Interludium

Nicolas, młody i jasnowłosy, co jakiś czas uśmiecha się do stojącej obok niego kobiety, choć ten uśmiech szybko gaśnie. Drżącą ręką przeczesuje jasne włosy, potem zaciska dłoń na jej ręce. Szarobiałe oczy patrzą niewinnie i czarująco, trochę smutno, a trochę z nostalgią.

Kiedy widzi Lunę, obejmuje ją w pasie i całuje w policzek. Ma łzy w oczach. Zakłopotany i zarumieniony, przesuwa wzrok po ludziach stojących dookoła, po nagrobkach i drzewach.


Nicolas Lejeune

Na Île–de–Cité, w podziemiach Palais Justice, w chłodnych, kamiennych salach, mieści się zarówno czarodziejski sąd francuski, zwany Les Hautes Chaises, jak i główna siedziba paryskich aurorów. Tu decydują się najważniejsze sprawy czarodziejskiego wymiaru sprawiedliwości, tu zapadają wyroki tak na najgroźniejszych czarnoksiężników, jak i pospolitych łotrzyków, stąd wszyscy ci, których sąd uznał winnymi zostają sprawnie odprowadzeni do magicznej części Conciergerie. Stąd idą rozkazy do posterunków aurorskich rozsianych po całym Paryżu, stąd też aurorzy wyruszają na akcje. Znajdują się tu również sale szkoleniowe, w których przyszli aurorzy przez ciężkie trzy lata uczą się zawodu. W ostatnich czasach, pod nowym Ministrem Magii i nowo mianowanym komendantem, podziemne korytarze Palais Justice sprawiały wrażenie jeszcze bardziej groźnych i ponurych niż kiedykolwiek. Atmosfera była tu duszna, spojrzenia posyłane wyłącznie spode łba i podejrzliwie, a praca wykonywana na minimum i dla pozorów. Zamiast aurorskiego ducha dominowała litera, nawet nie prawa, a przepisów.

Młodszy inspektor Nicolas Lejeune siedział za biurkiem i kołysząc się na krześle, rozmyślał o Marianne. Marianne była wspaniała. Cudowna. Najpiękniejsza. Marianne rzuciła go pewnego pięknego wieczoru dwa tygodnie temu, a Nicolas zupełnie nie rozumiał dlaczego. Byli ze sobą trzy miesiące i byli szczęśliwi. Pamiętał wyraźnie jej oczarowanie, jej śmiech, jej radość z kwiatów, z drobnych podarunków, jej słodkie pocałunki. Ale wtedy przeprosiła go i bardzo ostrożnie powiedziała, że to koniec. Nicolas przeżył już w swoim życiu kilka rozstań, ale wcale nie zanosiło się na to, żeby każde kolejne bolało choć trochę mniej. Zastukał czubkami palców o poręcz krzesła w rytm popularnej, paryskiej piosenki o miłości. Zapatrzył się w sufit, zaczął wzrokiem obrysowywać kontur starej, odrapanej niebieskiej lampy. Dlaczego nikt jej nigdy nie odnowił? Lampa pewnie nie była potrzebna w papierach, pomyślał. Nicolas swój stopień młodszego inspektora otrzymał jedynie dlatego, że potrzebowano więcej „wyszkolonych oficerów" do statystyk oddawanych Ministerstwu. A potem dali mu stanowisko w Przedpokoju. Nicolasowi na tę myśl zrobiło się jeszcze smutniej.

Przedpokój, l'Antichambre, był miejscem, z którego każdy pracujący w Paryżu auror zaczynał służbę. Każdego roku trafiało tu piętnastu chłopców świeżo po egzaminie dyplomowym. Byli zapoznawani przez kierującego Przedpokojem oficera z trybem pracy służb aurorskich i rozdzielani na trzyosobowe patrole. Zależnie od tego, jak sobie na nich radzili, otrzymywali potem awans na odpowiednie stanowiska. Przeciętnie auror spędzał w Przedpokoju nie więcej niż rok. Decyzja należała zresztą nie do kierującego Przedpokojem, a do komendanta i jego zastępców. Oficer kierujący przedpokojem miał z pomocą dwóch aurorów zajmować się jedynie stroną organizacyjną. Jednym z pomocników był właśnie Nicolas, którego stopień nie pasował tu w żadnym razie i przydawał się tylko jako temat do żartów współpracowników.

Odpędził od siebie te myśli i wrócił znów do Marianne. Wyobraził sobie starannie jej rude, miękkie loki, zielone oczy, filuterny, psotny uśmiech i piegi. Właśnie skończył dodawać piegi, kiedy z kominka buchnął błękitny ogień. Nicolas gwałtownie się odwrócił i przez ten ostry ruch stracił równowagę. Krzesło przewróciło się w tył, a naga, kamienna podłoga po raz kolejny okazała się bardzo bolesna w zderzeniu. Ołówek, którym się bawił, poturlał się w niewiadomym kierunku.

– Śpisz tam, Lejeune? – rozległ się dudniący bas kierownika Przedpokoju, który przeciskając się bokiem z uwagi na ogromną tuszę, wyszedł z kominka.

Przy akompaniamencie cichego śmiechu drugiego pomocnika, czerwony jak pomidor Nicolas wygramolił się zza biurka. Spojrzał z bliska w wąsate, spocone oblicze szefa i pytająco uniósł brwi.

– Masz się odmeldować u komisarza kryminalnych – burknął szef i poruszył obfitymi wąsami, ufarbowanymi na błyszczący kasztan. Drugi pomocnik aż położył się na swoim biurku, żeby lepiej słyszeć, co się dzieje. – Nawet nie chcę wiedzieć, co przeskrobałeś, ale cokolwiek to jest, nie spodziewaj się, że ujdzie ci płazem, panie poeto. Ruszaj.

Kierownik usiadł za biurkiem. Fotel jęknął rozdzierająco, a Nicolas miał ochotę zrobić to samo. Ale nic nie powiedział, założył aurorski płaszcz i wziął garść proszku Fiuu. Oby to tylko nie był jakiś złośliwy kawał, pomyślał.

Kominkiem dostał się na drugie piętro, gdzie swój gabinet miał komisarz wydziału kryminalnego paryskich aurorów, podlegający bezpośrednio komendantowi i jego zastępcom. Nie lubił tego miejsca, bo atmosfera zawsze była tu ciężka i chłodna, a ludzie niesamowicie poważni za tymi swoimi wielkimi biurkami zasypanymi stosami papierów. Na niższych piętrach zawsze można było spotkać jakąś przyjazną twarz, posłuchać plotek i narzekań, a nawet załapać się na herbatę i coś słodkiego. Tutaj i na pierwszym, zajmowanym przez komendanta, piętrze korytarze z reguły były puste, a nieliczni aurorzy, których mijał udawali, że go nie widzą. Biegli w kierunku swoich gabinetów, by zaszyć się za biurkiem, zbudować umocnienia z dokumentów i albo marzyć o dawnych lepszych czasach, albo, w najgorszych przypadkach, rzeczywiście pracować nad nikomu nie potrzebnymi papierami. Nicolas mógł nie być wybitnym aurorem, ale był święcie przekonany, że ta praca niejako z założenia nie jest biurowa.

Nieśmiało zapukał w ciężkie, dębowe drzwi do gabinetu mieszczącego się dumnie pośrodku korytarza, obserwującego co się dzieje na zewnątrz dwiema okrągłymi złotymi klamkami, jakby mówiącego: nie możesz przejść niezauważony.

– No wejść, wejść, dalej – zakrzyknął niecierpliwie komisarz. Nicolas wsunął się do pomieszczenia niemal nie otwierając drzwi i stanął na baczność. Komisarz założył ręce za plecami i wolnym krokiem wyszedł zza biurka. Zatrzymał się kilka kroków przed Nicolasem i uśmiechnął nieprzyjemnie. Zupełnie jakby miał do Nicolasa jakąś osobistą urazę.

– Mamy robotę, młodszy inspektorze Lejeune! – oznajmił donośnym głosem, pochylając się do przodu. – Kryminał prawdziwy. A wszyscy moi oficerowie są w tej chwili zajęci, prawda. Weźmiecie tę sprawę.

Nicolas poczuł, że ma w głowie totalną pustkę. Sprawę? Weźmiecie? Pomocnik w Przedpokoju i kryminał?

– No, zaniemówiliście, młodszy inspektorze? – ostry głos komisarza przywrócił go do rzeczywistości.

– Tak jest, sir – powiedział słabo.

– Z życiem, młodszy inspektorze! Myślałby kto, że się nie cieszycie! Ja wam daję możliwość awansu, zaszczytu, a wy co?

– Tak jest! Sir! – spróbował jeszcze raz Nicolas z minimalnie lepszym skutkiem. Komisarz zrobił pogardliwą minę.

– Słuchajcie, Lejeune! W Paryskim Instytucie Magopaleologii i Archeomagii, popularnie zwanym PIMĄ, kierowanym przez tego – tu się wykrzywił wymownie – wampira, hrabiego Dragomirescu, znaleziono dziś rano ciało. – Odczekał dla efektu, aż uznał, że Nicolas zbladł wystarczająco, potem machnął lekceważąco ręką. – No, znaczy nie trupa. Pracownika, nieprzytomnego, w zdemolowanym laboratorium. Diabli wiedzą co oni tam wyprawiają w tej PIMIE, ale uzdrowiciele dali nam znać, że nawet jak na Naukę przez duże N, to ten wypadek jest niezwykły. No, więc biorąc pod uwagę, prawda, że to wampiry, co ostatnio jest raczej mało popularne, wyślę tam kogoś. Ciebie. A teraz zaczynajcie pracę, młodszy inspektorze.

Nicolas przez moment stał jeszcze nieruchomo, potem dotarło do niego, że audiencja u władz się skończyła i powinien sobie pójść. Zasalutował i wyszedł szybko. Przeszedł kawałek korytarzem i przystanął. Oparł się o zimną ścianę i zamknął oczy. Okropność. Nigdy, nigdy nie potrafił poradzić sobie z ludźmi, którzy tak bezceremonialnie i z widoczną przyjemnością wdeptywali innych w ziemię. Już nie mówiąc o sytuacjach, kiedy atakowali właśnie jego. Trzeba teraz będzie powiadomić szefa. A wciąż jeszcze sam nie bardzo wierzył w to, co się właśnie stało i co to dla niego znaczy. Sprawa. Kryminał. PIMA. Wampir. Śledztwo. Nicolas w całej swojej karierze prowadził trzy, słownie: trzy, śledztwa, z czego jedyne poważniejsze dostał jeszcze w Przedpokoju, pod nadzorem starszego oficera. Że inni oficerowie zajęci? Przecież to niemożliwe. Przecież to nieprawda. Nicolas nie tylko był o tym przekonany, ale po prostu o tym wiedział! Więc dlaczego on? Dlaczego tak? I chociaż była to jakaś alternatywa dla frustrującej, bezproduktywnej pracy w Przedpokoju, i to właściwie piękna, prawdziwa alternatywa, to Nicolas przede wszystkim się bał. Było tak, jak przed pewnymi egzaminami. Tymi, których Nicolas nie potrafił sobie nawet wyobrazić, które go przerastały i szedł na nie z całkowitą pewnością klęski. Klęska zaś szybko stawała się faktem i tylko dzięki pomocy kolegów kursowych udawało mu się cudem zdać poprawkę. Były to głównie egzaminy praktyczne, z walk, wszystkie gdzie uczono się jak robić ludziom krzywdę i jak się w analogicznej sytuacji samemu bronić. Ale też te, gdzie liczyła się taktyka i odgadywanie ruchów przeciwnika. Nicolas bardzo szybko odkrywał, że zupełnie nie potrafi myśleć jak źli ludzie i kończył na ziemi, z opcjonalnymi skutkami różnych klątw i łatką „pokonany w pierwszej rundzie", bądź „minucie", zależnie od formy ćwiczenia. A teraz czuł się tak samo. I ledwo był w stanie pójść do Przedpokoju i zameldować o wszystkim szefowi.

Zaś szef przyjął to z gromkim niedowierzaniem, a następnie jawnym szyderstwem. Drugi pomocnik wpierw zaniemówił, potem dorzucił swoje szyderstwa. A Nicolas wziął z biurka kilka, jak mu się wydawało, potrzebnych drobiazgów, poprawił płaszcz i udał się do PIMY z podniesionym mimo wszystko czołem. Po ustaleniu adresu instytutu, mógł teleportować się wprost na avenue des Vénérables. Stanął przed wejściem, starając się ignorować drżenie rąk i nieznośne uczucie, że żołądek owija mu się wokół kręgosłupa. Wziął głęboki oddech, ale po nim tylko zakręciło mu się w głowie. Zatem mocno zacisnął spocone ręce i pchnął ciężkie drzwi.

Z portierni wyjrzał starszy czarodziej, bardzo chudy, wysoki, o drapieżnym dużym nosie i wyłysiałych skroniach. Ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się mundurowi aurora.

– Młodszy inspektor Nicolas Lejeune – Nicolas pokazał odznakę aurorską. – Dostaliśmy wezwanie.

Portier obdarzył go długim, zaciekawionym spojrzeniem, wreszcie, po tym jak dokładnie obejrzał sobie odznakę, raczył odpowiedzieć.

– A tak, jest jakieś zamieszanie, pani Koral dała mi znać. Nie powiedzą staremu o co chodzi, tylko „wezwałam aurorów, wpuść ich jak przyjdą", wiepan. A może pan zaspokoi ciekawość biednego portiera, co?

Nicolas westchnął i skrzywił się w duchu, ale powstrzymał nerwową niecierpliwość i uśmiechnął się serdecznie. Co prawda, to prawda, człowiek stoi cały dzień w drzwiach i się nudzi, o wszystkim słyszy tylko z drugiej ręki, więc trochę go żal.

– Czas goni – powiedział półszeptem, uspokajająco. – Ja muszę iść sam zbadać miejsce zdarzenia. Niech mi pan powie, na które piętro mam iść?

– Ale potem, wiepan, proszę przyjść. Portier jest cały czas w drzwiach, na miejscu, nic mu się nie prześlizgnie, mnie zwłaszcza. – Uśmiechnął się chytrze i drapieżnie, odsłaniając zęby. Nicolas wciągnął szybko powietrze i odsunął się trochę. Wampir! W następnej chwili zawstydził się swojej impulsywnej reakcji, miał nadzieję, że portier jej nie zauważył, mogłoby mu to sprawić przykrość... Potrząsnął głową.

– Muszę iść... pan wybaczy. – Odwrócił się, przerywając portierowi wspomnienia jak to popełniano i wykrywano przestępstwa w jego czasach.

– Trzecie piętro, wiepan – rzucił za nim stary wampir. – A tam to już na pewno pan znajdzie, bo z tymi naukowcami, wiepan, wszystko fruwa w powietrzu.

Nicolas w rekordowym czasie pokonał schody, przeskakując co trzeci stopień i kończąc bieg gorączkowym wygładzaniem munduru. Pchnął drzwi. Wzdłuż długiego korytarza biegali chaotycznie ludzie, drzwi były pootwierane, powietrze pełne krzyków. Gdzieś tam mignął niebieski uniform uzdrowiciela. Nicolasa, który zamknął za sobą drzwi tak, by nimi nie trzasnąć, nikt nie zauważył. Chyba powinien teraz coś powiedzieć, ale zaschło mu w gardle. Z dojmującym uczuciem, że wszystko jest nie tak jak trzeba, Nicolas ruszył wzdłuż korytarza.

Nieśmiało podszedł do drzwi przy których kłębił się największy tłum. Zdążył akurat na moment, kiedy uzdrowiciele teleportowali się razem z kimś bezwładnie leżącym na noszach (Nicolasa aż przeszedł dreszcz na ten widok) i zapłakaną młodą kobietą.

– Wyjdźmy wszyscy – rozległ się chłodny, stanowczy głos. Białowłosa kobieta w surowym, choć eleganckim stroju wyprosiła wszystkich z laboratorium. – No nareszcie, auror – dodała, zauważając go. Nicolas zebrał się w sobie. Uśmiechnął się i pochylił lekko w jej stronę.

– Dzień dobry. Młodszy inspektor Nicolas Lejeune – pokazał odznakę. Trochę trzęsła mu się dłoń. – Proszę odesłać ludzi do... do ich zajęć, tylko żeby nikt nie wychodził na razie z pracy, a potem może mi pani opowie, co się stało – powiedział możliwie ciepło i spokojnie, choć na końcówce lekko zadrżał mu głos. Wydawało się jednak, że jej spojrzenie trochę złagodniało.

– Koral, jestem sekretarką hrabiego Dragomirescu. – Uścisnęła mu dłoń. – Proszę chwilę poczekać.

Koral podeszła do grupki obserwujących ich pracowników. Nicolas w duchu podziękował staremu nauczycielowi z kursku aurorskiego. „Kiedy nie wystarczy ci autorytetu na cały tłum, znajdź inny autorytet i pozwól mu się wykazać". Brzmiało to trochę cynicznie, podobnie jak wiele innych maksym byłego komisarza, ale trudno było odmówić tej zasadzie przydatności.

Widząc, że pracownicy odchodzą, a Koral odwraca się by do niego wrócić, wziął głęboki wdech.

– Pani Koral, proszę pokazać mi miejsce zdarzenia i opowiedzieć co się stało...

Koral podeszła z nim do otwartych drzwi laboratorium.

– Sam pan widzi, inspektorze. – Gestem ręki wskazała zdemolowane sprzęty i potłuczone naczynia. – Jednego z naszych pracowników, Davida Cherlevoix, znalazła żona, leżącego tu – wskazała palcem miejsce – nieprzytomnego. Wezwałam uzdrowicieli. Uzdrowiciele nie stwierdzili bezpośredniego zagrożenia życia i próbowali pomóc mu tutaj, ale nie byli w stanie dojść co mu jest i aportowali się do Świętego Filipa. Swietłana, żona, także.

Nicolas wpatrywał się w resztki laboratorium. Miał w głowie lekki zamęt, jak zwykle, kiedy bezpośrednio stykał się z wypadkiem, nieszczęściem... Powinien zastanowić się teraz jak do tego mogło dojść. Ale nie miał żadnego pojęcia, czego powinien szukać w laboratorium. Do tego potrzeba biegłego, eksperta. Będzie trzeba skontaktować się z komisarzem. Nicolas otrząsnął się w duchu na tę myśl. Sam jednak nic tu nie zdziała, a tylko może coś popsuć.

– Czy... czy to miejsce jest teraz bezpieczne? – Spojrzał na sekretarkę. Uniosła pytająco brwi. – To znaczy, czy jeśli teraz zamkniemy ten pokój, to nic się więcej nie stanie? Widzę, że eliksiry się zmieszały, czy mogą jakoś zadziałać?...

Koral namyślała się przez chwilę rozglądając po pomieszczeniu.

– Nie sądzę, inspektorze. Nikt nie słyszał żadnych hałasów, a to oznacza, że cokolwiek się stało musiało zajść w nocy. Nie widzę też nic niebezpiecznego, ale oczywiście mogę się mylić. Jednak uzdrowiciele nic nie zauważyli, a rozglądali się wytrwale szukając możliwej przyczyny tego, co stało się z Davidem. Sądzę, że możemy bezpiecznie zamknąć drzwi i poczekać na hrabiego Dragomirescu. On będzie wiedział co dalej.

– Ja skontaktuję się zaraz z komisarzem, poproszę o eksperta. Czy mogę skorzystać z kominka?

– Naturalnie – Koral skinęła głową. – Przejdźmy do mojego gabinetu. – Zamknęła zniszczone laboratorium i schowała klucz do kieszeni.

– Wydaje mi się, że to ja powinienem wziąć klucz... – Nicolas uśmiechnął się przepraszająco i wyciągnął rękę.

– Oczywiście, proszę wybaczyć – odpowiedziała Koral chłodnym i neutralnym tonem, spełniając jego prośbę.

– Jeszcze moment, nałożę pieczęć... – Nicolas wyjął różdżkę i przyklęknął, dotykając nią zamka w drzwiach. Błękitny płomyk wypełznął z różdżki i powoli rozszedł się po całej szczelinie między drzwiami a framugą. Przez moment Nicolas szeptał zaklęcia, nakładając prostą blokadę, stosunkowo łatwą do zerwania, ale niemal niemożliwą do całkowitego usunięcia i wchłaniającą w siebie okruchy magii, która ją niszczyła. Niektóre zaklęcia używane do zrywania pieczęci były jak własnoręczny podpis. Na kursie uczono ich, że najlepszym sposobem ominięcia pieczęci jest wybicie otworu w ścianie obok drzwi. Okna zostawił w spokoju – były całe brudne od mieszanki nie wiadomo jakich eliksirów.

Koral poprowadziła Nicolasa do pokoju na końcu korytarza. Zamknęła za nimi drzwi i wskazała na kominek. Nicolas kiwnął głową, wziął garść proszku Fiuu i przyklęknął na specjalnie w tym celu rozłożonym dywanie. Dobrze, że nie była to skóra. Martwe skóry rozłożone przed kominkami wydawały się zawsze bardzo smutne.

Komisarz był na szczęście sam, pogrążony w jakiejś papierkowej robocie, toteż stosunkowo łatwo, po kilku zaledwie minutach i dwóch przekierowaniach wewnątrz komendy, Nicolas uzyskał połączenie.

– Żartuje pan? – prychnął komisarz, wysłuchawszy prośby z niechętną i ponurą miną. Wydawał się jednak mniej poirytowany, a bardziej przybity niż wcześniej. – Nikogo panu nie wyślę. Nie... nie mam w tej chwili nikogo wolnego. Wszyscy są zajęci. Musi sobie pan sam radzić. A jak im się nie podoba, to niech wynajmują eksperta na własny koszt, prawda. Żegnam.

Nicolas wstał z oszołomioną miną. Koral nie słyszała na szczęście jego rozmowy. A jemu było po prostu wstyd. Nie byli zajęci. Jeszcze wychodząc do PIMY rozmawiał ze znajomym technikiem i ledwo udało mu się uciec od lepkich i gęstych narzekań na wszechobecną nudę i rutynę, oczywiście z winy nowego komendanta, jego zastępców i komisarzy, a więc w skrócie: dwóch pierwszych pięter. Ale co ma powiedzieć Koral?...

– Ja... mają bardzo trudną sytuację – wykrztusił czując, że się czerwieni, jak zawsze, kiedy kłamał. – Nie mogą nikogo przysłać, wszyscy pracują... pracują nad... no... nie mogę powiedzieć nad czym – dokończył rozpaczliwie.

– Aha – Koral kiwnęła głową ze zrozumieniem, ale bez aprobaty. Jednak nie wydawało mu się, żeby była na niego bardzo zła. – Zatem, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, poczekajmy aż zjawi się hrabia Dragomirescu i jego prawnik. Czy może jest coś, o co chciałby pan zapytać?

– Postaram się pomóc najlepiej jak umiem sam... – powiedział Nicolas z rozpędu i potrząsnął głową, próbując uporządkować myśli. – Czy jest coś, co chciałaby pani mi powiedzieć?

– Proszę usiąść – Koral wskazała mu okrągły stolik i dwa fotele. Sama usiadła w drugim. Nicolas wyjął pióro i notes. Dopiero teraz spostrzegł, że nie było to jego samonotujące pióro, ale zwykłe, urzędowe, które przez pomyłkę zabrał z biurka. Było tak samo białe i wystrzępione, jedynie końcówka zabarwiona była na bladoniebiesko zamiast żółto.

– Przepraszam, czy mogłaby mi pani użyczyć atramentu? – zapytał, starając się uśmiechem pokryć zdenerwowanie i zawstydzenie.

– Ależ proszę. – Koral spełniła jego prośbę. – Wezwałam hrabiego, tak jak mówiłam i jestem pewna, że zjawi się najszybciej jak tylko będzie to możliwe. W tej chwili przebywa w swoim zamku w Karpatach. Skontaktowałam się również z naszym prawnikiem, mecenasem d'Etollé. Sam pan rozumie, że bez nich może być mi trudno odpowiedzieć na niektóre pańskie pytania. Słucha mnie pan? – dodała, zauważywszy, że Nicolas jakoś odpłynął we własne myśli.

– Ja... – zaczął Nicolas, ale w tej chwili kominek w gabinecie Koral buchnął purpurowozłotym ogniem i wyszedł z niego wysoki mężczyzna w obszytym futrem czarnym płaszczu. Białe włosy przetykane miał pasmami czerni, pazury były długie, zęby wściekle obnażone. Oczy świeciły się żółtawą poświatą, przechodzącą w blady róż. Nicolasa zamurowało totalnie, ale hrabia zdawał się w ogóle go nie zauważać.

– Koral! – powiedział władczo. – Dostałem twoją wiadomość, co tu się dzieje?

Sekretarka zwięźle wyjaśniła. Hrabia wziął głęboki oddech.

– W takiej chwili! – syknął na wydechu. Nicolas zobaczył na jego twarzy wyraz strasznego rozczarowania i może nawet rozżalenia. – Powiadomiłaś mecenasa d'Etollé'a?

– Tak, powiedział, że zjawi się najszybciej jak będzie mógł.

– Do licha, diabli wiedzą co to z nim znaczy! Miejmy nadzieję, że to tylko zwykłe sprawy zawodowe go zajmują.

Na moment zapadła cisza, więc Nicolas wstał ostrożnie z fotela i wyjmując odznakę podszedł do hrabiego.

– Młodszy inspektor Nicolas Lejeune, panie hrabio... – powiedział cicho i z szacunkiem, nie chcąc gwałtownie i głośno przerywać myśli hrabiego. Dragomirescu jakby się obudził.

– Witam, inspektorze. – Wyciągnął dłoń ozdobioną kompletem śmiercionośnych pazurów, zawahał się, przymknął oczy i powoli ręka przybrała bardziej ludzki wygląd. Nicolas, nieświadomie wstrzymując oddech, obserwował jak z włosów znikają czarne pasma, a kiedy hrabia otworzył oczy, tęczówki miały spokojną brązową barwę i nie emanowały już tej niepokojącej poświaty.

Hrabia przyjrzał się Nicolasowi uważnie.

– Proszę się nie bać – powiedział cicho, a jego głos wydał się Nicolasowi jeszcze niższy, bardziej głuchy. – Chciałbym zobaczyć laboratorium Davida. Pan jak rozumiem, musi mi w tym towarzyszyć?

– Tak, nałożyłem pieczęć z moim hasłem – szepnął Nicolas. Poszedł za hrabią. Dragomirescu ponuro obejrzał zniszczenia. Pokręcił głową i wyszeptał kilka zaklęć.

– Nie ma tu już nic groźnego, inspektorze. Co miało wybuchnąć, dawno to uczyniło. Proszę zamknąć znów drzwi i zapraszam do mojego gabinetu.

W dużym, mrocznym pokoju Nicolas poczuł się jeszcze bardziej przytłoczony. Westchnął.

– Panie hrabio, może opowie mi pan czym zajmował się pan Cherlevoix? Co według pana mogło spowodować ten wypadek?

– David nie zajmował się niczym tak groźnym – hrabia pokręcił głową. – Nie wiem, co mogło się stać. Sam jestem niezmiernie zaskoczony. Należy dokładnie zbadać laboratorium, porozmawiać ze wszystkimi pracownikami. Ale ja z góry mogę panu powiedzieć, że ufam im wszystkim. Tym niemniej śledztwo musi oczywiście być... Proszę powiedzieć, dlaczego nie ma z panem techników, albo eksperta?

– Nikt nie mógł... Każdy był już przydzielony do innego zadania. – Nicolas spuścił oczy.

Hrabia pokiwał głową. Wydawał się bardzo zmęczony. Nicolas nie mógł powstrzymać się od myśli, że Dragomirescu wygląda jak człowiek, którego spotkało ostatnio dużo nieszczęść i że zupełnie nie spodziewał się, że jeszcze jedno się zdarzy. W pewnym sensie wydawał się bezbronny.

Na chwilę zapadła głucha cisza. Ponury nastrój hrabiego łatwo udzielił się Nicolasowi. Huczało mu w głowie, a kątem oka zobaczył jak coś porusza się po podłodze. Kiedy obrócił się w tamtą stronę, nic nie zobaczył. Potrząsnął głową. Złudzenie, pomyślał. Nerwy. W pokoju było też strasznie duszno. Szczypała go spocona dłoń. Popatrzył na nią i zobaczył niewielkie rozcięcie od ściskanego zbyt mocno pióra. Nawet się nie zorientował, a prawie je zniszczył.

– Zamierza pan o coś zapytać, czy tak tu będziemy siedzieć? – mruknął hrabia nie patrząc na niego.

– A... – spłoszony Nicolas podskoczył na krześle. – A nie czekamy na mecenasa d'Etollé?

– Wolałbym, żeby wykazywał pan nieco więcej inicjatywy. – Hrabia wyprostował się w swoim fotelu i delikatnie przesunął pazurami po blacie biurka. – W takim razie ja pana o coś zapytam. Zatem ponieważ czekamy, aż mecenas się nie zjawi, co pan powie na to, abym poszedł porozmawiać z pracownikami? Muszą być wystraszeni i zdezorientowani.

Nicolas pokręcił głową. Wiedział, że nie powinien się na to zgadzać, świadkowie nie powinni ze sobą rozmawiać przed przesłuchaniem. I tak na pewno już wszyscy ze sobą rozmawiali, ale chociaż z hrabim nie. Ale czy potrafi się sprzeciwić hrabiemu?...

– No do diabła, człowieku, powiedz chociaż „tak" albo „nie"! – wybuchnął nagle hrabia uderzając otwartą dłonią w blat biurka, aż Nicolas podskoczył. – Piekielne służby aurorskie, jak trzeba się podlizywać ministrowi, to jesteście pierwsi, a jak trzeba działać, to ostatni! Nie wiem czemu w ogóle się tu pan fatygował, skoro najwyraźniej nic to pana nie obchodzi! Niech pan nie myśli, że nie wiem co się dzieje! Wampiry, prawda? Jeśli wampiry są poszkodowane, to nie trzeba się przejmować! Albo są winne po prostu! Niech pan się przyzna – hrabia pochylił się ku niemu nad biurkiem i uśmiechając paskudnie ciągnął – podejrzewa mnie pan? A ja nie jestem tu jedynym wampirem. Dlaczego od razu mnie pan nie aresztuje?

Nicolas wpatrywał się w hrabiego szeroko otwartymi oczami. Nawet nie mrugnął. Czy o to chodziło? Dlatego przysłali tu jego, bo wampirami nikt nie zamierzał się przejmować? Bo inni pracownicy... odmówili? Nie, niemożliwe, nikt nie może odmówić wykonania rozkazu. Ale to był po prostu rozkaz dla tego najmniej zdolnego? Dla ostatniego oficera w nieformalnej, pokręconej hierarchii? Jak mogli zrobić coś takiego hrabiemu? Przecież nikt nie wie, co się stało, przecież trzeba coś zrobić...

– To nieprawda, panie hrabio! – zawołał impulsywnie, wstając i samemu pochylając się nad biurkiem. – Ja wcale tak nie myślę. Przepraszam za moją pierwszą reakcję. Przestraszyłem się, to prawda, teraz mi wstyd. Trzeba zrobić co się da żeby to wyjaśnić! Ja zrobię co będę umiał, tylko ja jeszcze niewiele umiem, a nie dostałem nikogo do pomocy, choć prosiłem. Na pewno był jakiś ważny powód, nie może być tak, że nie przysłali techników ani ekspertów tylko dlatego, że pan jest wampirem. – Nicolas mówił coraz szybciej. – Może w takim razie lepiej postarać się o niezależnego eksperta, z Sorbony, albo Świętego Filipa. Ja bardzo pana przepraszam, nie chciałem, żeby tak to wyszło. I naprawdę nie przyszło mi do głowy, że skoro wampiry, to... to...

– Dobrze, dobrze – Dragomirescu podniósł w górę obie dłonie. – Niech pan siada, rozumiemPrzepraszam za moje słowa – hrabia uśmiechnął się. – Proszę się tak nie dziwić, każdy ma prawo do błędów. Wierzę, że mówi pan szczerze i jestem za to wdzięczny. Mam nadzieję, że ostatnie kłopoty wampirów w jakiś sposób usprawiedliwiają moją reakcję. Oczywiście, że postaramy się o eksperta. Mam nawet odpowiedniego na myśli. Ale oto mecenas, nareszcie! – Hrabia wstał, bo rozległo się pukanie do drzwi i wszedł prawnik. Nicolas pokiwał potakująco głową. Miał poczucie totalnej osobistej klęski, ale z drugiej strony przynajmniej jest szansa, że zajmie się tym ktoś bardziej kompetentny niż on. A sam zamierzał znaleźć podręcznik z kursu aurorskiego oraz stare notatki z zajęć. Może to mało profesjonalne prowadzić śledztwo z książką w ręku, ale zawsze lepiej niż z samą tylko pustą głową... Jeszcze parę godzin temu myślał, że to będzie kolejny nudny dzień, urozmaicony jedynie westchnieniami za Marianne. A teraz? Zupełnie jakby miał osobistego dementora na smyczy.

Mecenas d'Etollé był to trzydziestoletni może, jasnowłosy mężczyzna, w eleganckim, nienagannie skrojonym surducie i z laseczką w ręku. Wszyscy w Palais Justice znali z widzenia mecenasa d'Etollé. Miał renomę najlepszego adwokata w Paryżu, a za sobą karierę krótką, acz błyskotliwą. Był prawnikiem wielu wpływowych ludzi, mówiono, że sieć jego kontaktów oplata całe Ministerstwo Magii. Jakkolwiek wiele z opowieści było legendami, częściowo podsycanymi przez samego mecenasa, d'Etollé był postacią z którą wszyscy się liczyli. Nawet teraz, kiedy konflikt między nim a ministrem zaczął się bardzo zaostrzać, kariera mecenasa wydawała się po staremu pewna i niczym nie zagrożona. Mówiono wręcz, że minister bał się tego uśmiechniętego człowieka, który ponoć znał wszystkie sekrety, a te których nie znał, nie były nic warte. Nicolas całym sercem podziwiał mecenasa, ale coś mu mówiło, że nie chciałby być taki jak on.

– Witam, panie hrabio – d'Etollé skłonił się lekko. – Inspektorze Lejeune – dodał z uśmiechem.

Nicolas zamrugał ze zdziwieniem, odruchowo się odkłaniając. Skąd mecenas znał jego nazwisko? No ale z drugiej strony, d'Etollé wydawał się kimś, kto zna absolutnie wszystkich.

– Mecenasie, proszę o radę. – Hrabia streścił istotę sprawy w paru zdaniach.

– Tak... – d'Etollé zamyślił się, postukał gałką laski o policzek, podniósł wzrok na sufit. – Zasadniczo możemy tak zrobić. Jestem w stanie zorganizować każdego eksperta, jakiego byśmy chcieli, o ile on wyrazi zgodę. O ile nie wyrazi zgody, potrwa to nieco dłużej. Les Hautes Chaises się nie sprzeciwi. Do tego czasu zapieczętujemy miejsce zdarzenia. Sama aurorska blokada nie wystarczy, proponuję zaklęcie, które zatrzyma zmiany, jakie nieubłaganie z czasem zajdą. Niech ekspert ma możliwie świeże pole do działania. Z aurorami kontaktować się nie trzeba, pan inspektor w tej sytuacji zupełnie wystarczy – uśmiechnął się znów do Nicolasa, który odpowiedział bladym i zrezygnowanym uśmiechem. – Pan, inspektorze, zbierze zeznania, a biegły ekspert zbada miejsce zbrodni. Ma pan kogoś na myśli do tej roli, panie hrabio?

– Severusa Snape'a – powiedział spokojnie hrabia.

– Doskonały wybór! – Mecenas skinął głową. – Chodźmy więc zabezpieczyć miejsce, ja wykonam rusztowanie, pan, hrabio, właściwe zabezpieczenie, to pana budynek przecież, pana zaklęcie będzie rezonować najlepiej, na koniec każdy z nas nałoży swoją osobistą pieczęć. A potem zajmę się stroną formalną sprowadzenia tu profesora Snape'a.

Po zabezpieczeniu laboratorium, mecenas d'Etollé jak na skrzydłach pomknął do sądu. Natomiast Nicolas usiadł znów z hrabią w jego gabinecie, już spokojniej poprosił o wyjaśnienia czym instytut i poszczególni pracownicy się zajmują, dostał też kopie ich dokumentów do akt. Razem z hrabią spotkali się ze wszystkimi pracownikami, wykorzystując do tego celu przytulną kawiarenkę na pierwszym piętrze.

– Będę rozmawiał z każdym z was po kolei – powiedział im Nicolas trochę drżącym głosem. – Rozmawiałem już z hrabią, chciałbym jeszcze porozmawiać dziś z panią Koral i panną Sołowinową...

– Ja chciałabym z panem porozmawiać – rozległ się lekki, dziewczęcy głos z boku sali. Należał do jasnowłosej czarownicy o rozmazanym i trochę zdziwionym spojrzeniu. – Moglibyśmy?...

Nicolas zamrugał. Pierwsze o czym pomyślał, to to, że jasnowłosa ma bardzo ładny, ciekawie brzmiący głos. Poza tym był dość zaskoczony, żeby przez chwilę mieć zupełną pustkę w głowie.

– Dobrze, jak tylko skończę rozmowę z paniami... – powiedział z wahaniem.

Jasnowłosa dała mu jednak porozmawiać jedynie z Koral. Kiedy wychodził z gabinetu sekretarki, z notesem całym zabazgranym i szumem w głowie, czekała na niego na korytarzu. Uśmiechnęła się lekko i podeszła szybkim krokiem. Ot tak, sama z siebie.

– Jestem Luna Lovegood – przedstawiła się. – Nie mogę czekać dłużej, a koniecznie chcę z panem porozmawiać. Luna wzięła go pod ramię i pociągnęła delikatnie za sobą.

– Z przyjemnością z panią porozmawiam... Ale dlaczego nie może pani czekać?

Luna uśmiechnęła się szeroko słysząc to pytanie.

– Jak dobrze, że zapytał się pan o to, a nie o to, o czym chcę z panem porozmawiać, bo i tak bym to panu powiedziała. Muszę zająć się dzieckiem.

– Pani ma dziecko? – bardzo już zmęczony Nicolas wyłowił z tej wypowiedzi najbardziej zrozumiały fragment. – Synek czy córeczka?

– Och, nie jest mój – Luna uśmiechnęła się jeszcze radośniej. Nicolas zupełnie stracił wątek, bo zakończyła zdanie zawieszając głos, jakby wszystko było jasne, a tymczasem nic nie było. Potrząsnął głową i potarł oczy.

– Mimo wszystko, teraz zapytam o czym chciała pani ze mną rozmawiać...

Luna przyglądała mu się uważnie przez chwilę, już bez tego szerokiego uśmiechu.

– Widzę, że pan też już to odczuł. PIMA jest nieszczęśliwa. Każdy to czuje, ale nikt mi nie wierzy. Każdy odpowiada, że to przywidzenie i tylko mi się wydaje. To dlatego, że one wybierają osoby o tym samym nastroju, bo tylko z nimi umieją się zlać. Właściwie powinnam powiedzieć wlać w nie.

Nicolas zatrzymałby się wpół stopnia, gdyby nie to, że Luna cały czas trzymała go pod rękę i ciągnęła za sobą jakby nigdy nic. To, co właśnie usłyszał, brzmiało jak pierwszorzędny horror, aż ciarki przeszły mu po plecach. A może to tylko jego zmęczenie? Tymczasem ona weszła na korytarz drugiego piętra i otworzyła pierwsze po prawej drzwi. Nie były zakluczone. Weszli do wąskiego pokoiku zagraconego książkami, poduszkami i mnóstwem przedmiotów tak dziwacznych, że Nicolas nawet nie zastanawiał się czym są. Ale na biurku stał duży, papierowy biały kwiat. Zrobiona z cienkiego patyczka łodyżka była wciśnięta w doniczkę pełną czarnej ziemi, a co najważniejsze: kwiat śpiewał, poruszając lekko papierowymi płatkami. Przypominał trochę dziecięcy wiatraczek – zabawkę. Śpiewał cichutko i trudno było rozróżnić słowa, Nicolas nie znał tej melodii, ale za to rozpoznawał głos Luny. Spojrzał na nią z uśmiechem.

– Podoba się panu? – oddała uśmiech. – Zrobię ich więcej. Proszę przyjść za parę dni, zrobię też dla pana. Proszę siadać.

Nicolas zapadł się w fotel. Usiłował zrozumieć słowa Luny o stworzeniach, które biegają po instytucie i atakują ludzi, wprawiając ich w swój nastrój, który jednak musi być podobny do tego, w którym dany człowiek już trochę jest. Wspominał potem tę rozmowę bardzo miło, ale zawsze z pewnym zamętem w głowie. Nie umiał też ułożyć po kolei tego, co mówiła, opowiadając dziwne rzeczy, o które nigdy nie przyszłoby mu do głowy zapytać samemu. Większości z nich i tak nie miałby jak zapisać w notatce ani raporcie.

Luna opowiedziała mu też o pracownikach instytutu. Mówiła naturalnie na swój własny sposób, ale jednak uporządkował sobie mniej więcej to, co się zdarzyło i poznał lepiej aktorów. Ale na koniec popatrzył na Lunę bezradnie. Nie potrafił nikogo podejrzewać. Nawet nie to, że podejrzewał wszystkich w tym samym stopniu. Po prostu nie wyobrażał sobie, że miałby wybrać kogoś z poznanych ludzi i podejrzewać go o spowodowanie wypadku... o ile to był wypadek. Przerażała go ta myśl. Zmęczenie i nerwy, zapomniane na chwilę, kiedy zasłuchał się w opowieści Luny, wróciły i poczuł jakąś beznadziejność, bezsens tego wszystkiego. Ktoś z tych ludzi mógł celowo skrzywdzić Davida. Wszystko w Nicolasie protestowało przeciw takiemu stwierdzeniu, ale przecież był aurorem, a auror powinien powstrzymywać złych ludzi. A najpierw trzeba ich znaleźć.

– Lubisz ich wszystkich, prawda? – zapytał Lunę.

– Och, tak – Luna uśmiechnęła się po prostu. – Nie myślisz, że to lepiej niż się ich bać?

Popatrzył zaskoczony. To nie było chyba przypadkowe? Nicolas ostatnio rzeczywiście łapał się na tym, że dzieli ludzi na tych, których lubi i na tych, których się boi. Może zresztą zawsze tak było.

– Ale czy można... – zaczął nieśmiało. Wiedział, co mu odpowie. Luna to potrafiła.

– Można – odpowiedziała zgodnie z jego oczekiwaniami. Ale wbrew pozorom nie poczuł się jakby go upomniała. Nawet jakby uwierzył. Na chwilę tylko, ale zawsze to coś.

– Myślisz, że to wina kogoś z nich? – zapytał wprost, choć głos mu zadrżał.

– Wina? Tak, wina, możliwe. Czy to coś zmienia?

Nicolas zamrugał. Jak to nie zmienia?

– Ale... jeśli ktoś jest winny...

Patrzyła na niego z wyrazem całkowitego skupienia i uwagi.

– Nieważne – pokręcił głową. Choć chciałby wiedzieć. Chciałby, żeby mu to wytłumaczyła, ale może tego się nie da wytłumaczyć, tylko trzeba to samemu wiedzieć i już?

Trochę później przyszło mu do głowy, że nie zapytał Luny, kto według niej mógłby być winny. I cieszył się, że nie zapytał. Zabrzmiałoby to dziecinnie i wcale nie dlatego, że sam powinien coś takiego wiedzieć, ani nic w tym stylu. Luna mówiła przecież o czymś dużo ważniejszym niż to. Szkoda, że nie zrozumiał jej do końca. Coś go ciągnęło, żeby znów z nią porozmawiać. Luna wiedziała co robić. Nie ze śledztwem, ale z tym, że jakieś śledztwo w ogóle jest potrzebne. Luna mimochodem wspomniała, że walczyła z Wiadomo–Kim, obok Harry'ego Pottera. Czy to dlatego wiedziała? Chyba nie, przecież nie każdy, kto walczy, wie tyle co Luna. Zatem skąd? Musi zapytać, kiedy przyjdzie do niej znowu po śpiewający kwiatek.

Wychodząc z pokoju Luny miał jeszcze większy zamęt w głowie niż wcześniej, ale jednocześnie był spokojniejszy. Czuł się taki odległy od tego co się działo. Luna pokazała mu nową perspektywę, szerszą. Najważniejsze, że pokazała, że ta perspektywa istnieje. Nie był pewien jak to opisać. Chyba najważniejsze było, że liczyło się nie tyle samo śledztwo i jego wynik, i cała strona techniczna, ale... no właśnie? Ale jak kto do tego podejdzie, chyba? I czy to, że ktoś jest winny naprawdę tyle zmienia? Wciąż go to nurtowało. W czym zmienia? Dla kogo? Westchnął. Pomyśli o tym później.

Została mu jeszcze Irina Sołowinowa, a potem już naprawdę musi iść odpocząć, bo nie będzie w stanie nic sensownego zrobić. Celowo wybrał Irinę. Nie wiedział, czy ona go pamięta, ale poznali się już. Całkiem przypadkiem, parę miesięcy temu, kiedy zabłądziła i pytała go o drogę. Nie spieszyła się i spędzili miłą godzinkę w kawiarni, rozmawiając o wszystkim i niczym, i była to bardzo przyjemna rozmowa. Irina była radosna i pełna wdzięku, na wszystko patrzyła z własnego punktu widzenia, i mówiła z przeuroczym rosyjskim akcentem, nie przejmując się błędami bardziej niż należało.

Jej gabinet był nieduży, urządzony przytulnie i z wdziękiem. Nicolasowi przypominał pokoje jego sióstr, kiedy były młodsze i jeszcze niezamężne: pełen pamiątek, obrazków, zasuszonych kwiatów i liści, oraz, oczywiście, książek. Na wszystkich ścianach zawieszone były półki z ciemnego drewna, a na nich stało mnóstwo książek, starych, wytartych, z wystającymi zakładkami i pomiętymi okładkami. To były książki, które czuły się potrzebne i kochane.

– Dzień dobry – Irina przywitała go z uśmiechem. – Ja pana pamiętam. Pan mnie pewnie nie, ale spotkaliśmy się kiedyś.

– Pamiętam – pokręcił lekko głową i uśmiechnął się. – Pamiętam bardzo dobrze. Szkoda tylko, że teraz spotykamy się w takich okolicznościach.

– Prawda – Irina usiadła przy niedużym stoliku, gestem zapraszając go by usiadł naprzeciw. – Jak mogę pomóc? Chciałabym coś zrobić dla Swietłany. Jest moją najbliższą przyjaciółką.

Nicolas westchnął. Prawda. Trzeba wziąć się za pracę, a nie...

– Chciałem, żeby powiedziała mi pani, czy wcześniej nie działo się nic podejrzanego. Czy ktoś czegoś nie mówił, nie robił... Cokolwiek pani pamięta, może okazać się ważne.

Irina pokręciła przecząco głową.

– Nie, nic się takiego nie działo. Wręcz przeciwnie, wszytko działo się powoli i ta rutyna była już męcząca. Co nie znaczy, że takie jej przełamanie było dobre. Ale w ostatnich tygodniach hrabia nie miał wiele czasu, żeby zajmować się instytutem. Rozumie pan, kwestia wampirów... – zawiesiła głos, zamyślona.

– Nie powinno tak być – powiedział Nicolas impulsywnie. – Co z tego, że wampiry? – Uciekł wzrokiem w bok, przypomniawszy sobie postawę komisarza.

Irina uśmiechnęła się ciepło.

– Oczywiście. Hrabia jest wspaniałym naukowcem, a dla nas najlepszym szefem jakiego tylko można sobie wymarzyć. Szlag człowieka trafia, kiedy widzi się jak ministerstwo i aurorzy go traktują!... – Zasłoniła usta dłonią zorientowawszy się co powiedziała. – Przepraszam. Wiem, że pan tak nie myśli.

– Nie, w porządku... Ja też jestem aurorem, mnie też to dotyczy.

– No skąd – Irina pokręciła głową. – Pan się akurat za bardzo przejmuje. Wiem, przecież nie znamy się od dziś – uśmiechnęła się filuternie. – Już wtedy widać było, że zupełnie inaczej traktuje pan swoją pracę niż ci aurorzy z którymi miałam wątpliwą przyjemność spotkać się podczas mojego, niedługiego co prawda, pobytu we Francji.

Nicolas też się uśmiechnął w odpowiedzi, szczerze wzruszony.

– Dziękuję. Tak naprawdę, to mam ochotę zaprzeczać, ale dziękuję. Bardzo dziękuję.

– Nie wiem, co panu powiedzieć. David nie zajmował się niczym niebezpiecznym. Zresztą zajmował się tym już od dawna. W ogóle nie wiem jak to się mogło stać.

– Nikt nie wie – Nicolas oparł wygodnie głowę o zagłówek fotela. Oczy same mu się zamykały, a temat śledztwa i wampirów definitywnie uciekł z głowy. Patrzył teraz na Irinę, na jej drobną, ale bardzo kobiecą figurę, doskonale podkreśloną romantyczną, bufiastą sukienką o dopasowanej talii i szerokiej, szeleszczącej spódnicy. Suknia miała piękny i ciepły czekoladowy kolor, od tego koloru również włosy Iriny, ciemne, puszyste, przystrzyżone na pazia, nabierały czekoladowej barwy.

– A może wyjdziemy z instytutu? – zaproponował ni stąd ni zowąd. – Możemy rozmawiać spacerując, albo w kawiarni.

– Zaprasza mnie pan do kawiarni? – roześmiała się Irina. – Czy się pan boi, że zaśnie bez kawy?

Nicolas zarumienił się, ale odpowiedział z uśmiechem.

– Zapraszam panią. Bardzo się cieszę, że się znów spotkaliśmy. Nie myślałem, że czeka mnie tu tak miła niespodzianka. Prawdę mówiąc, przychodząc tu byłem przerażony.

Irina pokiwała głową.

– Zatem chodźmy. Nie mam więcej pracy i czekałam tylko na pana. – Uśmiechnęła się biorąc go pod ramię, kiedy wychodzili. – Ja też się cieszę ze spotkania.

Kominkiem dostali się na rue des Rêves, a potem spokojnym krokiem ruszyli w kierunku Montmartre.

– Jak pięknie – powiedziała Irina na ulicy, wdychając świeże, wilgotne powietrze i przymykając oczy. Chmury się rozproszyły, słońce odbijało się w kałużach jak w lusterkach. Było późne popołudnie. O tej porze tłumy czarodziejów przelewały się ulicą, wypełniały kawiarnie i sklepy, głośno śmiejąc się, nawołując i krzycząc. Nicolas i Irina szybko skręcili w mniejsze uliczki, równoległe do rue des Rêves. Tu ścisk był mniejszy, sklepiki mniej nachalne, a blisko siebie stojące wysokie kamienice dawały więcej cienia. Weszli do niedużej, przytulnej kawiarenki, która miała rozwieszone w oknach witrażyki w kształcie owoców i kwiatów. Kiedy dostali swoje kawy, Irina gorzką, z likierem, Nicolas na słodko z bitą śmietaną, wrócili dopiero do tematu śledztwa.

– Mówiła pani, że Swietłana jest pani przyjaciółką – zapytał Nicolas tknięty nową myślą. – Czy nie powinna pani z nią teraz być?

Irina pokręciła głową.

– Nie, rozmawiałam z hrabią, kiedy wrócił z Filipa, ze Swietłaną jest cała rodzina Davida. Swietłana ma fantastycznych teściów. Trochę jestem zazdrosna. Wie pan, jak tu przyjechałyśmy, to nie znałyśmy nikogo, mieszkałyśmy we dwie na ostatnim piętrze kamieniczki na jednej z przecznic avenue des Vénérables. A potem ona wyszła za mąż, zamieszkali razem, a ja zmieniłam mieszkanie na wygodniejsze, już wtedy mogłam sobie na to pozwolić. Ale brakuje mi trochę tych pierwszych dni... – zamyśliła się na moment, a potem roześmiała, jakby coś zabawnego przyszło jej na myśl. – U nas w instytucie w ogóle więcej jest cudzoziemców niż Francuzów. Hrabia dużo podróżuje i ciągle przywozi kogoś nowego. David jako jeden z nielicznych pracowników PIMY jest paryżaninem. Choć tak naprawdę, to jego rodzina pochodzi z Kanady.

– Bardzo podziwia pani hrabiego, prawda?

Irina westchnęła.

– Ja znam hrabiego ledwo od roku, ale tak, bardzo. Gdyby nie on, to ja i Swietłana siedziałybyśmy na najdalszym krańcu Rosji i tyle by wyszło z naszych naukowych planów. Hrabia zauważył nas na konferencji w Archangielsku i zaproponował pracę. Nawet nie potrafię opowiedzieć jakim jest wspaniałym szefem. Nigdy takiego nie miałam, ani nie słyszałam o takim. Mógłby poprowadzić wojska do każdej walki, a nie tylko kierować jednym instytutem.

– Właśnie, wojska... – Nicolas otrząsnął się lekko. – Wiem, mógłby i ja się tego w nim boję. Ale chciałbym pomóc hrabiemu z tym co się dziś stało... Nie rozumiem, dlaczego aurorzy nie chcą nic zrobić. Nie mnie powinni tu przysłać.

– A ja się cieszę, że przysłali właśnie pana... a nie któregoś z tych aurorów, co się nie przejmują wampirami.

Irina się uśmiechnęła, a Nicolas poczuł przez moment, że zupełnie niczego mu już do szczęścia nie potrzeba. Nawet nie bardzo wiedział, co powiedzieć, podziękował tylko z uśmiechem. Coś mu mówiło, że Irina nie miała ochoty usłyszeć, że same dobre chęci jeszcze nie zastąpią umiejętności. I sam też nie miał ochoty tego mówić.

– Brakuje mi prawdziwych ludzi i rozmów – ciągnęła Irina wpatrując się w kawę, którą powoli mieszała malutką łyżeczką ze zdobieniami w kształcie winorośli. – Aurorów, którzy wierzą w pomaganie ludziom. Przyjaciół, którzy chętnie posiedzą w kawiarni nie patrząc na zegarek co pięć minut i porozmawiają spokojnie, i chętnie. Ludzi, którzy nie zatrzymują się tylko na tym, co w pracy i ile zarobili, i nie przedstawiających wszystkiego, co robią jako jeden wielki, cholerny sukces. Udawania, że wszystko jest w porządku mam potąd. A pan był szczery, to jakoś tak miło zabrzmiało.

Nicolas poczuł się jakby spotkał anioła. Myśl to była oczywiście romantyczna i nieco przesadna, ale jak najtrafniej opisywała jego obecny stan ducha.

– Nie wiem już, co powiedzieć, ale bardzo dziękuję – powtórzył z uśmiechem. – Dużo lepiej się przez to poczułem.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu i pili kawę. Ale było to spokojne milczenie, bez napięć i niepokojów. Nicolas zasmucił się na samą myśl, że będzie trzeba wstać i stąd wyjść. Irina przerwała ciszę.

– Chciałam tylko dodać, że u nas szczęśliwie pracują osoby, z którymi można normalnie porozmawiać. A nawet jak nie można, to nie z powodów, które podałam poprzednio. Jak będzie pan znów w instytucie, to proszę do mnie przyjść – powiedziała, jakby zgadując o czym wcześniej pomyślał. Nicolas nie odpowiedział, bo zapatrzył się na nią, na krótko obcięte, puszyste czarne włosy, błyszczące czarne oczy, zadarty nosek. Emanowała energią. Zmusił się żeby oderwać od niej wzrok. Wypił łyk kawy, zrobiło mu się gorąco i miał tylko nadzieję, że Irina skojarzy jego rumieniec raczej z ciepłym napojem niż z nią samą.

– Przyjdę na pewno – powiedział w końcu.

– Może moglibyśmy mówić sobie po imieniu? – zaproponowała Irina znienacka.

– Och. Chętnie – uśmiechnął się szeroko, bo bardzo ucieszył go ten gest z jej strony. Nie lubił formalności. Oddalały ludzi od siebie.

Kiedy dopili kawę i wyszli, Nicolas kupił bukiecik żółtych tulipanów od kwiaciarki, która przycupnęła ze swoim straganem przy schodach biblioteki czarodziejskiej. Irina roześmiała się, wzięła kwiaty i zanurzyła w nich twarz.

– Jak ślicznie pachną, dziękuję – a potem wzięła go pod rękę i tak szli dalej. Nicolas usłyszał pomruk kwiaciarki: „za mundurem panny sznurem". Obcasy Iriny słodko stukały o bruk, kiedy wspinali się na Montmartre jedną z tych wąziutkich, stromych uliczek, które wyglądają jakby prowadziły do innego świata lub epoki.

Irina celowo czy odruchowo odeszła od tematu instytutu, widać nie chciała rozmawiać o tym co się stało. Nicolas nie nalegał. Właściwie z ulgą zmienił temat. Rozmawiali o drobiazgach, o rzeczach lekkich i nieważnych, odkrywając radośnie ile mają ze sobą wspólnego. Zapomniał o PIMIE, o śledztwie, nawet o tym, że jest aurorem, o wszystkich życiowych rozważaniach i złych ludziach.

– Dokąd my idziemy? – zapytała w pewnej chwili Irina, przerywając sobie w pół zdania.

Nicolas zaskoczony potrząsnął głową.

– Nie wiem. Szedłem za tobą. – Westchnął. – Nie chciałem jeszcze się żegnać.

– To dobrze – powiedziała Irina z uśmiechem. – Dawno już nie chodziłam tak bez celu. Idźmy dalej.

Włóczyli się więc po magicznym Montmartre, nawet niekoniecznie rozmawiając, a po prostu ciesząc się, że tego wieczoru już nic nie trzeba robić, że można zwyczajnie iść i nie być samemu, i oglądać wszystko to, co chowa się przed tymi, którzy się spieszą.

– Nicolas, to ty? – rozległ się nagle dźwięczny alt. Nicolas przystanął i zdezorientowany zaczął się rozglądać dookoła. Wreszcie zauważył damę w średnim wieku, o obfitych kształtach i ciemnych, upiętych w wymyślny kok włosach. Przeciskała się między ludźmi w ich kierunku.

– Ciociu – Nicolas uśmiechnął się. – Jak miło cię widzieć.

– Nico, kochanie – ciocia objęła go i przytuliła mocno. Potem wypuściła go z ramion i ciekawie przyjrzała się Irinie. – A co tu robisz z tą młodą damą?

– To jest Irina Sołowinowa, ciociu. Irino, to jest moja ciocia, Sophie Carrillo.

– Bardzo mi miło – Irina uśmiechnęła się.

– Jesteś Rosjanką, skarbie? – Ciocia uśmiechnęła się i uniosła ciekawie brwi. Irina przytaknęła. – Jak ci się podoba w Paryżu? Przyjechałaś na długo?

– Dostałam tu pracę, więc na razie staję się paryżanką. I bardzo mi się tu podoba.

– To wspaniale. Bardzo dobrze mówisz po francusku. – Ciocia Sophie przyjrzała się z kolei Nicolasowi. – Jak to się stało, że się poznaliście?

Nicolasowi w tej chwili ciarki przeszły po plecach, bo nie spodziewał się, żeby ciocia pochwaliła takie podejście do pracy, nawet jeśli nie pochwalała jego pracy jako takiej. Sam go nie pochwalał, prawdę mówiąc. Irina jednak poradziła sobie sama.

– Nicolas pomógł mi kiedy zgubiłam się w krętych miejskich uliczkach. A potem zaczęliśmy rozmawiać i tak jakoś samo wyszło. Zaprzyjaźniliśmy się – wyjaśniła, omijając pół roku, które minęło między jednym spotkaniem w kawiarni a drugim. Nicolas poczuł się trochę nieswojo. Praktycznie właśnie okłamał ciocię. Ale niech to na razie tak zostanie, póki sprawa z instytutem się jakoś nie rozwiąże.

– Cóż, nie wyglądacie jakby wam się spieszyło – powiedziała ciocia. – Zapraszam was do mnie, co wy na to? Na naleśniki i czekoladę. Czy macie własne ścieżki do obejścia dzisiaj?

Nicolas popatrzył na Irinę pytająco. Wszystko zależało od niej, choć sam na wzmiankę o naleśnikach poczuł nagle jak bardzo jest głodny. Nie licząc kawy, nie miał nic w ustach od śniadania i na pół poważnie pomyślał o zostawieniu Iriny samej, i pójściu z ciocią w razie potrzeby. Ale Irina z uśmiechem przyjęła zaproszenie.

– Jak to dobrze, że akurat się spotkaliśmy – powiedziała ciocia biorąc go pod ramię. Irina zrobiła to samo po jego drugiej stronie i zaczęli się wspinać pod górę, stromą i wąską uliczką wyłożoną czerwonobrązowym brukiem, unikając spływających w dół strumyków wody. – Właśnie wracałam od fryzjerki...

Nicolas szybko stracił wątek w radosnym potoku słów cioci Sophie. Ciocia co drugi dzień odwiedzała fryzjerkę głównie w celu wymiany ploteczek ze znajomymi. W te inne dni odwiedzała ulubione sklepiki, w tym samym zresztą celu. Popatrzył na Irinę, która naprawdę słuchała i pochylając się lekko, żeby widzieć ciocię, uśmiechała się do niej potakując lub wtrącając coś od siebie.

Ciocia zaprowadziła ich do narożnej kamieniczki, bogato ozdobionej roślinnymi, secesyjnymi motywami. Jako dziecko Nicolas zawsze próbował się wspinać na metalowe łodygi oplatające okna na parterze, uciekając za spódnicę cioci, kiedy zaczynały się ruszać i niezadowolone syczeć na niego. Ciocia Sophie mieszkała na drugim piętrze i miała do dyspozycji też niewielką wieżyczkę przycupniętą na samym rogu budynku.

– Wejdźcie, proszę, siadajcie – zaprowadziła ich do przytulnie i bardzo barokowo urządzonego saloniku. W korytarzu minęli wujka Marqueza, który przywitał się z nimi, a potem cicho zniknął w swoim gabinecie z gazetą w ręku. Ciocia posadziła ich przy stoliczku zasłanym koronkowym obrusem. Czarami zabrała bukiet suszonych kwiatów i nakryła stolik porcelanowym serwisem. Irina z szeroko otwartymi oczami przyglądała się jak ciocia czaruje. Bo Sophie nie używała różdżki. Nie używała też zaklęć, przynajmniej nie w zwykłym tego słowa znaczeniu. Ciocia śpiewała, czasem operowo, czasem po prostu niewyraźnie, czasem, jakby śpiewał ptak nie człowiek. Normalnych czarów nie rzucała zresztą nigdy odkąd Nicolas pamiętał. Przy wtórze całkiem ptasiego trelu, na stoliku pojawiły się naleśniki, bita śmietana i sos czekoladowy, a gorąca czekolada wypełniła małe, porcelanowe filiżanki. Ciocia dostrzegła zafascynowane spojrzenie Iriny.

– Jestem voiceur, dźwiękodziejem – wyjaśniła z uśmiechem. – Już nawet nie pamiętam jak czarować normalnie...

– Ale to wspaniałe – powiedziała Irina. – Zawsze mi się jakoś wydawało, że magia powinna być śpiewana. Wtedy jest bardziej... osobista. No i normalne zaklęcia też trzeba mówić odpowiednio.

– Bardzo ładna uwaga z tym „osobista" – uśmiechnęła się ciocia.

– Nie wystarczy umieć śpiewać, żeby móc się tego nauczyć, prawda?

– Nie, kochanie. Nawet śpiewać nie trzeba umieć, jeśli ma się magiczny głos. Ale trzeba być muzykalnym, bo inaczej nie da się pojąć istoty tych czarów. A ty śpiewasz może?

– Nie. Umiem tylko trochę grać na pianinie i na skrzypcach. Nic wielkiego, ale lubię to.

– Ale to najważniejsze – roześmiała się ciocia. – Ja tylko śpiewam. Do grania zawsze miałam za krótkie palce – roześmiała się rozcapierzając pulchną dłoń, ze starannie wypielęgnowanymi i pomalowanymi na ciężki szkarłat paznokciami.

– Ciocia jest śpiewaczką operową – wtrącił Nicolas trochę nieobecnym głosem.

– Naprawdę? – Irina wpatrzyła się w ciocię z nową fascynacją.

– Tak – powiedziała ciocia, ale już spokojniej i ciut smutniej. Patrzyła na Nico, który unikając jej wzroku wpatrzył się w swojego ostatniego naleśnika. Ciocia westchnęła i nałożyła mu kolejne dwa.

– To wspaniałe – powiedziała ostrożnie Irina. Wyczuła napięcie, pomyślał Nicolas. Żeby tylko nie trzeba było o tym rozmawiać. Niepotrzebnie się wtrącał.

– Wspaniałe – przytaknęła ciocia patrząc znów na Irinę i uśmiechając się szeroko. – Byłaś może u nas w operze?

– Nie, niestety... Przyjechałam rok temu i mimo że wydaje się, że to tak dużo, to wciąż coś jest do załatwienia...

– Wystawiamy teraz „Czarodziejski grosz". Śpiewam partię Druidki. Będzie mi bardzo miło, jeśli przyjdziesz.

Irina chwyciła przynętę i zaczęła razem z ciocią paplać o operze i o sukcesach cioci. Nicolas się nie przyłączał. Temat był zbyt śliski. W dodatku źle się czuł unikając mówienia o czymś Irinie. Ale nie chciał tak teraz, dzisiaj, od razu. Pamiętał co Irina mówiła o przysłaniu do instytutu właśnie jego. I przy tym chciał na razie pozostać.

– A ty, Nicolas? – usłyszał głos Iriny. – Ty też na czymś grasz, a może śpiewasz?

Jak lekko zadała to pytanie!... Nicolas westchnął w duchu. Na szczęście kończył jeszcze ostatniego naleśnika, więc miał przynajmniej chwilę czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią. Przełknął i zaczął niepewnie:

– No... – zawahał się. Nie chciał kłamać. A na pewno nie Irinie. – Kiedyś uczyłem się śpiewać. I też jestem dźwiękodziejem – ostatnie słowa wymówił prawie szeptem.

– Słucham? – Irina pochyliła się ku niemu.

– Nicolas też potrafi czarować głosem – powiedziała ciocia Sophie z łagodnym uśmiechem.

Irina totalnie zaskoczona spojrzała na Nicolasa, który z kolei miał ochotę zapaść się pod ziemię.

– Ja... nie tak dobrze jak ty, ciociu... – wyjąkał wreszcie.

– No tak, oczywiście – westchnęła Sophie.

– Nicolas, dlaczego wcześniej nie powiedziałeś? Przecież to piękne...

– No właśnie – westchnął Nicolas. – Ale ja wybrałem zawód aurora. A każdy, kto słyszy, że umiem śpiewać, dziwi się czemu nie jestem śpiewakiem.

– A śpiewasz tak dobrze, że każdy powinien się dziwić? – zapytała Irina trochę ostrym głosem. Chyba zirytował ją swoimi wykrętami.

– Nicolas ma cały mój talent i jeszcze dużo więcej – wtrąciła się ciocia poważnie. – Ale to do niego należy decyzja co robić w życiu.

Irina pokiwała głową. Przyznała cioci rację. Ale Nicolas widział, że i ona uważa, że źle wybrał.

Nagle ciocia pochyliła się ku niemu nad stołem i odsunęła mu grzywkę.

– Co ci się stało, skarbie?

Nicolas zamrugał.

– Co takiego?

– Uderzyłeś się o coś? – ciocia dotknęła jego czoła i zanuciła coś krótkiego. – No, już znikło. Nie pamiętasz?

– Spadłem z krzesła... – Nicolas otrząsnął się na wspomnienie poranka, szefa i w ogóle całej tej pracy.

– Ach – ciocia pokiwała głową. – Widzę, że wszystko jak dawniej. Nicolas zawsze kołysze się na krześle i żaden upadek go nie zniechęca – wyjaśniła Irinie. Nicolas się zarumienił. Ale nie wracali już do tematu śpiewania. Dopiero, kiedy pożegnali się z ciocią, Irina nie wytrzymała.

– Masz uroczą ciocię – uśmiechnęła się, kiedy już szli ulicą. – Ale powiedz, co z tym głosem? Naprawdę potrafisz tak jak ciocia czarować śpiewając?

Nicolas westchnął.

– Tak, potrafię. Ale nie lubię używać głosu.

– Dlaczego? Przecież to ogromny talent! Ilu czarodziejów umie coś takiego?

– No niewielu, ale... Ale ja jestem aurorem.

– Tak, i co z tego? – Irina sceptycznie wydęła wargi.

– Ja... po prostu nie chcę. Cała moja rodzina chciała, żebym się szkolił i śpiewał. Ja nie chcę. Chciałem... robić coś własnego. Dlatego postanowiłem zostać aurorem.

Irina popatrzyła trochę niezdecydowanie, marszcząc brwi. Wzięła go pod rękę.

– No cóż, jestem pewna, że zostanie aurorem było dla ciebie dużym sukcesem... Ale próbowałeś chociaż czegoś innego?

Nicolas uśmiechnął się smutno.

– Od małego uczono mnie używać głosu. Najpierw ciocia, potem nauczyciele, nawet śpiewałem w chórze w operze, tam gdzie ciocia... Ale to był zawsze straszny stres, bo wymagali ode mnie bardzo, bardzo dużo. A kiedy spełniałem ich wymagania, dochodzili do wniosku, że w takim razie trzeba wymagać więcej, bo talent nie może się marnować. W którymś momencie tak się przyzwyczaiłem do tego stresu, że uświadamiałem to sobie dopiero, kiedy ciocia podchodziła i brała mnie za rękę, albo coś mówiła. I wszyscy opowiadali jakim wspaniałym śpiewakiem będę. Miałem wrażenie, że jestem ich zabawką. Nawet instrumenty traktowali lepiej, twierdząc, że one mają duszę i trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie i z szacunkiem. Ciocia była inna, ale jej tak bardzo zależało, że było mi strasznie przykro za każdym razem, kiedy ją w czymś zawiodłem.

Irina westchnęła.

– No to już lepiej rozumiem. Ale wciąż szkoda... A dlaczego nie używasz choćby śpiewanych czarów? Choćby tego, do czego nie trzeba się kształcić na śpiewaka? Czy nie przydałoby ci się to jako aurorowi?

Nicolas pokręcił głową.

– Miałem tego tak dosyć, że nawet nikomu w pracy nie mówiłem.

Irina westchnęła, ale potem uśmiechnęła się i dodała już lżejszym głosem:

– Chciałabym mieć takie zdolności. Ułatwiłoby mi to pracę.

– Ułatwiłoby?

– Zwierzątka, które badam żyją stadami, w podziemiach, piwnicach, katakumbach i tym podobnych. Zawsze jedno stoi na warcie i mruczy coś, co się nazywa pieśnią wartownika. Kiedy inne ją słyszą, wiedzą że są bezpieczne. A kiedy wartownik wyczuje zagrożenie, ucieka, pieśń się urywa i wtedy chowa się całe stado. Potrzebuję w jakiś sposób zastąpić wartownika, tak, żeby podejść do zwierząt. Nie udało mi się nagrać dźwięku, zawsze jak odtwarzam, to są jakieś szumy, nie ta akustyka, uciekają i już.

– Pomogę ci, jeśli chcesz – zaproponował Nicolas, zanim zdążył się zastanowić i zawahać.

– Przecież nie lubisz... – Irina podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. – I nie chcę, żeby to wyszło, jakbym od początku chciała cię w to wrobić.

– To nic. Naprawdę chętnie pomogę.

– I potrafiłbyś zaśpiewać pieśń wartowniczą?

– Dopóki jej nie usłyszę, nie mogę być pewien. Ale naśladowanie dźwięków to jedna z podstawowych umiejętności dźwiękodzieja.

– No jeśli tak, to jutro rano będę schodziła do piwnic. Jeśli mi pomożesz, to będzie mi bardzo miło.

Nicolas zjawił się więc w instytucie o wpół do piątej rano, wyjaśniając nocnemu portierowi, że chce z nim porozmawiać póki nie skończy zmiany. Pracował przecież na nocnej zmianie w czasie wypadku i mógłby wiedzieć o czymś ważnym, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie był to ten sam, który witał Nicolasa poprzedniego dnia. Ten, choć również wampir, był dla odmiany niski, korpulentny i bardzo nerwowy. Wciąż bawił się czymś, a to zegarkiem, a to piórem, a to kluczami. Nicolas kilkakrotnie był bliski poproszenia go, by tego nie robił. O tej porze, po kilku zaledwie godzinach snu, wprost nie mógł na to patrzeć. Wystarczająco dużo energii kosztowało go prowadzenie rozmowy i powstrzymywanie się od ziewania.

– Nic nie wiem – zapewniał tymczasem portier. – Owszem, wpuściłem pana Cherlevoix, dlaczego miałbym nie wpuścić. To około czwartej rano było. Czasem mają takie eksperymenty, co je trzeba długo robić, albo co ileś godzin i wtedy muszą siedzieć w laboratorium i wszystkiego pilnować. Nie było to nic niezwykłego. A potem poszedłem sobie, o ósmej się zmieniliśmy i tyle. Nic nie wiem i nic nie słyszałem.

– Czy ktoś jeszcze był w tym czasie w instytucie?

– Nie, nikogusieńko. Wiedziałbym. Jako portier pilnuję wszystkich kominków w budynku, zaraz wiem, które są używane, a w nocy, kiedy instytut jest już zamknięty, jedynym działającym kominkiem jest ten tutaj – wskazał na ponury i masywny okap po drugiej stronie hallu – i jeśli hrabia lub pani Koral jeszcze są, to ich kominki. W razie potrzeby zresztą odblokowujemy inne, jeśli pracownik jakiś musi być w pracy wcześniej, albo do późna w nocy. Hrabia nigdy tego nie zabrania, wymaga tylko porządku, żeby było wiadomo, co akurat się dzieje. No i tak samo było wtedy. Wpuściłem pana Cherlevoix i odblokowałem jego kominek. Ale nie używał go, wiedziałbym o tym.

– A czy ma pan zestawienie z kim kto się komunikuje przez swój kominek?

– Nie, ja tylko włączam i wyłączam. Wiem, kiedy są aktywne, kiedy jest rozmowa, albo kiedy ktoś przemieszcza się siecią Fiuu i w którą stronę, ale gdzie, z kim, to musi pan pytać w centrali sieci, w ministerstwie.

– I naprawdę nie słyszał pan niczego?

– No nie, żebym tak nigdy krwi nie wypił, nic nie słyszałem!

Nicolasa to zapewnienie bardziej zdenerwowało niż uspokoiło, ale ciągnął:

– O której przyszli następni pracownicy?

– Pani Koral o siódmej – powiedział wampir szybko i usłużnie, rad ze zmiany tematu. – Reszta już po ósmej, jak mnie nie było.

Nicolas westchnął.

– No dobrze, dziękuję panu. Jakby coś pan sobie przypomniał...

– Natychmiast się zgłoszę – zapewnił portier wciąż tym samym, usłużnym tonem, wpadając mu w słowo.

A wkrótce potem zjawiła się Irina. Punktualnie o piątej rano schodzili piwnicami pod PIMĄ do podziemnych korytarzy ciągnących się pod całym czarodziejskim Paryżem. Nicolas stłumił ziewnięcie. Było ciemno, wilgotno, duszno i straszliwie cicho, oprócz szmerów na samej granicy słyszalności, które sprawiały, że cierpła skóra. Irina niosła malutką latarenkę, dającą niepokojące, niebieskawe światło i zabroniła Nicolasowi używania zaklęć, w szczególności wszelkich odmian Lumos. Już same piwnice były wykorzystywane tylko na najwyższym poziomie, dwa niższe były opuszczone. A kiedy zeszli na sam dół, przywitał ich tylko ponury widok zimnych, kamiennych ścian, kałuże mętnej wody na podłodze i grzyby porastające wszystko, co się dało.

– Trzymaj się mnie – szepnęła Irina. – Idź ostrożnie i staraj się nie hałasować. Widzisz tamto przejście? – Wskazała na otwór w ścianie, zagrodzony zwykłą, niemagiczną kratą, nieco rdzewiejącą. Nicolas przełknął ślinę i skinął głową. – Tam pracuje Rodrigo Arnedo. To są wykopaliska, co znaczy, że podłoga tam jest nierówna jak to, co ma pod sufitem Luna, a poza tym łatwo coś ważnego niechcący podeptać. A my idziemy na szczęście w drugą stronę.

Wzięła go za rękę i delikatnie pociągnęła za sobą. Korytarz był wąski, musieli iść jedno za drugim, a miejscami nawet się schylać, szczególnie Nicolas. Ochronne buty, jakie dostał od Iriny, były ciut za małe i już zaczęły go obcierać. A grzyby na ścianach uśmiechały się, kiedy próbował odsunąć się jednocześnie od tych z lewej i od tych z prawej.

Po dobrym kwadransie (dla Nicolasa było to jak godzina) chodzenia w ciemności, kiedy już totalnie stracił orientację, Irina zatrzymała się i pochyliła do niego.

– Jesteśmy blisko – powiedziała tak cicho, że przez moment pomyślał, że tylko to sobie wyobraził. – Teraz na paluszkach. Jak tylko będziesz słyszał je na tyle wyraźnie by skopiować, zatrzymaj się, posłuchaj, a potem zacznij śpiewać i wtedy zaczniemy podchodzić, jasne?

– Tak – odszepnął Nicolas, próbując poruszać się na paluszkach w tych kaloszach. Irina nie mogła mu wcześniej pokazać nagrania, bo zniszczyła wszystkie stare, jako nie nadające się do wykorzystania. Zresztą i tak by nie chciał, zwłaszcza jeśli przekłamywało dźwięk. Zaczęli ostrożnie przesuwać się korytarzem. W pewnej chwili rzeczywiście usłyszał coś jakby brzęk dzwonka i dużo niższy szwargot szybkiej rozmowy. Jeszcze troszkę bliżej. Zaczął rozróżniać dźwięki, odnajdywać strukturę pieśni. Wpierw spróbował powtórzyć sobie cały układ w myśli, potem zaczął sam śpiewać, cichutko, cicho, stopniowo coraz głośniej. Irina wzięła go znów za rękę i zaczęła prowadzić, więc mógł przymknąć oczy i skoncentrować się na samym śpiewie. Zatrzymali się po dłuższej chwili, Irina go puściła. Śpiewał już dość długo, kiedy otworzył wreszcie oczy i zorientował się, że jest sam w zupełniej ciemności. Natychmiast zmylił rytm i melodię. W tym momencie usłyszał jedwabisty szelest i poczuł ruch pod nogami. Dziesiątki małych stworzonek uciekało korytarzem. Nicolas krzyknął przestraszony.

– Jestem, jestem – usłyszał głos Iriny, która znów złapała go za rękę. – Co się dzieje?

– Nie... nic, tylko... Otworzyłem oczy i nic nie zobaczyłem. A potem one zaczęły uciekać – wzdrygnął się na to wspomnienie.

Irina westchnęła.

– Musiałam przysłonić światło, żeby do nich podejść. Zrobiłam to już dawno, nie zorientowałeś się?

– Nie, miałem zamknięte oczy...

– No ale to nic. Udało mi się schwytać jednego, tak jak chciałam.

W słabym świetle latarni Nicolas zobaczył małe pudełko, szczelnie zasłonięte. W środku coś nieprzyjemnie chrobotało.

– Co z nim zrobisz? Wypuścisz go potem?

– Ech, nie – Irina się zawahała. – Chcę zbadać jak ma zbudowaną krtań...

– Nie kończ – przerwał.

– Jej, teraz jest mi głupio – powiedziała. – Mam wrażenie, że gdybyś wiedział, to nie chciałbyś mi tego ułatwiać. Prawda?

– Nie wiem, chciałbym ci pomóc, ale żal mi zwierzęcia. Zginie za to, że ładnie śpiewa. Co ja mam o tym myśleć?...

Niespodziewanie Irina się roześmiała.

– Jaki ty jesteś uroczy. Sam widzisz, że nie możesz zapomnieć jak ładnie ty sam śpiewasz. Może to coś znaczy? Ale tobie nie zrobię sekcji, nie bój się. A poważnie to chciałam ci powiedzieć, że to było wspaniałe. Pierwsza klasa. Wiesz, że nie zorientowałam się w którym momencie zacząłeś śpiewać? Zresztą ja to przecież nic, te zwierzęta się nie zorientowały. Opowiesz mi później jak rozpracowałeś tę pieśń?

– Opowiem – zgodził się Nicolas. – Opowiem, ale teraz już chodźmy stąd. Wciąż słyszę jak on próbuje uciec z tego pudełka. Jeśli nie mogę go wypuścić, to przynajmniej już chodźmy, co?

– Hm, a może szybciej nam będzie w animagicznej formie? Jesteś animagiem, Nicolas?

– Tak, kotem.

– O. – Irina zachichotała. – Ja też jestem kotem. Zmieńmy się, będzie nam wygodniej. Teraz już nie musimy śpiewać ani łapać. Weźmiesz latarenkę, a ja klatkę.

Zmienili się. Irina wyminęła go i pobiegli korytarzami. Rzeczywiście, było szybciej, wygodniej i nie tak strasznie. Widział też dużo więcej. W mgnieniu oka znaleźli się na najwyższym poziomie piwnic, gdzie było już normalne oświetlenie. Teraz mógł się przyjrzeć Irinie – była drobną, czarną kotką, zwinną i elegancką, z białą łatką na czole. Zmieniła się w człowieka i zanim zdążył coś zrobić wyciągnęła ręce i podniosła go.

– Jaki ty jesteś słodki jako kot!

Nicolas zawstydził się, choć co prawda nie pierwszy raz to słyszał i ze swojego wyglądu był bardzo dumny. Jako kot był równie drobny i smukły, co Irina, miał szaro–grafitowe, jedwabiste futerko, bez najmniejszej plamki czy przebarwienia, puszyste i miękkie, a oczy po staremu szarobiałe. Siostry żartowały, żeby nie zmieniał się za często, bo jeszcze ktoś go ukradnie, założy magiczną obróżkę i udomowi. Z czym nie byłoby problemu, wystarczyłaby miękka poduszka i miseczka ciepłego mleka. Zamiauczał wymownie i Irina w końcu postawiła go z powrotem na ziemi. Szybko zmienił się w człowieka. Otrzepał ubranie z kurzu, wilgoci i strzępków grzybów.

– Jakimi wykopaliskami zajmuje się Rodrigo? – zapytał Irinę. W pierwszej chwili z czystej ciekawości, dopiero potem pomyślał, że może pomóc mu to w śledztwie. A potem poczuł się jakby niecnie wykorzystywał Irinę do zdobycia informacji.

– Rodrigo? Nie jestem pewna. To jakaś straszna abrakadabra i zupełnie nie moje pole. Jakaś magia duszy, a w tej piwnicy znaleziono kiedyś stare naczynia alchemiczne z mnóstwem rysunków i tekstów. Kiedyś mówił, że to jedna z największych zalet jego pracy w PIMIE. Przesiaduje tam całymi dniami, wkrótce będzie ślepy jak kret. Choć nie słyszałam, żeby ktokolwiek poza nim uważał te skorupy za cenne. A teraz chodźmy do mnie do gabinetu, zrobię kawę, obojgu nam się przyda. – Zamyślona potarła nosek. – Nicolas, ja ci chciałam jeszcze raz powiedzieć, że twój głos jest fenomenalny. Byłeś lepszy, niż te zwierzaki w śpiewaniu ich własnej pieśni! Co ty robisz w aurorach?...

Nicolas westchnął i posmutniał. Jakoś nie wiedział co jej odpowiedzieć.

– Ale ja chcę być aurorem... – powiedział w końcu i chyba zabrzmiało to bardzo żałośnie, bo Irina złagodniała.

– No tak... Tylko, że... Przepraszam. Ja taki mam niewyparzony jęzor. No już, nie rób mi takiej miny, już nic nie mówię, patrz...

Przyglądała mu się szczerze zmartwiona, więc uśmiechnął się.

– Wiem, w porządku. Nic się nie stało. Chodźmy już na tę kawę.

O ósmej wyszedł od Iriny i poszedł do hrabiego od którego otrzymał zwięzłą informację, że profesor Snape przyjedzie prawdopodobnie jeszcze dziś. A zatem, żeby nie tracić czasu, Nicolas postanowił jak najszybciej zabrać się za rozmowy z pracownikami.

Znajomy już portier wbrew chęciom i zapewnieniom nie dostarczył mu żadnych nowych informacji. Potwierdził tylko to, co powiedział już jego kolega z nocnej zmiany. Trzech techników laboratoryjnych patrzyło na niego z wyższością, kiedy zadawał, wiedział o tym, głupie pytania dotyczące wyposażenia laboratoriów, szczególnie tego należącego do Davida. Sprzątaczka była sympatyczną, pulchną wiedźmą, stale uśmiechniętą, ale nie umiała powiedzieć nic ponadto, ze David był bardzo miłym młodzieńcem. Słabo zresztą znała francuski. Westchnął. Dochodziło południe, ale dobrze byłoby porozmawiać jeszcze z kimś przed obiadem.

Uzbrojony w notes i samonotujące, aurorskie pióro, co prawda zapasowe, bo od wczorajszego poranka nie był w Palais Justice, Nicolas zapukał nieśmiało do drzwi jednego z laboratoriów. Za każdym razem, kiedy do kogoś pukał, miał irracjonalne wrażenie, że w czymś przeszkodzi i cały instytut wyleci z jego winy w powietrze. Z tego, co słyszał od Luny i Iriny o Nataszy Andriejewnie, tym razem było to bardziej uzasadnione uczucie.

– Proszę – usłyszał niedbały, niski damski głos, lekko zachrypnięty. Wszedł więc ostrożnie. Natasza Andriejewna, w fartuchu ze skóry garboroga, podgrzewała coś w małym kociołku. Mimo, że robiła to tuż pod otwartym oknem, całe pomieszczenie wypełniał mdlący, organiczny zapach.

– N–nazywam się Nicolas Lejeune, m–młodszy inspektor... Czy mogłaby mi pani poświęcić trochę czasu?

– Formalne przesłuchanie? – zapytała dosypując do kociołka garść zielonych okruchów... czegoś i nie podnosząc nawet wzroku na Nicolasa. Więc zacisnął zęby i podszedł bliżej. Zauważył leżącego bezwładnie za oknem gołębia. Natasza również musiała go widzieć, ale nie wydawała się przejmować tym widokiem. Nicolas zaczął się zastanawiać, czemu ten gołąb jest tylko jeden. Sądząc z zachowania Nataszy, podobne eksperymenty odbywały się tu codziennie, a ptasie trupy za oknem tworzyłyby stosowny nastrój. Najwidoczniej okoliczne gołębie nauczyły się nie podlatywać zbyt blisko.

– N–nie, tylko wstępnie...

Popatrzyła na niego. Pierwszy raz odwróciła głowę w jego kierunku i dopiero teraz dostrzegł, że miała usta i nos zasłonięte maseczką.

– Na Sinobrodego! Proszę wyjść, zanim pana będę musiała wynieść. Proszę na mnie poczekać w bufecie.

Nicolas z ulgą wycofał się najprędzej jak mógł. Dziesięć minut później Natasza Andriejewna usiadła naprzeciw niego. Wyciągnęła papierosa i cygaretkę, popatrzyła na Nicolasa, zrobiła minę jeszcze bardziej zrezygnowaną i schowała wszystko.

– Proszę pytać – rzuciła obojętnie, ale nie spuszczając z Nicolasa wzroku.

Uśmiechnął się delikatnie.

– Może pani zapalić, jeśli pani chce.

– Nie chciałby pan tego – odparła. – Ale to miłe z pana strony.

Nieco zdziwiony Nicolas nie drążył tematu.

– Może opowie mi pani, czy przed wypadkiem pana Cherlevoix nie zdarzyło się nic innego odbiegającego od normy?

– Tutaj wszystko odbiega od normy – oświadczyła spokojnie. – A czy ostatnio jakoś bardziej? Trudno to nazwać, ale atmosfera była jakby gęstsza. Mnie takie rzeczy normalnie nie biorą, ale chyba wszyscy ostatnio byli jacyś przygnębieni i drażliwi. Nawet hrabia, choć z nim to inna sprawa, biedaczek ma tyle kłopotów z ministerstwem. Tak jakby komuś wampiry przeszkadzały – dodała, wzruszając ramionami, jak gdyby chodziło o kwestię koloru ścian albo kierunku otwierania drzwi.

– A dokładniej?...

– Co dokładniej? Atmosfery panu dokładniej nie opiszę, zresztą nie lubię plotek. A o wampirach sam pan wie najlepiej. Aurorzy popierają w tym ministra – wycelowała w niego oskarżycielsko palec.

– Ja nie – odparł natychmiast, unosząc w górę dłonie. – To znaczy... mnie też wampiry nie przeszkadzają. Ale rozumiem też ludzi, którzy się ich boją...

– Dlaczego mają się bać, skoro większość z nich w życiu porządnego wampira nie widziała – prychnęła Natasza. – A ja widziałam na przykład wściekłego hrabiego, w pełnej czarnowłosej krasie. Cholernie był przystojny. Szkoda trochę, że to na mnie się wtedy wydzierał. No ale cóż. Nie można mieć wszystkiego.

– A... za co, jeśli mogę spytać?

– Nie warto nawet wspominać, zresztą miałam wszystko pod kontrolą... – wydęła obojętnie usta. – Coś jeszcze chciałby pan wiedzieć?

Nicolas westchnął. Nie bardzo wiedział o co pytać. Nie chodziło o samą Nataszę. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że go lubi i sam też czuł do niej sympatię. Tylko temat był trudny.

– Myśli pani, że coś się może zmienić? Że ludzie przestaną bać się wampirów?

Natasza zaśmiała się głośno, zaskakując go zupełnie.

– Na kolczyki Merlina, pan jest niesamowity. Nie, proszę nie pytać dlaczego. Przypomina mi pan kogoś. – Puściła do niego oko, a kiedy zarumienił się, zaśmiała się jeszcze głośniej. – Jestem złośliwa, ale pan mi się naprawdę podoba. W życiu nie myślałam, że usłyszę coś takiego od aurora. Muszę powtórzyć to hrabiemu, jego to na pewno podniesie na duchu. A co do samego pytania, to nie wiem. Aż by się chciało odpowiedzieć, że nigdy w życiu, ale jak patrzę na pana, to kto wie? – Westchnęła. – Jeśli to wszystko, wrócę do laboratorium. – Zawahała się, jakby chciała coś jeszcze dodać, po czym pokręciła głową i odwróciła się.

Nicolas posiedział jeszcze trochę w bufecie. Nie miał siły się nigdzie ruszyć, bolała go głowa, a powietrze wydawało mu się ciężkie i gęste. Zamrugał i potrząsnął głową, kiedy wydało mu się, że coś porusza się pod stolikami dookoła. Czy to o tym mówiła Luna? Wreszcie zebrał siły, wstał i poszedł do Iriny. Ta przywitała go ciepło, choć minę miała poważną.

– Rozmawiałam właśnie ze Swietłaną – powiedziała. – Wciąż nie ma żadnych wniosków jeśli chodzi o Davida. Nicolas, jak to możliwe, że wciąż nie wiedzą, co mu jest? – Irina nerwowo zastukała palcami o blat biurka. – Podobno zajmuje się nim profesor d'Herblay, świetna specjalistka, nawiasem mówiąc, znajoma hrabiego i co? Wciąż nie wiedzą co mu jest.

– Będzie dobrze – wziął ją za rękę, przerywając melodyjkę, którą wystukiwała.

– Nie obiecuj, co nie twoje – westchnęła, ale ścisnęła lekko jego rękę.

– Ale ja wierzę, że będzie – uśmiechnął się. – I nie wierzę, że to nie był wypadek.

– Nie? – Irina się zdziwiła. Potrząsnęła głową. – To znaczy, jak to nie wierzysz? To nie jest kwestia wiary.

– Wiem, dlatego zrobię co można, żeby to wyjaśnić. Chociaż na razie nic nie udało mi się znaleźć.

Dopiero teraz zrobiło mu się naprawdę smutno. Nicolas westchnął i przysiadł na brzegu fotela. Potarł oczy palcami.

– Coś się stało? – zapytała Irina. – Wyglądasz strasznie.

– Właśnie rozmawiałem z Nataszą Andriejewną...

– Nie martw się o nią – Irina uśmiechnęła się pod nosem. – Przy Nataszy każdy czuje się co najmniej onieśmielony.

– Nie, nie o to chodzi – Nicolas potrząsnął głową. – Nie, w tym sensie to właściwie miałem wrażenie, że Natasza jest... czy ja wiem, smutna, jakby za czymś tęskniła. Nie bałem się jej. Ale sama rozmowa była dziwna. A może ja po prostu jestem zbyt zmęczony? Natasza mówiła o problemie wampirów. O zmartwieniach jakie ma hrabia. I chyba musiałbym wybrać się do Świętego Filipa, porozmawiać z profesor d'Herblay. Przykro mi z powodu Swietłany i Davida – dodał. – Żal mi ich. I ty też się o nich bardzo martwisz.

– To piękne – powiedziała Irina po prostu. Usiadła za biurkiem i oparła podbródek na dłoniach, a łokcie na blacie. – Wcale ich nie znasz, a przejmujesz się bardziej tym, żeby się wszystko dobrze skończyło niż tym, żeby na przykład samemu coś osiągnąć. Co jeszcze masz dzisiaj do zrobienia?

– Sam już nie wiem. – Nicolas usiadł w fotelu głębiej i oparł się wygodnie. – Nie podoba mi się atmosfera tutaj, wiesz? Jest taka ciężka, pełna pretensji.

– Pretensji? – Irina zdziwiła się. – Kogo?

– Nie, nikogo. To znaczy, nie wiem. Tylko czuję się tak, jak w obecności pokłóconych ze sobą ludzi. Wiesz, o czym mówię? Taka straszna, napięta cisza, albo pojedyncze gniewne wyrazy, tylko po to, żeby zranić. To jest najgorsze, wtedy, kiedy człowiek uważa, że musi się odegrać... I w ogóle nie chce słuchać, bo czuje się za bardzo skrzywdzony.

– Nicolas, ja się o ciebie martwię – powiedziała Irina stanowczo, wstając zza biurka. – Jeśli nie masz nic do zrobienia już dzisiaj, to wyjdźmy stąd. Idźmy gdzieś, gdzie zapomnisz o tym całym śledztwie. – Położyła mu rękę na czole, pieszczotliwie odgarnęła grzywkę.

– Ach, no właśnie – Nicolas uśmiechnął się blado. – Właściwie sam chciałem ci to zaproponować, ale kiedy zobaczyłem, jak martwisz się o Swietłanę i Davida, zrezygnowałem.

– Powiedz, co chciałeś zaproponować?

– Moi przyjaciele z Beauxbatons zaprosili mnie na coś w rodzaju spotkania klasowego dziś wieczorem. Jeśli miałabyś ochotę, to ucieszyłbym się, gdybyś poszła ze mną.

– Chętnie pójdę – zapewniła Irina.

– Ciesze się. Bardzo. Ale teraz niestety muszę już iść. – Podniósł się niechętnie. – Muszę iść do Świętego Filipa, potem wrócić tu, porozmawiać z profesorem Snape'em. I jeszcze powinienem wpaść do ministerstwa na chwilę. – Uśmiechnął się. – Spotkamy się wieczorem.

W Świętym Filipie profesor d'Herblay znalazła dla niego ledwie pięć minut, ale domyślał się, że to i tak było bardzo dużo z jej strony. Zleciła też jakiejś medwiedźmie powielenie dla niego wyników badań pana Cherlevoix. Ale niewiele mogła mu poza tym pomóc. Drobne zadrapania od szkła, powiedziała, i dziwna śpiączka, jakby w samoobronie. I jeszcze, że trzeba czekać. Ze spotkania z profesorem Snape'em Nicolas wyszedł na miękkich nogach. Ale profesor był właściwą osobą na właściwym miejscu. Jeśli może pomóc hrabiemu, to bardzo dobrze, że przyjechał. A Nicolas ze swojej strony też zrobi, co będzie potrafił i dlatego prosto z instytutu udał się do ministerstwa, do centrali sieci Fiuu, żeby poprosić o bilingi. Wyszedł z całym naręczem pergaminu. Zajrzał w przelocie do Palais Justice, ale ponieważ nikt tam nie interesował się na poważnie jego śledztwem, uciekł jak najprędzej do domu. Tam będzie mu się lepiej pracowało niż za biurkiem w Przedpokoju. Już i tak słyszał po drodze kpiny, że dostał sprawę i zadziera nosa.

– Czy wampiry cię aby nie pogryzły? – rzucił ktoś za nim, ale nawet nie oglądał się, żeby sprawdzić kto.

Czuł jak się rumieni. Kiedy już znalazł się w swojej kawalerce, rzucił bilingi na łóżko, a potem przez dłuższą chwilę stał wpatrując się w nie i zbierał siły do pracy. Zrobił sobie mocną kawę i usiadł do lektury. Nawet nie zauważył, kiedy zasnął. Obudził się z pergaminem nasuniętym na twarz, żeby światło lampy go nie raziło. Było wpół do dziewiątej, jeśli chciał zdążyć na spotkanie z Iriną, musiał ostro wziąć się do pracy. Zerwał się gwałtownie z łóżka, rozrzucając bilingi na wszystkie strony. Swoją drogą, myślał goląc się, coś się jednak wyjaśniło. Portier z nocnej zmiany cały czas korzystał z kominka w celu, który przyprawiał Nicolasa o mocny rumieniec. Zastanawiał się jak wspomnieć o tym hrabiemu.

Spotkali się z Iriną za pięć dziewiąta, na rogu buolevard Saint–Germain i rue de Bellechasse. Nicolas wręczył jej bukiecik pięciu czerwonożółtych tulipanów.

– Ślicznie wyglądasz – szepnął całując ją w policzek. Irina się zarumieniła. Miała na sobie krótką, dopasowaną spódniczkę i nie sięgający talii żakiecik w uroczym, liliowym kolorze. Pewnie cały wieczór poświęciła dobraniu pantofelków, biżuterii i delikatnych perfum. Było w tym coś niesamowicie miłego, może to że starała się właśnie dla niego i zależało jej na tym, by to docenił.

Poszli do niedużego klubu przy magicznej rue de l'Arc–en–Ciel, o wdzięcznej nazwie „Dom na biegunach". W przestronnej sali panował półmrok, rozjaśniany tylko niepokojącym, niebieskim światłem z kul, unoszących się pod sufitem jak bańki mydlane. Przywitała ich hałaśliwa ekipa przyjaciół Nicolasa. Widział początkowe oszołomienie Iriny, która chyba aż tak dobrze nie radziła sobie jeszcze z francuskim, żeby łatwo rozeznać się w tym gwarze.

Przedstawił jej Chrisa, swojego najlepszego przyjaciela, wysokiego, chudego mężczyznę z włosami jak słoma, ubranego w czerwoną koszulę i czarną kurtkę ze smoczej skóry oraz Maurice'a, równie wysokiego i chudego, ale ciemnowłosego, ubranego w jednolicie czarny, dość elegancki strój, z wąskimi okularami na nosie, które nadawały mu wygląd intelektualisty. Chris szybko zgarnął ich do jednego stolika i Nicolas czuł jak ogarnia go radosne, hałaśliwe szaleństwo. Chris machnął różdżką i z barku przypłynęły do nich drinki, każdy inny, różnokolorowe, niektóre zupełnie Nicolasowi nie znane. Światło zmieniało barwy jak szalone, popłynęła muzyka, płynął też potok szybkiej francuszczyzny, w której Irina momentami się widocznie gubiła. Nicolas też się gubił, próbując powstrzymać się od ziewania. Ale nastrój był tak lekki, a uśmiechy tak sympatyczne, że nawet mu to nie przeszkadzało.

Chris, Maurice i dziewczyna Chrisa, Patrice, patrzyli zaciekawieni na Irinę.

– Powiedz, Irina, czym się zajmujesz? – zagadnął jako pierwszy Chris. Irina zaczęła opowiadać, wszyscy wydawali się zafascynowani, szczególnie fragmentem o pieśni wartowniczej. Nagle urwała i spojrzała na niego spłoszona. Nicolas, który nie przysłuchiwał się dokładnie, walcząc z sennością w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć o co jej chodzi.

– Nie martw się – wtrącił się Chris. – My tu wszyscy wiemy o talentach Nico. I też z nich korzystaliśmy – mrugnął do niego. – Możesz mówić swobodnie. Pewnie naopowiadał ci jaki jest biedny, ale nie wierz mu. Tak naprawdę lubi śpiewać.

– Aha... – powiedziała Irina, a Nicolas westchnął z irytacją.

W tym momencie wtrącił się Maurice i miłym głosem o wyjątkowo gęstej, ciemnej barwie, spytał pojednawczo jak Nicolas i Irina się poznali.

– Wlepiłeś jej mandat za złe parkowanie miotły? – zaproponował.

– Ach nie, zgubiłam się w mieście i poprosiłam aurora o pomoc – uśmiechnęła się ciepło Irina. Uśmiechała się głównie do Nicolasa, więc i Nicolas oddał uśmiech. – Zaczęliśmy rozmawiać i jakoś tak samo się dalej potoczyło.

– Aurora, no,. no... – powiedział Chris uśmiechając się przebiegle. – Nico, no przyznaj się wreszcie, to dlatego zostałeś aurorem, prawda? Za mundurem panny sznurem?

– Nie – zawołał Nicolas rumieniąc się. – Przecież wiesz dlaczego!

– Tak, tak – Maurice mrugnął do Iriny, podczas gdy Chris zaczął się śmiać i nie mógł przestać. Irina uśmiechnęła się też, ale trochę zakłopotana.

– No tak, ekhm – Chris opanował się jakoś i przeciągnął. – A co tam u Marianne? – rzucił z niewinną minką.

– Marianne? – Nicolas miał dość. Błagalną miną poprosił Chrisa, żeby przestał. Irina tym razem popatrzyła na niego uważniej.

– Każda miłość jest pierwsza, co? – zaśmiał się na to Maurice.

– Jesteście straszni! – zawołał Nicolas do Chrisa i Maurice'a. – Marianne to moja była dziewczyna – powiedział do Iriny – ale rozstaliśmy się już dawno. Nie widziałem jej od tego czasu i nic nas już nie łączy.

Nicolas westchnął ciężko i odchylił się na oparcie krzesła jakby bardzo zmęczony. A potem nareszcie sam się roześmiał.

– No dobrze, Nico, już nie będę. Przepraszam – Chris uśmiechnął się i ciągnął już dalej spokojnym tonem starszego brata.– Powiedz mi lepiej jak żyjesz? Jak praca, dajesz sobie radę?

– Jak to praca – westchnął Nicolas. Zawahał się. – Ostatnio jeszcze bardziej stresująca...

Mina Chrisa wyrażała coś pomiędzy troską a komicznym pytaniem „to można bardziej?".

– Jak dla mnie, to powinieneś zrezygnować, Nico. Tracisz najpiękniejsze lata na same nerwy w nieodpowiadającej ci pracy. Może ty, Irino, go przekonasz? – Chris uśmiechnął się szeroko. – Choć jeszcze żadnej ze swoich kobiet nie posłuchał.

Irina zepchnęła na dno świadomości niepokojące stwierdzenie „swoich kobiet". A Nicolas czuł wiszące po raz kolejny w powietrzu pytanie dlaczego nie korzysta ze swojego głosu. Poczuł się trochę jak pięciolatek na rodzinnym obiedzie, kiedy wszyscy mówią o nim, ale nikt z nim naprawdę nie rozmawia.

– Pomyślimy... – odparła Irina lekko i niezobowiązująco. To było bardzo miłe. – Opowiedzcie mi lepiej o sobie. Chris, czym ty się zajmujesz?

– Ooo, nie ma o czym mówić – odparł Chris, komicznie zadzierając nos i wprost pęczniejąc z dumy. – Mam taki mały biznesik. Sprzedaję instrumenty muzyczne. Magiczne, a jak ktoś potrzebuje to i mugolskie. Zapraszam, rue des Rêves 115, to już na Montmartre – mrugnął okiem do Iriny. – A ten tutaj Maurice jest najlepszym specem od magicznych zabezpieczeń. Jakby tylko chciał, to byłby postrachem aurorów jako najlepszy złodziej w Paryżu, ale nie robi tego przez wzgląd na Nicolasa. – Tutaj Chris popatrzył na aurora, który wciąż siedział cicho. Westchnął, wstał i przesiadł się obok niego.

– Przyjacielu – powiedział poważnie, obejmując go jedną ręką. – Nie chciałem sprawić ci przykrości. Tylko szczerze uważam, że nie w aurorach jest twoje miejsce.

Nicolas westchnął.

– Wiem, wiem – uśmiechnął się. – Ale pozwól mi samemu zdecydować. Tak jak dotąd.

– Jasne – Chris żartobliwie potargał Nicolasowi włosy. – Tylko, że jak ja nie dopilnuję mojego młodszego braciszka, to kto? – Wychylił się w stronę Iriny. – Od razu wyjaśniam, ze nie jesteśmy spokrewnieni, ani nie jestem od niego starszy. To znaczy jestem, ale zaledwie o trzy miesiące, a to nawet niegodne wspominania. Wypijmy więc za aurorską karierę Nicolasa, może jeszcze coś z tego będzie! – Tu Chris wysoko uniósł swoją szklaneczkę, wszyscy poszli za jego przykładem, w tym Nicolas, który minę miał ni to udobruchaną ni to załamaną.

A potem impreza popłynęła już sama, bez żadnych zgrzytów. Nicolas, Chris i Maurice wariowali jak to ekipa przyjaciół, którzy nie widzieli się od dawna, wspominając stare czasy i przekrzykując się wzajemnie. Irina i Patrice rozmawiały przez pewien czas same, obserwując tylko swoich chłopców, jak walczą na parasolki z drinków i ochlapują napojami. Irina mogła też zobaczyć firmowy upadek z krzesłem w wykonaniu Nicolasa, który za mocno odchylił się do tyłu śmiejąc się z czegoś co powiedział Maurice. Chris, śmiejąc się również, nie zdążył go złapać mimo prób.

– Jest zupełnie inny niż w pracy – usłyszał Nicolas uwagę Iriny, kiedy już usiadł.

– A Chris nie jest... – dodała Patrice śmiejąc się. Wróciły potem do rozmowy. Dziewczyna Chrisa opowiadała Irinie o małym sklepiku z samodzielnie projektowanymi szatami, który prowadziła, niedaleko sklepu Chrisa na Montmartre.

– A wiesz, że kiedyś Chris i Nicolas się o mnie bili? – zapytała Patrice z błyskiem w oku. Nicolas mimowolnie przestawił się na podsłuchiwanie dziewczyn zamiast rozmowy z Chrisem i Maurice'em.

– I?... – Irina aż pochyliła się w jej stronę. – I kto...

– Ach, ostatecznie się pogodzili i ustalili, że żaden z nich ze mną nie będzie... – Patrice uśmiechnęła się i machnęła ręką. – Dopiero dwa lata później zaczęłam chodzić z Chrisem. No i tak to trwa do dziś. Wkrótce planujemy ślub.

– A teraz coś na co wszyscy czekaliśmy – rozległ się nagle magicznie wzmocniony głos Chrisa. Nicolas, wystraszony, lekko podskoczył. Chris przeciągając sylaby wołał na cały klub: – Teraz! Wystąpią! Ostrodźwięczni!

– Czyli nasi chłopcy. Chris założył ten zespół jeszcze w Beauxbatons – wyjaśniła Patrice Irinie.

I rzeczywiście, Chris, Maurice, i trójka innych mężczyzn ustawiła się na niewielkiej scenie. Po chwili oporu znalazł się tam również Nicolas. Chris z gitarą, Maurice przy perkusji a Nicolas z mikrofonem...

Po czym zaczęli koncert. Nicolas westchnął, popatrzył na Irinę, zamknął oczy i starał się zaśpiewać jak najlepiej. Delikatnie, romantycznie, ale nie ckliwie i sentymentalnie. Irina powiedziała mu później, że to po prostu od razu z uszu trafiało do serca. I to było wspaniałe, ale jednak za każdym razem jak śpiewał czuł się dziwnie. Trochę tak, jakby robił coś zakazanego i tracił nad sobą kontrolę. Nawet alkohol tak na niego nie działał.

Po kilku piosenkach, za każdym razem nagradzany gromkimi brawami zespół usiadł znów do stolików.

– Nicolas! To było prześliczne! – zawołała Irina, łapiąc go za rękę. – Naprawdę!

– Cieszę się, że ci się podobało – Nicolas uśmiechnął się, ale nie miał już siły na zbyt wiele entuzjazmu. Irina tylko go objęła i przytuliła. Pachniała tak miło, jak kwiaty, pomyślał.

– Zatańczymy? – zapytał nagle i pociągnął ją na parkiet, gdzie zostali praktycznie do końca imprezy, tańcząc kolejno do wszystkiego, co grano, do szybkiego, wolnego, klasycznego... cokolwiek. Na którymś z kolei wolnym tańcu bezwiednie przysunęli się bliżej do siebie i Nicolas delikatnie ją pocałował. I tak to się zaczęło.

Po oględzinach następnego dnia Nicolas miał dość. To było straszne. Profesor Snape niby nic nie robił takiego, a jednak Nicolas słyszał wyraźnie wszystkie nie powiedziane głośno zarzuty i złośliwości. Miał wrażenie, że zaraz się tu udusi, albo wstanie i zacznie krzyczeć. W dodatku co jakiś czas miał wrażenie, że coś się przesuwa za oknem, lub pod kawałkami mebli. Potarcie oczu nie pomagało ani trochę. Nicolas nie mógł sobie wyobrazić nawet jak to jest uczyć się w Hogwarcie, przez pięć lat co najmniej mając zajęcia z profesorem Snape'em. Umysł mu się przed taką wizją sam zamykał. To musiała być jakaś bardzo wyrafinowana tortura... O ile mógł zrozumieć, dlaczego pracownicy lubią hrabiego (Irina wręcz uwielbiała), to w przypadku profesora Snape'a coś takiego musiało być niemożliwe. A po spotkaniu ze Swietłaną jedyne czego chciał, to usiąść gdzieś i się samemu rozpłakać.

W pierwszym odruchu poszedł do Iriny, ale zanim dotarł do drzwi, zawahał się. Bardzo chciał z nią porozmawiać, ale wydało mu się nieuczciwe prosić o wsparcie właśnie ją, teraz, kiedy martwi się o przyjaciół, a to on nie radzi sobie z tym, żeby im pomóc. Umówili się z Iriną wieczorem, a teraz będzie lepiej, jeśli jednak spróbuje coś zrobić. Na popołudnie zostawił sobie resztę bilingów, a na razie postanowił poprosić Koral o pokazanie mu instytutu i opowiedzenie o systemach zabezpieczających na wypadek... wypadku właśnie. Nie miał specjalnej ochoty wyobrażać sobie różnych możliwych wydarzeń. Jedno realne aż nazbyt mu wystarczało.

Koral poważnie podeszła do jego prośby i zajęło to dużo więcej czasu niż się spodziewał. Z bilingami nie zdążył się wyrobić do umówionego spotkania z Iriną.

– Już chciałem biec – tłumaczył się później z prawie półgodzinnego spóźnienia. – Ale pomyślałem, że wolałabyś, żebym zajął się sprawą Davida najpierw, a nie własnymi przyjemnościami. Jesteś na mnie bardzo zła, że kazałem ci czekać?

– Ani trochę – pokręciła głową. Spodziewał się takiej odpowiedzi, ale i tak odetchnął z ulgą.

Spędzili wieczór w jednej z przytulnych kawiarenek na Ulicy Snów. Starali się tego unikać, ale rozmowa mimowolnie zeszła na temat śledztwa.

– Boję się – powiedział Nicolas cicho, patrząc w swoją filiżankę czekolady. – A nie powinienem. Chciałbym być lepszym aurorem, bo na razie tylko go udaję, zresztą nie bardzo skutecznie. Wiesz, ja mam wspaniałą rodzinę i dostaję od nich cudowne wsparcie, ale oni nigdy jednak nie zaprzeczają jakim ja jestem beznadziejnym aurorem. – Nicolas uśmiechnął się nieśmiało. – Zawsze tylko mówią, że oprócz tego jestem wspaniałym człowiekiem, tak po prostu i poza tym... To piękne, ale jednak brakuje mi tego zaprzeczenia.

– Ja nauczyłam się rozwiązywać to inaczej – Irina wzruszyła ramionami. – Przynajmniej oprócz tych największych strachów. Ja mówię głośno, że się boję. Tak, że wtedy nikt nie bierze mnie zupełnie serio, bo skoro mówię to, to myślą, ze jest w porządku i nad tym panuję... Nie wiem czemu nie myślą, że wpadam w panikę albo proszę ich o pomoc.

– I to działa? – zapytał Nicolas, odstawiając filiżankę na spodeczek.

– Nie – Irina uśmiechnęła się rozbrajająco. – Nie, najwyżej troszkę. Zasadniczo jest to tak samo nieskuteczny sposób jak twój. A o tym, co głęboko i tak zwykle nie mówię, nie mam zresztą komu.

Nicolas wziął ją za rękę i pocałował po kolei każdy palec.

– Teraz możesz rozmawiać ze mną... – powiedział.

Irina uśmiechnęła się ciepło.

Wracali do domów późno, dochodziła północ. Siąpił lekki deszcz, więc szli mocno do siebie przytuleni, z rękami w kieszeniach. Słuchał jej radosnego opowiadania o rosyjskiej szkole magii, ale prawdę mówiąc trudno było mu skupić na tym uwagę. Był pewien, że to widziała i właśnie dlatego wybrała lekki temat, na którym mógł nie uważać. Przymknął oczy. W tym momencie z bramy kamienicy, którą mijali wypadł ubrany w długi płaszcz człowiek. Zderzył się z nimi i gdyby Nicolas nie złapał Iriny, przewróciłaby się razem z nieznajomym. Nieznajomy szybko zerwał się z ziemi, bez pomocy Nicolasa, który zajęty był raczej sprawdzaniem czy Irinie nic się nie stało, niż wyciąganiem ręki do leżącego mężczyzny.

– Uważajcie lepiej jak łazicie – syknął nieznajomy groźnym głosem i zwracając się do Nicolasa, dodał: – Pilnuj swojej... – tu wtrącił wyjątkowo niecenzuralne słowo, patrząc wymownie na Irinę.

– Jak pan śmie! – oburzył się Nicolas. – Proszę w tej chwili przeprosić!

– Nicolas, nie, nie trzeba! – powiedziała szybko Irina i złapała go pod ramię. – Po prostu już chodźmy.

– Słuchaj, frajerze – powiedział tymczasem nieznajomy. – Jak ktokolwiek ma przepraszać, to wy. Ty. To wy jesteście ślepi.

– To ty obraziłeś moją dziewczynę i ty powinieneś przeprosić – powiedział cicho i nieustępliwie Nicolas, a Irinie aż się słabo zrobiło z wrażenia.

– No jeśli tak ci zależy, to może rozstrzygniemy to po męsku? – zapytał nieznajomy ze śliskim uśmiechem. – Chyba, że się boisz. Nie wyglądasz mi na mocnego.

– W każdej chwili – zapewnił Nicolas.

– Jutro o dziewiątej wieczór na Wzgórzu Wisielców.

– Zgoda.

– Pomyśl już z czego chcesz mieć trumnę, chłopaczku – zarechotał nieznajomy. – I pamiętaj, że jak się nie stawisz, to ja cię i tak znajdę. I ani słowa nikomu... – dodał groźnie, zaglądając Nicolasowi w oczy.

W tym dopiero momencie umysł Nicolasa zaczął rejestrować takie szczegóły jak wygląd nieznajomego. A więc: zupełnie łysa czaszka, brak zarostu i brwi, bardzo jasne rzęsy, oczy... Oczy były metaliczne. Dosłownie. Tęczówki były jak lustro i można się było w nich przejrzeć. A zęby to były kły z prawdziwego zdarzenia.

Nieznajomy z furkotem płaszcza odwrócił się i teleportował. A Irina rzuciła się na zdrętwiałego i oszołomionego Nicolasa i mocno objęła go w pasie.

– Nicolas, no co ty, oszalałeś?! Z wampirem się będziesz bił?! – Przytuliła się mocno. – Co ja zrobię jak on ci coś zrobi?... – I rozpłakała się.

Nicolas sztywno ją objął.

– A ja to robię dla ciebie... – szepnął cichutko, bo już sam żałował tego, co się stało. Miał ochotę zemdleć i nie myśleć zupełnie o niczym. Albo rozpłakać się tak jak Irina...

Pożegnał się z nią pod jej domem. Długo stali przytuleni do siebie. W końcu Irina pociągnęła nosem i machinalnie poprawiła kołnierzyk jego koszuli, i przygładziła marynarkę.

– Na pewno chcesz wracać sam do domu?... – roześmiała się słabo przez łzy. – To znaczy... chciałam zapytać, czy na pewno chcesz teraz być sam? Czy nie wolałbyś zostać u mnie?

– Nie – powiedział cicho, odgarniając jej z twarzy kosmyki włosów. – Nie płacz. Wszystko będzie dobrze.

Odsunęła się od niego i patrzyła zagniewana, marszcząc brwi i wykrzywiając usta. Już nie płakała.

– Byłoby dobrze, gdybyś nas w to nie wciągnął. Nie idź tam jutro. Powiedz hrabiemu. Powiedz mecenasowi, aurorom, komu chcesz, tylko tam jutro nie idź!

– Nie mogę! Nie ucieknę! Nie po to tyle lat się starałem!

– Ale to proste samobójstwo! – wrzasnęła Irina na cały głos.

Pokręcił głową. Sam był bliski łez. Nie umiał jej tego wytłumaczyć, cokolwiek by nie powiedział, nie przyjęłaby tego. Ale jakby nie poszedł, to udowodniłby sobie samemu, że naprawdę jest niczym i do niczego, i od samego początku trzeba było pozwolić zrobić z siebie śpiewaka.

– Co zamierzasz powiedzieć rodzinie? – zapytała Irina ostrym głosem

– Nic. Wyniku to nie zmieni, a chcę im oszczędzić czekania.

– Owszem, bo to jak czekanie na stracenie! Ten wampir jutro będzie pełen ludzkiej krwi, możemy się założyć! A ciebie powinni zamknąć za ten pojedynek! Mogłabym iść prosto do twojego szefa i mu wszystko opowiedzieć!

– Jak już będzie po wszystkim, to sam mu powiem – odparł spokojnie Nicolas.

Irina popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Pokręciła głową, jakby mówiła „to nie jest na poważnie, powiedz, że nie będziesz się bił". Znów miała łzy w oczach, ale jakoś się opanowała, choć widział, że kosztowało ją to dużo wysiłku. Zdecydowanym ruchem sięgnęła dłońmi do jego twarzy, a kiedy się pochylił, pocałowała mocno w usta. Oddał pocałunek, a ona w pewnej chwili stanowczo go odsunęła.

– Przyjdź do mnie jak jutro będziesz w instytucie. A wiem, że będziesz, bo profesor Snape coś planuje.

Rzuciła mu jeszcze jedno groźne spojrzenie, a potem odwróciła się i weszła do bramy swojej kamienicy. Trzasnęły drzwi. Spojrzenie mówiło „nie licz na więcej, dopóki nie skończysz tej afery" albo „jeśli ośmielisz się zginąć, to własnoręcznie cię zabiję", ale Nicolas był pewien, że teraz, kiedy już jej nie widział, Irina bardzo płakała. I czuł się winny. Aż zrobiło mu się niedobrze.

Mechanicznie doszedł do swojego mieszkania i otworzył drzwi. Zamknął je starannie i odwiesił klucze na miejsce, nie będąc tak naprawdę świadomym, co robi. Równie automatycznie zdjął buty, płaszcz i marynarkę, starannie je wieszając. Poszedł do kuchni i przygotował kawę używając głosu, nie różdżki. Kiedy upił łyk skrzywił się – była za słodka nawet dla niego. To dlatego, że głos zadrżał, uświadomił sobie. Ze zdenerwowania. Zaśpiewał znowu, przygotowując kolejną kawę. Potem chodził po mieszkaniu, sprzątając i układając, tylko po to, żeby się upewnić, że potrafi zrobić to głosem. Żeby mieć na czym skupić myśli, żeby znaleźć inny problem. Na koniec wrócił do kuchni. Kawa już wystygła. W dodatku z nerwów nie mógł utrzymać filiżanki w ręku, upadła i stłukła się na milion kawałków. Potem, zapomniawszy, że zdjął buty stanął na jednym odprysku i się skaleczył. Krzyknął i kulejąc poszedł do łazienki. Wyjmując kawałek porcelany z nogi, nie miał nawet siły na swoją zwyczajną, pełną rezerwy i strachu, reakcję na widok krwi. Po prostu pomyślał, że to żadna różnica. Bo jutro... Dopiero teraz łzy same popłynęły mu po policzkach. Ukrył twarz w dłoniach.

Powinien chyba jednak powiedzieć rodzinie? Co sobie pomyślą jak dowiedzą się... od szefa może? Z gazet? Kto go znajdzie po pojedynku? Martwego. Kto powie rodzinie? Czy nie lepiej teraz, samemu? Czy to tylko on tak bardzo chciałby z nimi porozmawiać, podzielić się wszystkim, co go przerażało? Nie powinien, nie, tylko będą się niepotrzebnie denerwować. I jeśliby powiedział... to by się sam złamał, pokruszył, ze łzami wszystko wyznał i poprosił: „Ratujcie!". A oni wpadliby w taką samą panikę i by go próbowali powstrzymać. Wyobraził sobie cały klan Lejeune'ów ruszających z nim na pojedynek. Nie, nie, tak się nie może stać, do tego nie dopuści. Nie chce być powstrzymywany, nie o to chodzi, zupełnie nie o to. Tylko to było takie ciężkie nie móc z nikim porozmawiać. Już nigdy.

Otrząsnął się. Krew ze zranionej nogi wciąż kapała na kafelki, a w ręku wciąż trzymał kawałek porcelany. Wrzucił go do zlewu i kulejąc poszedł do sypialni. Kawałków filiżanki z podłogi też nie sprzątał. Po co? Bilingi nie zaśmiecały już łóżka, czekały w równych stosach na dywanie aż ktoś je przeczyta. No więc nikt ich nie przeczyta, pomyślał Nicolas, kładąc się na łóżku i ciasno zawijając w kołdrę. Kilkoma urywanymi nutami zgasił światło w całym mieszkaniu. Miał jeszcze jedną dobę życia. Czy to możliwe?... Dłuższy czas przeleżał skulony na środku łóżka, patrząc bezmyślnie w sufit, na niewyraźny zarys żyrandola. Nie miał siły się ruszyć. A potem po suficie przesunęło się światło przejeżdżającego na ulicy samochodu. I Nicolas zaczął myśleć, myśleć, myśleć...

Co z nim będzie dalej? Jak już umrze? Czy będzie coś dalej? Powinno być coś dalej? Musi być? Wiedział, wierzył, że tak. Na pewno. Człowiek nie znika ot tak sobie. Ale kto wie? Co będzie? I jak? I dlaczego on już nigdy nie będzie mógł tylu rzeczy zrobić? Chyba powinien teraz jakiś bilans zrobić, jakieś podsumowanie, prawda? Co mu się udało, a co nie? Coś mu się w ogóle udało? Ma tylu wspaniałych przyjaciół, i rodzinę, i trzeba będzie ich opuścić a oni będą tęsknić. I Irina... A dopiero co się poznali. Ale byli, byli, właściwie... właściwie wciąż jeszcze "są". Przeszedł go zimny dreszcz, otrząsnął się. A czego nie zrobił? Postawił na swoim z aurorstwem, ale czy to dało mu satysfakcję? Tyle już razy pokonywał strach, panikę... I co z tego ma? Teraz też... w nagrodę zginie. Ale musi, nie ucieknie przecież. Będzie się trzymał tego, co zdecydował przecież... przecież... wybrał to, sam, postawił na to wszystko, trzeba grać do końca, nie poddawać się, auror nigdy się nie poddaje. Prawda? A on tak bardzo chciał taki być. Być aurorem, ale takim prawdziwym. Samodzielnym. Dzielnym. Odważnym. Nie bojącym się niczego. Zdolnym do wielkich czynów. No wiec teraz musi chociaż tyle... Ale wolałby inny czyn, inna śmierć. Czy nie mógł zginać ratując kogoś? Na przykład Irinę. Biedna Irina. Biedni wszyscy. Tak mu ich żal... Łzy znów pociekły mu po policzkach, wtulił twarz w kołdrę.

Bo przecież pójdzie tam i da się zabić. Nic więcej. Byłby w stanie walczyć z czarodziejem, ale nie z wampirem. Owszem, uczyli go pojedynków, nawet zdawał wiele egzaminów, gdzie było o pojedynkach, ale profesorowie albo życzliwie doradzali mu zmianę kariery, albo delikatnie wypytywali dlaczego właściwie chce być tym aurorem i czy rzeczywiście koniecznie?... Albo też bez ogródek mówili, że mierna trójczyna i lepiej nie będzie, niech już sobie idzie. Wszystko co zrobił, to dzięki kolegom. A teraz nie będzie miał na kogo liczyć. I już jest taki zmęczony. Czy naprawdę ma robić to jeszcze raz? Dla takiego efektu? To

może już lepiej?... Jego wzrok padł na buteleczkę eliksiru nasennego. Nie był to Eliksir Bezsennego Snu, po prostu ekstrakt ułatwiający zasypianie. I jakoś inaczej teraz na niego patrzył. Jeśli wypije wszystko... Nikt do niego nie przyjdzie, nikt go nie odratuje. Jak to zrobi to na amen. I raz zdecyduje o czymś. Że nie będzie się męczył, żeby... żeby... Usiadł gwałtownie, przerażony.

– Co ja pomyślałem? – szepnął. – Raz zdecyduję?..

Ależ on cały czas decydował, to on zdecydował się być aurorem?... On? Prawda?... Ale nagle przestało to być takie pewne. I tak go to przeraziło, że przez chwilę już w ogóle nie wiedział co robić, co się z nim dzieje, ani nawet gdzie jest...

Czy to wszystko, wszystko, wszystko było bez sensu?...

Chwycił buteleczkę i chwilę się jej przyglądał, ściskając szyjkę w spoconej dłoni. Potem wstał i chwiejnym krokiem dostał się do łazienki, gdzie przetrząsnął wszystkie zakamarki szukając ulotki od eliksiru. Znalazł ją dopiero po długim i wytrwałym szukaniu, w jednej z kuchennych szuflad między rachunkami, nutami, przepisami, rysunkami Marianne i starymi notatkami z kursu aurorskiego. Ostrożnie omijając leżącą na podłodze porcelanę wrócił do sypialni. Odstawił eliksir na stolik przy łóżku i zapalił lampkę.

Zerkając co chwila na zieloną buteleczkę, rozłożył ulotkę, wygładził pomięty papier i zaczął czytać. Po kolei, był zbyt rozkojarzony, żeby wyszukać potrzebne informacje. Przeczytał skład, działanie, wskazania, dawkowanie i przedawkowanie, a po chwili wahania również przeciwwskazania, działania niepożądane, zalecane środki ostrożności, interakcje z innymi eliksirami i innymi rodzajami magii, wpływ na ciążę i laktację, na zdolność latania na miotle i teleportację, okres ważności i warunki przechowywania. Zatrzymał się na sakramentalnej formule „przechowywać w miejscu niedostępnym dla dzieci"... Dzieci, powtórzył w myślach. Laktację. Potrząsnął głową.

– Zwariowałem – szepnął. Odłożył ulotkę obok buteleczki. Ręce nadal mu się trzęsły, a koszula, zupełnie mokra, przykleiła się do pleców..

Znów się położył i zamknął oczy. Przeszedł go dreszcz na myśl, że gdyby wypił całą buteleczkę, mógłby się już nigdy nie obudzić. A wypiłby całą, zwłaszcza, że już ani trochę nie pamiętał dawkowania. Zrobiło mu się zimno, więc jeszcze mocniej otulił się kołdrą i zwinął w ciaśniejszy kłębek. Gdyby wypił eliksir, jutro być może ktoś by tu wszedł. Może zupełnie przypadkiem mama, ciocia, albo któraś z sióstr, postanowiłaby wpaść, wiedzione jakimś złym przeczuciem. Znaleźliby go głęboko śpiącego... chyba jeszcze śpiącego, choć nie wiadomo jak szybko eliksir by zadziałał. Próbowaliby go obudzić, potrząsaliby nim, może oblali wodą, może podawali odtrutki... Zawieźliby do Świętego Filipa. No a na pojedynek i tak by nie dotarł. Albo już by nie żył, albo zmarł w szpitalu, miałby pogrzeb, grób i wszyscy by za nim płakali. I tak będą... Lodowata groza tego prostego stwierdzenia odebrała mu oddech. Przerażony sięgnął po buteleczkę i podniósł ją do ust. Upił kilka łyków, resztę niezgrabnie odstawił na szafkę, rozlewając połowę na łóżko. Zahaczył o stojącą na szafce lampkę i wszystko, włącznie z niezakorkowaną buteleczką, znalazło się na podłodze. Oszołomiony oparami eliksiru, nie miał już siły zorientować się jakiego narobił bałaganu. Ale... ale może... tak mało czasu mi zostało, pomyślał, czemu go nie wykorzystać?... Coś powinienem teraz robić, nie spać, nie... Ale opadł łagodnie na pościel i natychmiast zasnął.

Następnego dnia przyszedł do PIMY, tak jak umówił się z profesorem Snape'em i hrabią Dragomirescu. Przed instytutem zebrał się całkiem spory tłumek ludzi, poruszonych i rozgniewanych. Nicolas przepchnął się przez nich jakoś, nie reagując na to, co do niego mówili. Mówili, bo miał mundur. A jutro już nie będzie kto miał tego munduru nosić. O ile ten mundur przetrwa to, co się stanie z Nicolasem dziś wieczorem... Zdołał tylko wyłapać, że mówili coś o Gangu. Przypomniał sobie rozmowę z Nataszą i jak Irina wspomniała, że przez te wszystkie oskarżenia hrabia bardzo się martwi. Że czasem słyszy takie słowa od ludzi, że serce może pęknąć...

Ale hrabia nie wydawał się bardziej niż zwykle przygnębiony, czy zdenerwowany. Również profesor Snape nie wyglądał jakby w ogóle widział tamtych ludzi. Za to obaj byli bardzo pochłonięci eksperymentem. Profesor zdawał się mieć satysfakcję z całego przedsięwzięcia i z użycia Nicolasa jako królika doświadczalnego, ale Nicolas nie protestował i dał się wykorzystywać. Oszalałby zostając w domu. Tak przynajmniej mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Nie, nie w porządku. Że wszystko jest tak, jak zawsze. Dobrze, że umówili się po południu, bo Nicolas po eliksirze spał jak dziecko do dwunastej. Nie mógł nic przełknąć, ale wypił kawę, dużo kawy, żeby móc jakoś funkcjonować. Teraz czuł się jednak nieco oszołomiony. Przerażony też, ale w jakiś taki tępy sposób. Podskakiwał na każdy głośniejszy dźwięk, nie słuchał co do niego mówiono i w ogóle jakoś tak... Nerwowo, to było najlepsze słowo. Wszystko robił nerwowo, bardziej nerwowo niż zwykle. Zdawał sobie sprawę, że reaguje zbyt histerycznie, bojąc się wypić eliksir albo odsuwając od miarek krawieckich. Ale drażniło go byle co. Eliksir Uspokajający był miłą ulgą od nerwów, choć jednocześnie było to kolejne pół godziny stracone. Ale kiedy przestał działać, zamknięty w laboratorium Nicolas myślał, że zwariuje. Nieprzytomnie bawił się różdżką, która protestując błyskała kolorowymi iskrami. Wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby iść do Iriny zaraz jak go wypuszczą. Kiedy profesor Snape zaczął swoją bardzo niestrawną tyradę na temat prowadzenia śledztwa, coś w nim krzyczało, żeby mu przerwać i wybiec, trzasnąć drzwiami... Jednak pukając do drzwi Iriny był już spokojniejszy. I całe szczęście.

Powitała go roztrzęsiona, z pobladłą twarzą i podkrążonymi oczami.

– Nico... – powiedziała cicho, przytulając się. Pociągnął ją za sobą na fotel, posadził sobie na kolanach. Miał wrażenie, że przytula małą dziewczynkę, tym bardziej, że Irina była taka drobna.

– Hej... – powiedział ciepło, z ustami tuż przy jej uchu. – Nie trzeba tak się bać. Jestem aurorem, dam sobie radę. Trochę będzie bolało, wiadomo, ale nic naprawdę złego się nie stanie.

Nie protestowała, nawet nic nie mówiła. On też przestał mówić i tylko siedzieli sobie razem. Było dobrze, właśnie tak, jak chciałby te ostatnie godziny spędzić... Swoją drogę, zdał sobie sprawę, że jakaś część jego umysłu w pełni wierzy w to, co powiedział Irinie. I wciąż ma nadzieję, że jakoś mu się upiecze. Może faktycznie zareagował wcześniej zbyt histerycznie? Żeby aż przygotowywać się na pewną śmierć? Nagle wydało mu się to bardzo mało prawdopodobne.

– Nico, przepraszam za to, co wczoraj powiedziałam – usłyszał cichy głos Iriny. Nie patrzyła, na niego, siedziała bez ruchu, z głową wciąż opartą na jego piersi.

Zanurzył twarz w jej włosy i pocałował, zamiast coś odpowiedzieć, bo nie był pewien swojego głosu. Siedzieli tak dłuższy czas, ale na półce na wprost Nicolasa stał zegar, nieduży, czerwony, z okrągłą białą tarczą. Nicolas widział jak wskazówki się przesuwały. Wkrótce będzie trzeba iść... Pożegnać się. Pożegnać, to było chyba najgorsze w tym wszystkim. Nie, nie chciał, nie był w stanie się żegnać z kimkolwiek. Ale w końcu musiał i o wpół do ósmej wyszedł z instytutu i miejską siecią Fiuu dostał się na avenue du Danseurs. Stąd było już niedaleko do Wzgórza Wisielców, a Nicolas chciał jeszcze coś zjeść. Przypomniał sobie, że nie jadł nic od wczorajszego wieczoru. Nie czuł głodu, ale zaczynało mu się kręcić w głowie, a przed pojedynkiem powinien jednak zadbać o kondycję.

Wszedł do niedużej, mrocznej kawiarenki. Cala obsługa powiewała mrocznymi płaszczami przemykając między ozdobnymi, okrągłymi stoliczkami. Wszędzie pełno było secesyjnych, kwietnych motywów, a w oknach wstawiono śliwkowe i oliwkowe witraże. Właścicielką lokalu była jego dobra znajoma, Alicja, czarownica w średnim wieku i właścicielka imponującego, macierzyńskiego biustu i równie imponującej szopy blond loków. Zaraz tez wyhaczyła kryjącego się po kątach Nicolasa i ruszyła szybko ku niemu. Usiadła obok i objęła.

– No co? Coś się stało? Wyglądasz jak siedem nieszczęść.

Nicolas położył głowę na jej ramieniu. Dobrze, że nie poszedł do rodziny, przemknęło mu przez głowę. Wystarczyło, że Alicja się nim zajęła, a już się rozsypał. Może nie powinien był tu przychodzić? Czy zdąży poskładać się z powrotem zanim trzeba będzie iść? Zadrżał mimowolnie. Trzeba będzie iść...

– O. Widzę że się stało. No dalej, mi możesz się wypłakać. Dziewczyna cię rzuciła? – Alicja pogłaskała go po głowie. – Nie wierzę, że jakaś mogła cię rzucić.

– Nie, dziewczyna mnie nie rzuciła. Jest wspaniała i cudowna. – Wyprostował się i wziął dłonie Alicji w swoje ręce. – Właściwie powinna być jedną z moich podejrzanych, ale ja wiem, że to nie jej wina...

Alicja zdumiona otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Dopiero po chwili, z wahaniem zapytała:

– To dlatego tak się martwisz?

– Nie... Alicjo, ja się mam dziś pojedynkować z wampirem... – jęknął Nicolas i ze łzami w oczach znów oparł głowę na ramieniu Alicji.

– No... No już, cichutko – Alicja objęła go i przez chwilę kołysała lekko. Potem, trochę niepewnie, spróbowała uniwersalnego podejścia do człowieka w tarapatach. – Powiedz od początku. Jak to się stało?

Wytłumaczył, krótko i żałośnie.

– Nicolas, powinieneś porozmawiać o tym z hrabią. Albo ze swoim szefem... nie, lepiej z hrabią. Merlinie, Nico, jak ty mogłeś tak się wplątać? Obiecaj mi, że porozmawiasz.

Nicolas pokręcił głową.

– Nie, Alicjo, nie mogę. Muszę się tym sam zająć.

Odetchnął głęboko. Dobrze. A więc potrafił oprzeć się pokusie. Może jednak powinien był pójść do rodziny? Wciąż czuł się tak, jakby ich okłamywał.

– Przyszedłem do ciebie coś zjeść – ciągnął możliwie rzeczowym tonem. – Muszę być w dobrej formie...

– Oczywiście – Alicja błyskawicznie zorganizowała słodki poczęstunek. Na pstryknięcie jej palców zjawił się kelner i już wkrótce przed Nicolasem stało wszystko, co Alicja mogła mu zaoferować najlepszego.

– A co u ciebie? – zapytał Nicolas sięgając po widelec. – Dawno nie widziałem Dory ani Nathaniela.

– Dora jest w szkole – Alicja uśmiechnęła się na wspomnienie o swojej szesnastoletniej córce. – Szkoda, ona cię bardzo lubi. A tak to mam tylko Nathaniela, zresztą urwis z niego straszny, ciągle coś psoci. Tylko wieczorem jest grzeczny jak mu przed snem opowiadam, gdzie może być dzisiaj tatuś... A, chyba że pytałeś o mojego męża? – Drugi mąż Alicji i ojciec Nathaniela, również Nathaniel, był wędrownym artystą. Nie wiadomo dlaczego Nicolas pomyślał: na pewno? – Mały wciąż pyta czy w następną podróż będzie mógł pojechać już z tatą, a ja bym tak chciała, żeby nigdy nie wyjeżdżał... Zresztą musi pójść do szkoły, to już za trzy lata... Jedz, Nico, jedz, potrzebujesz więcej sił. – Alicja urwała, zorientowawszy się, że tym razem jest równie zdenerwowana co Nicolas. Oczekiwała tylko rozmów o problemach sercowych, była gotowa pocieszać złamane serce, a nawet wreszcie wytłumaczyć Nicolasowi jak to się dzieje, ze dziewczyny w pewnej chwili zaczynają czuć, że jest zbyt zależny od nich i go rzucają. Nawet jeśli się trochę bała, że po takiej rozmowie Nicolas straci trochę swojego specyficznego uroku. Ale to?... Pojedynek? Może, koniec końców, chłopak dorośleje?

Nicolas odsunął talerzyk z niedojedzonym ciastkiem.

– Nie mogę już jeść – powiedział przepraszająco. – Aż sam się sobie dziwię, bo zazwyczaj jak się denerwuję to jem, mama i siostry mnie tego nauczyły...

Alicja pokiwała głową. Nic dziwnego, Nicolas był bardzo wdzięcznym obiektem do opiekowania się. Każda jego kolejna dziewczyna musiała myśleć w ten sposób.

– Pójdę już... – powiedział Nicolas w zamyśleniu, a Alicja boleśnie sobie uświadomiła, że tym razem wcale a wcale mu nie pomogła. Co więcej, równie dobrze może go już nigdy nie zobaczyć. Ale tę ostatnią myśl szybko od siebie odpędziła. Chłopak da sobie radę. Na pewno.

– Nicolas... Daj znać jak już będzie po wszystkim, dobrze?

– Dobrze... – Nicolas objął ją i przytulił. Jest bardziej opanowany ode mnie, pomyślała. Teraz to on pociesza ją. Dobre i to, westchnęła smętnie, patrząc jak Nicolas powolnym krokiem wychodzi z kawiarenki.

A Nicolas włóczył się potem jeszcze przez jakieś pół godzinki po mugolskim Paryżu, starając się już nie myśleć o niczym, choć nie bardzo mu to wychodziło. Wciąż wracał myślami do rodziny. Tęsknił za nimi i na samą myśl, że nigdy ich już nie zobaczy, łzy same napływały mu do oczu. Ale jeśli tam pójdzie, odkryją co się dzieje. Będą się martwić. Wystarczą, muszą wystarczyć, listy, które w nocy napisał... Zresztą już nie było na to czasu. Już na nic nie było czasu.

A na razie bezmyślnie patrzył przed siebie. Autobus zatrzymał się na przystanku. Wsiadała kobieta z piątką dzieci. Ona niosła najmłodsze, za nią szła czwórka chłopców w różnym wieku. Nagle jeden z nich, może siedmioletni, potknął się i upadł. Śmiesznie gramoląc się na czworakach przechylił się za próg autobusu i sięgnął pod niego po coś rączką. Ktoś mu troszkę pomógł i oto malec wyprostował się, dzierżąc tryumfalnie w ręce zgubiony but! Śmiał się. A potem, z butem w ręku, wdrapał się po schodach na wysokie siedzenie obok innych chłopców. Wcale się nie przejął, założył but i tyle. Tylko się śmiał, bo to była niezła przygoda...

W PIMIE Irina szalała. Nie potrafiła się skupić na niczym, chodziła z kąta w kąt i na każdy szmer obracała się w stronę drzwi z nadzieją, że zaraz wejdzie Nicolas i powie, że pojedynek odwołany. Znów była bliska łez. To było jakby wata wypełniała jej umysł, po kątach pokoju migały dziwne kształty, a ona przez cały dzień czuła tylko głuchy strach i ból, chodząc w kółko i praktycznie nie myśląc. Nigdy jeszcze nie czuła niczego podobnego. Nie mogła iść do Swietłany, nie chciała zawracać jej głowy nowym problemem. Swietłana dziś wróciła do pracy, ale tylko na parę godzin, a potem znów wybierała się do Davida. Irina dopiero teraz rozumiała, co przyjaciółka musiała czuć po wypadku męża.

Podniosła brudne naczynia ze stolika, może jak je umyje, to przez chwilę nie będzie myśleć o pojedynku. Kubek Nicolasa wysunął się jej z rąk i roztrzaskał na ziemi. Irina natychmiast wypuściła pozostałe naczynia i wybuchnęła płaczem, stojąc bezradnie nad stosem okruchów.

Musiała z kimś porozmawiać. Ale komu można by opowiedzieć, co się dzieje? Może Lunie? Luna była dziwna, ale nigdy nie patrzyła na ludzi z góry i zawsze była gotowa pomóc. Irina popatrzyła na zegarek. Była ósma wieczorem. Jeszcze godzina...

Wybiegła z gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi, które i tak się zaraz otworzyły. Nie zawróciła już, żeby je zamknąć. W dodatku Luny nie było w pokoju! Gdzie mogła być? Może u Oliviera? Irina pobiegła na trzecie piętro. Ale laboratorium Oliviera było na głucho zamknięte! Kątem oka zauważyła coś, co poruszyło się z boku, po podłodze, ale kiedy odwróciła się, niczego nie było. Oparła się plecami o drzwi laboratorium i osunęła na podłogę. Łzy swobodnie ciekły jej po policzkach.

– Irino? Co się stało?

Zdezorientowana rozejrzała się dookoła i kilka kroków dalej zobaczyła hrabiego.

– Wstań – hrabia podszedł i wyciągnął do niej rękę. Pomógł jej się podnieść, a potem przytulił, szlochającą coraz bardziej i bardziej. Irina nie mogła wykrztusić ani słowa, zaczynało jej brakować tchu i miała wrażenie, że zaraz upadnie. Widząc to, hrabia wziął ją na ręce i zaniósł do siebie, do gabinetu. Przeszli obok zdziwionej Koral, a potem Irina została ułożona w miękkim fotelu. Kiedy najgorszy płacz minął, poczuła że teraz nie ma już siły na nic. Ledwo otarła łzy ofiarowaną przez hrabiego chusteczką, pokrywając ją barwnymi wzorami makijażu.

– Już, Irino? Powiedz, co się stało? Czy mogę ci jakoś pomóc?

Usta strasznie jej drżały, ale jakoś zdołała przekazać hrabiemu istotę sprawy. Nicolas, mój chłopak i twój auror, pojedynkuje się z wampirem i na pewno zginie. A potem znów się rozpłakała, więc nawet jeśli hrabia zamierzał jej urwać za któryś fragment wyznania głowę, to najpierw postarał się ją uspokoić.

– Nie wierzę w to, co słyszę – oświadczył, kiedy mogli już porozmawiać.

Irina wyjaśniła mu tło zdarzenia.

– Aaa – hrabia pokiwał ze zrozumieniem głową i mimo woli się uśmiechnął. – Jestem pod wrażeniem romantyczności całego przedsięwzięcia. Mam ochotę zrobić komuś krzywdę, tak strasznie może mi to skomplikować sprawy, ale z drugiej strony nie mogę powstrzymać pewnego... sentymentu – powiedział ojcowskim tonem. – Ach, młodości, ileż to pojedynków wtedy odbyłem. Każdy się wtedy pojedynkował, a jak nie, to był baba. Muszę przyznać, że to jest coś. Oczywiście, zobaczymy jak sytuacja się rozwinie.

Teraz to Irina nie wierzyła własnym uszom.

– Ależ on tam po prostu zginie! W pięć sekund! – wykrzyknęła. – Trzeba go ratować!

– Naturalnie, ale chciałbym dać mu jednocześnie możliwość rozwiązania tego po męsku. Nie bój się, będę kontrolował sytuację. Gdzie i kiedy się umówili?

– Dziś, na Wzgórzu Wisielców, o dziewiątej...

– O której?! – krzyknął hrabia, aż podskoczyła. – I dopiero teraz do mnie przychodzisz?

– O, panie hrabio!... – jęknęła tylko Irina. Na chwilę zupełnie ją zamroczyło.

Hrabia przywrócił ją do przytomności zaklęciem.

– Zbieramy się w takim razie. – Zmarszczył brwi. – Nie ma czasu do stracenia. Proszę wstać, Irino.

Hrabia objął ją i teleportowali się. Po chwili byli u stóp Wzgórza Wisielców, dogodnie ukryci w gęstych krzakach. Ale obok Iriny nie stał już hrabia, a duży, piękny wilk. Irina przykucnęła obok niego. Potem wczołgali się między gałęzie, żeby nikt ich nie dostrzegł. W samą porę, bo oto zjawił się Nicolas. Piechotą. Szedł powoli i wydawał się być zupełnie nieobecny. Miał na sobie mundur aurorski. Irina była pewna, że po prostu chodził w nim cały dzień, a potem nie pomyślał, żeby zdjąć.

Mimowolnie poruszyła się do przodu, impulsywnie chcąc iść do Nicolasa, ale zatrzymało ją w miejscu głuche warczenie wilka, ledwo słyszalne, ale straszne i paraliżujące.

Usłyszała potem szum, jakby nagle zerwał się wiatr i przed Nicolasem aportował się łysy wampir. Głuchy warkot wilka rozległ się znów, straszniejszy jeszcze, spokojny i pełen siły. Irina miała wrażenie, że wampir wzdrygnął się mimowolnie.

Wyjęli różdżki i zajęli pozycję. Irina nawet nie powstrzymywała łez, pozwalała im swobodnie płynąć, mrugając tylko, żeby coś widzieć. Ale czuła się już lepiej, myślała jasno, dziwna wata znikła z jej umysłu.

– I jak, trumna wybrana? – zawołał kpiąco wampir. Irina zacisnęła pięści, zbierając grudki ziemi i trawę.

A potem poleciały pierwsze zaklęcia. Irina widziała tylko kolorowe błyski, poprzedzane okrzykami obu walczących, a czasem rzucane w absolutnej ciszy. Gdyby nie hrabia, to kilkakrotnie, nie myśląc, wybiegłaby z ukrycia i pomknęła w kierunku uderzonego zaklęciem Nicolasa. A on ledwo trzymał się na nogach, ale się nie poddawał. Irina była z niego dumna, bardzo, naprawdę, jak mało z kogo jej się zdarzyło być, ale prawdę mówiąc, wolałaby być mniej dumna, a bardziej spokojna.

Po paru minutach (dla Iriny była to wieczność) wampirowi znudziła się zabawa w kotka i myszkę. Skoczył do przodu i machnął różdżką. I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie. Wpierw rozległ się przeraźliwie głośny dźwięk, a potem Irina zdołała tylko zobaczyć dwa błyski, jeden ze strony walczących, jeden obok niej. Ocknęła się na ziemi, ktoś nią potrząsał.

– Irino? Słyszysz mnie? – Był to hrabia, znów w ludzkiej postaci, wyraźnie zaniepokojony.

– T–tak... – głos hrabiego słyszała trochę jak przez zatkane uszy. Podniosła się na łokciach i spojrzała na walczących. Obaj leżeli nieruchomo na ziemi.

– Nico...

– Przepraszam, musiałem to zrobić – powiedział hrabia biorąc ją pod ramię i pomagając utrzymać równowagę, gdy wstała. Poszli w kierunku leżących.

– Słucham?...

– Ten krzyk, który cię ogłuszył, to był on, Nicolas. Musiałem postawić barierę wokół nich, żeby nikt tego nie usłyszał. Raz, że groźne, dwa że sprawa nie powinna się wydać. Czy ty wiedziałaś o jego zdolnościach?

A oni wyglądali jak marionetki, którym przecięto sznurki, jak dwa porzucone worki, jak...

– Trochę, ale nie myślałam, że on potrafi... – Irina głośno pociągnęła nosem, z trudem udawało jej się skupić myśli na tym, co mówi hrabia.

– To była odruchowa reakcja, nie sądzę, żeby chciał użyć tego z rozmysłem.

Byli już przy Nicolasie i Irina przyklęknęła szybko.

– Kola! Kola! – zawołała po rosyjsku. – Słyszysz mnie? – Obróciła go na plecy i położyła jego głowę i ramiona na swoich kolanach. Nicolas jęknął słabo.

– Żyje! – Nicolas usłyszał nad sobą okrzyk Iriny. Nie bardzo wiedział gdzie jest, ani co się stało. Otworzył z trudem oczy, ale to niewiele pomogło, było ciemno i wszystko się kręciło. Bolało go też dokładnie wszystko, w uszach dzwoniło, w dodatku z trudem mógł oddychać, bo coś lepkiego zatykało mu nos, ściekając na usta i policzki. Ale była z nim Irina, czuł jej dotyk i słyszał głos, więc uspokoił się na tyle, na ile to było możliwe. Pomału przypominał sobie, co się stało. Pojedynek. Tak. Było po, a on żył. On żył... Z wrażenia jeszcze bardziej zakręciło mu się w głowie.

– Hej, nie mdlej, słyszysz mnie? – to był głos Iriny. Popatrzył na nią i spróbował się uśmiechnąć przepraszająco. Potem przyklęknął przy nim ktoś jeszcze.

– Jak tam? – poznał głos hrabiego. – Nicolas? Popatrz na mnie. – Nicolas posłusznie popatrzył. Hrabia zaintonował śpiewne zaklęcie w szeleszczącym słowiańskim języku, a potem wykonał skomplikowany gest swoją różdżką. Nicolasa przeszył dreszcz, potem poczuł się bardzo lekko, jakby spadał w dół, wrażenie było niezwykłe. Gwałtownie wciągnął powietrze, ale wszystko szybko minęło.

– Panie hrabio?... – Irina popatrzyła na wampira pytająco. Nicolas przesunął wzrok z twarzy dziewczyny na hrabiego.

– Nasz wampir rzucił kilka klątw nie wykrzykując ich głośno – wyjaśnił hrabia. – Chciałem się upewnić, że nie użył niczego – tu zastanawiał się przez moment – no, niczego, czego by w Świętym Filipie mogli nie wykryć i nie odwrócić. Są takie rzeczy, które tylko wampiry znają i umieją użyć. I lepiej wtedy dmuchać na zimne.

– Ale nic pan nie znalazł?... – upewniła się Irina. Nicolas był jej za to bardzo wdzięczny, bo słuchając hrabiego znów zaczynał się bać.

– Nie – powiedział hrabia ciepłym i pewnym głosem. – Prawdę mówiąc, wszystko skończyło się dużo lepiej niż powinno. Dla was w każdym razie... Ale, przepraszam – hrabia się zreflektował. – Irino, zabierz go do Świętego Filipa. Nie mówcie, co się stało. Wymyśl coś, chyba, że na dyżurze będzie profesor d'Herblay. Jej możesz powiedzieć wszystko, tylko zastrzeż, że to tajemnica.

– Dobrze – Irina kiwnęła głową. – A pan, panie hrabio?

– Ja muszę tu zostać i dopilnować kilku spraw – powiedział hrabia ponuro.

– Panie hrabio, czy... – wyszeptał Nicolas i urwał. Jak miał zapytać? Panie hrabio, czy będzie pan miał przeze mnie kłopoty? Czy przez ten pojedynek konflikt wampiry - ludzie wybuchnie jeszcze mocniej? Nicolas czuł, że oblewa się mocnym rumieńcem wstydu. Drżącą ręką wytarł z ust śliską i lepką mieszaninę krwi i śliny. Gardło strasznie go bolało. – Panie hrabio, przepraszam...

– Niczym się nie martw – powiedział hrabia, dotykając lekko jego ramienia. – Odzyskaj siły.

Nicolas chciał zaprotestować, bo przecież sam narobił kłopotów i on powinien ponieść odpowiedzialność.

– Nicolas, nie trzeba – uciął hrabia, widząc to. – Zaraz skontaktuję się z mecenasem d'Etollé i wszystkim się zajmiemy.

Hrabia wstał i zniknął w ciemności. Nicolas bezradnie popatrzył na Irinę. Teraz pomyślał, że właściwie nie bardzo wie, co się stało. Dlaczego hrabia i Irina tutaj są? Bo chyba wciąż byli na Wzgórzu Wisielców. Dlaczego jest po pojedynku? Pamiętał tylko, że walczył, a potem już Irina go podnosiła z ziemi. Czyżby wampir go oszczędził? Czy to może hrabia?...

– Irina... – spróbował się zapytać, ale nie poznawał własnego głosu. Czuł, że ma zupełnie zatkany nos i że mówienie bardzo boli. – Irina, dlaczego? Czy...

– Cicho – powiedziała Irina, miło, ale stanowczo. – Nic nie mów. Wszystko będzie dobrze.

– Ale...

– Cicho. Nie marudzić. Zaraz będziemy w Świętym Filipie.

Irina przytuliła go mocniej i teleportowali się. Musiał stracić przy tym przytomność, bo kiedy się obudził, stwierdził, że są już w szpitalu. Leżał na łóżku, a nad nim pochylała się czarownica w średnim wieku, ubrana w granatową szatę. Miała krótkie blond włosy i prostokątne okulary.

– Słyszy mnie pan? – powiedziała konkretnym, mocnym głosem.

– Tak – szepnął Nicolas. Coś sklejało mu usta i nos, pewnie krew. Westchnął i zamknął oczy. Nie miał siły już na nic.

– Proszę jeszcze nie zasypiać. – Uzdrowicielka wyjęła różdżkę i jednym zaklęciem wyleczyła nos Nicolasa. Nicolas otworzył oczy i popatrzył bezradnie dookoła. Zobaczył Irinę, stała obok i uśmiechała się. Wyglądała znów jak dawniej, nie płakała, nawet wcale nie była zaniepokojona. Nicolas uśmiechnął się lekko, bo sam też czuł w tej chwili przede wszystkim przejmującą ulgę, że już po wszystkim.

– Ostatni wysiłek, zdejmę z pana klątwy i będzie pan mógł odpocząć – powiedziała uzdrowicielka rzeczowym i przyjemnym głosem. – Niech pan na mnie popatrzy.

Nicolas obrócił się w jej kierunku i uśmiechnął. Był szczęśliwy. Może to było dziwne miejsce na bycie szczęśliwym, ale to nic. Miał ochotę powiedzieć uzdrowicielce jakiś komplement, tylko, nie wiedzieć czemu, nic nie przychodziło mu do głowy. A ona pokiwała tylko głową i uniosła różdżkę. Zaczęła szeptać zaklęcia, jedno po drugim, szukając klątw, zdejmując te, które znalazła i co jakiś czas wtrącając pytania, na które Nicolas starał się jak najlepiej odpowiadać. Gdyby mógł, ucałowałby ją, ale nie mogąc, postanowił po prostu jak najbardziej ułatwić jej pracę. Miał też ochotę śpiewać, na cały głos, nawet jeśli gardło wydawało się opuchnięte jak w najgorszej anginie. Uzdrowicielka opuściła różdżkę. Nicolas uśmiechnął się do niej jeszcze piękniej, bo te zaklęcia były jednak bardzo męczące. Z trudem udawało mu się nie usnąć. Zresztą momentami i tak przysypiał, budząc się z każdą kolejną inkantacją, kiedy czuł przenikającą go magię.

– Jeśli chodzi o głos, to potrzeba odpoczynku – powiedziała pochylając się nad nim i upewniając się, czy ją słyszy. Słyszał słabo, bo od momentu, kiedy się obudził po pojedynku, miał w uszach jakby watę i delikatne dzwonienie. – Proszę nie używać pełnego głosu, tylko szeptać dopóki gardło nie przestanie boleć. I przez dzień czy dwa nie mówić za wiele. Nie jeść ostrych potraw, nie palić, nie pić alkoholu. Zapiszę też eliksir. Ten, który używa głosu zawsze jest w mniejszym niebezpieczeństwie niż atakowany. Najgorzej jest właśnie kiedy dźwięk się od czegoś odbije.

Nicolas zamrugał. Był bardzo zmęczony, ale tego po prostu nie rozumiał i nie była to wina znużenia.

– Jaki głos? – zapytał po prostu. Skrzywił się, słysząc jak bardzo był zachrypnięty. – O co chodzi?

Uzdrowicielka uniosła brwi i popatrzyła na Irinę.

– Nie wie pan? – powiedziała po chwili. – Użył pan głosu, żeby obronić się przez napastnikiem.

Nicolas potrząsnął głową. Niemożliwe. Nie pamiętał niczego takiego.

– Najwidoczniej zrobił to pan nieświadomie. Ma pan szczęście. Całkiem możliwe, że uratowało to panu życie.

Nicolas zamknął oczy. Teraz niejasno przypominał sobie, że zanim obudził go głos Iriny, słyszał jakiś straszny dźwięk, niesamowicie głośny. A więc to był on sam... Ciekawe czy...

Uzdrowicielka schowała różdżkę i przykryła Nicolasa kołdrą. Uśmiechnął się, gubiąc wątek myśli. To był taki miły gest, taki opiekuńczy.

Kiedy uzdrowicielka wyszła, Irina przysiadła na brzegu łóżka.

– Śpij – westchnęła. – Ależ mi narobiłeś strachu tym pojedynkiem. Byłeś bardzo odważny, ale ja naprawdę wolałabym cię mniej odważnego, a bardziej żywego. – Ton głosu był groźny, uśmiechała się jednak.

– Kocham cię – szepnął Nicolas.

– Tak, tak – Irina pokiwała głową, ale wciąż się uśmiechała.

Nicolas zamrugał. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał. O czymś ważnym. Irina coś powiedziała, co mu przypomniało, tylko co?...

– Irina! – szepnął nagle, przypominając sobie. Dziewczyna, zdziwiona, pochyliła się nad nim. – Irina, listy. Napisałem listy do rodziny. Są u mnie w mieszkaniu.

Pokręciła głową i uniosła pytająco brwi, nie rozumiejąc jego paniki.

– Pożegnalne listy! – powiedział pełnym głosem i zaraz strasznie się skrzywił. – Idź do mnie i je zabierz! Nikt ich nie może zobaczyć! Nie zamknąłem drzwi, proszę cię, idź. Jakby ktoś do mnie przyszedł i to znalazł... Są zaadresowane! Leżą w przedpokoju, na wierzchu.

Zgodziła się, wstała i wyszła, całując go na pożegnanie. Miał wrażenie, że jest jakoś rozbawiona tymi listami, ale był już taki zmęczony, że nie zastanawiał się nad tym.

Kiedy się obudził, dookoła panował półmrok, jedyne światło wpadało przez szparę w drzwiach, dokładnie na wprost łóżka.

– Jestem tutaj – usłyszał szept Iriny. Siedziała na krześle, z zabawnie podwiniętymi nogami.

Popatrzył na nią pytająco.

– Zabrałam listy – sięgnęła do szafki przy łóżku i podniosła plik kopert. – Możesz mi powiedzieć dlaczego w całym mieszkaniu są ślady krwi na podłodze?

– Co?... – Nicolas zamrugał zdziwiony. – Ach... stanąłem na rozbitą filiżankę...

– To było trzeba posprzątać – westchnęła Irina. – Jeden list był do mnie, ale go nie czytałam i nie zamierzam tego zrobić. Jeśli było tam cokolwiek ważnego, możesz mi powiedzieć osobiście. Ale jutro. Bo teraz jest koło północy.

Odłożyła listy. Nicolas uśmiechnął się. Więc o rodzinę nie musi się już martwić. Nie musi się też obawiać, że przyjdą tu wszyscy. Wciąż jednak bolało go gardło i to przypomniało mu o innych ważnych sprawach, o których prawdę mówiąc wolałby teraz nie pamiętać.

– Irina... – szepnął. – Co się stało z wampirem?

– Hrabia powiedział, że wszystkim się zajmie. Nie musisz się go już bać.

– Ale nie... Czy on?...

Irina zmarszczyła brwi.

– Nie masz już się czym martwić – powiedziała stanowczo.

– Czy on żyje? – zdołał w końcu wykrztusić Nicolas. Irina zamrugała, zdumiona.

– To tym się martwisz?... Nie wiem. Hrabia mi nie powiedział. – Pochyliła się i wzięła go za rękę. – Nico... Nawet jeśli nie żyje, to nie ma w tym twojej winy. Broniłeś się.

Nicolas pokręcił głową.

– Nawet jeśli się broniłem, to go zabiłem. Zresztą się nie broniłem, to był pojedynek, pojedynki są zakazane. Zabiłem...

– Nie wiesz tego...

– No właśnie...

– Dobrze – Irina wstała. – Poczekaj chwilę, a ja pójdę się skontaktować z hrabią. Może mi się uda. Masz szczęście, że profesor d'Herblay tu jest. – Pochyliła się i pogłaskała go po policzku. – Nie martw się, czekaj na mnie

Nicolas zamknął oczy. Nagle poczuł się chyba jeszcze gorzej niż przed pojedynkiem. Łzy napłynęły mu do oczu. Irina nie wracała. Bardzo długo nie wracała. Czy nie mogła znaleźć hrabiego?

– Już jestem – szepnęła, wchodząc wreszcie do pokoju. – Nie płacz, głuptasie – dodała podchodząc bliżej. – Twój wampir żyje, choć mocno go ogłuszyłeś. Na jakiś czas stracił słuch, ale to podobno nic trwałego. W końcu to wampir, a w dodatku napił się niedawno krwi... – Irina zawahała się, wreszcie ledwo słyszalnie dokończyła – ludzkiej. Hrabia powiedział, że ten wampir należy do Gangu. No i teraz nie mogą go od razu przesłuchać, bo on się wymawia złym stanem zdrowia. Ale chyba w razie czego mogą mu te pytania napisać, no nie? No mówiłam ci, nie płacz.

Irina roześmiała się cicho i usiadła tuż obok niego, półleżąc, z głową ułożoną na oparciu łóżka. Pieszczotliwie pogładziła jego włosy.

– Teraz już możesz odpocząć. Zamknij oczy i śpij.

– Nie, teraz nie zasnę. Nie chcę zasypiać. – Było mu tak dobrze, teraz, kiedy rozwiały się ostatnie obawy, kiedy nie trzeba było już nic robić, kiedy Irina tu była i się nim zajmowała. Przemknęło mu przez głowę, że to trochę dziecinne, że wykorzystuje sytuację, przedłuża... ale odpędził tę myśl. Nawet jeśli była trafna, to... to nic. I już.

Na chwilę zapadła cisza.

– Wiesz dlaczego zostałem aurorem? – szepnął w końcu Nicolas.

– Mówiłeś, że po to, żeby nie używać głosu. Czy tylko ja pamiętam, że teraz wręcz nie możesz go używać?

– Nie do końca... Zawsze wydawało mi się, że aurorem może zostać ktoś odważny, silny i samodzielny. To było coś, o czym zawsze marzyłem. Ja byłem strasznie rozpieszczonym i chowanym pod kloszem dzieckiem. Mama i starsze siostry, i ciocia Sophie zawsze nade mną skakały. Jesteśmy bardzo zgraną rodziną, ale to czasem wymyka się spod kontroli.

Irina roześmiała się wreszcie, ale krótko i szybko spoważniała. Westchnęła.

– Ale to o to chodziło, żeby zrobić na przekór rodzinie?

– Nie... nie tylko. Tylko to było takie piękne, mieć cel, własny, zupełnie własny. Czasem sobie myślę, że gdyby nie namawiano mnie tak na kształcenie głosu, to... to byłoby inaczej. Tak w gruncie rzeczy lubię śpiewać.

– Słyszałam. Śpiewałeś przecież, z Chrisem, Maurice'em i resztą.

– Tak, jak byliśmy jeszcze w szkole, to założyliśmy zespół. To wspaniali przyjaciele, wiesz? Zawsze mogłem i mogę na nich liczyć. Gdyby nie oni, nigdy bym nie został aurorem. Kiedy na szóstym roku szkoły zdecydowałem, że zostanę aurorem, oni ćwiczyli ze mną do upadłego, po pięćdziesiąt razy to samo. Byłem strasznie kiepski w obronie przed czarną magią. Uczyli mnie wszystkiego, gdyby nie oni, nigdy bym nie miał wystarczających ocen, żeby dostać się na kurs aurorski. Oni już wtedy uważali, że to nie dla mnie, ale mimo to pomagali mi jak tylko mogli. Ja chyba nigdy im się za to nie odwdzięczę.

– Ja myślę, że już pewnie milion razy się odwdzięczyłeś... – powiedziała Irina. – Zazdroszczę ci takich przyjaciół, wiesz?

Nicolas uśmiechnął się.

– Z kursu aurorskiego też by mnie wyrzucili od razu, gdyby nie pomoc kolegów. Niektórzy strasznie się na mnie wściekali, bo nie byłem dobry właściwie z niczego, a oni byli bardzo ambitni. Ale inni pomagali mi i znów udało mi się jakimś cudem wszystko zaliczyć. Wiesz co jest najgorsze? Teraz, kiedy już jestem aurorem, to moja praca w żadnym stopniu nie przypomina tego, o czym marzyłem... A ja tak chciałem znaleźć sobie coś pięknego, co będzie moje własne, co będę mógł robić...

– Więc czemu nie poszukać dalej? – mruknęła Irina. Nicolas słyszał w jej głosie jak bardzo sama jest zmęczona. – Nico, wiem, że dużo pracy włożyłeś w zostanie aurorem, ale może to jeszcze nie jest to, czego chciałeś?

– Dużo pracy to mało powiedziane – Nicolas potrząsnął głową. – Ile ja musiałem przekonywać rodzinę i przyjaciół. Nawet nie przekonywać, po prostu musiałem trzymać się swojego zdania. Wszyscy się dziwili i byli przeciw. Nadal przecież są. A ja nadal im mówię, że tak wybrałem. Nie pozwoliłem im zdecydować za mnie, nie tym razem, to było zbyt ważne. Rozumiesz mnie?

– Rozumiem, że najbardziej cieszyło cię sprzeciwienie się wszystkim – westchnęła Irina. – I nie powiem nic więcej, bo na wszystko możesz mi odpowiedzieć, że sam zdecydowałeś. A dlaczego? Bo tak. I już. Oczywiście, że nikt cię nie zmusi, żebyś zrezygnował z pracy. Więc może już lepiej idź spać? Wiem, że to było bardzo dużo emocji, ale chociaż spróbuj, co?

Nicolas westchnął. Była zmęczona, zdenerwowana, nic dziwnego, że nie miała siły na rozmowę. Ale zrobiło mu się bardzo przykro. Przecież to było dla niego takie ważne.

– Nie dąsaj się, słońce – powiedziała nagle Irina, już totalnie chłodno. – Jeśli dla ciebie postawienie na swoim jest warte tego, żeby zrezygnować ze śpiewania, które jak sam mówisz lubisz, z rozwijania talentu, z którego sam jesteś dumny i nie próbuj zaprzeczać, a wreszcie warte tego, żeby dać się zabić w głupim pojedynku, to proszę bardzo. Powiedz to zaraz głośno, wszystko będzie jasne, a ja będę mogła zdecydować, czy rzeczywiście chcę się wiązać z kimś tak samolubnym! – ostatnie słowa Irina gniewnie wysyczała. Nicolas popatrzył na nią szeroko otwartymi oczami, nie dowierzając, że rzeczywiście to usłyszał.

– Ale Irina... Przecież ten pojedynek... Przecież broniłem ciebie...

– Wcale nie – przerwała mu Irina zduszonym głosem. Prawie płakała. – Ja od początku mówiłam ci, żebyś zamknął dziób i zostawił wampira w spokoju! – Wyprostowała się gwałtownie, podniosła ręce do oczu, niezgrabnie zaczęła rozmazywać po policzkach łzy. Nicolas zebrał wszystkie siły, usiadł jakoś i mocno ją objął, przyciągnął do siebie, mimo że w pierwszej chwili się wyrywała. Potem sama wtuliła się w jego ramię, pozwalała się głaskać i szeptać sobie do ucha różne uspokajające słówka. Na koniec sam oparł się czołem o jej ramię, nie mając siły zrobić już nic więcej.

– Dobrze... – powiedziała Irina w końcu. – Już dobrze. Już się nie gniewam. – Uwolniła się z objęć Nicolasa. – Połóż się, o tak. I teraz proszę cię, naprawdę zaśnij.

Nicolas westchnął i popatrzył na twarz Iriny, pochyloną nad nim, ledwo widoczną w ciemności, ale widział dobrze jej łagodny zarys w kształcie serca, ciemne kreski brwi, błyszczące łzami oczy i zaciśnięte mocno usta.

– Przepraszam cię... – szepnął. – Ale naprawdę chciałabyś, żebym zrezygnował? Jeśli chcesz, zrobię to dla ciebie... Tylko powiedz, a zrobię to...

Irina zmarszczyła brwi, jakby błagalnie, jakby powiedział coś nie tak...

– Mówisz jakbyś był pijany, albo miał gorączkę – powiedziała. – Śpij, bo pójdę po panią profesor.

– Irina, co ja robię nie tak? Ja przecież wszystko zrobię dla ciebie... Przecież nie chciałaś, żebym był aurorem. Powiedz, zrobię co zechcesz, zacznę śpiewać, jeśli zechcesz... Chcesz? Posłuchaj...

Irina położyła mu dłoń na ustach.

– Przestań. Zrób to dla mnie i przestań. Posłuchaj mnie, bo powiem tylko raz. Chciałabym, żebyś zrobił to, co przyniesie największą satysfakcję tobie. Jeśli wlicza się w to bycie aurorem i pojedynkowanie z wampirami – niech tak będzie. Podziwiam ile wysiłku w to wkładasz, ale zapytaj sam siebie czy naprawdę warto. Nic więcej. Jeśli warto, to dobrze. Ale jeśli nie, to zrób coś z tym. Decyzja jest twoja, tak jak chciałeś. Jaśniej już tego nie powiem.

Pochylała się nad nim, klęcząc na łóżku. Przez chwilę się bał. Jej, nie jej? Nie wiedział dlaczego, ale koniec końców uciszył się. Irina jasno powiedziała, że on może zdecydować sam, sam...

– I nie będziesz na mnie zła? – upewnił się błagalnym tonem.

– Nie – zapewniła. – Pewnie wszyscy ci to mówią, ale ja tylko chcę dla ciebie jak najlepiej.

Zsunęła się z łóżka i usiadła na krześle. Spróbował się do niej uśmiechnąć. Ona spróbowała oddać uśmiech.

W tym momencie drzwi skrzypnęły i do środka zajrzała profesor d'Herblay. Nicolas zmrużył oczy, z korytarza wpadł promień jasnego światła.

– Co to za szepty? Pan powinien dawno spać – powiedziała cicho uzdrowicielka, podchodząc bliżej. – A jeśli nie może pan zasnąć, dam panu Eliksir Bezsennego Snu.

– Nie... – Nicolas uśmiechnął się przepraszająco. – Jeszcze moment...

Profesor zacisnęła usta i wyjęła małą fiolkę z kieszeni szaty. Postawiła ją na stoliku obok łóżka.

– Pani Irino, za pięć minut proszę mu dać całą porcję, jasne?

– Dobrze, pani profesor.

Na pewno widziała zapłakaną twarz Iriny i wymiętoszoną pościel na łóżku.

– Dziękuję – Nicolas uśmiechnął się. Udobruchana tym pani profesor również odpowiedziała uśmiechem.

– Dobranoc – powiedziała półgłosem wychodząc.

– Usiądź obok mnie? – poprosił Nicolas niepewnie. Irina z westchnieniem spełniła jego prośbę.

– Ale wypijesz eliksir – postawiła warunek.

– Nie trzeba – wymruczał. – Już sam zasypiam. Powiedz tylko, że już wszystko dobrze...

Nicolas wtulił twarz w ubranie Iriny.

– Tak – westchnęła – już wszystko dobrze, Nico...

Potem wszystko się jakoś zmieniło. Znów miał na sobie mundur. Stał w jasno oświetlonym pomieszczeniu pełnym szklanych gablotek, jakby w muzeum. Dookoła panował straszliwy zamęt, mnóstwo ludzi biegało, wszyscy krzyczeli i nic nie dało się zrozumieć. Obok niego stał Severus Snape, jedyna nieruchoma postać w całym tym rozgardiaszu i patrzył ponuro na coś, co leżało na podłodze...

– Co to jest?... – zapytał Nicolas drżącym głosem.

– Szczątki – odpowiedział profesor. – Szczątki Eksponatu A. Tego bezcennego.

– Zawołać strażników?...

– Po co? Jeśli TO jest rozbite. Możesz co najwyżej sprawdzić, czy jeszcze żyją i udzielić pierwszej pomocy. Szczątki. Nie strażnicy. A złoczyńcę złapię ja. Mimo, że może i zasłużyłem, to nie chcę być karany (i to jak!) za potłuczenie Wielkiego Garnka. Kto stłukł, ten niech odpowiada.

– Profesorze, dlaczego nikt mu nie pomógł?

Severus Snape wzruszył ramionami.

– Kto to wie. Ludzie nie słuchają garnków. A te rozbite wyrzucają, zanim ktoś się pokaleczy.

Nicolas przesunął wzrok z ponurej twarzy profesora na leżące na posadzce skorupy. Rzeczywiście, były bardzo ostre. Wyglądały bardzo, bardzo groźnie. Nicolas zadrżał, miał ochotę odsunąć się, schować za profesora, uciec nawet, ale stał jak przymurowany do podłogi, a zresztą gdziekolwiek by nie poszedł, te skorupy mogły go odnaleźć. Może jeśli ich posłucha, to powiedzą mu co dalej robić? Wydawało się, że coś wiedzą, nawet są chętne by to przekazać. Chciał coś do nich powiedzieć, zacząć jakoś rozmowę, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Jakkolwiek by nie próbował, nie umiał wydać najcichszego dźwięku. Skorupy patrzyły coraz groźniej i groźniej, oczekując na jego słowa, profesor rozpłynął się w ogarniającej salę ciemności, a Nicolas bezgłośnie krzyczał i krzyczał...

Obudził się drżąc cały. Zapamiętał jedno zdanie: „szczątki, nie strażnicy". Dlaczego szczątki miałyby żyć? Mimowolnie zaczął myśleć o wypadku w PIMIE. Jakie szczątki tam były? Coś w laboratorium? Skończyło się odpoczywanie, pomyślał Nicolas. Trzeba się wziąć do roboty. Jednak jeszcze jakiś kwadrans cicho przeleżał, z zamkniętymi oczami, zbierając siły. Potem rozejrzał się dookoła i spróbował usiąść.

Śpiąca na krześle Irina natychmiast się wyprostowała.

– Jak się czujesz?

– Dobrze. Już mogę wracać do pracy.

– Do jakiej pracy? – Potrząsnęła głową, pewna, że źle usłyszała. – Żartujesz sobie?

– Ależ nie...

– Ależ tak! Profesor d'Herblay wypisała ci zwolnienie.

– Ale ja nie mogę tak... – Nicolas urwał. Czuł się winny, nawet tego, że on się obudził a David nie. Przez moment obie dziewczyny były w podobnej sytuacji, ale teraz znów Swietłana...

– Nicolas, przestań. – Irina usiadła obok niego na łóżku. – Jest ósma rano. Jak to możliwe, że ty co chwila się budzisz? Nie jesteś zmęczony po wczorajszym? Rozmawiałam z hrabim i mecenasem d'Etollé. Wszystko jest w porządku. Mecenas był tutaj, powiedział, że kiedy będziesz czuł się na siłach, to masz go znaleźć, prawdopodobnie będzie na tarasie.

– Gdzie?

– Nie wiem, tak powiedział, znajdziesz na pewno. On tu będzie cały dzień, z żoną, bo ona ma niedługo rodzić.

– No dobrze...

Nicolas zamyślił się. Nawet dobrze się składało, bo sam już myślał o tym, żeby znaleźć mecenasa i porozmawiać z nim, poprosić o jakieś wskazówki, cokolwiek...

– Nico, ja cię teraz zostawię. Chcę do domu, do własnego łóżka. A jeszcze muszę iść do PIMY, dokończyć i wysłać artykuł, bo dziś ostateczny termin. Ani trochę mi się to nie podoba.

Wstała i przeciągnęła się.

– Wszystko mnie boli po tej nocy. – Potarła oczy i skrzywiła się. Ziewnęła. – Ale wrócę po ciebie wieczorem. Ciesz się, że dłużej cię tu nie chcą.

A potem Irina go pocałowała i już jej nie było. Za to wkrótce zjawiła się pani profesor, świeża i pełna energii, potwierdzając, że wypuści go do domu pod wieczór. Nicolasowi nie zostało więc nic innego, jak założyć szpitalny szlafroczek i iść szukać mecenasa d'Etollé'a. Było faktycznie po ósmej i prawdę mówiąc, wciąż czuł się śpiący i zmęczony, ale nie zasnąłby w żaden sposób.

Znalazł go po dobrym kwadransie poszukiwań w miejscu, które rzeczywiście nazywało się tarasem. Taras, położony tuż obok bufetu, wyglądał całkowicie zgodnie z nazwą, jednak wszystkie piękne widoki, jakie się z niego roztaczały, stanowiły jedynie misternie przygotowaną iluzję. W tej chwili widać było łąkę pełną kwiatów i skraj lasu. Nicolas słyszał nawet śpiew ptaków. Kilka z okrągłych stolików zajmowali pacjenci w szpitalnych szlafrokach i ich rodziny.

Mecenas siedział w głębi sali, pogrążony w rozmowie z młodą kobietą w zaawansowanej ciąży, a na kolanach trzymał może dwuletniego chłopca, który wołał coś niezrozumiale, domagając się uwagi rodziców. Cały obrazek był niesamowicie sympatyczny i Nicolas przystanął, mimowolnie uśmiechnięty, nie chcąc go popsuć. Dopiero po chwili podszedł bliżej.

– Witam, inspektorze, proszę tu do nas – zawołał mecenas dostrzegając go, w czym swój udział miał radosny okrzyk chłopca. – Kochanie – zwrócił się do żony. – Poznaj inspektora Nicolasa Lejeune. Inspektorze, to moja żona, Renée. Proszę, niech pan siada. Jak się pan czuje? Nie spodziewałem się pana tak szybko.

– Czuję się zupełnie dobrze – zapewnił Nicolas, ciężko opadając na krzesło. – Chciałem jak najszybciej... Cóż, jak najszybciej dowiedzieć się, jak bardzo narozrabiałem.

Mecenas kiwnął głową, a Nicolas pod jego badawczym spojrzeniem, z trudem powstrzymał się od odwrócenia wzroku.

– Zostawię was samych – powiedziała pani Renée i zabrała chłopca z kolan mecenasa. – Chodź do mamy, Alan. Tata musi porozmawiać z panem, a my pójdziemy na spacer.

Wstała, wstał również mecenas i pocałował żonę w policzek. Nicolas chciał również się podnieść, ale pani Renée pokręciła głową.

– Nie trzeba, niech pan siedzi. – Wzięła synka za rękę i powoli odeszli. Mecenas odprowadzał ją wzrokiem, póki nie zniknęła mu z oczu i pewnie sam nie zdawał sobie sprawy ze swojego błogiego uśmiechu. Na Nicolasa popatrzył dopiero, kiedy nie mógł już widzieć żony.

– Jak bardzo pan narozrabiał, tak? – zapytał, poważniejąc. Nicolas czuł, że się rumieni. Gdyby mecenas zapytał go teraz, dlaczego się w ogóle pojedynkował, nie umiałby uzasadnić. Wszystkie argumenty o byciu dzielnym aurorem zabrzmiałyby jak zapewnienia pięciolatka, że zabrał miotłę ojcu, bo wiadomo, że dzielne dzieci nie boją się latać, a że wylądował w najlepszym porcelanowym serwisie babci, to już naprawdę nie jego wina, bo nikt babci nie kazał rozstawiać tego wszystkiego na stole właśnie teraz, no i tak w ogóle, no...

Mecenas pokiwał głową.

– Muszę powiedzieć, że wcale nie tak bardzo. Podliczając wszystkie zyski i straty, mógłbym nawet powiedzieć, że wyszliśmy na plus. Więc niech się pan aż tak bardzo nie martwi.

Nicolas, zaskoczony, zamrugał.

– Jak to?... Hrabia wczoraj...

– Każdy byłby zdenerwowany na miejscu hrabiego Dragomirescu wczoraj wieczorem – przerwał mu mecenas. – W pierwszej chwili chciał, żeby ogół wampirów nie dowiedział o niczym, podobnie jak i cała nasza czarodziejska społeczność. Ale sam pan rozumie, że to niemożliwe. Pan na pewno już z kimś rozmawiał o pojedynku. Podobnie pana przeciwnik. Ma pan szczęście, że to był pojedynek bez sekundantów, wampir najwyraźniej chciał załatwić sprawę szybko i zlekceważył pana. Nawiasem mówiąc, wciąż jest głuchy. Sekundanci, o ile nie wpadliby w zasięg pana głosu, rozszarpaliby pana w pięć sekund, bez różdżek i bardzo dokładnie.

Nicolas siedział sztywno i próbował nie przejmować się tym, co słyszał. Nie chciał przy mecenasie wyjść na kogoś strachliwego czy zbyt wrażliwego. Ale nie potrafił powstrzymać drżących rąk czy krwi, by nie odpływała mu z twarzy.

– W każdym razie, zwyciężył pan w pojedynku. Gratuluję – mecenas się uśmiechnął.

– E... dziękuję... – odpowiedział Nicolas zupełnie odruchowo.

– Razem z hrabim Dragomirescu wezwaliśmy aurorów, którzy odtransportowali pańskiego przeciwnika do Conciergerie – ciągnął d'Etollé neutralnym tonem, lekko zamyślony, składając razem czubki palców. – I tutaj najważniejsza część, przynajmniej dla pana. Szefostwo aurorów zdecydowało się przymknąć oko na pański pojedynek i potraktować go raczej jako udaną próbę schwytania groźnego przestępcy, członka Gangu, a co więcej, z narażeniem życia. I tego się trzymajmy. Tak jest czarno na białym w porannym l'Illumination.

Na chwilę zapadła cisza. Nicolas próbował sobie to wszystko jakoś poukładać, kiedy mecenas dodał:

– Szef aurorów wpadł na pomysł, żeby uhonorować pana za to odpowiednim odznaczeniem, a może awansem...

Nicolas wpatrywał się uważnie w d'Etollé'a. Na twarzy mecenasa nie drgnął żaden mięsień, nie pojawił się żaden uśmiech. Nicolas poczuł się strasznie zmęczony i zagubiony w całym tym szaleństwie.

– Odznaczeniem?... – na pół szepnął, na pół jęknął. – Ale dlaczego? Ja przecież... Ja nie chcę... Ja przecież powinienem już być martwy...Czy nie można zrobić tak, jakby... jakby mnie tam nie było?

Mecenas patrzył spokojnie zaciekawiony.

– Panie mecenasie... – Nicolas rozpaczliwie starał się zapełnić ciszę. – Przecież pan wie, że nie ma za co dawać nagrody, wręcz przeciwnie.

Miał ochotę zerwać się z krzesła i uciec. Przecenił własne siły, przychodząc tutaj. Nie był jeszcze gotowy, żeby poradzić sobie z nowymi problemami. W głowie mu się kręciło.

– Czy pan rozumie, co mówi? – zapytał wreszcie mecenas. – Cała sprawa ma szansę skończyć się w sposób niesamowicie dla pana korzystny, a pan co? Boi się pan? Poniekąd rozumiem, wampiry patrzące na Gang przychylniej mogą potraktować pana niezbyt przyjaźnie... Ale jeśli dobrze to rozegrać, byłaby to pana szansa do zrobienia kariery. Piękna szansa.

Nicolas tylko popatrzył rozpaczliwie i pokręcił głową. Czuł się wykorzystywany. Nie wiedział, czy przez szefa, który wymyślił nagrodę, czy przez mecenasa, ale chciał krzyczeć, odepchnąć od siebie wszystkie te kombinacje, wyszarpnąć się, uciec... To, co mecenas powiedział o karierze, przeraziło go jeszcze bardziej. Wszystko było nie tak, zupełnie nie tak...

– Sprawa nabiera tempa, rozgłosu – ciągnął dalej mecenas. – Może się okazać, że w którymś momencie okrzykną pana czymś w rodzaju bohatera, który pokonał i schwytał członka znienawidzonego Gangu.

Nicolasowi zrobiło się niedobrze. Opuścił głowę. Niech ktoś przyjdzie, błagam, myślał. Niech stanie się coś, co to przerwie.

– Inspektorze? – mecenas lekko dotknął jego ramienia. – Źle się pan czuje?

Nicolas podniósł głowę, popatrzył na d'Etollé'a i zbierając wszystkie siły, powiedział szybko:

– Odmawiam. Czy nie można rozwiązać tego inaczej? Nie zgadzam się na żadną nagrodę, ani awans. To był pojedynek, z powodów czysto osobistych, w dodatku zupełnie nie przemyślałem konsekwencji. Powinienem zostać ukarany, nie awansowany. Jeśli szef to zrobi, ja odejdę ze służby – powiedział na jednym oddechu.

Mecenas zamrugał. A potem się uśmiechnął.

– Cieszy mnie to, co pan mówi. Nawet bardzo. Cieszę się, że nie pomyliłem się co do pana.

– Jak to?...

– Nie byłoby dobrze, gdyby rozdmuchano to zdarzenie i przekuto je w wielki tryumf ludzi nad wampirami. Muszę przyznać, że trochę przesadziłem, opisując ten rozgłos w prasie. Od razu zapewniam, że nie pada tam pana nazwisko, ani nawet zawód, a uwaga koncentruje się na samym fakcie złapania członka Gangu. Do tej pory byli przecież nieuchwytni, a przypominam, że podlegają temu samemu prawu co wszyscy, wampiry są w świetle wszystkich ustaw pełnoprawnymi obywatelami. Dołożyłem starań, żeby wszyscy koncentrowali się raczej na więźniu i tym, co można z niego wyciągnąć przesłuchaniem. Naturalnie nastroje są gorące, więc nasz wampir nie ma lekko. Ale gdyby chciał pan tej nagrody i tego rozgłosu, szef aurorów i Minister Magii byliby bardziej niż chętni, by wykorzystać to do swojej propagandy, nie bójmy się tego słowa. A tak – owszem, dziennikarze pewnie dowiedzą się, że do pojedynku stanął auror, ale nie pozwolimy im poznać pana nazwiska. Zresztą mam przeczucie, że sensacji będzie tyle, że to i tak zejdzie na dalszy plan. Sama obecność hrabiego na miejscu pojedynku jednak nie powinna wyjść na jaw. Kiedy zjawili się aurorzy, byłem tam tylko ja sam. Natknąłem się na was, wyprawiłem pana i pannę Sołowinową do Świętego Filipa i, że tak powiem, zabezpieczyłem miejsce zdarzenia.

Nicolas popatrzył na mecenasa bezradnie, próbując to jakoś ogarnąć.

– Pan sprawdzał, co powiem?...

Mecenas westchnął.

– Tak, przyznaję, że tak. Przepraszam – powiedział, i brzmiało to szczerze. – Chyba zmęczyłem pana trochę za bardzo.

Nicolas rzeczywiście był zmęczony, ale nie o to mu chodziło. Raczej powiedziałby o rozżaleniu, jakiejś pretensji do mecenasa, której nie umiał się pozbyć.

– Co teraz, mecenasie?... – zapytał w końcu. Potrzebował jasnych wskazówek. Potrzebował, żeby ktoś mu powiedział co dalej ma zrobić, bo sam zwątpił już we wszystkie swoje decyzje.

– Teraz, inspektorze, powinien pan wrócić do swojej sali i się położyć. A kiedy wyjdzie pan ze szpitala, proszę pracować dalej, jakby nic się nie stało. I proszę mi uwierzyć, pan jest najlepszym człowiekiem do tego zadania.

Nicolas pokręcił przecząco głową, wpatrując się w mecenasa pustym wzrokiem.

– Nie rozumiem tego, mecenasie. Pan wie, że tak nie jest. Nigdy nie prowadziłem takiego śledztwa. Nie mam pojęcia jak poruszać się wśród wszystkich problemów z wampirami...

Mecenas nic nie odpowiedział. Wahał się. Tylko niech nie mówi niczego, żeby mnie zbyć, pomyślał Nicolas.

– Czy to dlatego, mecenasie? Ja dostałem tę pracę, bo nic nie wiem i nie umiem? Myślałem, że po prostu szef zlekceważył hrabiego, wampiry, ale pan naprawdę mi mówi, że to właśnie ja... Niech mi pan powie o co chodzi, proszę...

D'Etollé westchnął.

– Dobrze, inspektorze. Chcę to panu powiedzieć i zapewniam, że szczerze tak uważam. To ja wybrałem pana do tego zadania. Powiedzmy, hmm, skłoniłem pańskich przełożonych, żeby w razie czego sprawy związane z wampirami oddali właśnie panu. Ale nie dlatego, że nic pan nie wie i nie umie, zaznaczam, że tylko przytoczyłem pańskie słowa. Panu, ponieważ nie jest pan zepsuty jak reszta aurorów. Niewielu zostało takich, na których naprawdę można polegać. Jeszcze mniej takich, którzy w kwestii wampirów zajmują inne stanowisko niż szefostwo. Przecież kiedy zmieniły się władze, służby aurorskie zostały gruntownie zreorganizowane. Pan zawieruszył się w Przedpokoju, ale jest pan oficerem, zatem teoretycznie, formalnie raczej, nie było przeszkód. Pan szczerze przejmuje się śledztwem. Szczerze martwił się pan o hrabiego. I tak dalej. Nie mogłem powiedzieć panu z góry o co chodzi, przepraszam za to, ale tego właśnie oczekiwałem wysyłając tam pana, a nie umiejętności czy wiedzy. I nie zawiodłem się. Długo już pracuję nad tym, żeby ludzie wybili sobie z głowy to szaleństwo i spojrzeli na wampiry i inne mniejszości przytomniej. Hrabia i Lord Pierwszy Strażnik robią to samo wśród wampirów. Można powiedzieć, że jesteśmy partnerami. – Mecenas urwał i przez kilka sekund przyglądał się Nicolasowi. – Ale teraz, kiedy pan już o wszystkim wie, wybór należy do pana. Nie mogę i nie chcę dłużej panem sterować. Wystarczy, że pan powie, a dopilnuję, żeby sprawę wypadku w PIMIE przekazano komuś innemu.

Nicolas przełknął ślinę. Czuł się coraz gorzej i coraz trudniej było mu myśleć, ale chciał podjąć wszystkie decyzje tu i teraz, żeby już niczego nie przedłużać, i tylko wiedzieć, co robić, bez tego strasznego napięcia i niezdecydowania. Zrezygnować?... Mecenas nim manipulował. Ale mecenas powiedział, że Nicolas jest najwłaściwszy do tego śledztwa. Mecenas chce pogodzenia ludzi i wampirów i wybrał... Wybrał, bo Nicolas wierzył w bycie dzielnym aurorem. Pojedynek też był z powodu bycia dzielnym aurorem. Poza tym, Nicolas nie uciekł przed pojedynkiem. Ma szansę zostać dzielnym aurorem. Ale mecenas manipulował... jak narzędziem, zabawką, dzieckiem... Ale ostatecznie, co z tego? Jeśli Nicolas może coś zrobić... A mecenas będzie nad nim czuwał... kierował... Czy Nicolas ma być jako atrapa? Żeby auror prowadzący śledztwo nie przeszkadzał?

– Nie musi pan decydować teraz – powiedział ostrożnie d'Etollé i to przeważyło szalę.

– Tak, zrobię to – oświadczył szybko Nicolas. – Dokończę śledztwo.

Mecenas uśmiechnął się z widoczną ulgą. Ale czy prawdziwą?

– Ciszę się, inspektorze – zapewnił wstając. – Chodźmy więc, ja znaleźć żonę, a pan odpoczywać. Pomogę panu.

Nicolas, wsparty lekko na ramieniu mecenasa, wrócił do swojej sali i opadł na łóżko. Czuł przede wszystkim głębokie rozczarowanie i nie mógł przestać o tym myśleć. Przecież tak naprawdę, to żadnego śledztwa nie prowadził... Owszem, przesłuchał parę osób, ale nad wszystkim i tak czuwał mecenas, a w dodatku wszystko działo się poza wiedzą i właściwie przeciwko jego przełożonym. W końcu sięgnął po fiolkę z Eliksirem Bezsennego Snu, który wczoraj przyniosła profesor d'Herblay.

Obudził się w sam raz, żeby profesor d'Herblay mogła go zbadać i wypisać do domu. Kiedy zjawiła się ziewająca i podenerwowana Irina, Nicolas był już przebrany w mundur i gotowy do wyjścia. Irina wzięła go pod rękę i przytuliła się.

– Przepraszam za tę całą awanturę wczoraj w nocy – mruknęła. – Byłam strasznie zdenerwowana, bo bałam się o ciebie. I jakkolwiek większość z tego, co powiedziałam, było prawdą, to byłam też bardzo z ciebie dumna.

– Nic się nie stało – Nicolas uśmiechnął się do niej. Ucieszyła go ta pochwała, kto wie, czy nie najbardziej ze wszystkiego, co ostatnio słyszał.

– Jak byłam dziś w PIMIE, to poszukałam w bibliotece czegoś o dźwiękodziejach. Chciałam dowiedzieć się czegoś o tym, co stało się podczas pojedynku.

– Myślę, że to był tylko bardzo głośny krzyk. Sam nie bardzo pamiętam.

Irina westchnęła.

– Przez chwilę sama chciałam spróbować się czegoś śpiewanego nauczyć, ale wychodzi na to, że bez talentu można tylko same podstawy i to bardzo ciężką pracą, takie, że się nawet nie ma czym pochwalić...

Nicolas uśmiechnął się.

– Irino, myślę, że jakbyś chciała, to mogłabyś całkiem sporo się nauczyć, zresztą masz czarujący głos, tylko po co ci to?

– Ach, po nic, po prostu mnie to zainteresowało. Czarujący, ale nie do czarowania – Irina roześmiała się, a potem płynnie przeszła w ziewnięcie. – Nie miałam ani chwili, żeby się przespać – wyjaśniła.– Zaraz wracam do domu i się kładę. Nie spałam porządnie, od kiedy spotkaliśmy tego wampira, to już dwie zarwane noce. To szkodzi na cerę, wiesz?

– Przepraszam... – Nicolas się roześmiał.

– A potrafiłbyś rzucić śpiewaną Avadę? – zapytała ni z tego, ni z owego Irina.

– Co?!... Nie! – wykrzyknął Nicolas. – Żartujesz sobie? Normalnej też nie potrafię.

– Nie?... Przepraszam, tak sobie pomyślałam... Przez ten pojedynek.

– Pojedynek to było coś zupełnie innego. To nie miało nic wspólnego ze śpiewaną Avadą. Zresztą to się tak nie nazywa.

– Nie? Ale to też zaklęcie zabijające.

– Tak – westchnął Nicolas. – Musimy o tym mówić?

– Po prostu to ciekawe.

– Większość normalnych zaklęć ma śpiewane odpowiedniki. Wszystkie trzy Niewybaczalne mają. Ale tego się dźwiękodziejów nie uczy.

– No domyślam się.

Irina znów ziewnęła. Nicolas otrząsnął się. Uczono go teorii śpiewanych Niewybaczalnych. Chyba trochę za wcześnie, bo potem śniły mu się po nocy i budził się przy dźwiękach śpiewanego Cruciatusa. Nie miał pojęcia, jak brzmi naprawdę, ale jego wyobraźnia wytworzyła coś pomiędzy piskiem kredy o tablicę a chrzęstem kruszonych skorupek od jajka.

– Jak brzmi śpiewana Avada? – zapytała nagle Irina, która najwidoczniej nie mogła powstrzymać ciekawości. Nicolasowi przypomniało się zwierzątko, które złapała i miała pokroić. Czy już to zrobiła?

– Nie brzmi. Śpiewana Avada to cisza. Tłumi wszystkie dźwięki. Może rozchodzić się na wszystkie strony, albo być skierowana na jeden cel. Wtedy trafiony człowiek umiera, pozornie bez powodu, a dookoła wszystko jest nietknięte. To chyba najbardziej niezauważalna śmierć z możliwych. Zresztą nawet jakby miała jakiś dźwięk, to każdy, kto by go usłyszał, umarłby... Irina, proszę cię, już przestań.

– Przepraszam – mruknęła, ale trochę nieuważnie.

– Chodźmy już. Nie cierpię szpitala – mruknął Nicolas, rozglądając się dookoła. – Czuję się tutaj tak obco, strasznie. Ostatni raz tu byłem, jak mój dziadek umierał. Babcia nie pozwalała nikomu się wyłamać z czuwania, choć mama by mnie chętnie zostawiła w domu. Ale ja chciałem tu być, to nie było tak... Martwiłem się o dziadka, rozumiałem, że to już ostatnie chwile. Na koniec siedziałem tu całymi dniami i czasem wydawało mi się, że my czekamy, aż dziadek umrze. Szpital kojarzy mi się teraz z miejscem do umierania...

– Nico... Jak wracałam po rozmowie z hrabim, to widziałam młodą mamę z malutkim dzieckiem. Tutaj rodzą się dzieci, a ludzie wracają do zdrowia. A teraz już daj spokój, zaraz zasnę na stojąco...

Wychodzili już ze Świętego Filipa. Nicolas przypadkiem spojrzał na pozostawioną na szpitalnym korytarzu gazetę. Półświadomie chwycił ją i przeczytał: „Schwytany członek Gangu będzie skazany na śmierć!". Zakręciło mu się w głowie.

– Nico? – Irina zajrzała przez jego ramię. – Co tam jest?

Przeczytała, a potem zmierzyła go surowym wzrokiem.

– Nie. Nawet nie próbuj czuć się winny. To przecież przestępca! Jak możesz czuć się winny, że skazali go na śmierć?

– Co z tego, że przestępca? – jęknął Nicolas. – Śmierć to śmierć. Nie chcę...

– Aaa – jęknęła Irina w odpowiedzi. – Jesteś straszny. Czasem mam wrażenie, że ty po prostu masz za dużo empatii i nie wiesz, co z nią zrobić! Ale to dziwne, bo mecenas mówił, że sąd chce go przesłuchiwać, a nie skazywać. Może nie za pojedynek go skazują... Zresztą, Nico, no przestań! Wiadomo, że nie za pojedynek, za to już nie grozi kara śmierci i to od dawna! Jeśli go skazują, to za przestępstwa. – Wzięła go za rękę i pociągnęła za sobą, do wyjścia. – Przecież nie możesz się czuć winny wobec przestępców, których łapiesz.

Nicolas westchnął. No niby tak. Miała rację. Posłusznie poszedł za nią, mocno trzymając jej rękę. Czuł, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, by się z tym oswoić.

– W ogóle czasem warto czytać całe artykuły, bo one mają dalszy ciąg, poza nagłówkiem – powiedziała kąśliwie Irina, która wciąż trzymała przed oczami artykuł. – Nie skazali go, to tylko luźne obietnice ministra. I nie masz się czym martwić.

Irina kominkiem wróciła do siebie wyspać się wreszcie porządnie, a on został sam. Chciała go odprowadzić do domu, ale nie miał serca jeszcze i tam jej ciągnąć. Zdjął aurorski płaszcz i wszedł do mugolskiej części Paryża. Nie mógł pójść do rodziny ani przyjaciół, bo oni wciąż o niczym nie wiedzieli i chciał, by tak zostało. Alicji wysłał sowę jeszcze ze szpitala, ale ona nie była właściwą osobą do rozmowy. Swoją drogą, z trudem mógł uwierzyć, że rozmawiał z nią zaledwie wczoraj. Stanął bezradnie na środku ulicy, w tłumie ludzi, i zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Nagle znalazł się w sytuacji, kiedy do nikogo nie mógł się zwrócić. Przypomniało mu to, jak czuł się przed pojedynkiem, jak samotnie... Jakie pytania wtedy przychodziły mu do głowy i na jak wiele z nich nie było żadnych odpowiedzi. Powoli poszedł przed siebie, na razie bez celu. Wszedł do kawiarni, zwabiony słodkim zapachem. Zawsze był strasznym łasuchem, ale teraz po prostu tego potrzebował. Zamówił kawałek tortu chałwowego, nieprzyzwoicie słodkiego. Chyba inni w ten sam sposób się upijają, pomyślał. Jak był mały, to przypominał kluskę albo klopsika, a jakim cudem udało mu się z tego wyrosnąć, było tajemnicą nawet dla niego samego. Jak to dobrze, że mogę myśleć o czymś innym przez chwilę, przeleciało mu przez głowę i z tą myślą oczywiście wszystko się popsuło. Znów było źle, znów był aurorem, który udaje, że prowadzi śledztwo, znów wampir był skazany na śmierć... Zamówił drugi kawałek tortu, ale tak gdzieś w połowie odłożył widelczyk, bo nie był w stanie przełknąć ani kawałka więcej, ani nawet na to patrzeć. Z czego to jest zrobione, z samego cukru? Z gumy? Zapłacił i szybko wyszedł.

Przechodząc obok Palais Justice, pomyślał, że równie dobrze może wejść i dowiedzieć się czegoś więcej. Pokręcił się po korytarzach, pozaglądał do znajomych, witany zdziwieniem, zaciekawieniem, niekiedy żartem. Niewiele się dowiedział, za to złapał się na tym, że mimowolnie odsuwa się od ludzi na korytarzu w obawie przed zderzeniem.

Palais Justice pustoszał powoli, zostawali tylko aurorzy najbardziej zapracowani i ci, którzy mieli dyżur nocą. Nicolas zmęczony usiadł na jakimś krześle na korytarzu. Czas się zbierać do domu, pomyślał, tylko tam nikogo nie ma. Kolejny raz postawił na swoim i wyprowadził się od rodziny do własnego, małego mieszkania. Ale wcale nie czuł się dobrze, mieszkając sam. Po dwóch latach było to tak samo dziwne, jak i na początku.

– Nicolas? – usłyszał nagle kobiecy głos. – Coś się stało?

– Antoinette – uśmiechnął się do dziewczyny w zielonym mundurze ekspertów. Antoinette szkoliła się u szyfrantów i kryptologów służb aurorskich.

– Wyglądasz jak po jakiejś większej akcji, ale ty przecież nie zajmujesz się takimi sprawami?

– A jednak... – westchnął. – A co u ciebie? Masz dużo pracy?

– Nie – Antoinette usiadła obok niego. – Wręcz przeciwnie. Mam tylko mnóstwo nieciekawych ćwiczeń do zrobienia.

Pokazała stos papierów, które niosła. Całe naręcze do zaszyfrowania lub odszyfrowania. Nicolas uśmiechnął się do niej. Był pewien, że nikt nie jest w tym lepszy od niej, nawet jeśli się dopiero szkoliła.

– No dobrze – powiedziała Antoinette przyglądając mu się uważnie. – Mów, co się stało. Całym sobą prosisz, żeby ktoś się tobą zajął, wiesz?

Nicolas poczuł, że się rumieni.

– Przepraszam – powiedział, ale nie przestał się uśmiechać. – Miałem ciężki dzień, dwa, hmm, kilka dni.

Antoinette pokiwała głową.

– No to chodź do mnie do pokoju. Dziś pozwolę ci się wypłakać. Dostałam swój własny pokój. – Szyfrantka otworzyła drzwi na końcu korytarza. – Co prawda malutki i przerobiony ze starego magazynu na szczotki, ale co własny, to własny. Wreszcie mogę się skupić na tym, co robię.

Pokoik rzeczywiście był maleńki. Wąski, cały zabudowany regałami pełnymi papierów, w dodatku pośrodku wciśnięto biurko pokryte teczkami, notatkami, piórami...

– Naprawdę możesz tu coś znaleźć?

– Naprawdę – uśmiechnęła się psotnie. – Siadaj – wskazała na krzesło po drugiej stronie biurka. – Wiem, że to żaden luksus, ale zawsze coś. Zrobię herbatę.

Postawiła przed nim parujący kubek i cukierniczkę.

– Słodzisz?... – zamrugała zdziwiona. – Nico, ile ty tego sypiesz?...

– A... nieważne – zaczerwienił się. – Potrzebuję czegoś słodkiego.

– Ja wiem, że ty jesteś łasuch, ale sześć łyżeczek? Nie da się być słodszym, niż już jesteś. To już mów, co się dzieje? Ja tu siedzę w tych szyfrach i zupełnie nie wiem, co wy robicie na zewnątrz.

– Ach... – Nicolas zamieszał herbatę i zasłuchał się w stukanie łyżeczki. – Sam już nie wiem, mam okropny mętlik w głowie. Pewnie będzie strasznie nieskładnie.

– Nie przejmuj się, rozszyfrowywać też potrafię.

Uśmiechnął się.

– Ja po prostu dużo lepiej się czuję, kiedy mogę z kimś rozmawiać... – wziął kubek w dwie ręce, żeby się ogrzać, podniósł do ust. Prawie wypluł pierwszy łyk. – Okropnie słodkie... – wyjaśnił zdziwionej Antoinette. Usilnie próbował odpędzić wizję tortu chałwowego zanim zrobi mu się niedobrze.

– Ale wyglądałeś jakbyś wiedział, co robisz, sypiąc tyle. Daj spróbować – Antoinette upiła łyk i skrzywiła się. – Zęby mnie bolą od razu. Chcesz nową herbatę?

– Jeśli to nie problem...

Tym razem nic nie posłodził i z ulgą napił się gorzkiej, ignorując uśmiech szyfrantki.

– Nie myślałam, że zobaczę cię kiedyś pijącego gorzką herbatę.

– No... to pewnie po szpitalu – mruknął, bo głupio mu było powiedzieć o torcie.

– Szpitalu? Nico, co ty zrobiłeś?

– No... Słyszałaś o pojedynku? Z członkiem Gangu?

– O tym wampirze, co wczoraj...? Coś słyszałam, ale niewiele...

– To byłem ja.

– Ale nie jako wampir?

– Co?...

– Nie wiem, to wydaje mi się nieprawdopodobne. Czy ty mi mówisz, że pojedynkowałeś się z wampirem? To jak go złapali?

Westchnął i jej opowiedział w skrócie. Antoinette wysłuchała i na koniec pogłaskała go po głowie.

– No to już się nie dziwię tym sześciu łyżeczkom.

– Nie bardzo wiem, co jeszcze mówić. Tyle rzeczy się nazbierało, że sam już nie wiem, co tam robię i co mam robić. Opowiedz mi, co u ciebie. Żebym przez chwilę myślał o czymś innym.

– U mnie? – Antoinette uśmiechnęła się i oparła brodę na ręce. – Zmieniam pracę.

– Co takiego? – Nicolas aż się zakrztusił. – Jak to zmieniasz? Ale... awansowali cię?

– Nie – Antoinette pokręciła głową. – Do awansu daleko i wcale mi się tam nie spieszy. Widzisz, teraz już mam całkiem dobrą orientację, czego ten zawód wymaga. Jeśli będę znała szyfry aurorskie, tajne łamane przez poufne, to będzie się to wiązało ze strasznymi ograniczeniami w życiu prywatnym. Ze stresem, koniecznością opowiadania się, gdzie jestem, kiedy nie pracuję, z zagrożeniem... Nic fajnego.

– Ale przecież chciałaś tę pracę? Ciężko na to pracowałaś i...

– Co się nauczyłam, to moje – Antoinette wydawała się zupełnie nieporuszona jego wzburzeniem. – To było ciekawe, ale nie tak wyobrażam sobie moje życie. Wczoraj byłam na rozmowie o pracę numerologa, na Sorbonie. Przecież to numerologią się interesuję, nie kryminalistyką. Tutaj mają świetny warsztat, ale cena za wysoka, że tak powiem. Poza tym myślimy z mężem o dziecku – głos jej złagodniał, rozmarzyła się. – Widzisz, wolę spokojne życie z rodziną niż to szaleństwo, nawet jeśli lepiej płatne i bardziej prestiżowe. Nico, co ci jest? – sięgnęła nad biurkiem i musnęła czubkami palców jego czoło. Oderwał wzrok od herbaty i spojrzał na nią. – Wyglądasz na strasznie wymiętoszonego.

– Ja... Ja nie wiem. – Oparł czoło na rękach, a łokcie na biurku. – Sam zastanawiałem się, czy ta praca jest dla mnie, to dlatego...

– Nico, ale tobie wszyscy od lat mówią, że powinieneś ją zmienić. Co się stało, że teraz zwątpiłeś?

Podniósł głowę, żeby popatrzeć na dziewczynę.

– Ostatnio... Chyba zacząłem pracować – powiedział i uśmiechnął się lekko. – Dostałem śledztwo do przeprowadzenia. W pewnym sensie przynajmniej. A ja wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego na świecie są przestępcy. Wczoraj prawie zginąłem, a ten, z którym się biłem, jest skazany na śmierć. Moja dziewczyna mówi mi, żebym nie czuł się winny, że aresztuję kogoś. Ale ja się z tym strasznie czuję. Mam znaleźć przestępcę, a nie potrafię podejrzewać nikogo. Kiedy patrzę na kogoś, o kim wiem, że zrobił coś bardzo złego, to mnie to przeraża i przerasta. Nie wiem, to takie obce. Wiem, że jestem naiwny, ale to przecież ludzie, tacy jak my. Nie rozumiem, dlaczego robią takie rzeczy. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś z własnej woli kogoś zabijał. Próbuję ułożyć jakąś wersję śledczą, ale odrzucam każdą, bo wydaje mi się zbyt okropna, zbyt nierealna. Moi koledzy z pracy wydają mi się tacy cyniczni, kiedy słucham ich rozmów. Ja tak nie potrafię. I jeszcze nigdy nie byłem tak blisko śmierci. Tak bardzo się bałem. Nie miałem z kim rozmawiać, bo nie chciałem, żeby inni się o mnie martwili. Może to był błąd... – Sięgnął nad biurkiem i wziął Antoinette za rękę. – Dziękuję, że tu ze mną siedzisz. Bardzo dziękuję. Nie chciałem wracać do pustego domu. Wczoraj przez chwilę chciałem się zabić. To było krótkie, ale straszne. Boję się, że kiedyś znów coś takiego przeżyję.

Antoinette słuchała uważnie, pochylona ku niemu, bo mówił cicho. Nicolas westchnął. Nie oczekiwał nawet rady, wystarczyło, że mógł to powiedzieć na głos, do kogoś żywego, kto słuchał. Rady zresztą nie było, Antoinette nie udawała, że wie co robić, ani nie próbowała go pouczać. Rozstali się po dwóch czy trzech godzinach i tyluż herbatach, kiedy Nicolas miał już tylko tyle siły, żeby dowlec się do domu i w ubraniu paść na łóżko.

Następnego dnia zastanowił się, czy nie powinien pójść znów do Palais Justice, by porozmawiać z szefem. Bądź co bądź, komisarz może chcieć mu coś przekazać albo się czegoś dowiedzieć. Ale po chwili namysłu zrezygnował i poszedł prosto do PIMY. Prawdopodobnie jedyne, co by usłyszał, to długa i gniewna tyrada, z której wnioski można było streścić w jednym zdaniu: nie wychylaj się, a jeśli już musisz, to chociaż pomyśl, co robisz. A, i jeszcze szef byłby zły o tę nagrodę. Nicolas wolał zwyczajnie zabrać się do pracy. Czuł się pełen energii, najgorsze już przecież za nim, a teraz powinien po prostu postarać się najlepiej, jak umie. Wszystkie wczorajsze problemy i rozważania wydawały mu się odległe i przesadne, nawet głupio mu było, kiedy wspominał, ile marudził Antoinette, Irinie, jak słabo musiał wypaść przed mecenasem. Dziś wszystko było inne, może nie miał już siły na myślenie, a może właśnie teraz dopiero myślał jasno. Dzień był piękny, słońce świeciło i po raz pierwszy od dobrych dwóch tygodni na niebie nie widać było ani jednej chmurki. Spacer ulicami Paryża był samą przyjemnością i Nicolas z radością przyglądał się ludziom, uśmiechając się ilekroć skrzyżowało się jego spojrzenie z czyimś innym. Wchodząc do PIMY z Alei Czcigodnych, natknął się na Nataszę.

– Dzień dobry pani – zawołał, przytrzymując drzwi i przepuszczając ją pierwszą. Natasza uniosła wysoko brwi.

– No proszę, ileż radości – powiedziała z krzywym uśmiechem. – Aż się boję odezwać, żeby nic nie popsuć.

– Pani Nataszo, wystarczy, że pani się naprawdę uśmiechnie – odparł Nicolas ze szczerością człowieka, który dostał drugą szansę na wszystko. – Nie trzeba nic mówić.

Natasza, słysząc to, zrobiła jeszcze więcej - roześmiała się, głośno, szczerze i całkiem sympatycznie.

– Mój aurorze, dawno nikt mi czegoś podobnego nie powiedział. Ludzie są ekonomiczni, nie marnują oddechu na niespełniające się życzenia.

– Moje spełniło się z nawiązką – Nicolas beztrosko wzruszył ramionami. – Cuda też się czasem zdarzają.

Natasza zastanowiła się chwilę, potem odwróciła do Nicolasa i, nic nie mówiąc, uśmiechnęła się. Szczerze. Oddał uśmiech. Niejasno pomyślał, że życie jest bardzo piękne.

Odprowadził Nataszę do drzwi jej laboratorium i poszedł dalej, wprost do hrabiego. Wszedł sprężystym krokiem do jego zacienionego gabinetu. Miał ochotę zasalutować, ale powstrzymał się, pomyślawszy, że może to wypaść zbyt beztrosko i niepoważnie.

Hrabia przyjął go, siedząc przy biurku, pogrążony w papierach. Ale uśmiechnął się delikatnie na jego widok i odłożył pióro, gotów z uwagą wszystkiego wysłuchać.

– Panie hrabio, chciałem pana najmocniej przeprosić...

– Spokojnie, inspektorze, spokojnie – hrabia uniósł dłoń, potem wskazał fotel przed biurkiem. – Proszę siadać. Nie miałem jeszcze okazji, a chciałbym panu pogratulować pojedynku. Proszę się tak nie dziwić – uśmiechnął się. – Trzeba sporo odwagi, żeby tak jak pan stanąć do walki, mimo praktycznie zerowych szans. Bo przecież tak to w pańskim odczuciu musiało wyglądać, prawda? Nie mylę się?

– Nie, to prawda – powiedział cicho Nicolas, spuszczając wzrok.

– Tym bardziej chwali się to, że pan nie stchórzył. Szczerze gratuluję. I jeszcze dodam, że choć było z tym trochę kłopotów, udało się całą sprawę wyciszyć, a pana udział nie będzie powszechnie wiadomym faktem. Nie wiem, na ile zdenerwowany się panu wówczas wydałem, ale taki już mój słowiański temperament. Zapewniam pana, że nie żywię za nic urazy i cieszę się, że jest pan cały i zdrów.

Nicolas, z braku pomysłu na odpowiedź, uśmiechnął się do hrabiego, pierwszy raz tak naturalnie i bez nerwów. Nie czuł się już tak onieśmielony, jak bywał wcześniej w obecności wampira. Darzył hrabiego sympatią i tym bardziej chciał mu jakoś pomóc w całej tej aferze. Nawet harpia na swoim drążku nie wydawała się już groźna i wyniosła.

– Zabieram się zaraz do pracy, panie hrabio. Porozmawiam z pozostałymi pracownikami, a potem jeszcze raz rozejrzę się po laboratorium pana Cherlevoix.

– Proszę działać według własnego uznania – kiwnął głową hrabia. – Powodzenia, inspektorze.

Nicolas wyszedł od hrabiego nieco oszołomiony, ale w gruncie rzeczy bardzo szczęśliwy. Na parę chwil tylko wszedł do Iriny, dziwiąc ją, ale i zarażając swoją radością. Porozmawiał z Markiem, bibliotekarzem, ze smutną Swietłaną, która zjawiła się w pracy na parę godzin, żeby uporządkować najważniejsze sprawy, a także z braćmi Arnedo. Ale jednak nie mógł powiedzieć, żeby te rozmowy cokolwiek mu wyjaśniły. Nikt też nie rozpoznał kobiety na zdjęciu.

Nawet smutek Swietłany nie zdołał zatrzeć dobrego nastroju Nicolasa. Rosjanka wpuściła go do swojego gabinetu, podobnie urządzonego, co gabinet Iriny, posadziła na krześle przed biurkiem i poprosiła, by pytał, ale sama nie usiadła. Z założonymi na piersi rękoma oparła się o ramę okienną.

– Najpierw chciałem spytać o stan zdrowia pani męża – zaczął Nicolas cichym, ciepłym głosem. – Czy wiadomo coś nowego?

– Nie, nic – westchnęła Swietłana. – Profesor d'Herblay mówi, że David się obudzi, ale nie wiadomo kiedy i nie wiadomo, jakie ślady zostawił wypadek.

– Będzie dobrze – powiedział Nicolas, patrząc na Swietłanę uważnie i wkładając w to tyle przekonania, ile tylko umiał. Profesor Snape prawdopodobnie podejrzewałby w tej chwili Davida o nielegalne eksperymenty, a Swietłanę o próbę zabójstwa męża. Przypomniał sobie cyniczną uwagę jednego z wykładowców na kursie, że mężczyznę żonatego najczęściej zabija żona. Ale Nicolas nie chciał tak myśleć. Smutna Swietłana budziła w nim współczucie, chciał jej pomóc, a nie podejrzewać...

Swietłana kiwnęła głową i usiadła za biurkiem, podwijając jedną nogę i opierając łokcie o blat. Sprawiała teraz wrażenie młodszej i bardziej energicznej, niż wydawała mu się wcześniej. Wyglądała na silną kobietę.

– Wiem, że będzie dobrze – powiedziała. – Dziękuję za pana słowa – uśmiechnęła się, a Nicolas był zaskoczony, jak przyjemnie to zabrzmiało. Podziękowanie za coś, co zrobił dla niej, choćby tak mało...

– Chciałbym, żeby odpowiedziała mi pani na kilka pytań, pani Swietłano. Może to nam pomoże wyjaśnić, co się stało.

Kiwnęła głową i przygryzła usta, całą sobą dając mu do zrozumienia, że uważnie słucha. Pytał więc, ale nie udało mu się odkryć nic nowego. Swietłana opowiadała o eksperymentach Davida, w których absolutnie nie było nic niebezpiecznego. Wrogów nie miał, w rodzinie bez problemów. Normalne, spokojne życie. Nicolas znów zwątpił w to, co robi, zwłaszcza w pytania, które zadawał. Ale nie potrafił pytać tak, by wyłapać kłamstwa. Chciał wierzyć we wszystko, co ona mówiła.

– Zna pani tę kobietę? – pokazał na koniec zdjęcie.

– Nie – Swietłana wzięła je do ręki i uważnie obejrzała. – Nigdy jej nie widziałam. Wydaje się bardzo zdenerwowana, nie sądzi pan?

– No... tak – przyznał Nicolas, mając nadzieję, że Swietłana nie zauważy, że się zarumienił. – Dziękuję pani za pomoc. I życzę wszystkiego najlepszego. Na pewno cała sprawa skończy się dobrze.

Swietłana uśmiechnęła się, dość blado, ale i tak dużo piękniej niż wcześniej. Westchnęła, trochę jakby usłyszała przesadny, ale uroczy komplement. I Nicolas żałował, że to nie o komplement chodzi.

Olivier, do którego poszedł tuż po rozmowie ze Swietłaną, przyjął go chłodno i niechętnie. Wskazał mu taboret po drugiej stronie stołu laboratoryjnego.

– No dobrze, chwilę mam, ale pozwoli pan, że nie będę przerywał pracy – zamieszał coś energicznie i zawzięcie w kociołku. – Proszę pytać – rzucił, nie patrząc na Nicolasa. Podniósł wzrok tylko raz, kiedy Nicolas poprosił go o spojrzenie na zdjęcie.

– Nie – powiedział krótko i wrócił do krojenia... czegoś. Chyba lepiej było nie wiedzieć, co to takiego. Wydzielało nieznośnie ostry, kwaskowaty zapach, który zniknął dopiero, gdy Olivier zamaszystym ruchem wrzucił wszystko do kociołka i machnięciem różdżki oczyścił deskę i nóż.

Rozmowa skończyła się, kiedy Olivier stracił cierpliwość.

– No do diabła! – zawołał uderzając dłońmi o stół laboratoryjny. – Przecież to parodia! Zresztą obaj myślimy to samo, inspektorze. Nicolasie. Wyglądamy jak dwie kukiełki, lustrzane odbicia, ty blondyn, ja brunet, ty ścigasz zło, ja się w takim razie ukrywam. Nie, żebym był winny, choć co do złego, możemy negocjować. Aż żal na to patrzeć. I czemu to ma służyć? Jesteś naprawdę choć odrobinkę mądrzejszy po tej rozmowie?

Nicolas zaczerwienił się i nie mógł podnieść wzroku ze swoich rąk, zaciśniętych na zdjęciu i notesie, z równiutko ułożonych palców, białych mankietów koszuli...

– Ostatecznie, to i tak nie ma znaczenia – westchnął Olivier. – No, niech pan już idzie. Jeśli uważa pan, że to miało jakiś sens, to tym lepiej dla pana.

– Ależ miało... Jak mogłoby nie mieć? Przecież trzeba wyjaśnić, co się stało. Trzeba pomóc Davidowi, Swietłanie...

– Trzeba? – Olivier przeczesał włosy palcami. – Dlaczego? Przecież... proszę wybaczyć, inspektorze, ale nawet jak pan coś odkryje, to co to zmieni tak naprawdę? Czy świat będzie przez to lepszy?

Nicolas zamrugał. Olivier był dziwny.

– Przecież... dla Swietłany i Davida będzie lepszy.

Olivier uśmiechnął się smutnie, z jakąś nieokreśloną tęsknota i potrząsnął głową.

– Ach, może, na chwilę, ale nie na zawsze. Nie wiem, czy warto... Niech pan już idzie. Zanim zacznę panu zazdrościć.

Nicolas niepewnie wstał i wyszedł. Bał się. Nie był pewny czego, ale się bał. Drżał cały. Mechanicznie rozprostował i wygładził zdjęcie, które zaciskał w dłoniach rozmawiając. Było mu duszno. Cała ta rozmowa była taka... Jakby coś próbowało... Jakby byli zamknięci w małym, ciasnym pomieszczeniu bez drzwi i okien. Olivier miotał się, bliski uduszenia.

Otrząsnął się. Strach był przecież irracjonalny. Gorsze było to, że nie dowiedział się niczego. Czy miałby podejrzewać Oliviera? Za co? To, że był niemiły, wynikało pewnie z jego własnych kłopotów, z tego dziwnego spojrzenia na świat.

– Panie inspektorze – usłyszał dziewczęcy głos. Za nim stała Luna Lovegood. – Cieszę się, że pana widzę. Mam dla pana kwiat.

– Kwiat? – zdziwił się Nicolas, szczerze nie wiedząc, o czym ona mówi.

– Śpiewający – Luna wzięła go pod rękę i pociągnęła za sobą tak, jak tego pierwszego dnia. Zeszli na drugie piętro. Nicolas jeszcze z korytarza słyszał delikatny szelest przeplatany z dzwonieniem, słyszał go już wcześniej, kiedy przychodził do Iriny, Swietłany i Marka, ale wtedy jakoś nie zastanawiał się nad tym. Teraz drzwi pokoju Luny uchyliły się zanim jeszcze podeszli, jakby wyczuwały, że idzie ich właścicielka, a z pomieszczenia dobiegł... śpiew.

Ale niezwykły. Jak się okazało, cały pokój, dosłownie każda wolna powierzchnia od podłogi do najwyższej półki, zastawiona była doniczkami wszelkich możliwych kształtów, a w każdą włożono papierowy kwiat na drewnianym patyczku. Każdy śpiewał co innego, co razem dawało oszałamiający efekt. Nicolas, idąc powoli przez pokój, słyszał najróżniejsze piosenki, angielskie, francuskie, włoskie, hiszpańskie, rosyjskie i niemieckie, a też i takie, co do których nie miał pojęcia, w jakim są języku. Piosenki szybkie i wolne, żywe i spokojne, wesołe i smutne. Luna szła za nim, ale tak cicho, że zaskoczył go jej jasny głos tuż przy jego ramieniu.

– Ten jest dla pana – sięgnęła na półkę po kwiatek nie wyróżniający się niczym, ani kształtem, ani doniczką, biały jak cała reszta. Ale śpiewał jedną z ulubionych piosenek Nicolasa, wesołą i prostą melodię, ze słowami o pierwszej miłości, o pięknie Paryża, o beztroskim życiu.

– Dziękuję – uśmiechnął się, biorąc od niej prezent.

– Nie ma za co – Luna pokręciła głową, uśmiechając się promiennie. – Dla mnie to jeszcze większa radość.

Bezpośredniość tego stwierdzenia zastanowiła Nicolasa. Ale w ustach Luny brzmiało tak lekko, tak niewinnie i tak ładnie. Właściwie to jej zazdrościł.

– W takim razie chciałbym zrobić coś dla pani, Luno.

– Och, ty też możesz kiedyś dla mnie zaśpiewać – zaśmiała się Luna. – Przecież to drobiazg.

Nicolas zamrugał. Luna nie miała pojęcia, że miał być śpiewakiem. Był tego pewien, a jednak... Nie, to musiało być tylko jego przewrażliwienie. A poza tym, dla Luny chętnie by zaśpiewał. I zobaczył, jak się cieszy.

– Jak tylko skończę śledztwo, obiecuję, że dla pani zaśpiewam. Jeszcze tylko... ja przepraszam, że o to pytam, ale będę musiał zostawić kwiat u Iriny, dopóki nie skończę pracy... jak... jak go skłonić, żeby przestał śpiewać?

– Och wystarczy poprosić. Rozumie po francusku i angielsku.

Irina, kiedy zobaczyła kwiat, parsknęła śmiechem, ale nie protestowała, gdy zostawił go pod jej opieką. Poszedł potem porozmawiać z drugim z braci Arnedo. Zastał go w pracowni na pierwszym piętrze, otoczonego bryłami ziemi, z których bardzo ostrożnie wydobywał drobne przedmioty, prawdopodobnie kości. Obok stała szklanka z osadem tak grubym, że pamiętała chyba wszystkie przygotowane w niej herbaty.

– Proszę usiąść, inspektorze – powiedział spokojnie. Wydawał się bardzo zmęczony, twarz miał bladą, oczy błyszczące, a plecy zgarbione. Mówił zupełnie bez emocji. Nicolas wzdrygnął się. Równie dobrze mógłby rozmawiać z automatem. Zadawał te same pytania, co zawsze i otrzymywał odpowiedzi, z których wynikało tak samo mało, jak zawsze. W fotografię pan Arnedo wpatrywał się dłuższą chwilę, zanim odpowiedział równym, bezbarwnym głosem.

– Niestety, nie potrafię panu pomóc, inspektorze. Przykro mi.

Nicolas ostrożnie podziękował za rozmowę i się pożegnał. Wychodząc, bardzo delikatnie zamknął za sobą drzwi. Nie bardzo wiedział, co ze sobą teraz zrobić, ale chciał działać. Było dopiero wczesne popołudnie. Pomyślał, że może jeszcze raz obejrzy miejsce zdarzenia, tym razem osobiście i na spokojnie, bez profesora Snape'a. Miał przecież klucz. Uprzedzi też Koral, że może zostać w instytucie do późna.

Bariera nałożona na wejście poznała go i wpuściła. Nicolas zamknął za sobą drzwi i usiadł na jedynym ocalałym krześle. Minęło trochę czasu, zanim ocknął się z zamyślenia i zaczął badać miejsce. A kiedy skończył z westchnieniem i smutną konkluzją, że nie udało mu się absolutnie niczego znaleźć, na dworze było już ciemno, a o szyby stukały znów krople deszczu. Nicolas wyjrzał przez okno i zapatrzył się na ulicę. Nagle jego wzrok przykuła sylwetka człowieka w płaszczu, który kierował się wprost do bocznego wejścia instytutu.

Chwilę zajęła mu decyzja. Nieznajomi ludzie w płaszczach kojarzyli mu się jedynie z wampirem, z którym się pojedynkował. Na samo wspomnienie żołądek ściskał mu się boleśnie ze strachu. Ale potem przywołał słowa hrabiego. Jego pochwały. I wybiegł z laboratorium.

Na drugim piętrze skręcił z głównych schodów w boczną klatkę schodową. Starał się teraz iść po cichu, ale kiedy nieostrożnie stanął na skrzypiącą deskę, usłyszał, jak ktoś na dole gwałtownie wciąga powietrze, następnie niezrozumiały hałas, szuranie, a potem rozległ się tupot nóg. Niewiele myśląc pobiegł w dół, nie przejmując się już więcej hałasem.

Wybiegł przez boczne drzwi na dwór i rozejrzał się dookoła. Nic nie zobaczył, w zaułku panował półmrok, a on miał oczy przyzwyczajone do światła. A potem coś mocno uderzyło go w głowę, nagle poczuł mokre i śliskie kamienie pod policzkiem, i było już ciemno, cicho i spokojnie.

– Nicolas! – ktoś go dotykał, obracał. Ból w skroni odezwał się ostrym ukłuciem, więc auror z całych sił zacisnął oczy. Jednak głosy były znajome i miłe.

– Spokojnie, Irina, nie szarp go – odezwał się przyjemny kobiecy głos. Już delikatniej Nicolas został obrócony na plecy i położony na czymś miękkim.

– Nicolas... Odezwij się, proszę. – To była Irina. Pogłaskała go po policzku. Ostrożnie otworzył oczy. Leżał na jej kolanach, z boku pochylała się nad nim Swietłana. Trzymała w ręku błękitną parasolkę. Ubrana była w krótką kurteczkę z niebieskiej smoczej skóry. Obie miały bardzo zaniepokojone miny. Niebo nad nimi rozjaśniało się powoli.

Nicolas powoli usiadł. Przy okazji zauważył, że niebo nad dachami się rozjaśniało.

– Więc? – spytała krótko Irina. – Co nie wyszło tym razem?

– Ktoś uderzył mnie, kiedy go ścigałem – wyjaśnił Nicolas, ostrożnie przeczesując palcami włosy i szukając krwi. – Zostałem do późna w laboratorium Davida i natknąłem się na kogoś, kto zakradł się do bocznych drzwi. Próbowałem go złapać, ale uciekł.

Irina miała minę pod tytułem „albo będziesz aurorem, albo moim chłopakiem, nie przyjmuję wyjaśnień".

– Już wszystko w porządku – spróbował się do niej uśmiechnąć. – Nic mi nie jest.

– Tak, akurat... – prychnęła Irina. – Masz szczęście, że dziś przyszłyśmy pieszo do pracy. Miałyśmy zakładać łapki na szwargotka, a te klatki nie mogą być magicznie przenoszone, więc Fiuu odpadało.

Wskazała brodą na spory worek wypełniony prostokątnymi kształtami. Nicolas popatrzył przelotnie na łapki i wrócił wzrokiem do Iriny. Miała mocno zaciśnięte usta i zmarszczone brwi.

– Kochana...

– Tak, wiem, twoja wymarzona praca. Przepraszam, to ja jestem niewyspana.

– Irino, nie mów tak, ja wiem, że się zdenerwowałaś, ale...

– Mhm – mruknęła Irina dając mu jasno do zrozumienia, że lepiej niech milczy, niż mówi podobne głupoty. – Swieta, ty idź do pracy, a ja zabiorę stąd to nieszczęście. Musimy uporządkować pewne sprawy. Przyjdę jak najszybciej.

Swietłana uśmiechnęła się niepewnie i poszła do instytutu. Wzrok Iriny był straszny. Jednym zaklęciem osuszyła mu ubranie, wkładając w to tyle siły, że poczuł na twarzy podmuch gorąca, jakby pochylił się nad ogniskiem.

– Jeśli nie potrafisz, to się za to nie bierz – powiedziała na koniec. – Dlaczego nie możesz zająć się czymś, w czym jesteś dobry? Co próbujesz udowodnić i komu?

Nicolas otworzył usta, chciał coś powiedzieć, w końcu nie wiedział co. Miała rację. Całkowicie i zupełnie miała rację. Nie nadawał się na aurora.

– Zabiorę cię do siebie, co? – zaproponowała Irina spokojniej. – Żeby cię mieć na oku.

Nicolas pokiwał głową na znak zgody.

– No i co z taką rezygnacją? – westchnęła Irina.

– Bo znów się przekonałem, że jestem do niczego – odpowiedział ze smutnym uśmiechem.

Chciała coś powiedzieć, zaprzeczyć może, ale wpierw złapała go wpół i teleportowała się z nim do wąskiego, wyłożonego wiśniową boazerią przedpokoju.

– Jesteśmy – oznajmiła niepotrzebnie. – Wejdź – otworzyła drzwi do niedużego saloniku połączonego z aneksem kuchennym. Było tu przytulnie, kobieco, stały suszone kwiaty, w kącie Nicolas zobaczył pianino, a w kuchni rozwieszone zioła i warkocz czosnku.

– Masz śliczne mieszkanie.

– Dziękuję. Czuj się jak u siebie. – Nicolas przysiadł na kuchennym krześle, a Irina zaczęła się krzątać wśród słoiczków, dzbanków i szklanek. – Herbata z krupnikiem – powiedziała stawiając przed nim szklankę pełną bursztynowego, parującego płynu. – A teraz posłuchaj, jesteś wspaniałym człowiekiem, dlaczego uważasz, że będziesz coś wart tylko jako auror?

Nicolas zacisnął zziębnięte ręce dookoła ciepłego naczynia.

– Dlatego, że sam wybrałem ten zawód. Jeśli nie mogę dać sobie rady, to co mam być wart?

– Ależ mnóstwo ludzi próbuje zrobić coś, czego nie potrafią! Jakbym chciała, żeby same wyrosły mi skrzydła, to też byłabym do niczego?!

– Nie krzycz... – poprosił bezradnie.

– Przepraszam – powiedziała już bez złości, siadając na krześle obok. – Jestem niewyspana, ty też. Pewnie wydaję ci się straszna. Ciągle tylko na ciebie krzyczę.

– Irino... – powiedział z wahaniem, biorąc ją za rękę. – Ja doceniam to, że się boisz...

– Tak, ale chyba nie tędy droga – pokręciła głową Irina. – Chyba robię to, co wszyscy inni, którzy próbują cię zmusić do rezygnacji z bycia aurorem.

– Nie mógłbym zrezygnować – wpadł jej w słowo Nicolas i brzmiało w tym przerażenie.

– Chciałam powiedzieć, że skoro tak się bronisz przed każdym, kto próbuje wpłynąć na ciebie, to głupio robię, powtarzając to wszystko. Ja po prostu zakochałam się nie w aurorze, a w czarodzieju, który uważa, że ludzie są dobrzy i zasługują na to, żeby coś dla nich zrobić. Nie musisz być aurorem, żeby być odważnym, ani tym bardziej po prostu dobrym.

Nicolas nie wiedział, co odpowiedzieć. Był zmęczony. Ale coś w słowach Iriny brzmiało bardzo dobrze, bardzo ciepło i tak właśnie, jak chciał to usłyszeć.

– Ja już muszę iść do pracy – powiedziała Irina, wstając – a ty odpocznij. Możesz się przespać na kanapie, tam leży koc. Jak będziesz chciał coś do jedzenia, to się nie krępuj i bierz, co zechcesz.

Pocałowali się i Irina wyszła. Nicolas stanął przy oknie i obserwował ją jak idzie ulicą. Z jeszcze ciepłą herbatą w ręku przysiadł na parapecie. Dzień już wstał, ale był szary i przyciemniony. Deszcz ściekał z nieba nie kroplami, a spokojnymi strumykami jak z konewki, rozlewał się po chodnikach i brukach, moczył pióra gołębiom, które wtulały się jak najciaśniej w szczeliny pod dachami.

Nicolas westchnął, oparł czoło o chłodną szybę. Powinien dać znać hrabiemu albo profesorowi Snape'owi o tym, co się stało. Ale był tak zmęczony. Tak zniechęcony. Pomyślał, że na moment usiądzie, odetchnie, a dopiero potem pójdzie do instytutu.

Obudził się o jedenastej trzydzieści. W panice zerwał się, narzucił płaszcz i pobiegł do PIMY. Wracał zmęczony trzy razy bardziej. Po tym, co pokazał mu profesor Snape... Niby nic takiego. Ale najpierw te spinki, potem przesłuchanie... Kiedy prosił profesora o zabranie go ze sobą, święcie wierzył, że jest w stanie się na coś przydać. Nie musi to być nic wielkiego, byle nie stać z boku z założonymi rękami. Raz już udowodnił, że potrafi...

Ale czy na pewno? Nicolas chodził w kółko po mieszkaniu Iriny, nucąc pod nosem proste zaklęcia. Ogrzał niedopitą herbatę, potem wyczyścił i odłożył na półkę szklankę, wszystko śpiewając. Pojedynek był jednorazowy i każda następna akcja będzie przecież tak samo jednorazowa. Auror tylko odważny nie wystarczy. To bardziej brawura- tak, jak mówiła Irina... Kilkoma nutami odkurzył okrągłe lustro w przedpokoju. Miało piękną ramę, z ciemnego metalu, uformowaną w drobne, wijące się gałązki bluszczu. Nicolas mechanicznie pogładził chłodne liście.

A poza tym był wciąż zszokowany brutalnością akcji Severusa. Koledzy odpowiedzieliby mu, że to nic takiego, norma, wiadomo, że niektórych tak trzeba. Ale Nicolas przecież nigdy w życiu by tak nie potrafił. Co innego bronić się, nawet pojedynkować, a co innego tak spokojnie jak profesor grozić czy zadawać ból. Usiadł przy pianinie, dotknął dłońmi chłodnych klawiszy, automatycznie zaczął grać. Uspokajało go to. Szkoda, że u siebie w mieszkaniu nie ma pianina. Ale nie mógł. Od razu wszyscy by się zaczęli wypytywać czy wraca do muzyki...

Nie potrafił myśleć we właściwy sposób. Całe to śledztwo... ani wersji śledczych nie miał, ani podejrzanych. Nie, wszyscy wydają mu się jednakowo niewinni. Niektórzy bardzo nieszczęśliwi, jakoś nie tak patrzący na świat. Ale niby dlaczego mieliby zabijać Davida, odpukać. Coś poszło nie tak, to musiał być czysty wypadek, a on nie ma żadnych kwalifikacji, żeby oceniać, dlaczego coś nie wyszło. Nie jest żadnym ekspertem. Chciałby tych ludzi przekonać, że świat jest inny i tyle. Olivier mu zazdrościł. Przekonać... właśnie przekonać, a nie ukarać. Jak można ukarać za... za błąd, pomyłkę... za bycie nieszczęśliwym?... Przekonać... Podarować coś. Coś dobrego. Uśmiechnął się mimowolnie. Tak, jak Luna wczoraj. Zagrał piosenkę, którą śpiewał luniasty kwiatek. Jakby przyniósł go tutaj, to mógłby akompaniować głosowi Luny.

Miałby zrezygnować z bycia aurorem? Przyznać się, że całe ostatnie sześć lat to był błąd, pomyłka, że tak naprawdę wszyscy mieli rację, a on nie?... Co by wszyscy powiedzieli? Mieliby straszną satysfakcję, że wreszcie zrobił, jak mówią. Nie pozwoliliby mu o tym zapomnieć i już nigdy nie mógłby o niczym zdecydować sam. Każdy mógłby mu powiedzieć: „Nie rób tego, bo wyjdzie jak z aurorami". Grał teraz dużo wolniej. Czemu taka była jego pierwsza myśl? Czy nie powinien pomyśleć, że aurorstwo to jego marzenie, że chce być tym wszystkim, co uosabia auror. Silny, dzielny... Czyżby się tak bardzo pomylił? Znów przyspieszył. A rodzina? Naprawdę mieliby satysfakcję? Przecież im najbardziej zależało, żeby był szczęśliwy...

Wstał od pianina, przeszedł się po pokoju. Śpiewem transmutował zwiędnięte kwiaty na stole w świeży bukiet, pięć czerwonych róż. Dobrze, że Iriny jeszcze nie było. Położył się na kanapie i niemal natychmiast usnął. Kiedy się obudził, było już ciemno. Ktoś okrył go kocem. Podniósł się na łokciach i przygładził potarganą czuprynę. Irina krzątała się w kuchni. Kiedy zobaczyła, że nie śpi, uśmiechnęła się i podeszła. Przykucnęła obok i pocałowała w policzek.

– Irina... – uśmiechnął się. – Przepraszam za wcześniej – szepnął. – Martwiłaś się, a ja myślałem tylko o tym, że znów mi się coś nie udało. Chciałem, żeby wszystko mi szło idealnie.

Irina odwzajemniła uśmiech, lekko zdziwiona.

– Coś się stało, kiedy mnie nie było? Wydajesz się inny.

Inny? Możliwe. Jakoś miał wrażenie, że może sam sobą kierować. Inaczej niż to było, kiedy uparł się przy zostaniu aurorem i pokazał, że może postawić na swoim. Jakoś lepiej, spokojniej, pewniej.

Potem Irina przygotowała pyszną kolację: smażonego kurczaka, kukurydzę i paprykę w trzech kolorach. Kiedy krzątała się w kuchni, Nicolas zauważył na stoliku mały, zniszczony tomik w białej okładce, zadrukowany cyrylicą.

– To poezja Anny Achmatowej, rosyjskiej poetki, niemagicznej – wyjaśniła Irina, nie przestając mieszać zawartości patelni. Nicolas zapatrzył się na jej smukłą sylwetkę, opiętą kuchennym fartuszkiem. Potem wziął książeczkę do ręki. Kartki miała pożółkłe i pozaginane, między stronami wsunięte było mnóstwo wycinków, obrazków i suszonych kwiatów.

– Ostrożnie, Nico. – Irina zrobiła minę jakby chciała wyjąć mu książeczkę z rąk. – Należała jeszcze do mojej mamy.

Nicolas popatrzył na rosyjski tomik nieco bezradnie.

– Mogę znaleźć ci francuski przekład, jeśli chcesz – Irina właściwie odczytała jego myśli. – Ale gdzieś tam jest wsunięty jeden wiersz tłumaczony na francuski.

Nicolas przerzucił ostrożnie kartki i wyjął wiersz. Przeczytał po cichu.

Żyła tutaj czarownica

Nim ja wprowadziłam się:

Widać czarodziejski cień

Przed każdą pełnią księżyca,

Czarodziejski stoi cień

Na wysokim moim progu,

Wymijająco i srogo

Patrzy na mnie poprzez sień.

Lecz ja sama, cóż, nie z tych,

Nad kim cudzy czar ma władzę,

Ach ja sama... nie, nie zdradzę

Za darmo tajemnic swych.

Uśmiechnął się. Ano nie z tych. Samodzielna i bystra. Nad nią żaden czar nie miał władzy, nawet jego. Bo nie było czarem to, że go pokochała i martwiła się o niego. Za to on sam chyba cały czas pozwalał się komuś czarować.

Kiedy zjedli, posprzątał za Irinę, śpiewając zaklęcia. Jak mały chłopiec popisywał się nimi przed Iriną, która wpierw nie chciała schować różdżki, twierdząc, że mężczyźni nie znają się na porządkach.

Usiedli potem obok siebie, romantycznie przytuleni.

– Ten bukiet też wyczarowałeś śpiewając?

– Tak.

– Jak to jest, jak śpiewasz? Bo to się chyba jakoś różni od zwykłego rzucania czaru? Przepraszam, że wciąż o to wypytuję – dodała szybko. – Dla mnie to po prostu bardzo ciekawe, ale jeśli nie chcesz...

– Jest pięknie – powiedział spokojnie Nicolas. – Bardziej osobiście. Kiedy używam różdżki, to czuję się, jakbym patrzył, jak ktoś inny czaruje. Śpiewając, naprawdę czuję, że coś tworzę, całym sobą, coś daję...

Westchnął i wtulił twarz w ramię Iriny, chowając się przed myślami. Irina tylko go przytuliła. Pachniała tak ładnie...

I wtedy pojawiła się Luna! Aportowała się z trzaskiem i wyglądała na lekko wzburzoną.

– Nicolas, musisz iść ze mną – powiedziała melodyjnym i zamyślonym głosem. – Irino, on musi iść. Profesor Snape już wie, kto spowodował wypadek Davida. Jeśli się nie pospieszymy, to się może źle skończyć. – Wyciągnęła do niego rękę. – Nie ma czasu do stracenia.

Nicolas poczuł, że robi mu się słabo. I zupełnie nie mógł się ruszyć z miejsca.

– Na końcu będzie się dla ciebie liczyć to, czy coś zrobiłeś – powiedziała Luna spokojnie. Nicolas przełknął ślinę, bo strasznie zaschło mu w gardle. Ale potem objął Irinę, pocałował i uśmiechnął się przepraszająco.

– Muszę iść. Czekaj na mnie.

Podał rękę Lunie i teleportowali się.