Interludium

Olivier stoi nieruchomo z pochyloną głową. Jego oczy połyskują jak dwie wypolerowane grudki oliwinu, ledwie widoczne spod czarnej grzywki.

Luna staje przy nim i bierze go za rękę. Nie odrywając wzroku od grobu, Olivier ściska mocno jej dłoń.


Olivier Arnedo

W dzień, kiedy to się stało, Oliviera prawie do południa nie było w pracy. Co go najbardziej potem zastanowiło, to to, że ani profesor Snape, ani inspektor Lejeune (którego Olivier w myślach i tak nazywał Nicolasem) o to nie zapytali. Nie żeby miał cokolwiek do ukrycia w tej sprawie, naturalnie, że nie. Znajdował się w tym czasie ze swoim trzynastomiesięcznym synkiem w Świętym Filipie, z wizytą u uzdrowicielki – pediatry.

Richard Arnedo w wieku trzynastu miesięcy był wyjątkowo zdolnym i inteligentnym dzieckiem. Znał więcej prostych słów niż jego rówieśnicy, zupełnie jakby miał już półtora roku, i już od jakiegoś czasu sam przynosił Olivierowi książeczki z rysunkami, domagając się „czytania". Teraz zaś spokojnym i refleksyjnym spojrzeniem wodził po otoczeniu, a badania i zabiegi uzdrowicielki przyjmował z większym opanowaniem, niż często zdarza się dzieciom kilkuletnim.

– Jak ślicnie! – zawołała medwiedźma, łaskocząc Richarda w brzuszek. Olivier, obserwujący ich czujnie z krzesła nieopodal, zmarszczył brwi. Jakoś nie wydawało mu się właściwe takie ślinienie się do dziecka, które i tak najbardziej zainteresowane było różdżką i eliksirami leczniczymi, a nie głupimi minami uzdrowicielki. Richard miał to po tacie. Olivier już widział oczyma duszy, jak synek staje się kiedyś słynnym naukowcem, młodym profesorem, może eliksirów? A może zostanie najzdolniejszym uzdrowicielem Francji, Europy nawet? Pozwolił sobie na nieznaczny uśmiech, ale w tej chwili mały zapłakał i Olivier aż podskoczył na krześle, wybity kompletnie z marzeń. Wstał i dyskretnie pojawił się w zasięgu wzroku dziecka, dając znać, że tata czuwa. Jak zwykle pomogło.

Najgorsze w tym wszystkim jest to „jak zwykle", pomyślał. Z westchnieniem ubrał Richarda w mięciutki karmazynowy kaftanik, a potem, wciąż trochę pochlipującego, posadził sobie na kolanach, kołysząc lekko. Która to już była wizyta w Świętym Filipie? Olivier dawno stracił rachubę. W dodatku dziś uzdrowicielka, która na stałe zajmowała się Richardem, miała urlop i byli zdani na takie zastępstwo, jakie się akurat trafiło.

Uzdrowicielka usiadła tymczasem z drugiej strony zawalonego papierami, piórami i zabawkami biurka. Splotła palce, kładąc dłonie przed sobą, na reklamach eliksirów i ostatnich wynikach małego. Olivier popatrzył jej prosto w oczy, ponad aksamitną główką synka. Zupełnie jakby wyzywał ją na pojedynek. A ona, zamiast podjąć wprost męskie wyzwanie, uśmiechnęła się. Współczująco. Tkliwie. Rozlaźle, to było najlepsze słowo, choć chyba niezupełnie poprawne. Tak jakby wydawało jej się, że to w czymkolwiek pomoże. Olivier stanowczo wolałby rozmawiać z lekarzem mężczyzną, ale takich na pediatrii można było szukać ze świecą w ręku. A właściwie – dlaczego? Na pewno wielu poradziłoby sobie lepiej niż ta baba.

– Wyniki są odrobinę niższe w porównaniu do ostatniej kontroli – powiedziała polukrowanym, świdrującym głosem. – To znaczy, że tak jakby... to, co sprawia, że źródło magicznej mocy czarodzieja jest zdrowe i stabilne...

– Zrozumiem bardziej fachowe wyjaśnienie – przerwał chłodno Olivier. Mały popatrzył na niego pytająco, dziwiąc się, dlaczego tata się złości. Jemu samemu było przecież zupełnie miło, sucho i już nic nie szczypało. – Jestem naukowcem, wiem, jak zbudowana jest prawda o magii.

– Och, tak, tak... – zaszczebiotało to nieszczęsne stworzenie i popatrzyło jeszcze bardziej współczująco. Tak jakby wiedza była rodzicom zakazana, jak klątwy albo Niewybaczalne. Pod maską irytacji Olivier pomyślał jednak, że może coś w tym jest?

– A więc? – rzucił krótko, chcąc wymusić jasną i rzeczową odpowiedź. Nawet jeśli ta kobieta przywykła do nic niewiedzących rodziców, ślepo jej ufających.

– Pogarsza się – wyrzuciła z siebie, bez uśmiechu, jakby pozbawiona własnej obrony. – Spoiwo zanika, powoli, ale stale. Będę musiała przepisać silniejsze eliksiry i dobrze byłoby ograniczyć jeszcze trochę kontakt z magią. I proszę, żeby w razie pogłębienia się objawów szybko się pan skontaktował z uzdrowicielami.

Olivier popatrzył na nią twardo, mrużąc oczy. Nic jednak nie powiedział. Półautomatycznie wziął recepty i wyszedł z gabinetu. W domu przekazał Richarda w ręce Ketty, niani, która przeszła wszystkie surowe próby i spełniła najbardziej wyśrubowane wymagania Oliviera. Pulchna Ketty z kasztanowym kucykiem na czubku głowy była czuła jak prawdziwa matka, bez nadmiernej czułostkowości i fałszywego rozpływania się nad dzieckiem. Krótko przekazał jej wyniki wizyty w Świętym Filipie, a potem stał dłuższy czas nad łóżeczkiem małego, zastanawiając się, czy w ogóle ma ochotę iść dzisiaj do pracy. Ale eksperyment na dziś zaplanowany nie mógł czekać. Może praca pomoże mu oswoić się z nowinami? W ponurym nastroju teleportował się na avenue des Vénérables i wszedł do instytutu. Kiedy znalazł się na drugim piętrze, z korytarza wyszła Luna, nieomylnie rozpoznając jego kroki, mimo że z jej pokoju były ledwo słyszalne. Poszła z nim do góry, po drodze pytając o małego.

– Jest gorzej – odparł krótko i zacisnął wykrzywione usta. Kiedy weszli do jego laboratorium, Luna mocno go objęła. Dłuższą chwilę stali tak przytuleni, co pozwoliło Olivierowi poczuć, jak pustka wewnątrz niego trochę się zapełnia. Przylgnął do Luny jak najmocniej, bo była jedynym stworzeniem, które dawało mu to kruche, ale jakże potrzebne złudzenie, że wszystko jest w porządku.

– Co będziesz dziś robić? – zapytała cicho, kiedy ją puścił (czy może ona jego?) i przysiadła na stołku laboratoryjnym.

– Kolejną recepturę – powiedział zmęczonym głosem. Luna nie pochwalała jego eksperymentów, wiedział o tym dobrze. Ale dziś był na to zbyt przygnębiony. Wyczuła to i nie zaczynała dyskusji. Tylko popatrzyła smutno na kociołek, eliksiry i surowce. Wiedział dobrze, o co chodzi. Pracował nad pokazaniem w całej pełni instynktów determinujących działanie człowieka. Nad zdemaskowaniem tego, co człowieka kontrolowało. Jesteśmy przecież tylko zwierzętami, które nauczyły się budować domy i zaprzeczać temu, co jest ich istotą.

Ale Luna wydawała się wolna jak duch i to bynajmniej nie umarły, nieskażona tymi mrocznymi siłami. Dlatego właśnie tak bardzo Oliviera przyciągała.

– Pójdę już – powiedziała zamyślonym głosem. – Uważaj na zwierzątka. Będą chciały do ciebie przyjść.

Olivier popatrzył na nią bezradnie, bo naprawdę nie potrzebował kolejnej rzeczy do pamiętania i martwienia się. W tej chwili chciał już tylko zanurzyć się w swojskiej, laboratoryjnej rutynie. Z probówkami i kolbkami wszystko było prostsze.

Kiedy Luna otworzyła drzwi, rozległ się krzyk. Obróciła się w stronę, z której dochodził, i w jednej chwili wybiegła z pokoju. A Olivier, po początkowej irytacji w stylu „co tym razem", odkrył, że jakoś ciężko mu wyjść na korytarz. Wolałby zamknąć drzwi i zacząć wreszcie pracę. Miał naprawdę skomplikowane obliczenia do przeprowadzenia i już się na nie cieszył. Ale nie mógł tego tak zostawić. Luna pobiegła bez namysłu. Chciałby, żeby po niego wróciła, ponownie pojawiła się w drzwiach i poważnym głosem zawołała go, nie dając mu zignorować tego, co się działo. Cokolwiek to było.

Wyszedł w końcu i mechanicznie podszedł do otwartych drzwi jednego z laboratoriów. W środku zobaczył Swietłanę, klęczącą obok bezwładnego ciała swojego męża. Kobieta przyciskała dłonie do ust i cała drżała. Luna delikatnie ją obejmowała i szeptała coś z ustami przy jej policzku. Swietłana delikatnie uwolniła się z ramion Luny i pochyliła się nad mężem, szarpiąc go i wołając. Na twarzy Davida malował się wyraz najczystszego przerażenia.

Olivier tymczasem odkrył z ulgą, że ma wystarczająco dużo zimnej krwi, żeby działać. Przyklęknął z drugiej strony, drżącą mimo wszystko ręką sprawdzając puls.

– Żyje – odetchnął z ulgą. – I oddycha, Swietłana, zobacz...

– Olivier, co mu jest? – Swietłana, płacząc, ściskała jedną ręką ramię Davida, drugą złapała Oliviera za nadgarstek. – Czemu on się nie rusza?

Olivier przełknął ślinę i wziął głęboki oddech. Kiedy po chwili odpowiedział, jego głos był czysty i chłodny, a spojrzenie bardzo rzeczowe. Delikatnie, ale stanowczo uwolnił rękę z uścisku Swietłany.

– Nie wiem. Trzeba wezwać uzdrowicieli. – Wstał i wyszedł szybkim krokiem. Poszedł wprost do gabinetu Koral, nie oglądając się za siebie. Wszedł bez pukania.

– Panie Arnedo... – zaczęła potępiająco mówić sekretarka. Nie dał jej dokończyć, tylko krótko przeszedł do sedna.

– Niech pani wezwie uzdrowicieli. Pan Cherlevoix miał wypadek w laboratorium.

– Co się stało? – Koral wstała zza biurka i nerwowo sięgnęła po proszek Fiuu. No tak, pomyślał Olivier. Nie ma hrabiego. Koral się boi. Wyjaśnił w kilku zdaniach, co zaszło.

Poczekał, aż sekretarka wykona polecenie. Kiedy już wezwała uzdrowicieli, nadal klęcząc przed kominkiem, obróciła się. Dziwnie wyglądała, patrząc na niego, w górę, z przestrachem w oczach i kilkoma kosmykami włosów niesfornie przecinającymi jej twarz.

– Niech pan tam wraca i wszystkiego dopilnuje. Ja muszę porozmawiać z hrabim.

I nie chce mieć świadków. Olivier wzruszył ramionami i wyszedł. Na miejscu wypadku niewiele się przez ten czas zmieniło. Swietłana siedziała na podłodze, trzymając na kolanach głowę Davida, a Luna przycupnęła obok, mówiąc coś, czego Olivier nie bardzo miał ochotę słuchać.

– Co tu się stało? – niski głos Nataszy rozległ się tuż nad jego ramieniem i, szczerze mówiąc, nieco go wystraszył. W ogóle nie słyszał, jak podeszła. A przecież kto jak kto, ale Natasza nosiła ciężkie obcasy i uwielbiała nimi stukać. Kiedy Natasza przechodziła obok, nikt nie pozostawał obojętny.

Teraz odłożyła na podłogę stos ksiąg, które przytaszczyła z biblioteki (a może miała je do biblioteki właśnie odnieść?) i weszła do laboratorium.

– Koral wezwała uzdrowicieli – powiedział Olivier bezbarwnym, informacyjnym tonem.

– Dobrze. – Natasza skinęła głową. – Czy ktoś ma pojęcie, co właściwie się stało? Bo tu wygląda jak po wojnie z Grindelwaldem albo zapasach trolli.

Wygląda, jakby David zabrał ci twój ekstrakt z buchorożca, pomyślał ponuro Olivier, ale powstrzymał się od wypowiadania podobnego komentarza na głos. Natasza albo doceniłaby odwagę, albo bez wstępów wdeptała go w ziemię, więc wolał nie ryzykować niepotrzebnego zamieszania.

Zamieszania, właśnie... Szkoda, że nie ma hrabiego. Oczywiście, poradzą sobie sami w tej chwili, ale na dłuższą metę hrabia będzie nieodzowny. Hrabia zawsze stał murem przed swoimi ludźmi, kiedy działo się coś złego. Właśnie przed, a nie za. Nawet jak był na kogoś wściekły.

Rozmyślania przerwało pojawienie się uzdrowicieli. Stopniowo gromadzili się też inni pracownicy PIMY. Magomedycy wpierw próbowali dojść do tego, co się stało, potem teleportowali się wraz z Davidem i Swietłaną. Zjawił się auror, młodziutki i zupełnie zagubiony. Standardowe działania podjął, ale Olivier widział w jego oczach przerażenie i niezrozumienie.

A Luna stała cicho z boku i spokojnie patrzyła. Nie tylko na ludzi. Patrzyła na ściany, sufit, na wszystkie kąty i zakamarki w laboratorium i na korytarzu. Wyglądała, jakby coś obserwowała. Olivier sam raz czy drugi miał wrażenie, że widzi jakiś ruch, drżenie powietrza, nic, co można by nazwać i opisać. Kiedy Koral rozesłała ich do własnych zajęć, wziął Lunę za rękę i poprosił, żeby poszła za nim. W jego laboratorium przysiadła na parapecie, wygodnie oparta o szybę. Jak zwykle, krzesła były zbyt nieciekawe. A tak wyglądała, jakby miała zaraz odlecieć, zniknąć...

– Chciałem cię prosić o przysługę, Luno – zaczął cichym głosem, stając przy tym samym oknie i spoglądając w dół, na Paryż. – Przez to wszystko mój eksperyment się przeciągnie. Nie mogę go zacząć, nie wiedząc, co auror dla nas na dzisiaj zaplanował. A Ketty będzie z małym tylko do osiemnastej, ma dziś coś ważnego i nie zostanie dłużej...

– Dobrze – uśmiechnęła się Luna. – Widziałeś ile ich tam było?

– Co takiego?... – Olivier zamrugał i oderwał wzrok od przesuwających się ulicą ludzi. Luna miała poważną i zaaferowaną minę.

– Widziałam wyraźnie, jak po kątach przemykają małe stworzonka, ledwie widoczne, jak przypatrują się ciekawie, wybierając. Wiele przyciągnęła Swietłana, ale i ty też.

– Nic takiego nie zauważyłem – odpowiedział Olivier sztywno. Zwierzątka, o których Luna od jakiegoś czasu opowiadała wszystkim, którzy chcieli i nie chcieli słuchać, wydawały mu się jej kolejnym dzikim wymysłem. Ceną, jaką płaciła za możliwość oderwania się od realnego świata i jego ponurych praw i prawd. Ale Olivier był naukowcem, dumnym ze swojego rozumu, chłodnego intelektu i brania rzeczy takimi, jakimi są, bez upiększeń.

– Olivier, a co do tego wypadku... Stało się. PIMA już wcześniej nie była sobą, ale teraz wreszcie stało się coś, co zwróciło uwagę wszystkich. Może teraz będzie lepiej?

Olivier tylko pokręcił ponuro głową. Nie będzie lepiej. Nie było żadnego powodu, dla którego laboratorium Davida mogłoby wylecieć w powietrze, a jednak to zrobiło. A brak powodu to dobry powód, by oczekiwać kłopotów.

Luna wyszła, a Olivier wyciągnął notatki, żeby chociaż obliczenia zrobić. Ale nie wychodziły mu, mylił się co chwila, a kiedy wydawały się prawidłowe, to i tak miał wątpliwości. Tak się cieszył na tę pracę i co? Zewnętrznie był opanowany, ale wewnątrz cały drżał. I nie wiedział, co ze sobą zrobić. Najchętniej wypiłby Eliksir Bezsennego Snu i wyłączył się na dłuższy czas. Nieokreślony. Ale westchnął tylko i znów zabrał się do obliczeń.

Skończył pracę o dwudziestej drugiej z poczuciem kompletnej klęski. Cóż, widać nie był to najszczęśliwszy dzień do prowadzenia eksperymentów. Posprzątał laboratorium zastawione brudnymi probówkami, kolbkami i filiżankami po kawie, jednym słowem – śladami jego naukowego szaleństwa i aktu twórczego. Wszystkie czynności wykonywał bardziej z przyzwyczajenia niż świadomie. Wreszcie narzucił płaszcz i wyszedł, zamykając drzwi na klucz. Do domu nie miał daleko, więc poszedł pieszo, pozwalając, żeby wiatr ochłodził mu twarz i splątał włosy.

Drzwi mieszkania nie były zamknięte na klucz, niechybny znak, że była tu Luna. Ketty zawsze zamykała, na jeden obrót klucza. Luna faktycznie siedziała w fotelu, z nogami przerzuconymi przez poręcz i spódnicą rozłożoną szeroko, czytając książkę z baśniami, którą kupił dla synka.

– Śpi – szepnęła, podnosząc głowę. Uśmiechała się tak pięknie. Olivier zmarszczył brwi, przez moment coś ścisnęło go w gardle i miał ochotę rozpłakać się jak małe dziecko. Luna wyglądała w tym momencie, jakby była mamą Richarda, a żoną Oliviera, jakby czekała na niego tak samo jak każdego innego dnia i tak w nieskończoność. Ale to była tylko taka bajka.

Luna odłożyła książkę i zniknęła w kuchni. Olivier zdjął płaszcz i poszedł do małego pokoiku, który miał dwie pary drzwi – jedne prowadzące z salonu, drugie z jego sypialni. Richard spał w swoim ozdobionym gwiazdkami łóżeczku, przytulony do Teofila, misia, który był prawie tak duży jak on sam. Sapał delikatnie przez sen i wydawał się najpiękniejszym i najzdrowszym dzieckiem na świecie. Po dłuższej chwili Olivier pogłaskał go bardzo delikatnie po policzku i przeszedł do sypialni, przymykając za sobą drzwi. Za chwilę weszła też Luna, niosąc na tacy dwie herbaty z czerwonokrzewu. Przysiadła ze swoim kubkiem na łóżku Oliviera. A on sam nerwowo stukał palcami w okno, co chwila wyglądał na zewnątrz, choć nic się tam nie działo, i przeczesywał ręką włosy, aż przypominały Harfę, kiedy miała gorszy dzień.

Luna przypatrywała mu się bardzo uważnie. Zirytowało go to spojrzenie, dwa wielkie błękitne krążki oczu, zupełnie nieruchome.

– I co, Luno, widzisz na mnie któreś ze swoich zwierzątek? – zapytał zgryźliwie.

– Już nie. Już wszystkie się z tobą zlały – odpowiedziała zupełnie poważnie Luna. Olivier podszedł do niej szybko i przykucnął przy łóżku.

– I co teraz? – zapytał gwałtownym szeptem. – Kontrolują mnie? Chyba mi nie powiesz, że to przez nie jestem zły?

– Nie jesteś zły – Luna odgarnęła mu z twarzy kilka kosmyków włosów, ale tak jakby nie myślała w ogóle o tym, co robi. – Martwisz się o Richarda. I jesteś, jak zwykle, smutny.

– Przez zwierzątka – powtórzył Olivier uparcie. Nie do końca wierzył w ich istnienie, ale czy Luna nie próbowała go właśnie przekonać, że coś zewnętrznego go kontroluje? Coś do bólu... technicznego?

– Nie, one się tobą zainteresowały, bo już byłeś smutny – odpowiedziała rzeczowo, nie reagując w ogóle na zaczepkę. – Chodź tu bliżej, usiądź – Luna dotknęła lekko kołdry. – I weź swoją herbatę. Albo wiesz co? Herbata to nie był dobry pomysł. Zrobię ci kakao babci Lovegood.

Zerwała się z łóżka i pobiegła boso do kuchni, tymczasem Olivier usiadł nieruchomo w fotelu i udawał, że czyta książkę, trochę jakby odkrył sposób na prawdziwe spanie z otwartymi oczami. Kiedy wróciła z parującym kubkiem, złapał jej uważne spojrzenie. Chyba nie było z nim tak źle? Czy wyglądał na tak zmęczonego, jak się czuł? Luna podała mu parujący kubek.

– Wypij – powiedziała. – To zawsze pomaga.

Obrzucił nieprzytomnym wzrokiem pochyloną nad nim Lunę, aureolę jasnych włosów, delikatny uśmiech i wreszcie kubek z kakao. Luna, oparta wdzięcznie jednym łokciem o fotel, dodała cichym, melodyjnym głosem:

– Babcia potrafiła ugotować wszystko.

Olivier przypomniał sobie mętnie inne opowieści o babci Lovegood. Zdaje się, że faktycznie potrafiła uwarzyć wszystko, choć czasem w znaczeniu "to, co teraz się warzy, to może być wszystko". Zmarła zresztą po wypiciu jednego ze swych eksperymentalnych wywarów. Ale wcześniej nauczyła małą Lunę gotować swoje kakao, takie kakao, o jakim nie śni się najlepszym czarodziejskim cukiernikom.

Olivier posłusznie umoczył usta w ciepłym, gęstym płynie. Zamrugał. Rzeczywiście, to działało. Czuł, jak ogarnia go leniwe ciepło, jak wygładza się jego twarz, rozluźniają mięśnie, opadają ramiona. Książka zapomniana upadła na podłogę, kominek zapłonął jaśniej.

Luna wiedziała, że to poczuł i uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek oparł się i nie wypił przeznaczonego dla niego kakao babci Lovegood.

– Naucz mnie – mruknął Olivier wodząc palcem po brzegu w połowie pustego już kubka. – Przecież nie mam cię na co dzień.

– Jaka szkoda – wąskie brwi Luny wygięły się smutno. – Tego nie można przygotować dla siebie. Zawsze trzeba przygotowywać dla kogoś i zawsze z uczuciem, trzeba chcieć ogrzać tę druga osobę. Nie każdy i nie zawsze umie ją przyrządzić, nawet jeśli zna recepturę.

Olivier był pewny: nie sądziła, żeby mogło się to udać Olivierowi, mimo że był Mistrzem Eliksirów. No i właściwie – miała rację.

– Luna – powiedział spokojnie. – Dziękuję za kakao, czuję się po nim lepiej. Ale wiesz... To tylko na chwilę. To tylko... taka reakcja. To nic przecież nie rozwiązuje.

Luna usiadła na oparciu fotela i delikatnie objęła go za ramiona, skłaniając by oparł się o nią, ułożył głowę na jej brzuchu. W tej półleżącej pozycji, obserwując migoczące za oknem latarnie, Olivier czuł się jak małe dziecko. Luna delikatnie gładziła go po włosach. Drugą rękę położyła na jego piersi. Stopniowo rozluźnił się i wpadł w rodzaj jakiegoś transu. Nie zamknął oczu, a jednak wszystko było tak, jakby śnił. Chciał uciec jak najdalej. Luna mu na to pozwoliła, ale bał się chwili, w której uzna, że już może kazać mu wrócić...

Pierwsza taka chwila przyszła, kiedy leżał już na łóżku, zdjąwszy jedynie marynarkę i zrzuciwszy buty. Nerwowo szarpał za wstążki na szyi, chcąc poluzować kołnierzyk. Luna wyjęła tasiemki z jego palców i rozwiązała je spokojnie. Delikatnie zsunęła mu je z szyi i odłożyła na stolik. Potem położyła się obok niego, na boku - tak, by go widzieć.

Drgnął niespokojnie. Był wyczerpany, ale tamten palący ból stał się stłumiony i, przynajmniej w tej chwili, możliwy do zignorowania. Luna właściwie nic nie powiedziała ani nie zrobiła. Tylko całą sobą sprawiła, że Olivier pomyślał, że najlepiej będzie powiedzieć to do niej na głos. Ale – na głos? Jak powiedzieć to na głos, jakoś krótko i zrozumiale? Choć pewnie Luna już sama wszystko wie.

– Ja... moje dziecko może umrzeć. Moja żona już nie żyje. I ja też umrę. I ty, i ja, i wszyscy. Więc nie wiem, po co to... I boję się nie istnieć.

– Nie jesteś sam – odszepnęła Luna. – Ale życie tylko dłuższe wcale nie ma więcej sensu.

Nie powiedziała „nie było lepsze", zauważył. Powiedziała, że nie miało sensu. Leżeli dłuższą chwilę w ciszy, Luna pozwoliła mu oswoić się z tą myślą. Życie, choć dłuższe, nie miało więcej sensu. Z tym Olivier mógł się zgodzić. Dlaczego nie? Krótkie czy długie, i tak umieramy. Dlaczego miałby być w tym jakiś sens?

Kiedy pomyślał to tak wprost, z taką przerażającą jasnością, wrócił palący ból. Jęknął i skulił się, po twarzy spłynęły mu łzy. Luna przysunęła się i objęła go mocno.

– Olivier... – w jej głosie, nie wiadomo dlaczego, zadźwięczała radość. – Mi to nie przeszkadza. Ja się cieszę, że tu jestem. I że dano mi tak piękne życie.

Kto jej je dał? Znów chwilę trwała cisza, kiedy uspokajał się powoli, niezgrabnie ocierając łzy, ale nie odsuwając się od Luny. Chłonął to, co właśnie usłyszał. Potrzebował tego, bardzo, bardzo, bardzo. Ale przecież...

– Luna... – powiedział płaczliwie jak mały chłopiec, który się przewrócił i zdarł kolano. – Ale jeśli ty tak myślisz, bo tak cię wychowali, nauczyli, bo potrzebujesz tak myśleć? Jeśli to tylko złudzenie, bo nie moglibyśmy żyć, nie wierząc, że to jest coś warte?

Nawet jeśli zabrzmiało to głupio, nie przejmował się. To było zbyt ważne, żeby się przejmować takimi drobiazgami. Ale wyglądało na to, że Luna potraktowała pytanie zupełnie poważnie.

– Oczywiście, że potrzebuję tak myśleć. Ale to wcale nie sprawia, że to nie jest prawda.

– Jak to?... Przecież wcale nie wiesz, czy to prawda! – potrząsnął głową, zrobiło mu się gorąco. Odsunął się trochę od Luny, żeby móc widzieć jej twarz. Uśmiechała się.

– Jeśli nie wiesz – Olivier zauważył, że użyła czasownika w drugiej osobie – to dlaczego zakładasz, że to nieprawda?

Przez jeden krótki moment miał wrażenie, że Luna się z niego śmieje.

– Jeśli nie wiem – powiedział żałośnie – to jak mogę według tego żyć?

Kręciło mu się w głowie, a skronie boleśnie pulsowały. Był wyczerpany, a w dodatku nie miał pojęcia, co teraz myśleć. Koniec końców, jego nadzieje upadły. Czekał jeszcze na to, co powie Luna, ale powieki same mu opadły i poczuł tylko, że spada w jakąś straszną, ciemną otchłań.

Obudził się, kiedy było już jasno. Strasznie bolała go głowa. Po chwili zorientował się, że leży w łóżku, na pół tylko ubrany, przykryty kołdrą, a na czole ma chłodny kompres. Usiadł niepewnie. Mokra chusteczka ześlizgnęła się na pościel.

– Dzień dobry – powiedziała Luna, odwracając się od okna. Aż podskoczył, wystraszony, bo nie zdawał sobie wcześniej sprawy z jej obecności. Jasne włosy i sukienka stopiły się z bielą firan i promieni słonecznych. Usiadła naprzeciwko niego. – Jeszcze wcześnie, możesz spać.

– Nie... – pokręcił głową. Był dzień, było jasno, jakoś łatwiej było też pomyśleć o praktycznych sprawach. Spojrzał w stronę pokoju małego.

– Spał grzecznie całą noc – powiedziała Luna.

– A ty? Byłaś tu cały czas? Nie spałaś?

– Spałam. Wyczarowałam sobie materac.

– Dziękuję, Luno. – Olivier przetarł posklejane powieki. – Zaczekaj moment, wstanę i zrobię śniadanie. Do instytutu pójdziemy, jak przyjdzie Ketty.

– Ja je zrobię. – Uśmiechnęła się znowu, jak gdyby nigdy nic. Niepewnie uśmiechnął się w odpowiedzi. – Mam świetny pomysł na śniadanie.

Ciekawe, co zrobi? Luna wydawała się jedyną osobą naprawdę potrafiącą korzystać z jego laboratoryjnie twórczej kuchni. Ketty i teściowie nie zapuszczali się nigdy w niezbadane i mroczne otchłanie szafek i sprzętów, ograniczając się do zrozumiałej dla nich powierzchni, ale Luna czuła się tam jak u siebie w domu. Luna była trudna, ale nie zamieniłby jej na nikogo. Trudna... Dzień też będzie trudny i męczący. I dni po tym dniu też będą trudne i męczące. Kuchnia stała się tak dziwna po części przecież dlatego, że z uwagi na synka musiał pozbyć się wielu rodzajów magicznych udogodnień. Kiedyś powiedziałby, że w tej kuchni da sobie radę też Skyler, tylko on by połowę zniszczył, a połowę przemodelował jako niepotrzebną lub niepasującą mu do jego własnych wizji.

Powoli umył się, ubrał, nakarmił małego, który tymczasem się obudził i gaworzył coś pod nosem. A Luna krzątała się po całej kuchni, nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego rozmarzenia. Jak zwykle, znajdując się w dowolnym miejscu, wyglądała, jakby trafiła tam przez czysty przypadek.

Kiedy dotarli wreszcie do instytutu, nieco spóźnieni, Luna zapadła się w bibliotece, zanurzyła w stosy książek i wydawało się, że zewnętrzny świat już nigdy dla niej nie zaistnieje. Olivier, który przyszedł do niej po południu, zastał ją w praktycznie tej samej pozycji, przycupniętą na dolnym szczeblu drabiny. Tylko wieże książek dookoła znacznie urosły.

Olivier podniósł jeden tom.

– Dlaczego nie szukasz w książkach naukowych?...

– Naukowych? – Spojrzała na niego z bezbrzeżnym zdziwieniem.

– Tak, naukowych. Jesteś przecież Krukonką.

– Ależ tam tego nie będzie – oświadczyła z całkowitą i spokojną pewnością siebie, po czym wróciła do czytania.

Olivier westchnął i przyniósł sobie krzesło. Wziął inną książkę i zaczął ją wertować. Baśnie i legendy o magicznych zwierzętach. Może znajdzie coś dobrego do poczytania małemu?

– Luno, czy nie lepiej szukać w dziale o patronusach? To najpodobniejsze, co mi się kojarzy.

Luna pokręciła przecząco głową i z trudem oderwała się od książki.

– Nie, Olivier, patronusy nie powiedzą mi niczego nowego.

– Ale czy te zwierzątka, o których tyle mówisz, nie są jakąś odmianą patronusów? – Olivier nie rezygnował. Nigdy nie rezygnował z zaczętego problemu.

– Oczywiście, że są – mruknęła Luna, nie podnosząc nawet oczu.

– No więc?

– Szukam tego, czym się różnią od patronusów, nie w czym są podobne.

Olivier nie pytał dalej. Niech Luna robi to po swojemu, wtedy wyjdzie najlepiej. Kiedy pierwszy raz zobaczyła smutne zwierzątko, ścigała je. Najpierw biegła, potem Olivier w swojej formie animagicznej karego konia, wiózł ją daleko, aż do Lasku Bulońskiego. Tam małe królikopodobne stworzonko na jej oczach ponoć rozpłynęło się w powietrzu. Olivier nie był nawet pewien, czy rzeczywiście istniało. Ale Luna twierdziła, że tak. Wróciła do instytutu i zabrała się za książki. Na kilka godzin świat przestał dla niej istnieć.

Olivier mimowolnie podszedł do półki i zdjął ciężki tom o patronusach. Zwierzątka przenosiły emocje, zatem pochodziły najpewniej od człowieka, pomyślał. Zlewały się z kimś, kto już czuł się podobnie. Może bez tego podobieństwa były zbyt słabe, a człowiek wystarczająco silny, żeby się przed nimi obronić, nie zauważając ich nawet?

– Nie ruszaj się – szepnęła Luna, na granicy słyszalności, ale jakoś tak sugestywnie, że zastygł posłusznie. Kątem oka widział, że powietrze pod szafą drży. Luna przykucnęła i wyciągnęła rękę, jakby wabiąc do siebie spłoszone... coś. Powietrze nie drgało już tak szybko, za to zaczęło się przesuwać. Luna odetchnęła głęboko. Kiedy odwrócił się, miała łzy w oczach.

– Luna? – Przykucnął obok niej, trochę niepewny co powiedzieć.

– Ktoś jest bardzo nieszczęśliwy, trzeba coś zrobić, Olivier... – powiedziała cicho, wyglądając jak mała dziewczynka. Ale zrobić? Co? Komu? Jak? Miał nadzieję, że to tylko wpływ zwierzątka, bo pierwszy raz Luna wyglądała, jakby nie wiedziała, co teraz, wystraszona i nieszczęśliwa.

– Luna, coś ty zrobiła? Pozwoliłaś mu w siebie wniknąć?

– Czasem mi się udaje... – Luna wzdrygnęła się lekko. – Czasem czuję, jak skradają się do mnie, niewidoczne jeszcze, przyczajone w szparach i zakamarkach. Wszystkie garną się do mnie, bo je widzę. Wszystkie tęsknią i wszystkie chcą mnie wypełnić...

– Nie to miałem na myśli – przerwał Olivier. – Chciałem zapytać, po co w ogóle to zrobiłaś?

– Jak to po co? Żeby wiedzieć, kim są.

– Czym są – poprawił odruchowo. Mały będzie miał ciężkie życie z tatą perfekcjonistą, kiedy zacznie lepiej mówić.

– Nie, właśnie kim. Jakim człowiekiem.

Racja, sam doszedł już do tego, że podobnie jak patronus pochodzą od człowieka. Ale zabrzmiało to jakoś tak... Coś kazało mu się otrząsnąć.

Luna tymczasem wstała i wytarła oczy. Wróciła do książek i ze spokojem zaczęła czytać. Olivier patrzył na nią przez chwilę. Czy to nie było piękne? Nikt oprócz Luny nawet nie wpadłby na to, by pozwalać cudzym emocjom włazić w siebie. A ona wpierw mówi, że trzeba pomóc, a potem, jak gdyby nigdy nic, wraca do pracy. Ciekawe, czy zdarza się, że i ją zwierzątka atakują same? Czy bywa tak smutna, zniechęcona, zła? Złej nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Luna zawsze była spokojna, z wyjątkiem chwil, kiedy wybuchała szalonym entuzjazmem do czegoś, takim prostym, dziecięcym i pięknym.

– Luno... – powiedział nieśmiało. – Chciałem cię o coś zapytać...

– Tak? – tym razem popatrzyła natychmiast, bez śladu zaangażowania książką, mimo że jeszcze przed chwilą wydawała się całkowicie zaczytana.

Olivier jednak zawahał się.

– Nie... nic.

– Wystarczy nie udawać – odpowiedziała Luna.

Wychodząc z biblioteki, zastanawiał się, co miało znaczyć to ostatnie zdanie. Jeśli pomyślała, że chciał zapytać, czy zwierzątka ją atakują, to może mówiła, że w ten sposób się przed nimi broni? Jak jednak miałoby to działać? A może pomyślała, że pyta, jak to zrobiła, jak przywabiła je teraz do siebie?

Nerwowo poprawił okulary i przeczesał ręką włosy. Kiedy wyszedł na klatkę schodową, zamiast iść na górę do siebie, zaczął schodzić w dół. Daleko w dół do Rodriga. Wczoraj nie miał siły tego zrobić, ale teraz już chyba mógł. Ostrożnie zszedł aż do piwnic i uchylił kratę prowadzącą do groty z wykopaliskami.

– Rodrigo? – powiedział niepewnie. Dookoła panował półmrok, tylko jedna lampa górnicza świeciła się w głębi pomieszczenia. Olivier dostrzegł obok niej brata dopiero, kiedy ten się poruszył.

– O co chodzi? – zapytał Rodrigo niskim i głuchym głosem.

– Mogę wejść?

Zapadła cisza, Olivierowi wydawało się, że trwa to już wiele minut, że brat pewnie wcale mu nie odpowie. Powietrze w grocie było duszne, lepkie i wręcz mokre, pełne pyłów z wykopalisk. Olivier, po tych paru spędzonych tu chwilach, czuł się już bardzo brudny.

– Uważaj na chorągiewki. Idź dokładnie według nich – odparł w końcu Rodrigo, równym, cichym głosem, wypranym całkowicie z emocji.

Jest bardzo zmęczony, przemknęło przez głowę Olivierowi.

– Nie spałeś dziś. I wczoraj pewnie też – powiedział, zanim zdążył pomyśleć.

Rodrigo zamrugał zaskoczony, potem wzruszył ramionami.

– Tak, być może...

– Richard jest coraz bardziej chory – wypalił Olivier prosto z mostu. Ostatecznie owijanie w bawełnę i tak na brata nie działało. Należało walnąć obuchem w łeb i mieć nadzieję, że jednak coś poczuje.

A Rodrigo nie odpowiedział, popatrzył tylko przeciągle, oczami bez wyrazu, czarnymi jak dwie dziury. Olivier się zjeżył.

– Pewnie myślisz, że ja nie wiem, co to znaczy prawdziwa strata – powiedział naburmuszony, celowo mówiąc patetycznie. Zdawał sobie sprawę, że drwina nie była najlepszym środkiem porozumienia, ale nerwy i tak miał w strzępach, a Rodrigo sam się o to prosił. W dodatku znów nie odpowiedział, drgnął tylko nieznacznie. Olivier się zorientował, bo w czarnych oczach brata zamigotał ciepły blask lampy. Ciepły, żeby jeszcze tak sam z siebie... A potem zmienił temat, ostatecznie rezygnując i uznając swoją porażkę.

– Widziałeś te zwierzątka, które błąkają się po instytucie? – zapytał z głupia frant. – Te smutne?

– Smutne? Dlaczego smu... – Rodrigo potrząsnął głową, jakby próbował się obudzić. Pewnie cieszył się z neutralnego tematu. – Jakie w ogóle zwierzęta?

– Ach, nic... – Olivier brnął dalej, powtarzając to, co mówiła mu Luna, tylko po to, żeby coś mówić. – Po prostu czasami je widzę. Mam wrażenie, że chcą coś powiedzieć. Tęsknią za czymś... za kimś.

Rodrigo potrząsnął gwałtownie głową.

– Nie wiem, o czym mówisz...

Olivier pamiętał dalsze słowa Luny, ale jakoś nie pasowały mu obecnie. „Ale to nic złego – uśmiechnęła się wtedy Luna. – Chciałabym im pomóc". Zamyślił się. Rodrigo wyglądał, jakby nawet dla tych zwierzątek nie był atrakcyjny. A Olivier tak go potrzebował...

– A wiesz co się stało z Davidem? – spróbował w nadziei na jeszcze trochę rozmowy.

– Wiem. – Rodrigo kiwnął głową. Zamilkł, ale jakoś bardziej intensywnie. Olivierowi zrobiło się cieplej. Trochę przypominało mu to uczucie, jakie miewał tuż przed tym, kiedy brat miał wpaść w furię. Z nich dwóch to Rodrigo był typowym Hiszpanem o gorącej krwi, Olivierowi było bliżej do chłodnego i wymuskanego Francuza. Ale to się skończyło w czasie wojny. Nawet oczy Rodriga pociemniały i z gęstych, czekoladowych stały się po prostu czarne.

– Davida zabrali do Świętego Filipa – ciągnął Olivier, mimo uczucia, że mówi właściwie do siebie. – Nie wiem, co mu było, a wyglądał, jakby tylko zemdlał. Dookoła niego rozsypany był popiół czy coś takiego...

– Hrabia Dragomirescu zaangażował już eksperta – powiedział na to Rodrigo napiętym i wymuszonym tonem. – Jestem pewien, że to zbada. A ty też wracaj do swojej pracy. Nie trać tu czasu.

Po ostatnim zdaniu Olivier miał ochotę rzucić się na brata i porządnie go stłuc, samymi pięściami, bez użycia magii. Ale pokiwał tylko głową i posłusznie wyszedł, tłumacząc sobie, że jutro też może tu przyjść. Właściwie to może tu przyjść, kiedy tylko zechce, prawda? Następnego dnia po pracy wybrali się z Luną na spacer po Paryżu. Luna paplała o czymś, Olivier słuchał. Dobrze mu się słuchało. Po prostu szli tak, pod rękę albo za rękę, w deszczu, przez miasto. Luna co chwila ciągnęła go gdzieś, żeby coś pokazać. Przechodnie patrzyli na nich z ciekawością i uśmiechem. Olivier w staroświecko skrojonej marynarce i kamizelce, a Luna w rozpiętym płaszczyku, lekkiej błękitnej sukience i kapeluszu z białymi piórkami. Wyróżniali się z tłumu. Luna, częściej niż po chodniku, szła po płotkach, murkach i balustradkach, sięgała do ogródków, by powąchać mokre bzy i kaliny, a kiedy widziała na niebie ptaki, machała do nich ręką. Olivier w jednej ręce ściskał kilka starych książek z antykwariatu na Montmartre, drugą trzymał dłoń Luny. Na jej szyi błyskał wisiorek – kamień księżycowy oprawiony w srebro, który Olivier kupił jej w sklepiku pana Hektora na magicznym Montmartre, w Zaułku Zamyślonych, ruelle des Songeures. Z Montmartre'u wrócili na Île–de–Cité i wyszli na część mugolską. Usiedli w tłumie turystów przed Notre–Dame. Olivier delikatnie objął Lunę w pasie.

– Nie lubię turystów – powiedział cicho. – Dlaczego tu przyszliśmy?

– Lubię katedrę – odpowiedziała równie cicho Luna. – Ci ludzie też ją lubią.

– Ci ludzie oglądają kolejny zabytek.

– Nie... – Luna uśmiechnęła się tajemniczo. – To jest dobre miejsce. W tym miejscu Ziemia jest czymś więcej niż ziemią, a człowiek więcej niż zwierzęciem.

– A w instytucie nie jest? – Olivier zamrugał i popatrzył uważniej na wieżyczki katedry. – Przecież to tam powstają największe dzieła umysłu.

– Ależ nie. Wręcz przeciwnie.

Olivier pokręcił głową.

– Chciałbym, żeby było, jak mówisz, ale nie wierzę w to.

– Wiem. Nie wszyscy wierzą. Kiedyś, jak byłam w środku, mówili o aniołach.

– I co mówili? – Pytanie było starannie obojętne. Ale Luna na pewno słyszała jak wszystko, co tylko mogło, w głosie Oliviera drżało.

– Anioły, które stały się złe, odmówiły służenia człowiekowi, bo był niższy od nich. A te, które się zgodziły, stały się niewidzialne. I ludzie nie znają ich imion, żeby nic nie przeszkadzało im pomagać...

Olivier przerwał jej, całując w usta, które smakowały wiosną i śpiewem ptaków. Potem oparł czoło na jej ramieniu. Chwilę tak siedział, jak małe dziecko spragnione czułości. Potem Luna pogłaskała go po włosach.

– Olivier, ale ty też wierzysz, że jest coś poza twoim laboratorium i prawami fizyki...

– Nie, Luna – wymruczał Olivier. – Nie potrafię. Zazdroszczę ci, ale uważam, że się mylisz.

Luna wstała i weszła do kościoła. Trzymając go za rękę, zmusiła, by poszedł za nią. Głęboko wciągnęła powietrze. Tu myśli mogły lecieć wysoko, aż pod kopuły i sklepienia, a potem jeszcze wyżej, wciąż wyżej. Spływały z piór starych mnichów, dawno już nieżyjących. Odbijały się w metalowych krzyżach i kolorowych witrażach. Tutaj Luna czuła się wolna.

Jej płaszcz był miękki i aksamitny. Olivier poczuł nieokreśloną tęsknotę, kiedy przesunął palcami po materiale. Przytulił Lunę mocniej, ale ona już wymykała się z jego ramion, krążyła dookoła, całą sobą chłonąc to miejsce.

Potem szli przed siebie, aż na place de la Concorde. Luna lekko wskoczyła na brzeg fontanny i wyciągnęła do niego ciepłą, drobną rękę, żeby pomógł jej złapać równowagę. Wiatr rozwiewał jej niezapięty płaszczyk i cienką sukienkę. W drugiej ręce trzymała parasolkę, wciąż otwartą, choć deszcz przestał mżyć. Pewnie złoży ją, gdy rozpada się na nowo, żeby nacieszyć się kwietniowym kapuśniaczkiem.

Jak dobrze, że wybrali się na ten spacer, że mały Richard został z nianią. Myśl o synku jak zwykle wywołała w nim mieszane uczucia lęku i potrzeby działania, ale w tym momencie odezwała się Luna. Minę miała zamyśloną, a oczy i ręka z parasolką wskazywały na środek fontanny, na drobne monety na dnie, sous, centy i wiele innych z całego świata, kwiatek unoszący się na tafli wody, kilka kaczek pływających i kwaczących na siebie wzajemnie.

Olivier podziwiał jej szeroko otwarte błękitnoszare, niemal białe oczy, głodne, zachwycone. Duże i odbijające świat jak lustra. Delikatna i zwiewna, otulona płaszczykiem mżącego deszczu, ciepła i taka inna... Marlene, jego żona, nie była taka. Marlene była zwykłą młodą kobietą, sympatyczną i delikatną, ale przy Lunie wyglądała szaro i przeciętnie. Chwycił Lunę mocniej za rękę, dał znak, żeby zeszła z obramowania fontanny.

– Nie martw się – powiedziała natychmiast, ledwie na niego spojrzawszy. Miała poważną minę, ale wyglądała z nią jak mała dziewczynka. – Marlene się dzisiaj cieszy.

Więc Olivier tylko przyciągnął Lunę bliżej i pocałował mocno, jakby to miał być ich jedyny pocałunek. Jakby zaraz sam miał umrzeć. Wydawało mu się, że całuje coś nie do końca rzeczywistego, kwiat może albo nawet mgłę, zwłaszcza że twarz miała mokrą od deszczu.

Potem poszli do mieszkania Oliviera, w sam raz, żeby zmienić Ketty przy opiece nad małym. Richard powitał Lunę z radością i Olivierowi znów przyszło do głowy, że może synek potrzebowałby nowej matki... Luna już przecież pokochała małego. Na przykład teraz – kiedy leżała z nim na kocyku zajmującym niemal całą podłogę sypialni. Podawała mu klocki, choć bardziej wyglądało na to, że sama coś z nich buduje. Opowiadała też bajkę o owieczce i jastrzębiu, prawdopodobnie świeżo wyczytaną w bibliotece.

– Kiedyś pewien czarodziej wypuścił je ze starożytnej księgi. – Luna postawiła żółty, spiczasty klocek na szczycie swojej wieży i roześmiała się głośno, kiedy mały jednym uderzeniem ręki zburzył całą jej pracę. – Owieczka wędrowała po świecie, dzieci ją widziały, dorośli tylko niejasno czuli, ale wszędzie gdzie się pojawiła, problemy się jakoś naprawiały, ludzie się uśmiechali i panował spokój. Ale jastrząb leciał za owieczką – przesunęła żółty, płaski klocek nad głową dziecka, imitując lot ptaka – i starał się sprawić, żeby ludzie o niej zapomnieli i byli nieszczęśliwi. Nie wierzył, że można być szczęśliwym z innymi. Ale nikt nie zamknął ich w księdze, bo osobno nie było można, a owieczka warta była pozostawienia na wolności również jastrzębia.

– No i? – Olivier wzruszył ramionami. Bajki Luny były zaskakująco treściwe, łopatologiczne i pozbawione upiększeń. – Przecież to znaczy, że ci ludzie byli zupełnie zależni od owieczki i jastrzębia... – urwał, patrząc w jakiś punkt nad głową Luny.

– Nie możesz uwierzyć, że to nie ty decydujesz? – Obróciła się na plecy i posadziła sobie małego na brzuchu. Był zachwycony.

– Przecież to nie ja. Owszem, tak mi się wydaje, ale tak naprawdę to, co się ze mną dzieje, zależy od mojego mózgu, doświadczeń, tego, co się dzieje dookoła. Nie ma czegoś takiego, że ja decyduję, tylko tak nam się wydaje, bo tak jest łatwiej...

– A tu akurat zupełnie się mylisz – uśmiechnęła się szeroko Luna. – Mówi się, że najpotężniejszą magią jest wybór.

Nie odpowiedział na to, tylko ciągnął coraz bardziej nieobecnym głosem:

– Nie ma zła ani dobra, przecież nie odpowiadamy za to, co nam się przytrafia, nie kierujemy niczym. Żyjemy ot tak, dla przyjemności, żeby było miło, staramy się za bardzo nawzajem nie pokaleczyć. A i tak każdy czerpie dla siebie, ile może. Luna, to takie okropne, ja nie chcę tak żyć...

Miał łzy w oczach.

– Chodź do nas – zawołała Luna, uderzając płasko dłonią w kocyk. Zawahał się, ale posłusznie położył się obok niej. Luna mocno go przytuliła. Richard, chwilowo przestawszy być w centrum jej uwagi, zaburczał niezadowolony.

– Pamiętasz wiersz? – mruknęła Luna. Ślicznie mruczała.

A wiersz pamiętał. Któregoś dnia Luna siedziała sama w jego laboratorium, czekała, aż wróci. Zaczęła przeglądać książki na półce, podniosła tę najbardziej zużytą: tomik wierszy, który sam rozkładał się na sto pierwszej stronie, na wierszu Puszkina.

Gdy jeszcze świeży i uroczy

Był dla mnie każdy objaw bytu:

I lasu szum, i dziewcząt oczy,

I śpiew słowika aż do świtu,

Kiedy natchnione dzieła wieszcze,

Miłość i wolność, pęd do chwały

W młodzieńczej krwi budziły dreszcze,

Wznosiły mnie i upajały,

Chwile nadziei i rozkoszy

Tęsknotą nagłą tłumiąc we mnie–

Wtedy to jakiś Geniusz mroczny

Nawiedzać zaczął mnie tajemnie.

Posępnie płynął czas odwiedzin:

Przedziwny uśmiech, wzrok uwodny,

Zgryźliwe słowa, które cedził,

W mą duszę jad sączyły chłodny.

W bluźnierczą złość niewyczerpany,

Z bóstwem się mierzył bogoburczo,

Marzeniem wabił w świat nieznany,

Gardził natchnienia mocą twórczą.

Dla życia, dla wolności, chwały,

Miał uśmiech drwiący i nienawiść;

Nie wierzył. I w przyrodzie całej

Niczemu nie chciał błogosławić.

Luna znalazła wtedy karteczkę (jego stare obliczenia alchemiczne) i napisała kilka słów. Włożyła papier jak zakładkę do tomiku.

"Wszystko jest lepsze od niczego".

Olivier długo patrzył na notkę. I to właśnie chciała mu przekazać Luna? Krukonka, zawsze jakieś drugie dno. Ale wybór pomiędzy "nic" a "cokolwiek" też nie w pełni go satysfakcjonował.

Luna wkrótce poszła do domu, a Olivier położył małego spać i sam też szybko zasnął, jakby specjalnie po to, żeby nie zastanawiać się za długo nad niczym. Kiedy obudził się rano, czuł się jak na kacu. Skronie pulsowały, gardło miał wyschnięte, pod powiekami mnóstwo piasku, a wszystkie mięśnie były niemile zesztywniałe. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że tym, co go obudziło, był płacz dziecka. W panice wyskoczył z łóżka i pobiegł do dziecinnego pokoju.

– Co się stało? – Olivier skrzywił się, słysząc, jak drżącym głosem to powiedział. Podniósł małego, niespokojnie szukając jakichkolwiek oznak niestabilności. Ale wydawało się, że chłopiec jest tylko głodny i ma mokro.

Z wprawą, z której był dumny, przewinął dziecko, przygotował mu butelkę (mleko kupowane w mugolskim sklepie, bez śladu magii) i nakarmił. Kiedy mały ułożył się w łóżeczku i z pełnym satysfakcji uśmiechem zaczął drzemać, Olivier mógł zająć się sobą. Stanął w łazience przed lustrem i zaczął się golić. Zupełnie po mugolsku; w domu, z wyjątkiem pewnych aspektów kuchennych, zrezygnował z używania jakiejkolwiek magii. Miało to jednak swój specyficzny urok. Ktoś mógłby powiedzieć, że Olivier lubi się stroić. Dbał przecież tak bardzo, żeby być dokładnie ogolonym, a uczesanym i ubranym jak najlepiej... Dobranie okularów zajęło mu swego czasu parę dni. Obszedł wszystkie sklepy w Paryżu i przymierzył niezliczoną liczbę oprawek, zanim kupił te, które w jego odczuciu miały charakter. „A jednak była to bardziej zabawa", pomyślał, odkładając wodę po goleniu na półkę. To dusza romantycznego studenta i filozofa domagała się dbałości o formę, pewnie żeby zapełnić czymś pustkę po treści. Choć sztucznie, to niech jednak będzie pięknie i ze stylem. Że też pokarało mnie czymś takim, westchnął i uśmiechnął się nieznacznie pod nosem. Jakże przyjemnie musiałoby być tylko naukowcem o perfekcyjnie ścisłym umyśle i nie zaprzątać sobie głowy sensem życia.

Zajrzał do małego, ale chłopiec spał spokojnie. Kiedy Olivier kończył własne śniadanie, przyszła Ketty. Olivier niecierpliwie połknął ostatnie kęsy rogalika i narzucając płaszcz, wybiegł z domu. Przed pójściem do pracy musiał jeszcze iść na Gare du Nord, odebrać z pociągu starego przyjaciela.

Deszcz siąpił i wiał chłodny wiatr, wdzierający się nawet pod zadaszenie dworca, kiedy Olivier czekał na pociąg z Calais. Niespokojnie chodził po peronie, myśląc o Skylerze. Tak długo się nie widzieli, tyle się zmieniło. Jak to będzie? Chętnie zgodził się oddać mu przysługę i wyjść po niego, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej był przekonany, że Sky po prostu go wykorzystuje. Przecież znał Paryż od podszewki, a na gadkę o tym, jak samotny i nieszczęśliwy czułby się, gdyby nikt na niego nie czekał, Olivier był już w pewnym stopniu uodporniony. Tymczasem pociąg spóźniał się na dworzec, a Olivier do pracy.

Kopnął niecierpliwie pustą puszkę po Coca Coli. Mugole. Dlaczego pozwalają, żeby wszędzie panował taki śmietnik? Splótł palce i wyprostował ręce, aż stawy trzasnęły. Kiedy ten pociąg przyjedzie?... I na diabła Skyler uparł się, żeby jechać po mugolsku, kiedy mógłby się tu dostać ze Stanów magicznie, dużo szybciej i wygodniej. Ale on zawsze miał takie pomysły. Olivier westchnął. Zresztą najprawdopodobniej dlatego się zaprzyjaźnili. Obaj byli dużo zdolniejsi i wrażliwsi niż ich rówieśnicy. I obaj mieli tak samo szalone pomysły i niemal żadnych barier w ich realizacji. Kiedyś o mało nie puścili z dymem całego lasu otaczającego Beauxbatons...

Gdy pociąg nareszcie przyjechał, z półgodzinnym opóźnieniem, Oliviera zalał nagle tłum ludzi, spieszących się nie wiadomo gdzie, rozpychających łokciami i krzyczących na wszystkie strony. Tak jakby za minutę zamykano dworzec. Olivier miał ochotę krzyczeć, bardzo głośno, objechać porządnie każdego z osobna... Przygryzł wargi i odsunął się na bok, chcąc przeczekać zamieszanie.

– Olivier! – usłyszał nagle. Rozejrzał się niespokojnie. Przez tłum przeciskał się ku niemu Skyler, roześmiany i potargany, w szarym prochowcu narzuconym na białą koszulę, bez marynarki. Nic się nie zmienił. Wciąż wyglądał jak delikatny, chudy pajacyk, z niemal białymi, nierówno przyciętymi włosami i lekko skośnymi brązowymi oczyma. Cały na jasno, był idealnym przeciwieństwem czarnowłosego i ubranego w ciemne, mocne kolory Oliviera.

Skyler przez chwilę łapał oddech, uśmiechając się szeroko, aż wreszcie uściskali się, jak przystało na przyjaciół, którzy nie widzieli się od pięciu lat.

– No i dlaczego stoisz sobie tutaj i czekasz, aż do ciebie przyjdę? – zapytał z żartobliwym wyrzutem. – Sam też mógłbyś się poprzeciskać przez ten tłum.

– Miałem na ciebie czekać i to właśnie robiłem. Tak długo, aż weszło mi to w krew.

– Och, czyżbym słyszał zarzut? – Skyler zrobił niewinną minkę. – Ale poczekaj, aż ci opowiem, ile zabawy było po drodze, to dopiero się będziesz śmiał.

Olivier zmarszczył brwi.

– Skyler, czy to przez ciebie ten pociąg się spóźnił? – zapytał surowo, kierując się w stronę wyjścia na plac Liszta i boulevard de Magenta.

– No a jak myślisz? – odpowiedział pytaniem Skyler, najwyraźniej pełen dumy.

– Myślę, że jestem już spóźniony do pracy.

– No chyba sobie żartujesz?! – wykrzyknął przyjaciel, nagle rozgniewany. Olivier w duchu pokiwał głową, Sky nigdy nie umiał słuchać krytyki, nawet najmniejsza wybijała go od razu z rytmu. – Przyjeżdża twój jedyny, dawno niewidziany przyjaciel, a ty tak go witasz?!

Olivier miał już na końcu języka mocną odpowiedź, że może raczej to on jest jedynym przyjacielem Skylera, a poza tym są ważniejsze rzeczy, jak na przykład praca i dziecko. Ale nie powiedział nic, nie zmienił też chłodnego wyrazu twarzy. Ze Skylerem nie należało się kłócić. Lepiej było puścić mimo uszu i zrobić po swojemu.

– Olivek – jęknął Sky dla odmiany – no co ty? Nie lubisz mnie już?

Olivier popatrzył na przyjaciela i uśmiechnął się mimowolnie. Skyler miał swój urok. Kiedy patrzył z taką tęsknotą, człowiek odruchowo mu wybaczał. Sky, gwiezdny chłopiec. W szkole nie mógł odpędzić się od dziewczyn i co tydzień był z inną. Wszystkie szalały za tą jego urodą elfa. Raz Olivier został poproszony o doręczenie przyjacielowi listu miłosnego. Prosiła Marlene, dlatego Olivier listu nie doręczył, a sam go przeczytał i następnie z mściwą satysfakcją spalił. Do dziś pamiętał „słońce we włosach" Skylera i „bursztynowe kamyki oczu". Dopiero kiedy Skyler wyjechał do Stanów, Olivier mógł mieć u Marlene jakieś szanse. I pomyśleć, że Sky tak naprawdę nigdy jej nie zauważał.

– Lubię, oczywiście – powiedział miękkim głosem Skylerowi. – Jestem zdenerwowany, bo mój synek jest chory.

Skyler aż przystanął. Mrugając przyjrzał się Olivierowi, jakby go widział po raz pierwszy.

– Żartujesz? Masz dziecko? Z kim? Wiem, że zerwałem kontakt na jakiś rok czy dwa, ale nie myślałem, że ty taką rewolucję przez ten czas urządzisz! A przecież dziś wieczorem spotykamy się na mieście.

Olivier przetrawiał przez moment cały ten przekaz. Najwyraźniej dla Skylera najbardziej istotne było dzisiejsze wyjście, o którym zresztą Olivier pierwszy raz słyszał. „Co się dzieje?", pomyślał poirytowany. Dlaczego Skyler jest taki irytujący?

– Mam syna – odpowiedział wreszcie. – Ma trzynaście miesięcy. I doskonale pamiętam, że wysłaliśmy ci z Marlene zaproszenie na ślub.

– Nie odbierałem poczty, kiedy pracowałem dla Ministerstwa. – Skyler wzruszył ramionami. – No to weź ze sobą Marlene, chociaż ja za nią nie przepadam...

– Marlene nie żyje.

– Ach. – Skyler westchnął, ale bez przesadnego smutku. Olivier miał wrażenie, że zaraz usłyszy: „To nie bierz jej ze sobą w takim razie".

Szli przez chwilę w milczeniu. Skyler patrzył w niebo, Olivier w chodnik. Byli na boulevard de Magenta. A szli pieszo, ponieważ Skyler zażyczył sobie zobaczyć jak najwięcej Paryża!

– To będę czekał w „Les Trois Mousquetaires" o ósmej wieczór – powiedział w końcu Sky.

„Nie przyjdę sam", chciał powiedzieć Olivier, który poczuł, że nie wytrzyma ze Skylerem bez wsparcia Luny. Ale tylko skinął głową, nie chciało mu się rozpoczynać nowego wątku. No i jeśli Ketty się nie zgodzi, to może poprosi Lunę o opiekę nad małym. A może da go dziadkom, rodzicom Marlene? O ósmej wieczorem już żadne z nich nie pracowało...

– Olivek, nie rozumiem cię, zawsze byleś pierwszy do naszych dzikich wypadów na miasto!

„Faktycznie, nie rozumiesz", pomyślał Olivier. Teraz mam dziecko i mój syn jest ważniejszy.

– Sky, idę do najbliższego miejskiego Fiuu – oświadczył. – Już naprawdę nie mogę się bardziej spóźnić. Zobaczymy się wieczorem.

Było to kłamstwo, ale nie miał ochoty na pieszą wycieczkę ze Skylerem przez cały boulevard de Sébastopol. Przyjaciel tylko kiwnął głową, jakby nagle bardziej zaabsorbowały go własne myśli. Ale Olivier wiedział, że to tylko gra w „nic mnie to nie obchodzi, że jesteś dla mnie niedobry". Jak to możliwe, że kiedyś Skyler nie tylko go tak nie denerwował, ale wręcz budził podziw swoimi manierami książątka i aurą szlachetnej nieomylności. Skyler wydawał się kiedyś tak wspaniały i tak niesłusznie krzywdzony przez innych. Przez swojego surowego wuja, z rodowodem sięgającym wieków średnich i przez tych nauczycieli, którzy byli jakimś cudem odporni na jego urok. Teraz to nie wydawało się „cudem". Teraz to Olivier miał ochotę przełożyć Skylera przez kolano i wlać porządnie, jak rozkapryszonemu dzieciakowi. Nieważne, jakim byłby geniuszem i dla ilu rządów pracował.

Znalazłszy się w PIMIE, najpierw poszedł do Rodriga. Zrobił to zupełnie impulsywnie i bez głębszego zastanowienia. Zresztą, jakby zaczął się zastanawiać, to prawdopodobnie wcale by do brata nie poszedł. A potem nie wyszedłby od niego wściekły i próbując powstrzymać łzy, kapiące mu z oczu...

Poszedł do Luny, ale przed samymi drzwiami się zawahał. Czy chce narzucać się jej ze wszystkimi kłopotami? Ona oczywiście nie będzie mieć nic przeciwko, ale to nie rozwiązuje problemu. A więc – czy powinien?

Z gabinetu Luny dobiegał cichy dźwięk. Ciekawość zwyciężyła i Olivier przysunął się do szpary w drzwiach. Luna siedziała na parapecie, w błękitnej sukience i białej narzutce, zlewając się z niebem w tle. Przed nią stał kwiatek w doniczce, który zaczarowała tak, by śpiewał, podobnie jak setki innych wypełniających cały pokój. Wszędzie stały jakieś kwiaty: w doniczkach, wazonach, żywe, papierowe, materiałowe... I śpiewały. I żeby to jeszcze chórem, ale nie. Zdawało się, że każdy kwiat śpiewa zupełnie co innego. Spróbował zrozumieć jakiekolwiek słowa, ale były w języku (językach?), którego nawet nie rozpoznawał.

Chyba świadomie poruszył drzwiami, żeby skrzypnęły. Luna odwróciła się natychmiast i szeroko uśmiechnęła. Zeskoczyła z parapetu i boso, leciutko podbiegła do drzwi. Nic nie powiedziała, otworzyła je szeroko i mocno objęła Oliviera w pasie, wtulając twarz w jego kamizelkę. Stali tak przez chwilę, bez ruchu, potem puściła go, zadarła głowę do góry i uśmiechnęła się jeszcze raz. Kąciki jej oczu były mokre.

– Oj, Luna... – Olivier rozejrzał się dookoła. – To... uprzyjemniasz sobie pracę?

– Nie, ja przecież pracuję dla przyjemności.

„Rzeczywiście", pomyślał. Luna chyba nigdy nie załapała idei robienia czegoś za pieniądze. Wynagrodzenie było efektem ubocznym.

– Luno, możesz uciszyć te kwiaty?...

Wyjęła różdżkę i spełniła jego prośbę. Odetchnął z ulgą, kiedy nie dało się już słyszeć tego obłąkanego śpiewu.

Zaprosiła go do środka. Usiadł w fotelu. Mercredi wsunął się do pokoju zaraz za nim i ułożył przed trzaskającym kominkiem, mrucząc rozkosznie, więc choć raz Olivier nie był zmuszony przeganiać kota ze swojego miejsca. Mercredi miauknął przeciągle i przewrócił się na grzbiet. Machał tłustymi łapkami w powietrzu, wyraźnie domagając się pieszczot.

– Tobie to dobrze... – mruknął Olivier, drapiąc go od niechcenia po brzuchu. – Ludzie mają prawdziwe problemy, a ty nie masz o nich pojęcia. – Miał ochotę w najbardziej dziecinny sposób pokazać kotu język.

Podniósł go z podłogi. Mercredi zamiauczał i spróbował się wyrwać.

– Powinien siedzieć w tym – Olivier zgrabnym ruchem różdżki transmutował doniczkę w koszyk dla kota. – Nie chcę na niego patrzeć. – Wsadził zwierzaka do środka. Mercredi zamiauczał i wystawił łapę, ucho i oko z koszyka. Ale nie zdążył zadrapać Oliviera. Zatem, obrażony, wyskoczył jak z procy i uciekł z pokoju. Miejmy nadzieję, że nie zawoła Harfy na pomoc. Z nią byłoby już ciężej.

– Olivier, co się stało? – zapytała Luna, kiedy Mercredi zniknął.

Olivier westchnął i usiadł wygodnie w fotelu, zakładając nogę na nogę. „Normalnie nie dręczysz zwierząt", dopowiedział sobie w myślach.

– Mój brat mnie właśnie wyzwał. Bynajmniej nie na pojedynek. A kiedyś był takim świetnym facetem. Po wojnie wszystko się zmieniło, wszystko jakby dementor pocałował...

Założył ręce za głowę i ze starannie znudzoną miną mówił dalej.

– Nie widzę sensu walczyć, jeśli ma się to skończyć w ten sposób. Wiesz, że Rodrigo nawet psuł Czarnemu Panu doświadczenia? Och, zresztą... wy mieliście Severusa Snape'a. I sami jesteście bohaterami. A ja bym nie chciał... Wiesz... muszę już wracać do pracy – uśmiechnął się do niej. – Przyjechał mój dawny przyjaciel, Skyler. Wychodzimy dziś wieczorem. Chciałabyś iść z nami?

Luna pokiwała głową, uśmiechając się delikatnie.

– W takim razie przyjdę po ciebie o wpół do ósmej. – Olivier wstał, odpychając się obiema rękami od poręczy fotela. A teraz lepiej zacznę eksperyment, żeby zdążyć na czas.

Kiedy był w najlepsze i po uszy pogrążony w eliksirach, ziołach i kociołkach, ktoś zapukał do drzwi, krótko i energicznie, wybijając rytm jak na werblu. Puk–puk-puk–puk. Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi się uchyliły i weszła Natasza Andriejewna, z pół-ponurym uśmiechem satysfakcji na ustach.

– Popatrz, Olivierze, na dzieło geniusza – oświadczyła od progu, najwyraźniej mając na myśli drobny przedmiot, który trzymała na wyciągniętej ku niemu dłoni.

– Cudowne – powiedział Olivier trochę obojętnie, kiedy Natasza dopłynęła do niego i mógł dojrzeć kostkę szkła, którą niosła. – Czy to jest pryzmat Kerlskiego?

– Tak – powiedziała Natasza powoli. – Udało mi się wytworzyć go samodzielnie. A nie było łatwo.

Istotnie, Olivier zauważył drobne, ale na pewno dotkliwe, oparzenia na rękach. Natasza z miłością wpatrzyła się w drobny przedmiot.

– A powieki bolały mnie, jakby miały odpaść przy próbie użycia – dodała.

Olivier powstrzymał grymas niesmaku. Natasza nie miała za grosz klasy. Nie to, co Luna. Zamiast zadbać o ręce, wolałaby pewnie zostawić sobie blizny, żeby je z dumą pokazywać wszem i wobec.

– Oparzenia tęczowe... – mruknął mimo wszystko. – Smaruj żelem widłaczkowym.

– Przynajmniej ładnie się nazywają. – Natasza wzruszyła ramionami. – A ty jak zawsze nie w humorze. Wszyscy Mistrzowie Eliksirów tak mają?

– Jeśli widzisz, że nie jestem w humorze, to po prostu zostaw mnie w spokoju. – Odłożył chochlę i opuścił mankiety koszuli. Zaczął robić obliczenia na zabłąkanym skrawku czystego pergaminu. Natasza pochyliła się nad jego ramieniem.

– Nie pięćdziesiąt sześć, tylko pięćdziesiąt osiem – oznajmiła, pokazując to miejsce długim palcem.

– Wiedźma! – wybuchnął Olivier, a Natasza też wybuchnęła – stosownym do tego śmiechem.

– Wiem, że masz kłopoty, Olivier – oznajmiła swobodnie, siadając na stołku i zakładając nogę na nogę. – Ale myślisz o nich w tak dziwny i odmienny od mojego sposób, że nie mogę się powstrzymać, by cię nie drażnić. Nadal próbujesz udowodnić, że człowiek składa się z instynktów, które nieudolnie tłumi rozumem?

– Szczerze tak uważam – warknął Olivier. – I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jakbyś zobaczyła takiego berserka uwalonego eliksirem i zaprogramowanego instynktami, to by ci się spodobało. W sam raz tak prymitywny, jak lubisz.

– No co ty? – wymruczała wcale nie obrażona Natasza i ułożyła usta w karminowy dzióbek. – Zdejmij na chwilę te swoje ciemne okulary i popatrz na świat nieco jaśniej, co?

– A jak oślepi mnie to, co zobaczę? – odciął się zirytowany, też na siebie, że daje się wciągać w te słowne przepychanki.

– To i tak zobaczysz coś ładniejszego, niż wnętrze okularów.

– Ale widziany przez okulary słoneczne świat powinien być słoneczny, nie czarny, prawda?

– Przeciwsłoneczne okulary, przeciwsłoneczne... – Natasza pokiwała głową. – Nie próbuj łapać mnie w moje metafory, co? Będę wdzięczna.

Olivier chciał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu nieartykułowany skrzek zza ściany.

– Nataszo, znów dręczysz jakieś żywe stworzenie?... – Z dezaprobatą pokręcił głową.

– Nie mów, że ci to przeszkadza, hipokryto. Uwalniam swoje instynkty. A zwierzę uwalnia swoje i tym samym pracuje na własne utrzymanie. To smok.

Olivier pamiętał poprzedniego smoka. Z Luną, Swietłaną i Iriną pracowali wtedy przy rozładunku nowej aparatury. Właśnie ją montowali, a dochodziła północ, gdy firanka na oknie wydęła się i czarny kształt, jakby noc we własnej osobie, wleciał do pokoju i przycupnął na parapecie. Ktoś krzyknął, ktoś rzucił wazonem, Luna popatrzyła ciekawie. Kawałek nocy złożył skrzydełka i podniósłszy przednią łapę, zaczął pracowicie myć pyszczek. A oni na rozmaite sposoby usiłowali przekonać go, żeby dał się złapać do klatki. Żadne z nich nie miało doświadczenia w postępowaniu ze smokami, choćby młodymi, a ten już całkiem nieźle ział ogniem! Dopiero potem zjawiła się Natasza i objechała ich za dręczenie jej materiału badawczego, barwną tyradą, charakterystyczną dla jej fascynacji językiem francuskim. Potem zdecydowanie podeszła do smoka, wzięła go pod pachę i wyszła, trzaskając drzwiami. Smoczątko nie zaprotestowało.

– Pewnie i je sterroryzowała – mruknęła pod nosem Irina. W każdym razie nikt już o nim nie usłyszał.

Teraz Olivier tylko wzruszył ramionami i nie pytał dalej. Zaczął siekać zioła.

– Mmm, ile instynktu w to wkładasz, aż sok pryska – wycedziła Natasza, gryząc końcówkę cygaretki.

– Jak zapalisz, to cię wyrzucę.

– I tylko wtedy? Nie martw się, potrafię zachować się w laboratorium. Dlatego jeszcze żyję. Po jakiemu są te notatki? – Natasza wzięła do ręki zwój pergaminu z biurka.

– Po szwedzku albo norwesku, zależy co wzięłaś, ale cokolwiek to jest, to na pewno jest moją korespondencją z tamtejszymi instytutami, której nie masz prawa przeglądać. Co mam zrobić, żebyś sobie poszła? Powiedz tylko, a zrobię wszystko.

Natasza westchnęła teatralnie.

– Miej serce i patrzaj w serce – zadeklamowała. – Chociaż dla ciebie to i tak instynkty. Zaraz sobie sama pójdę. Ale nie odmawiaj samotnej i nieszczęśliwej kobiecie trochę przyjemności. Ostatecznie nie różnimy się aż tak bardzo.

Obeszła stół laboratoryjny dookoła, uklękła na stołku i oparła łokcie o blat.

– Zatem czego chcesz, Nataszo? – Olivier czuł się, jakby nawiedził go wyjątkowo złośliwy duch. Ale duchy były tylko projekcją zmarłego dawno człowieka. Niewiele różniły się od obrazów.

Zaś Natasza przestała się wreszcie uśmiechać i popatrzyła na pryzmat Kerlskiego. Trzymała go między kciukiem i palcem wskazującym, posyłając małe tęczowe błyski na blat stołu.

– Dziś mijają trzy lata, odkąd wyjechałam z Rosji – powiedziała smutno i melodyjnie, tracąc ładny francuski akcent. – Wracają złe wspomnienia. Przyszłam do ciebie z pryzmatem, żeby poczuć się lepiej.

– Dręcząc mnie?

– Tak, przecież nie chcę, żeby się ktoś nade mną użalał. – Uśmiechnęła się krzywo i puściła do niego oczko.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybiera mnie, żeby porozmawiać i poczuć się lepiej – oświadczył Olivier dobitnie.

– Taaak, usłyszałam tę sugestię, że ze mną jest naprawdę źle. Dzięki, ale nie pierwszy raz to słyszę i jak dotąd nie pomogło.

Olivier westchnął niecierpliwie. Czy on ma teraz starać się pomóc Nataszy? Pomóc?! Niby dlaczego, niby w czym, niby jak, niby po co?

– Ten nasz młodszy inspektor przypomina mi Saszę – powiedziała Natasza Andriejewna, od niechcenia biorąc do ręki opakowanie po herbacie z eukaliptusa, które przytargała tu Luna. – Tak samo delikatne to, wrażliwe i z bezgraniczną wiarą w ludzi. Choć Sasza miał więcej możliwości wypróbowania swojej wiary w działaniu i chwała mu za to, nie stracił jej mimo wszystko. Ten tutaj sprawia wrażenie, jakby wciąż nie wyrósł z krótkich spodenek i pufków. Aż chciałam mu powiedzieć, żeby zastanowił się, czy na pewno aurorstwo to robota dla niego. Ale nie chciałam zrobić tego, co Sasza zrobił mnie. – Natasza uśmiechnęła się ponuro, patrząc na swoje odbicie w kostce szkła.

– No, a kim jest Sasza? – zapytał Olivier od niechcenia. Natasza uśmiechnęła się, ale tak jak jeszcze nigdy Olivier nie widział, żeby się uśmiechała, głębokim, pełnym uśmiechem, bardzo kobiecym i bardzo smutnym. I choć patrzyła na niego, to wcale nie na niego.

– To był mój narzeczony – powiedziała po chwili niskim głosem, w którym brzmiało tak wiele rzeczy, że Olivier nie miał nawet ochoty na dalsze złośliwości. Teraz był już zaciekawiony. Zaintrygowany nawet. Przerwał siekanie ziół, choć noża nie odłożył.

– Saszę poznałam u znajomych ciotki, kiedy niechętnie zgodził się opowiedzieć jedną ze swych ostatnich przygód. Zrobił to w formie zagadki dla zebranych i kiedy domyśliłam się rozwiązania, mogłam tylko fuknąć na niego, że to ohydne. Nie wiem, czy wybrał tę sprawę specjalnie, żeby zniechęcić gości, ale potem zaczęliśmy dyskutować, potem umówiliśmy się na kolejne spotkanie... On był trochę zadurzony w Klarze, mojej znajomej zresztą, ale postarałam się, żeby szybko o niej zapomniał. Niech pan uważa, Aleksandrze Lwowiczu, mówiłam, Klara nie jest zbyt sympatyczną osóbką. Sasza oczywiście się oburzył strasznie, ale wysłuchał spokojnie. Dlaczego jej nie lubię? Bo jest irytującą i zarozumiałą kobietą, ot co. Uwielbia być uwielbiana, zachowując pozory skromności, uwielbia cierpieć w milczeniu, tak, by wszyscy ją za to podziwiali i jeszcze kilka innych tego typu małych paskudztw mogłabym panu wymienić. Sasza nie pozostał mi dłużny: pani też uwielbia być uwielbianą, Nataszo Andriejewno, jestem tego pewny! – Natasza uśmiechnęła się z satysfakcją i wzruszyła ramionami. – Och, tak, oczywiście – powiedziała, pół do Oliviera, pół do Saszy, jakby przeniosła się w czasie. – Ale ja się z tym nie kryję. Ja gram otwartymi kartami. A jeśli cierpię, to albo nie chcę by inni wiedzieli i wtedy faktycznie nikt o tym nie wie, albo chcę i wtedy wie każdy. – Ostatnie słowa zabrzmiały jakoś groźnie. – Sasza był straszliwie denerwujący w tym momencie, ale najpierw się z nim pokłóciłam, potem zaprzyjaźniłam, a w końcu zakochałam i wszystko było dobrze.

Przez chwilę trwała cisza. Olivier odłożył nóż.

– Sasza był niezwykły – ciągnęła Natasza. – Nawet mnie zdołał przekonać. Ale potem, cóż, jedno potężne faux pas z jego strony i wszystko się rozsypało. Zaczęliśmy od awantury i skończyliśmy na awanturze. Szkoda – udała, że zaciąga się papierosem i z doskonale obojętną miną wydmuchnęła nieistniejący kłąb dymu. Ale zdradziły ją oczy i chwilę później krzywy uśmiech. – Wiesz, że opowiadałam to tylko Lunie? I hrabiemu, ale on i tak wiedział wcześniej. Ale Luna... Dziewczyna ma dar. Czy ty też spowiadasz się jej z taką łatwością jak ja?

Olivier, zaskoczony, nie zdołał zachować obojętnej miny. Natasza siedziała spokojnie i tylko patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nawet nie dopytywała, nie musiała. Potem brwi jej zadrgały i znów wpatrzyła się w pryzmat.

– I?... – mimowolnie wtrącił Olivier. – Dlaczego tak się stało?

– Ciekawy? – uśmiechnęła się, jakby pomyślała: „A widzisz, mam cię, teraz chcesz, żebym mówiła". I mówiła. – Przez mojego brata. Aż tak się nie rozklejam, więc ci nie opowiem co zrobił, ale nic dobrego. Ale możesz mi powiedzieć, że to jego prawdziwa natura i musiał tak zrobić. Że to wcale nie jego wina. Może wtedy lepiej się poczuję?

Olivier wolno pokręcił głową.

– Ach, masz rację, ale spróbować zawsze warto... W każdym razie to i owo się stało, a ja dokumentnie straciłam wiarę w ludzi. Doszłam do prostego wniosku, że ludzie i tak zrobią to, co im się opłaca. Nie myślisz, że miałam rację?

Olivier wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– Ty chyba uważasz, że nie miałaś racji?...

– Słusznie – skinęła głową. – Trafna obserwacja. Aż zadziwiające w moich ustach, nie? – uśmiechnęła się przelotnie. – Ale chciałam tylko powiedzieć, że Sasza siedział ze mną, pocieszał, przytulał i przekonywał tyle ile było trzeba, nie zwracając uwagi na moje krzyki i wyzwiska. Ani razu mi nie powiedział żebym przestała płakać. Opowiedziałam mu wszystko, pewnie nawet za dużo, a on na wszystko miał odpowiedź. I nic nie mogłam mu powiedzieć, co by zmieniło jego pojęcie o świecie. Przede wszystkim powiedział mi, że przecież ważne jest, co się wybierze samemu, a nie co się w efekcie zyska, bo na to nie zawsze mamy wpływ. Że ja wcale nie muszę robić tak jak inni. No, i co na to powiesz?

Olivier na końcu języka miał już odpowiedź, że Sasza był naiwny, ale się powstrzymał. Natasza mogła nie przyjąć tego dobrze.

A ona chyba i tak domyśliła się wszystkiego, bo miała znów ten swój wszystkowiedzący, nieznośny uśmieszek.

– Mówiłam już, że Sasza też był aurorem? Mój brat był przestępcą, wiesz? A ja chciałam go chronić. Marszczysz brwi. Dlaczego? Czy nie powinnam?

Olivier wzdrygnął się, bo nie myślał, że Natasza coś zauważy.

– Mój brat też jest przestępcą. Czy właściwie był. Czy to dlatego przyszłaś z tym właśnie do mnie?

– Ach, sam widzisz, ile mamy ze sobą wspólnego. Nie, nie bezpośrednio dlatego. Raczej intuicyjnie dlatego. Chcesz wiedzieć, co było dalej?

– Jeśli dowiem się w miarę szybko, do czego zmierzasz...

– Nie drocz się ze mną, słonko. Mi i tak nie jest łatwo to opowiadać.

– Nie musisz.

– Chcę. Wiesz, co to znaczy?

– Że i tak postawisz na swoim?

Natasza wybuchnęła głośnym śmiechem. Odchyliła głowę do tyłu i przez moment nie mogła się uspokoić. Faktycznie, pomyślał Olivier. Jakoś tak niepoważnie to zabrzmiało.

– Nie, nie to miałam na myśli – wykrztusiła wreszcie Natasza, kiedy znów była w stanie mówić. – Aczkolwiek to uroczo i słodko z twojej strony. Nie, chodziło mi o to, że „chcę" to coś więcej niż te twoje instynkty.

– Zostaw to już. Musisz być dla mnie złośliwa?

– Tak – powiedziała poważnie. – Inaczej nie będziesz słuchać. Muszę cię prowokować.

– Prowokuj więc, już mi wszystko jedno... – westchnął i wrócił do siekania.

– Chciałam, żebyś mi powiedział, że Sasza nie miał racji... – westchnęła Natasza. – Popatrz na mnie, Olivier...

Do jej głosu wkradły się jakieś nowe i dziwne nutki, trochę błagalne, a trochę nawet płaczliwe, więc Olivier popatrzył, zdziwiony i ciut zaniepokojony. Brwi Nataszy wykrzywiły się lekko, bruzda między nimi była coraz głębsza, kąciki ust opadły. Teraz wyglądała inaczej. Wpierw jak człowiek, co też nie zdarzało jej się często, ale poza tym obudziła w Olivierze dziwną chęć pomocy.

– W czym nie miał racji? – zapytał cicho, miękkim tonem, jakim zwracał się tylko do Richarda.

– Sasza zgodził się pomóc mojemu bratu. Wyciągnąć go z więzienia. Uzgodniliśmy wszystkie szczegóły wspólnej akcji. Wiedziałam, co mam robić. Wiedziałam wszystko. Powiedział... że jest ze mnie dumny, wiesz? Z mojej decyzji, mojej odwagi. Byłam naprawdę gotowa na każdą ofiarę i każdą głupotę, żeby wyciągnąć Dymitra z tego bagna. Wierzysz mi? Wierzysz, że dałabym sobie radę?

– Wierzę – odpowiedział Olivier bez wahania i nie kłamał.

Natasza uśmiechnęła się z wdzięcznością, czego też jeszcze nigdy u niej nie widział. Złapał się na tym, że przysiadł na stołku i pochylił się w stronę Nataszy.

– To miało być bardzo niebezpieczne. Ale nie mogliśmy wtajemniczyć nikogo. On ryzykował całą karierę. Dla Dymitra. Nie, dla mnie. – Potrząsnęła szybko głową, jakby nie mogła się zdecydować. – A właściwie to dlatego, że tak było sprawiedliwie. Dymitr zrobił to z głupoty, dużo gorsi i potężniejsi od niego wszystko ustawiali. Nie zasługiwał na taką karę, ale Ministerstwo potrzebowało kozła ofiarnego, nie chciało czekać, aż Sasza rozpracuje całą szajkę. Skazali mojego brata na dożywocie, ale w warunkach, które równały się śmierci...

– Ale co się w końcu stało? – Olivier w głowie tworzył sobie już rożne scenariusze. Czyżby nie udało im się wyplątać z tego Dymitra? A może Sasza zginął podczas akcji? A może zabił go Dymitr? Olivier już zobaczył dwie ciemne sylwetki, jedna leżała, druga pochylała się nad pierwszą z zakrwawionym nożem w ręku.

– Sasza uratował Dymitra.

– I?... – Olivier zdezorientowany potrząsnął głową, bo Natasza powiedziała to tak, jakby wszystko w tym punkcie było jasne i można się już było oburzać.

– Sam – doprecyzowała zirytowana. – Poszedł tam sam. Wcześniej, niż się umówiliśmy. A ja dostałam piekielny list z wyjaśnieniami.

Olivier wciąż nie rozumiał, skąd cały dramat, skoro wszyscy najwidoczniej to przeżyli.

– Potraktował mnie jak dziecko! – wrzasnęła Natasza, zeskakując ze stołka, który z hukiem upadł i uderzając dłońmi w stół, aż Olivier podskoczył. – Nie rozumiesz?! Najpierw plótł same bzdury o tym jak to cudownie decydować i działać samemu, a potem nie pozwolił mi zrobić nic! Nic! Przyszłam do ciebie, żebyś powiedział, że to, co mówił Sasza, to naprawdę były bzdury! Żebym mogła cię potem wdeptać w ziemię i udowodnić, że to była prawda, a Sasza zachował się jak... Ach!

Machnęła ręką, zgarnęła ze stołu pryzmat i cygaretkę i łupiąc w podłogę obcasami, wymaszerowała z pokoju. W drzwiach obróciła się jeszcze na moment.

– Jeśli powiesz o tym komukolwiek, zabiję cię.

I już jej nie było, a Olivier stał dłuższą chwilę bez ruchu, próbując zebrać myśli. Wreszcie wrócił do siekania, zadowolony, że już prawdopodobnie nic go od tego nie oderwie. I to Natasza twierdziła, że on dziwnie podchodzi do swoich kłopotów!

Wieczorem, z Luną pod rękę, Olivier wszedł do Les Trois Mosquetaires. Był pełen złych przeczuć. Zanim wyszedł z domu, miał nawet nadzieję, że mały będzie trochę marudny i dostarczy pretekstu, by tata musiał z nim zostać. Ale usnął jak aniołek pod opieką babci, która miała surowo przykazane, żeby w razie najmniejszych problemów od razu wezwać Oliviera. To nie była przesada, tłumaczył i jej, i w sumie sam sobie. On przecież najlepiej umiał dostrajać się do prawdy o magii Richarda i ją stabilizować w razie potrzeby. Pomagały mu w tym lata studiów nad najdelikatniejszymi nawet zaklęciami.

Dookoła panował półmrok, rozświetlany tylko małymi płomykami świeczek w rozstawionych chaotycznie lichtarzach. Skyler siedział w centralnym punkcie winiarni i beztrosko kołysał się na krześle. Olivier znów złapał się na tym, że zauważa więcej rzeczy, które dzieliło ich ze Skylerem, niż łączyło. Rozchłestana niedbale koszula Skya i jego własna, starannie zapięta kamizelka i zawiązana kokarda. Pajacykowa, chłopięca fryzura w stylu „wiatr mnie czesał" i puszyste, trochę rozwiane, ale starannie ułożone włosy Oliviera. O ile on sam niedbały wygląd co najwyżej reżyserował, o tyle Skyler wyglądał, jakby naprawdę było mu wszystko jedno. Może pozostawał tak bardzo przekonany o swoim nieodpartym uroku?

– Luna Lovegood, moja przyjaciółka, pracujemy razem. Skyler Lovriver, mój najlepszy przyjaciel ze szkoły – przedstawił ich Olivier. Sky lekko wstał i jedną ręką obejmując Lunę wpół, pocałował wprost w usta.

– Skyler!

– Gniewasz się? – Jego zdziwienie było niby to autentyczne, ale podszyte kpiną i zadowoleniem z udanego żartu. Olivier otworzył usta, ale nawet nie umiał krzyknąć, że „tak, do diaska, tak, gniewam się!". Luna zaś stała zamyślona, jakby jej to wcale nie dotyczyło i tylko przyglądała się szeroko otwartymi oczami. O ile wiecznie wyglądała na zdziwioną, o tyle pojedyncze wydarzenie rzadko wyprowadzało ją z równowagi.

Usiedli w końcu i Olivier udał, że wybacza Skylerowi to zagranie, głównie dlatego, że nie miał ochoty na awanturę. I tak skończyłoby się beznadziejnym poczuciem krzywdy ze strony Skylera i frustracją Oliviera, jak po uderzeniu w gruby, niewidzialny mur.

– Co się z tobą działo, Skyler? – zapytał Olivier, żeby zacząć jakoś w miarę neutralną rozmowę. – Dlaczego nie dawałeś znaku życia?

– Nie mogłem. – Skyler wzruszył ramionami, niby to obojętnie, ale uśmiechając się czarująco, swoim najlepszym uśmiechem kruchego pajacyka. Ostatni moment uśmiechu dostał się kelnerce, która przyniosła ich zamówienia. Mimo słabego światła, Olivier wyraźnie dostrzegł, jak się zarumieniła.

– Ministerstwo mnie zatrudniało – ciągnął Sky. – Tajny projekt. Byłem więcej wart niż ktokolwiek inny w całych Stanach.

– I tak po prostu nam to teraz mówisz? – Olivier sceptycznie zmarszczył brwi.

– Nie udało się – powiedziała równocześnie Luna. – Co to było?

Brzmiała, jakby była lekko zaniepokojona. Olivier miał wrażenie, że coś przegapił. Tymczasem Skyler machnięciem ręki przywołał do siebie kwiat z wazonu na wysokim parapecie. Narcyz, jak stosownie.

– Nie używam różdżki, bo to badylek z iskierkami – oznajmił nikomu konkretnemu. – Ministerstwo chciało, żebym wymyślił dla nich skuteczną broń do walki z przemytnikami. Miałem opracować sposób i przeszkolić ich służby aurorskie. Oczywiście tylko niektórych. Problem polegał na tym, że ci goście łapali smoki pendorskie i przerabiali je na narkotyki. Bardzo wydajnie zresztą, mało co z takiego smoka zostawało niezużyte.

Smok pendorski był jednym z najmniejszych i najrzadszych gatunków na świecie. Żył tylko na wyspach archipelagu Florida Keys i nikt prócz specjalistów nie wiedziałby o jego istnieniu, gdyby nie ciągłe doniesienia mediów na temat mafii, karteli i przemytu najdroższego znanego narkotyku ze smoka.

– Wiecie, co wymyśliłem? Zaklęcie rzucane na smoka. Gadziny są głupie i powolne w przeciwieństwie do tych ludzi. Smok w chwili śmierci uwalniałby zaklęcie, a konkretnie Avadę i nikt już nie próbowałby łapać następnego. Oczywiście nie w przypadku śmierci z przyczyn naturalnych, jedynie od zaklęć, jakie stosują przemytnicy.

Skyler był chyba na wpół obrażony, że projekt upadł, a na wpół dumny z tego, co zrobił. No cóż, od strony technicznej to na pewno trudne zaklęcie, wymagające, pierwsze tego typu w odniesieniu do smoka, ale...

– Nie przyjęli tego projektu, dacie wiarę? – odezwał się po chwili, wyrywając z kwiatka ostatni płatek. – Zrobiłem ten cholerny projekt, tak jak chcieli, ulepszałem go, aż powstało dzieło geniusza, a oni mi go nie przyjęli, mówiąc, że to niehumanitarne. Jakby sami tego nie wymyślili wcześniej. Skazani przemytnicy oddaliby wszystko, żeby trafić choćby do brytyjskiego Azkabanu czy na waszą Wyspę Świętej Małgorzaty, a najczęściej rzucają autoavadę. Nihil novi, przyjaciele, nihil novi.

Zapadła niezręczna cisza. Olivier właściwie nie czułby się zdziwiony czy zakłopotany, aż tak go pomysły Skylera nie szokowały, ale obok siedziała Luna, emanując wprost myślami, więc zawstydził się za przyjaciela. Ale on od dziecka był taki. Popisywał się, tworząc najróżniejsze kombinacje zaklęć, niezwykłe wynalazki, które potem prezentował na forum szkoły albo w gronie kolegów i zbierał uznanie, komplementy i nagrody. Potem o nich zapominał i w najmniejszym stopniu nie interesował się, jak są używane. A niektóre powstały przecież specjalnie po to, by łamać regulamin, oszukiwać czy nawet wprost krzywdzić. Sporo zaklęć było przekleństwami przeznaczonymi do walk, bo trudno nazwać pojedynkiem jatkę, jaka czasem z tego wychodziła. Skyler nie pojedynkował się za to nigdy. Sam nie znajdywał wystarczających powodów do wyzwania kogoś, wszyscy tego pilnowali, a jego nie wyzywał nikt. Kto ośmieliłby się wyzwać tego dziwnego cudzoziemca, sprawiającego co prawda wrażenie kruchej lalki, ale otoczonego zasłużoną sławą twórcy strasznych zaklęć. Jak widać, nic się nie zmieniło. Jeśli coś ma być wynalezione, to najważniejsze, żeby właśnie Skyler tego dokonał i mógł być z siebie dumny, przekonany o swojej wyjątkowości i o tym, że dla innych to za trudne.

A teraz Sky znów siedział spokojny i zamyślony, istny gwiezdny chłopiec, zagubiony jak towarzysz Piotrusia Pana. Olivier po raz pierwszy poczuł się naprawdę dorosły. Dotąd nie zastanawiał się nad tym; to, co było do zrobienia, po prostu robił, pracował, opiekował się dzieckiem... Nagle uświadomił sobie, że jeszcze wcale nie tak dawno sam był taki jak Skyler. Para mózgów – postrachów Beuxbatons. Co się stało? Dlaczego Skyler został z tyłu?

Luna zamrugała, ale trochę tak, jakby przeganiała z oczu łzy.

- Bardzo dobrze, że nie przyjęli – orzekł Olivier. - Jeszcze tego by brakowało, żeby używać tych zwierząt jako broni. Nie wystarczyło zaklęcie, dzięki któremu można było je śledzić?

- Zbyt nieciekawe – powiedziała cicho Luna. Skyler poderwał głowę, popatrzył na nią ostro, ale nic nie powiedział. Olivier pierwszy raz widział, żeby Luna kogoś oskarżała, bo nie było wątpliwości, ten ton, ten wzrok...

Zerkał to na nią, to na Skylera. Nikt tu nikogo nie przekona. Skyler żył w świecie, w którym ściany wyłożone były poduszkami. Cokolwiek zrobił, spodziewał się miękkiego lądowania. „Dziwne", pomyślał nagle Olivier. Czy to dlatego Skyler tak usilnie próbuje rozbić się wreszcie naprawdę?

– Jestem wolny, więc robię, co chcę! – oznajmił Skyler z dumą, wznosząc kielich wina w toaście za swój projekt. Tylko on spełnił ten toast.

Olivier zdał sobie sprawę, że Skyler jest już pijany. Nawet więcej, oczy błyszczały mu nienaturalnie, a ręce lekko drżały... Czyżby smok pendorski?

– Żaden system nic nam nie narzuci! – zawołał Skyler, pochylając się do Oliviera. – To było nasze hasło w Beauxbatons! I co? – zapytał gorzko. – Teraz dałeś sobie narzucić wszystko: dom, dziecko, pracę, nie wiadomo co jeszcze. To dlatego nigdy się nie ożenię – oświadczył. – Kobiet mam na pęczki, zmieniam je jak rękawiczki i nie zamierzam się wiązać. Jestem wolnym człowiekiem! – zakończył chełpliwie i opadł na krzesło, jakby ktoś przeciął wszystkie nitki, dzięki którym się poruszał.

Olivier sięgnął po wino Skylera i popatrzył pod światło - migotliwe, ciemnozielone kryształki na dnie naczynia mówiły same za siebie.

- Wracajmy – szepnęła Luna.

Olivier zaklęciami doprowadził przyjaciela do jako–takiego stanu, a potem wyprowadzili go na ulicę i ruszyli w stronę hotelu, najdroższego czarodziejskiego hotelu w Paryżu. Kiedy szli, wiatr przesuwał obok nich gazety. („Jak te kulki w Teksasie", wymruczał prawie niezrozumiale Skyler). Sky zataczał się i plątał, jakby to, co wziął, żeby usunąć pustkę, wypełniało go jakoś nierówno, niesymetrycznie i pozbawiało równowagi. Nucił przy tym pod nosem jakąś jazzową melodyjkę. Poirytowany Olivier musiał go prowadzić przez całą drogę.

Jednak kiedy widział śpiącego przyjaciela, leżącego na łóżku z rękami i nogami rozrzuconymi na boki, miał wrażenie, że patrzy na zepsutą zabawkę. Luna właśnie przykrywała go kołdrą. Spróbował przez sen chwycić jej rękę, przyciągnąć do siebie, ale zgrabnie się wyślizgnęła.

– Smutno nam – powiedziała Luna, kiedy już wyszli na ulicę i ciasno objęci, tak jak Olivier tego potrzebował, szli w stronę jej mieszkania.

Olivier mocniej ją przytulił, błądząc wzrokiem po kamiennym bruku ulicy. Dlaczego miałby pomagać Skylerowi, który sam nie zrobił dokładnie nic, a wręcz przeciwnie, i jeszcze wydawał się całkowicie poza możliwościami zmiany i naprawy? Nie mówiąc o tym, że Skyler na pewno nie pomógłby jemu.

Co zresztą ma zrobić? To, co wcześniej? Kiedy widzieli się ostatni raz, porządnie już pijany Skyler zaczął wygadywać jakieś bzdury i spróbował położyć rękę na piersiach Marlene. Olivier zerwał się z krzesła, po drodze zrzucił ze stołu połowę naczyń i chwyciwszy przyjaciela za frak, podniósł wysoko w górę. Jak dziecku, akcentując każdą sylabę, wytłumaczył, że to nie ma się nigdy powtórzyć.

– Skyler nie żyje sam. Żyje jak dziecko, tylko nie ma rodziców – wygłosiła Luna swój kolejny kalambur. I co niby Olivier miał z tym zrobić? Szlag, najpierw Natasza, potem Skyler, z jakiej racji miałby im pomagać? Czy oni kiedykolwiek pomogli jakoś jemu? Czy teraz w ogóle prosili o pomoc? No właśnie nie prosili, nie tak naprawdę, więc Olivier nawet nie musiał im odmawiać. Albo – nie miał jak im odmawiać! Luna lubiła wszystkich i nawet jego lubiła, chciała, by był szczęśliwy... Ale Luna w pewnych kwestiach jednak się myliła. Dlaczego nie w tej?

Następnego dnia rano Olivier przyszedł jednak do Skylera, niechętnie przyznając sam przed sobą, że się martwił o przyjaciela. I że jednak przyjaciela. Sky był blady, oczy miał sino podkrążone, policzki zapadłe. Pakował się. To znaczy: wrzucał wszystko byle jak do pomniejszającej walizeczki.

– Nie mam żadnych spraw w Paryżu – oświadczył burkliwie na pytanie Oliviera. – Przyjechałem tylko dlatego, że tam nic się nie udało. Odrzucili mój projekt. A tak się dla nich starałem!

Olivier z przerażeniem zobaczył jak Skyler osuwa się na podłogę, płacząc, przyciskając ręce do twarzy, a potem po prostu bezradnie rozmazując łzy.

– Sky... – powiedział niepewnie, szykując się na dłuższą rozmowę–scenę. – Przecież... Przecież nie tylko te projekty się liczą...

– Wszyscy lubili mnie tylko za to, co robiłem – przerwał mu Skyler. – Byłem uwielbiany i podziwiany, bo byłem od nich lepszy.

No i? Czy Olivier mógł mu teraz powiedzieć, że był znienawidzony za bycie lepszym? Że jeśli był naprawdę lubiany, to za coś naprawdę innego? Jeśli.

– Sky. – Olivier usiadł koło niego i objął ramieniem. – Nie jesteś ode mnie lepszy. Więc nie mogę cię za to lubić, a jednak lubię.

Przyjaciel zamyślił się. Olivier uśmiechnął się nieznacznie, widząc, że to stwierdzenie naprawdę Skya zaintrygowało.

– Mówisz?

– No.

– To nie wyjadę jeszcze. Wyjadę jutro, a dziś chodźmy znów na miasto. Żeby było naprawdę jak dawniej. Nie tak jak wczoraj. I nie bierz ze sobą Luny. Boję się jej.

– Dziś muszę zostać z synkiem. Nie mogę już bawić się tak jak dawniej. Ale zapraszam do mnie.

Skyler prychnął pogardliwie.

– Nie będę siedział z dzieciakiem i łaził dookoła na paluszkach.

Olivier zesztywniał. Sky wyczuł ochłodzenie atmosfery, bo dodał zaraz:

– Nie bądź na mnie zły, Olivek. Ale widzisz, to ty pierwszy się zmieniłeś. To ty zerwałeś z tym, jacy byliśmy dawniej.

„Tak, i gdyby nie ty, nigdy bym sobie tego nie uświadomił... Czy ja naprawdę jestem już taki dorosły? Czy ja potrafię mu to wytłumaczyć?"

– Sky, no właśnie. Jestem dorosły. Chcę zostać z dzieckiem i nie zmienisz tego.

– Olivier! – krzyknął Skyler, zrywając się z miejsca. – Wcale nie! Nie wierzę w to, nie ty! Dlaczego ty mnie nie rozumiesz?!

Olivier ledwo zdążył zasłonić się przed zaklęciem i to tylko dlatego, że mózg sam pamiętał dawne wybuchy przyjaciela. Może zresztą powinien się tego spodziewać? A może nie powinien się osłaniać? Skylerowi zdecydowanie potrzeba zerwania poduszek ze ścian.

– To ty nic nie rozumiesz, Sky. Ja jestem szczęśliwy, kiedy mogę z czegoś zrezygnować dla mojego synka.

– Przepraszam... – Skyler opuścił ręce, znów wyglądał jak marionetka, której przecięto sznurki. – Ale czy to nie ty mówiłeś, że człowiek dąży w życiu tylko do przyjemności? Ja pamiętam nasze rozmowy ze szkoły, jakby to było wczoraj. Dlaczego mówisz mi teraz zupełnie co innego?

– Mówiłem... Przypuszczam, że sam się nieco pogubiłem. Ale mały jest najważniejszy i nic tego nie zmieni.

Skyler chciał coś powiedzieć, ale zdyszany i na krawędzi omdlenia zatoczył się tylko. Olivier objął go mocno i przycisnął z całych sił, podtrzymując równocześnie przed upadkiem. „Skyler, mój przyjaciel", pomyślał. Luna znów miała rację.

– Dobrze mi tak – mruknął Skyler przez łzy, z nosem wciśniętym w ramię Oliviera. – Że te smoki, że nie przyjęli. Wreszcie prysła ta bańka mydlana, w której żyłem. Olivek... ty jesteś prawdziwym przyjacielem. Mogę być twoim?

No przecież zawsze był...

A potem Olivier poszedł do PIMY, spokojny już o niego. Przez kontrast nagle wydało mu się, że teraz oto już wszystko będzie dobrze. Zawsze będzie dobrze. Na wieczność. Jakże szybko to prysło!

To było po tym, jak zwierzątko zaczaiło się na Oliviera i na oczach Luny skoczyło, rozpływając się w powietrzu, gdy go dotknęło. Olivier natychmiast przerwał pracę nad eliksirem, rozejrzał się bezradnie, potem popatrzył na Lunę i powiedział:

– Luno... Po co ja to wszystko robię? – odłożył nóż i zielobędzie, które kroił. Rośliny rozsypały się po stole emanując nieprzyjemny, mdlący zapach. – Przeżyję te trochę czasu, potem umrę i wszystko się skończy? Patrz, tu jest traktat Nefrytowego Mistrza o umyśle. A przecież on umarł w Chinach, tysiące lat temu. Nie ma go. Nie wie, że ja teraz z tego korzystam, bo i jak mógłby wiedzieć. Po co my w ogóle coś robimy?...

Kiedy Luna powiedziała mu o zwierzątku, pokręcił przecząco głową.

– Nawet jeśli, to przecież nie pierwszy raz się nad tym zastanawiam.

– Oczywiście. Ale teraz to to zwierzątko cię sprowokowało. Widziałam wyraźnie.

– Luno, nie ma takich zwierząt. Wiem, sam je widziałem, ale... – głos mu się załamał. – Ja tak nie chcę.

Luna mocno go objęła i przytuliła.

– Olivier, nie znikniesz po śmierci. Jesteś czymś więcej niż ciałem.

Pokręcił głową i pociągnął nosem. No jak? Jak mógł być czymś więcej niż ciałem? Był naukowcem, nawet nie wypadało mu myśleć inaczej. Był dumny z tego, że jest tego świadomy. Ale jednak... jednak czas przeszły. Był dumny, już nie jest. Teraz już tylko się bał.

Wieczorem poszli razem do Rodriga, do jego piwnicy z wykopaliskami.

– Zatrzymaj się, Olivier. – Przytrzymała go za ramię. – Słyszysz?

Nasłuchiwał przez moment, nie pytając o nic. Nauczył się ufać w nagłe objawienia Luny. Cichy szmer na granicy słyszalności. Jakby piosenka, przeplatana dzwoneczkami. Dźwięk dochodził z dołu i Olivier nabrał ochoty unieść się w powietrze. Wyobraził sobie cały dywan drobnych owadów, które lada chwila zaczną wspinać mu się po nogach. Ale Luna trzymała go mocno, więc się nie poruszył.

– To ich pieśń wartownicza – powiedziała niewiele głośniej od tego dźwięku. – Tam jest strażnik – wskazała iskierkę białego światła przycupniętą na ułamanej cegle. – Kiedy on śpiewa, reszta wie, że może żerować spokojnie. Jeśli podejdziemy bliżej, spłoszymy wszystkie.

– A gdzie są inne?...

– Och, wszędzie... Na jednego wartownika przypada kilkadziesiąt osobników.

Zamrugał i wpatrzył się w mrok. I rzeczywiście. Biorąc pod uwagę kolejne iskierki, które zauważył, oceniłby liczebność populacji na... ogromną.

– I co teraz zrobimy? – zapytał spokojnie.

Luna pociągnęła go za sobą, powoli, tanecznym, lekkim krokiem.

– Cofniemy się i je ominiemy.

Ostrożnie weszli na teren wykopalisk. Rodrigo siedział nad dziurą w ziemi i pracowicie wydobywał z niej małe odłamki kości. Dopiero po chwili zauważył ich wejście. Wstał i chciał podejść parę kroków w ich stronę, ale zachwiał się niebezpiecznie i niemal upadł. Olivier w ostatniej chwili zdążył podbiec i go złapać. Kiedy przeszły już zawroty głowy, Olivier bezceremonialnie go skrzyczał.

– W ogóle o siebie nie dbasz! Idiota!

Rodrigo błysnął groźnie oczami, ale nic nie powiedział.

– Co zrobiłem, że pokarało mnie takim głupim bratem?! – ciągnął dalej Olivier. – I dlaczego ja się w ogóle przejmuję?!

Rodrigo wstał gwałtownie.

– Sam chcesz się przejmować. Nie ma nawet czym! Nie twoja sprawa. Zostaw mnie już w spokoju.

– Dlaczego nie moja? Rodrigo! Co się dzieje, wyglądasz jak zjawa, przemykasz ponuro po kątach, chowasz się w tej piwnicy, po ciemku... Dlaczego nie możesz przestać myśleć o wojnie?! Powinieneś zapomnieć!

Rodrigo z zaskakująca siłą chwycił go za ramię. Olivier krzyknął z bólu i próbował się wyrwać, ale brat trzymał mocno.

– Milcz wreszcie – syknął. Olivier kątem oka widział, że Luna wzdrygnęła się, tyle złości było w jego głosie. – Wynoś się stąd. Jak śmiesz kazać mi zapomnieć o rodzinie?!

Puścił Oliviera, jednocześnie popychając go. Olivier upadłby, gdyby Luna go nie złapała.

A ona prawie się rozpłakała. „Bo to było... było straszne. I okropnie niesprawiedliwe", powiedziała później.

Olivier natomiast stał spokojnie i nic nie powiedział. Tylko jego oczy na moment się zamgliły, powieki lekko opadły, opadły też kąciki ust, nim zmusił je do ironicznego grymasu. Smutek wydawał się parować z niego i rozsnuwać się po pomieszczeniu. Luna mimowolnie się skuliła, kiedy musnął ją ten czarniawy, lepki obłok. Potem Olivier wyprostował się, owinął płaszczem i bez słowa wyszedł. Luna spuściła głowę i pobiegła za nim.

Niemal biegł ulicą. Luna nic nie powiedziała, ale widać było, jak się wzdrygnęła. Przez wspomnienie wojny? Czy tak po prostu, bo... bo był powód, był...

Wracali w lekkiej mżawce, wąziutkimi uliczkami, wymijając szarych przechodniów. Ramię w ramię i tak obok siebie, wcale się nie odzywając. Ale to była dobra cisza. Nie było lepszych słów niż te niewypowiedziane.

Pomyślał, że może mógłby sprawić jej jakąś drobną przyjemność. Taką, która nie wywoła komentarzy. Może mógłby dziś przygotować jej kolację? Czy może gdzieś ją zabrać? Jak dojdą do jej domu, powie żeby się przebrała i przygotowała. Babcia chętnie zajmie się małym, i tak narzekała, że za rzadko widzi wnuka...

Poszli do mugolskiej restauracji, najlepszej, na jaką Oliviera było stać. Już na kolacji miał dziwne uczucie nierealności, jakby śnił. To było spokojne, smutne trochę czy raczej wzruszające. Coś ścisnęło go za gardło, bo to był taki piękny moment, jeden z tych, które chciałoby się zatrzymać na zawsze, ale wtedy straciłyby całe swoje piękno. Wszystko to minie...

Siedzieli naprzeciw siebie, przy stoliku pod oknem. Widok rozciągał się na Wieżę Eiffela, Pola Marsowe i dalej na Paryż, z boku widać było kawałek Trocadero. Była pełnia i w połączeniu ze światełkami miasta powstawał senny, nierealny karnawał blasków. Chciałby zostać tu już na zawsze, pijąc wino, patrząc przez okno, słuchając cichej muzyki skrzypiec i jeszcze cichszego, wymieszanego z nią oddechu Luny. Szukał tej bliskości. Ona wiedziała o tym i zawsze była, kiedy jej potrzebował. A potrzebował. Nieśmiało trochę, zdawał sobie z tego sprawę, ale to dobrze. Czasem gwałtownie i to też było dobrze.

Luna popatrzyła Olivierowi w oczy i uśmiechnęła się do niego.

– Przypominasz mi eleganckiego czarnego kota – niemal zaśpiewała. – Trochę nadpobudliwego, z ostrymi pazurkami, ale uroczego, pięknego. Szkoda by było, gdybyś stracił pazurki. Nie rób tego, dobrze?

Przysunęła się i objęła go mocno. Czasem tak miała i już. Olivier zarażał się tym od niej. Fala czułości przychodziła i jedyne, co można było zrobić, to objąć i przytulić Lunę, i nie puszczać, póki nie przeszło.

– Byłam tu już kiedyś, wiesz? – mruknęła lekkim tonem.

– Tu?

– Tak – zachichotała.

– Z kim?

– Z Albusem.

Luna uśmiechnęła się szeroko i wyraźnie odpłynęła we wspomnienia.

– Z jakim znów Albusem? – Olivier potrząsnął nią lekko, wciąż ją obejmując. Pod palcami czuł cienki, trochę szorstki, materiał sukienki.

– Z Albusem Dumbledore'em. Przyjechał kiedyś do hrabiego na „jednodniową tajniacką wycieczkę do Paryża", jak to ujął, i zabrał mnie na kolację. Miał mugolski szary garnitur i spiął brodę tak, by wydawała się krótsza. Przedstawiał mnie jako swoją wnuczkę. I miał taką postrzępioną walizkę w kratkę, choć oczywiście nie wziął jej ze sobą na kolację... I świetnie tańczył.

Olivier słuchał z przyjemnością i aż do końca wieczoru pozwalał Lunie mówić i mówić, sam tylko słuchając, bez żadnego zniecierpliwienia zresztą. Melodyjnego głosu Luny naprawdę przyjemnie się słuchało. Potem poszli do jego domu. Kiedy weszli do mieszkania, Olivier zobaczył, że mały zasnął przytulony do Teofila. Teofil był szczególną zabawką. Czasem Richard nie mógł się bez niego uspokoić i krzyczał, póki go nie dostał do rąk i najczęściej też do buzi. Na co dzień natomiast nie zwracał na niego uwagi, chyba że ktoś chciał go ruszyć, zabrać czy nawet dotknąć. Olivier miał jedno proste wytłumaczenie, tylko ono nic nie wyjaśniało.

Teofila przyniosła Luna.

Powiedziała, że czuła się bardzo samotna, kiedy z ogromnym misiem w ramionach władowała się do mieszkania Oliviera. Że już nie mogła wytrzymać. Weszła do sklepu z zabawkami i kupiła misia, odpowiednio dużego, żeby mogła się przytulić jak do poduszki, z kremowym futerkiem, błękitną kokardką na szyi i czymś złotym przyczepionym do kokardy. Nazwała misia Teofilem już w chwili, gdy zobaczyła go na półce. Pewnie pan sprzedawca wydawał się zdziwiony jej zaborczością w stosunku do nabywanego obiektu. Olivier wyobrażał sobie, jak nie chciała puścić jego łapki, nawet przy kasie. Na pewno tak było. Puściła dopiero po drugim pytaniu, czy zapakować, pierwszego zresztą nie usłyszała, zbyt szczęśliwa. A może raczej to była ulga?

Wtedy Olivier nijak nie skomentował pulchnej mordki i dwojga uszu wynurzających się z dużej papierowej torby z napisem "Les joies de l'arc–en–ciel". Być może skomentowałby, widząc ją przytulającą Teofila we śnie, ale tego oczywiście nie miał jak zobaczyć. Być może powiedziałby: "Luna, dziecko, z tobą jest naprawdę źle, to jest już zabawkofilia. Niedźwiedziofilia. TEOFILIA". I uśmiechnąłby się, bo Luna była lepsza od najbardziej misiowatego misia na świecie.

A Teofil ponoć znał wiele sekretów. Bo Luna z twarzą wtuloną w mięciutki brzuszek przytulanki wyszeptała wszystko to, czego nie miała komu opowiedzieć, a przynajmniej tak powiedziała małemu, przedstawiając mu Teofila. A Richard natychmiast przylgnął do misia i za żadne skarby świata nie chciał puścić. Olivier niemal poczuł się zazdrosny, że to nie do niego mały tak się przytula. Luna zostawiła misia Richardowi, który radośnie przytaknął, kiedy dodała, że będzie go odwiedzać.

Obok łóżeczka małego stała wieża z klocków, o dziwo jeszcze nie zburzona. Wyraźnie pomagała przy niej babcia, ale Olivier poczuł dumę z synka. Richard miał umysł analizatora i konstruktora. Co było złożone, z ciekawością rozbierał na kawałki i sprawdzał każdą część. Uwielbiał budować. Poza klockami, no i Teofilem, mógłby pewnie nie mieć innych zabawek. Jak to możliwe, że mały, taki zdolny, taki wspaniały, był jednocześnie tak kruchy? Że to z małym, przyszłym geniuszem, Olivier musiał chodzić wciąż do Świętego Filipa i uważać na każdą magię w pobliżu? Ponoć kiedy mały dorośnie, jego prawda o magii będzie silniejsza. To dobrze, będzie mógł uczyć się czarów i wykorzystać swoje talenty. Ale co jeśli wcześniej coś się stanie?...

Luna delikatnie wsunęła swoją dłoń w jego, lekko ścisnęła. Wyszli z dziecinnego pokoju, a Olivier przypomniał sobie o dzisiejszym dniu, o Skylerze i o bracie.

Nie wracali do tematu Rodriga, zanim nie usiedli w kuchni nad dwoma kubkami kakao. Jej było zwykłe, ale jego specjalne.

– Jak w domu – wyrwało się Olivierowi. Sam się zdziwił. Był przecież w domu. A tamten dawny dom, kiedy sam był dzieckiem? Nieduża hacjenda rodziny Arnedo od lat świeciła pustką. Rodzice zmarli już dawno, a dwaj synowie wyemigrowali – jeden do Wielkiej Brytanii, drugi do Francji. Wszystkie sprzęty i podłogę pokrywał pewnie gruby kurz, a w oknach zwisały pajęczyny. Olivier zobaczył to nagle tak jasno, jakby chodził po domu, nieobecnym wzrokiem wodząc po niewidzianych od dawna miejscach i przedmiotach. Przeglądał stare książki i na nowo odkrywał widok z każdego okna. Usiadł w głębokim, miękkim fotelu, kładąc na pufie stopy. W tym fotelu, dawno temu, miał zwyczaj siadać ojciec Rodriga i Oliviera, a synowie na pufach właśnie, po obu stronach jego kolan.

Luna siedziała cicho, jakby jej nie było. Olivier potrząsnął głową, odganiając dziwne wizje. Podniósł ze stołu korale i przez chwilę trzymał je w ręku. Po tym, jak Luna je zdjęła, kamienie wciąż ogrzewały go jej miękkim ciepłem. Po co właściwie je zdejmowała?

Luna uśmiechnęła się marzycielsko i przysunęła się bliżej, oparła głowę na jego ramieniu. Olivier delikatnie pogładził ją po włosach. Czuł się silniejszy. Ból przycichł, stłumiony i zepchnięty gdzieś głęboko, prawie tak jak wcześniej. Zapłacił za to pewnym otępieniem i wrażeniem nierealności, ale mógł już w miarę normalnie funkcjonować. I tylko tyle, czy to tak dużo, normalnie funkcjonować? Luna była żywa, a on wydawał się sobie martwym przedmiotem. Przestawał powoli czuć i myśleć.

– Luno, jak ty to robisz? Jesteś ze mną cały czas i jesteś taka szczęśliwa?... Pomagasz mi tak po prostu, a przecież nawet ja nie wierzę, że warto?

Obróciła do niego twarz. Uśmiechała się, jak zawsze.

– Cieszę się, że mogę ci pomóc.

Olivier pokręcił głową, niepewny czy wracać do tematu Rodriga. Bo sam się sobie dziwił, ale chciał o tym rozmawiać.

– Luna... ja chciałem pomóc bratu. Nie udało mi się.

– Wiem, że chcesz – powiedziała poważnie Luna. – Mimo skutków lub ich braku.

– Kiedy ja... Luna, ale jak to? Czy ja nie robię tego dla siebie, żeby lepiej się poczuć?

– Myślałeś tak, kiedy robiłeś coś dla Rodriga?

– Tak, i nienawidziłem się za to... – Usta Oliviera wykrzywił gwałtowny grymas. Musiał gwałtownie zaczerpnąć powietrza, tak jakby płakał, tylko bez łez.

– I co wtedy robiłeś?

– To, co miałem zrobić

– To najważniejsze – uśmiechnęła się.

Mimo wszystko, nie był do końca przekonany.

Następnego dnia chciał jednak spróbować coś zrobić. Zaczął schodzić do piwnic, ale przeszkodził mu dziwny widok. Zobaczył Nataszę, wyraźnie wściekłą, prowadzącą jakiegoś chłopaka, który z całych sił się jej wyrywał. Trzymała go za przegub prawej dłoni, a jej długie, purpurowe paznokcie wyglądały jak wampirze szpony.

– Co się dzieje? – zapytał, podchodząc bliżej.

– Złapałam go, jak myszkował po pierwszym piętrze. W laboratorium hrabiego.

– Kim ty w ogóle jesteś? – zapytał z kolei chłopaka.

– Jestem Tristan. Jestem synem hrabiego! Puść mnie wreszcie, kobieto!

– Nie kłam, mały – odcięła się Natasza. – Pan hrabia jest dżentelmenem. Nie możesz być jego synem, skoro tak się zachowujesz. Zresztą właśnie idziemy do hrabiego, więc poczekaj jeszcze z wyjaśnieniami.

– Sama będziesz się tłumaczyć! – krzyknął Tristan, ale już mniej pewnie, trochę piskliwie. – Za złapanie mnie w ten sposób i za twoje protekcjonalne: „No, co my tu mamy"!

– Zatem chodźmy już się tłumaczyć, co? – warknęła Natasza. – Bo nie mam całego dnia, żeby go na ciebie zmarnować, dziecko.

Olivier odszedł czym prędzej, nie słuchając wybuchu złości Tristana po tym ostatnim epitecie. Za chwilę był już u brata.

– Rodrigo – powiedział poważnie. – Przepraszam za wczoraj.

Starszy brat tylko skinął głową, nie odrywając wzroku od oglądanych właśnie kości. Olivier wziął głęboki oddech.

– Potrzebuję cię, Rodrigo. Moje dziecko jest chore. Może umrzeć. Boję się. Bracie...

I póki się nie rozkleił ani nie spowodował awantury, okręcił się na pięcie i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

Wieczorem mały siedział na kocyku i broił coś z klocków, a Olivier siedział przy nim w fotelu i przytulał Teofila. Miś uszyty był z miękkiego materiału, imitującego sierść i trochę był już zmechacony od gorliwego przytulania. Wcześniej musiał poprosić małego o pozwolenie. A teraz miał okazję się przekonać, że cokolwiek Luna zrobiła z misiem, pomagało. Bardzo pomagało. Olivier był już gotów usnąć, kiedy usłyszał hałas w salonie. Ktoś przyfiukał? Luna? Luna zawsze przychodziła pieszo, bo lubiła chodzić po mieście, więc może rodzice Marlene? Ale za chwilę drzwi się otworzyły i wszedł Rodrigo. Więc jednak. Olivier nawet nie śmiał się tego domyślać wcześniej, zepchnął podobną możliwość na samo dno świadomości.

Brat stał przez chwilę w drzwiach, niezdecydowany. Potężna sylwetka, cała na czarno, oprócz białej koszuli i ciemnoczerwonej kamizelki. I białych pasemek we włosach.

– Rodrigo... – Olivier, wciąż trzymając na kolanach misia, umiał się tylko uśmiechnąć, trochę smutno, trochę przez łzy.

– Przyszedłem zobaczyć Richarda – mruknął brat.

– Usiądź... – Olivier nie miał siły się ruszyć, ale ruchem głowy wskazał drugi fotel. Rodrigo zdjął płaszcz i usiadł. Jakiś czas, trudno powiedzieć jaki, ale dla Oliviera tak krótki, a tak chciałby go wydłużyć, patrzyli na małego i było tak dobrze i ciepło, i nic nie trzeba było mówić, byli tu razem, trzech Arnedo, i wreszcie to była rodzina.

Mały przywitał wujka zaślinionym nieco uśmiechem i spokojnie bawił się dalej. Był bystry. Wiedział, że to wujek i że jest bezpieczny. Że wujek to coś, co powinno być zupełnie naturalne i codzienne, więc należy go potraktować jak część domu po prostu, a nie jak wyjątkowego gościa. Jednym słowem, dziecko czuło się dobrze w obecności Rodriga i on chyba też to zauważył, bo uśmiechał się, trochę ponuro, ale naprawdę. Tego uśmiechu Olivier właściwie już nie pamiętał.

– Wygląda zdrowo – mruknął wreszcie Rodrigo.

Olivier pokręcił głową, bo nagle poczuł się niezrozumiany. Jakby Rodrigo powiedział: po co robisz zamieszanie, jak u ciebie wszystko w porządku. A u mnie nie.

– W tej chwili. Godzinę wcześniej ledwo mogłem go uspokoić. Już myślałem, że pojadę z nim do Świętego Filipa. Jest coraz gorzej, nie przez cały czas, ale ataki są coraz silniejsze... – Olivier mówił coraz ciszej, zapadając się w fotel i w misia.

– Olivierze, ciesz się, że w ogóle go masz – powiedział Rodrigo ciężkim, grobowym głosem z jakimś nalotem nieznośnego mentorstwa.

– Nie licytujmy się, proszę. – Olivier zdawał sobie sprawę, że zabrzmiało to płaczliwie, ale było mu wszystko jedno. – Nie dziś, dziś nie mam na to siły...

Rodrigo nic już nie powiedział, tylko zapadł się w fotel, jakby był lustrzanym odbiciem Oliviera. Po paru minutach wstał i wyszedł. Ale stojąc już w drzwiach, odwrócił się na chwilkę, popatrzył na małego, potem na brata i Olivierowi zdało się, że widzi ciepłe cienie w jego oczach.

A pół godziny później zaczął się największy koszmar, jaki Olivier dotąd przeżył. Ni stąd ni zowąd mały rozpłakał się strasznie, z noska zaczęła mu lecieć krew, a powietrze dookoła niego wyraźnie zafalowało. Olivier sam nie wiedział dokładnie, jak zdołał wezwać uzdrowicieli, jednocześnie stabilizując prawdę o magii Richarda, jak dostali się do Świętego Filipa i jak to się stało, że został na korytarzu, podczas gdy oni zabrali jego płaczące i przerażone dziecko.

– Olivier! – usłyszał nagle. Rozejrzał się niespokojnie. Przez tłum przeciskała się ku niemu Luna, zadyszana i potargana, w samej tylko sukience, mimo deszczu. Wreszcie dobiegła do niego, przez chwilę łapała oddech. Olivier poczuł, jak zimny pot spływa mu po plecach. Tak przestraszonej Luny nie widział jeszcze nigdy. Głos uwiązł mu w gardle i nie umiał wykrztusić słowa. Ona nie powinna być przerażona, kiedy tak jej potrzebował.

Luna zamrugała i wzięła go za ręce.

– Co się stało? – zapytała, odzyskując oddech. Musiała długo biec, gdziekolwiek była, kiedy... właśnie, skąd wiedziała? A może jej tu wcale nie było? Może to własny umysł próbuje go tak oszukać?

– Luna! – wykrzyknął, odzyskując nagle głos, choć brzmiący obco i karykaturalnie.

Ludzie dookoła obejrzeli się ciekawie. Po policzkach Luny spłynęły dwie łzy. Puściła jego ręce i objęła w pasie.

– Będzie dobrze – szepnęła. Olivierowi świat zawirował przed oczami, gdyby nie mocny uścisk Luny, przewróciłby się. – Wyzdrowieje.

Olivier cały drżał, nagle zrobiło mu się bardzo, bardzo zimno. W głowie miał chaos, ale jedno wiedział.

– Nie chcę...

Wyprostował się, chwycił Lunę za rękę i pociągnął za sobą. Nie opierała się, pobiegła za nim. Usiedli obok siebie w najciemniejszym kącie, przynajmniej udającym jakąś prywatność. Luna cały czas obejmowała go mocno, oparł więc policzek na jej głowie i patrzył za iluzoryczne okno, w ciemność rozświetlaną światłami mieszkań i latarniami ulicznymi, na domy, sklepy i urzędy, skryte wstydliwie za kurtyną deszczu. Nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje. Czuł tylko puste przerażenie i straszny, palący ból w każdym kawałeczku ciała, aż po czubki palców. Nie było nawet nic, co mógłby powiedzieć, tylko jakaś czarna otchłań, noc, zimno śmierci...

– Olivier... – głos Luny dochodził do niego jak zza ściany. – Olivier.

Z trudem uświadomił sobie, że Luna dotyka dłońmi jego twarzy. Obróciła go ku sobie, spojrzała w oczy.

– Czego boisz się najbardziej? – zapytała cicho.

Drgnął. Odsunął się od niej. Najbardziej? Nie, nie mógł nawet pomyśleć, coś paraliżowało cały jego rozum.

– Olivier. To nie jest prawda. – Pokręciła głową, w oczach miała łzy. Boi się, pomyślał, ale dlaczego? Chwilę wpatrywał się w nią nierozumiejącym wzrokiem. Dopiero potem przyszła mu do głowy najprostsza możliwość: bała się o niego. Jak to możliwe, skoro to on wiedział lepiej? To on próbował patrzeć w twarz strasznej prawdzie. Nie ona, ona żyła złudzeniami i była taka szczęśliwa w swojej nieświadomości! Nie dawała się przekonać. Przyciągała go tym do siebie. Och, jak bardzo przyciągała! Ale teraz nawet ona nie mogła mu pomóc. Jego dziecko umrze. On też. Nic nie będzie.

Zdjął jej dłonie ze swoich policzków i chwilę trzymał w swoich. Luna miała takie ciepłe ręce, w przeciwieństwie do jego własnych, zgrabiałych z zimna. A przecież to ona była ubrana w lekką sukienkę, a on miał płaszcz! I znów grzał się w jej cieple...

Z wyrazu jej twarzy zdał sobie sprawę, że sam musi mieć przerażoną minę. W istocie, zaczęło go ogarniać coś w rodzaju paniki. Wystarczyłby byle impuls, a zerwałby się z miejsca, zaczął krzyczeć, biegać... Oddychał coraz szybciej i zaczynało mu się kręcić w głowie.

– To nie jest prawda – powtórzyła cicho Luna, z pełnym przekonaniem. – Ja w to nie wierzę.

Ale już o tym rozmawiali. Teraz nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa, nawet w myśli, ale kiedyś tłumaczył jej to tak dokładnie. Śmierć to koniec. Dlatego nic nie ma sensu.

– To nie jest prawda – powtórzyła Luna po raz trzeci. Potem delikatnie uwolniła ręce z jego uścisku i objęła go za ramiona, skłaniając, by oparł się o nią, ułożył głowę na jej ramieniu. W tej półleżącej pozycji czuł się jak małe dziecko. Luna delikatnie gładziła go po włosach i całowała w skroń. Drugą rękę położyła na jego piersi. Stopniowo rozluźnił się i wpadł w rodzaj jakiegoś transu. Nie zamknął oczu, a jednak wszystko było tak, jakby śnił. Ocknął się dopiero, gdy podeszła uzdrowicielka. Luna wzięła go pod ramię i pomogła wstać.

– Zrobiliśmy, co można – powiedziała cicho medwiedźma. – Teraz trzeba czekać. Ale stan jest poważny. Może pan do niego iść. Kiedy będziemy mieć dokładne wyniki analiz, powiemy. To może potrwać dość długo.

– To znaczy ile? – wykrzyknął Olivier, dużo ostrzej, niż się spodziewał.

– Kilka godzin, może nawet do rana – odpowiedziała spokojnie uzdrowicielka, pewnie przyzwyczajona do gwałtownych reakcji rodziców. – Potem zdecydujemy o leczeniu. Na razie jest stabilny, ale pod barierami.

Olivier usiadł przy małym, śpiącym albo raczej nieprzytomnym. Dookoła dziecka skrzyły się magiczne ściany. Podobałyby mu się ich kolory i złożone wzory, jakie tworzyły. Ale mały nic nie mógł zobaczyć i pewnie już nigdy nie zobaczy...

Luna przyniosła kolację, zamawiając jak zwykle najdziwniejsze kombinacje dań, w których Olivier grzebał bezcelowo widelcem, nie jedząc nic. Chciał uciec jak najdalej. Zamknął oczy, na moment tylko, oparty o ramię Luny. I nagle znalazł się w hacjendzie rodziców.

Na zewnątrz huczała straszna burza, wiatr trząsł wszystkimi ścianami. Deszcz spływał potokami, dostając się na strych, do piwnic i tych pokojów, które miały szpary w oknach. Olivier nie spał. Chodził po wszystkich zakamarkach, uszczelniając dom i osuszając podtopione pomieszczenia. Zajęło mu to pół nocy, ale i tak by nie spał. Przecież ostatnio udawało mu się zapaść w sen na dwie, trzy godziny tuż przed świtem. Pozostałe godziny spędzał, leżąc w ciemności i walcząc z niewytłumaczalnym lękiem. Stanął przed oknem w kuchni i zapatrzył się na szybę, na której deszcz tworzył abstrakcyjne, nieziemskie wzory. Wody lało się tyle, że nic nie było przezeń widać. Oparł dłonie o zlew ustawiony tuż przed oknem. Zauważył, że mimo jego zaklęć, przez szparę we framudze sączy się woda. Łzy napłynęły mu do oczu. Czuł się taki mały. Cały świat istniał bez niego. Tyle milionów lat go nie było, a już wkrótce znów go nie będzie, kto wie, jak długo. Może tym razem w nieskończoność. Zimne palce przerażenia zaciskały się na jego ramionach, gładziły pierś i przesuwały się do gardła. Zaczynał się dusić, ale nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Powietrze uwięzło mu w płucach i nie był zdolny dalej oddychać. Aż czyjeś ciepłe ręce dotknęły jego ramion, objęły od tyłu, przesunęły się na brzuch, zaczęły masować ściśnięte piersi. Olivier pomału wypuścił powietrze. Luna pociągnęła go od okna, posadziła na krześle. Sama zajęła drugie, tuż obok, usiadła tak, że ich kolana stykały się ze sobą. Dotknęła ręką jego policzka i wtedy zdał sobie sprawę, że wciąż jest w szpitalu i że płacze.

– On umrze. Nawet jeśli nie dzisiaj. Luno, w takim razie ty mi powiedz, jaki mam znaleźć sens? Gdzie? Jak? – Olivier szeptał gorączkowo. – Przekonaj mnie, że jakiś istnieje... Bo mi nie wystarczy to, że ktoś wierzy. Ja chcę sens prawdziwy, obiektywny, taki, który można udowodnić!...

Łzy napłynęły mu do oczu. „Och, Luna, proszę, przekonaj mnie! Po to przecież z tobą jestem!"

– Oj, Olivier... – powiedziała Luna powoli i poważnie. – Bo ty myślisz, że jeśli nie możesz wyjaśnić sobie czegoś rozumem, to tego nie ma. A ja wierzę, że nie trzeba wszystkiego rozumieć.

Od Luny bił spokój, pewność i zaufanie.

– Nie trzeba rozumieć?... – Znów łzy napłynęły mu do oczu. Coś w nim wołało, że jak to, że jeśli nie wiem czegoś, to tak jakbym wierzył w bajki. Ale te protesty cichły, kiedy patrzył na Lunę.

Kiedy położył się spać, na wyczarowanym obok łóżeczka małego materacu, obejmując Lunę, tak jak wcześniej Teofila, nie czuł zwykłego ciężaru w piersi. Mógł oddychać trochę swobodniej niż przez wiele ostatnich dni. Dziwne, przecież tu, w szpitalu, śnią się sny gorsze niż gdziekolwiek. Zasnął ponownie i spał całe sześć godzin. Ale kiedy się obudził i popatrzył na synka, wciąż nieruchomego pod migoczącymi światełkami barier, znów coś w nim pękło.

– Luna! Jak takie coś może...? Po co on w ogóle się urodził?

– I znów to robisz – szepnęła Luna. Nie spała już, a czy w ogóle dziś spała? Księżyc w nocy nie śpi. – Szukasz czegoś, co by myślało za ciebie. Życiu nie stawia się warunków. – Jej młody głos zabrzmiał nagle niezwykle twardo. – Co przyjdzie, trzeba przyjąć. Wywiązać się z obowiązku. Cokolwiek by to nie było. Nie możesz powiedzieć, że to za dużo, albo że to nie ma sensu.

Oderwał się od Luny, usiadł wyprostowany i popatrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Malowało się w nich niedowierzanie, strach i mnóstwo pytań.

– My tak zrobiliśmy – wyjaśniła Luna po prostu. – W czasie wojny. Teraz już wiemy, co się robi z Czarnymi Panami. Ze wszystkim, czego się boimy – przetłumaczyła mu.

Siedziała z nim cały dzień prawie. Odesłał ją po południu, kiedy wydała mu się po prostu przezroczysta ze zmęczenia. Dała się przekonać tylko dlatego, że niepokoiło ją coś jeszcze. Napomknęła, że zajrzy po drodze do PIMY. Bo tak czuje, że powinna i już. Tak jak wcześniej wiedziała, że musi biec do szpitala.

Olivier wyszedł na chwilę na korytarz, bo nagle nie mógł sam wytrzymać przy dziecku. Mały dostał leki, dostał też wiele, wiele zaklęć, ale nic nie wskazywało na to, że jest lepiej. Prawdopodobnie ogromnym osiągnięciem był już sam prosty fakt, że nie było gorzej...

– Och, przepraszam... – Ktoś na niego wpadł. Była to młoda kobieta, z uroczo przyciętymi brązowymi włosami, okalającymi jej twarz delikatną, postrzępioną mgiełką, i pięknymi zielonymi oczyma. Była w ciąży, bardzo już zaawansowanej, pewnie znalazła się tu, żeby urodzić. Przypomniała mu Marlene, ale powstrzymał bezmyślny impuls, żeby bez słowa odwrócić się i uciec.

Porozmawiali chwilkę. Był zdumiony jej delikatnością, ale przede wszystkim łagodną życzliwością, która z niej promieniowała. Trochę była jak Luna, nie Marlene, i Olivier poczuł się lepiej. Szybko jednak zjawił się jej mąż, wyglądający swoją drogą jakoś znajomo i zabrał swój życzliwy skarb. Olivier znów został sam i znów czuł się jakby coraz głębiej wpadał w czarną dziurę...

Lekkim krokiem Luna weszła do szpitalnej sali. Swietłana odwróciła się i uśmiechnęła.

– Luna?

– Przyszłam odwiedzić Davida.

– Wejdź... Usiądź. Ale on wciąż nie jest przytomny.

– On jest przerażony... – powiedziała Luna pewnym głosem, podchodząc bliżej. – Wciąż i wciąż.

– Skąd możesz to wiedzieć? – Swietłana zdziwiła się, ale na dnie jej głosu zabrzmiała nadzieja.

– Jest tak samo przerażony jak PIMA i jak jeszcze ktoś, kogo dziś widziałam śpiącego. Ale kiedy ty tu siedzisz, to jest lepiej. Obudzi się, kiedy przestanie się tak mocno bać.

Luna uśmiechnęła się. Swietłana trochę mechanicznie gładziła rękę męża.

– A może obudź go już teraz, tak jak w baśniach? – zaproponowała Luna.

– Baśniach? Jak?

– Pocałunkiem. Próbowałaś już?

– Nie, ale dlaczego?... – Swietłana urwała. Wstała, pochyliła się nad Davidem i pocałowała go w usta. – David? – szepnęła. – Słyszysz mnie?

– Swieta?... – rozległ się szept na granicy słyszalności. – Słyszę. Dlaczego?...

Swietłana zadrżała, jej spojrzenie na moment stało się zupełnie puste..

– Nie daj się, Swieta – powiedziała cicho Luna. – Pozwól temu odejść... Już lepiej?...

– Tak... tak...

Swietłana popatrzyła na Davida i dopiero wtedy uśmiechnęła się. Po pierwszych łzawych powitaniach i wyjaśnieniach, Luna pochyliła się nad Davidem z drugiej strony łóżka.

– David, co pamiętasz z tamtej nocy?

– Niewiele, Luno, ale to było... straszne... Tylko ja... nie wiem, dlaczego to było takie straszne. Usłyszałem skrzypnięcie drzwi i do mojego laboratorium weszła młoda kobieta. I nagle zacząłem tak się bać, że nie byłem w stanie myśleć. Wyciągnąłem różdżkę i zacząłem atakować. Na tą kobietę nic nie działało, a może tylko ja nie mogłem w nią trafić, w każdym razie ona podeszła i mnie objęła. To było jakby trup mnie objął... Chociaż... – zawahał się – gdyby nie ona, trafiłyby mnie odpryski z eksplozji. Ona mnie osłoniła, chyba celowo. Mam wrażenie, może to głupie, ale jakby ona za czymś tęskniła. I więcej nie pamiętam, chyba wtedy musiałem zemdleć...

– Jest jeszcze coś, o co chciałabym cię zapytać... – szepnęła Luna dziwnym, stłumionym głosem.