Interludium

Luna idzie po mokrej trawie. Czuje, jak przemakają jej wiosenne pantofelki. Wciąga głęboko do płuc wilgotne i szare od smutku powietrze. Wróble na gałęziach coś do niej wołają. Luna otula się ciaśniej płaszczykiem. Zatrzymuje się, wspominając...

Po kilku chwilach rusza dalej cmentarną alejką, aż do miejsca, gdzie zgromadziła się już niewielka grupka ludzi, głównie pracowników instytutu.

Stoją w półkolu, ale nie odzywają się do siebie. Ich spojrzenia uciekają poza krąg – na niebo, chmury, i w boczne alejki. Luna podchodzi i uśmiecha się delikatnie, na pół pogrążona we własnych myślach.

Ich wątek przerywa widok Severusa Snape'a, angielskiego Mistrza Eliksirów i jej dawnego profesora. Stoi z boku, na pół schowany w cieniu wierzby, na pozór starannie wygładzony i obojętny, jakby chciał dać wszystkim do zrozumienia, że on swoją robotę już wykonał i nie ma ochoty na dalsze ceremonie. W stronę przygotowanego nagrobka patrzy z pewnym uznaniem. Spojrzenie ma ostre i palące, oczy błyszczące i czarne, a posiwiałe skronie dodają mu elegancji i powagi. Na uśmiech Luny odpowiada krótkim skinieniem głowy.


Severus Snape

Albus Dumbledore wyjrzał przez wysokie okno swojego gabinetu. Wielki ptak, majestatycznie machając skrzydłami, zbliżał się ze wschodu. Po chwili wylądował przed Albusem na parapecie i wydał z siebie przenikliwy dźwięk. Dyrektor wyciągnął rękę i pogładził go po głowie i szyi.

– Śliczna jesteś, malutka. Dawno cię nie widziałem. Harpia hrabiego... Czegóż to hrabia może chcieć ode mnie? – Zamyślił się z dłonią na miękkich piórach. Wrócił do rzeczywistości, gdy harpia wydała kolejny wysoki dźwięk. – A tak. Co my tu mamy... Chcesz mysz?... – Oczy ptaka zaświeciły się. – Kota? Nie, kota nie ma. A od drogiej Minerwy trzymaj się z daleka. Transmutuje cię jeszcze w coś paskudnego.

Albus odwiązał rulonik pergaminu od nogi zwierzęcia.

– Mogę ci zaufać, że jeśli polecisz do sowiarni, to nie zaczniesz polować na sowy?

Siedem lat po upadku Voldemorta, Severus Snape był ogólnie poważanym Mistrzem Eliksirów, profesorem w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, członkiem Rady Programowej Treningu Aurorów, nauczycielem na kursie aurorskim, członkiem Angielskiego Towarzystwa Warzycieli Eliksirów, członkiem korespondentem paryskiej L'École des Potions et Poisons i kilku pomniejszych stowarzyszeń, a także stałym biegłym Wizengamotu. Był również odkrywcą wielu eliksirów o szerokim zastosowaniu i, w paru wypadkach, niezwykłej przydatności. Między innymi, rzecz jasna, Eliksiru Tojadowego. Oprócz niezliczonych artykułów naukowych, napisał i wydał kilka książek i podręczników, w tym standardowe podręczniki do nauczania eliksirów w Hogwarcie. Był też Kawalerem Orderu Merlina Pierwszej Klasy – za zasługi podczas Drugiej Wojny z Voldemortem.

Który to order Albus dostrzegł właśnie na półce w gabinecie Severusa, wykorzystany jako podstawka dla słoika z myszoszczetami w formalinie. Pewne rzeczy po prostu się nie zmieniają – i całe szczęście.

Albus przez moment obserwował nieświadomego niczego Mistrza Eliksirów. Severus, w czarnej, rozpiętej pod szyją, koszuli, siedział za masywnym biurkiem i poprawiał prace uczniów, kreśląc na nich zamaszyste zawijasy ocen. Dookoła, na szerokim blacie, piętrzyły się sterty książek o eliksirach i czarnej magii. Wiele z nich było otwartych, inne miały strony pozaznaczane zakładkami, piórami, oślimi uszami lub po prostu innymi książkami. Albus dostrzegł też kilka czasopism naukowych. Gdzieniegdzie widoczne były własne notatki Severusa – ciasne, lekko pochyłe pismo, równe jak od linijki.

Serce dyrektora śpiewało. Severus się odnalazł, dzięki kilku pomocnym dłoniom i własnej ciężkiej pracy. Nie wstydził się już tego, kim jest, jaki jest, ani co zrobił – nie w dzień w każdym razie, a i też nie w każdą noc.

Albus dyskretnie zapukał w ścianę regału. Oprócz błysku oczu Severusa, odpowiedział mu podobny błysk i oburzone bulgotanie ze stojącego na regale słoja.

– Albusie, miałem nadzieję, że nie będziesz tego więcej robił. To brak szacunku dla cudzej prywatności, ot co. Kiedy chcesz mnie odwiedzić, daj znać zanim wejdziesz, jak wszyscy. Nie nadużywaj magii Hogwartu.

– Ach, chłopcze, uwierz mi że pukałem. Co miałem zrobić skoro tak pochłonęła cię praca – Dumbledore wzruszył niewinnie ramionami. – Przyszedłem, bo, zdaje się, mam coś, co cię zainteresuje.

Severus obdarzył go nieufnym spojrzeniem kota, któremu już raz ktoś wypił mleko.

– Dostałem sowę od naszego drogiego przyjaciela, hrabiego Dragomirescu – wyjaśnił Albus przysuwając sobie krzesło. – Z Paryża. To znaczy, właściwie nie sowę, bo była to harpia. Znana ci harpia, którą uparcie nazywałeś Harfą, aż wszyscy zapomnieli, jak naprawdę miała na imię. Łącznie z nią samą. La harpe ou la harpie – oto jest pytanie.

– Wiadomość – przypomniał Severus, jakby w obawie, że dyrektor pogrąży się we wspomnieniach i już nie wynurzy się z powrotem.

– Właśnie, wiadomość – Albus uśmiechnął się promiennie.

– Tak, i co hrabia napisał?

– Och, no właśnie – dyrektor spoważniał trochę. – Hrabia pisze o, hm, aferze w PIMIE. Ale nie wiem, czy mogę zająć ci czas, skoro masz na głowie tyle pracy, uczniowie i ta sobotnia konferencja, na którą czekasz i przygotowujesz się od miesiąca...

Severus popatrzył na Albusa z irytacją.

– Zamierzasz powiedzieć o co chodzi, czy mam sam się skontaktować z hrabią?

– Wiesz, właściwie miałem nadzieję, że to powiesz. – Znów szeroki uśmiech. – Ale pomału. Wczoraj znaleźli jednego z pracowników nieprzytomnego na środku laboratorium.

– Co mu było? – spytał Severus pozornie obojętnie, zaznaczając coś na sprawdzanym pergaminie.

– No właśnie. Nie wiedzą. – Dumbledore pochylił się i zaczął przeglądać tytuły książek zaściełających biurko, budujących na nim wieże i umocnienia.

– Ależ, Albusie, co ty opowiadasz... Jak to nie wiedzą? – Mistrz Eliksirów podniósł głowę i popatrzył bystro. Przewrócił oczami, gdy wzrokiem trafił w przeciwległą ścianę, zamiast w twarz Albusa. – Co mówią uzdrowiciele?

– Tylko tyle, że żyje. Jest w Świętym Filipie.

Święty Filip był paryskim odpowiednikiem Świętego Munga. Severus zwiedził go przelotem, podczas jakiejś poświęconej eliksirom konferencji kilka lat temu, i doszedł do podstawowego wniosku, że szpitale brytyjskie są placówkami zacofanymi i niedofinansowanymi. Jeśli chorować – to tylko w Świętym Filipie. Jeśli pracować – to też tylko tam. Pensje były przeciętnie dwa razy wyższe, a laboratoria dwa razy lepiej wyposażone. Przynajmniej te, które mu pokazano. Jeśli oni nie wiedzieli, to zagadka była na miarę zainteresowań Severusa.

– A w samym laboratorium? Jakie ślady znaleziono?

– Jakich to nie znaleziono, Severusie... – westchnął Albus. – Laboratorium było zdemolowane jakby walczyły tam dwie wściekłe bestie. W każdym razie tak pisze drogi hrabia. Ale przyznasz, że z jego ust to porównanie już coś znaczy. – Dyrektor znów zawiesił głos.

– Albusie, czy ty wiesz coś więcej, czy tylko udajesz?

– Obawiam się, że udaję – Albus uniósł ramiona w przepraszającym geście i uśmiechnął się znowu. – Co najwyżej mógłbyś skontaktować się z hrabią. Hrabia zresztą sam... oops – Albus teatralnie zatkał sobie usta ręką. W praktyce wyglądało to tak, że zanurzył dłoń w brodzie.

– Aha – westchnął Severus wskazując na Albusa palcem. – Więc jednak o to chodziło: zamiast powiedzieć mi o co chodzi, musiałeś przyjść tutaj i bawić się w opowiadanie kryminałów, bo uznałeś, że inaczej się nie zgodzę! I miałeś rację, bo w tym tygodniu jest Piąta Doroczna Konferencja Magomedyków, Uzdrowicieli i Mistrzów Eliksirów i ja zamierzam na niej być, a co więcej zdobyć pierwszą na nagrodę za referat. Piątą już. Nie zrobię wyjątku. Nawet dla hrabiego. Nie, nie masz co prosić. Nie ruszam się stąd nigdzie i nikt mi niczego nie wpakuje na głowę, a już w szczególności problemów kryminalnych w obcym państwie. Zresztą na jakiej podstawie? Jestem biegłym na liście Wizengamotu, a nie Les Hautes Chaises. A prywatnie nie zamierzam pakować się w nowe kłopoty.

Albus popatrzył na swojego Mistrza Eliksirów z miną obrażonej Puchonki, ale szybko się rozchmurzył. Kiedy Mistrz Eliksirów nabrał tchu, Albus szybko się wtrącił.

– No właśnie, Severusie. Hrabia prosi cię o pomoc. Podstawy są, hrabia wszystkiego dopilnował, pojedziesz zrobić oficjalną ekspertyzę śladów. – Spoważniał trochę, wyprostował się na krześle. – Chciałbym, żebyś jechał właśnie ty. Wampiry we Francji mają ostatnio ciężkie życie. Jak to się mówi: szkalujcie śmiało, zawsze coś przylgnie. Hrabiemu potrzebny jest ktoś nieuprzedzony i zdolny. A ty rozumiesz to lepiej niż inni – dodał z naciskiem, spoglądając na Severusa sponad okularów.

– W takim razie wystarczyłoby wyjaśnić o co chodzi, zamiast robić przedstawienie. – Mistrz Eliksirów popatrzył chłodno znad wypracowania, które było już bardziej czerwone niż czarne. – Tymczasem ty wciąż uważasz, że za mało mam rozrywek w życiu.

– Uważam, że zbyt poważnie to życie traktujesz, fakt. Harfa przyniosła świstoklik na dziś w południe, prosto do Paryża. A wiesz, że w Paryżu jest Luna Lovegood?

– Lovegood? Zmiłuj się, Albusie, skąd nagle Lovegood?

– Pracuje w PIMIE. Będziesz miał pomoc.

Severus uniósł brwi.

– W PIMIE. Naturalnie, jakże to w stylu twojego drogiego hrabiego. No proszę. Czym ona się teraz zajmuje?

– Wciąż szeroko pojętą magozoologią, jak sądzę. – Albus wstał i przeciągnął się. – Cały zesztywniałem na tym twoim twardym krześle, Severusie. Mógłbyś je wymienić. – Napotkał pełne sceptycyzmu spojrzenie Mistrza Eliksirów. – Mógłbyś mi kupić wygodny fotel na moje urodziny i ustawić go w twoim gabinecie. Nie? Ech, no trudno... Życie składa się z wyrzeczeń, ostatecznie. Harfa zabierze się z tobą. Jestem z ciebie dumny, Severusie, tak przy okazji – w głosie Albusa zabrzmiało szczere wzruszenie. – Jakim to ekspertem się stałeś... – Jednak będąc już na progu, dyrektor odwrócił się z celowo złowieszczą miną. – Ach, byłbym zapomniał. Hrabia wspominał o jednej jeszcze ciekawej rzeczy, w związku z tym zdarzeniem. Jak z powieści, nie uwierzysz, drogi chłopcze. Na twarzy tego pracownika, Daniela zdaje się, malował się wyraz najczystszego przerażenia. A w tym hrabia też jest ekspertem.

Severus tylko wymownie przewrócił oczami.

Pięć minut przed dwunastą Severus stawił się w gabinecie dyrektora. Ze sobą taszczył czarny, zamknięty na trzy kłódki kufer. Ubrany był w szaty podróżne, a więc: czarna koszula, czarne spodnie, czarna marynarka, ciemnozielona kamizelka i czarna peleryna. W ręku trzymał gruby plik kartek, który położył na biurku Albusa.

– Wyślij to, proszę, do recenzji w poniedziałek. Nie sądzę, żebym wrócił do tego czasu.

– Dobrze, Severusie.

– Kiedy wróci, zostaw w moim gabinecie, na biurku, po prawej stronie. Będę musiał przyjrzeć się uważnie, zanim trafi do wydawcy. Tu masz plan lekcji eliksirów na najbliższe dwa tygodnie. Trzeba też będzie uzupełnić zapasy niektórych składników, lista jest w pracowni.

Albus skinął głową i wstał zza biurka.

– Przekaż to hrabiemu – wręczył Severusowi list w dużej kopercie. – A tu jest świstoklik.

Podał Mistrzowi Eliksirów pstry, różowy kapelusik z piórkiem. Bezsprzecznie damski. Severus uniósł brwi. Hrabia już podczas swojej rocznej pracy w Hogwarcie lubił denerwować Mistrza Eliksirów chwytami czysto albusowatymi.

Dumbledore odwrócił się w stronę, gdzie na żerdzi Fawkesa siedziała dumnie harpia hrabiego.

– Harfo, już czas... – Westchnął. – Dobrze, że ją już zabierasz, Severusie. Potrafi zdominować wszystkie ptaki, jakie ma w zasięgu wzroku i słuchu. Biedny Fawkes przepadł gdzieś, jak tylko ją zobaczył.

Harfa powoli rozłożyła skrzydła i przefrunęła na ramię Severusa, który nie był w stanie powstrzymać dreszczu grozy, gdy twarde szpony zacisnęły się na jego ciele. Ciężar ptaka też był niebanalny – Harfa była w kwiecie wieku i ważyła dobre siedemnaście funtów – ale wolał nie próbować przeganiać jej na kufer. Nie znosił ptaszydła, zresztą z wzajemnością, ale traktowali się nawzajem z szacunkiem, jakiego wymaga godny przeciwnik.

– Hasło to „c'est la vie", Severusie. Powodzenia.

C'est la vie... – powiedział z ponurym przekonaniem Severus i zniknął.

Świstoklik zakręcił światem, szarpnął i wyrzucił Severusa z całym dobytkiem w przestronnej sali, ozdobionej płytkami i kolumnami.

– Czterdziestka piątka jest! – zawołał męski głos po francusku i wszedł młody, jasnowłosy człowiek. – Witamy, monsieur, w Paryżu, życzymy miłego pobytu. Czy potrzebuje pan transportu bagażu? – Pracownik rzucił okiem na czarny kufer i harpię. Harpia popatrzyła na niego.

– Nie.

Pracownik odetchnął z ulgą. Severus minął go bez słowa, a kufer posłusznie lewitował za nim. Wyszedł do poczekalni. Czekała tam Luna Lovegood.

– Profesorze! – zawołała od razu, szeroko się uśmiechając. – Tak się cieszę, że pana widzę!

– Witam – powiedział sztywno Severus. Prawdę mówiąc, poradziłby sobie sam. Przyjrzał się Lovegood. Nie zmieniła się wiele, owszem była starsza, ale zasadniczo wciąż ta sama, choć Severus miałby problem z określeniem co jest tak niezmiennego. Może właśnie uśmiech, jakby ktoś właśnie sprawił jej wielką radość. Bo poza tym, wyglądała inaczej. Nawet Severus, który normalnie nie zwracał na takie rzeczy uwagi, dostrzegł brak ozdobników w rodzaju makaronu i rzodkiewek. Nie, tu Lovegood nawet go nieco zadziwiła. Nosiła zwiewną sukienkę koloru zboża i leciutkie białe pantofelki. Przez ramię przewieszoną miała plecioną ze sznurków torebkę.

– Widzę, że ma pan dużo rzeczy, mogę je włożyć do torebki – zaproponowała.

– Torebki?

Harfa wydała protestujący skrzek, jakby naprawdę przestraszyła się, że Lovegood jest w stanie włożyć ją do torebki.

– Tak, panie profesorze – uśmiechnęła się Lovegood promiennie. – Tata podarował mi torebkę samozmniejszającą włożone rzeczy. Powiedział, że dzięki temu będę mogła przywieźć mu pierzatkę jasnonosą, jeśli uda mi się ją złapać.

– Mam nadzieję, że nie – odparł z kamienną miną Severus, który w życiu o takim zwierzęciu nie słyszał. – To by było kłusownictwo. Poza tym nie przepuściliby cię przez granicę.

– Ależ skąd, pierzatka nie jest chronionym gatunkiem. Och, ale bagaże w każdym razie włożyć można.

– Nie można, gdyby nie to, że są nieodporne na zmniejszanie, sam bym to zrobił. To delikatny sprzęt.

– Och, ale do PIMY musimy iść pieszo. Z bagażami będzie niewygodnie.

Severus skrzywił się na samą myśl, że będzie musiał oddać swój wypieszczony i niemalże własnoręcznie odchowany sprzęt na pastwę pracowników świstoklikowego przybytku. Ale cóż było robić. Zostawił im bagaż z poleceniem, by doręczono go do PIMY i ostrzeżeniem, że w razie czego poszczuje ich Harfą. A najlepiej niech dostarczą też harpię. Na coś się w końcu zwierzak przyda, no i nie będzie trzeba go ze sobą nosić.

Popatrzył znów na Lunę, wspominając konferencję na Sorbonie na którą razem pojechali. Co najbardziej zdumiało wtedy Severusa, to to jak kompetentna okazała się Luna. Oczywiście wydawało się, że wszystko robi przypadkiem lub zmyśla na poczekaniu, ale jednak. Na przykład okazało się, że Luna ma mnóstwo wolnego czasu, a on musi swój referat dopracowywać na ostatnią chwilę. Niech harpie wezmą nawał pracy w szkole i sądzie! Zdumiało go jeszcze bardziej, choć nie obyło się bez pewnego odcienia zadowolenia, kiedy zobaczył jak Luna pomaga jakiejś zapłakanej i spanikowanej Francuzce z jej prezentacją. Ale całkiem możliwe, że filozofia Luny Lovegood uznawała jedynie plany tworzone na poczekaniu.

Kiedy wyszli na magiczną rue des Hibous, Ulicę Sów, nisko latająca gazeta uderzyła go prosto w twarz. Zirytowany, zerwał ją z siebie i już chciał pognieść, gdy jego wzrok padł na nagłówek. Pod zamaszystym napisem l'Illumination można było przeczytać: NIESZCZĘŚLIWY WYPADEK, ZANIEDBANIE CZY MORDERSTWO? A niżej: „Dyrektor PIMY, wampir, odmawia komentarza do czasu zakończenia śledztwa".

Severus zmiął dziennik i po raz pierwszy zatęsknił za Harfą. Może dałaby się namówić na zjedzenie gazety.

– Dobrze, że pan przyjechał – powiedziała Lovegood z miną nagle bardzo poważną. – PIMA cierpi. Jest bardzo, bardzo smutna i nie może znaleźć rozwiązania.

Severus wysłuchał tego w milczeniu i milczeniem pominął. Trelavney zdarzało się wróżyć z większym sensem, pomyślał. Z drugiej strony jednak, nastroje panujące w PIMIE mogą być wskazówką do tego, co tam zaszło.

– Lovegood, właściwie dlaczego musimy iść pieszo? – zapytał tknięty niejasnym przeczuciem. – Nie możemy skorzystać z sieci Fiuu?

– Och, przecież przez sieć Fiuu nie zobaczyłby pan Paryża.

– Słucham?!

– No i przez wypadek Davida odłączyli nas od sieci. Działa tylko kominek w gabinecie hrabiego.

Severus mruknął pod nosem coś mało artykułowanego i potrząsnął głową.

Z rue des Hibous wyszli, przez zapomnianą kawiarenkę z wybitymi szybami, na mugolski Paryż, tuż przy Gare du Nord. Severus zdjął podróżną pelerynę, sucho odmawiając włożenia jej do torebki Lovegood. Dziewczyna lekkim krokiem pomknęła bulwarem Sewastopolskim w stronę Île–de–Cité, Severus ruszył za nią. Ulica, mimo że szeroka i przestronna, była brzydka i wyjątkowo brudna. Tony śmieci przewalały się tam i z powrotem, kopane setkami nóg. Hałas i ścisk były niesamowite, choć trzeba przyznać, że przed Severusem tłum samorzutnie się rozstępował i każdy z przechodniów sam dbał o to, by nie zderzyć się z Mistrzem Eliksirów. Mimo to Severus poczuł się przez chwilę jak w Hogwarcie – na lekcji Longbottoma, świeżo upieczonego nauczyciela zielarstwa.

Oto jakaś pani z kawiarni z całych sił obfitej piersi krzyczała na dwójkę czarnych chłopców. Bez wątpienia miała powód – twarze dzieciaków miały identyczny wyraz co u bardzo zadowolonych z siebie braci Weasley. Zaraz też dołączył do niej kelner z tej samej kawiarni. Ale oto scena znikła i coraz to nowi ludzie przepływali koło nich. Minęli Île–de–Cité (wreszcie coś ładnego) i zapuścili się w labirynt wąskich uliczek na drugim brzegu Sekwany, naprzeciwko Pałacu Sprawiedliwości.

Była to już Dzielnica Łacińska, gdzie mieściła się tak mugolska, jak i magiczna Sorbona, a tuż obok – PIMA. Paryski Instytut Magopaleologii i Archeomagii znajdował się przy głównej akademickiej ulicy czarodziejskiego Paryża, avenue des Vénérables, Alei Czcigodnych, nazwanej tak na cześć piątki czarodziejów–fundatorów magicznej Sorbony. PIMA zajmowała trzypiętrową, zatem stosunkowo niską, kamienicę pod numerem szóstym. Budynek był szary, ale nie szarością brudną i ponurą, a raczej miękką i grafitową. Severus uśmiechnął się z zadowoleniem. Mimo wieloletniej znajomości z hrabim Dragomirescu i mimo wielokrotnych zaproszeń tegoż, nie miał dotychczas sposobności do odwiedzenia instytutu. Dobrze będzie to nadrobić.

Przed PIMĄ zgromadził się tłumek studentów uczących się do egzaminu z magozoologii. Fasadę kamienicy pokrywały płaskorzeźby najróżniejszych zwierząt magicznych – ruchomych i zachowujących się zgodnie ze swoim normalnym behawiorem. Kupując kamienicę hrabia własnoręcznie sporządził odpowiednie szkice i akwarele, którymi kierować się mieli robotnicy przy przebudowie. Śmierciotula na trzecim piętrze trawiła kamiennego psidwaka. Pod oknem na parterze przysiadł pogrebin. Garboróg przegalopował przez wszystkie piętra z góry na dół, by rozpruć brzuch niczego nie spodziewającego się zwierzęcia, którego Severus nie zdążył rozpoznać zanim zginęło. Akcja ta spotkała się z wybuchem wielkiego entuzjazmu wśród studentów.

– Profesorze, proszę spojrzeć – odezwała się nagle Lovegood, kiedy wchodzili na kamienne schody. – Tam jest jaszwija.

– Tam jest co? – Severus automatycznie odwrócił się w kierunku, który pokazała. – Nie ma czasu na podziwianie płaskorzeźb.

– Ależ nie, ta była prawdziwa. Tylko uciekła. Wskoczyła przez okno do piwnicy.

– Przez to zamknięte po prawej, czy to zamknięte po lewej? Lovegood, nie ma takich zwierząt jak jaszwija.

– Ale to była jaszwija – odpowiedziała dziewczyna nieobecnym głosem. – Uciekła, a była smutna.

Severus popatrzył na nią, miał nadzieję, że bardzo wymownie, i pchnął ciężkie, dębowe drzwi instytutu. Przepuścił Lovegood do pogrążonego w półmroku przedsionka. Potem zrobił krok do przodu i puścił drzwi, ale w tej samej chwili poczuł że coś go ciągnie za rękę. Obejrzał się z irytacją, by stwierdzić, że zapięcie mankietu zahaczyło się o wymyślnie rzeźbioną klamkę. Severus zaklął i jednym szarpnięciem uwolnił się. Guzik puścił i potoczył się pod nogi zdumionego portiera, chudego, łysiejącego mężczyzny o drapieżnym spojrzeniu.

– Severus Snape, Mistrz Eliksirów ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart – rzucił ostro na jednym oddechu i minął portiera. Lovegood wyprzedziła go i uważnie patrząc na jego twarz powiedziała:

– Czuje pan to? To atakuje znienacka.

Severus przełknął kolejne przekleństwo.

Drewnianymi schodami wspinali się na trzecie piętro, gdzie mieściły się niektóre laboratoria i gabinet hrabiego. Po drodze słyszeli niewyraźnie ożywione rozmowy z pomieszczeń na parterze i piętrach. Schody skrzypiały przy każdym kroku i posyłały w powietrze chmury kurzu.

– Lovegood, ty szepczesz coś do schodów?

– Chciałam je ładnie poprosić, żeby nie skręcały się ciaśniej w spiralę, bo mi się kręci w głowie.

– I posłuchały? – nie mógł powiedzieć tego już bardziej ironicznie.

– Wierzę w nie, profesorze – oświadczyła Lovegood tonem nieznoszącym sprzeciwu i pogłaskała odrapaną poręcz.

Severus prychnął.

A schody zadrżały.

I nagle rozprostowały się jak mogły najbardziej, robiąc się przy tym zupełnie kwadratowe.

Tego, że wylądują na dole jedno na drugim Lovegood naturalnie nie wzięła pod uwagę, szczęśliwie Severus zdołał złapać się barierki zanim stracił równowagę. Ale też była jedyną, która dostrzegła jasne strony zdarzenia.

– Taaak, a jakie? – Snape zazgrzytał zębami, wstał i otrzepał się gwałtownie. Jednak Lovegood nie słyszała go już, mrucząc coś do schodów, szła dalej.

Na trzecim piętrze poprowadziła go wąskim korytarzem z drzwiami po obu stronach. Unosił się tu zapach eliksirów, ostry, ale nie nieprzyjemny. W laboratoriach Severus czuł się jak w domu. Idąc, zatrzymywał czasem wzrok na zawieszonych na ścianach dyplomach i certyfikatach. Sam hrabia, pracownicy i instytut jako taki, miał imponującą kolekcję nagród, jak na pięć lat swojej historii.

Drzwi na końcu korytarza wykonano z innego drzewa niż resztę, były grubsze, o czerwonawym odcieniu, rzeźbione w skomplikowany wzór, który pod pewnym kątem układał się w obraz walczących zwierząt i bestii. Lovegood delikatnie zapukała i kiedy kobiecy głos odpowiedział jej „proszę", nacisnęła klamkę. Severus wsunął się za nią do wąskiego pomieszczenia w którym rezydowała Koral, nieludzko kompetentna sekretarka hrabiego. Severus pamiętał ją z rozmaitych konferencji na których niemal na krok nie odstępowała swojego szefa.

– Witam, panie Snape – Koral podniosła się zza biurka. Wyglądała najwyżej na czterdziestkę, mimo swoich białosrebrzystych włosów i, o czym nie wszyscy wiedzieli, jakichś trzystu pięćdziesięciu lat na karku. W jasnym, eleganckim kostiumie, którego nie powstydziłaby się żadna mugolska businesswoman, sprawiała imponujące wrażenie. Severusowi przypominała bryłę lodu większą nawet niż Lucjusz. Czasem się zastanawiał, po co też hrabia ją trzyma. Równie dobrze mógłby sobie kupić lodówkę .

Tymczasem Koral popatrzyła na niego znad wąskich okularów. Mlecznobiały odcień jej tęczówek sprawiał, że Severus miał ochotę się otrząsnąć.

– Hrabia czeka na pana. Proszę za mną. Panno Lovegood, dziękuję bardzo.

– Och, nie ma za co – uśmiechnęła się radośnie dziewczyna i cofnęła na korytarz. – Do widzenia, profesorze.

Severus skinął jej głową i podążył za Koral do gabinetu hrabiego, który mieścił się po przeciwnej stronie pokoju sekretarki. Ta zaś zapukała do drzwi, równie ozdobnych jak pierwsze.

– Severus Snape do pana, panie hrabio.

– Proszę, proszę – hrabia stanął w drzwiach. – Wejdź, Severusie. Dziękuję ci, Koral.

Kiedy za Severusem zamknęły się drzwi, hrabia objął go ramieniem i poprowadził w głąb gabinetu.

– Cieszę się, że zgodziłeś się przyjechać. Przydadzą mi się twoje kompetentne ręce i umysł, bo mnóstwo trudnych spraw wydarzyło się jedna po drugiej.

Severus skinął głową. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Gabinet był przestronny, pogrążony w półmroku, bo niewiele światła mogło przebić się przez ciężkie zasłony porozwieszane we wszystkich oknach. Wszystkie ściany zabudowane były regałami, na których stały niezliczone księgi, niektóre bardzo stare. Na kominku i kilku stolikach ustawiono przedziwne eksponaty – część z nich były to wypchane magiczne zwierzęta, w tym takie, o jakich Severus nigdy w życiu nie słyszał, a co dopiero widział. Część przedmiotów wyglądała na skamieniałości, muszle, rogi i inne fragmenty zwierząt. Severus czuł falę magii jaką wysyłały, cichą, spokojną, ale gęstą i budzącą dreszcz.

– Usiądźmy, Severusie – hrabia ręką wskazał okrągły stolik pod oknem i dwa fotele. – Co mogę zaproponować ci do picia? Mam likier czekoladowy, ale wiem, nie lubisz. Żałuj. Mam też miętowy, przypuszczam, że bardziej odpowiada twojej barwnej, ślizgońskiej naturze.

– Dziękuję, hrabio. Mów w czym rzecz.

Hrabia w końcu usiadł naprzeciw Severusa.

– Jest źle. Mój pracownik, David Cherlevoix, został znaleziony w swoim laboratorium, nieprzytomny, pośród zdemolowanego sprzętu i mebli. Uzdrowiciele nie wiedzą co mu jest, choć Bieta ma pewne przeczucia. Najgorsze są konsekwencje jakie ma to dla wampirów. Ważniacy z Sorbony traktują PIMĘ jak zło i to nawet nie konieczne. Światek naukowy nigdy nie był mi w pełni przychylny, ale nauczyłem się z tym żyć. Ostatecznie nie każdego stać na minimum tolerancji. Co swoją drogą jest godne ubolewania, ale nie będę zbaczał z tematu. Ostatnio jednak nasze Ministerstwo Magii postanowiło zaostrzyć regulacje dotyczące wampirów i innych, jak to mówią, rozumnych stworzeń magicznych. Obecny minister uznał za stosowne i skuteczne zdobycie popularności żerując na strachu, jaki jeszcze w nas pozostał po walce z Voldemortem. Oczywiście nie dotknęła nas ona tak bardzo jak Brytyjczyków, tym niemniej skutki wciąż są odczuwalne. Zwłaszcza, że to nie my go pokonaliśmy. Ministerstwo nie zrobiłoby tego jednak, gdyby wcześniej część wampirów nie wszczęła buntu. Właściwie nie wiem, czy to dobre słowo, może raczej powinienem powiedzieć „protest". Tak czy inaczej, kiedy już to zrobił, inne wampiry postanowiły mu pokazać, co to naprawdę jest bunt. Słyszałeś o Gangu?

– Tak. – Severus skinął głową, podnosząc do ust kieliszek z likierem. – W Proroku Codziennym napisali, że wampiry w Paryżu zamordowały kilku mugoli. Nazwę „Gang" podano jako nazwę jakiegoś związku, grupy przestępczej...

– Właśnie. Kilka wampirów postanowiło się zbuntować, a cierpią na tym wszyscy. Nie mówię, że było idealnie, ale nie tędy droga. Nie możemy przekonywać do współpracy i współżycia udowadniając, że nie jesteśmy do tego zdolni! – Hrabia uderzył pięścią w poręcz fotela. – Ministerstwo ogranicza prawa wampirów i innych mniejszości, wampiry się buntują, Gang zapowiada odwet, opinia publiczna jest coraz bardziej wrogo nastawiona do wampirów – i teraz zdarza się to. W instytucie, którym kieruje wampir, w którym pracują wampiry, co prawda tylko na etatach technicznych, zdarza się niewyjaśniony wypadek. A może nie wypadek. Widziałeś gazety?

– Tak jakby. Ale co w takim razie robi Ministerstwo Magii? Skoro podejrzewają foul play, to powinni przysłać aurorów i wyjaśnić sprawę...

– Naturalnie, Severusie. – Hrabia przerwał mu łagodnym ruchem dłoni. – Naturalnie. Wezwani do Davida uzdrowiciele wezwali z kolei aurorów, bo nie podobał im się ten wypadek. Koral z kolei wezwała mojego prawnika i mnie.

– Zaraz, to ty chcesz mi powiedzieć, że nie było cię tu kiedy to się zdarzyło?

– Nie, niestety. Byłem w swoim zamku, w Karpatach. Przybyłem najszybciej jak mogłem, kiedy już auror był na miejscu... tak jakby. To zresztą nie przeszkadza snuć domysłów, wręcz zachęca do dociekań gdzie mogłem być i jak przyczynić się do wypadku Davida. Bez żadnej logiki, bo jaki mógłbym mieć w tym interes. David jest jednym z moich najlepszych pracowników, a jedynym powodem plotek jest fakt, że ja jestem wampirem, a on człowiekiem. To znaczy – ja jestem zwierzęciem i to niebezpiecznym, a on człowiekiem.

Ostatnie słowa zawierały w sobie bardzo dużo goryczy. Severus westchnął.

– W Wielkiej Brytanii podobny problem mamy z wilkołakami. Ich liczba jest tam porównywalna do liczby wampirów na kontynencie. Choć przyznam, że Eliksir Tojadowy wymiernie zmienił ich sytuację.

Hrabia zawahał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale wreszcie zdecydował się na inny temat.

– Musisz podpisać papiery, zgodę na przyjęcie roli eksperta – powiedział gładząc powoli brodę. – Wszystko musi być formalnie dopięte na ostatni guzik. Mój magiczny adwokat, Severusie, i nie mam tu na myśli tego, że jest czarodziejem, wykorzystując sobie tylko znane cuda, przekonał sąd do powołania cię na biegłego. Zatem twoje opinie będą miały wartość dowodową. Będziesz też miał dostęp do tych skromnych akt, jakich ta sprawa już się dorobiła i wolną rękę w poruszaniu się po PIMIE. Przypuszczam, że zechcesz porozmawiać z Bietą. To ona zajmuje się Davidem.

– Naturalnie. Ale czy to, że poprosisz mnie o pomoc nie spowoduje, że ktoś zarzuci mi stronniczość, współpracę w ukrywaniu śladów? Wszem i wobec wiadomo, że pracowałeś przez rok w Hogwarcie...

– Severusie, to możliwe, ale jeśli ja nie zorganizuję śledztwa, to nic nie zostanie wyjaśnione. – Hrabia upił łyk likieru. – Nie możemy pozwolić sobie na niejasności, nie przy obecnych nastrojach. Do tej sprawy przysłano nam jednego aurora. Bez pomocników technicznych. Słownie: jednego. Samego wypuścili na przypuszczalne miejsce zbrodni, bo, nawiasem mówiąc, ja sam mam wątpliwości, czy to był niewinny wypadek. Raczej... bardzo podejrzany wypadek, choć trudno mi sobie też wyobrazić, że ktoś próbował kogoś zamordować w taki sposób. Z drugiej strony, nikt z nas nie pracował nad niczym, co mogłoby w ten sposób wymknąć się spod kontroli. Przepytałem pracowników pod tym kątem, jednak radzę ci zrobić to jeszcze raz samemu. I żeby jeszcze przysłali kogoś kompetentnego, ale nie. To jest młodziutki chłopak, krótko po kursie aurorskim. On jest przerażony, że coś popsuje i ja jestem przerażony, że coś popsuje. Jedyne, co można o nim dobrego powiedzieć, to to, że nie wydaje się być zbytnio uprzedzony wobec wampirów, ale on z kolei boi się nas po prostu. I wyraźnie nie ma pomysłu co dalej, przychodzi tu i praktycznie tylko udaje, że coś robi. Auror. Ręce opadają. Przypuszczam, że ze strony ministerstwa ideą tego manewru jest właśnie zwiększenie niejasności i podejrzeń. Obawiają się, że to jednak był wypadek i nie chcą za szybko wyjaśniać sprawy. Dlatego napisałem do Albusa, żeby mi ciebie przysłał. Mecenas d'Etollé przygotował stronę formalną. Ja muszę się dowiedzieć, co tak naprawdę się stało. A nie jestem w stanie zrobić tego samodzielnie, zwłaszcza z tą burzą, która się zbiera. Nadchodzą ciężkie czasy, Severusie. Boję się do czego może dojść. W każdej chwili Gang może zaatakować, tym razem choćby czarodzieja, nie Mugola jak dotąd. Nie, żebym rozróżniał to jako mniejsze i większe zło, chodzi mi tylko o wpływ na opinię publiczną i ministra. Oni się nie zatrzymają. A ja mimo wszystkich starań nie zdołałem przekonać ludzi, że i my jesteśmy ludźmi. Nawet, jak widać, wampirów nie udało mi się o tym przekonać...

Hrabia uciekł spojrzeniem gdzieś w bok i zabębnił palcami o poręcz fotela.

– Powiedz mi więcej o Davidzie. Zrobię co będę mógł.

– David pracował w laboratorium przez całą noc, kiedy to się stało. Samo laboratorium zabezpieczyliśmy razem z mecenasem, nikt nie mógł tam wejść od tego czasu, a nasz młody auror potwierdził zabezpieczenia swoim osobistym zaklęciem pieczętującym. Jutro od rana zrobimy oględziny, dziś trzeba załatwić całą stronę formalną. Poprosiłem inspektora, żeby zjawił się u mnie o piętnastej, udostępni ci akta sprawy, choć nie są zbyt obszerne. Jedynie dokumentacja dotycząca pracowników, którą mu przekazałem i wyniki badań Dawida. Co prawda nie podpisałeś jeszcze papierów, ale mecenas d'Etollé nie zdąży z nimi do tego czasu. Inspektor zgodził się przekazać ci akta wcześniej.

– Przesłuchiwał już pracowników?

– Nie. Pamiętaj, że cała rzecz wydarzyła się ledwie wczoraj, a ja zablokowałem mu możliwość zbadania miejsca. Chyba trudno było mu po tym zebrać się, by zacząć działać samodzielnie.

– Nie rozumiem tego, hrabio. Przysyłają możliwie najbardziej niekompetentnego aurora, a jednocześnie dopuszczają mnie do bycia biegłym?

Hrabia uśmiechnął się.

– Pewny siebie jak zwykle. Nie planowali dopuszczania cię do bycia biegłym. Musisz poznać mecenasa d'Etollé, wtedy zrozumiesz. To jest człowiek, który ma magiczną władzę, a nie mam tu na myśli tego, że jest czarodziejem. I szczęśliwie jest po naszej stronie, choć nie jest wampirem. Oczywiście mogą teraz przysłać kogoś innego. Ale tym bardziej należy się spieszyć i wykorzystać ten czas, który mamy. Póki nie ma inspektora, chodź, pokażę ci twoje laboratorium.

– Będę pracować tutaj? – Severus podniósł się z fotela i podążył za hrabią do drzwi. – Ależ to doskonały argument za stronniczością i diabli wiedzą czym jeszcze!

Hrabia westchnął.

– Naturalnie, a myślisz, że ile jest laboratoriów w Paryżu, które zgodziłyby się udostępnić ci sprzęt i odczynniki, a jednocześnie mają wszystkie atesty? Ani Sorbona ani Święty Filip tego nie zrobią. A sam wiesz najlepiej, w jakim stanie dotarłyby próbki, gdybyś zechciał badać je w Hogwarcie. Sam transport wystarczyłby, żeby podważyć wiarygodność dowodu.

Fakt, Severus wiedział to najlepiej. Niektóre ślady były wrażliwe na magię, inne na czas, który mijał nieubłaganie. A tych dobrze znoszących transport tak magiczny, jak zwykły, mogłoby nie wystarczyć do wyjaśnienia sprawy.

– Swoją drogą, Severusie, czy masz ze sobą jakiś swój sprzęt?

– Owszem, powinien dotrzeć tu lada chwila, o ile twoja Harfa do czegoś się jednak nadaje.

– Severusie, użyłeś Atropos, by zastraszyć pracowników na stacji świstoklików?

– Nie rozumiem, dlaczego by nie. Ostatecznie ona przez cały czas wygląda, jakby miała ochotę kogoś połknąć. Postarają się sprawnie odstawić ją z całym bagażem na miejsce. I nie mów o niej „Atropos". To brzmi jak o kimś obcym.

Harfa doskonale poradziła sobie z dopilnowaniem bagaży i kiedy Severus z błyszczącymi oczyma rozglądał się po swoim tymczasowym laboratorium, siedziała już spokojnie na ramieniu hrabiego.

– Widzę, że jesteś zadowolony, Severusie – zauważył Dragomirescu uśmiechając się pod nosem.

– Zadowolony, to mało powiedziane – odparł Severus podnosząc wzrok znad aparatury do destylacji. – Nawet nie chcę wiedzieć kogo zamordowałeś, żeby zdobyć na to pieniądze.

– Nikogo. – Hrabia uśmiechnął się, choć mimowolnie przez jego twarz przemknął cień, niezauważony dla Severusa. – Za wszystko zapłaciłem z mojej własnej kieszeni. Gdybym miał liczyć na granty ministerialne, to PIMA nigdy by nie powstała.

– Dobrze – powiedział Severus, jakby nie słuchając hrabiego. Przesunął palcem po szklanej powierzchni chłodnicy.

– Ach, Severusie, to prawdziwie inspirujące, widzieć twój zapał do pracy. Ale może jest coś o co chciałbyś jeszcze zapytać?

Mistrz Eliksirów zastanowił się przez chwilę.

– Nie, teraz nie. Po rozmowie z inspektorem przeczytam akta, przemyślę całość i wtedy wrócę do ciebie po uzupełnienie niejasnych kwestii. Powiedz mi tylko jedną rzecz – zmarszczył brwi, wpatrując się w kolorowe buteleczki z odczynnikami – na jakie miejsce zbrodni mam się przygotować? Kto tam wchodził? Kto znalazł ciało? Roz...

– Dziękuję ci bardzo za to „ciało" – skrzywił się hrabia. – Przypominam, że ono wciąż oddycha, choć w chwili obecnej rzeczywiście dość słabo.

– Wybacz, hrabio... – Severus jakby się obudził, oderwał wzrok od sprzętu i spojrzał na wampira. – To głupi nawyk.

– Naturalnie – westchnął hrabia. – Mimo wszystko... Ach, zresztą nieważne. Przerwałem ci, dokończ proszę.

– Rozumiem, że przez ten pokój przedefilował cały oddział uzdrowicieli i połowa pracowników PIMY?

– Naturalnie. Ale uzdrowiciele mają szaty ochronne, więc nie zostawiają dużo śladów, zresztą sami wezwali aurorów i jakby rozumiejąc powagę sytuacji starali się robić jak najmniej bałaganu. Czego nie można powiedzieć o moich pracownikach, niestety. Ale musisz ich osobno zapytać kto wchodził i gdzie stał, o ile to jest do odtworzenia.

– Auror powinien ich przesłuchiwać. Ja nawet jako biegły nie mogę tego zrobić.

– Chyba nie zamierzasz mi powiedzieć, że nie umiesz uzyskiwać informacji nieoficjalnie. Nie rób się marudny, Severusie. I w miarę możliwości, nie wyładowuj się też na naszym młodym aurorze, bo coś mi mówi, że możesz mieć taką skłonność. Ale oto słyszę kroki. Sprawdźmy... – wychylił się na korytarz. – Tak, witam, inspektorze. Chodź, Severusie.

Severus wyszedł za hrabią na korytarz. Przed nimi stał młody, jasnowłosy czarodziej w oficjalnej aurorskiej pelerynie rodem z XIX wieku. Wyglądał jakby dopiero co skończył Beauxbatons i nie wzbudził w Severusie wielkiej sympatii.

– Severus Snape – przedstawił się Severus, wyciągając rękę na powitanie.

– Nicolas Lejeune – odpowiedział cicho auror, wymieniając uścisk dłoni. Nie dodał „inspektor", czy „młodszy inspektor" w zasadzie. Severus popatrzył uważnie jeszcze raz. Młody, delikatny, niedoświadczony, jak to się mówi, pod nosem mleko, a nie wąsy. A jednak Severus pomyślał, że jest jakiś plus, że Lejeune wie na czym stoi i nie usiłuje udowadniać nikomu swoich nieistniejących kompetencji. Kiedy szli do gabinetu hrabiego, to wampir szedł pierwszy, za nim Severus, a auror dopiero na końcu. Kiedy byli w środku, hrabia i Severus usiedli najpierw, Lejeune dopiero, gdy hrabia przywołał dla niego krzesło i wyraźnie poprosił by usiadł. A jednak nie wywołało to u Severusa normalnej, alergicznej reakcji, jak na potulnych i wystraszonych uczniów.

– To są akta sprawy – Lejeune podał Severusowi cieniutką teczkę. – Dane na temat pracowników i badań przez nich prowadzonych oraz wyniki ze Świętego Filipa.

Severus wziął papiery i przerzucił niedbale kartki.

– Jutro z samego rana oględziny – rzucił ostro, odwracając się nagle do inspektora. – O siódmej rano zaczynamy. Proszę przyjść w odpowiednim ubraniu, nie tej pelerynie, i przynieść sprzęt, jakim pan dysponuje, na wszelki wypadek, choć głównie używać będziemy mojego. Czy ma pan jakiś własny pomysł na to, co się zdarzyło?

Ostanie pytanie było obliczone celowo na zaskoczenie i zmieszanie aurora, co też się w pełni udało.

– N–nie... – wyjąkał Lejeune, czerwieniąc się lekko.

– Nie? – Severus popatrzył uważniej, pochylając lekko głowę. Spojrzeniu znad nieistniejących okularów nie mógł podołać niemal żaden uczeń Severusa, włącznie z tymi z kursu aurorskiego. Również inspektor zmieszał się, zaczerwienił jeszcze bardziej i uciekł wzrokiem, jakby szukając pomocy. O dziwo, pomoc nadeszła.

– Bardzo dobrze, przynajmniej nie będzie pan uprzedzony do faktów – powiedział ostro hrabia, ucinając tę rozmowę i dając Severusowi do zrozumienia, żeby przestał. Aurorowi jednak zostało nieobecne spojrzenie i rumieniec. Severus westchnął.

– To wszystko w takim razie, inspektorze. Widzimy się o siódmej rano i do tego czasu proszę pomyśleć o możliwych wersjach śledczych.

Inspektor wstał, pożegnał się i wyszedł jak najszybciej, wciąż unikając spojrzenia tak Severusa jak i hrabiego. Severus pokręcił głową.

– Hrabio, w ten sposób, to ja rozmawiam z uczniami w Hogwarcie, nie z pracującymi nad sprawą aurorami.

– Twoi uczniowie muszą cię kochać. Zresztą po co ja to mówię, cały rok miałem, żeby się na to napatrzyć. A co do inspektora... z pewnością ma dużo ukrytych talentów.

– Z naciskiem na "ukrytych", mój drogi hrabio.

– Po prostu nie przeholuj, Severusie. – Hrabia westchnął ciężko. – Idź teraz czytać akta. Wróć jeszcze o dwudziestej, przyjdzie mecenas d'Etollé z papierami.

– Myślałem, że powinienem załatwić to w Les Hautes Chaises? – zapytał zaskoczony Severus.

– Powinieneś, ale mecenas uznał, że tak będzie z wielu względów szybciej. Nie ma przepisu, który by tego zabraniał.

– Dobrze. W razie czego, będę w laboratorium. Muszę przygotować sprzęt na jutro. – Zamyślił się. – To czysta przyjemność pracować u ciebie, hrabio.

Hrabia znów się uśmiechnął i pokręcił głową.

– Baw się dobrze, Severusie. Wracam zatem do pracy, gdybyś czegoś potrzebował, przyjdź do gabinetu.

Severus ostrożnie, by nie rzec pieszczotliwie, przygotował fiolki i buteleczki na próbki. Był pewny, że technicy przygotowujący dla niego szkło zadbali, by usunąć z niego wszelkie ślady tak biologiczne jak magiczne, jednak stary, dobry zwyczaj kazał mu zrobić to jeszcze raz, własnoręcznie. W tym celu należało skorzystać z aparatury ustawionej w osobnym pokoju, likwidującej drobne zawirowania magii, często zbierające się na naczyniach używanych w czarodziejskich laboratoriach. Zajęło to może kwadrans i już mógł wrócić do siebie z błyszczącą piramidą szkła. Severus ekonomicznie zdołał zmieścić cały sprzęt na jednej tacy, by nie tracić niepotrzebnie czasu.

Idąc korytarzem niemal na kogoś wpadł. Szkło, które niósł w statywach zadrżało, ale się nie rozsypało. Zirytowany podniósł wzrok i już chciał pouczyć spotkanego człowieka jak się chodzi, kiedy dotarło do niego, że on go zna! Zna, i to skąd!

Nie było mowy o pomyłce. Mężczyzna przed nim miał te same hiszpańskie rysy twarzy, te same czarne włosy i brodę, oczy, które wydawały się bardziej czerwone niż brązowe i zaciśnięte mocno pełne usta. Jedynie zmarszczek miał więcej i siwych pasemek we włosach.

Tamten też go poznał. Przez moment w jego oczach odbiło się zaskoczenie, szybko zastąpione niechętną akceptacją wszystkiego, co mogłoby oznaczać to spotkanie. Bez słowa minął Severusa i poszedł dalej, w stronę wyjścia. W wąskim korytarzu bez okien musieli minąć się blisko siebie i Severus poczuł słaby zapach krwi i eliksirów do konserwacji preparatów tkankowych. Nie ruszył się, dopóki światła nie zamigotały, gdy otworzyły się i zamknęły drzwi na klatkę schodową.

Najspokojniej jak tylko umiał, Severus zaniósł szkło do laboratorium i postawił tacę na blacie. Zdał sobie sprawę, że ściska uchwyty tacy tak mocno, że zaczynają boleć go dłonie. Gdyby trzymał probówki, już dawno rozprysnęłyby się na kawałki.

Odetchnął głęboko i furkocząc peleryną, pomaszerował do gabinetu hrabiego. Zanim Koral zdążyła się odezwać, on już otworzył sobie obie pary rzeźbionych drzwi.

– Severusie? – hrabia podniósł wzrok znad czytanych pergaminów. – Co u...

– Czy ty wiesz, co robisz?! – wypalił Severus uderzając dłońmi o blat biurka i pochylając się ku hrabiemu. – Wiesz, kogo zatrudniasz? Dobrze ci tak, że masz kłopoty z ministerstwem, bo jeśli wiesz i pozwalasz mu tu pracować, to jesteś naiwny, a jeśli nie wiesz, to po prostu głupi!

Hrabia milczał, patrząc Severusowi głęboko w oczy i tylko pionowa zmarszczka między brwiami zdradzała, że nie jest mu obojętne co słyszy. Wobec braku innej reakcji Severus też zamilkł i tylko patrzył na hrabiego, marszcząc brwi i leciutko obnażając zęby. Hrabia odczekał jeszcze moment.

– Myślałby kto, że nie ja jestem wampirem, ale ty – zauważył chłodno. – Jeśli uspokoiłeś się już wystarczająco, to powiedz proszę, o kim mówisz i o co go oskarżasz.

– Mówię o Rodrigu Arnedo oczywiście! Był Śmierciożercą i chyba nie muszę cię przekonywać, że wiem to z pierwszej ręki!

Hrabia zmrużył oczy.

– Ach, a twoim zdaniem byłych Śmierciożerców należy wrzucić z miejsca do jamy ze skorpionami, żeby, broń Merlinie, nie dostali żadnej pracy. A już na pewno nie naukowej. I nawet nie, kiedy współpracowali ze stroną przeciwną.

Severus wyprostował się gwałtownie i głośno wciągnął powietrze. Całym sobą wyrażał protest i krzywdę z gatunku „jak możesz!".

Hrabia westchnął ciężko.

– Usiądź, Severusie. Proszę. – Odczekał, aż Severus nie przysiadł na brzegu fotela i nie wbił wzroku w podłogę pod nóżkami biurka. – Nie musisz wierzyć w nic, co powiem, ani nie musisz się ze mną zgadzać. Proszę tylko, żebyś najpierw mnie wysłuchał. Rodrigo Arnedo i jego brat Olivier pracują dla mnie od trzech lat. O przeszłości Rodriga wiedziałem od początku. Wiedział też Albus, z którym się konsultowałem. Nie wiem ile wiesz ty, ale przypuszczam, że niemało. Rodrigo współpracował z Albusem i Zakonem już przed upadkiem Voldemorta. Oczywiście, że nie był tak błyskotliwym, ważnym i cennym szpiegiem jak ty, Severusie, ale to nie znaczy, że należy go teraz spisać na straty. Poza tym – to bardzo nieszczęśliwy człowiek.

Hrabia umilkł i przez chwilę panowała absolutna cisza. Wreszcie Severus podniósł głowę i powiedział cicho.

– Poznałem Arnedo wśród zwolenników Czarnego Pana...

– Voldemorta – zauważył chłodno hrabia. – Kiedy ostatnio się widzieliśmy, wymawiałeś to słowo swobodnie.

Severus zbladł i rzucił hrabiemu wściekłe spojrzenie.

– Voldemorta, zatem – wyraźnie dało się usłyszeć zgrzyt zębów, kiedy domówił te słowa. – Poznałem jego historię i poznałem go w walce. Jakkolwiek byś go nie bronił, to nie był i nie jest to człowiek, którego nie mógłbym nie podejrzewać o najgorsze. Bo co jak co, ale on by się przed tym nie cofnął. Arnedo to zły człowiek i były Śmierciożerca.

– Proszę cię tylko, byś nie uważał go za winnego, póki nie udowodni mu się winy. Zastanawiam się, czy tak samo jak ja teraz, czuł się Albus, kiedy ktoś atakował ciebie.

– O tym możesz porozmawiać z Albusem.

Hrabia westchnął i odchylił się na oparcie krzesła.

– Severusie, mówię to ostatni raz. To, że patrzysz przez pryzmat przeszłości jest poniekąd zrozumiałe. Ale równocześnie jest nie do usprawiedliwienia, jeśli masz rzetelnie wyjaśnić to, co tu się stało. Jeżeli nie jesteś w stanie zdobyć się na obiektywizm, powiedz od razu. Wróć do Hogwartu. O ile się nie mylę, przeze mnie musiałeś zrezygnować z udziału w ważnej konferencji. Jedź tam zatem... i pokaż jak dobry może być były Śmierciożerca. Pokaż wszystkim, co można zbudować na takiej przeszłości. Bo nie ukrywam podziwu dla tego, jak sobie poradziłeś. Ale nie zapominaj, że na początku była szansa i zaufanie, których Albus wcale nie musiał ci dawać. I że wiele osób myślało o tobie dużo gorzej, niż ty o Rodrigo.

Przy ostatnich słowach hrabia wpierw wyprostował się, potem pochylił w stronę Severusa. Ten zaś westchnął ciężko i uniósł dłonie w obronnym geście.

– Dobrze, hrabio. Zbadam wszystkie wątki. Zrobię, co będę mógł, by wyjaśnić sprawę rzetelnie. Ostatecznie, ślady to ślady. Analizy szczęśliwie nie są tak podatne na uprzedzenia jak teorie... I myślę, że zacznę od razu.

Wstał. Hrabia skinął głową i Severus wyszedł. Z trudem powstrzymał się, by nie trzasnąć drzwiami. Miał też ochotę skontaktować się z Albusem przez kominek (na rachunek PIMY) i powiedzieć mu co o tym myśli, nawet jeśli znów miałby wyjść na uprzedzonego, niekompetentnego lub, o zgrozo – nowy i jeszcze gorszy wariant – rozczulająco skrzywdzonego na wojnie. Albus, czemu on nie powiedział wcześniej...

Na resztę dnia zabarykadował się w swoim nowym laboratorium i nie skusiła go nawet propozycja obiadu ze strony hrabiego. Prawdę mówiąc, nie miał teraz ochoty rozmawiać z wampirem. Wciąż czuł się nieswojo po ostatniej rozmowie. Czy to możliwe, że hrabia miał rację? Severus skłonny był raczej pozostać przy swojej wersji. Jeśli ktoś jest tu podejrzany i winny, to tylko Arnedo. I dokładnie dlatego nie będzie wielkim problemem udowodnienie mu winy. A do tego czasu nie trzeba o tym rozmawiać. Na Merlina, Severus sam sobie by nie ufał, gdyby to jego dotyczyło!

Przez to wszystko nie miał ochoty otwierać akt, choć z drugiej strony kusiło go by odnaleźć papiery Arnedo. Resztę czasu do dwudziestej spędził na pedantycznym przygotowywaniu wszystkich sprzętów i każdego z osobna naczynia do jutrzejszych analiz. Punktualnie o czasie zamknął laboratorium i udał się do gabinetu hrabiego. Miał tylko nadzieję, że mecenas będzie już w środku, bo nie bawiła go perspektywa ani milczenia, ani rozmowy z hrabią sam na sam.

Mecenas rzeczywiście już był. Na widok Severusa z fotela wstał młody człowiek w eleganckim surducie, cylindrze, zamaszystej pelerynie i fularze zawiązanym fantazyjnie pod szyją. W ręku trzymał laskę z gałką zrobioną z lapis–lazuli. Ale o ile z pozoru wydawał się ekscentryczny, czy nawet beztroski, o tyle spojrzenie jakim obdarzył Severusa było bystre, zimne i bardzo rzeczowe. Wymienili uścisk dłoni.

– Mecenas Antoine d'Etollé – przedstawił się krótko prawnik, błyskając uśmiechem.

– Severus Snape, Mistrz Eliksirów.

– To prawdziwa przyjemność pana poznać! Wszystko przygotowane, profesorze. Proszę tutaj – poprowadził Severusa do biurka, za którym siedział hrabia i szerokim ruchem dłoni wskazał rozłożone na blacie papiery, w tym oficjalne dopuszczenie dowodu z opinii biegłego.

Severus zawahał się. Jak mecenasowi udało się przekonać sąd? Jak sprawił, że wszystko działo się tak szybko? Wizengamot bywał bardzo podejrzliwy wobec adwokatów proponujących biegłych, chyba że chodziło o tych cieszących się naprawdę powszechnym uznaniem. Ale o ile w kraju Severus taką opinię miał, to tutaj już niekoniecznie. Również tempo było niezwykłe. Severus miał jak najlepszą opinię o rodzimym wymiarze sprawiedliwości, ale nawet tam nic nie działo się tak szybko. Zwłaszcza, że tutaj panowały podobno upadek i zgnilizna moralna. Aurorów na pewno. Nie podobało mu się takie załatwianie sprawy. Z drugiej strony – to jednak był hrabia. Podpisał więc.

Severus wynajął dwa pokoje w czarodziejskim hotelu, na ostatnim, piątym pietrze, skąd miał piękny widok wprost na Pałac Luksemburski i ogrody. Wbrew pozorom czuł się tu jak w lochach, co zawdzięczał spadzistemu dachowi i niewielkim oknom, które zresztą zaraz zasłonił. Zauważył też, że tutaj może łatwiej skoncentrować się na pracy i swobodniej myśleć niż w instytucie. Usiadł wygodnie w fotelu i przy świetle stojącej lampy zaczął wertować akta.

Faktycznie, było tego tyle, co kot napłakał. Akta, oprócz formalności w stylu powierzenia śledztwa niejakiemu młodszemu inspektorowi Nicolasowi Lejeune, zawierały notatkę służbową ze wstępnych oględzin miejsca zdarzenia (napisaną wyjątkowo niestarannie, jakby auror nie mógł z nerwów utrzymać w dłoni pióra), kilka rysunków (raczej bazgrołów) tegoż miejsca, które tak naprawdę nic nowego nie wnosiły i wszystkie robione były z jednego punktu widzenia – od progu. Nie wnosiły też wiele zdjęcia, zrobione podobnie ze złego miejsca i w złej odległości.

Dalej – papiery pracowników. Severus policzył je: sam hrabia, Koral, pracownicy techniczni, trzej, bez wyjątku wampiry, portierzy, służba, pracownicy naukowi: Rodrigo Arnedo, Swietłana Nikołajewna Cherlevoix, David Cherlevoix, Olivier Arnedo, Natasza Andriejewna Korsakowa, Irina Nikodijewna Sołowinowa, Luna Lovegood... A fakt, Lovegood też pracuje w PIMIE, przedziwne, jakoś zdołał o tym zapomnieć. Severus zdecydował, że musi z nią jak najszybciej porozmawiać. Co prawda spojrzenie Lovegood na świat było co najmniej swoiste, jednak była w tym momencie jedyną całkowicie wolną od podejrzeń osobą. A w każdym razie – nie zrobiła niczego złego celowo. No, jeszcze hrabia. Poza tym Severus nie wątpił w gruncie rzeczy w jej inteligencję ani zdolność obserwacji. Bardziej zastanawiał się, czy jest w stanie tak z nią porozmawiać, by zrozumieć odpowiedzi i dowiedzieć się tego, czego potrzebował. Przeczytał uważnie dokumenty, zapamiętując możliwie najwięcej szczegółów.

Dalej do akt dołączona była kopia wyników Davida Cherlevoix ze Świętego Filipa, opatrzona podpisem Biety. Brak większych obrażeń zewnętrznych, brak obrażeń wewnętrznych, stan głębokiej śpiączki o nieznanych przyczynach. Klątw nie stwierdzono. Fantastycznie. Oby Bieta była w stanie więcej powiedzieć w rozmowie na żywo. Bądź co bądź, hipotez i intuicji nie wpisuje się od razu do akt. To stwierdziwszy, Severus odłożył teczkę na stolik przy łóżku, wcześniej obłożywszy ją zaklęciem alarmującym, choć jedno już posiadała. Wychodził z założenia, że dobre nawyki należy pielęgnować, nawet jeśli momentami zakrawają na paranoję. Nie położył się jednak od razu spać. Za to poprawił się w fotelu, zamknął oczy i spróbował poukładać sobie w głowie to wszystko, co już wiedział.

Punkt wyjścia: pracownik znaleziony w laboratorium, ranny, ale żywy. Objawy nietypowe, brak kontaktu. Trzeba sobie radzić samemu. Co mogło się stać? Samobójstwo – jeśli już, to wyjątkowo oryginalne. Przyczyny naturalne – odpada. Wypadek – całkiem możliwe. Próba morderstwa – także możliwe. Jeśli wypadek – czyje doświadczenie poszło w diabły? Hrabia zapewniał, że nikt nie pracował nad niczym, co mogłoby dać takie efekty. Być może hrabia czegoś nie docenił, a być może też, że nie wiedział o wszystkim. Raczej nie przez zaniedbanie, więc może ktoś trzymał coś przed hrabią w tajemnicy, choć byłoby to bardzo ryzykowne. Ewentualnie – dwa prowadzone zupełnie legalnie doświadczenia weszły w interakcję dając nieprzewidziane skutki. Jeśli jednak chodziłoby o jedno doświadczenie – to czyje? Davida, czy kogoś innego? Wszystko zdarzyło się w nocy – zatem być może Davida. Najprawdopodobniej same oględziny i ślady już dużo tu wyjaśnią, przynajmniej co do natury tego, co tam się stało. Dobrze, że hrabia poczekał i zorganizował wszystko formalnie, choć sam też byłby całkiem kompetentny w zbadaniu sprawy. Co nie wyjaśnią ślady, trzeba będzie dowiedzieć się z przesłuchań. A jeśli próba morderstwa? A może sam atak, bez chęci zabicia? A może stwór jakiś wyrwał się spod kontroli, w końcu to magozoolodzy, niektórzy przynajmniej. Plan na później: po pierwsze ślady, po drugie informacje i motywy po trzecie dokumentacja, kto nad czym pracował i pracuje. Pierwsze i trzecie – bez problemu. Nad informacjami Severus się zatrzymał. Czuł całym sobą, że obecność Arnedo nie wróży niczego dobrego. To nie był człowiek, który mógłby żyć spokojnie i uczciwie, cokolwiek na ten temat sądzi hrabia. Tym niemniej Severus nie chciał, by to przekonanie za bardzo zawęziło mu śledztwo. A mogło. Na Merlina, mogło! Znowu to samo, znowu coś z wojny, a przecież już nic nie powinno... I jeszcze ten hrabia, tak albusowato pochylający się nad nieszczęśliwą duszyczką Arnedo! Zabębnił palcami o poręcz fotela w bezsilnej irytacji, że coś z tamtego, poprzedniego i zamkniętego okresu jego życia śmie się wtrącać w jego perfekcyjną zwykle pracę. Niech wpierw przesłuchuje go auror. Dopiero potem, jeśli będzie potrzeba, jeśli wina Arnedo... jeśli nie będzie wiadomo, kto jest winny, wtedy Severus włączy się do akcji. Można też wykorzystać Lovegood, niech ona rozmawia. Co jak co, ale ona sugestiom nie ulega, przynajmniej nie takim jak zwykli ludzie. Severus, zirytowany do reszty, wstał i położył się na łóżku. Po chwili namysłu sięgnął po Eliksir Bezsennego Snu.

Następnego dnia zjawił się w instytucie o wpół do siódmej i skontrolował po raz kolejny sprzęt. Hrabia był już na miejscu, ale zamknięty w gabinecie z dwójką nieznanych Severusowi wampirów. Poza nimi i portierem na dole nie było w budynku żywej duszy.

Kątem oka dostrzegł ruch na parapecie za szybą, jednak kiedy się odwrócił, nic nie zobaczył. Pokręcił głową. Gołębie, pomyślał odwracając się z powrotem. Nagle bardzo go te gołębie zirytowały, latające za oknem, brudzące gdzie się dało, nie to co w lochach...

Dziesięć minut przed siódmą hrabia zapukał do drzwi laboratorium.

– Jesteś gotowy, Severusie? Jeśli tak, to możemy zaczynać, inspektor już jest.

Świetnie, pomyślał Severus, wciąż poirytowany. Możemy zaczynać, inspektor przybył, aby plątać się pod nogami. Mistrz Eliksirów zamaszystym ruchem zgarnął ze stołu kuferek ze sprzętem i wymaszerował z laboratorium, gotowy pokazać wszystkim wokół jak powinny przebiegać sprawne i profesjonalnie przeprowadzone oględziny miejsca zbrodni, tudzież wypadku. Hrabia, którego minął w przejściu tylko za nim popatrzył i pokręcił głową.

Stanęli przed drzwiami laboratorium Davida (piąte drzwi od wejścia, po lewej stronie) – hrabia, Severus i młody auror. Wzdłuż framugi kłębiła się niebieskawa mgła.

– Nałożyłem zabezpieczenia – przypomniał Severusowi hrabia. – Musisz chwilę poczekać, aż nie wyjaśnię im, że mogą cię przepuścić. – Położył rękę na drzwiach i zaczął szeptać coś w szeleszczącym, słowiańskim języku. – Dobrze, teraz będziesz mógł wejść.

Stanęli na progu przestronnego kwadratowego pomieszczenia, jasno oświetlonego porannym słońcem. Obraz zniszczenia był rzeczywiście potężny – ciężkie stoły laboratoryjne były poprzewracane i połamane, aparatura, statywy i kociołki rozrzucone dookoła, a całą podłogę pokrywało potłuczone na miazgę szkło. Wszystko było upstrzone wielobarwnymi plamami rozlanych i zaschniętych eliksirów.

Severus westchnął. No dobrze. Formalnie oględzinami kierował auror...

– Inspektorze – Severus odwrócił się do Lejeune'a i z pewną przyjemnością zarejestrował przestrach na jego twarzy. – Pan będzie sporządzał protokół. Proszę nie wchodzić dalej. Ja zbadam miejsce i zbiorę ślady. Potrwa to długo, dlatego radzę zorganizować sobie jakiś stolik i krzesło.

Hrabia machnął różdżką i rzeczone meble zmaterializowały się w wejściu do pomieszczenia, zajmując niemal całą szerokość drzwi. Inspektor popatrzył na hrabiego z wdzięcznością i skinął szybko głową. Rozłożył na stoliku papiery i wyjął pióro.

– Cóż, ja w takim razie już pójdę – powiedział hrabia. – Ostatecznie należę raczej do stron zainteresowanych, a nawet podejrzanych. W razie czego będę w swoim gabinecie, możecie też prosić zawsze o pomoc Koral.

Odszedł. Severus rozejrzał się spokojnie po laboratorium i podzielił je w myślach na kilka podobszarów do kolejnego zbadania. Dzięki zdjęciom i szkicom z akt był w stanie określić miejsce w którym leżał David. Ten obszar zaczął badać najpierw.

Podłoga w tym miejscu pokryta była szarym proszkiem, który Severusowi nieprzyjemnie skojarzył się z popiołem. Oczywiście wszystko było rozsmarowane na pewnie trzy razy większej powierzchni niż pierwotnie, a sporo wynieśli uzdrowiciele na butach. Severus przywołał fiolkę i umieścił w niej cały proszek jaki udało mu się zebrać.

Concealo – różdżką dotknął korka i przelewitował próbkę na stolik aurora, który zrobił to samo. – Proszę zapisać, inspektorze: ślad numer jeden, proszek rozsypany w miejscu, gdzie leżała ofiara, zebrany bez pomocy magii.

Podobnie zebrał dwa włosy, które znalazł w tym samym miejscu, długie średnio na pięć cali. I na tym na razie skończyły się ciekawe odkrycia. Po obiecującym początku zaczęła się żmudna, rutynowa praca w postaci przeszukiwania każdej stopy podłogi i oglądania wszystkiego, co na niej leżało. Severus wpadł w przyjemny rytm powtarzanych czynności, podobnie jak podczas warzenia eliksirów i pracował w milczeniu, przesyłając na stolik inspektora coraz to nowe próbki. Ostatecznie mało które miejsce zbrodni jest tak bogate w dziwne substancje co zdemolowane laboratorium. Severus miał jednak wrażenie, że nie dowie się wiele z tych śladów, tylko dwa pierwsze wydały mu się ważne. Niektóre z rozlanych substancji mógł zresztą zidentyfikować od ręki, bo były to jak najbardziej pospolite składniki eliksirów lub też środki wykorzystywane przy obróbce materiału biologicznego.

Kiedy skończył badać ostatni fragment pomieszczenia, wyprostował się i rozejrzał dookoła. Czy było coś, co pominął? Czy coś jeszcze należy zrobić? Nie widział nic takiego, zatem czas było przejść do następnego etapu – analizy w laboratorium. Ostrożnie minął połamane meble i podszedł do aurora.

– Skończyłem, inspektorze – powiedział sucho. – Proszę pokazać protokół. – Wziął arkusz pergaminu do ręki i dokładnie przeczytał. Inspektor miał pismo drobne, ozdobione zawijasami, które skojarzyło się Severusowi z pismem niektórych jego uczennic. Tym niemniej protokół miał wszystko co potrzeba, nie zawierał nic ponadto, co Severus podyktował, utrzymany był we właściwej formie (czas teraźniejszy, bezosobowo) i Mistrz Eliksirów mógł się pod nim podpisać. To samo zrobił Lejeune i Severus już miał zamiar wracać do swojego laboratorium, obładowany tacą z próbkami, pozostawiając aurorowi zamknięcie i zabezpieczenie pomieszczenia, kiedy otworzyły się drzwi prowadzące na klatkę schodową i weszła młoda kobieta. Szła w ich kierunku i Severus przyjrzał się jej bliżej. Miała bardzo jasne włosy, zaczesane do tyłu i związane w malutką kitkę. Jej oczy były zaczerwienione i pociągała nosem, była też bardzo blada. Dopasował twarz do zdjęcia jakie widział w aktach: Swietłana Nikołajewna Cherlevoix, od pół roku żona Davida Cherlevoix. Przystanęła przy nich i popatrzyła niezdecydowanie.

– Panowie badacie miejsce... – powiedziała i z oczu popłynęły jej łzy, jedna po drugiej. – P–przepraszam, j–ja...

– To nic – powiedział miękko Lejeune wstając zza stolika i podając kobiecie chusteczkę. – To nic – powtórzył, delikatnie dotykając ramienia Swietłany. Patrzył na nią szczerze zasmucony.

– Ach, przepraszam, że się tak rozkleiłam. Właśnie w–wróciłam ze Świętego Filipa od męża, oni w–wciąż nie wiedzą co mu jest...

Severus z pewną fascynacją obserwował jak Swietłana wypłakuje się już nie w chusteczkę, ale w ramię inspektora. Lejeune delikatnie gładził ją po plecach, a minę miał cokolwiek niepewną.

– Zrobimy co w naszej mocy – powiedział cicho. – Profesor Snape jest świetnym specjalistą...

Swietłana podniosła głowę i popatrzyła na inspektora

– Ja wiem, że wy się staracie. Tylko, ze David wciąż jest nieprzytomny...

Inspektor się zarumienił i Severusowi się wydało, że sam ma łzy w oczach. Wyglądał jakby się wahał między uspokajającą obietnicą, że wszystko naprawdę będzie dobrze a świadomością, że tak naprawdę nie potrafi nic w tym celu zrobić.

– Bardzo mi przykro, pani Swietłano... – powiedział w końcu z całkiem nieszczęśliwą miną. – Ja... chciałbym, żeby wszystko się wyjaśniło i pani mąż wyzdrowiał... – zająknął się i urwał, niepewny co powiedzieć, skoro nie mógł nic faktycznie zrobić. Należało mu jednak zapisać na plus, że nie kłamał.

– Ja rozumiem – przerwała mu Swietłana. – Wiem, że ciężko pracujecie. I wiem, że nie może mi pan nic obiecać. Ja... bardzo panu dziękuję, że tak się pan przejmuje.

Auror ponownie się zarumienił. Severus potrząsnął głową. Dobrze, że nie jego auror i nie jego problem. Ale nie odchodził jeszcze do laboratorium, ani nie przerywał tej sceny. Obserwował. Swietłana powoli dochodziła do siebie, bardziej chyba na zasadzie kontrastu, niż dzięki aurorowi. Wreszcie pożegnała się z Lejeune'em i poszła do gabinetu hrabiego. Na Severusa właściwie nie spojrzała.

– Niech pan zabezpieczy drzwi – rzucił Mistrz Eliksirów do Lejeune'a i wkrótce zniknął w swoim laboratorium.

– David leżał tu, blisko drzwi, na wznak, głową w stronę wyjścia – powiedział Severus pokazując szkic hrabiemu. – Tak jak na tym zdjęciu. Ręce miał rozrzucone, nogi ugięte. Na twarzy – straszny grymas przerażenia, a przynajmniej tak zrelacjonowała mi to Koral. Myślisz, że mógł się przed czymś cofać? Przed czymś, do czego nie śmiał się odwrócić plecami, żeby szybko odbiec?

– Myślałem o tym – przyznał hrabia. – Ale na ciele Davida nie znaleziono śladów innych jak tylko drobne skaleczenia od szkła. Gdyby nie ten bałagan, powiedziałbym, że było to coś, co widział tylko, iluzja może, jakakolwiek straszna by nie była. Ale David sam nie mógł tego zniszczyć...

– Dlaczego? Zaklęciami?

– Odtworzyliśmy z inspektorem wszystkie zaklęcia z jego różdżki, jakie rzucał przez poprzednią dobę. Z trudem wystarczyłoby tego na tę apokalipsę.

– Niekoniecznie – zaprotestował Severus. – Myślę, że wpadł w panikę i zaczął rzucać zaklęcia na oślep. Trafił w butle i kolbki z eliksirami, niektóre z nich wybuchły. Wiem to z całą pewnością po oględzinach. Tylko nie rozumiem, czemu David nie miał na ciele obrażeń po eksplozjach...

Hrabia zagwizdał skomplikowaną melodię z opery „Czarodziejski grosz".

– Zajmujecie się tu rozmaitymi sprawami, hrabio – powiedział powoli Severus. – Zastanów się raz jeszcze. Czyj eksperyment mógł się wymknąć spod kontroli?

– Niczyj. Naprawdę. Mogę opowiedzieć ci dokładnie czym się kto zajmuje – nie ma nic co mogłoby skutkować aktywną, atakującą ludzi bestią, która w dodatku nie zostawia śladów na ciele ofiary.

– Właśnie, to coś lub ktoś, jednak, cokolwiek to było, nie zraniło Dawida.

– Nie, jednak nie – hrabia zamyślił się, popatrzył w sufit. – Może coś nie pozwoliło temu tego zrobić?

– To już tylko twoje czyste przypuszczenie – Severus wyprostował się. – Idę teraz do laboratorium, zbadam wstępnie próbki. Standardowe analizy, żeby wiedzieć co badać dalej. Zajmie mi to czas do wieczora, jednak z koniecznymi przerwami. Chciałbym, żebyś się zastanowił, kiedy możesz oprowadzić mnie po PIMIE i wszystko dokładnie pokazać. Włącznie z badaniami jakie prowadzisz ty i twoi podopieczni. Potem porozmawiam z pracownikami z osobna, kiedy już będę miał tło.

– Naturalnie, Severusie... – hrabia zamyślił się. – Nie mogę poświęcić ci tyle czasu dzisiaj. – Pokręcił głową. – Muszę być po południu w Ministerstwie, rozmawiać o naszej sytuacji. Gang znów zaatakował, tym razem czarodzieja. Nie zabito go tylko dlatego, że ten błyskawicznie się teleportował. Ale potem wampiry z Gangu przesłały do ministerstwa i do redakcji l'Ilumination oświadczenie, że atak miał związek z wrogim stosunkiem ludzi do wampirów, pogłębiającym się w związku z wydarzeniami w PIMIE. Naprawdę, Severusie, wiele bym dał, żeby nazwa instytutu nie padła w tym miejscu. A tak czyni mnie to odpowiedzialnym nie tylko za PIMĘ, ale i za działania Gangu.

– Czy przyszło ci do głowy, że to, co się stało może być powiązane ze sprawą wampirów bardziej bezpośrednio, niż tylko przez szum, jaki się wokół całej sprawy wytworzył? – zapytał cicho Severus.

Hrabia zmarszczył brwi.

– Owszem. Istnieje taka możliwość. Jednak szczerze mówiąc nie wydaje mi się prawdopodobna. Ani Ministerstwo ani Gang nie mają na tyle subtelności, sięgnęliby po inne, prostsze i skuteczniejsze metody. Mimo to... mimo to, nie wykluczam niczego.

Severus wstał i chciał wyjść, ale zatrzymał się w pół kroku.

– Ach, jeszcze jedno, hrabio. W miejscu, gdzie leżał David, znalazłem dwa włosy, wydaje mi się, że ludzkie. Sprawdzę to jeszcze, jednak jeśli rzeczywiście należały do człowieka, to warto sprawdzić do kogo. Być może nie do Davida.

– Chciałbyś próbki włosów moich pracowników?

– Ależ nie, hrabio. Istnieje dużo prostszy sposób. Jutro się tym zajmiemy – i uśmiechnął się paskudnie.

Resztę dnia Severus spędził na przyjemnej laboratoryjnej pracy. Większość śladów rzeczywiście była składnikami eliksirów lub gotowymi eliksirami, których nazwy Severus skrupulatnie, na wszelki wypadek, zanotował. Pięć zostało takich, których nie umiał zidentyfikować przy pomocy dostępnych mu środków, odłożył je zatem w starannie opisanych fiolkach, aby poprosić Bietę o przekazanie ich do analizy w Świętym Filipie.

Oprócz nich, jedynymi ciekawymi śladami były włosy i szary proszek, który faktycznie okazał się zmieszanym z ziemią popiołem. Należało tylko sprawdzić z czego pochodził popiół i jaka to była ziemia.

Severus mechanicznie mieszając wywar w kociołku pozwolił myślom odpłynąć nieco. Skąd ten popiół mógłby znaleźć się w laboratorium Davida? Czy to on go używał? Do czego? Czy przyniósł go ten, który Davida zaatakował? Czy popiół został użyty do przygotowania jakiegoś eliksiru? Co Arnedo mógł robić za pomocą popiołu? Do jakich uroków lub eliksirów go używał? Arnedo, albo i nie Arnedo... Severus spostrzegł się dopiero po chwili, że myśli automatycznie przeskoczyły na osobę byłego Śmierciożercy. Arnedo znał mnóstwo czarnomagicznych zaklęć i receptur. Na polecenie Czarnego Pana prowadził badania nad transformacją ludzi w wampiry, według starych, niekompletnych, słowiańskich zapisków. Nic mu nigdy z tego nie wyszło, szczególnie, że Voldemort żądał niemożliwych ulepszeń i modyfikacji. Jednak kto wie, co Arnedo zamierza zrobić teraz, na własną rękę? PIMA prowadzona przez wampira–naukowca byłaby świetnym miejscem do pokątnych badań. Wszystko pasowało tak pięknie...

Severus potrząsnął głową. Nie. Jakkolwiek pięknie to nie pasuje i jakkolwiek głośno nie krzyczy jego intuicja, nie może pozwolić sobie na zarzut nieprofesjonalizmu. Hrabia potrzebuje rzetelnej pomocy. A Severus nie wykonywał swoich zadań inaczej, jak tylko rzetelnie. Przypomniał sobie mimowolnie coś, co kiedyś powiedział Albus o Potterze: niewinny, dopóki nie udowodni mu się winy...

O dziewiątej wieczorem ktoś zapukał do drzwi laboratorium.

– Proszę – rzucił krótko Severus, zajęty opisywaniem fiolek.

Do laboratorium weszła Luna Lovegood z tacą, na której ustawiła dzbanek, trzy filiżanki i kilka tajemniczo wyglądających naczyń. Severus poczuł zapach tostów i jajecznicy. Zestaw śniadaniowy na kolację, raz...

– Co słychać u Harrego, profesorze? – zapytała swobodnie, stawiając tacę na krześle i siadając na parapecie z filiżanką w dłoni. – Proszę się częstować, zrobiłam specjalnie dla pana. – Severus nic nie odpowiedział, ani nawet się nie poruszył, za to Lovegood zamyślonym spojrzeniem powiodła po dachach budynków, błyszczących za oknem w świetle gazowych lamp i potem po gwiazdach. Zatrzymała wzrok na księżycu, który zbliżał się do pełni. – Bardzo się ucieszyłam, że pogodził się pan z Harrym – podjęła po chwili wątek. – To było strasznie smutne widzieć, jak się nienawidzicie. Zawsze uważałam, że w ten sposób nie mógłby pan pokonać Lorda Voldemorta.

Severus starannie przemyślał to zdanie, usiłując przestawić się na jej sposób myślenia. Ale ciężko mu było wczuć się w kogoś, kto przeskakuje w najlepszym wypadku na co trzecią myśl.

– Niech pan je, bo przygotowałam specjalnie dla pana... – przypomniała po chwili.

Severus podszedł do tacy i zdjął pokrywki z talerzy. Nie rozpoznawał ani jednej potrawy, ale pachniały smakowicie. Gdzieś musiały być też te tosty i jajecznica? Dopiero teraz poczuł się głodny. Zgasił ogień pod ostatnim kociołkiem i umył ręce. Lovegood przez ten czas nie powiedziała ani słowa, ale nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie, milczenie było przyjemne. Nie tylko jako brak dziwnych i irytujących komentarzy. Lovegood milczała tą specjalną odmianą milczenia, która sprawiała, że człowiek nie czuł się w obowiązku zapełniać ciszy samym sobą. Przeniósł tacę na czysty stół laboratoryjny i zaczął jeść. Było dobre.

– Potter czeka na narodziny pierwszego dziecka – powiedział jakby od niechcenia.

– Więc mówi pan, że nie pokonał pan Lorda Voldemorta?

Severus znieruchomiał z widelcem w powietrzu.

– Co?

– Och, nie wiem. Tak pomyślałam.

Severus popatrzył na nią, mrużąc oczy i marszcząc brwi.

– Lovegood, co tutaj się dzieje?

– Tutaj? – Lovegood obdarzyła go zdumionym spojrzeniem wyłupiastych oczu.

– Tak. Tutaj w PIMIE.

– Mówiłam panu. PIMA jest smutna i nie wie, co się dzieje. Jest tez przerażona i rozgniewana. Dziwne zwierzęta przemykają po korytarzach...

– Dziwne?

– Tak, nawet dla mnie są dziwne.

– Nie o to mi chodziło – żachnął się Severus. – Jakie to są zwierzęta? Jak możesz mówić, że budynek jest smutny? Czy może masz na myśli po prostu pracowników?

– Och nie, ani tak ani tak. PIMA. Oczywiście i budynek, i my wszyscy to czujemy.

Severus nic nie powiedział i wpatrzył się w swój talerz, a dokładnie w faszerowaną niewiadomego pochodzenia sosem okrągłą bułeczkę. Jakie pytanie należało zadać Lovegood, żeby dowiedzieć się czegoś konkretnego?

– Co myślisz o Rodrigu Arnedo? – powiedział pierwszą rzecz jaka mu przyszła do głowy. Nawet nie do końca był świadomy, że ja powiedział. A Lovegood posmutniała.

– Jest nieszczęśliwy. Tak jak PIMA.

– Tak, tak, zapomnij na razie o PIMIE. Powiedz o Arnedo.

Wzrok Lovegood stał się nagle bardzo chłodny.

– Nie pokonał pan Lorda Voldemorta – powiedziała cicho, z przyciskiem. – Tego się obawiałam. On też zresztą nie.

– On?

– Tak.

– Kto? Jak to nie pokonałem? To znaczy, oczywiście, że nie pokonałem, zrobił to Potter!

– Och, tak... – Lovegood oparła się wygodnie o ścianę i podciągnęła nogi na parapet. Popatrzyła znów za okno, jakby straciła ochotę na rozmowę.

Następnego ranka zjawił się w PIMIE o siódmej. Poprzedniego wieczoru do jego okien przez dobre pięć minut dobijała się Harfa z wiadomością od hrabiego. Widok harpii z rozłożonymi skrzydłami i rozcapierzonymi pazurami nawet za szybą, i nawet w Severusie, budził dreszcz. A czekała Merlin wie ile zanim Severus wyszedł spod ciepłego prysznica. Rzadko sobie na taki luksus pozwalał, ale tym razem uznał, że z jakiegoś powodu jest mu to potrzebne. Kiedy zobaczył Harfę za szybą, w pierwszym odruchu chciał walnąć Avadą (różdżkę miał przy sobie nawet w kąpieli), a potem przez kilka chwil zastanawiał się, do czego może być zdolna Harfa, w razie gdyby ją wpuścił. Nie wydawała się być przyjaźnie usposobiona do czegokolwiek.

Hrabia pisał: przyjdź o ósmej, oprowadzę cię po PIMIE. Zatem Severus, w nastroju odpowiednio paranoicznym, przyszedł wcześniej. Nie zaszkodzi wpierw rozejrzeć się samemu. I sprawdzić zostawione na noc próbki. Próbki swoją drogą nie przyniosły żadnych rewelacji i Severus znalazł się w obliczu piętnastu całkowicie wolnych minut. Jego umysł, nie mając nic innego, czym mógłby się zająć, zaczął produkować wspomnienia. Z jakiegoś powodu przypomniał sobie jak poznał hrabiego Dragomirescu.

Jesień tamtego roku była szczególnie mglista, deszczowa i zmęczona. Każdego ranka sufit Wielkiej Sali tonął w kożuchu mgły, której waciane strzępki snuły się nad stołami. Na dworze siąpił deszcz, co było najpogodniejszą pogodą od miesiąca i nawet broda Albusa wydawała się zimna, nasiąknięta i oklapła.

Poppy westchnęła, jak to często robiła i bez entuzjazmu podziabała łyżką w puddingu. Ktoś kichnął, ale w tych dniach zakatarzeni byli niemal wszyscy, więc nawet jej lekarskie odruchy stępiały. Na prawo od niej, profesor Sinistra przysypiała z rozmarzoną miną. Od wpadnięcia twarzą w pudding uratował ją głos dyrektora.

– Moi drodzy! Przełammy na chwilę nasze jesienne otępienie!

Odczekał chwilkę, aż uznał, że przyzwoitszego szmeru zaciekawienia i tak ze swych wychowanków i pracowników nie wydobędzie.

– Chciałbym ogłosić, że już za dzień a może dwa, radośnie przywitamy długo wyczekiwanego nauczyciela obrony przed czarną magią.

Severus na te słowa wbił widelec w swój pudding i zakręcił nim kilka razy, wyobrażając sobie, że to coś innego. Sala wręcz przeciwnie, ożywiła się i nawet jakby przestała na moment pociągać nosami.

– Pewnie wszyscy jesteście ciekawi, kto zastąpi na tym miejscu swojego dotychczasowego zastępcę, profesora Snape'a? – zapytał Albus, otrzymując w zamian wiele zdziwionych spojrzeń. – Otóż z radością donoszę, że sytuacja już jest jasna. Z tym niewielkim opóźnieniem, udało mi się podpisać umowę z hrabim Gaborem Imre Vladem Dragomirescu.

Po sali poniósł się szmer zaciekawienia. Szlachecki tytuł i pokrętne, obce nazwisko wzbudzało najrozmaitsze skojarzenia. Severusowi kojarzyło się prozaicznie – głównie z artykułami w czasopismach naukowych.

Hrabia pojawił się następnego dnia, dokładnie o zmierzchu i wkroczył dumnie do Wielkiej Sali podczas kolacji. Za nim majestatycznie leciała ogromna harpia. Severus uśmiechnął się pod nosem. Hrabia nosił czarne szaty obszyte futrem i podbite czerwonym atłasem. Twarz miał bladą – i Severus mógłby przysiąc – upudrowaną. Rozdawał wpatrzonym w niego uczniom spojrzenia godne samego Voldemorta i sugestywnie odsłaniał co jakiś czas kły. Wampir, który udaje, że udaje, że jest wampirem... Severus uśmiechnął się trochę wyraźniej i trochę bardziej ironicznie.

– Nie boisz się, Severusie, o swój tytuł Pierwszego Nietoperza Hogwartu? – zapytała niewinnie Minerwa tuż nad uchem Mistrza Eliksirów.

– A może stoczycie pojedynek o tytuł? – pisnął Flitwick z drugiej strony. Severus wyprostował się udając, że nic nie słyszał.

A jednak zaprzyjaźnił się z hrabią i to szybko. Dragomirescu przeszedł do historii Hogwartu jako pierwszy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią, który nie był obiektem nienawiści Mistrza Eliksirów. Obiektem zastępczym stała się z kolei Harfa, ale to już zupełnie inna historia...

Hrabia sprawnie oprowadził Severusa po instytucie, a następnie znów udał się do ministerstwa, przyrzekając wrócić na czas. Jeszcze przed obiadem Severus miał wszystko przygotowane. Czuł mściwą satysfakcję na myśl o planowanym eksperymencie. Podobnie czuł się dawniej, oceniając Longbottoma albo Pottera... Zamyślił się, mechanicznie stukając końcem różdżki w blat stołu laboratoryjnego. Różdżka co jakiś czas iskrzyła, zostawiając delikatne, czarne smugi. Wspomnienie czasów szkolnych Pottera zmieniło się diametralnie po pokonaniu Voldemorta. Teraz już coraz mniej rozumiał jak mógł mylić chłopca z Jamesem, jak mógł... robić i myśleć wiele innych rzeczy. I jak mało brakowało do zwycięstwa Czarnego Pana! Banałem byłoby stwierdzenie, że pokonali go zgodą i miłością, i całą resztą słodyczy... ale właśnie tak było. Jedyna moc jakiej Czarny Pan nie zna i oto Potter stał się uczniem i niemal przyjacielem Mistrza Eliksirów. Severus zapisał to w rubryce z największymi cudami swojego życia.

Potrząsnął głową. O czym on w ogóle myśli? Uderzył w blat drugą ręką, nagle bardzo zły. Otworzył szeroko okno. Co to w ogóle za myśli i wspomnienia? Rozejrzał się szukając czegoś na czym mógłby wyładować nagły gniew, chwycił pustą probówkę i rzucił ja z całej siły do zlewu, aż szkło poleciało we wszystkie strony. Nagle przypomniały mu się słowa Lovegood: „Czuje pan to? To atakuje znienacka" i zawstydził się swojej impulsywnej reakcji. Co tu się dzieje?...

Wyszedł szybko i zamknął drzwi na klucz. Na obiad poszedł nie do bufetu w instytucie, ale do knajpy kilka kamienic dalej. Nie rozumiał tego, ale czuł się w PIMIE jakoś... stłamszony, jeśli w ogóle kiedyś się stłamszony czuł, oczywiście... Tak jakby stale przebywał w tłumie i hałasie, choć pracował sam w idealnej ciszy.

Wrócił dopiero na umówioną godzinę i na widok aurora wszystkie wojenne wspomnienia i refleksje natychmiast wyleciały mu z głowy, niezdolne dotrzymać pola pokusie krytykowania tak jawnej niekompetencji. Wystarczyła niepewna mina aurora i lekko zmącone spojrzenie, jakim Lejeune wodził dookoła, kiedy wraz z hrabią weszli do laboratorium Severusa.

– Test jest prosty, inspektorze – oświadczył Severus niemal radośnie, krzyżując ramiona na piersi. – A ponieważ nierozsądne byłoby wtajemniczanie większej ilości ludzi, pan posłuży nam nie tylko jako formalny autorytet służb aurorskich, ale i jako obiekt doświadczalny. Niech pan nie robi takiej przerażonej miny – wycedził Severus przez zęby, ignorując zmarszczone brwi hrabiego. – To nie będzie bolało... za bardzo.

Nie, nie mógł się powstrzymać. Auror sam się o to prosił. O każdą zwiększającą grozę tanią sztuczkę. O każdy gwałtowny gest i złowieszczy syk. A Severus potrzebował poczuć się tak, jak na lekcji wśród uczniów, nawet jeśli miałby wrócić do dawnych lekcji à la Longbottom i Potter.

Ciut przedramatyzowanym gestem chwycił czarkę pełną gęstego, bulgoczącego wywaru. Ostrożnie dodał ostatni składnik, przez co barwa płynu stała się nieco bledsza, podobnie zresztą jak policzki aurora.

– Spokojnie, inspektorze – powiedział hrabia kładąc mu rękę na ramieniu, co sprawiło, ze auror wzdrygnął się gwałtownie. – To tylko Eliksir Wielosokowy. Severus dodał fragment włosa znalezionego na miejscu zdarzenia. To najszybszy sposób identyfikacji właściciela włosów, a w dodatku nikt poza nami nie będzie wiedzieć o eksperymencie.

Lejeune niepewnie wziął z rąk Severusa czarkę.

– Proszę nie rozlewać! – upomniał go ostro Severus, z satysfakcją obserwując kolejne krople na posadzce. – No dalej, niech pan pije.

– Lepiej wypić szybko – zapewnił spokojnie hrabia. Auror wziął głęboki oddech i wypił. Przez chwilę nie działo się nic, jedynie pozieleniał z lekka na twarzy. Następnie, w pierwszym odruchu paniki, czując działanie czaru, chciał odwrócić się i schować. Hrabia łagodnie zatrzymał go w miejscu, dzięki czemu obaj z Severusem mogli obserwować powolną transformację przerażonego aurora w równie przerażoną młodą kobietę. Kobieta była szczupła, miała czekoladowe, uczesane na pazia włosy, oczy jasne, zielone, błyszczące i wąskie karminowe usta. Karminowe były też chwilowo jej policzki, kiedy drżącymi rękami usiłowała doprowadzić do jako takiego porządku, stanowczo za duże, męskie ubranie.

– No, no... – powiedział Severus. – Hrabio, czy znasz tę kobietę?

– Nie, jestem prawie pewien, że nigdy jej nie widziałem – odparł hrabia przypatrując się uważnie. Kobieta usiłowała wyglądać pod ich wzrokiem na jeszcze mniejszą i drobniejszą niż była.

– Proszę coś powiedzieć, inspektorze – zażądał hrabia.

– A... ale co?...

Hrabia pogładził brodę. Natomiast Severus podniósł ze stolika trzy miarki krawieckie i machnięciem różdżki posłał je w kierunku aurora.

– Proszę stać spokojnie! Nie gryzą – rzucił ostro w stronę aurora, który próbował odsunąć się od miarek jak od stada dzikich os. – Proszę stać swobodnie i nie wciągać brzucha. I nie garbić się.

Po tych uwagach auror stanął praktycznie na baczność, ale była to już jakaś poprawa. Miarki zakończyły swoje dzieło i Severus spisał z nich bardzo dokładne wyniki. Hrabia westchnął.

– Cóż, Severusie, zrób jej jeszcze zdjęcie. Masz przygotowany aparat?

– Oczywiście, tutaj – Severus chwycił aparat ze stolika pod oknem. – Ale trzeba to przemyśleć... Proszę tam usiąść. – Wskazał stołek obok okna. Auror podszedł niepewnie, jakby od razu cały świat miał go w tym oknie zobaczyć. – I proszę zdjąć płaszcz i zsunąć nieco ubranie z szyi. W ten sposób wygląda to co najmniej dziwnie.

Pąsowy wciąż auror pozwolił, żeby hrabia udrapował kołnierz koszuli i marynarki wokół białego i naprawdę niczego sobie dekoltu.

– Nie powinna się tak czerwienić – orzekł hrabia. – Zdjęcie powinno być naturalne, na ile to możliwe oczywiście.

– Proszę w ogóle zdjęć marynarkę – dorzucił Severus. – Koszula od biedy wygląda jeszcze jak coś, co mogłaby włożyć kobieta. Tylko nie zapinać na ostatni guzik. No i czy naprawdę nie mógłby się pan przestać rumienić?

Kobieta nie wyglądała jednak jakby mogła, chyba żeby zbladła i zemdlała wdzięcznie. A to tym bardziej nie wchodziło w grę. Severus westchnął i odłożył aparat. Szybko zmieszał w drugiej czarce Eliksir Uspokajający z kilkoma jeszcze składnikami i podał aurorowi.

– Tylko powoli – rzucił. – Bo spadnie pani z tego krzesła.

Auror tym razem wypił posłusznie i wreszcie można było przejść do rzeczy.

– Proszę się uśmiechnąć – nakazał hrabia. Severus szybko zrobił kilka fotografii.

– No i ślicznie – podsumował Severus. Mamy zdjęcia, możemy szukać. Pan może szukać, inspektorze. Jak pan dojdzie do siebie oczywiście.

Severus urwał, bo obojętna mina kobiety wskazywała, że eliksir zaczyna działać w pełni. Hrabia też to zauważył i wyczarował w kącie laboratorium nieduży szezlong.

– Proszę się położyć – wziął kobietę pod ramię i poprowadził do leżanki. – Na razie nic więcej nie trzeba.

– Zajmę się protokołem – dodał Severus. – Pan go tylko podpisze. A tymczasem trzeba wywołać zdjęcia.

Wyszli z hrabią do ciemni, zostawiając aurora w zamkniętym na klucz pomieszczeniu. Kiedy wrócili do laboratorium z plikiem zdjęć, godzina jeszcze nie minęła. A na dźwięk przekręcanego w zamku klucza auror praktycznie podskoczył.

– Ależ spokojnie – powiedział hrabia zamykając za sobą drzwi. – Przecież nie ma się czego wstydzić. Mógł pan trafić znacznie gorzej, inspektorze.

– Oto zdjęcie dla pana – powiedział Severus, wręczając fotografię aurorowi. – Może je pan wykorzystać przy przesłuchaniach. Które musi pan zacząć wreszcie prowadzić. A o wynikach proszę mi mówić. Tylko niech pan od razu nie zdradza wszystkiego co wiemy. Żadnych włosów ani popiołu nie znaleźliśmy, jasne? Wie pan co robić? – zapytał na koniec, z tą szczególną intonacją, którą przekazywał podprogową informację, że na pewno nie.

– Tak – powiedział Lejeune, chowając zdjęcie do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Lepiej niech pan sobie dobrze wszystko najpierw przemyśli. – Severus nawet nie ukrywał wątpliwości. Sam zresztą też zamierzał nieoficjalnie i niezobowiązująco porozmawiać z pracownikami. Ale o kobietę na zdjęciu powinien pytać auror.

– Poradzę sobie, dziękuję – odpowiedział cicho Lejeune.

– Mam nadzieję. – Severus skrzywił się. – Proszę traktować każdego jak świadka, nie podejrzanego. W ten sposób łatwiej mogą się zdradzić. I niech pan notuje. Ma pan samopiszące pióro?

– Tak.

– Dobrze. Potem trzeba porównać wszystkie szczegóły. Jeśli zauważy pan sprzeczności w zeznaniach, proszę udawać, że pan nic nie widział i słuchać dalej, potem trudniej będzie wycofać się z kłamstwa. Proszę pytać gdzie byli poprzedniego dnia i w nocy, kto może to potwierdzić, nad czym pracowali. Czy nie widzieli czegoś obiegającego od normy...

Severus kontynuował instrukcje przed dobre parę minut. Kiedy skończył, auror zdążył już powrócić do swojej męskiej i jasnowłosej postaci. Gdy Severus pozwolił mu iść, pospiesznie wstał i zniknął w mgnieniu oka. Wydawało się, że za drzwiami odetchnął z ulgą.

– Jesteś strasznie obcesowy, Severusie – powiedział hrabia, który do tej pory stał cicho z boku. – Nie przerywałem ci, bo dobrze, żeby chłopak się czegoś nauczył, ale myślę, że nauczyłby się więcej, gdyby był mniej przerażony tobą.

Severus tylko wzruszył ramionami i zabrał się do pracy laboratoryjnej.

– Jeśli coś znajdziesz, przyjdź mi powiedzieć – westchnął hrabia i wyszedł.

Severus wprawnym ruchem rozlał bulgoczącą ciecz z kolbki do trzech probówek. Nic tu nie znalazł, mimo że pracował już ładne parę godzin i istniała możliwość, że w ogóle nic nie znajdzie.

Nagle jego wzrok przyciągnęła próbka odstawiona na najdalszy koniec blatu jako zapasowa. Resztę już zużył do analiz i okazało się, że nie potrzebował więcej, a odłożona kolbka wypadła mu z głowy. A teraz zmieniała kolor z brudnozielonego na czystą, żywą czerwień. Severus zamrugał. Nie tego się spodziewał. Nie w tej próbce. Podszedł szybko i podniósł naczynie, obejrzał je pod światło, pomieszał, znów obejrzał. Nic się tak nie dowiedział. Wreszcie odstawił naczynie i oparł się obiema rękami o blat, wpatrując się w próbkę z góry, jakby mógł wzrokiem nakazać jej, by wyjaśniła swoje zachowanie. Niestety, była to metoda całkowicie nieprzydatna w pracy laboratoryjnej. W przeciwieństwie do pedagogicznej, nawiasem mówiąc. Przelał zatem trochę płynu do nowej kolbki i przystąpił do dalszych oznaczeń.

Wyszło to samo – popiół był nie byle jaki. Ludzki.

Wynik był trochę dziwny. Zaskakujący, choć zdecydowanie mieścił się w ramach wszelkich najgorszych podejrzeń, jakie mógł mieć Severus wobec świata, ludzi i zagadek kryminalnych. Severus powiedziałby, że to może być kwestia błędu, kontaminacji, gdyby nie fakt, że osobiście pobierał próbki. Z drugiej strony... kto wie ile osób mogło dotykać śladów? Auror – to raz. Zadeptujący ślady uzdrowiciele – to dwa. Sam David – to trzy. Pewnie i sam hrabia, chociaż on akurat był ostrożny, właśnie by nie zostawić własnych śladów. Właśnie. Może po prostu, był to wcześniejszy ślad, na który nałożył się ślad późniejszy. Ale co miałoby być wcześniej na tej podłodze, by zmieszać się z popiołem? Czyjaś krew? Ślina? Bez przesady. Musiałoby być jej naprawdę dużo, nawet przy tak czułej metodzie. Hipoteza o kontaminacji tylko na pierwszy rzut oka wydawała się w porządku. Severus sięgnął po odczynniki do następnej analizy i wkrótce miał następną informację – popiół był stary. Pochodził sprzed wypadku, miał co najmniej rok, ale mógł mieć równie dobrze kilka lat czy nawet kilkanaście...

Zatem popiół jest ludzki. Co otwiera pole do dalszych spekulacji.

Ale byłyby to właśnie czyste spekulacje i Severus wiedział o tym dobrze. Jeśli jest popiół, powinno być ciało. Czyje? I czy martwe? Może to tylko spalone włosy? Nie miał materiałów, by określić o jaką dokładnie tkankę chodziło, o to będzie musiał jutro poprosić Bietę.

Severus w zamyśleniu pokręcił głową. Tak czy inaczej, jutro miał iść do Biety. A dziś w nocy przemyśli wszystko na spokojnie i może wyrobi sobie jaśniejszy pogląd na to, co się stało.

Do końca dnia przebadał inne próbki, ale już nic ciekawego nie odkrył. Pozostało tylko te pięć niewiadomych eliksirów stojących bezczelnie na półce i, Severus wyraźnie to czuł, śmiejących się z niego bezczelnie. Jego duma Mistrza Eliksirów poważnie w tym starciu ucierpiała. Nadchodził czas, by zapytać hrabiego, całkiem możliwe, że były to eliksiry o zbyt wąskim stopniu przydatności, by nawet Severus miał z nimi kontakt, nie mówiąc o odczynnikach, by je rozpoznać. Lista wyposażenia laboratorium nie przydała się na zbyt wiele, bo zawierała pozycje, których faktycznie nie było, a nie zawierała wielu z tych, które znalazł. Ale nie były to ciekawe odczynniki, jedynie takie, których można się normalnie spodziewać w magicznym laboratorium.

Zamknął pracownię, by iść do hrabiego i opowiedzieć o tym, co znalazł. Gdy szedł korytarzem, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ktoś mu się przygląda. Gdy odwrócił się gwałtownie, usłyszał trzask zamykanych drzwi. Ale były to jedne z drzwi na drugim końcu korytarza – i niemożliwe było wskazanie które.

Hrabia siedział za biurkiem i pisał coś ozdobnym, bardzo długim piórem. Żuraw smoczy znikający, ocenił Severus. Pióro przygotowane specjalnie do pisania musiało kosztować fortunę.

– A, Severusie – hrabia podniósł wzrok znad pisma. – Mam dla ciebie akta. Notatki z pierwszych dwóch przesłuchań. Inspektor prosił, by ci je przekazać. Powiedział też, że jeśli dowie się czegoś nowego, da ci znać... – mina hrabiego wyrażała powątpiewanie w tę możliwość, mimo że starał się to ukryć. Sięgnął po cienką teczkę leżącą na szczycie stosu papierów. – Zapoznaj się z tym. Nie ma tego dużo, ale kto wie, może dostrzeżesz tu coś, co umknęło mnie i inspektorowi.

Severus machinalnie wziął teczkę.

– Czy coś jeszcze?

– Tak...

– Siadaj, proszę. – Hrabia pisał jeszcze przez moment, wreszcie odłożył pióro i papier. – Wybacz mi, już cię słucham. Czy znalazłeś coś ważnego?

– Ludzką tkankę. W popiele.

– David nie został ranny. Bieta wyraźnie to podkreślała. Wyłącznie drobne zadrapania od szkła.

– Wiem, pamiętam. Być może to wina kontaminacji, może nałożyły się wcześniejsze, niezwiązane ze sprawą ślady. Ktoś mógł, choć to mało prawdopodobne, zanieczyścić popiół, kroplą krwi na przykład. Metoda wykrywania jest bardzo czuła. I nie jestem to ja, sprawdziłem już.

Hrabia nie zapytał, czy Severus jest pewny, że pobrał próbki prawidłowo.

– Ale i tak wygląda na to, że sam popiół pochodzi z ludzkiej tkanki. Odczyn jest bardzo mocny i trudno mi uwierzyć w tak znaczne zanieczyszczenie. – Zauważył ostre spojrzenie hrabiego. – Być może to tylko spalone włosy. Ale być może nie. Jutro przekażę próbki Biecie do analizy.

– Naturalnie, Severusie – powiedział łagodnie hrabia. Nagle wydał się bardzo zmęczony, czy zmartwiony. – Jeśli to wszystko, to zakończmy na dziś. Zobaczymy się jutro, kiedy wrócisz od Biety. Uprzedziłem ją o twoim przybyciu, więc nie musisz już robić tego osobiście. Będzie na ciebie czekała o wpół do siódmej rano. A w razie czego, możesz skontaktować się ze mną przez kominek, tu w PIMIE, lub w moim paryskim mieszkaniu. Nic się od twojej ostatniej wizyty nie zmieniło.

Następnego dnia, punkt szósta rano, Severus wstał i udał się do Paryskiego Szpitala Magicznego imienia Świętego Filipa. Filip d'Agen, patron tego skądinąd wysokiej próby przybytku zdrowia, był siedemnastowiecznym uzdrowicielem, który wsławił się antytalentem do leczenia równie wielkim, jak wielka była jego chęć niesienia pomocy. Anegdoty o nim nieustannie przewijały się przez wykłady na kursach magomedycznych jako przykłady czego nie robić. Koniec końców, jedyne co Filipowi naprawdę się w życiu udało, to ufundowany z pieniędzy żony szpital. O ile Severus kojarzył, z mało go w sumie interesujących plotek, żona Filipa poślubiła go z miłości, czego nie dało się powiedzieć o nim, beznadziejnie zakochanym w jakiejś mugolskiej księżniczce. Jaki pan, taki kram. Sam szpital natomiast położony był bardzo wygodnie w samym centrum miasta, na Île–de–Cité, z głównym wejściem zamaskowanym jako jedne z bocznych drzwi Hôtel–Dieu.

Severus wkroczył tam bez wahania i najkrótszą drogą udał się do gabinetu Biety. Szpital zbudowany był pod ziemią, podobnie jak jego brytyjski odpowiednik. Pomieszczenia dostępne dla pacjentów mieściły się w głównym pionie o kształcie krzyża, podczas gdy do części stricte szpitalnej, laboratoryjnej i administracyjnej przechodziło się z odpowiednich końców korytarzy. Aby dostać się do Biety, Severus musiał jedną z czterech wind dostać się na poziom –4 gdzie mieścił się Oddział Urazów Pozaklęciowych i Zdejmowania Klątw. Wysiadało się z wind na środku krzyża, gdzie zawsze wrzało największe piekło pacjentów przychodzących, wychodzących i panikujących, między którymi uwijali się członkowie personelu w niebieskich szatach. Następnie trzeba było przepchnąć się przez ten tłum, by szczęśliwie dotrzeć na sam koniec korytarza, przed drzwi z dębową tabliczką, głoszącą złotymi zawijasami: „Prof. n. magomed. uzdrow. Elisabeth d'Herblay – Ordynator".

Spojrzał na zegarek – było za minutę wpół. Uśmiechnął się nieznacznie i zapukał. Dobiegło go rześkie „proszę", na co nacisnął klamkę i wszedł do środka. Gabinet Biety utrzymany był w podobnym tonie, co reszta szpitala – dominowały spokojne, niebieskie barwy. Mebli było niedużo, choć wszystkie z najlepszego drewna. Kominek i ściany ozdobione były oprawionymi w ramki i szkło certyfikatami. Na poduszce przy kominku leżał duży kocur. Miał kremowy grzbiet, biały brzuch, pyszczek i uszy brązowe, na szyi czarną obróżkę ze złoconym zapięciem. Emanował pewnością siebie i leniwym dostojeństwem. Sama Bieta, ubrana w granatową szatę ordynatora, wstała zza biurka by powitać gościa. Była to czarownica w wieku prawie pięćdziesięciu lat, szczupła, o blond włosach przyciętych bardzo krótko w stylu Madame Hooch. Bieta była kobietą zorganizowaną i oddaną temu, co robi, z pasją, jaką niewielu jej kolegów i koleżanek po fachu mogło się poszczycić. Nadto była czymś w rodzaju wulkanu energii na dwóch nogach i najlepszym ekspertem od klątw po tej stronie Kanału Angielskiego. Była też jednym z nielicznych znanych Severusowi nauczycieli, którzy po równo budzili w studentach entuzjazm i respekt. Severus i tu, jak wszędzie, miał wyśrubowane wymagania.

– Witaj, Severusie – wymieniła z nim uścisk ręki. – Siadaj, proszę. Chętnie odpowiem na twoje pytania, potem, jeśli zechcesz, możemy iść do pana Cherlevoix.

– Wolałbym, żebyś wpierw opowiedziała mi sama wszystko, co możesz. Dziękuję – dodał, gdy Bieta postawiła przed nim filiżankę kawy z bitą śmietaną. Jakkolwiek sam w to nie wierzył, niezwykle smakowała mu słodka kawa parzona przez Bietę. Ona z kolei wiedziała o tym dobrze i już nawet nie pytała, czy częstować.

– Słusznie – Bieta usiadła i wzięła do ręki własną filiżankę. – Dwudziestego piątego kwietnia o godzinie siódmej rano ratownicy dostali wezwanie do PIMY. Skontaktowała się z nimi Koral. Po minucie byli na miejscu, znaleźli pana Cherlevoix leżącego w zdemolowanym laboratorium, nieprzytomnego, z grymasem przerażenia na twarzy. Nie reagował na standardowe techniki, nie reagował właściwie na nic, muszę ci powiedzieć. Tym niemniej jego stan był stabilny, więc zabrali go do Filipa i skierowali do nas na oddział na dalsze badania. – Popatrzyła uważnie znad prostokątnych okularów w cieniutkich srebrnych oprawkach. – Nie podobało im się to, co tam zastali, więc skontaktowali się ze służbami aurorskimi. Morgana wie, czy zrobili to przez uprzedzenie względem wampirów, czy naprawdę się zaniepokoili, w każdym bądź razie tłumaczyli, że jednak nie co dzień wzywani są do takiego wypadku. Skontaktuję cię później z szefem ekipy ratowniczej, jeśli zechcesz, ale obawiam się, że byli bardziej skoncentrowani na pacjencie niż na otoczeniu. Myśmy zrobili wszystkie możliwe badania i wniosek jest wciąż jeden: stan stabilny, życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, a jednak jest w śpiączce, z której nie umiemy go obudzić. Jego mózg jest sprawny, reaguje, choć słabo, na obecność innych ludzi, na mowę, szczególnie gdy jest przy nim żona. Reaguje coraz silniej, co pozwala mieć nadzieję, że sam się obudzi. Ale coś jakby bariera oddziela go od rzeczywistości – Odstawiła filiżankę na spodek. – Wiem, że to może zabrzmieć nieprofesjonalnie, ale dla mnie wygląda to tak, jakby to, co to spowodowało, było tak przerażające, że broniąc się, odciął się kompletnie od otoczenia. Nie ma w tym żadnej medycznej wiedzy, jedynie mój zdrowy rozsądek. Albo może inaczej... jakby to coś było zbyt mocne dla niego i umysł mógł się obronić tylko przez wyłączenie się. Nie wiemy też, co stało się z tym czymś. Badania nie wykazują obecności magii w jego umyśle. Pytaj teraz, Severusie, postaram się jak najlepiej odpowiedzieć.

Severus milczał przez chwilę, porządkując w głowie informacje i stukając delikatnie opuszkami palców w oparcie krzesła.

– Zbadałem wczoraj próbki śladów. Nawiasem mówiąc jest to coś, co od razu powinni byli zrobić aurorzy w swoim laboratorium, ale w obecnej sytuacji bardzo dobrze, że zaczekano na mnie z oględzinami. Znalazłem pięć eliksirów, których nie umiem zidentyfikować, dwa ludzkie włosy i popiół, też ludzki.

Bieta popatrzyła zaskoczona.

– Ludzki? – powiedziała z wahaniem. – Rozumiem, że wykluczyłeś kontaminację, zatem...

– Właśnie. Wykluczyłem kontaminację. Chciałem cię jednak prosić o sprawdzenie tego powtórnie – czy w popiele jest tylko popiół, a przede wszystkim z jakich tkanek popiół pochodzi.

– Masz próbkę przy sobie?

Severus wyjął dwie szklane fiolki, zamykane na gwintowane zakrętki, starannie zabezpieczone zaklęciem antytłukącym.

– Ta zawiera popiół, ta fragment włosa. Być może popiół pochodzi z włosów tej samej osoby.

Bieta wzięła fiolki i podeszła do kominka. Sypnąwszy garść proszku Fiuu zawołała „laboratorium pięć". W płomieniach pojawiła się głowa wiedźmy w średnim wieku, pulchnej, uśmiechniętej i obdarzonej przez naturę szopą potarganych loków.

– Tak, pani profesor?

– Przyślij do mnie kogoś po próbki do analizy. Zbadaj z jakich tkanek pochodzą i porównaj je między sobą. Powiadom mnie jak najszybciej o wynikach.

– Oczywiście.

– Dziękuję. I zwiąż włosy zanim czegokolwiek dotkniesz.

Kiedy fiolki zostały zabrane, Bieta zaproponowała Severusowi wycieczkę na oddział celem odwiedzenia Davida. Zamknęła drzwi gabinetu na klucz, odsunąwszy delikatnie stopą kocura.

– Wie, że nie ma wstępu do strefy leczenia i stosuje się do tego, ale widać zaciekawiłeś go Severusie. – Bieta uśmiechnęła się. – Trevor ma nosa do ludzi.

Severus przyjął ten, prawdopodobnie, komplement obojętnym skinieniem głowy. Bieta poprowadziła go na koniec korytarza po lewej, gdzie znajdowało się wejście do sal chorych, po drodze wymieniając z pracownikami i pacjentami liczne uwagi. Severus po raz kolejny docenił jej zaangażowanie i energię wkładane w prowadzenie oddziału, który wcale łatwy do prowadzenia nie był. Urazy pozaklęciowe były kapryśnie niemal, a może nawet równie, jak eliksiry.

Przy drzwiach na końcu korytarza, Bieta wyciągnęła różdżkę.

– Jeszcze tylko rzucę na ciebie zaklęcie ochronne, Severusie.

Potem poszli do małej sali na samym końcu korytarza, gdzie na jedynym łóżku leżał nieruchomo młody, ciemnowłosy człowiek. Twarz wciąż miał paskudnie wykrzywioną. Severus mimo woli poczuł dreszcz. Taki wyraz twarzy widywał najczęściej wśród ofiar Śmierciożerców i Voldemorta. A i nie u każdych tak upiorny. W pokoju siedziała też para starszych czarodziei, prawdopodobnie rodzice Davida.

Bieta westchnęła.

– Mam nadzieję, że jeśli odkryjemy jak to się stało, znajdziemy też sposób na wyleczenie go – powiedziała cicho do Severusa.

Odwiedziny u Davida nie przyniosły żadnych nowych informacji w przeciwieństwie do wyników analizy. Wciąż ta sama potargana czarownica znalazła ich gdy wracali do gabinetu Biety.

– Włosy – Bieta obdarzyła ją groźnym spojrzeniem, biorąc arkusz wyników.

– Miałam związane i pod czepkiem do analizy – zameldowała szybko tamta.

– Związuj je na stałe, kiedy następnym razem cię zobaczę, nie ma mowy o rozpuszczonych, bo sama ci je zetnę – mruknęła Bieta nie odrywając oczu od papierów..

– Tak jest, pani profesor.

– Dobrze, dziękuję na razie. Czy coś jeszcze? – dodała, bo labwiedźma się zawahała.

– Pani profesor sama to zobaczy z wyników... – i odeszła szybko.

Bieta popatrzyła za nią. Zmarszczyła brwi, po czym wróciła do czytania.

– No, no, Severusie. Coś takiego...

– Co?

Bieta otworzyła gabinet i wpuściła Severusa do środka.

– Otóż popiół i włosy rzeczywiście pochodzą od tej samej osoby. Między innymi. W popiele znajduje się materiał od trojga różnych ludzi. I, Severusie, to nie jest popiół z włosów. Zawiera właściwie wszystkie możliwe tkanki. To popiół z ciał.

Podała Severusowi wyniki. Ten przejrzał je i musiał przyznać: nie rozumiał. Wciąż miał za mało danych.

– No, to masz zagadkę Severusie – westchnęła Bieta. – i muszę cię z nią zostawić jak na razie. Naturalnie zawsze służę pomocą, zwłaszcza, że może to zaważyć na zdrowiu pana Cherlevoix. Ale za pięć minut mam zebranie Rady Szpitala, więc na razie musimy się pożegnać...

Severus wrócił do PIMY akurat w porze największej aktywności. Według portiera obecni byli wszyscy oprócz samego hrabiego. Severus udał się do swojego laboratorium i wyciągnął notatki Lejeune'a z przesłuchań. Przez chwilę przewracał kartki nie czytając. To był ten paskudny moment utraty tempa, utraty wątku. Nie podobało mu się to śledztwo, nie mógł zebrać myśli, nie mógł poukładać wniosków ani zaplanować co dalej. Poza tym miał nieprzyjemne wrażenie ruchu dookoła siebie. Kiedy tylko odwracał się wrażenie niknęło, ale za chwilę wracało, znów się oglądał i znów nic. Ale to najprawdopodobniej tylko jego paranoja, natomiast należało coś zrobić ze śledztwem. Hrabia był nieobecny, bo sprawa wampirów coraz bardziej się zaogniała. Trzeba było coś zrobić, tylko co?... Potrząsnął głową. Nie rozumiał co się z nim działo. Sprawa jak każda inna, w służbie Zakonu i jako biegły Wizengamotu nie takie zadania wykonywał. Ale i tak najchętniej zdałby się na szósty zmysł, który podpowiadał mu: Arnedo. Ale nie, nie mógł. Po kolei. Obiektywnie.

Popatrzył na notatki. Ciekawe, kogo też auror przesłuchał w pierwszej kolejności? Portier, trzy wampiry techniczne, Irina Nikodijewna Sołowinowa, Natasza Andriejewna Korsakowa. No dobrze. Wyjął dokumenty, które dała mu Koral: zatwierdzone przez hrabiego projekty badawcze pracowników. Irina Nikodijewna Sołowinowa: Pieśń wartownicza populacji szwargotka mysiego (Murmureus mus) w podziemiach Paryża – formalna analiza muzyczna i zróżnicowanie osobnicze z perspektywy ewolucyjnej. Szwargotek mysi. Nie brzmiało to jak coś, co mogłoby zaatakować Davida, już prędzej na odwrót. Natasza Andriejewna Korsakowa: Wykorzystanie ekstraktu z rogu buchorożca w magii pierwotnej – próba odtworzenia receptur. Severus aż zagwizdał pod nosem. Nieźle. Choć raczej niemożliwe, żeby samo uciekło. Jedyny sposób na śmierć z przerażenia, to obserwowanie tych eksperymentów. Aż dziw, że inni pracownicy nie bali się przychodzić do instytutu.

Severus zgarnął notatki i wyszedł z laboratorium w nadziei zdobycia jakichś sensownych informacji, które tchną nowe życie w tą sprawę. Coś poruszyło się za oknem, a Severus pomyślał, że jeszcze jeden raz i nie odwracając się rzuci Avadą...

Portierów było dwóch – z nocnej zmiany i z dziennej. Severus na wszelki wypadek przepytał dziennego, ale nie wyszło mu nic ponad to, czego dowiedział się Lejeune. Czyli w praktyce: niczego. Należało poczekać do wieczora. Poszedł więc do techników, trzech starszych wampirów o nieskazitelnie dżentelmeńskich manierach, rodowitych francuzów, którzy na szkła laboratoryjne patrzyli z minami kamerdynerów i lokajów doskonałych. Byli niemal nieodróżnialni i zdawali się działać jak jeden umysł. Severus zapragnął nagle podkupić któregoś i zabrać ze sobą do Hogwartu, jako żywy przykład dla uczniów jak obchodzić się ze sprzętem. Ale co gorsza – jedyne czego się dowiedział, to lista strat w wyniku wypadku Davida (włącznie z nieprzyzwoicie drogim aparatem Flamela do rozdziału mieszanin substancji wysoko– i niskomagicznych). Ach, i jeszcze zidentyfikowali pozostałe pięć eliksirów, niezależnie od siebie ale zgodnie, jako specjalistyczne acz zupełnie niegroźne. Zatem i tutaj nic. Przyszło mu jednak do głowy, że gdyby ci trzej zechcieli wspólnie zaplanować i przeprowadzić zbrodnię, byliby ciężkim przeciwnikiem: zgrani, doświadczeni, precyzyjni i diabelsko dokładni. Zabawne, że praca laboratoryjna i planowanie przestępstw wymagały tak wielu wspólnych umiejętności i podobnego zimnego, analitycznego umysłu...

Zajrzał następnie do Koral, która chłodno acz uprzejmie poinformowała go, że hrabia wciąż jest w ministerstwie i nie należy spodziewać się jego szybkiego powrotu. Wobec tego Severus poprosił ją o wskazanie, gdzie może znaleźć Irinę Nikodijewnę i w parę chwil później wchodził do obszernej biblioteki instytutu. Na samym końcu prawej alejki, wśród książek o porozumiewaniu się magicznych i mugolskich (tak, tak! mugolskich też!) zwierząt i roślin, na szczycie drabiny siedziała nad pergaminem dwudziestoparoletnia, drobna czarownica o czarnych włosach ostrzyżonych na pazia, w dziewiętnastowiecznej sukience ze stójkowym kołnierzykiem i kloszową spódnicą.

– Przepraszam panią...

– Hmmm? – Sołowinowa przez chwilę wracała do rzeczywistości. – Och, dzień dobry? – Uśmiechnęła się. – Z kim mam przyjemność? Pan też jest aurorem?

– Severus Snape, Mistrz Eliksirów – przedstawił się zwięźle Severus.

– Ach, to pan. Hrabia mówił nam o panu. Chcielibyście porozmawiać? Już schodzę.

Odłożyła rolkę pergaminu na półkę i lekkim ruchem zeskoczyła z drabiny, przytrzymując spódnicę, by nie podniosła się zbytnio. Stłumiła ziewnięcie.

– Możemy tu porozmawiać, jeśli chcecie. Tu jest cicho i spokojnie, i na razie jesteśmy sami.

Usiedli przy okrągłym stoliku ustawionym pod oknem.

– Nie macie pióra i notesu? – zdziwiła się Sołowinowa. – Ja mogę wam pożyczyć swoje. – Wskazała na swoje kolczyki. Do seledynowych kulek przyczepione były dwa złoto pomarańczowe, czarno nakrapiane pióra. – To wygodny sposób, kiedy pracuję w terenie. Nie muszę nosić piór w rękach ani kieszeniach. Ale już was słucham. O co chcielibyście mnie zapytać?

Severus nie przerywał jej. Normalnie szybko zirytowałaby go chaotyczna paplanina magozoolożki, w dodatku z wyraźnym rosyjskim akcentem, ale kiedy przesłuchiwał zawsze pozwalał ludziom mówić. Zawsze przecież warto wiedzieć, co kto ma do powiedzenia lub skłamania.

– Hrabia prosił mnie o zbadanie śladów – wyjaśnił płynnie, dobierając odpowiednio miękki ton głosu. – Dlatego chciałem zapytać o eksperymenty prowadzone w tym czasie w instytucie. Być może było coś, co mogłoby interferować z badaniami jakie prowadził David.

– No raczej nie – Irina Nikodijewna uśmiechnęła się. – David badał wydzieliny sumaczka śmiejaczka. One powodują uczucie szczęścia, stąd były stosowane przez ludy pierwotne w rozmaitych obrzędach. Nazwa ponoć też została nadana pod wpływem wydzielin... Trudno, żeby takie badania wymknęły się spod kontroli i to z takim skutkiem.

Severus skinął głową, bo to samo czytał wcześniej w dokumentach.

– Więc może było coś innego w tym czasie w instytucie, co mogło skończyć się wypadkiem?

– Ach, nie wiem. Przychodzą mi do głowy tylko badania Nataszy – Sołowinowa westchnęła, co płynnie przeszło w ziewnięcie i potarła oczy. – Ta kobieta kiedyś puści z dymem cały instytut, choć jak dotąd nie zrobiła ani jednego faux pas. No ale kiedyś jej słowiańska, nieporządna dusza dojdzie do głosu, a wtedy bójmy się wszyscy. O ile ona ma duszę, znaczy.

Severus opuszczał bibliotekę z dojmującym uczuciem zamulenia. Prawdę mówiąc, nie wydawało mu się, żeby przeprowadził tę rozmowę lepiej niż auror. A w dodatku coś poruszyło się dwa razy pod półką i zniknęło zanim zdążył zogniskować na tym wzrok. Ale widział jak Irina się otrząsa, zatem może nie tylko jemu się to przywidziało?

Następnie Severus skierował swe kroki do laboratorium na trzecim, najwyższym piętrze – a więc, o zgrozo, zaledwie dwa pomieszczenia w stronę drzwi od jego własnego – które zajmowała Korsakowa. Lokalizacja tuż pod dachem miała zapewne zminimalizować szkody w razie wybuchu. Zapukał, spokojnie i nie za głośno.

– Proszę!

Nacisnął klamkę i powoli wsunął głowę do środka. Za stołem laboratoryjnym stała kobieta w grubym fartuchu, rękawicach i okularach. Kręcone, rudawe włosy miała związane w byle jaki węzeł na karku. Miała może trzydzieści – trzydzieści pięć lat.

– Severus Snape, Mistrz Eliksirów. Jestem biegłym badającym wypadek pana Cherlevoix. Chciałbym z panią porozmawiać.

– Ach, to pan. Ależ proszę – odparła obojętnie Natasza Andriejewna, nie przerywając pracy. Nalewała właśnie oczyszczony jad buchorożca do wąziutkiej fiolki. Bez lejka.

– Jeśli to pani nie zrobi różnicy, wolałbym porozmawiać w miejscu, które nie grozi wybuchem. Ostatecznie będziemy mówić o... minimalnie w każdym razie, emocjonujących sprawach.

Korsakowa wzruszyła ramionami, zakorkowała fiolkę i odstawiła na statyw.

– Zatem chodźmy do bufetu. Przynajmniej będę mogła zapalić. Proszę mi pomóc – ściągnęła rękawice i odwróciła się do niego plecami, podnosząc włosy z szyi. Severus podszedł i zaczął odpinać kolejne guziki ciężkiego fartucha ochronnego. Te fartuchy były zmorą każdego laboranta i Mistrza Eliksirów. Zrobione z jednego kawałka skóry garboroga, nie przyjmowały magii, zatem musiały być zakładane ręcznie. A guziki zawsze były z tyłu, żeby przód ciała był maksymalnie chroniony. W ogólnej opinii osób pracujących z niebezpiecznymi substancjami, do każdego fartucha powinien być dołączany skrzat, pokojówka albo laborant gratis. Natasza Andriejewna z ulgą rzuciła fartuch na krzesło. Pod spodem miała prostą, czarną suknię z wysokim kołnierzem i długimi rękawami, zaprojektowaną w podobny sposób, co zwykłe szaty Severusa: przez kogoś, kto w ogóle nie kojarzył atrakcyjności jako pożądanej cechy stroju. Jednak prostota szaty w jakiś sposób podkreślała bunt i cynizm, jakie emanowały naturalnie z Nataszy i Severus nawet z przyjemnością popatrzył przez chwilę na jej sylwetkę – dopóki nie zobaczył nieco wyżej wykrzywionych niechętnie ust i zmarszczonych brwi.

Zeszli do bufetu, gdzie usiedli naprzeciw siebie przy małym stoliku i Severus zaczął rozmowę, usiłując nie krztusić się ciężkim dymem tytoniowym. Jaki to gatunek papierosów i co do niego dodawano, wolał nawet sobie nie wyobrażać.

– Proszę pytać – rzuciła obojętnie, zaciągając się dymem. – Nie wiem, czemu obaj uparliście się przesłuchiwać mnie na samym początku kolejki, czy to, że eksperymentuję z rogiem buchorożca czyni mnie jakoś bardziej skłonną do ataków na ludzi? No, proszę na to nie odpowiadać, już słyszę odpowiedź. Ale moje badania są w stu procentach legalne i nie ma się gdzie do nich przyczepić.

– Czyżby ktoś się przyczepiał? – Severus uniósł brwi.

– Cóż... w Filipie nie pozwolili mi nad tym pracować. Dlatego uprzejmie się pożegnałam i za radą profesor d'Herblay przeniosłam do hrabiego. To cudowny człowiek, otwarty na idee. – Wykonała zamaszysty gest cygaretką i ściągnęła usta w dzióbek. – Nie mam dużo czasu, niech pan pyta. Ma pan akurat tyle czasu, aż nie dopalę tego papierosa.

I Severus pytał, ale ponownie nic mu to nie przyniosło. Jednak na koniec Korsakowa uśmiechnęła się, po swojemu, złośliwie.

– Widzę, że nie jest pan zadowolony? A może tylko pan udaje, bo właśnie dowiedział się pan czegoś niesłychanie ważnego, a ja nie powinnam się zorientować? Chciałam tylko panu powiedzieć, że uszy do góry, jakkolwiek to z moich ust brzmi. Tu naprawdę dzieje się coś niedobrego. Wystarczy przyjrzeć się jak ludzie pracują, jak rozmawiają ze sobą. Taka zbiorowa psychoza trochę. Atmosfera jest gęsta – uśmiechnęła się jeszcze paskudniej – i była taka jeszcze przed wypadkiem. Joue à cache–cache! Do widzenia panu.

I zostawiła Severusa samego, pogrążonego w myślach. Do rzeczywistości przywołały go otwierane drzwi. Wszedł Rodrigo Arnedo. Severus, nie poruszając się ani o cal, wodził za nim wzrokiem, jak drapieżnik w kryjówce. Poczekaj, jeden fałszywy krok i będę cię miał...

Arnedo widać poczuł na sobie wzrok Severusa, bo odwrócił się powoli. Popatrzył przez chwilę, spokojnie i jakby wyczerpany. Severus zauważył bladość twarzy Hiszpana, tak mocno kontrastującą ze smolistą czernią włosów i brody. Arnedo zawahał się przez chwilę, a potem równie powoli jak tu wszedł, odwrócił się i wyszedł, jakby nie chciał mieć z Severusem nic wspólnego. No i nic dziwnego. Z pełną wzajemnością zresztą i w ogóle...

Severus westchnął. Arnedo wyszedł i mógł już myśleć jaśniej, bez tej przytłaczającej złości. Spokojnie. Obiektywnie. Arnedo wcale nie musi mieć nic wspólnego z wypadkiem Davida. Choć może mieć, oczywiście.

Severus wstał szybko i wyszedł z PIMY. Na zewnątrz odetchnął głęboko. Atmosfera. W tej atmosferze naprawdę coś było nie tak. Co mu umknęło? I dlaczego nie potrafił myśleć jasno? Jak tu przyjechał to jeszcze myślał jasno, prawda? Co mu teraz przeszkadzało? Może powinien porozmawiać z Lovegood? Dziwne, skąd taka myśl? Sama przyszła... Lovegood, miał ją poprosić o rozmowy z pracownikami. Choćby dlatego, że ona mogłaby poezje pisać po francusku, albo nawet obrazy abstrakcyjne malować, a Severusowi wciąż umykały niektóre idiomy i musiał prosić o powtórzenie innymi słowami. Potrząsnął głową. Nie wróci dziś do PIMY. Pójdzie do mieszkania i tam będzie myślał, może pójdzie mu lepiej...

Następnego dnia Severus stawił się w PIMIE jak zwykle wczesnym rankiem. Przywitał go niecodzienny rozgardiasz i jeszcze bardziej rozbiegane spojrzenia mijanych na korytarzu ludzi. A ponieważ Severusowi nie została już ani jedna kropla cierpliwości, udał się wprost do hrabiego.

– Pan hrabia nikogo nie przyjmuje – chłodna replika Koral osadziła go w miejscu. – Ma gości.

– Jakich gości? – spytał więc prosto z mostu. Koral przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, jakby oceniając, czy zasłużył sobie na tę informację.

– U pana hrabiego jest lady Sonia z synem – powiedziała w końcu, doskonale obojętnym głosem. Severus zobaczył jak jednocześnie, pod biurkiem, wbija obcasy coraz mocniej w miękki dywan. Aha. Lady Sonia. Severus sam się skrzywił. Nie spotkał jej nigdy osobiście, ale słyszał o niej od hrabiego. Lady Sonia zawsze oznaczała kłopoty, jak nie takie, to inne.

W tym momencie otworzyły się drzwi do gabinetu hrabiego i wyjrzał przez nie sam Dragomirescu. Minę miał nieokreśloną, ni to udręczoną ni to rozgniewaną, trochę też znudzoną.

– Ach, to ty, Severusie. Tak myślałem, że słyszę głosy. Czy coś się stało?

Severus zamrugał.

– Chciałem zapytać skąd ten rozgardiasz. Ale Koral już mnie poinformowała.

– W istocie, w istocie... – hrabia skrzywił się. – Wejdź, Severusie, proszę. O ile wiem, nigdy nie byliście sobie przedstawieni.

Severus starannie spokojnym krokiem wszedł do gabinetu. Po drodze, kątem oka, dostrzegł jeszcze skrzywioną minę Koral. Zaś na jego spotkanie wstała dama w pełnej wampirzej krasie, ubrana w powłóczystą granatową suknię. Miała gładkie, czarne włosy, ściągnięte pod złotą siateczkę, a na szyi kosztowne perły. Idąc stukała mocno obcasami, jakby chciała ukarać podłogę za jakieś osobiste zniewagi. Ucałował podaną mu białą dłoń. Granatowo pomalowane pazury tej dłoni mogłyby w jednej chwili rozszarpać mu gardło, a dama patrzyła na niego jak na jakiś nowy gatunek służącego, który umie mieszać w kociołkach i pisać publikacje.

– A to jest mój syn, Tristan – oświadczyła lady Sonia chłodno. – Tristanie, podejdź proszę.

Dopiero teraz Severus zauważył piętnastoletniego na oko chłopca, który zeskoczył z szerokiego parapetu. Dzieciak miał takie same bogate szaty co matka, brązowe włosy obcięte w gładki hełm, sięgający ramion i najbardziej zbuntowane spojrzenie, jakie Severusowi zdarzyło się widzieć od dłuższego czasu. Przy Tristanie nawet dzieciaki z Nokturnu wyglądały potulnie. No cóż, każdy ma takie dziecko, jakie sobie wychował.

– Lady Sonia przyjechała do Paryża w związku z zaostrzającym się konfliktem między ludźmi a wampirami – wyjaśnił hrabia spokojnym, głębokim głosem. – Sonio, moja droga, czy nie zechciałabyś się teraz udać do pałacyku, odpocząć trochę?

– Nie, Gaborze – odpowiedziała lady Sonia, cicho, ale z przyciskiem. – Teraz zamierzam udać się do Lorda Pierwszego Strażnika. Nie przyjechałam tu odpoczywać. Ale jeśli mogłabym zostawić Tristana na jakiś czas pod twoją opieką, byłabym wielce zobowiązana.

– Z przyjemnością się nim zajmę – odparł hrabia. Tristan, słysząc, że trzeba się nim opiekować wyglądał jakby był gotów mordować każdego, kto mu się nawinie pod zęby i pazury. Nie minęło jednak wiele czasu i lady Sonia teleportowała się z instytutu. Zdawało się, że w tej chwili wszyscy odetchnęli z ulgą: sam gabinet i wszystkie magiczne artefakty, hrabia, Severus, Tristan, ba, nawet zdawało się, że słychać westchnienie ulgi Koral zza ściany. Tristan natychmiast stracił całą buntowniczość, odprężył się i popatrzył dookoła, jakby się właśnie obudził. Chłopakowi dobrze by zrobiła szkoła z internatem, taka jak Hogwart, ocenił Severus. Ale zdaje się, że pani matka stawiała na prywatną edukację.

Hrabia westchnął.

– Tristanie, jeśli mogę cię prosić, zostaw nas na chwilę samych. Jeśli chcesz, możesz iść do biblioteki albo, ach, zwiedzić Avenue des Vénérables. Tylko nie oddalaj się za bardzo na wypadek gdyby twoja matka wróciła.

– Oczywiście – Tristan uśmiechnął się. – Ale będę tylko w bibliotece.

Kiedy wyszedł, Severus i hrabia usiedli w fotelach pod oknem. Hrabia przywołał kieliszki i likiery.

– Zaraza się panoszy – powiedział półgłosem. – Że też musiała tu przyjechać.

– Słucham? – uprzejmie zdziwił się Severus.

– Zaraza. Sonia. Wiem, to straszliwie niegrzeczne z mojej strony, ale nie umiem nazywać jej inaczej. Liczę, że będziesz dyskretny. Jakby Sonia się dowiedziała, że nazywam ją „Zarazą"...

– Po co tu przyjechała?

– Och, rozsiać trochę zamętu. Wstawić się za wampirami. To znaczy, pardon, stanąć na ich czele. Ma takie populistyczne zapędy. I jest dobra w oddziaływaniu na tłum, ma prezencję, ma nieskalaną pewność siebie. Niestety, ministerstwo, i ludzie w ogóle, są skłonni układać się nie z wampirami rozsądnymi, tylko z wampirami zbuntowanymi, i tylko dlatego, że się ich boją. Ale nie tędy droga! Próbowałem jej wyperswadować co poniektóre pomysły, ale to jak zębami w kamień. A ona gotowa jest rozpętać świętą wojnę o prawa wampirów. I jeszcze oczekuje, że stanę u jej boku.

Severus parsknął śmiechem i zakrztusił się likierem.

– Nadal...?

– Tak, nadal! – uciął krótko hrabia. – Nie pytaj, Severusie, z roku na rok jest coraz gorzej. – Westchnął i kontynuował już spokojniej. – Zaraza wymarzyła sobie męża z tytułem i klasą, to niech teraz cierpi. Ja się z nią nie ożenię, choćby stawała na głowie. I tylko żal mi Tristana.

– On naprawdę jest jej synem?

– Ależ skąd – hrabia machnął ręką. – Wampirzyca może mieć dziecko raz na dwanaście lat. To cena, jaką płacimy za naszą długowieczność. Stąd co dwanaście lat potraja swoje matrymonialne wysiłki. I nie rób proszę takiej miny, Severusie, już raczej roześmiej się na głos. Tristana przygarnęła po ostatnim niepowodzeniu, kiedy była opętana wizją macierzyństwa. Tristan był ludzkim dzieckiem, miał trzy latka i właśnie wampiry z rodu z którym Zaraza żyje w permanentnej niezgodzie zabiły mu rodziców, czarodziejów... zresztą nie będę cię nudził szczegółami konfliktu. Zaraza Tristana przygarnęła i wychowuje jak syna.

– Uczyniła go wampirem?

– Naturalnie. O to zresztą poszło między nimi. Widziałeś, jak się przy niej zachowywał. Tristan szuka siebie i doprawdy, nie ma łatwego zadania.

Severus skinął głową. Akurat w tej sprawie czuł się lepszym ekspertem niż hrabia.

– Tristan, gdyby tylko Zaraza dała mu trochę swobody, byłby naprawdę cennym pomocnikiem – oświadczył hrabia. – Mógłby mi pomóc w moim największym projekcie.

– Nie rozmarzaj się, jeśli Zaraza pozwoli mu pomagać ci w pracy, to najwyżej po waszym ślubie.

Hrabia popatrzył ostro i z hukiem odstawił kieliszek na stolik.

– A ty, Severusie, nie zapominaj gdzie jesteś i po co. Jeśli mówimy o pracy, to słucham, jak śledztwo?

Severus zmrużył oczy, ale przełknął złośliwą odpowiedź. W skrócie zreferował hrabiemu wydarzenia ostatniego dnia.

– I mówisz, że wbrew racjonalnym dowodom, to znaczy wobec ich braku, podejrzewasz Rodriga? – zapytał słodko i spokojnie hrabia.

– To nie znaczy, że nie sprawdzam wszystkich możliwości – odpowiedział szybko Severus i ugryzł się zaraz w język. Niepotrzebnie zabrzmiało to, jakby się bronił.

– Ja ci powiem, co to znaczy, Severusie – hrabia wycelował w niego oskarżycielsko palec zakończony ostrym pazurem. – To znaczy tyle, że wojna z Voldemortem wciąż przeszkadza ci funkcjonować. A jeśli tak, to powinieneś znać granice swoich możliwości i nie zgadzać się na zadania, których nie jesteś w stanie wykonać. Jeśli zamierzasz odpowiedzieć, że bez zadań nie poradzisz sobie z Voldemortem, to ci powiem, że są zadania, których wynik jest ważniejszy niż ty. I tylko nie mów mi, że nie ma problemu. Jeśli decydujesz się pracować, to musisz być gotowy na wszystko. Tak żeby nie było sytuacji w której powiesz: ale to już za dużo, bo ja swoją wojnę już skończyłem. Mam wrażenie, że po Voldemorcie uznałeś, że wyczerpałeś limit osobistych problemów w życiu. Teraz jesteś błyskotliwym uczonym, szanowanym ekspertem i to dlatego tak źle reagujesz na sprawy z przeszłości. Nawet nie próbuj się obrażać i wychodzić.

Severus zastygł w pół gestu, lekko zawieszony nad fotelem. Kiedy uświadomił sobie, jak głupio musi wyglądać, opadł z powrotem na siedzenie.

– Zaczynam coraz bardziej liczyć na naszego młodego aurora – oświadczył hrabia. – Przedwczoraj udowodnił, że jest prawdziwym mężczyzną.

– To dlaczego jeszcze nie ma go na miejscu, w pracy? – zjadliwie odparował Severus.

– Och, należy mu się chwila oddechu. – Hrabia machnął lekceważąco ręką. – A ty, Severusie, lepiej się zastanów, czy faktycznie możesz pracować dalej.

Severus odetchnął głęboko.

– Mogę. Mogę, bo wiem, że nie jestem do końca obiektywny. Dlatego mogę świadomie sprawdzać Arnedo, tak samo jak wszystkich innych. Tylko, że jako były Śmierciożerca jest obiektywnie trochę bardziej podejrzany. I to wszystko.

Hrabia patrzył na niego przez chwilę, spokojnie, uważnie, prosto w oczy.

– Dobrze, Severusie. Przyznam, że byłoby ogromnym kłopotem gdybyśmy musieli zerwać umowę.

Specjalnie nie powiedział „musiałbyś zrezygnować" lub „musiałbym cię zwolnić" zauważył Severus. Ale dobrze. Dobrze. Teraz można już iść dalej.

– Hrabio, powiedz mi, co dzieje się w PIMIE? Lovegood i Korsakowa opowiadały mi... nawet trudno to podsumować. O złej atmosferze. O zagrożeniu. Lovegood wprost powiedziała, że PIMA cierpi. Ja co jakiś czas mam wrażenie ruchu gdzieś pod szafką czy stołem. Rozmawiając z pracownikami, co jakiś czas widzę jak się otrząsają lub wzdrygają, albo nagle wpadają w zupełnie inny nastrój niż chwilę wcześniej. Ja po pół dnia w instytucie nie mogłem wczoraj myśleć normalnie. Czy znasz jakieś rozsądne wyjaśnienie tego faktu?

Hrabia zamyślił się, oparł podbródek na ręku, a łokieć na poręczy fotela.

– Nie znam, Severusie. Ja też to zauważyłem. Ale wrażenie było tak delikatne, że dopiero kiedy ty mi to mówisz, widzę, że to coś więcej. Muszę przyznać, że Luna wspominała coś parę dni temu. Ale byłem zbyt pochłonięty problemami wampirów, żeby dobrze zając się PIMĄ. Tym bardziej liczę na ciebie.

– Zatem ufasz mi? – zapytał krótko Severus.

Hrabia skinął głową.

– Naturalnie. Ale to nie znaczy, że jestem bezkrytyczny.

Teraz z kolei Severus skinął głową.

– Porozmawiam z następnymi pracownikami. Być może należało zacząć od tej rozmowy... – Severus urwał, bo zdał sobie sprawę, że powiedział to na głos. A powiedział to na głos, bo hrabia działał na niego jak Albus. Nikomu innemu nie przyznałby się prawie, że popełnił błąd z powodów osobistych. Które jednak były nieistotne. Nawet jeśli wcześniejsze starcie z hrabią o Arnedo wywołało u niego pewną niechęć do rozmów z pracownikami, nie znaczy to, że mylił się co do Śmierciożercy. Albo i się mylił, prawda. Ale to tak samo nieważne, teraz będzie już obiektywny.

– Porozmawiaj też z inspektorem. Wydaje mi się wrażliwy na takie sprawy. Mógł zauważyć coś, co nam umknęło.

Severus oparł się wygodnie i podniósł do ust kieliszek z likierem. Przez moment czuł trochę irracjonalną ulgę, że wszystko wróciło na prostą. Nawet na moment zapomniał, że wampiry, że czas goni, poczuł się jakby miał nieograniczoną ilość czasu na rozmowy i myślenie, skoro zabezpieczył już próbki.

– Zgoda – powiedział leniwie. – Ale wpierw porozmawiam z tobą. Powiedz mi nad czym ty pracujesz. Wiem, zapewniałeś, że nie może być mowy o interferencji, ale jednak wolałbym wiedzieć. A jeśli wiąże się to jakoś ze sprawą wampirów to tym bardziej.

– Dobrze, to nie tajemnica. Pracuję nad metodą przywrócenia wampirowi jego ludzkiej formy. Nad pełną i trwałą przemianą wampira z powrotem w człowieka.

Severus zakrztusił się likierem, rozkaszlał, poczerwieniał i łzy pociekły mu z oczu.

– Już dobrze? – spytał po chwili hrabia, tym samym spokojnym głosem. – Mam wrażenie, że mi zaraz powiesz, że to jak z motyką na słońce albo z owcą przeciw smokowi. Wcale nie. I przypominam, że przez tyle lat nikt nawet nie pomyślał, żeby wynaleźć coś na kształt Eliksiru Tojadowego. Powinieneś mnie zrozumieć, tak jak jeden prekursor drugiego.

– Eliksir Tojadowy nie robi z wilkołaka człowieka.

– Nie, ale czy nie chciałbyś wynaleźć lekarstwa na likantropię? Czy nie nad tym pracujesz?

– Skąd wiesz?

– Nikomu nie mówiłeś? – zapytał niewinnie hrabia. – Nie jesteś pewny wyniku, tak? Widzę to z twojej miny. Ale dlaczego nie szukać, nawet jeśli to nie my zdążymy go odkryć? Ja zresztą mam więcej czasu od ciebie.

– Ale po co? To znaczy, większość wampirów jakie znam, jest całkowicie zadowolona z tego faktu. Sam podkreślasz, że nie chodzi o możliwość picia krwi, ale o możliwość tak picia jak niepicia i wolny wybór...

– Sam się plączesz w tym, co mówisz, Severusie – oświadczył chłodno hrabia. – Być może jesteś jeszcze pod wrażeniem Zarazy i jej wszechpotężnego zadowolenia z siebie. Ale przypominam Tristana, któremu Zaraza odebrała możliwość decyzji.

– Tyle razy słyszałem cię jak mówisz, że wampiryzm jest próbą, która uszlachetnia. Że niby większe możliwości wymagają większej odpowiedzialności i tym większa chwała jeśli wampir z nich rezygnuje, i powstrzymuje się od chęci rozerwania gardeł nam, ludziom...

– Wiesz jak powstały wampiry, Severusie? – zapytał spokojnie hrabia.

– Dzięki grupie magów, hen w starożytności, którzy wyposażyli je we wszystkie zdolności za cenę picia krwi. Wampiry, uzyskawszy zdolności, natychmiast się zbuntowały i zaczęły realizować swoje nowe instynkty, od degustacji krwi twórców począwszy.

Hrabia popatrzył z chłodną dezaprobatą, spod półprzymkniętych powiek, wzdłuż orlego nosa.

– To bardzo sensacyjna wersja naszej historii, Severusie. W dodatku, jak większość sensacji, całkowicie błędna. Zaczęło się faktycznie od grupy magów, którzy chcieli potęgi. Ale nie stwarzali w tym celu wampirów z innych ludzi. Oni sami stali się wampirami. Szlachetne dążenie do doskonałości – zakończył ironicznie. – Cóż jest złego w byciu doskonalszym? Żyjemy dłużej, jesteśmy silniejsi, tak fizycznie jak magicznie. A kiedy wypijamy ludzką krew, nasza siła rośnie wielokrotnie. Dlatego tak trudno z nami walczyć. I dlatego tak trudno nam walczyć z chęcią picia krwi. Ludzie wynaleźli do tego eliksiry. A ty jakbyś wziął jeden z tych eliksirów Severusie, to też przybyłoby ci siły. Krew ma jeszcze tę zaletę, że nie powoduje skutków ubocznych. Poza chęcią wypicia następnej naturalnie. I tyle. Wcale nie musimy pić krwi, by przeżyć.

– Chyba, że atakuje nas drugi wampir, który krew pija i jest dziesięć razy silniejszy od nas?

– Tak – zgodził się hrabia. – Dlatego każdy sam musi sobie odpowiedzieć, czy chce zabijać, by przeżyć i nakręcać wzajemne walki. Ludzie robią to samo i dlatego mamy wojny. Ale wielu wampirom taki układ odpowiada. Siła jest ich największą dumą, dlatego z niej nie zrezygnują. Zwłaszcza starzy arystokraci, jak choćby Zaraza i młode wampiry, którym, przepraszam za niezręczne wyrażenie, krew uderzyła do głowy. Wstyd mi za nich, Severusie, naprawdę wstyd. Za nas, w zasadzie. Wciąż uważamy się za lepszych, a tak naprawdę nie mamy do tego żadnych podstaw. A co do samego eliksiru nad którym pracuję, nie robię go w żadnym razie po to, by zmuszać kogokolwiek do jego wypicia. Wychodzę z założenia, że każdy sam może zdecydować czy chce być wampirem i jakim. Ostatecznie nawet po zastosowaniu mojego eliksiru można stać się na nowo wampirem, w całkiem tradycyjny sposób, metoda usta-szyja, jeśli tylko znajdziemy jakiegoś pomocnego przyszłego krewniaka. A eliksir mógłby pomóc tym wampirom, które mają dość prześladowań ze strony ludzi i nie boją się zrezygnować z dodatkowych mocy. Ostatecznie życie dłuższe to wcale jeszcze nie jest życie sensowniejsze.

Severus pokręcił głową.

– Ambitnie, hrabio. Mam wrażenie, że sporo wampirów zechce cię za to rozszarpać, a sporo ludzi uzna, że taki eliksir powinien być obligatoryjny dla wszystkich wampirów.

– W obecnej sytuacji na pewno. Ale oni nie mają racji. Ja pójdę więc swoją drogą, oni swoją. Tylko szkoda by było, gdyby nikt nie docenił, a wszyscy wyklęli... A przecież nawet Zaraza byłaby całkiem przyzwoitą osobą, gdyby tylko pozbyła się tych swoich arystokratycznych uprzedzeń.

– O tak, znam takich samych arystokratów w Anglii, choć nie wampirów – wtrącił Severus. – Ale nie wiem, czy im może cokolwiek pomóc.

Hrabia uśmiechnął się.

– Co do ludzi, to na razie obserwuję tendencje wręcz przeciwne twoim prognozom. Nie masz pojęcia, ile ja się musiałem nachodzić i naprosić o zezwolenia na niektóre substancje i artefakty do pracy. Po pierwsze – i tak się nie uda. Po drugie – wampirowi do ręki niebezpiecznych zabawek się nie daje. Bo jeszcze zrobi nam krzywdę. Czasem to było wręcz twórcze i rozwijające, kiedy musiałem obchodzić jakoś brak danego składnika. Z paru takich odkryć mam osobne publikacje... Niestety, samo to, że pomijają mnie przy wszystkich możliwych okazjach, wywołuje bunt wśród wampirów. A co do projektu, to muszę ci powiedzieć, że zainspirował mnie Tristan, kiedy wszedł w ten wiek, w którym zaczął sam sobie szukać problemów. Chylę czoła przed jego problemami, naprawdę, chłopak wie, co jest w życiu ważne i myśli głębiej niż większość jego rówieśników. Czasem mam wrażenie, że głębiej też niż większość dorosłych. A poza tym chciałby być kapitanem żeglugi wielkiej magicznej. Ale to być może po to, żeby uciec jak najdalej od Zarazy... Jakoś nie mogę się nauczyć mówienia o niej jak o jego matce, swoją drogą.

– No dobrze, hrabio. To mi trochę rozjaśniło obraz. Bo już miałem wizję ciebie, pracującego nad jakimś szalonym wynalazkiem, zaprzęgającego do pracy cały instytut, że nie ma zmiłuj, wszystkie prace odłożone na później, a ty się zajmujesz tą nielegalną częścią pracy, za którą mógłbyś oberwać od władz, ze skromną pomocą mecenasa d'Etollé'a zresztą... – Severus uśmiechnął się ironicznie.

Hrabia szczerze się roześmiał.

– Ładna wizja, Severusie, może kiedyś ją wykorzystam. Kiedy stracę wreszcie cierpliwość do środowiska naukowego albo ono do mnie. Choć młodsi mnie szanują, to ze starymi profesorami mam największe problemy. Jak nie są otwarcie przeciw, to nie chcą się wychylać. Może dwie czy trzy osoby mnie wspierają, tak jak Bieta. Inni w najlepszym razie traktują mnie jak ekscentryka, o którym nie mówi się wprost, tylko w aluzjach. Ale na razie cel nie uświęca środków na szczęście. Choć przyznam ci się, że kiedy widzę jak PIMA jest wciąż pomijana, to krew się we mnie gotuje. Wiesz, że kiedyś byłem wodzem, hospodarem? Miałem własne wojsko, byłem prawdziwym panem na swoich włościach. Nie znałem władzy nad sobą. W takich chwilach przypomina mi się to wszystko, choć już ponad trzysta lat minęło. Chciałbym znów wsiąść na konia, wziąć szablę, prowadzić do walki, do zwycięstwa, do chwały... A rzadko kiedy przegrywałem. Bano się mnie jak ognia. A teraz? Dziś już tych wojen nie ma ale, ach, wciąż muszę o coś walczyć. Teraz nawet piękniej, bo dla ogólnego dobra, nie tylko dla siebie. To piękne uczucie, wiedzieć, że mogę tego dokonać. Bo nie wątpię, że ten eliksir powstanie...

Hrabia mówił coraz wolniej, coraz bardziej rozmarzonym wzrokiem. Severus kątem oka dostrzegł ruch przy kominku, ale nic tam nie było kiedy popatrzył. Przeszedł go za to dreszcz. Miał wrażenie, że z powolnej mowy hrabiego wyłania się coś groźnego, jeszcze pięknego, ale pod spodem... Znów zadrżał.

– Przepraszam, Severusie, rozgadałem się. Ach, prawie jak w Hogwarcie, kiedy rozmawialiśmy do późna w nocy...

– Tak, kiedy wypiłeś za dużo i żaliłeś mi się na cały świat, tak po słowiańsku i z głębi serca, jak to tylko ty umiesz – stwierdził Severus chłodno i ironicznie, żeby przełamać ten złowrogi nastrój. Tak szczerze mówiąc, to brakowało mu obecności hrabiego w Hogwarcie. Przypomniał sobie jeden wieczór, kiedy hrabia zaprosił go do siebie. I przekonywał, że on krwi nie pije. Najwyżej zwierzęcą, ale rzadko.

– A to? – Severus oskarżycielsko dźgnął palcem krwistopurpurową plamę na oparciu fotela, który hrabia przywiózł ze sobą do Hogwartu.

– To szminka – odrzekł spokojnie hrabia i westchnął. – Sonii. Muszę ukarać skrzaty domowe za to zaniedbanie.

– Ależ nie kłopocz się! Nie ma takiej potrzeby! – zawołał Severus nieco zbyt dramatycznie, zwłaszcza, ze słyszał już co nieco o Zarazie. – O ile to rzeczywiście tylko szminka.

– Absolutnie, zapewniam cię.

Severus też westchnął. Rozmowy z hrabią momentami za bardzo przypominały rozmowy z Albusem. Miał tylko nadzieję, ze on sam się w ten sposób nie zestarzeje. O ile w ogóle będzie miał okazję się zestarzeć.

Ach, prawda, pomyślał. Przecież jest już po wojnie. Będę miał.

Pożegnawszy hrabiego, Severus udał się na poszukiwanie kolejnych rozmówców. Aurora wciąż nie było widać, wiec postanowił nie czekać, tylko brać się do roboty. Na pierwszy ogień poszła Swietłana Nikołajewna Cherlevoix, żona Davida. Severus spodziewał się rozmowy równie łzawej i emocjonalnej jak przy ich pierwszym spotkaniu, toteż zabrał się do zadania szybko i sprawnie, żeby mieć je już za sobą. Swietłana poprosiła go do swojego gabinetu, położonego na drugim piętrze, między biblioteką a gabinetem Iriny. Było tam kobieco, jasno i bardzo przytulnie. Ściany po dziewczęcemu ozdobione były obrazkami, fotografiami i suszonymi kwiatami i Severus natychmiast poczuł się nieswojo. Na biurku stała oprawiona w kolorową ramkę fotografia Swietłany i Davida. Ślubna. A sama badaczka miała mocno podkrążone oczy i wyglądała na bardzo zmęczoną.

– Proszę siadać, profesorze – powiedziała cicho. – Jeśli tylko mogę w czymś pomóc, proszę pytać. Ale David nie zajmował się niczym niebezpiecznym. Wręcz przeciwnie...

I była to prawda – wynikało tak z dokumentów, z relacji wszystkich, których pytał i z samej analizy pobojowiska. W dodatku w czasie rozmowy Swietłana smutniała coraz bardziej i momentami wydawało się, że traci kontakt z rzeczywistością. Ani ona, ani on nie tknęli imbirowych herbat, które zaparzyła. Severus nie przeciągał wizyty. Wychodząc z gabinetu miał ochotę otrząsnąć się jak mokry pies. Jedyny racjonalny wniosek jaki wyłowił, to ten że Swietłana mówiła po francusku o wiele lepiej od Iriny, z którą wciąż jeszcze zdarzały się jakieś, zabawne według ich autorki, nieporozumienia. Obie panie przybyły do PIMY w tym samym czasie, ponad rok temu, prosto z Sankt Petersburga, przywiezione przez hrabiego z jego naukowej wizyty w Rosji. I obie zdawały się tu wygodnie zainstalowane i szczęśliwe. To znaczy – aż do teraz.

Następny na liście był Mark Nauman – bibliotekarz. Co najbardziej niezwykłe – mugol. Nauman był młodym człowiekiem o nieobecnym spojrzeniu i szopie kręconych, rudych włosów. Rezydował w niewielkim pokoiku naprzeciw gabinetu Swietłany. Wytarł okulary o rąbek wełnianego swetra i poprosił Severusa, żeby usiadł.

– Mogę panu dostarczyć listy książek, jakie wypożyczał każdy z pracowników w ostatnim czasie. Same książki naturalnie też są do pana dyspozycji.

Severus skinął głową. Piegi i biały kołnierzyk bibliotekarza przypominały mu nieco Percy'ego Weasleya, choć spokojny i lekko nieobecny sposób bycia absolutnie zaprzeczał ewentualnemu pokrewieństwu.

– A pan? Czy nic pan nie słyszał ani nie widział podejrzanego?

Mark uśmiechnął się.

– Nawet nie wiedziałbym co jest podejrzane, panie profesorze. Jestem mugolem, kończyłem filozofię, pracuję jako bibliotekarz. Nie mam absolutnie żadnych kwalifikacji do orzekania o dziwaczności czegokolwiek.

– Bardzo słusznie pan zauważył – przyznał mu rację Severus. – A jak to się stało, że hrabia w ogóle pana zatrudnił?

– Moja żona, Nancy, pracowała przez jakiś czas dla hrabiego. Jest czarownicą. Oboje pochodzimy z Anglii, tam go spotkaliśmy. Pamiętam, że byłem straszliwie zazdrosny, kiedy podszedł do niej, ucałował ją w rękę i spytał o imię. „Nan, a więc Ania?" powiedział, a ja myślałem, że od razu wbiję mu nogę od krzesła w serce. – Uśmiechnął się łagodnie, a Severus popatrzył na niego jak na wyjątkowy okaz pufka, który próbuje pokonać kuguchara. – Ale niepotrzebnie. Nan dostała pracę, potem ja też. A teraz przeniosła się do Świętego Filipa, jest uzdrowicielką z zawodu. Bardzo dobrze nam zrobiła przeprowadzka, oboje mieliśmy trochę dość Anglii po wojnie z Sam–Pan–Wie–Kim.

Severus w tym momencie grzecznie acz stanowczo przerwał. W końcu przyszedł porozmawiać o Davidzie.

– Davida słabo znałem – powiedział przepraszająco Nauman. – Owszem, przychodził do biblioteki, ale raczej rzadko. Już częściej mijaliśmy się na korytarzu, kiedy przychodził do Swietłany. Tu ma pan listę książek.

Severus wziął papiery i rzucił na nie okiem.

– Dziękuję. Myślę, że to na razie wszystko.

– Proszę przyjść w razie czego – uśmiechnął się bibliotekarz. – Jeśli tylko będę mógł, pomogę. Takie rzeczy nie powinny się dziać nigdzie.

Pozostał Olivier Arnedo, trochę podświadomie, trochę praktycznie, zachowany na koniec. Ostatecznie, jeśli tu nerwy Severusa puszczą, to przynajmniej będzie mógł z czystym sumieniem wyjść z PIMY i iść myśleć na swoje poddasze. Z papierów wynikało, że po pierwsze Olivier ma dwadzieścia pięć lat, po drugie jest świeżo upieczonym Mistrzem Eliksirów i numerologiem, po trzecie zajmuje się badaniami nad berserkami w dawnych społecznościach magicznych. A laboratorium ma na trzecim piętrze, tuż obok Korsakowej. Zatem musi mieć mocne nerwy i krok złodzieja, żeby hałasem nie wystraszyć nerwowych substancji, nad którymi pracowała. Bo samej Nataszy Andriejewnej nie wystraszyłby chyba nawet żywy buchorożec.

Olivier okazał się szczupłym młodzieńcem o aparycji trochę romantycznego studenta, a trochę chłodnego naukowca. Miał rozwichrzoną czarną czuprynę i wiązał na szyi czarną kokardę. Pełna bohema. Ale prostokątne okulary w cieniutkich oprawkach nadawały mu wygląd chłodny i rzeczowy. Severus skrzywił się. Był uprzedzony już do nazwiska, ale zupełnie niezależnie był też uprzedzony do młodych ludzi, którzy wyobrażają sobie, że są nie wiadomo kim.

– Słucham pana – rzucił krótko i wrogo Olivier, błyskając zielonymi oczami. Nie zaproponował, żeby Severus usiadł, najwyraźniej z góry zakładając, że rozmowa nie powinna trwać długo.

Severus zaczął od prac badawczych.

– Nie trzymam tu berserków, jeśli to pana interesuje. – Olivier przyklęknął na stołku i oparł się ramionami o stół laboratoryjny, splatając palce. Popatrzył bystro spod długiej, nierównej grzywki. – Badam dawne receptury, żeby wykazać jak czysto naturalne składniki wpływały na motywy ich działania. Mam na myśli to, że człowiek jest z natury zdeterminowany mechanizmami wewnętrznymi lub zewnętrzną sytuacją, a berserkowie są nad wyraz wdzięcznym obiektem do badań.

Severus uniósł brwi. Ciekawy okaz, ciekawe też po co hrabia toto u siebie trzyma? No ale trzymał też Rodriga...

Olivier wyprostował się i machnął rękami. Białe, szerokie mankiety wysunęły się spod rękawów fartucha laboratoryjnego.

– Nie mam pojęcia co stało się z Davidem. Ale gdyby to był berserk, gdyby pomyślał pan, że może ktoś wypił moje eksperymentalne eliksiry i go zaatakował, to z góry powiem, że zostałaby z Davida kupka mięsa na podłodze. Akurat, żeby coś pochować. A od pechowego berserka na milę czuć by było czosnkiem i wszystkie wampiry w instytucie od razu podniosłyby larum. Bo akurat czosnku użyłem do stabilizacji mikstury, jako że to dopiero etap wstępny badań. Czy to już wszystko?

– Prawie – powiedział spokojnie Severus, zmieniając wyraz twarzy z kamiennego na bardziej kamienny. – Gdyby pan mógł mi jeszcze powiedzieć nad czym pracuje pana brat.

– Rodrigo? – Olivier niecierpliwie strzepnął rękawy fartucha na mankiety koszuli. – A dlaczego nie zapyta pan o to Rodriga?

– Pomyślałem, że może pan wie.

– To nie jest odpowiedź – prychnął Olivier. – Jeśli podejrzewa pan go tylko dlatego, że był Śmierciożercą jak pan, to muszę powiedzieć, że właśnie ulotniły się resztki szacunku jaki do pana miałem jako do eksperta, Mistrza Eliksirów i w ogóle. – Nabrał tchu. – Właśnie, i w ogóle to proszę już wyjść, mam dużo pracy. – Podniósł kociołek z ziemi i ustawił na palenisku. Severus ostro wciągnął powietrze i w dwóch krokach był przy nim.

– Nie tym tonem – wysyczał łapiąc go za przód koszuli. – Poza tym lekcja numer jeden, nie masz pojęcia czy wiem, że twój brat był Śmierciożercą, jeśli nie, to właśnie wypaplałeś mi coś ważnego i to tylko przez głupie emocje. Po drugie, jeśli nie masz nic do ukrycia, to lepiej bądź grzeczny i odpowiadaj mi na pytania, bo Merlin mi świadkiem, nie znoszę takich rozpuszczonych dzieciaków jak ty.

– Pan chyba żartuje! – żachnął się Olivier i szarpnął, próbując uwolnić. – Pan mi nie będzie mówić o emocjach! Zresztą to śmieszne, przecież jest ogłoszona Międzynarodowa Lista Śmierciożerców!Poza tym każdy zna historię bohaterskiego Severusa Snape'a, nawet tutaj, musiał pan wiedzieć. Zdaje się, że sukces przewrócił panu w głowie... Proszę mnie natychmiast puścić, albo inaczej porozmawiamy!

Olivier błyskawicznym ruchem wyciągnął różdżkę i wbił ją w szyję Severusa. Na co Severus zupełnie instynktownie złapał Oliviera mocniej i przewrócił na podłogę. Po czym unieruchomił mu ręce i klęknął na plecach. Odczekał chwilę, aż przestanie się wyrywać.

Olivier obrócił ku niemu twarz. Prawe szkło okularów było pęknięte.

– Czy już pan udowodnił cokolwiek chciał pan udowodnić? – zapytał zduszonym głosem. – Jeśli tak, to proszę mnie puścić, nie zaatakuję.

Severus wziął głęboki oddech i wstał. Wyciągnął rękę, by pomóc Olivierowi się podnieść, jednak ręka została zignorowana. Olivier sam się podniósł, otrzepał kolana i starannie poprawił koszulę, kamizelkę, kokardę na szyi i fartuch. Na koniec przeczesał palcami włosy. Na moment zapatrzył się w róg pomieszczenia.

– Proszę już iść – poprosił cicho i spokojnie, sugerując, że w obecnej sytuacji to najlepsze, rozsądne wyjście. I Severus posłuchał.

Wciąż oszołomiony, stał przez chwilę na korytarzu, niepewny gdzie iść ani co teraz zrobić. Wreszcie zabrał ze swojego laboratorium wszystkie papiery i zszedł piętro niżej. Tam, tuż przy wyjściu na klatkę schodową, miała swój pokój Lovegood. Podniósł rękę, żeby zapukać, ale zanim trafił w drewno, drzwi same się otworzyły.

– Proszę wejść, profesorze – Lovegood odsunęła się, przepuszczając go do środka. Wszedł trochę niepewnie. W pomieszczeniu panował półmrok, lampa pod sufitem świeciła bardzo słabo.

– Lubię patrzeć jak pada – wyjaśniła Lovegood, siadając przy oknie. Rzeczywiście, na zewnątrz, zupełnie nagle, zerwał się wiatr i zaczęło lać. – Ginny napisała dziś do mnie. Nie może się doczekać kiedy dziecko przyjdzie na świat. Chcą nazwać je James Syriusz, ale chyba już teraz nie będzie to panu przeszkadzać. Jak pan będzie chciał, to może pan usiąść w tamtym fotelu – Lovegood wskazała rozklekotany czerwony mebel zarzucony poduszkami. – Tylko proszę uważać na kota.

Severus skwapliwie złapał zwyczajny wątek myśli, który mu Lovegood ofiarowała. Pochylił się nad fotelem i wskazał coś, co na pierwszy rzut oka faktycznie wyglądało jak duża, kremowa poduszka. Powstrzymał się przed dźgnięciem kota palcem. Przez chwilę poczuł się jakby Lovegood przytargała zwierzaka do klasy eliksirów albo jego własnego gabinetu i wyjaśniała, że sam się przyplątał, albo sprzedał go jej miły pan na Pont – Neuf dziś wieczorem...

– Prowadzisz na nim badania, czy tylko pozwalasz mu tu mieszkać?

– Och, to nie mój kot – wyjaśniła Lovegood radośnie. – To hrabiego.

Severus uniósł pytająco brwi.

– Ale najbardziej lubi spać tutaj, więc zawsze go wpuszczam. Poza tym dotrzymuje mi towarzystwa. Nie czułam się z nim taka samotna – wyjaśniła całkowicie zwyczajnym, neutralnym tonem, jakby opowiadała co dziś na kolację. – Hrabia pozwolił mi wymyślić dla niego imię. Kotku, chodź do mnie, pozwól profesorowi usiąść.

Kot powoli podniósł głowę i obejrzał się wpierw na Lovegood, potem na Severusa, wreszcie leniwie się dźwignął, przeciągnął i zeskoczył z fotela. Po chwili zajął nową strategiczną pozycję na kolanach Luny. Całym sobą emanował sugestię, że jako prawdziwy dżentelmen z własnej i nieprzymuszonej woli pozwala Severusowi zająć swoje miejsce. Zwierzęta hrabiego zdecydowanie miały Osobowość. Severus usiadł, zapadł się w fotel i pomyślał, że nie chce mieć z tym kotem nic wspólnego. Wszystko, co mogli mieć wspólne, streszczałoby się w walce o bycie Pierwszą Indywidualnością i Tym Kto Ma Styl. Na sierść Merlina, to byłyby nieustające starcia, które zbyt często, w ocenie Severusa, kot mógł wygrywać. To znaczy, nigdy nie powinien wygrywać.

– Mercredi jest bardzo inteligentnym zwierzęciem – zauważyła Lovegood, drapiąc kota za uszami. W pokoju rozległo się rozkoszne mruczenie.

– No nie, Lovegood, nazwałaś kota „środą"?

– A dlaczego nie? "Mercredi" to takie śliczne słowo. Pan przecież nazwał harpię Harfą... – Przytuliła mocniej zwierzaka, który wyglądał jak worek z kremowej sierści. Trzeba przyznać, że był nieźle utrzymany, spasiony i miał w sobie coś arystokratycznego. Nie przypadkiem ze wszystkich zwierząt Severus najbardziej lubił koty. Może nawet kiedyś zniży się do tego, żeby go pogłaskać. Stopą. Kontynuując niedotykanie ważnych wątków i niepytanie o to z czym przyszedł, zapytał czy w takim razie Lovegood jest pewna, że Mercredi nie jest animagiem. Bo test na bycie byłby pierwszym, co Severus by zrobił. Luna wzruszyła ramionami.

– Tylko kot może być tak koci jak Mercredi.

A potem zapadła cisza i słychać było jak kapią krople deszczu za oknem. Lovegood różdżką wskazała czajniczek, który podniósł się do góry. Po chwili kubek pełen ciepłego kakao przyfrunął do rąk Severusa. Ten popatrzył zdumiony.

– Kakao babci Lovegood – odpowiedziała Luna jakby to wszystko wyjaśniało. Severusowi było na tyle wszystko jedno, że wziął napój i upił łyk. Jak na kakao, było naprawdę dobre, z przyprawami dobranymi z idealnym wprost wyczuciem. Rozejrzał się dookoła, zatrzymał wzrok na Lovegood, ubranej w prostą, szarą sukienkę z szerokim dekoltem w kształcie serca. Luna, nie mając na sobie szkolnej szaty, nosiła stroje, które według Severusa zawierały element jej obcy – praktyczność i jednocześnie bardzo swojski chaos. Mogły być równie dobrze strojem mugolskim i czarodziejskim. Gdyby potrafił to wymówić, dodałby, że zawierają też coś całkiem go zaskakującego – romantyczność. A oczy malowała. Wyglądały jak pestki. Pestki czego? – odezwał się w nim zapomniany na chwilę Mistrz Eliksirów, by ratować się przed romantycznością. Potrząsnął głową, chcąc odgonić wszystkie te bzdurne myśli. Nienawidził chwil, w których nie rozumiał co się z nim dzieje.

A Lovegood zachowywała się jakby w ogóle go tu nie było. Ssała zawzięcie koniec pióra i uporczywie wpatrywała się w rolkę pergaminu, rozwiniętą na rzeźbionym, starym biureczku. Z jakiego ptaka zrobione było pióro, Severus za Chiny nie umiał powiedzieć.

– Co robisz, Lovegood? – zapytał mimo woli zaintrygowany.

– Piszę artykuł do "Żonglera". Obiecałam tacie, że będę mu przysyłać z Paryża kilka artykułów na miesiąc.

– Ach. I jak ci idzie? – Severus zezował na pusty arkusz.

– Świetnie. Już prawie całą stopę zapisałam!

Widząc jego zagubione spojrzenie dodała wyjaśniająco:

– Piszę białym atramentem. Inaczej ktoś mógłby przechwycić i przeczytać. Na przykład „Wszystkowidz".

– Przechwycić? Wszystkowidz? – ton Severusa nie zostawiał wątpliwości co do tego, co myśli o stanie umysłowym Lovegood. A myślał, że to on ma paranoję.

– Ci z konkurencji... – wyjaśniła nieco rozczarowana.

– Ach, to dobrze – westchnął, co zabrzmiało jakby z radością sam dostarczył jej w tym momencie konkurencji. – Bo już się martwiłem...

– Wiem, że uważa mnie pan za dziwaczkę, ale to ważne – powiedziała Lovegood spokojnie. Severus odetchnął i nic nie powiedział, nagle nie było nic do powiedzenia. Lovegood uciszyła bzdurny dialog i złośliwości. To był jeden z tych momentów, kiedy wydawała mu się tak dziwnie dorosła. Przypomniał sobie jak przez jeden rok Lovegood pracowała w Hogwarcie jako nauczycielka opieki nad magicznymi stworzeniami oraz zaklęć. Filius przechodził wtedy na emeryturę i w tym ostatnim roku oddał jej również część zajęć z młodszymi rocznikami. Severus pamiętał swoje zdziwienie i dyskusję z Albusem na powitalnej uczcie.

– Czy ty się dobrze czujesz, Albusie?! Lovegood?! Jako nauczycielka zaklęć?! Może od razu Opiekunka Ravenclawu?!

– Nie musisz krzyczeć, Severusie, słyszę doskonale – odpowiedział urażony dyrektor z miną Albusa–Któremu–Powiedziano–Że–Voldemort–Unicestwił–Cytrynowe–Dropsy. – Kiedyś, w przyszłości, na pewno. Na razie opiekunem będzie Auriga.

– Sinistra?... – Snape spojrzał sceptycznie.

– Filius w pełni zaaprobował mój wybór. Nie wiem czemu stroisz takie fochy, Severusie. Myślałby kto, że to ciebie wybrałem.

– I chwała Merlinowi, że nie! – odciął się Snape. Lovegood o kilka miejsc od niego przy stole nauczycielskim! Z promiennie obłąkanym uśmiechem między kolczykami z plasterków bakłażana i nad naszyjnikiem z ogórków! Może któryś z tych przedziwnych stworów ją zje, póki nie jest za późno. Nie traćmy nadziei!

Nie to, żeby nie doceniał Lovegood, oczywiście. Uczył ją i nie miał merytorycznych zastrzeżeń. Ale między teorią a praktyką bywała czasem nieprzebyta przepaść. Nawet nie śmiał sobie wyobrażać, jak będą wyglądać lekcje prowadzone przez Lunę Lovegood.

Lovegood jednak nie tylko poradziła sobie dobrze, ale też stała się ulubienicą pierwszo– i drugorocznych. Jednak po roku zrezygnowała z pracy. Wiatr, słyszalny tylko dla niej, przywiał ją do Paryża, do PIMY.

– Jak pan myśli, jak udało się ożywić ciało? – usłyszał głos Lovegood. Mówiła cicho i jakby trochę niepewnie.

– Słucham? – Severus potrząsnął głową, by odgonić wspomnienia i senność. – Jakie ciało?

– Osoby, która odwiedziła Davida – wyjaśniła, wciąż tym samym cichym głosem.

– Lovegood, czy ty wiesz coś więcej ode mnie?

– A pan się nie domyślił? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. Jakoś głupio to w sumie zabrzmiało.

– Ciało...

Severus zamknął oczy i oparł głowę o fotel. Ktoś... ożywiony miałby przyjść do Davida, przerazić go śmiertelnie i rozsypać się, zostawiając popiół i włosy? Czy miałaby to być tamta kobieta, w którą przemienił się auror?

– Znasz ją, Lovegood? – wyciągnął gwałtownie z kieszeni zdjęcie Lejeune'a jako kobiety. Auror padłby trupem, jeśli dowiedziałby się, że wcielił się w... no, trupa.

– Nigdy jej nie spotkałam, profesorze – Lovegood pokręciła głową.

Ale nawet jeżeli, to jak mogłoby udać się... Nie można przecież ożywić zmarłego.

– Samo ciało, profesorze. Ciało można zaczarować, ale ono musi wpierw oddychać i się poruszać.

– Samo ciało... istotnie, jest substancja... – Severus zerwał się z fotela i pobiegł do swojego laboratorium. Dopiero na miejscu zorientował się, że wciąż trzyma pusty kubek po kakao. Niecierpliwie odstawił go do zlewu i poszukał próbki popiołu. O tyle dobrze się składało, że analiza nie była długa. Substancja była charakterystyczna. I nielegalna.

Sapnął z zadowoleniem, patrząc na wynik testu. Piękna krew jednorożca. Wyjaśniało się jak, pozostawało kto i po co... I dlaczego David tak się przestraszył? Severus, mimo swej rozległej wiedzy czarnomagicznej, niewiele wiedział o praktykach nekromanckich. Nigdy nie był to problem rozpowszechniony na Wyspach i w swojej pracy się z nim nie zetknął. Wiedzy zdobytej w szczenięcych latach fascynacji czarną magią nie wystarczało na bardziej skomplikowane kwestie ożywiania. Zatem, należało zapytać kogoś, kto wie.

Wychodząc z PIMY wpadł na Lovegood. W jakiś magiczny sposób dziewczyna wychodziła w tym samym momencie. No i dobrze. Severus nie miał już skrupułów przed wykorzystaniem w śledztwie każdej możliwej pomocy.

Nie odzywając się do siebie, zeszli skrzypiącymi, drewnianymi schodami i wyszli na oświetloną księżycem ulicę.

– Profesorze! – Luna zatrzymała się gwałtownie. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w jakąś malutką uliczkę.

– Na wszystkie demony i Świętego Pottera! – wykrzyknął ze złością Severus. – Nie mów, że zobaczyłaś jakieś niezwykłe stworzenie, którego nawet ty nie znasz? Możesz je potem złapać i zrobić furorę w instytucie, ale teraz już chodź.

– To był ptakojęk... jeszcze słyszę jak śpiewa, to znaczy jęczy...

– Lovegood, czy ty normalnie słyszysz głosy, których nie ma?

– Ależ są. – Luna ostatni raz rzuciła okiem w stronę uliczki i wreszcie poszła za nim. Severus pokręcił głową.

Domniemany ptakojęk wysunął głowę i prawie cały dziób spod skrzydła. Popatrzył smutno, ale i z nadzieją. Ona go widziała. Może nie wszystko stracone.

Cicho wzbił się w powietrze. Wkrótce dołączyły do niego dwa kolejne. Dobrze, że udało się zwrócić tutaj jej uwagę. Tam, gdzie wszystko się zaczęło, zbyt często gonił je kot.

Lovegood lekkim krokiem skierowała się w stronę końca ulicy i weszła wprost w gruby pień wierzby. Zniknęła, więc Severus niewiele myśląc poszedł w jej ślady. Znaleźli się na mugolskim boulevard Saint Michel.

– Za mną – zakomenderował i ruszył w stronę Île–de–Cité. Skręcił w rue St–Germain i dalej w labirynt wąskich uliczek dochodzący aż nad Sekwanę.

Severus mknął jak burza, nie oglądając się na Lovegood, która jakimś cudem mogła jednocześnie dotrzymywać mu kroku i rozglądać się na wszystkie strony. Mijali liczne, przytulne kawiarenki i sklepiki, aż Severus wyhamował przed wąskimi oszklonymi drzwiami, oklejonymi masą świstków, papierów i plakatów.

– Lovegood, posłuchaj mnie – odezwał się z przyzwyczajenia po francusku. – O ile nie dostaniesz wyraźnego zaproszenia, będziesz czekać w pierwszej części sklepu, tej mugolskiej, lub w drugiej, magicznej, a na zaplecze nie masz wchodzić i najlepiej zapomnij, że tam jestem. W pierwszej części możesz nawet kupować wszystko, co ci przyjdzie do głowy. Jeśli będziesz miała okazję kupić coś w drugiej – ton Severusa wyraźnie wskazywał, że jest to zaszczyt – to najpierw musisz pokazać to mnie. Jasne?

Lovegood powoli i dość obojętnie pokiwała głową.

– I zachowuj się cicho. Nie zwracaj na siebie uwagi innych klientów. Najlepiej niech nie słyszą języka angielskiego, jeśli już musisz się odezwać, to po francusku. A poza tym działaj stosownie do sytuacji. Wchodzimy!

Weszli. Księgarenka była urocza. Była też bardzo... pełna. Stosy książek wypełniały pomieszczenie aż po sufit, bez żadnych regałów, dając bardzo niewiele miejsca na przejście. Jedna tylko lampka oświetlała pomieszczenie spod sufitu. Dawało to poczucie miłej przytulności i Lovegood w milczeniu oddała się przekopywaniu stosów papieru.

Severus popatrzył, westchnął i poprzez magiczną część sklepu wycofał się na zaplecze. Minąwszy równie wysokie sterty, tym razem magicznych, ksiąg, wsunął się za zasłonkę z koralików do obwieszonego plakatami i fotografiami pokoiku.

Właściciel, krępy człowieczek o ostrym nosie i czarno–białych, w tył zaczesanych włosach, odsłaniających wyłysiałe półkola skroni, wstał zza obtłuczonego biureczka. Spojrzenie szarych, niemal białych, oczu było uważne, powolne, spod opuszczonej nieco głowy, a uśmiech wąskich warg bardzo z siebie zadowolony. Kiedy podszedł do Severusa, jego tęczówki zmieniły kolor na szafirowy.

– Kogóż to moje stare oczy widzą...

– Fiodorze Wasylewiczu – zwrócił się do niego Severus. – Potrzebuję twojej rady.

– Zawsze do usług, panie Snape – zachichotał Fiodor. Obciągnął kamizelkę i podkręcił wąsa. – Mów, jak mogę być pomocny? Ale najpierw siadaj i napij się ze mną – szerokim ruchem ręki wskazał wytarmoszoną sofę i nieduży stolik. Severus usiadłszy, zapadł się tak głęboko, że kolana miał niemal na wysokości ramion.

– To raczej mroczna prośba – powiedział ciężkim, równym głosem Severus. – Opowiedz mi proszę o zastosowaniu krwi jednorożca w nekromancji.

Brwi Fiodora powędrowały wysoko w górę. Uniósł lekko szklaneczkę.

– Zmiłuj się, Snape! A kogo chcesz ożywiać? Z mojego długiego doświadczenia życiowego wynika, że jak ktoś już jest martwy, to należy tylko dopilnować, żeby takim pozostał!

– Ależ ja właśnie to chcę zrobić!

– Aha?

– Aha – potwierdził Severus. – Nie rób takiej sceptycznej miny, nie oszalałem, nie chcę nikogo ożywiać. Ale wydaje mi się, że ktoś tego próbuje. Znalazłem ludzki popiół, włosy i krew jednorożca.

– O – powiedział Fiodor. Zacmokał jak smakosz na widok wykwintnego obiadu. – No tak. A czy wykryłeś pyłek ze skrzydeł Ponurej Margaret? To motyl taki. Południowoamerykański, a ostatnio zadomowił się w południowej Afryce, bo uciekł z hodowli jakimś tambylczym nekromantom.

– Nie. I wiem, co to jest.

– A sprawdzałeś?

– Tak!

– No, no... Mówisz więc, że z popiołu i krwi jednorożca tylko? To ciekawe. Brakuje tchnienia. Pneumy. Zazwyczaj jako pneuma służy właśnie mieszanina z dodatkiem między innymi pyłku, który najłatwiej potem wykryć.

– Pomału, Fiodorze. Nie zapominaj, że ja z nekromancją miałem mało do czynienia, do czego się uczciwie przyznaję... – Ugryzł się w język. Zabrzmiało jakby było coś, do czego się nie przyznawał. – Czym więc jest pneuma?

– O rety, mam od początku wyjaśniać?

– Jak tylko uznasz to za stosowne, Fiodorze.

– No dobra! – Fiodor usiadł na brzeżku sofy i zaczął gestykulować gwałtownie, rozlewając trochę alkoholu ze szklanki. – Jeśli chcesz ożywić czyjeś ciało, to musisz zadbać o ożywienie wszystkich jego elementów. Właściwie to nie są elementy, bo nie da się powiedzieć, że człowiek się z nich składa... ale może to sobie odpuszczę. Elementy: dla uproszczenia. Zatem po pierwsze ciało jako takie, wiesz, funkcje biologiczne, coby oddychało, nie psuło się, metabolizowało i co tam jeszcze wszyscy wiemy, albo i nie, że ciała robią jak nikt nie patrzy. Do tego właśnie służy krew jednorożca. Po drugie, należy nadać mu to, co stanowi o byciu, brzydko powiem, przynależnym do gatunku. Jeśli ożywiasz psa – żeby zachowywał się jak pies. Jeśli człowieka, to żeby umiał na ten przykład posługiwać się mową. Nawet nie tyle jakąś konkretną, ale żeby rozumiał, że słowa są symbolem rzeczy i takie tam. To, co wszyscy lepiej lub gorzej umiemy. Też prosta psychika tu się wlicza – żeby umiał się smucić, czuć zadowolenie, rozgniewać się czasem, ale na bardzo prymitywnym poziomie. To właśnie jest pneuma. Pneuma powoduje, że to nie jest tylko ciało, które leży i metabolizuje jak człowiek w śpiączce. Kiedy dodasz pneumę, to masz coś jakby lalkę, a może raczej robota, na modłę mugolską. Na tym zatrzymuje się większość nekromantów. Nie potrzeba im nic więcej, na tym etapie masz dobrego sługę, pełen automat bez wolnej woli. Pneumę można dawać różnie. Wiem, że podobne zaklęcia są stosowane przez magozoologów, wydobywają ze szczątków iluzję zachowującą się jak zwierzę za życia. Diabelnie użyteczne do wymarłych gatunków.

Severus niemal otworzył usta na tę informację, ale opanował się. Niech Fiodor nie wie, że Severusowi do tego stopnia nie szło śledztwo, że nie dowiedział się jeszcze o czymś takim i to w miejscu gdzie pracują niemal sami magozoologowie.

– Więc mówisz, że to nie musiała być żadna substancja? Wystarczyłoby zaklęcie?

– Owszem i jest to sposób dla dyskretnych, którzy nie chcą brudzić sobie rączek zdobywaniem nielegalnych składników. Ale na nic im się to nie zdaje, bo i tak muszą skądś wziąć krew jednorożca. Nie ma innego sposobu jak ta krew.

– No dobrze, a co dalej? Co po pneumie?

– Po? Można próbować nadać cechy indywidualne. Wspomnienia na przykład. I to niekoniecznie należące do umarlaka. A także temperament, osobowość, to wszystko, co unikalne. No, niektórzy dają część swojej prawdy–o–magii, żeby ożywiony mógł czarować, ale w ten sposób osłabia się własne zdolności, więc niewielu się na to decyduje. I to jest wszytko, co można. Jak myślisz, Severusie, czy to wystarczy?

Severus zmarszczył brwi. Fiodor samym tonem głosu jasno sugerował odpowiedź.

– A dlaczego miałoby nie starczyć? Czego brakuje?

Fiodor uśmiechnął się promiennie.

– Tego, czego brakuje i obrazom. Przecież i z obrazkiem na płótnie można pogadać. Owszem, nie je, nie pije, ale to nie problem w tym miejscu. Za to gada, pamięta, liczy, złości się, śmieje, pełen serwis, wszystko jak ta osoba za życia. A jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa obrazu za żywego człowieka. To zupełnie tak samo. – Westchnął, trochę afektowanie. – Tylko nie wszyscy to rozumieją... No, napijmy się jeszcze, Severusie, mam znakomity koniaczek.

– Zatem czego brakuje?

– Och, wolnej woli chociażby. To wciąż jest lalka. Une poupée! Tylko pneuma i nałożone na nią indywidualne cechy. Pełna zależność od mechanizmów. Pełna przewidywalność. Owszem, można się postarać i bardzo misternie pomalować pneumę, ale zasadniczo to nic nie zmieni. Taka lalka nie będzie o sobie decydować. Wciąż będzie robotem, tylko tym razem bardziej się będzie różnić od innych robotów. Przecież sam wiesz, Severusie. – Fiodor uśmiechnął się łagodnie. – Nie można przywrócić człowiekowi życia.

Severus obudził się z potwornym bólem w skroniach. Przez moment intensywnie myślał, co takiego się stało, że nie jest we własnych lochach.

Paryż. Jest w Paryżu. Fiodor wczoraj wieczór. I jego butelka koniaku. A teraz wyraźnie czuł zapach jajecznicy i bekonu. I to zanim zaczął marudzić na francuską kuchnię ze szczególnym uwzględnieniem pieczywa.

Wstał i z pewnym trudem ubrał się oraz ogolił. Zacinając się dwukrotnie. Potem wyjrzał ostrożnie do salonu.

– Smażone? – zapytała Lovegood, dzierżąc w rękach czajnik. Lovegood! Stanowczo nie służyło mu picie z Fiodorem, bo nie pamiętał nic z tego jak dostał się na swoje poddasze.

– Zwykle piję herbatę gotowaną, dziękuję.

Mówił niemal poważnie. Z Lovegood nigdy nic nie wiadomo.

– Jajecznica, sadzone, na miękko, na twardo? – zapytała Luna płynnie. – Proszę siadać, tu jest chleb i masło. Herbatę Earl Grey, zieloną, jeżynową, bananową?

Severus przez moment kontemplował angielskie pieczywo. Coś go też kusiło, by spróbować bananowej. Niemal tak powiedział.

– Jajecznica z Earl Grey – zdecydował na koniec. – Osobno – dodał, bo usłużna wyobraźnia podsunęła mu wizję jajecznicy pływającej w herbacie jak w sosie. Lovegood to Lovegood.

Zastanowił się też kiedy ktoś mu ostatnio przygotowywał śniadanie, jeśli nie liczyć hogwarckich skrzatów. Usiadł przy stole. Patrząc na krzątającą się Lovegood, przypomniał sobie mgliście jakąś wczorajszą scenę, kiedy Fiodor kazał mu zaprosić Lunę do swojej kanciapy. Jak ku zachwytowi Fiodora, Lovegood przedstawiła się na rosyjską modłę: Luna Ksenofiliewna. A potem jakiś ich absurdalny dialog o wyjątkach. Wyjątkach! Na Merlina, okazało się, że to są jakieś wyjące ptaszydła! A potem, na nibyryjcach szarpodziobych, czy może szarpodzióbych, Severus ostatecznie stracił kontakt ze światem. Nie żeby miał słabą głowę. Ale jeszcze nikt, kogo Severus poznał, nie miał głowy mocniejszej od Fiodora Wasylewicza.

Severus odpędził cały ten surrealistyczny epizod i zaczął układać w myślach plan dnia. Od Fiodora dostał namiary na jedynego możliwego dostawcę krwi jednorożca. Z zastrzeżeniem, że ta informacja nigdy, ale to nigdy, nie powinna być z Fiodorem połączona. Koledzy po fachu i te sprawy, byłby spalony. Severus doskonale to rozumiał. A zatem ciemna znajomość z Fiodorem i znajomościami Fiodora po raz kolejny się opłaciła. Grek Liwiusz Vlachopoulos, dość dziwne zestawienie imienia, ale co tam. Potrafi wydobyć spod ziemi każdy zamówiony towar, legalny czy nie, byle opłacony z góry i sowicie. Typ nieciekawy, poza tym charłak. Jeśli będąc charłakiem zdołał rozkręcić taki interes, to musi być naprawdę dobry. Ale ponoć żadna mafia, ale układy z aurorami w pojedynkę. Nielubiany w półświatku, ale nikt go nie rusza. Parweniusz. Obchodzić się w miarę ostrożnie.

Severus zamyślił się. Najpierw zajrzy do PIMY, żeby być na bieżąco. Poza tym ciekaw był, czy Olivier rozmawiał z hrabią. Potem pójdzie do Greka.

Wyszło ciut inaczej, w sposób odrobinkę zadziwiający. Wychodząc już z PIMY, Severus natknął się na aurora. Lejeune podszedł do niego szybkim krokiem, z czymś zdecydowanie nowym w spojrzeniu.

– Profesorze, czy mogę zająć panu chwilę?

– Lepiej, żeby to była tylko chwila, inspektorze – odrzekł Severus chłodno.

– Wczoraj wieczorem ktoś zakradł się do bocznych drzwi instytutu. Kiedy próbowałem go złapać uderzył mnie i uciekł. Poza tym przesłuchałem pozostałe osoby z PIMY.

– I jak, wie pan coś więcej?

– Nie, ale mogę przekazać panu notatki, lub zreferować wszystko.

– Dobrze, może pan mówić, jak będziemy szli. Chodźmy – zakomenderował Severus nawet nie spytawszy, czy auror może mu towarzyszyć. Ale Lejeune posłusznie podążył za nim. Kiedy minęli kilka zakrętów, Severus zatrzymał się gwałtownie.

– Tu się pożegnamy. Dziękuję za raport.

Auror popatrzył na niego zmieszany.

– Idzie pan na rue de Potence?...

– Owszem. Żegnam.

– Nie, profesorze... Jeśli... jeśli to ma związek ze sprawą, to proszę wziąć mnie ze sobą!

– A niby dlaczego? – żachnął się Severus. – Jak pan może mi się tam przydać? Na co, po co?

Auror jednak wpatrywał się w Severusa nieruchomo. Wreszcie powiedział:

– Nie wiem, ale nie chcę stać z boku. Powinienem coś zrobić.

Severus westchnął. Starzeję się, uznał.

– Za piętnaście minut spotkamy się przy wejściu na rue de Potence. Pan ma się do tego czasu pozbyć munduru i przestać wyglądać jak panicz z dobrego domu.

Bez słowa odwrócił się i odszedł, nie czekając na odpowiedź. Piętnaście minut później stanął na niewielkim placyku, pod samotnym platanem.

– Chce pan słonia? – usłyszał cienki głosik gdzieś z dołu. Przed nim stała mała, może pięcioletnia dziewczynka. Miała proste, ciemne włoski do ramion, szczupłą buzię małej małpki, zgniłozieloną spódniczkę w plis i czerwoną, o dwa numery za dużą kurteczkę. Szare ciepłe pończoszki i szary gruby sweterek z golfem dopełniały obrazu. Za duży bury kaszkiecik i bure botki sprawiały wrażenie jakby dziewczynkę można było złożyć jak zabaweczkę, tak by zmieściła się w nich cała. A na szyli miała zawieszoną tackę pełną małych, pluszowych słoni.

– Nie – powiedział cicho i dobitnie.

– Mam piękne słonie – powiedziało melodyjnie dziecko, jakby nic nie usłyszało. – Proszę zobaczyć, tańczą. – Wzięła jednego pluszaka na dłoń i coś do niego szepnęła. Zaczął tańczyć. I rozsypywać zielonkawy proszek. Smoczy pazur... – Najlepsze, grecki... au!

Severus chwycił ją za kurtkę na plecach i bez wysiłku uniósł do góry.

– A ty mała wiedźmo, co robisz z tymi słoniami ulicy?

Dziewczynka zaczęła piszczeć przeraźliwie w celu zwrócenia uwagi przechodniów.

– Odpowiedz.

– To pan puści!

– Ja tu dyktuję warunki.

– Wujcio wysłał sprzedawać!

– I tak każdemu sprzedajesz?

– Nie – wyszczerzył się dzieciak. – Wiedźmom i złym ludziom. A Feliksa nie sprzedam! – Wyciągnęła spod kurteczki trochę większą wersję pluszowego słonia. Feliks pomachał do Severusa trąbą.

– Dobrze, młoda – Severus ściszył jeszcze głos. – Ja cię teraz puszczę, a ty masz wiać gdzie cię oczy poniosą! Jasne? Bo zabiorę Feliksa.

– Na zakładnika? – zapytała mała zaciekawiona.

– Na ofiarę. Już.

Dziewczynka zwinęła się szybciutko i wbiegła w rue de Potence. A za moment nadbiegł zdyszany auror. Pięć minut po czasie. Ma chłopak szczęście, gdyby nie ta mała, już dawno Severusa by tu nie było.

Severus obejrzał go krytycznie od góry do dołu. Munduru nie było, paniczyk został. Trudno. Severus wyciągnął różdżkę i machnął nią w stronę ziemi. Błoto i kurz pokryły twarz i ubranie inspektora.

– Od biedy wystarczy. – Chodźmy.

Zapuścili się na niesławną Szubienicę, francuski odpowiednik Śmiertelnego Nokturnu. Trochę bardziej barwny, ale równie ponury. Chłodny wiatr przesuwał po bruku kurz i śmieci, ściany wysokich, ściśniętych mocno kamienic były odrapane i brudne, a zza przysłoniętych okien i półprzymkniętych drzwi dobiegały ich szmery, okrzyki i śmiech we wszystkich odmianach. Na Szubienicy wszystko się kołysało, jak mówili paryscy czarodzieje, tu nic nie było jednoznaczne, wszystko było w ruchu i trzeba było być stale uważnym, w razie gdyby miało uderzyć właśnie w ciebie. Dochodziło południe i ulicą przelewał się tłum ludzi, z reguły w szatach brudnych i tanich, ale czasem rozstępowano się przed kimś, kogo Severus klasyfikował jako lokalne odmiany Malfoyów lub Lestrange'ów. Nieustannie wpadano tu na siebie, a że każde zderzenie groziło potraktowaniem nieprzyjemną klątwą, Severus zwracał baczniejszą uwagę na Lejeune'a, popychając go lub ciągnąc w razie potrzeby. Przecięli ulicę i weszli w mały, ocieniony zaułek. Severus zatrzymał się przed kamienicą zbudowaną z szaroniebieskiego, ponurego kamienia. Nad odrapanymi, drewnianymi drzwiami wisiała równie odrapana drewniana tabliczka: „Vlachopoulos Grek – Eliksiry i składniki". Severus wymownie spojrzał na aurora i pchnął drzwi.

Weszli do środka. Zanim jeszcze drzwi zamknęły się za nimi, przywitał ich wysoki dziecięcy pisk.

– Iii! Wujciu, to on!

Severus przewrócił oczami. Na parapecie siedziała dziewczynka od słoni i machała chudymi rękami i nogami. Samych słoni jakoś nie było widać, oprócz wyglądającego spod kurteczki Feliksa.

Rozległy się kroki i z zaplecza wychynął krępy mężczyzna w średnim wieku, łysiejący, o twarzy tak przeciętnej i nieciekawej, że mało kto poświęciłby mu więcej niż jedno przypadkowe spojrzenie. Odwrócił się do dziewczynki.

– Oliwka! Zmiataj stąd! Co mówiłem o zachowaniu przy klientach? I dlaczego nie pracujesz?!

– Tajest, wujciu! – Oliwka pokazała język wszystkim obecnym, choć nikomu w szczególności i przerzuciła nogi na zewnątrz, znikając za oknem.

– Przepraszam, to Oliwia, siostrzenica... – wymruczał Grek szacując czarny aksamit Severusowej peleryny i świeżo zakurzone ubranie aurora. – Czym mogę panu służyć? – zwrócił się do Mistrza Eliksirów.

Severus uśmiechnął się samymi ustami.

– To delikatna sprawa – oświadczył, wykonując niedbały gest dłonią. – Czy będziemy tutaj rozmawiać?

– Ach, to ja proszę wielmożnego pana tu do salonu. A... pan? – dodał przyglądając się Lejeune'owi.

– Służący – Severus też odwrócił się do aurora. – Pójdzie z nami.

– Oczywiście, proszę tędy.

Pokój, tak szumnie nazwany salonem, był delikatnie mówiąc zaniedbany, chyba celowo, sądząc ze skąpych informacji Fiodora o monopolu Greka na rzadkie eliksiry. Severus ostrożnie usiadł w fotelu, wcielając się w najbardziej arystokratyczną wersję Lucjusza Malfoya. Auror wczuwając się z kolei w rolę służącego stanął za jego krzesłem. Grek zajął miejsce w fotelu naprzeciwko.

– A zatem, co szanownego pana interesuje?

– Poinformowano mnie, że mógłby pan zająć się sprowadzeniem dla mnie pewnego rzadkiego składnika eliksirów. Z pewnych względów nie chcę, by...

– Wystarczy, drogi panie! – przerwał nagle Grek, wrzaskliwym, skrzeczącym falsetem. – Kogo wy chcecie nabrać? Panowie aurorzy, to aż wstyd! Co wasz szef na to powie?

Severus na momencik zaniemówił, potem obejrzał się na aurora, który stał z szeroko otwartymi ustami i szkarłatnymi policzkami. Prawą ręką trzymał lewy mankiet koszuli, którym wcześniej nerwowo się bawił. A spinki do mankietów miały wytłoczone wyraźne i niezaprzeczalne godło aurorów paryskich. W kolorze.

Severus w myślach przeklął się za to, że sam tego wcześniej nie zauważył, a potem błyskawicznie wstał i jednym ruchem różdżki spętał i zakneblował Greka. Mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię. Severus podszedł do niego i kolejnym zaklęciem zawiesił go w powietrzu, akurat na poziomie swojego wzroku.

– Nie jestem aurorem – wysyczał. – Ten głupek tam faktycznie jest, ale ja nie i dlatego mogę pozwolić sobie na dużo barwniejszą rozmowę z tobą niż on. – Zmrużył oczy i czubkiem różdżki przesunął po policzku Greka. – Jedno kiwnięcie głową, czy chcesz ze mną spokojnie porozmawiać?

Grek posłusznie skinął głową.

– Ślicznie. A gdybyś chciał krzyczeć, to pamiętaj, że ja jestem tutaj i to całkiem blisko. I nie powinieneś wątpić, że w razie czego mogę rozprawić się z tobą szybciej niż dojdziesz do końca pierwszej sylaby.

Grek ponownie skinął głową, zatem Severus usunął zaklejający usta plaster, ale nie różdżką, a boleśnie odrywając go ręką.

– Chciałem cię krótko i zwięźle zapytać o ostatnie interesy. Wymień osoby, którym ostatnio coś dostarczałeś... bądź instytucje – dodał jakby tknięty nową myślą.

– A niby dlaczego miałbym... uch! – zaklęcie Severusa zostawiło na jego policzku czerwoną pręgę.

– Już wiesz?

Grek popatrzył nienawistnie i zaczął recytować jakieś nazwiska.

– Ależ, ależ, chwila, moment! – wykrzyknął Severus. – Jakże ja mogłem zapomnieć! – Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki małą fiolkę z przezroczystym płynem. – Otwórz grzecznie buzię i powiedz aaa. I nawet nie myśl o wypluciu.

Grek niechętnie przełknął Veritaserum.

– Teraz mów...

Zaczął mówić, ale żadne nazwisko nie było tym właściwym.

– Czy to wszyscy?

– To wszystkie nazwiska jakie znam.

– A więc są klienci, których nie znasz z nazwiska?

– Tak.

– Kto?

– No nie wiem, mówię przecież!

– Czy któryś z nich kupował od ciebie krew jednorożca?

– Tak. Jucha piekielnie trudna do zdobycia.

– Na temat! – Kolejna czerwona pręga. – Co wiesz o tym człowieku?

– Niewiele. Widzę tylko rękę w szparze drzwi, kiedy dostarczam krew. Nawet głosu nie słyszałem. I zawsze w rękawiczce. Wyjątkowo ostrożny. Skontaktował się ze mną listem.

– A... dokąd dostarczałeś? – zapytał miękko Severus, wiedząc już jaka będzie odpowiedź.

– Do tego śmiesznego instytutu tego wampira, krwiopijnego... – dalsza część zdania była wyjątkowo niecenzuralna. Severus machnięciem różdżki posłał Greka na ścianę, a kiedy nachylał się nad ogłuszonym mężczyzną, kątem oka zauważył aurora szybko wychodzącego z pokoju. Wrażliwiec się znalazł. Severus prychnął pogardliwie i podniósł różdżkę.

Legilimens!

Ale Grek mówił prawdę. Nie wiedział. Severus obdarzył go jeszcze jednym pogardliwym spojrzeniem i wyszedł zostawiając, by sam pobawił się w uwalnianie z więzów, albo poczekał na Oliwkę.

W sklepie czekał blady auror, który najwyraźniej nie miał odwagi wyjść na ulicę.

– Idziemy! – zakomenderował ostro Severus, wracając do pańskiego tonu, który udawał przed Grekiem. Auror niepewnym krokiem ruszył za nim.

Severus całe popołudnie spędził na swoim poddaszu, chodząc w kółko i myśląc jak wyłuskać tę jedną ważną osobę. Teraz już był pewien tylko jednego: to mógł być każdy. I jeszcze tego, że podejrzewając uparcie Rodriga rozłożył całe śledztwo. Hrabia miał rację, Severus powinien był zrezygnować. Bo oto co robi – pracowników przesłuchuje nie lepiej niż głupi auror, na Greku wyżywa się w stylu nokturnowym, nie może skupić się na niczym konkretnym i...

– Szlag! – krzyknął pełnym głosem, chwycił wazon i rzucił nim w ścianę. – Szlag!

Hrabia powierzył mu śledztwo. A Severus zaczął prowadzić zupełnie inne. I co teraz?

Zatrzymał się na środku pokoju, podbiegł do komina i sypnął garść proszku Fiuu. Pięć minut później rozmawiał już z rozczochranym Albusem.

– Wybacz, Severusie, właśnie wracam z lekcji eliksirów... Niesamowicie kreatywne dzieci, ci nasi Ślizgoni. Tak, tak, ale co to ja... Jak ci idzie, Severusie? Chciałeś o coś zapytać?

Severusowi wszystkie słowa utknęły w gardle. Ani w jedną, ani w drugą... Wreszcie wyciągnął z kieszeni zdjęcie tamtej kobiety i wrzucił w ogień.

– Znasz ją, Albusie? – wykrztusił.

Albus wziął fotografię, popatrzył i posmutniał. Podniósł oczy i powiedział powoli:

– Tak, drogi chłopcze, znam ją...

Luna szła korytarzem na trzecim piętrze. Był późny wieczór. Nagle drzwi z hukiem się otworzyły i wpadł przez nie Severus Snape. Bez słowa minął Lunę i szarpnął za drzwi prowadzące do gabinetu Koral i hrabiego.

– Nie ma ich – powiedziała Luna spokojnie. Severus obrócił się na pięcie. Był wściekły.

– Gdzie są? – zażądał.

– A więc pan też już wie – powiedziała Luna spokojnie, jakby chodziło o pogodę.

– Słucham?! – ryknął Severus. – Jak to „TEŻ"?!

Chwilę milczeli.

– Nieważne, gdzie jest hrabia, dziewczyno, jak go nie znajdę, to sam pójdę zrobić z tym porządek.

– Pan tego nie zrobi.

– Zrobię, och, oczywiście, że zrobię!

Luna westchnęła.

– Hrabia jest u siebie w domu. Może pan skorzystać z kominka u portiera, ma połączenie z domem hrabiego.

Severus odmaszerował, a Luna chwilę postała, zamrugała i zdecydowała, że najlepiej będzie sprowadzić pomoc.