! – Westchnął smutno Fai.
Ale czas na pałętanie się po targu w przebraniu jakoś umiałeś sobie wcześniej znaleźć…
Książę spojrzał nagle na niego z niemal wyczuwalnym napięciem. Napięcie zmieniło się w błaganie.
Powoli. Kurogane będzie wiedział, jak zareagować, kiedy tylko dowie się… em, rzeczy najistotniejszej.
- Wielki wezyr… Który to? – spytał z wahaniem. I zaraz dodał z pretensją, na usprawiedliwienie: – Po waszym włościach kręci się cała kupa ludzi!
W ramach odpowiedzi blondyn zamknął na chwilę oczy. Kurogane podejrzewał, że ten gest oznaczał, iż w opinii Faia teza: „nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi" właśnie została obalona.
- To ten, który stoi najbliżej tronu sułtana – odpowiedział blondyn, siląc się na miły, wyrozumiały ton. – Dalej nic ci to nie mówi…? Gdzie ty miałeś oczy, co? Wysoki, ciemne szaty, nieodmienna mina „knuję coś paskudnego" - to właśnie nasz obecny wielki wezyr. Poprzedni zaginął w tajemniczych okolicznościach – zakończył Fai, krzywym uśmiechem sugerując, że od jakiegoś czasu wspomniane tajemnicze okoliczności nie były już wybitnie tajemnicze.
- Nooo… To nie możesz go po prostu… no wiesz? – Tu Kurogane poczynił jednoznaczny gest cięcia.
- Nie mogę. Przecież o tym cały czas mówię! – Zniecierpliwił się Fai. – Jestem przybranym synem sułtana, nie sułtanem. Nie mogę tak po prostu skazać na ścięcie prawą rękę panującego. Wielki wezyr ma wokół siebie ludzi, którzy przysięgli mu lojalność nawet za cenę życia. I przede wszystkim ma zaufanie mojego ojca. Jest doskonałym kłamcą, z łatwością przychodzi mu sterowanie ludźmi. Jak już wspominałem, zna się na hipnozie i być może na czarnej magii… Dobrze się kryje. W przeciwieństwie do ciebie.
- A ty skąd niby…? – mruknął podejrzliwie brunet.
- Skąd to wiem? Bo umiem przejrzeć wszelkich kłamców i oszustów. Powiedzmy, że sam nie jestem świętym.
Proszę, proszę, rewelacja goni rewelację.
Blondyn mówił dalej, jak gdyby wcześniejsze wtrącenie nie miało w ogóle miejsca:
- W ciągu ostatnich dwóch miesięcy sułtan skazał na śmierć więcej ludzi niż przez całe lata. Nie potrafię już wskazać, którzy dworzanie wciąż są w pełni lojalni wobec Jego Sułtańskiej Mości. Nie umiem nikomu zaufać. – Zamilkł na chwilę wpatrując się we własne dłonie. – I jak na zawołanie – podjął, spoglądając w oczy Kurogane – zjawiasz się ty - szczęściarz z przypadku. Musisz mi pomóc.
- Niczego nie muszę – odwarknął natychmiast.
Zauważył, że i książę spostrzegł ten niefortunny dobór słów. Jednak nie zamierzał rezygnować.
- Jesteś mi winien przysługę, Kurogane – rzekł z naciskiem. – Zawdzięczasz mi życie.
- Że co?! Ja tobie?!
- Gdyby nie moja interwencja, już dawno siedziałbyś w lochu.
Ugh, no dobra, tutaj miał trochę racji.
Nim Kurogane zadecydował jak zbić ten mocny argument, Fai uraczył go kolejną przemową. A raczej spróbować nakreślić coś, co od biedy, można by nazwać „planem".
Egzotyczny książę mógłby subtelnie zasugerować, iż wielki wezyr nie powinien podważać autorytetu panującego, a to zdaje się właśnie mieć miejsce na dworze sułtana. Oczywiście, takie wtrącanie się w nie swoje sprawy byłoby ryzykowne… ale raczej nikt nie ośmieli się skrzywdzić arystokraty, który przebywa w gościnie u samego sułtana. A jeśli ktoś próbowałby to zrobić… to podejrzenie w pierwszej kolejności padnie na wezyra. Dodatkowo egzotyczny książę i jego przypuszczenia będą mieć wyraźnie poparcie syna sułtana. To wystarczy, ażeby sprowokować cały dwór, w tym i radę do jawnego zainteresowania się kto tu tak naprawdę komu panuje. I może wówczas wykrystalizuje się też, kto wciąż w rzeczywistości popiera władcę, a kto nie widzi w działaniach pomocnika sułtana niczego niepokojącego i ma w tym niewidzeniu własny interes.
Nie zaszkodzi też, ażeby pewien zmiennokształtny duch rozsiał drobne plotki na temat spiskującego, podstępnego wezyra pośród wszystkich mieszkańców miasta. To powinno wystarczyć, aby wezyr poczuł się niepewnie, a może i nawet zrezygnował ze swojego stanowiska. A jeśli stałaby się rzecz nieoczekiwana i koniec końców skończyłoby się to wszystko rewoltą, czy jakąś wojenką domową… Cóż, egzotyczny książę ma do dyspozycji ostatnie życzenie, które mądrze użyte na pewno zażegna nawet najgorsze kłopoty.
Podsumowując: Fai nie tylko miał zamiar wykorzystać i wyciągnąć, ile tylko się da z obecności Kurogane na dworze, ale i - jeśli sprawa będzie wymagać - skorzystać z jego, do diaska, ostatniego życzenia.
Pal licho, gdyby o to poprosił. Gdyby Kurogane poczuł się mu faktycznie potrzebny. Nie. Książę-kretyn stawiał Kurogane przed faktem dokonanym. „Musisz mi pomóc", nie ma miejsca na dyskusję.
- Łatwo wykorzystywać takie nic jak ja do własnych dążeń, co nie? Do diabła, dlaczego wszyscy uważacie, że macie prawo traktować mnie niczym marionetkę, która ma pomóc w dotarciu do waszych zaplutych celów? Jak nie ta wiedźma, to teraz ty… -– zauważył z rozgoryczeniem. Po rozgoryczeniu prędko nadszedł gniew: – Dajcie mi wszyscy, cholera, spokój!
Próbował wstać. Instynktownie, żeby dać upust swojemu wzburzeniu. Fai był szybszy. Pchnął Kurogane z powrotem na Dywan i kucnął naprzeciwko niego.
- Chyba zapominasz z kim rozmawiasz – powiedział celując w Kurogane palcem. – Jestem przyszłym władcą kraju, a ty masz obowiązek temu krajowi służyć.
- Szkoda, że ten kraj ma w głębokim poważaniu takich, jak ja – odwarknął.
- Jako książę-
- „… gdy jest to w moim interesie, oczekuję po pospólstwie twojego pokroju bezwzględnego posłuszeństwa i całowania po stopach", ha? – dokończył za niego Kurogane.
- Nie lubię tych całych ceregieli ze stopami. Zresztą, na dopuszczenie do pieszczot trzeba sobie zasłużyć.
- Znakomity czas na strojenie sobie żartów.
- Próbuję rozładować atmosferę, zanim któryś z nas straci cierpliwość i podbije temu drugiemu oko.
Tutaj skończyła się oschła wymiana spostrzeżeń - została zastąpiona wymianą spojrzeń spode łba.
- Hm, jako duch chaosu raduję się z każdej kłótni – wtrącił się głosik z lampy – ale lojalność wobec Pana nakazuje się mi się odezwać i załagodzić spór. Mam sprawdzony sposób na rozwiązywanie wszelkich waśni.
- Jaki sposób? – spytał machinalnie Kurogane, który wciąż próbował wygrać z księciem walkę „kto pierwszy mrugnie".
- Łóżkowy sposób – orzekł głosik, jak gdyby mówił o rzeczach zupełnie oczywistych.
Brunet zmełł przekleństwo, Fai potrząsnął tylko głową.
- Jakiej innej propozycji się po niej spodziewałeś?
Po zadaniu tego czysto retorycznego pytania Fai bez słowa znów zajął swoje miejsce na dywanie.
Dżinina, świadomie, czy też nie, nieco rozładowała napięcie. Ale nie na tyle, by nie obyło się bez kilku minut ciężkiego milczenia. Kurogane udawał, że bardzo interesują go wzorki na Dywanie, Fai zaś bezmyślnie gładził warkocz.
Czarne brwi zmarszczyły się z namysłem. Jeśli w takiej atmosferze przebiegnie powrót… To będzie to powrót niełatwy w porównaniu z przylotem. Co za skrajna zmiana nastrojów, huh.
Zerknął ostrożnie na blondasa. Wciąż był zły na tego idiotę, pewnie. Tyle że, jak już zostało powiedziane, Kurogane nie tylko nie umiał się długo pieklić, ale i sztuki długoterminowego dąsania się też nie opanował.
Ten cały plan był nie tylko niedorzeczny i dziurawy. Był ryzykowny. W cholerę ryzykowny. Ale skoro już pozwolił dżininie wciągnąć się w pałacowe bagno… to w gruncie rzeczy, co za różnica zrobić ten jeden krok głębiej, czy nie?
Za którymś razem Fai wreszcie przechwycił to chmurne łypanie czerwonych ślepi. Zrozumiał niemy przekaz „chyba chcę pogadać i się pogodzić, ale nie odezwę się jako pierwszy, na pewno nie" i przywołał na twarz szeroki, słodszy, niż kandyzowane figi uśmiech.
- No, to jak będzie? – spytał opierając łokieć na ramieniu drugiego mężczyzny.
Kurogane przestało podobać się to spoufalanie i ruchem ramienia strącił książęcą łapę z siebie.
- Nie podoba mi się to. Wcale – przyznał zgodnie z prawdą. – Nie znam się na polityce, nie znam się na knowaniach, ale w ciągu całego życia wystarczająco dużo napatrzyłem się na świństwa jakie potrafią robić ludzie innym ludziom…
- Dobrze. Rozumiem. Zdecydowałeś się mi pomóc, ale potrzebujesz chwili na ochłonięcie.
- W którym momencie zgodziłem się ci służyć i brać udział w tej ułomnej akcji dywersanckiej?!
- …a ja w tym czasie porozmawiam z naszą dżininą i wyjaśnię jej sytuację.
- Co takiego?! I jaką „naszą"?!
- Wypuść ją, proszę.
- Przecież i tak wszystko podsłuchała!
Spojrzenie Faia mówiło: „ty chyba nie rozumiesz o co w tym wszystkim chodzi!".
- Wiesz, czemu tak łatwo udało jej się cię zmanipulować? Bo jej nie doceniasz – syknął cicho książę, nachylając się do ucha bruneta. – Dżiny są próżne, lubią być w centrum uwagi. Nigdy nie pogodziły się do końca z tym, że mają służyć.
- Może być w centrum uwagi, gdy będzie wywalała tego złego gościa przez okno, albo rzucała go twoim pręgowanym pupilom na pożarcie, czy coś. – Kurogane machnął lekceważąca dłonią. Sens wypowiedzianych słów dotarł do niego z małym opóźnieniem. – Nie, moment, przecież wcale się jeszcze nie zgodziłem!
- Kurogane, wypuść proszę, Mości Yuuko – powiadomił go GŁOŚNO Fai.
- Tak, proszę mnie wypuścić! …trochę tu sobie za bardzo nakopciłam; oddychać się nie da!
- Przecież ty nie musisz oddychać!
- Nie muszę, ale lubię!
Książę z wdziękiem przerwał tę pasjonującą wymianę zdań:
- Wypuść ją. To zajmie tylko kilka minut. Jeśli ma nam pomagać, najpierw muszę ją poznać. Skąd się bierze ta twoja ośla upartość, hm?
- Bo wolałbym przebywać z nią jak najmniej… Jest nieobliczalna. Wciąż nie wiem, czego można się po niej spodziewać. – Przyznał z niesmakiem. – Dlatego między innymi mam opory przed wzięciem udziału w tej całej twojej kulawej intrydze…
- Pozwól mi z nią porozmawiać, to na pewno dowiemy się, czym może nas zaskoczyć – poprosił raz jeszcze Fai ściskając lekko ramię drugiego mężczyzny.
Brunet wciął się nadymał, pora więc zmienić taktykę.
- Mam użyć siły? – zapytał książę łyskając zębami w kolejnym promiennym uśmiechu.
- Chcesz się bić, hę?
Fai zaprzeczył ruchem głowy (choć reakcja Kurogane bynajmniej nie była zaskakująca), a następnie pociągnął lekko czarną kitkę i owinął ją sobie wokół dłoni.
- Za bardzo cię lubię. Hm, możesz mi już oddać mój kaftan?
- A, jasne – sarknął Kurogane. Mrużąc podejrzliwie oczy przygarnął trzymany w dłoniach turban bliżej siebie. – Zobacz jak się nabieram na ten stary numer z „rozproszę się, skupię uwagę na czymś innym i niechcący potrę lampę".
- Najpierw musiałbyś mieć co pocierać – doprecyzował Fai słodkim głosem.
I podniósł się prędko z lampą w łapach. Kurogane jęknął z niedowierzaniem.
- J-Jak…? Kiedy to zrobiłeś?!
- Jednak byłeś nieuważny. Okradłem profesjonalistę~! – zawołał dumnie odskakując kilka kroczków. – Niezły jestem, co? Kwestię złodziejstwa mamy wyrównaną!
- Oddaj mi ją – odezwał się hardo brunet. Wstał, zezwalając, by nieszczęsny, ciężki kaftan zsunął mu się z ramion, i ruszył w stronę blondasa.
- Chwileczkę. – Książę wyciągnął przed siebie dłoń; Kurogane zatrzymał się w pół kroku. – Wystarczy tylko jedno potarcie, żeby duch zmienił swojego właściciela, a limit życzeń znów wynosił trzy? Dobrze pamiętam?
- Nie zrobisz tego… Zrobisz. – Doszedł do straszliwego wniosku Kurogane widząc iście lisie samozadowolenie na buźce Faia.
- W ten sposób mógłbym zdjąć z ciebie większość twoich książęcych kłopotów. Nie chcesz? – zdumiał się teatralnie blondas. – Więc wciąż możemy załatwić wszystko po dobroci. Potrzyj lampę, tak jak cię oto proszę. Krótka rozmowa na pewno ani dżininie, ani mnie nie zaszkodzi.
Książę znów miał okazję podziwiać przebogaty, fantazyjny bukiet przekleństw, który wydostał się niewyraźnym skowytem z trzewi eks-złodzieja. Nie niecierpliwił się. Nie obawiał się też, że Kurogane zdecyduje się siłą odebrać mu dżininę. Zezwolił jeszcze, aby jego drogi Efendi wykonał interesującą pantominę, na którą składały się bicie się z własnymi myślami oraz zaciskanie pięści i dopiero wtedy wyciągnął ku mężczyźnie dłoń z tkwiącą na niej lampą.
Kurogane zrobił to, co Fai się po nim spodziewał.
Puff!
A potem ze złością zabrał mu lampę i wetknął ją z powrotem do turbana.
- To był ostatni raz, kiedy pozwalam ci się wodzić za nos, ty książęcy dupku – powiedział ze złością.
Stał tak blisko, że wystarczyłoby aby Fai stanął na palcach, a wtedy zderzyliby się czołami. No, ale po takim zderzeniu byłoby już tylko gorzej… Dlatego blond-książę uniósł tylko dumne podbródek na znak, że - proszę bardzo - gotów jest do kolejnej konfrontacji.
- Przypominam, że sam teraz jesteś książęcym dupkiem – odpowiedział mu z półuśmiechem.
Tak jak zakładał, uśmiech jeszcze mocniej wyprowadził Kurogane z równowagi.
- Nigdy nie przypuszczałbym, że nasz przyszły władca może okazać się taka obłudną szują…
- Mocne słowa, jak na durnia, który nieproszony przekroczył próg pałacu i próbował oszukać samego władcę kraju.
- Dobrze wiesz, że gdyby nie pewien duch, to w całym swoim życiu nie miałbym okazji, by nawet popatrzeć na bramę do pałacu!
- Haa, więc się nie dziwię, że trzymasz się swojej dżininy rękami i nogami…
- Tyyy…!
Dżinina - która jak dotąd z boku podziwiała tę sprzeczkę wraz ze zlęknionym Dywanemu u boku - postanowiła wreszcie zainterweniować.
- Ależ dziewczynki! Wystarczy tego ciągnięcia się za warkoczyki! – rzekła pobłażliwie, ładując się pomiędzy dwóch mężczyzn. – Panie mój, proponowałam sprawdzony sposób, dlaczego nie wziąłeś mojej rady do serca? – spytała z wyrzutem.
- Dziękuję bogom, że do niczego nie doszło, bo inaczej nie mógłbym na siebie patrzeć w lustrze! – odwarknął, ale wcale nie do dżininy, ale gdzieś ponad jej głową.
- Hmpf, chciałbyś! Marzenie ściętej głowy! – odparował mu już całkiem wesoło Fai.
- Powiedziałem już: ani słowa więcej na ten temat! Maniak ucinania głów!
- Dekapitacja to najzwyczajniej w świecie niezwykle intrygujący sposób na umieranie~
Kobieta wniosła oczy ku nocnemu niebu i odeszła na bok, zezwalając, by kłótnia toczyła się radośnie dalej.
- Niech ktoś zaklei mu tę gębę raz na zawsze! – krzyknął Kurogane. Cofnął się o krok i z cichym sapnięciem odwrócił się do dżininy. – Nie, to nie było życzenie! – naprostował panicznie.
- Tak nawiasem mówiąc, zostałam tu chyba po coś wezwana? – zauważyła.
- Chociaż byś te cycki zasłoniła…
- Czcigodny Ali-Baba zawsze potrafi znaleźć odpowiednie do sytuacji słowa! – wtrącił pogodnie Fai.
Tym razem Yuuko pozwoliła sobie na ciche oklaski, w których zawtórował jej Dywan.
- Niezłe przedstawienie. – Pochwaliła. Dywan tymczasem ze zgrozą zauważył, że od próby klaskania poplątały mu się frędzelki i usilnie próbował coś z tym faktem uczynić. – Doprawdy, żałuję, że tylko my dwoje jesteśmy jego świadkami. Uznajmy to za remis, dobrze? Panowie książęta, zachowujecie się gorzej niż małoletnie orangutany…
Kurogane nigdy w życiu orangutana nie widział, ale domyślił się, że cokolwiek to jest, na pewno nie zachowuje się szczególnie dystyngowanie.
Wiedźma mogła mieć trochę racji. Ale tylko trochę.
Dla przywrócenia równowagi Fai rozłożył ręce płynnym, przesadnie szerokim gestem i równie przesadnie skłonił głowę przed Kurogane.
- Pozwolisz…? – spytał tym swoim słodko-lepkim, irytującym tonem.
Czekał, aż Kurogane udzieli mu zgody na rozmowę z dżininą.
- Rób, co chcesz. I tak zawsze kończy się tym, że nie mam nic do gadania – fuknął ze złością.
Odpowiedź Faia ograniczyła się jedynie do długiego, niejednoznacznego w swej wymowie spojrzenia, nim zbliżył się do dżininy - chwilowo zajętej podziwianiem festiwalu - i oficjalnie przywitał się z nią cholernym, perfekcyjnym sułtańskim ukłonem. Zresztą, ukłon wiedźmy, choć tak różny od tego książęcego, także był na swój sposób bardzo wytworny.
Wszyscy potrafią czarować, wszyscy umieją się kłaniać… Ugh!
Po wymianie ukłonów mieszana dwójka odeszła jeszcze kilka kroków - na tyle daleko, by stworzyć wrażenie rozmowy w cztery oczy, ale i na tyle blisko, aby Kurogane mógł szczegóły tej rozmowy swobodnie słyszeć.
Do diabła z tym, nauczono go, że podsłuchiwać zwyczajnie nie wypada, nieważne od okoliczności. Zresztą, niech książę radzi sobie teraz z tą wiedźmą sam, Kurogane nie chce mieć z tym (na razie) nic wspólnego.
Zanim udał się na zaimprowizowany spacer - wspaniałomyślnie zezwalając pledowi, by ten mu towarzyszył - po wzgórzu, dostrzegł jeszcze, jak dżinina opada swobodnie na zjawioną znikąd stertę poduch. Blondyn rozejrzał się niepewnie. I chwilę przed tym, nim usiadł na trawie, też dostał własną poduszkę. Śmiesznie małą i płaską z porównaniu z kopą Yuuko.
No nieźle. Musi siedzieć bez oparcia, niewygodnie wyprostowany i zadzierać głowę, aby z nią rozmawiać. A ona, półleżąc, może zupełnie swobodnie gapić się na niego z góry.
Zezwolił sobie na krótki, wcale niewesoły wybuch śmiech.
Wiedźma właśnie zaprezentowała blond-księciu, jak przedstawia się ta jej w pełni osobista hierarchia społeczna.
Jeszcze będzie z tego niezły pieprznik, pomyślał odchodząc.
- Mogę zadać ostatnie pytanie? Odrobinę prywatne, już niezwiązane z naszą wcześniejsza rozmową?
- Tak?
- Co lubią palić dżiny?
Dżinina spojrzała przelotnie na smużki białego dymu unoszące się z lufki.
- A jak Wasza Wysokość myśli?
- Hm… Może tytoń zmieszany pokruszonymi strąkami wanilii i liśćmi mandragory? Albo coś równie niebanalnego?
Nie odpowiedziała od razu. Najpierw przyjrzała mu się uważnie, a dopiero potem z jej gardła dobył się cichy, przypominający pomruk śmiech.
Dobrze.
Jeśli pomyśli, że ma do czynienia z kolejnym zupełnie niegroźnym i w gruncie rzeczy głupim - ups, gdyby Kuro to usłyszał - śmiertelnikiem, to tym lepiej dla mnie.
- Niestety, muszę cię zawieść, Książę. To zwykły tytoń i zioła do palenia. Choć i wanilia się znajdzie.
- Ach… – bąknął zawiedziony.
Granatowe wargi wygięły się w uśmiechu. Uch, czyżby właśnie przesadził z tym udawanym rozczarowaniem…?
Kobieta nachyliła się ku Faiowi. Oparła łokieć o kolano, dłonią podparła brodę i wypuściła kłęby dymu z płuc. Blondyn przymknął oczy, gdy mocno pachnące, tytoniowe smugi owiały mu twarz. Grunt to się uśmiechać. Cokolwiek by nie planowała.
Słyszał o tym, że dżiny są enigmatyczne. I że kochały być podziwiane. A już najbardziej lubiły tych, którzy darzyli je ślepym, niezmąconym niczym podziwem. Nie lubiły się odsłaniać, zdradzać zbyt wielu szczegółów na swój temat. Ale ta tutaj dżinina… Huh, mogłaby dawać lekcje innym dżinom na temat enigmatyczności. Przynajmniej takie wrażenie odniósł Fai w ciągu ostatnich minut.
Na początek i tak poszło mi nieźle, usprawiedliwiał sam siebie. Będę miał jeszcze niejedną okazję, by z nią porozmawiać.
Była próżna, tajemnicza i sprytna. Ale nie mogła być tak demoniczna, jak to opisywał Kurogane.
Nikt demoniczny nie wyczarowałby z kłębów dymu dwójki królików, które bryknęły wesoło tuż przed oczami Faia.
Książę uśmiechnął się do dżininy, dżinina odpowiedziała uśmiechem.
Nie, nikt naprawdę zły nie popisywałby się swą magią za pomocą iluzji małych, uszatych zwierzątek.
- Zawsze lubiłam magów – odezwała się nagle. – Marzyciele, wiecznie zdumieni, zabiegani i poszukujący. Są dobrymi wspólnikami.
Nie zabrzmiało to jak „wspólnicy". Raczej jak „niewolnicy".
Albo „smaczne kąski do pożarcia".
Fai przełknął ślinę nie przestając się uśmiechać.
Efendi, czemu jeszcze nie krzyczysz, że tak długo rozmawiamy? Ratuj, bo króliczki jednak wcale o niczym nie świadczą!
No tak, Kurogane wolał akurat zrobić sobie przerwę od spacerowania i zająć się otrzepywaniem z trawy oraz starannym składaniem Faiowego kaftanu. Cóż za idealne wyczucie chwili.
I nagle dżinina wstała. Wstała i odeszła. Tak po prostu. Fai podniósł się w ostatniej chwili, nim z cichym puknięciem poduszka zdematerializowała się spod jego siedzenia.
Ach, na tym kończymy naszą rozmowę…
- Zobacz, Efendi, Pani Yuuko wciąż jest zdrowa, cała i zupełnie twoja! – zawołał, truchtem mijając dżininę, która niespiesznie zbliżała się do mężczyzny i Dywanu.
- Może jednak lepiej by było, abyś ją zatrzymał? Pasujecie do siebie, jesteśmy oboje tak samo wredni – mruknął pod nosem Kurogane, a następnie władował się na dryfujący spokojnie nad ziemią Dywan.
Fai pospiesznie wskoczył za nim.
- Lepiej być wrednym, niż naiwnym niczym dziecko – oznajmił godnie.
Dżinina znów klasnęła w dłonie.
- Co za emocje, co za uczucia! Aż iskrzy! Panowie, mogłabym patrzeć na wasze namiętne sprzeczki całymi dniami, ale obawiam się, że nie mamy tyle czasu – powiedziała rezolutnie, głosem o tonacji znacznie wyższej, niż ta, której używała jeszcze przed chwilą. – Czy czegoś jeszcze ci potrzeba, mój Panie? – spytała usłużnie. Z prawdziwą, szczerą gorliwością, zdaniem Faia.
- Nie. Wracaj do lampy.
Blondyn zezwolił sobie na mentalne westchnienie ulgi, gdy wykonała polecenie, a Kurogane założył nadziany lampą turban na głowę.
Widząc, że wszyscy pasażerowie zajęli swoje miejsca, Dywan wzniósł się łagodnie do lotu.
- Nie było tak źle – powiedział, siląc się na wesołość, Fai, równocześnie próbując zasiąść między skrzyżowanymi nogami bruneta. – Inteligentna z tej twojej dżininy kobieta. Bez wątpienia wie, czego chce od życia i jak się do tego zabrać.
- Ktoś cię tu zapraszał?
- Hee, skąd ta nagła nieśmiałość?
- Nie jestem nieśmiały, tylko wściekły.
- Ale chyba mnie nie pokąsasz?
- Na pieszczoty trzeba sobie zasłużyć – zagderał brunet naśladując ton księcia.
Słysząc szczery, zaraźliwy śmiech blondyna kąciki ust Kurogane mimowolnie uniosły się w górę. Fai nie mógł tego widzieć, lecz nie przeszkadzało mu to w swobodnym oparciu się plecami o pierś towarzysza.
- Wciąż się na mnie gniewasz? – Zadarł głowę, by móc spojrzeć drugiemu mężczyźnie w oczy. – Jeśli mamy współpracować, to musimy zawrzeć rozejm!
Kurogane wzruszył ramionami sugerując, że ma on głęboko gdzieś zawieranie czegokolwiek.
- Masz jakiś wyuczony zawód? Albo jakieś doświadczenie w takiej, um, bardziej legalnej pracy?
Znów to samo. Eks-złodziej wolał się nadymać, niż udzielić prostej odpowiedzi. Na litość bogów, ten człowiek odbierał niemal każdą próbę pomocy jako ujmę na swym honorze!
Fai zaczynał czuć się zmęczony tymi podchodami.
- Masz? – powtórzył napastliwie i dla podkreślenia wagi pytania dźgnął brzuch Kurogane łokciem.
- Nie – syknął brunet.
- To może jest coś, co chciałbyś robić, kiedy to wszystko skończy się szczęśliwie? – odparował natychmiast.
Tym razem Kurogane odpowiedział bez chwili namysłu.
- Szermierka – wymamrotał półgłosem.
- Och.
Szybko potarł czubkiem głowy pod brodą bruneta na znak, że to „och" nie miało w sobie ani krzty kpiny, jedynie zdumienie.
Zabębnił palcami o kolano. Nie chciał dawać mu czczych obietnic, nie chciał też, by Kurogane następne tygodnie, czy miesiące przeżył w poczuciu totalnej, przerażającej niepewności co do czekającej go (najpewniej marnej) przyszłości.
- Kurogane, nie mogę zagwarantować ci, że po wszystkim będziesz mógł zamieszkać na stałe w pałacu, na pewno jesteś tego świadomy. Ale możemy załatwić to tak, że egzotyczny książę wróci do siebie i po jakimś czasie znów pojawi się w Agrabah. Tym razem będzie na niego czekał dom. Tak duży, jak tylko książę sobie życzy! – Zapewnił. – A jeśli pokaże, że potrafi władać ostrzem i nie jest w ciemię bity, to znajdzie się dla niego miejsce w armii sułtana. Hm?
- To tylko gdybanie… – westchnął Kurogane.
- Jak na razie - tak. Ale zaufaj mi.
- Nie sądziłem, że taki z ciebie optymista.
- Też się sobie dziwię – przyznał z uśmiechem.
W odpowiedzi Kurogane objął go luźno ramionami. Czyli propozycja mu się spodobała.
Jedną optymistyczną kwestię mieli omówioną, pora więc dla utrzymania balansu obgadać taką mniej optymistyczną:
- Martwi mnie nieco jedna poboczna, mała sprawunia.
- Uhum, już przeczuwam rozmiary tej „sprawuni"…
- Tak jak zauważyłeś wcześniej - twoja dżinina bardzo pragnie zobaczyć się z naszym dżinem . – Fai zniżył głos do szeptu. Cóż, jeśli dżinina będzie chciała ich podsłuchać, to i tak to zrobi, nieważne, jak cicho by nie szeptał. Ale pewnych nawyków nie da się zmienić. – Nie możemy dopuścić, aby ich dwójka spotkała się twarzą w twarz.
- Ale jego może wypuścić tylko sam sułtan – odpowiedział mu równie cicho złodziej. – Czy nie…?
- Mam wrażenie, że dżinina znalazłaby sposób bym i ja mógł to zrobić. A obawiam się, że po ich spotkaniu ze stolicy nie pozostałby kamień na kamieniu.
W milczeniu Kurogane dała się wyczuć pewna doza niezrozumienia. Chcąc nie chcąc, Fai musiał zaznajomić go ze Szczegółami.
- Wyobraź sobie, że każda ze stron kłócących się jest większa i wyższa niż pałac, a zamiast rzucania talerzami, rzuca się kulami ognia – książę zamyślił się i po chwili dodał: – Ewentualnie całymi domami.
Znów milczenie. Podszyte czystą grozą tym razem.
- Właśnie tak wyglądał ponoć przebieg drobnych sprzeczek pomiędzy dżinami. Czy raczej: przebieg drobnych sprzeczek, w których brała udział jedna, bądź więcej dżinin. Bo wiesz co łączy ludzi i dżiny? To, że nie warto zadzierać z ich kobietami.
- Myślisz, że ona chce się na nim zemścić za to na co ją skazał? – odezwał się wreszcie Kurogane.
- Nie sądzę. Z opowieści wynika, iż Paimon pomimo swojej, bez wątpienia, gwałtownej natury nigdy nie była mściwa i całkiem chętnie pomagała ludziom. Oczywiście za odpowiednią cenę.
- Może jej się odwidziało przez te wszystkie lata w zamknięciu… – stwierdził sceptycznie rozmówca Faia.
- Mmm… Musimy brać pod uwagę również to, że mogła paść ofiarą tego w czym się specjalizuje.
- O! Hm. Nieźle się orientujesz w kwestiach uczuciowych dżinów. No i w samych dżinach też.
- Trochę czytałem… – mruknął, nie mogąc przestać się uśmiechać. Złodziejskie, utajnione komplementy były najlepszym rodzajem komplementów.
- Dobra, ale kiedyś będziesz musiał w końcu wytłumaczyć, że nie zamierzasz dopuścić jej do spotkania z em, nim? – podjął brunet. – I na to znajdziesz jakieś sensowne wyjaśnienie? Masz już jakiś plan?
- Hmm, coś mi się tam na razie krystalizuje… Coś się wkrótce wymyśli!
Złodziej obdarzył czubek głowy Faia najbardziej sceptycznym spojrzeniem, na jakie było go stać. Spojrzenie mówiło mniej więcej tyle: „jesteś szalony, wkrótce zginiemy."
- Zobaczysz, wiedźma da nam tak popalić, że jeszcze będziemy żałować, że w ogóle wzięliśmy się za jakieś planowanie. – Podzielił się swoimi obawami na głos Kurogane.
- Muszę pomóc Jego Wysokości Sułtanowi. To nie podlega dyskusji – rzekł z naciskiem. – Posłuchaj, Yuuko, czy Paimon, mniejsza o jej imię, ważne jest to, że odczuwa i myśli w podobny sposób, co my. No, przynajmniej częściowo. Postaram się rozegrać to tak, żeby jak najmniej ją zezłościć. Potrzebuję jej pomocy. Oczywiście, twojej także, bez ciebie, Kurogane, mam związane ręce. Główny cel to ujawnić zamiary wielkiego wezyra i wygnać go raz na zawsze z kraju. A najlepiej wysłać za morze. W jedną stronę. I tyle. Do tej pory wszystko jasne, tak? Twojego życzenia użyjemy w ostateczności. Będę chronił was oboje, obiecuję. Powiedziałeś, że… – Zagryzł wargę nie wiedząc w jaki sposób powinien wyrazić swoje myśli. – No cóż, ja też nie chcę waszej krzywdy. Poręczę za was głową, jeśli sprawa będzie tego wymagać.
Doczekał się kolejnego długiego zrezygnowanego westchnięcia.
- I kto wtedy będzie nami rządził po odejściu sułtana? Masz jakąś niezdrową obsesję związaną z ucinaniem głów… – Głos bruneta niemal ociekał politowaniem. – Skoro ty będziesz chronił nas, to moim obowiązkiem jest chronić ciebie – orzekł w końcu.
- Dziękuję. Tak jak myślałem w tej szerokiej klacie bije duże, gorące serce. – Tutaj Fai wtulił się mocniej we wspomnianą szeroką część ciała Kurogane. – Ręczę za twoją spokojną przyszłość, cieszę się, że doszliśmy do porozumienia i że nasza znajomość na tym nie ucierpiała.
- …Zachowaj te swoje głupie książęce gadki dla siebie…
Zadarł głowę. Kurogane patrzył gdzieś w bok, więc mógł podziwiać jedynie fragmenty jego policzka i ucha.
- Dobrze się czujesz, Efendi? Ucho ci poczerwieniało – zauważył niewinnie.
- Bo… Bo mi w nie sapiesz!
To ciekawe. Pod względem anatomicznym, konfiguracyjnym i chyba każdym innym.
- Pomyślałem, że powinniśmy jakoś przypieczętować nasz układ. – Prędko zmienił temat. Lepiej nie inicjować kolejnej sprzeczki. Kto wie w jaki sposób zakończyłaby się ta poprowadzona na wysoooko szybującym Dywanie. – W ten sposób mi nie zwiejesz, póki nie wywiążesz się ze swoich obowiązków.
- Hej, złodzieje też mają swoją godność, dotrzymują danego słowa! – obruszył się szczerze Kurogane.
- Acha, i właśnie na to liczę. Daj rękę.
Ściągnął z kciuka pierścień z dużym, mlecznym kamieniem, a potem bez wahania wsunął go na serdeczny palec Kurogane. Następnie przyjrzał się swojemu dziełu i dopiero wtedy ujął tę dłoń w swoje dłonie i przycisnął ją do ust.
Uniósł głowę, aby Kurogane mógł zaprezentować mu swe oblicze w pełnej pięknej i czerwonej krasie.
- Nie martw się, to nie zaręczyny. Bez obaw – zażartował.
I zaraz tego pożałował, bo wzmianka o zaręczynach sprawiła, że sam poczuł się zawstydzony.
Opalona dłoń wysunęła się spod palców Faia. Ku rozbawieniu księcia pierwszą rzeczą, jaką Kurogane zrobił z tym nowo nabytym pierścieniem, było eksperymentalne przekręcenie go wokół palca.
Przekręcenie nie dało pożądanych rezultatów, więc w następnej kolejności złodziej spróbował numeru ze starym, dobrym pocieraniem.
Koniec końców mruknął zawiedziony.
Pozostałe resztki wątpliwości rozwiał Fai mówiąc:
- Nie, nie jest też magiczny. Magiczna lampa, magiczny pierścień… To by było chyba trochę za dużo dobrego, prawda?
- Mój Pan jest takim chciwym człowiekiem! Jestem z niego taka dumna! – załkał wzruszony głosik.
Znów przyłapał się na niekontrolowanym wybuchu śmiechu. Co jak co, ale relacja Kurogane z dżininą była jedyna w swoim rodzaju.
Spostrzegł z wcale nie tak dużym zaskoczeniem, że dawno nie miał tylu okazji do szczerego śmiechu, co w ciągu ostatnich kilku tygodni.
- Nie mam cierpliwości do tej baby! – pieklił się tymczasem szczęśliwy posiadacz dżininy. – Jeśli zostanie mi ostatnie życzenie, to zażyczę sobie jej wolności!
- Oooch? Masz zamiar ją uwolnić?
- No tak, żeby nie musieli się z nią męczyć kolejni pechowcy – wyjaśnił mu brunet.
- Hmmm…
- Co „hm"?! Co już sobie dopowiedziałeś!?
- Nic, nic~
- Mam tylko nadzieję, że jeśli ją wypuszczę, to znajdzie sobie jakieś bardziej konstruktywne zajęcie od upartego szturmu dniem i nocą na wasz labirynt, czy co tam macie…
- Co ma być, to będzie. – Wtrącił uspokajająco blondyn. – Skupmy się na najbliższej przyszłości.
- Słuszne rozumowanie. – Przytaknął mu Kurogane. – I wiesz co? Dokopiemy temu zasrańcowi-wezyrowi. Razem: ty i ja. Dwa książęce dupki przeciwko oślizgłemu zdrajcy.
Książę uśmiechnął się szeroko, równie rozbawiony, co wzruszony. Lecz nim skomentował to chwytające za serce wyznanie, rozległo się:
- To najbardziej romantyczna rzecz, jaką w życiu słyszałam!
…a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie, zapanowała powszechna… Co takiego mówisz? Że w ten sposób nie kończy się historii? Kto dał ci, Wędrowcze, prawo do oceniania rzadkich owoców geniuszu, takich ja ta opowieść? Nie, nie, wróć! Ekhm. Szepnę ci w zaufaniu, iż kilka miedziaków może sprawić, że ciąg dalszy tej opowieści trafi w twe ręce złotymi zgłoskami zapisany- Zaczekaj, nie odchodź! Ech… Nie mam dziś szczęścia w biznesie!
A./N.c.d.: Serio, to koniec. Ale jeśli ktoś ma ochotę kontynuować ten dziurawy twór, to proszę bardzo, masz moje błogosławieństwo, ktosiu.
A może jakiś inny ktosiu ma pomysł jaki kolejny twór można podobnie skurofainić?
Na zakończenie rzeknę jeszcze, iż ja, jako autorka, mam tylko jedno życzenie: bardzo proszę o szczere opinie! Puff! ;)
