Od autorki: Będę smażyła się w piekle, ale przedstawiam fluffowo-puchową krótką miniaturkę :3 Chyba musiałam jakoś złagodzić moje sumienie po tylu nachodzeniach naszej parki w najlepszym momencie :D Prezent nie do końca świąteczny, krótki, do tego odrobinkę spóźniony, ale szczery! ;) Wesołych świąt wszystkim czytelnikom lub wesołego wolnego, jeśli ich ktoś nie obchodzi :) Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze i wyświetlenia, kocham każde jedno wejście każdego dnia. Jeśli ktoś ma jakieś pytania to niech pisze w komentarzu albo na PM ;) Następny one-shot...? Nie wiem, może na Nowy Rok, o ile się wyrobię ;3 Poniższa miniaturka jest nieco krótka (wracamy do ilości słów pierwszych rozdziałów) i z perspektywy Leo - yey! Ale z okazji piątej części macie Leynę bez żadnych przeszkód i napięć :D Bogowie, nie wierzę, że już jest 5 części o.o Ale znowu, dziękuję! Bez was to nawet dwóch by nie było :3


Zastrzeżenie! Nic nie mam, tak, tak, tak. Są święta, dajcie spokój! Leo i Reyna zasługują na obściskiwanie się pod jemiołą i rozbijanie bombek! Ale okej, RR był ślepy i tego nie zrobił. Zostałam ja, buhaha :D


Leo jej nienawidził.

To znaczy, nie była to nienawiść jaką żywił w stosunku do Aktualnie Rozproszonej w Molekuły Ziemistej Buźki lub jego kochanej opiekunki, która bardzo lubiła dzieci z rożna, najwyraźniej. Ale gdy na nią patrzył, czuł irytację, bo była złośliwa, okropnie perfekcyjna i nerwowa. A teraz jeszcze to. Nie wiedział, czym go odurzyła, ale najwyraźniej czymś musiała – co z tego, że poranek był przyjemny – bo na trzeźwo by tego nie zrobił.

A teraz tu stał, z bolesną miną gapiąc się w lustro, czując, jak pocą mu się dłonie i tętno szleje. Cholerna kobieta. Padł jej ofiarą, a obiecał sobie, że żadna dziewczyna go nie zniewoli. Zawsze myślał, że będzie to coś w stylu zabierania mu własnej woli, wysysania duszy i podporządkowania sobie. Reyna była całkowicie taką osobą. Ale było jeszcze gorzej, bo czuł swój strach, swoje powątpiewanie, chęć wyskoczenia przez okno, a jednocześnie ochotę na ucieknięcie z nią daleko poza horyzont. I jakby chciał obwiniać siebie, to wiedział, że to wszystko była jego wina, to mu padło na mózg i to on wybrał sobie taką ścieżkę.

Oczywiście, że tego chciał. Gdyby tak nie było, to już dawno skoczyłby jak człowiek pochodnia z dachu, bo był pewien, że w razie kiedy by uciekł to ona wszędzie by go znalazła. Reyna była tego warta, nawet jeśli było to sprzeczne z całym jego światopoglądem i samopoczuciem. Chciał wymiotować, unikając tej godziny i mieć to już za sobą. Ale nie.

Ręce mu drżały, gdy próbował po raz setny zapiąć guziki koszuli, mocno już zgniecionej i zupełnie nie przypominającej stanu, w którym ją dostał. Oddychał głęboko, by przypadkowo nie zacząć się palić, choć czuł, jak w jego żyłach buzuje niecierpliwość, strach i chęć do wywołania huraganu. Ale wiedział, że gdyby tylko spalił ten garnitur, ta cholerna perfekcjonistka by go zabiła, nie zważając, że pewnie by musiała wziąć ślub z Frankiem.

Odetchnął po raz kolejny, patrząc w swoje odbicie. Był blady, miał cienie pod oczami, usta suche, a oczy puste. Był nerwowy i wystraszony, i nienawidził jej, że nawet nieobecna wywoływała w nim takie emocje.

- Spokojnie, Leo – mruknął, kiedy guzik znów nie wskoczył na swoje miejsce. - Spokojnie. Najwyższy Kapitan Statku Miłości nigdy się nie denerwuje. Ślub? Pff, chleb powszedni.

- Wiedziałam, za kogo wychodzę – rozbrzmiał z drzwi rozbawiony głos, a Leo wywrócił oczami, choć całe jego wnętrzności zalała ostudzająca wewnętrzny ogień fala spokoju. Przyszła. Była tu. Nie uciekła. On nie ucieknie. Już nigdy więcej. - Ale, Leo, czas zmienić nawyki, bo z czasem pomyślę, że mnie zdradzasz – powiedziała z uśmiechem, idąc ku niemu, a Leo zrelaksowany odwrócił się w jej stronę, czując, jak wargi również mu drżą. Nienawidził jej? Bogowie, tak. Ale nie mógł bez niej żyć – również bez tej irytującej manii perfekcji, wyższości, porządku i obsesji na punkcie żelków.

Ale kiedy ją zobaczył, sam zamienił się w żelkę, gotową, by go zjadła – była olśniewająca i zapierająca dech, a jego umysł przeszyła błyskawica jak przy prawdziwej postaci bogów. Jej fioletowa suknia ze złotymi naszywkami płynęła za nią, a rozpuszczone, falowane włosy opadały na ramiona. Medale dzwoniły na piersi, a na szyi wisiał długi naszyjnik pretora, a przez ramię przewieszona była toga na najważniejsze uroczystości. Szła ku niemu spokojnie, miękko, z miłością, a Leo na jej widok poczuł gulę w gardle, nie mogąc uwierzyć, gdzie jest i co się za niedługo stanie. Kiedy przed nim stanęła, poprawiając kołnierz, poczuł, że znów może mówić, choć głos miał ochrypły.

- Wyglądasz pięknie – powiedział miękko, a Reyna posłała mu uśmiech, który zaraz zamarł widząc jego pogniecioną koszulę. - Ale nie powinnaś tu przychodzić – wyszeptał, a figlarny uśmiech zatańczył na jego ustach, kiedy znane uczucie euforii i miłości ogarnęło go, jak zawsze, gdy przebywał wokół niej. - To przynosi pecha.

Wywróciła oczami, zakładając mu ramiona na szyję, a Leo z chęcią ją przytulił, odgarniając włosy. Wtulił twarz w jej szyję, miękką i pachnącą, rozbrzmiewającą znanym, uspokajającym odgłosem tętna. Była tu.

- W życiu mieliśmy tyle pecha, że pewnie gdybyś roztrzaskał fabrykę luster to nawet byś tego nie poczuł. – Zauważył, że zadrżała, gdy zaczął ją całować po obojczyku. - Chyba nawet moja sukienka tego nie zmieni.

- Wyglądasz pięknie – powtórzył, odchylając się od jej policzka, kiedy ucałował go delikatnie, niepewnie. - Nie wiem, czym na ciebie zasłużyłem.

- Ja też nie – zażartowała, odpychając go lekko i znów zaczęła odpinać mu koszulę. - A ty wyglądasz okropnie.

- Stoję tu pół godziny! - powiedział oburzony. - Nigdy tyle przed lustrem nie spędziłem, to wszystko dla ciebie, a ty tego nie doceniasz!

Jej szybkie dłonie łatwością uwalniały kolejne małe guziczki, które chwilę wcześniej miał ochotę przetopić, a Leo lekko odetchnął.

- Hej, kochanie, noc poślubna dopiero potem... - wymamrotał, kiedy zaczęła go z irytacją rozbierać.

Fuknęła.

- Jeżeli miałeś zamiar tak iść na nasz ślub to nocy poślubnej nie przeżyjesz przez następne dwadzieścia lat – mruknęła ze złością i podnosząc koszulę, zaczęła oglądać ją w świetle. - Mówiłam, żebyś chociaż dzisiaj odpuścił. Jak znajdę tu jakąkolwiek plamę ze smaru, to przysięgam, że coś ci zrobię.

Jęknął cicho.

- Już mnie wcisnęłaś w to coś! - wskazał na swoje spodnie i buty. - Zaraz je podrę, bo nie wyobrażam sobie chodzić w tym kaftanie, ty mnie zabijesz i co wtedy zrobisz? Kto ci pomasuje plecy albo skonstruuje machinę wojenną? Jako niewolnika będziesz miała Jasona?

Odwróciła się do niego i westchnęła.

- Nie. W życiu bym takiego sługusa jak ty nie oddała – zaśmiała się na jego oburzony okrzyk. - Chodź tu.

Leo chętnie do niej podszedł, bo to była Reyna, która nie mogła przeżyć bez dokuczania mu i przyczepiania się do najmniejszych szczegółów, a on wątpił, czy mógłby klęknąć przed nią w smar, gdyby była inna.

Podała mu koszulę, a on z chęcią ją założył, przyciągając Reynę do siebie, kochając uczucie jej skóry pod palcami i miękkiego ciała, które wcale się nie opierało. Oparł czoło o jej i spojrzał w ciemne oczy, błyszczące i radosne. Jego mózg zamienił się na chwilę w papkę.

- Boję się – wyznał cicho, przymykając na chwilę oczy. Odetchnął, kiedy poczuł, jak łapie go za policzki.

- Czego? - zamrugała i spojrzała na niego ze zdumieniem.

- Że mnie opuścisz. Że coś zwalę i będę sam. Że cię skrzywdzę. Wszystkiego. Boję się nawet, że Percy znów obleje nas beczką wody, albo będzie jęczał, że nie ma niebieskiego tortu.

- Nie mów tak – wymamrotała Reyna. - Ja też się boję. Tego samego co ty. Ale po tu jesteśmy, racja? By się wspierać. Nie miałabym zamiaru wychodzić za ciebie, gdybym miała zamiar uciec albo nie brać odpowiedzialności. Czy tego chcesz czy nie, jesteśmy w tym razem, teraz i na zawsze.

- Kocham cię – mruknął cicho, pochylając się do pocałunku, ale ona odchyliła się szybko.

- Nie tak szybko panie. Najpierw to, co zepsułeś. Już i tak łamię ze sto reguł będąc tutaj. Przynajmniej wyglądaj jakoś.

Rozczochrał włosy, posyłając jej markowy uśmiech, na który tylko wywróciła oczami – ale Leo wiedział, że skrycie go kocha. Na pewno.

- Ja? Proszę pani, Leo Valdez zawsze wygląda bosko i niesamowicie. Jak śmiesz...

- Co ja najlepszego zrobiłam? - sapnęła, szarpiąc jego kołnierzyk i zaczynając zapinać koszulę. Leo był zdumiony, jak szybko jej to idzie. Wiedział, że powinien być urażony jej dowcipem, ale naprawdę, na Reynę nie mógł się gniewać – poza tym, wiedział, że nie mówi poważnie. A nawet gdyby, to miała jego pierścionek i nie mogła już uciec. Było za późno.

Zerknął na rękę, na której błysnął pierścionek i nie zważając na głośny protest, złapał ją za ręce, przyciągając gwałtownie do siebie. Zachichotał, kiedy stłumiony pisk wyciszył się na jego ustach, ale potem już nie mógł o tym myśleć – naprawdę miał lepsze rzeczy do roboty. Protest Reyny trwał pół sekundy, zanim ochoczo go przyciągnęła, łapiąc za bark i włosy, mamrocząc coś niezrozumiale. Poczuł jej uśmiech na ustach, gdy go cmoknęła, ale zaraz potem zaczęła się od niego odsuwać. Prawie warknął ze złością – mała złośnica, ciągle się od niego odsuwała – i zaczął ją natarczywie całować po szczęce.

- Leo, cholera – pół szepnęła, pół jęknęła. - Zaraz zacznie się ślub.

- Nie mogą zacząć bez nas – zauważył, bo miał ją teraz przy sobie, sam i chciał się napawać tym, że go kocha, dba o niego i że może jej dotykać bez obaw. - Dawaj, kilka minut.

Odciągnęła go lekko, zerkając przez przymrużone oczy, a Leo szybko złożył delikatne pocałunki na czole i powiekach.

- Z tobą to prędzej kilka godzin – wymamrotała, a choć czuł z satysfakcją, jak topnieje w jego dotyku, to odepchnęła go i na nowo zaczęła zapinać koszulę. Po kilku sekundach była zapięta, nie wygnieciona, bez grama pyłku. Prychnął, wciąż ją obejmując.

- Teraz mogę pocałować moją narzeczoną? - jęknął z niecierpliwości, a Reyna zerknęła na zegarek, wzdychając teatralnie, choć figlarny uśmiech malował się w kącikach jej ust.

- Kilka minut – zaznaczyła, ale Leo już tego nie usłyszał, bo znów ją pocałował, a może ona jego – ale to nie miało znaczenia, bo byli razem, czuł jej uśmiech na ustach, kiedy mu chichotała w wargi, słyszał tętno, jej oddech go ogrzewał i to było wszystko, czego potrzebował. Mógł jej nienawidzić i czasem mieć dość, ale szczerze? Nie wyobrażał sobie życia bez Reyny, córki Bellony.

Ale, rzecz jasna, kiedy zaczynał tracić poczucie czasu i przestrzeni i zaczął niebezpiecznie szukać oparcia, usłyszał rozbawione i zniecierpliwione chrząkanie.

- Em, przeszkadzam? Heeej, ludzie?! Proszę, przestańcie... To nie jest ciekawe... Ej, serio, zaraz się spóźnicie na własny ślub – gdzieś w odmętach świadomości Leo usłyszał Jasona, ale miał to gdzieś, bo ślub i tak był ich, a goście mogli poczekać.

Reyna próbowała się oderwać, ale Leo przyciągnął ją jeszcze mocniej, machając ręką, by natręci sobie poszli.

- Leo, serio, wiem, ze to może być fajne, ale zaraz Chejron sobie pójdzie i będzie miał was gdzieś.

Leo odchylił się, widząc niewyraźnie zniecierpliwionego Jasona, rozbawioną Piper i Hazel, która nie patrzyła mu w oczy, odwracając wzrok na ścianę, czerwieniąc się niemożliwie i wachlując energicznie. Leo nieprzytomnie pomyślał, że w końcu musi jej to przejść, jeśli zamierzała być przyjaciółką jego i Reyny.

- Serio ludziki, idzie sobie, albo poznacie, czemu Gaja się mnie bała – zagroził, ale Reyna szybko cmoknęła go w usta i wysunęła się z jego ramion, wygładzając sukienkę. Piper szeroko się do niej uśmiechała, jakby coś wiedziała, a Reyna odwzajemniła uśmiech. Niech Afrodyta się pocałuje – i choć obrażanie bogini miłości na ślubie nie było najbystrzejszym pomysłem, to Reyna miała to gdzieś, bo była ona, Leo i to wystarczało. Nie potrzebowała aprobaty Wenus.

Posłała mu szybkie spojrzenie, które odwzajemnił niezadowolony, ale ona już szła, wyciągając rękę.

- Idziesz?

Leo rozejrzał się, widząc Jasona, Piper, Hazel i najważniejszą osobę, Reynę, wciąż z rumieńcami i szybkim oddechem. Czy szedł? Był gotów? Mógł spędzić resztę życia z jedną osobą? Spojrzał na ręce, które nie drżały i uśmiechnął się szeroko do przyjaciół. To było proste i naturalne.

- Idę.

(A potem żyli długo i szczęśliwie, choć czasem zdarzał się pojawiający przyjaciel w najbardziej nieodpowiadającej dla nich sytuacji.)