Interludium
Obok Oliviera i Luny stoi hrabia Dragomirescu. Postawny, elegancki mężczyzna w średnim wieku, o białych włosach i ostrej, hiszpańskiej bródce, ma wzrok spokojny i oczy przepuszczające myśli tylko w jedną stronę – do środka. Obie dłonie opiera na laseczce ze złotą gałką. Patrzy na grób intensywnie, jakby rozmawiał w duchu ze zmarłym.
Gabor Imre Vlad hrabia Dragomirescu
Karpaty jak zawsze witały hrabiego żywym wiatrem, rześką zielenią, ożywczymi deszczami i burzami. Jakże inaczej było tutaj niż w ciasnym, choć pięknym, Paryżu. Hrabia wciągnął powietrze głęboko w płuca. Przez moment czuł pokusę, by zostać tu, nie wracać, wydać Koral odpowiednie dyspozycje co do zamknięcia spraw we Francji, a potem niech i ona tu przyjeżdża. Tu miał swój zamek, swoją posiadłość, tu mógłby żyć spokojnie, zakładając, że kiedykolwiek tego chciał. Uśmiechnął się pod nosem, przesunął czubkami palców po zimnych kamieniach parapetu. Może już się starzeje?... Do wielu rzeczy był zdolny, ale do spokojnego życia chyba jeszcze nie?
Z tarasu wysokiego, czarnego zamczyska widział dobrze swoje ziemie: góry, lasy, niedostępne szczyty i ukryte głęboko jary. To nie była ziemia na której się urodził, ale tamta już nie istniała, nie taka sama, a tę przez lata nauczył się kochać. Przez moment żałował, że nie umie zmieniać się w nietoperza, niezależnie od tego, co głosił powszechny stereotyp. Nietoperz mógłby pofrunąć nad tymi lasami, szybko, natychmiast, dziko, mógłby ogarnąć wzrokiem wszystko naraz, upić się powietrzem, zatracić, zapomnieć. Jako wilk biec będzie ziemią, widząc wszystkie zakamarki, docierając do serca puszcz, chowając się przed światem, ale nie o to mu w tej chwili chodziło. Dawniej po prostu wsiadłby na konia i pomknął przed siebie, nie uciekając przed nikim, ale chłonąc pełną piersią, z każdym haustem powietrza, swoją ziemię i jej życie.
Dziś jednak musiał zostać na zamku, uporządkować sprawy, które nagromadziły się podczas ostatniego półrocza, kiedy nie znalazł ani chwili czasu, by wyrwać się z Paryża. Wydawało mu się, że te czekające na niego papiery przykuwają go niczym kula na grubym łańcuchu, że duszą go i zaklejają mu oczy, podczas gdy wszystko w nim walczyło, by wyrwać się na wolność. Byle skończyć z tym do nocy. Nocą wybierze się na obchód swoich ziem.
Ostatnim razem zjawił się w zamku na wiadomość zarządców o smoku zagrażającym mieszkańcom okolicznych wiosek. Była piękna jesień, czerwona, mocna jak wino, zatopiona stosami liści, a pod liśćmi przyczaiła się smoczyca o wąskich, lśniących oczach, granatowych jak niebo podczas burzy. Hrabia stanowczo zakazywał zabijania smoków, które zresztą i tak pojawiały się coraz rzadziej. Tym razem była to piękna, silna samica transylwańskiego szponiastego i nikt nie potrafił jej powstrzymać. Nawet smokerzy, którzy i tak niechętnie zapuszczali się w te lasy. Tak, ta ziemia była groźna. Dopiero hrabia, kosztem bolesnych szram na rękach, zdołał pojmać smoczycę, uspokoić i przekazać specjalistom. Z głęboką przyjemnością gładził jej aksamitną, szarofioletową łuskę, metalicznie połyskującą w słońcu i czuł pewien żal, kiedy została zabrana. Kiedyś smoków było więcej i nikt nawet nie pomyślał, by je wyłapywać i odwozić w wydzielone miejsca. Ludność była przyzwyczajona, szanowała smoki i schodziła im z drogi. Ale wszystko się pozmieniało i teraz kapryśnie żąda się usunięcia ich jak najdalej, a pewnie i całkowitej likwidacji, gdyby tylko było to możliwe. Hrabia westchnął ciężko i poirytowany zastukał pazurami o mur.
Ziemie będą musiały jeszcze poczekać na osobiste spotkanie ze swoim gospodarzem.
Tymczasem hrabia wrócił do przestronnej, kamiennej sali, służącej mu za gabinet do pracy. Siadł przy biurku i sięgnął po dokumenty. Nie miał dużo czasu, wkrótce trzeba będzie wracać do Paryża. Skoro tylko zabrakło rozpraszającego widoku lasów, myśli same pobiegły do Francji, zapomniany dokument wciąż tkwił w dłoni, ale hrabia nic nie rozumiał z tego, co czytał. Wampiry francuskie, jakże różne od tych, które hrabia znał z ojczyzny. Francuskie nie wiedzą, co to znaczy mknąć przez dzikie puszcze. Nie wiedzą, czym jest natura, nie wiedzą, czym same są. Żyją albo jak ludzie, albo pozują na rasę od ludzi wyższą, ważniejszą, są wymuskane i eleganckie - albo przeciwnie, zaniedbane i brutalne, ale zawsze tak samo sztuczne i oderwane od sensu, a przecież każdy z nich potrzebuje wiedzieć, kim jest i skąd pochodzi. A stare wampiry, którym przeminęła ich ziemia i czasy? Jak on sam... A ci, którzy niedawno stali się wampirami? Czy nie spotkała ich niezasłużona kara? Tu hrabia zorientował się, jak daleko znów odpłynął myślami, chwycił pióro i pochylił się nad dokumentem.
Wieczorem odprawił służbę i zarządców. Zszedł sam na dziedziniec i przemienił się w wilka. Chwilę stał nieruchomo, chłonąc odmienność świata widzianego oczami zwierzęcia. Było mu dobrze, tak przyjemnie, tak po prostu. Krew żywiej płynęła w żyłach, płynęła i płonęła. A potem odwrócił się i przez ciasną szczelinę w murze wydostał się z zamku. Ruszył wpierw truchtem, potem, kiedy dopadł zarośli, rzucił się przed siebie w gęstwinę. Sprawdzał, co się zmieniło i czy wszystko jest w porządku, ale przede wszystkim wyczuwał znajome zapachy, nasłuchiwał wszystkich trzasków i szelestów, wypatrywał znajomych miejsc. Czuł i chłonął. Jakie to niesamowicie przyjemne! Jak bardzo będzie mu tego brakować! Puchacz zahuczał ponad jego głową. Małe gryzonie ze strachem schowały się w swoich norkach, zaskroniec i żmija zwinęły się ciaśniej, na gałęzi zasyczał żbik. Głębiej w lesie czekały inne wilki, czekały niedźwiedzie, ale także jelenie, sarny, dziki. Hrabia przyspieszył. Tu czuł się o wiele bardziej na miejscu niż kiedykolwiek w Paryżu.
Przez głowę przemykały mu dawne obrazy z życia, kiedy jeszcze nie był wampirem, odległego do granic obcości, a jednak tak bliskiego, tak kochanego i wytęsknionego. Zbroja. Świst wiatru, kiedy galopuje na koniu. Chłodna rękojeść szabli. Rosa na kosmykach trawy, popiół, gałęzie jodeł. Zapach deszczu i dymu z ognisk, ale również ze spalonych wsi. Nawoływania jego żołnierzy, krótkie okrzyki, twarde, ochrypłe głosy. Albo przeciwnie, dźwięk lutni. I tak samo wyły wilki, krzyczały jastrzębie, płakały i zawodziły leśne ptaki...
Obchód przeciągnął się, hrabia wrócił na zamek dopiero przed południem, nie o świcie, jak zamierzał. Musiał przyznać sam przed sobą, że zapomniał się, pobiegł dalej, niż powinien, nie zdążył wrócić na czas. Kiedy jednak pojawił się, jeszcze jako wilk, od razu podbiegli do niego zarządcy.
– Co się dzieje? – przemienił się w człowieka i otrzepał lekko przybrudzoną szatę.
– Dostaliśmy wiadomość od pani Koral – oświadczył główny zarządca, dobrze zbudowany wampir o szerokiej, rozłożystej brodzie koloru kasztanów.
– Mów.
– Dawid Szerlewaa został znaleziony nieprzytomny w laboratorium. Wezwała już uzdrowicieli. Prosi pana hrabiego o jak najszybszy powrót do Paryża – wyrecytował grubym głosem, kłaniając się przy tym lekko. Francuskie nazwisko wybrzmiało tak dziwnie, że hrabia przez moment milczał, nie mogąc zrozumieć.
– Zatem zaraz wyruszam – rzucił wreszcie, otrząsając się z wilgoci, którą nasiąkło wcześniej futro, a teraz szaty. – Przygotujecie moje rzeczy i wyślecie za mną – zadysponował i na razie tylko delikatne zmrużenie oczu zdradzało, że jest zaniepokojony.
Poszedł do gabinetu, gorączkowo ogarniał ostatnie sprawy, wydawał polecenia, myśląc jednak co może ten wypadek oznaczać dla wampirów paryskich, za które czuł się w jakimś sensie odpowiedzialny. Owszem, wampiry chciały więcej niż powinny, duma nie ułatwiała nikomu dyskusji, brutalność kłów też nie, ale z drugiej strony, dostawały przecież mniej, niż powinny. Pomyślał o obecnym Ministrze Magii i aż zazgrzytał zębami. Z trudem dostrzegł, że jego zarządcy, same bez wyjątku stare wampiry, które zęby zjadły na służbie u niego, przygarbili się jakby i cofnęli z szacunkiem. Spróbował się jakoś opanować, ścisnął w dłoni pierwszy papier z biurka, jaki nawinął mu się pod rękę, ale przeklęta figura ministra, wymuskana i pochylona w szyderczym ukłonie, nie mogła opuścić jego głowy. Zawadził ręką o ciężki ścienny lichtarz, rozciął sobie skórę i kilka kropel krwi prysnęło na ścianę. Cóż to za minister, który żeruje na strachu ludzi, który wspomina Lorda Voldemorta i zaraz w następnym zdaniu wtrąca jakąś pozornie niewinną uwagę o wampirach. We Francji nie było takiego katharsis jak w Wielkiej Brytanii, Francuzi nie pokonali Czarnego Pana i niepokój przetrwał. Cóż prostszego jak skierować go na wampiry. Wampiry, które jednak naprawdę potrafią być groźne...
Jak bardzo potrafią, o tym przekonali się pracownicy sieci międzynarodowej teleportacji. Kiedy zły i zziajany hrabia wpadł wreszcie do instytutu, z trudem pohamował się, by nie zmienić się całkowicie w wampira i nie zniszczyć całego pomieszczenia. Wierna sekretarka, już nie wypadało nazywać jej służącą, miała ściągnięte brwi, włosy dziwnie jak na nią potargane, mówiła sztywnym, napiętym głosem. Auror hrabiego wpierw rozczarował, potem jednak okazało się, że może będzie z niego jakiś pożytek – na pewno wyróżniał się na tle swoich kolegów po fachu, to niezaprzeczalny fakt. Hrabia czuł pewien niesmak na myśl, że d'Etollé podporządkował sobie młodego inspektora, ale w dzisiejszych układach, z takim ministerstwem i takimi służbami aurorskimi, czy to faktycznie nie było najlepsze wyjście?...Tylko co dalej? I czy to naprawdę musiało się stać?
Po opanowaniu sytuacji w instytucie, hrabia udał się do Świętego Filipa. Na korytarzu pełnym chłodnego przeciągu, przywitała go Bieta, jak zawsze w biegu, ale nigdy w chaosie. Przeczesała szczupłą dłonią włosy i pokazała wyniki badań Davida. Hrabia przemknął po nich wzrokiem.
– Bieta, musisz mi to wytłumaczyć – oddał jej kartki. – Nie jestem w stanie się w tym połapać.
– To nie ty – uzdrowicielka pokręciła głową i wzięła papiery. – To te wyniki nie są spójne. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Spójrz tutaj. W normie. Ale jednocześnie pan Cherlevoix leży nieprzytomny. A tutaj jak nisko. Zupełnie niespójnie i...
– Bieto, najdroższa. – Hrabia obiema rękami ujął jej dłonie. – Czy ty mi właśnie mówisz, że nie wiesz, co mu jest?
Ta przez chwilę milczała, patrzyli tylko na siebie uważnie. Miała takie bystre, ciemnoniebieskie oczy, tak ładnie oprawione. Potem wzięła go pod ramię i odciągnęła na bok, do niewielkiej wnęki, gdzie ustawiony był stolik i dwa krzesła.
– Przepraszam – powiedziała poważnym głosem. Złożyła kartki, wyrównała je o blat. – Zapomniałam się. Zaintrygował mnie ten przypadek i chciałam pokazać to tobie jako ekspertowi. A przecież ty nie przyszedłeś tu jako ekspert.
Hrabia krótko skinął głową.
– Nic się nie stało. Tylko teraz, proszę, już mów, jakie masz wnioski.
– Naturalnie. – Bieta złożyła na pół i schowała szare kartki. – Stan pana Cherlevoix jest stabilny, nic nie wskazuje na to, by miało mu się pogorszyć, choć naturalnie cały czas jest monitorowany. Ale nie mam pojęcia, co mu jest. Nie wiem też, co wywołało ten stan. Być może chodzi o specyficzną mieszankę eliksirów, ale nie sądzę, by tak było, biorę to pod uwagę tylko dlatego, że wypadek wydarzył się w laboratorium. Chciałam cię o to właśnie spytać, czy pan Cherlevoix pracował nad czymś niebezpiecznym?
– Nie. Właśnie to jest dziwne, że nie. – Hrabia przesunął dłonią po czole. – Ja też nie mam pojęcia, co mogło się stać. Jutro, mam nadzieję, zjawi się Severus Snape jako biegły ekspert, zrobi analizy i wtedy będziemy wiedzieli więcej. Czy na chwilę obecną nie masz żadnych hipotez?
– No... – Bieta się wyraźnie zawahała. – Dla mnie to wygląda, jakby stracił przytomność, broniąc się przed czymś, i być może teraz jest to tylko kwestia czasu potrzebnego na regenerację. Ale nie mam pojęcia, co pierwotnie spowodowało utratę przytomności, nie jestem nawet pewna, czy to jeszcze działa, czy już nie. Nie znalazłam w nim obcej magii.
Hrabia pokiwał głową, zamyślony. Potem oboje poszli do sali, w której David leżał. Hrabia zmarszczył brwi, widząc jego wykrzywioną w przestrachu i chęci ucieczki twarz. Widywał takie dawniej, po bitwach, po rzeziach, najczęściej z grubymi kroplami krwi, stężałymi jak wosk. Przy Davidzie siedzieli rodzice i Swietłana, zamienił z nimi parę słów. Prostych, spokojnych słów, które nikogo nie mogły przecież uspokoić, a tylko na chwilę pozwoliły hrabiemu zapomnieć o własnej bezsilności. Jednak państwo Cherlevoix uśmiechnęli się do niego, uśmiechnęła się nawet Swietłana, choć blado i przez łzy. I, ach, przez chwilę sam sobie uwierzył, że będzie dobrze.
Swietłanę i Irinę hrabia poznał na konferencji magozoologicznej w zasypanym śniegiem Archangielsku. Dwie młodziutkie, pełne entuzjazmu badaczki, przedstawiały wspólną pracę na temat obyczajów godowych reniferów Dziadka Mroza. Oczywiście nie faktycznych reniferów należących do, nieistniejącego mimo wszystko, Dziadka Mroza. Chodziło po prostu o podgatunek magicznych reniferów, żyjący we wschodniej Rosji, za kołem podbiegunowym, ale i tak długo nie mógł przestać się śmiać, usłyszawszy tytuł referatu. W przerwie po wystąpieniu podszedł do Rosjanek i dopytywał o szczegóły metodologiczne. Pełne świeżych pomysłów poglądy, jak również urok osobisty autorek, wkrótce przekonały hrabiego i zaproponował dziewczętom pracę w instytucie.
Zgodziły się, przyjechały miesiąc później i szybko odnalazły się w nowym środowisku. Hrabia był na ślubie Davida i Swietłany. Teraz na to wspomnienie wzbierał w nim straszny gniew. Mimo czterystu lat na karku wciąż uważał, że pewne rzeczy po prostu nie powinny się zdarzać.
Wczesny wieczór zastał hrabiego znów w instytucie. Wszyscy pracownicy poszli już do domów, tylko Koral i on zostali, nie licząc portiera na dole, stąd dookoła unosiła się niczym niezmącona cisza. Sekretarka pewnie też nie ma już co robić, siedzi przy biurku, zapatrzona w portret szefa na przeciwległej ścianie. Dragomirescu westchnął. Wspaniała, oddana Koral, która będzie wiernie mu pomagać, choćby nie wiadomo co się miało stać.
Cóż w takim razie mogłoby się stać? Hrabia w zamyśleniu postukał czubkiem pióra o biurko. Prasa na pewno podchwyci temat, nawet d'Etollé ich nie powstrzyma. „L'Illumination" było całkowicie wierne ministrowi. Na biurku leżało zestawienie publikacji Rodriga Arnedo w ostatnim roku, nawiasem mówiąc, niezbyt obszerne. Rodrigo, były Śmierciożerca. Jakże trudno było mu znaleźć pracę we Francji, wszyscy kipieli z nienawiści do sług Voldemorta. Teraz już ich wyłapano, co minister przypisywał sobie jako największą zasługę. Ale zanim skończyli mu się Śmierciożercy, zdołał popchnąć umysły ludzi w kierunku nowego wroga, wampirów.
Gabinet wydał się hrabiemu dziwnie ciasny, wyszedł więc i zaczął krążyć po instytucie. Doszedł tak aż do magazynu ze sprzętem do hodowli zwierząt magicznych, pełnego najróżniejszego rodzaju klatek, uprzęży, smyczy, akwariów, które zgromadzone w takiej ilości, budziły w nim zawsze jakiś nieprzyjemny dreszcz. Zdecydowanie wolał badać zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Wyszedł stamtąd jak najszybciej i wrócił wprost do gabinetu. Przypadkiem zahaczył wzrokiem o etykietę z miejscem produkcji jednej ze wzmacnianych mithrilem klatek. Calais.
Hrabia już wcześniej patrzył sceptycznie na pełną nienawiści politykę ministerstwa, na podsycanie strachu wśród ludzi, wyjątkowo wredną manipulację w gruncie rzeczy. Tamtego dnia znienawidził ministra ostatecznie, po oskarżeniu wampirów z Calais o terroryzowanie ludzi i grożenie im przywołaniem Śmierciożerców z Wielkiej Brytanii. Wampiry z Calais hrabia sam dobrze znał i się z nimi przyjaźnił! Jedyną ich winą był sprzeciw wobec ministerstwa w kwestii zatrudnienia w zawodach zaufania społecznego. Szpital w Calais odmówił szkolenia ich na uzdrowicieli. Czy widział kto kiedy wampira–uzdrowiciela, drwił minister, czy ktokolwiek leczyłby się u niego? Ostatecznie zostali uzdrowicielami, ale leczyć wolno im było tylko inne wampiry. Nie było w tym właściwie żadnej poprawy, wampiry i tak rzadko szukają porad uzdrowicieli. A gazety rozpisywały się o brutalnych żądaniach i groźbach krwiopijców oraz o mężnie im się przeciwstawiającym ministrze... D'Etollé z pewnym ponurym uznaniem mówił o zgrabnym połączeniu wątków, ale hrabia chciał tylko iść do ministerstwa i rozszarpać tego człowieka, żeby się przekonał, co naprawdę oznaczają groźby wampirów. Prawda, mecenas wycisnął z tego zdarzenia, co tylko mógł, jego zaprzyjaźnieni redaktorzy napisali wszystko, co można o dyskryminacji i sianiu wrogości. Ale czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej?
– Panie hrabio, mecenas d'Etollé do pana – rozległ się głos Koral. O wilku mowa.
– Proszę. – Hrabia wstał zza biurka, wyszedł na środek pokoju. – Co pana sprowadza o tej porze?
Mecenas wszedł sprężystym krokiem i uśmiechnął się. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął stamtąd dwa papierowe prostokąty.
– Pomyślałem, że byłoby dobrze, gdyby wybrał się pan dziś do opery.
– Do opery? – zdumiał się hrabia.
– Tak. – D'Etollé rzeczowo skinął głową. – Ponieważ będą tam osoby z którymi warto porozmawiać. Będzie zastępca ministra, Legoût, będzie szef „l'Illumination", a także prezes Niezależnego Stowarzyszenia Łapaczy Myśli, o którym wie pan doskonale, jak wyrobioną pozycję ma w mediach. Przez niego łatwo trafimy do opinii publicznej, nie pierwszy raz zresztą. Zależy mi na tym, żeby to właśnie pan z nim porozmawiał, wywiad zrobi większe wrażenie i barwniej zapadnie w pamięć niż sam opis. A już ja gwarantuję, że zechce ów wywiad przeprowadzić.
– Dobrze. – Hrabia skinął głową i wziął od Antoine'a bilety.
– Drugi jest dla mojej matki. – Mecenas uśmiechnął się figlarnie i mrugnął. – Będzie na pana czekać za kwadrans ósma, u siebie w apartamencie.
– Lady Christine, jak uroczo. – Hrabia uśmiechnął się ciepło. – Jakże dawno jej nie widziałem. Ale zanim wrócę do siebie się przygotować, powiedz mi, co już zrobiłeś z prasą. Nie wierzę, że te wywiady w operze to twoje pierwsze działania.
– Nie, oczywiście że nie. – D'Etollé na zapraszający gest hrabiego zajął miejsce w fotelu. – Mogę zapalić? Nic nie wybuchnie? Dziękuję. Ukrywanie budzi więcej strachu niż dyskusja, zatem podjąłem już pewne działania w kierunku delikatnego popchnięcia dziennikarzy w odpowiednim kierunku. Szczęśliwie kiedy wieści się rozeszły, wieczorne wydania były już gotowe do druku, mamy zatem trochę czasu. Radio to co innego, ale tym też się już zająłem. Nasze gazety oczywiście wydrukują nasz punkt widzenia, wywiad ze mną, jakiś stosowny przeciek z ministerstwa też się znajdzie, takie rzeczy zawsze się przydają, a „l'Illumination" postara się ograniczyć nieco swoją jakże katastroficzną wyobraźnię. Obiecał mi to mój znajomy z redakcji. Nasz drogi minister zechce zapewne, żeby artykuł oskarżał pana, a pośrednio wampiry jako takie, o wszelkie możliwe grzechy, poczynając od lekkomyślności, na świadomym, albo i celowym, narażaniu pracowników na niebezpieczeństwo skończywszy. Myślałby kto, że wampiry kontrolują całą tę naszą kiepską gospodarkę, tyle narzekań w tych gazetach. – Mecenas zaśmiał się lekko. – Albo służby aurorskie, jeśli są tak dobre, jak minister twierdzi, to wampiry muszą być niezwykle inteligentne i amoralne, że jeszcze ich wszystkich nie wyłapano. A wiemy dobrze, że nie są.
– Ludzie w to wierzą – uciął ponuro hrabia. Nie był w nastroju na ironiczne komentarze prawnika. – Proste hasła ministra trafiają we wszystko co ich boli, jeśli mogą kogoś za to winić, robią to, nie namyślając się długo. Kiedy minister obiecuje im złote góry, gdy już pokona wampiry, wierzą mu, bo to najłatwiejsze i jeszcze czują się zobowiązani, wdzięczni...
– Tak – powiedział mecenas przeciągle. – Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie my...
Hrabia nie był pewny, czy d'Etollé mówi poważnie, ale ogólnie rzecz biorąc – miał rację. Gdyby nie ustawiczne starania mecenasa, by równoważyć wysiłki całego sztabu propagandowego ministerstwa, co działoby się dziś z wampirami?
– Ministrowi grunt się pali pod nogami – mówił dalej d'Etollé. – I to dobrze, zaczyna czuć moją pętlę na szyi, łatwiej się zaplącze, popełni błąd. Pokażemy ludziom, że on dbał o własny fotel, nie ich bezpieczeństwo, w przeciwieństwie do nas. Ale przez ten czas będzie bardzo zmotywowany, żeby zaszkodzić wampirom jak tylko może, skoro na tym zbudował swoją pozycję. Nie uwierzysz, ile już mam kompromitujących materiałów dotyczących ministra. – Mecenas uśmiechnął się, trochę jak dziecko, które chwali się udaną psotą. – Sieć jest prawie gotowa, żeby ofiara wpadła. Tylko trzeba, by podeszła bliżej, ślepa i wystraszona... Rekwizyty czekają już na scenie, zaraz wypchniemy głównego aktora zza kulis.
Hrabiemu przez głowę przemknęła absurdalna myśl, że wypadek w PIMIE zaaranżował sam d'Etollé, aby sprowokować ministra. Szybko zbył ten pomysł machnięciem ręki. Ostatnie trzy lata Dragomirescu obserwował działania mecenasa z bliska – nie było powodu podejrzewać go o tego typu pomysł. Dawny d'Etollé, owszem, pewnie mógłby coś takiego wymyślić, zakładając, że miałby ochotę mieszać się do polityki. Dziś jednak już nie. Dziś d'Etollé nie stosował brudnych sztuczek, jedynie pozwalał przeciwnikom wpadać w te zupełnie nienaganne sieci, uśmiechając się lekko, ze zdziwioną satysfakcją.
Lady Christine była imponującą damą. Hrabia z uśmiechem patrzył na jej wysoką, szczupłą sylwetkę, nienagannie wyprostowaną, na opływającą ją granatową suknię, delikatną kolię z szafirów na nieskalanie białej szyi, wreszcie na regularną twarz o ciemnych oczach i wąskim, orlim nosie, okoloną śnieżnobiałymi, upiętymi wysoko włosami. Lady Christine z gracją przyjęła jego ramię i teleportowali się wprost do foyer Opery, gdzie pośród tłumu czarodziejów i czarownic w odświętnych szatach czekał już mecenas z żoną. Hrabia pochylił się i ucałował dłoń Renée. Wyglądała przeuroczo, kwitnąco, w sukni z delikatnego, pastelowo różowego jedwabiu, z wysoką talią podkreślającą jej odmienny stan. Mimo zaawansowanej ciąży, Renée tryskała energią. A przecież czy czas rozwiązania nie był tuż-tuż?
Zajęli miejsca w loży. iPodczas pierwszego aktu hrabia jednym uchem tylko słuchał muzyki, układając sobie, co należy komu powiedzieć. Ciężkie, ozdobne wnętrza przytłaczały, powietrze było nieruchome, gęste. A jeszcze wczoraj o tej godzinie były szumiące lasy, zimna, mokra wiosna, głosy wilcze, o ileż piękniejsze od ludzkich. Ocknął się, kiedy burza braw powitała Sophie Carrillo. Jej arii wysłuchał z niekłamaną przyjemnością, ale potem znów odpłynął we własne myśli. Nie był nigdy politykiem, zawsze wolał szczerze rozmawiać ze szczerymi ludźmi, nie usiłując przy tym kombinować na potęgę, co - zdaje się - stanowiło świetną rozrywkę dla mecenasa.
Pierwsza przerwa i rozmowa też pierwsza, on, d'Etollé i zastępca ministra, François Legoût, ten bardziej przychylny wampirom czy w każdym razie optujący za życiem bez niepotrzebnych awantur. Powitał ich nerwowym uśmieszkiem, zaś ściskając im dłonie, wyglądał, jakby chciał schować się do mysiej dziury.
– N-no więc, panie mecenasie, jestem – powiedział, lekko się jąkając. – Co mogę dla pana zrobić?
Mecenas uśmiechnął się lekko i swobodnie.
– Och, to naprawdę nic takiego. Prosilibyśmy tylko o pewien namysł przy niektórych decyzjach, jakie zapewne przyjdzie panu jutro podjąć. Gdyby pan mógł wysłuchać kilku naszych sugestii, oczywiście w żadnym wypadku nic panu nie narzucamy, zrobi pan, jak zechce...
Drugi akt i znów rozmowa, tym razem z zażywnym i energicznym szefem „l'Illumination", człowiekiem biznesu, lokującym się na dokładnie przeciwnym biegunie od dowolnie rozumianej arystokracji. Szef patrzył spode łba, gryzł nerwowo cygaro i widać było jak na dłoni, że najchętniej zobaczyłby teraz mecenasa w kadzi wrzącego atramentu, czy jakie tam jeszcze inne tortury mogą wymyślić dziennikarze. Jednak posłusznie, z minimalnym tylko zgrzytem zębów, zgodził się wysłuchać, zanotować, a co ważniejsze uwzględnić przy publikacji, opinię hrabiego na temat dzisiejszych zdarzeń w instytucie.
– Cudów nie należy się spodziewać – powiedział d'Etollé, gdy wracali do loży. Zmarszczył brwi. – Minister będzie osobiście czuwał nad tymi artykułami. Ale na ile się da, złagodzi przekaz.
– Oby. Opinia publiczna łatwo podchwyci temat.
– Panie hrabio, proszę się tak nie martwić – mecenas przytrzymał przed hrabim drzwi loży. – Opinia publiczna nie jest taka straszna. A pan traktuje ją wciąż jak wroga, to nie prowadzi do niczego dobrego.
– Tak, łatwo to panu mówić, d'Etollé! – żachnął się Dragomirescu. – To dlatego, że pan jest przez opinię publiczną traktowany jak cudowne dziecko, uroczy dżentelmen i kto wie co jeszcze. Wszyscy tylko czekają na opis kolejnego wyczynu, w którym wykazuje pan idiotyzm urzędników z ministerstwa!
– No i? – D'Etollé rozpromienił się mimowolnie, słysząc wszystkie te określenia. – Czyż nie jest to panu na rękę? Mam wpływ, jestem lubiany, mogę więcej zrobić. Muszę być widoczny. Niech pan nie będzie zazdrosny. Jestem twarzą numer jeden w polemice z ministrem, w całej tej kampanii społecznej na rzecz wampirów, proszę mnie wspierać. Aż dziw, że jeszcze nikt nie dostał zlecenia na zabicie mnie po cichu...
Hrabia uśmiechnął się smętnie. Mecenas nie dałby się zabić, wiedział doskonale, kto w Paryżu zleca zabicie kogo i na pewno wszyscy są świadomi, że w razie jego ewentualnej śmierci, całe mnóstwo krępujących faktów ujrzy światło dzienne. Większość z nich od razu jako dowody w procesach karnych. Wszyscy wyłazili ze skóry, żeby tylko ktoś inny nie zechciał mecenasa usunąć.
Na trzeciej przerwie: prezes, największy oryginał, ale też najbardziej otwarty człowiek. Czaszka otoczona chmurą siwych włosów, obfite bielutkie wąsy, gdzieniegdzie przecięte czarnym pasemkiem i błękitne oczy, niby niewinne, ale niespodziewanie błyskające taką złośliwością, że człowiek cofał się zdziwiony.
– Panie hrabio, naturalnie, że przeprowadzimy wywiad. Zdjęcie zrobię od razu, opera będzie świetnym tłem. Jestem pewien, że są ludzie, którym do głowy by nie przyszło, że krwiożercze bestie mogłyby podziwiać sztukę z własnej woli. Trzeba to zmienić. Z aparatem nigdy się nie rozstaję, bo najciekawsze rzeczy dzieją się niespodziewanie. – Mrugnął do d'Etollé'a. – Wbrew maksymie obecnego tu pana mecenasa, że najlepsze są zaplanowane improwizacje.
D'Etollé skłonił się z lekko urażoną miną, ale za chwilę znów się uśmiechał.
– Natomiast wywiad po przedstawieniu, nie tutaj. Opera to zbyt piękne miejsce, bym chciał psuć tu sobie nerwy na politykę. Sam nie wiem dlaczego tak myślę, skoro polityka wylewa się z połowy naszych librett, a w kuluarach mordowano władców... Zjawię się u pana na avenue des Romanesques, pół godziny po przedstawieniu.
– Dziękuję panu, d'Etollé – powiedział hrabia półgłosem, kiedy wracali do loży na ostatni akt. – Mam poczucie, że udało mi się pchnąć nieco sprawy naprzód.
– Nie ma za co – mecenas wzruszył lekko ramionami. – To przecież też moja sprawa. A teraz – uśmiechnął się inaczej niż podczas rozmów, z niekłamaną przyjemnością – ponieważ pracę mamy już za sobą, niech nic nam nie przeszkodzi rozkoszować się wielkim finałem w wykonaniu madame Carrillo.
Wykonał skomplikowany gest rękami, podkreślając swoje słowa i radość, jaka z nich płynęła. Lekkim krokiem podbiegł do drzwi loży i otworzył je przed hrabią.
– No nareszcie, Antoine – rozległ się jasny głos Renée. – Mama i ja nie mogłyśmy się już doczekać. Kto to widział tak nas porzucać!
– Skarbie – mecenas pochylił się do żony, biorąc ją za ręce i całując w usta. – Proszę o wybaczenie. Ale ty wiesz, że to w dobrej sprawie.
– Kiedy rodziłam cię trzydzieści lat temu – oznajmiła Lady Christine, markując chłodną ironię – nie spodziewałam się, że mój syn będzie sobie tak lekceważył rodzinę i dobre wychowanie.
D'Etollé roześmiał się zgodnie z oczekiwaniami matki. Lady nie pierwszy raz udawała wobec syna srogą księżną, można powiedzieć, że była to jedna z jej ulubionych pieszczot.
– Przepraszam, mamo – powiedział, całując i jej ręce. Hrabia poszedł za jego przykładem. Następnie mecenas wrócił do żony. – Jak się czujesz? Nie jesteś zbyt zmęczona? – Zatonęli szybko w szeptach, jakby dopiero co się w sobie zakochali. Ledwie zauważyli, że antrakt się skończył. Prawdę mówiąc, szeptaliby dalej, gdyby nie znaczące chrząknięcie Lady Christine.
Hrabia uśmiechnął się pod nosem. Antoine'a d'Etollé, mimo że nie byli spokrewnieni, traktował zawsze jak siostrzeńca. Przyjemnie było patrzeć jak wyrósł ze wszystkich kłopotów na tak imponującego mężczyznę. Kiedyś, zbuntowany przeciw całemu światu, bawił się w adwokata każdego, kto był w stanie dostarczyć mu ciekawej sprawy, a co za tym idzie – rozrywki. Hrabia wciąż nie mógł się nadziwić, że dzisiejszy Antoine tyle energii wkłada w piętrowy pojedynek z ministrem, próby uporządkowania francuskiego rządu i walkę z nienawiścią do wampirów. Ale, oczywiście, ma do tego dobre powody. Hrabia znów odpłynął, ale tym razem we wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy to świat jego młodego „siostrzeńca" stanął na głowie, by w końcu przewrócić się i wpaść nareszcie na właściwe miejsce.
Pięć lat temu Antoine d'Etollé stał zaledwie u progu adwokackiej kariery, ale już dał się wszystkim poznać jako wygadany obrońca, który nie traci zimnej krwi i jednym celnym żartem zmienia całkowicie nastrój na sali. Coraz więcej i coraz bardziej wpływowych osób chciało, by został ich adwokatem. Hrabia patrzył na to z mieszanymi uczuciami.
Pewnego dnia odwiedził starego pana d'Etollé, ojca świeżo upieczonego mecenasa. Usiedli w zacisznej bibliotece, paląc cygara.
– Przyszedłem, bo poprosiła mnie o to Lady Christine – zaczął rozmowę hrabia.
D'Etollé westchnął.
– Z czym więc przychodzisz? – zapytał, a Dragomirescu usłyszał w jego głosie lekkie drżenie.
– Martwi się o syna.
– Nie mam nad nim zupełnie żadnej kontroli. – Westchnienie, potem ciche stukanie opuszków palców o poręcz fotela. – Nikt nie ma kontroli nad Antoine'em i chyba nigdy nie miał. Lady Christine sama może próbować coś z tym zrobić, ja poddałem się już dawno temu.
Hrabia zgrzytnął zębami i z trudem powstrzymał się, by nie uderzyć pięścią w fotel.
– Wiem, że poddałeś się już dawno temu – powiedział powoli. – Ale może jednak przyszedł czas, by coś z tym zrobić? Widzisz, w co się chłopak pakuje? Wiesz, że wybronił od kary bankiera Auguste'a Reforé? Nikt nie miał żadnych wątpliwości, co do jego winy, a Antoine sprawę przyjął. Wydawało się, że była stracona, a on bezczelnie ją wygrał, uciekając się do kruczków prawnych, tak małych, że niemal nie istniejących. Zainkasował niebotyczne honorarium. Ale Reforé naprawdę był winny! I on o tym wiedział! – Ostatnie słowa hrabia wykrzyczał, wbijając znacząco wzrok w starego d'Etollé. Ten jednak patrzył zupełnie w drugą stronę, jedynie lekki rumieniec zdradzał, że coś słyszy.
Hrabia wstał i zaczął chodzić po pokoju, trochę ze wzburzenia, trochę, by rozmówca nie mógł uciekać przed nim wzrokiem.
– A może widziałeś dzisiejszą gazetę? Cytuję: „Bańka prysła! Wielomilionowa wygrana madame de Fouchet była tylko sprytną prowokacją!" Twój syn kazał jej udawać wygraną, by zwrócić uwagę opinii publicznej na pazerność spadkobierców! Nie wspominając już o tym, z jaką prostotą wykorzystał tę starą sztuczkę, na pewno znasz ją dobrze, tę, gdzie szybko namówił klienta do popełnienia następnej kradzieży, organizując mu świetne alibi i w ten sposób zakwestionował jego udział w obydwu przestępstwach!
– Czego ty ode mnie chcesz, Gaborze? – Stary d'Etollé przeczesał palcami posiwiałe włosy. – Jeśli Lady Christine tak martwi się o swojego syna, to niech sama się nim zajmie. To ona zdecydowała, że odejdzie i zostawi go, dlaczego teraz nagle...
– Jak możesz! – przerwał mu hrabia, pochylając się i opierając o poręcze fotela d'Etollé'a. – Twoja arystokratyczna rodzina zmusiła ją do odejścia i to dlaczego! Dla tej jednej ósmej wampirzej krwi w żyłach, mimo że reszta była bardziej szlachetna niż ich własna! Jak śmiesz mi mówić, że to jej wina! A Antoine jest twoim synem, ty jesteś za niego odpowiedzialny!
– Nie jestem odpowiedzialny za kogoś, kto skończył w tym roku dwadzieścia pięć lat.
Hrabia westchnął. Osobiście był zdania, że wiek Antoine'a należy dzielić przez cztery, gdyż urodził się 29 lutego, wtedy uzyska się bardziej odpowiadający rzeczywistości wynik.
– Dobrze – powiedział głucho, prostując się i poprawiając ubranie. – Wychodzę. Zostań tu sam ze swoją bezradnością i beznadzieją. Nie dziwię się zresztą, że Antoine nie daje ci sobą kierować.
Dragomirescu wyszedł, gniewnym szarpnięciem biorąc swój płaszcz od kamerdynera. Zaczynał już trochę żałować ostrych słów, szczególnie, gdy pomyślał o stanie zdrowia starego d'Etollé. Jednak wieczorem sowa przyniosła krótką wiadomość: „Wybacz mi, hrabio. Wiem, że miałeś rację. Postaram się porozmawiać z synem. Wyrazy szacunku, d'Etollé." Hrabia westchnął. Nie sądził, żeby miało z tego coś wyjść, ale to jednak było jakoś budujące. Tymczasem sam już poprosił młodego mecenasa o rozmowę, zaraz następnego dnia.
Antoine zjawił się jak zwykle beztroski i pełen energii, zamaszystym ruchem zdjął płaszcz i cylinder. Musiał dużo pracować, jednak nie było po nim widać śladu zmęczenia. Tylko jakiś twardy poblask w oczach, jakby zasłaniający wszystko wewnątrz, podpowiadał hrabiemu, że coś nie jest tak w porządku, jak się wydaje.
– Widzę, że urządza się pan w Paryżu, panie hrabio. Kiedy instytut rusza?
– Wkrótce... Wkrótce, od jesieni. Ale nie o tym chciałem rozmawiać.
– Nie, zapewne. – Antoine wzruszył ramionami. – Wiem, o co chodzi. Jak mógłbym nie wiedzieć. Moja matka panu kazała czy też to pana własny pomysł?
– Mówisz jak smarkacz.
– Niech i tak będzie. Zna pan moją filozofię życiową, już nie raz rozmawialiśmy i zawsze z tym samym skutkiem. Dlaczego wciąż daję się wciągać w te rozmowy, jest jedną z nielicznych tajemnic, jakich nie rozwiązałem.
– Antoine! – Hrabia zmarszczył brwi. – Dlaczego nie dasz się przekonać chociaż do tego, że na dłuższą metę stracisz szacunek i wiarygodność, kiedy wszyscy będą wiedzieć, że reprezentujesz oszustów?
– Bo wszyscy są oszustami, panie hrabio. Trzeba grać według ich reguł i ugrać jak najwięcej. – Antoine wzruszył ramionami. – Trzeba ryzykować, być odważnym.
– To tylko brawura – odparował hrabia. – Nie umiesz być odważnym.
– Nawet jeśli to tylko brawura, to mi w zupełności wystarcza. Cóż innego się liczy?
– Honor? – zgrzytnął zębami Dragomirescu.
– Jaki honor? – Antoine westchnął ciężko, opadł na fotel i założył nogę na nogę. – Jakby pan widział to, co ja, to szybko by panu przeszło takie myślenie.
– Widzisz tylko to, bo specjalnie wybierasz, na co patrzeć.
– Nie, hrabio, w grze na słowa to ja jestem lepszy. – Antoine strzepnął z mankietu nieistniejący pyłek. – Tam, gdzie nie wybierałem, było tak samo. Tak mnie wychowano, to widziałem od dziecka. Cóż innego mam teraz myśleć? Czasem nawet chciałbym mieć takie złudzenia jak pan...
Hrabia westchnął ciężko i przetarł palcami powieki. Najgorsze było to, że Antoine mówił poważnie.
– Ach, hrabio. Naprawdę żałuję, ale nie dogadamy się.
Mecenas wstał. Wychodząc, ironicznie się skłonił.
Nocą hrabiego męczyły dziwne sny. Ktoś mógłby się pewnie zdziwić, że wampiry śnią, przeleciało mu przez głowę, kiedy po raz kolejny się obudził. Ktoś mógłby się zdziwić, że śnią w nocy – i na tę myśl hrabia roześmiał się głośno. Przecież są i ludzie śpiący w dzień.
Wstał, założył szlafrok, wiążąc starannie pasek i usiadł w fotelu przy oknie, zakładając nogę na nogę. Bezgłośnym zaklęciem wyczarował filiżankę ciepłej czekolady; pazury zastukały o porcelanę, kiedy podniósł ją do ust. Będąc wampirem, mógł obywać się bez snu dłużej niż ludzie, ale to już byłaby któraś z kolei bezsenna doba, stąd po wywiadzie dla prezesa postanowił jednak przespać się trochę i zebrać siły na następne dni. Wypadek może się okazać ostatnią potrzebną do wybuchu iskrą. Co jeśli Gang się wmiesza? Hrabia niecierpliwie zabębnił palcami po dębowej poręczy fotela.
A tymczasem nawet sny nie dają mu spokoju i wyciągają z zakamarków pamięci dawno zapomniane czasy. Czy to przez słowa zastępcy ministra? „Nie chcę mieć z wami nic wspólnego, im mniej tym lepiej, ale walczyć z bestiami nie zamierzam". Oprócz przelotnego zastanowienia, skąd tak prowokujące słowa u tak bardzo unikającego walki człowieka, echem odezwały się dni, kiedy sam hrabia tak myślał.
Dziś we śnie znów stał na czarnej, kamiennej posadzce zamku, nowego zamku, już nie tego, w którym żył jako człowiek. Ponure zamczysko starego wampira, on chwiejący się na nogach, pijany, wściekły, przed nim na posadzce kuli się Koral, ma poszarpane ubranie i łzy w oczach. I krew, wszędzie krew, nawet jako wampirzyca wciąż jest nieporównanie słabsza niż on...
Następnego dnia przyjechał Severus Snape. Dobrze, że udało się go ściągnąć, Severus był ekspertem wysokiej klasy, a przy tym miał, powiedzmy... właściwe doświadczenie. Można powierzyć mu tę sprawę bez obaw, bo jednak trzeba to wszystko wyjaśnić. Hrabia nie mógł uwierzyć w winę swoich pracowników, ale całość wydawała się zbyt podejrzana, zbyt niejasna i zbyt groźna, żeby tak ją zostawić bez wyjaśnienia. A zatem witamy cię, Severusie, i bonne chance!
Hrabia z pewną obawą brał rano do ręki gazety. Nic zaskakującego jednak w nich nie znalazł, może oprócz stwierdzenia, że reporterom nie pozwolono porozmawiać z rodziną rannego. Parbleu! Musi podziękować Biecie, że do tego nie dopuściła. Sugestie o winie hrabiego mgliste, zapewne z założeniem, że czytelnik sam się domyśli i poczuje inteligentny. No i naturalnie – pierwsza strona – tak w „l'Illumination", jak i we wszystkich innych gazetach. Grać jak wszyscy, mecenasie, prawda? Dla przeciwwagi zły minister żerujący na ofiarach wypadku. Kiedy to tych ofiar niby przybyło? I na strachu, i na niepewności biednych, zwykłych ludzi. To przynajmniej była prawda, ale hrabia czuł się nieswojo, gdy widział ją tak propagandowo przedstawioną. A d'Etollé? Jak zwykle przedstawiony jako rzetelna i stabilna ostatnia ostoja normalności. Co dziwniejsze, udawało mu się jednocześnie zachować dawny wizerunek żartownisia i kpiarza. Może faktycznie ludziom potrzeba więcej humoru, a mniej poważnych spraw?
Severus wyszedł, ale Antoine został u hrabiego jeszcze trochę. W miłej atmosferze obaj panowie mogli pozwolić sobie na luźną rozmowę. Hrabia nalał likieru do kieliszków i usiedli przy stoliku pod oknem. D'Etollé z zadowoleniem rozpiął guziki marynarki i poluźnił nieco krawat. W końcu jednak rozmowa zeszła na pracę.
– Antoine, jak to się stało, że przysłali nam inspektora Lejeune'a? – zapytał hrabia, kiedy do jego sennego już i zmęczonego umysłu wpadła przypadkiem taka myśl.
Mecenas uśmiechnął się i ku zaskoczeniu hrabiego mrugnął jednym okiem.
– Sam tego dopilnowałem – powiedział, nie bez pewnego odcienia dumy w głosie.
– Ach. A wytłumacz mi jeszcze: dlaczego.
– Nie wie pan, hrabio? – D'Etollé wydawał się autentycznie zdziwiony.
– Nie – odparł ten zupełnie spokojnie, ale dodając trochę niebezpiecznego timbre'u. Bywało, że Antoine irytował go swoją nonszalancją i manierami mistrza cyrkowego.
– Panie hrabio. – Mecenas wyczuł to bezbłędnie, wyprostował się w fotelu i ciągnął już poważnie. – Nicolas Lejeune jest jednym z ostatnich aurorów niezepsutych przez ministra i szefa. Prawda, że nie jest ani sprawnym, ani zdolnym śledczym, że powinien kształcić głos pod kierunkiem madame Carrillo, ale chodzi nam o kogoś, kto nie jest do wampirów uprzedzony.
– Tylko tyle? – Hrabia sceptycznie zmrużył oczy. – W tym układzie musimy sami prowadzić całe dochodzenie.
– Aż tyle. Swoją drogą pan Lejeune przypomina mi jakoś mojego brata. Chciałbym go wychować na dzielnego aurora. A jest przecież i Severus Snape, on poradzi sobie znakomicie, choć może zakotwiczyć się nieco na fakcie, że starszy Arnedo był Śmierciożercą. – Antoine westchnął głęboko. – Gdybym miał jakiś wybór, oczywiście przysłałbym tu aurora i nieuprzedzonego, i kompetentnego. Ale takich po prostu nie ma. Niestety. Trzeba będzie wymienić caaałe służby aurorskie – celowo przeciągnął te słowa. – To będzie tytaniczna praca dla następnego ministra.
Hrabia pokiwał głową. D'Etollé jak zwykle myślał w bardzo dalekiej perspektywie.
– Cóż, w pewnym sensie jest mi żal inspektora – powiedział w końcu Dragomirescu. – Ależ mu się trafiło zadanie... To jak niechciana wygrana na loterii.
– Stal hartuje się w ogniu – enigmatycznie, czy może raczej banalnie, stwierdził mecenas i nie przejawił żadnej litości dla młodziutkiego aurora. Hrabia, starszy i bardziej doświadczony, wiedział jednak lepiej.
– Antoine, tobie się udało przejść przez wspaniale trudne rzeczy. Ale nie podejrzewaj o to samo wszystkich innych.
Mecenas się nastroszył. Żywo, obiema rękami gestykulując, podjął wyzwanie.
– Panie hrabio, po pierwsze - nie robię tego z czystej chęci zabawy ani zbawiania ludzi i odkrywania wspaniałości ich charakteru. Inspektor dostanie takie wsparcie, jakie będzie konieczne i nie zaszkodzi mu trochę większe wyzwanie niż zwykle. Ostatnie lata spędza na nicnierobieniu w Przedpokoju. Taki człowiek nie powinien się marnować. Należało go stamtąd wyciągnąć i dać perspektywę.
– Pracy dla ciebie.
– On nie ma o niczym pojęcia – Antoine machnął ręką – i lepiej niech tak zostanie. Również Severus Snape nie powinien się o niczym dowiedzieć. W PIMIE Lejeune ma pracować najlepiej, jak umie, inaczej nic z niego nie będzie. A kiedyś, kiedy służby aurorskie znormalnieją dostatecznie, będzie można powierzyć mu piękne stanowisko.
– Zdumiewa mnie twoja pewność. – Hrabia pokręcił głową. – Kiedy znormalnieją w takim razie?
Mecenas popatrzył bystro, oczy mu zabłysły, ale nic nie powiedział. Dragomirescu westchnął. Jego samego było można sprowokować do mówienia nieporównanie łatwiej. Natomiast mecenas, który w dawnych czasach sam swobodnie używał wszystkich chwytów z „Eroiki", dziś był na nie stuprocentowo odporny. Mówiąc, entuzjazmował się nieco, ale nie był to ślepy entuzjazm. Hrabia uśmiechnął się.
– Dobrze, dobrze. Widząc twoją pewność, i ja zaczynam wierzyć, że to możliwe.
– Panie hrabio – d'Etollé mówił ściszonym nieco głosem, a na policzki wystąpił mu lekki rumieniec. – Jak pan może tak mówić? To wszystko, co robi pan dla wampirów, czy robi pan to z tym chłodnym przekonaniem, że ot, może będzie lepiej, a może nie będzie? Czy nie wierzy pan, że to coś da?
– Wierzę, że muszę zrobić, co tylko można, niezależnie od rezultatu... – zaczął hrabia, ale się zająknął. – Nie, masz rację, Antoine, masz rację. „Niezależnie od rezultatu" to za mało na takie zmiany.
Kto by pomyślał, że to właśnie od d'Etollé'a usłyszy coś takiego!
– A widzi pan. – Mecenas uśmiechnął się tryumfalnie. Hrabia również się uśmiechnął, ale bardziej po ojcowsku. – A kiedy obaj będziemy pracować po swoich stronach barykady, tym bardziej wszystko to będzie możliwe. Wampiry i pół–wampiry nie będą w niczym ustępować ludziom i vice versa.
Hrabia skinął głową. Mleczny odcień włosów mecenasa był najlepszym dowodem na to, że wie, co mówi. Dragomirescu przypomniał sobie inną rozmowę, tę sprzed czterech lat.
– Hrabio, czy ty wiesz, co zrobił mój bezczelny syn?!
Lady Christine zaciskała blade dłonie w pięści i marszczyła groźnie brwi. Wyglądała jak wcielenie groźnej bogini Hery. Pierś falowała jej w gwałtownym oddechu, kiedy miotała się po całym pokoju.
Hrabia spokojnie siedział w fotelu, pewny, że zaraz się wszystkiego dowie.
– Mógłbyś się bardziej zainteresować! – krzyknęła Lady Christine, podchodząc bliżej. – Nie obchodzi cię to wcale?
– Słucham cię całym sobą – odparł Dragomirescu, pochylając nieco głowę w pojednawczym ukłonie. – Jeśli tylko będę mógł, pomogę.
– Zażądał żebym mu oddała Amulet!
– Amulet... – mruknął hrabia pod nosem, zastanawiając się, do czego ów tajemniczy, magiczny przedmiot może być potrzebny Antoine'owi.
– Nie dałam mu go oczywiście – Lady Christine z westchnieniem opadła na krzesło, smutna i przygaszona, jakby nagle wyparowała z niej cała złość. – Ale obawiam się, że awantura, jaką mu zrobiłam do reszty wszystko między nami popsuła. O ile było co psuć... – Westchnęła raz jeszcze, podnosząc rękę do oczu. – Panie hrabio! – zawołała z nową energią. – W panu ostatnia nadzieja! Proszę z nim porozmawiać!
Hrabia też westchnął, bo młody d'Etollé rzeczywiście nijak nie dawał na siebie wpłynąć. Na myśl o rozmowie Dragomirescu czuł już w kościach nadchodzącą klęskę.
– Boję się, że on planuje coś złego albo, co gorsza, niebezpiecznego. Przecież to Amulet... Nie prosiłby o niego bez powodu...
– Nie, ale przecież, o ile wiem, nikomu jeszcze nie udało się go aktywować – wtrącił hrabia kojącym głosem. Lady Christine spojrzała na niego z bezbrzeżnym zdumieniem.
– A jaka to dla niego przeszkoda? Tym bardziej go użyje!
A jednak, jak każda matka, i ona idealizuje swoje dziecko, pomyślał hrabia, tłumiąc uśmiech.
– Hrabio, odmówiłam mu Amuletu, powołując się na tradycję przekazywania go z matki na córkę, ale on gotów jest znaleźć historyczne precedensy, kiedy, Morgana wie, ile razy, nasz ród tego nie dotrzymywał. Albo, co gorsza, może wpaść na to drugie, prostsze wyjście z sytuacji, wtedy nie będę mogła mu odmówić. Albo, w ostateczności, on jest zdolny włamać się tu i ukraść Amulet!
Wychodząc od Lady Christine, Dragomirescu zastanawiał się, ile Antoine wie o Amulecie. Znając mecenasa, na pewno bardzo dużo, więcej nawet, niż wiedział hrabia. Pewnie więcej niż ktokolwiek inny. Hrabia uderzył ręką o gałąź mijanego drzewa, w pełnym irytacji geście. Smarkacz nie powinien być tak bystry, a w każdym razie nie powinien używać tego przeciw rodzinie.
Przekazywany przez wieki w rodzinie Lady Christine Amulet miał podobno wielką moc, potrzeba było tylko odkryć sposób jego użycia. Podobno wyjaśnienie zagadki znajdowało się w grobowcu twórcy artefaktu, IX–wiecznego czarownika, druida Riagána, cóż, kiedy nikt nie wiedział, gdzie ów grób jest, ani czy w ogóle jeszcze istnieje. Co jeśli Antoine już wie i dlatego chciał zabrać Amulet? Amulet był przekazywany z matki na najstarszą córkę, poczynając od towarzyszki Riagána, Maeve, zatem odszukanie nitki wśród genealogicznej plątaniny francuskich rodów czarnoksięskich i mugolskich wydawało się niewykonalne. Akurat tak, jak lubi Antoine...
Następnego dnia Gang zaatakował. Wczorajsze wzmianki w prasie jak widać im wystarczyły, mimo starań mecenasa i hrabiego o jakąkolwiek powściągliwość. A teraz hrabia musiał świecić oczami w ministerstwie za wszystkie niewinne wampiry. Och, gdyby tylko dopadł piekielny Gang, od razu dowiedzieliby się, co to znaczy wchodzić w drogę hrabiemu Dragomirescu! Z trudem powstrzymał gniew, nie chcąc w ministerstwie przemieniać się w wampira. Na wściekłość będzie czas później, troszeczkę tylko później. I jak tu polemizować z ministrem, jak nawoływać do otwartej dyskusji o kwestii wampirów, jak nagłaśniać temat ze swojego punktu widzenia? Punkt widzenia hrabiego i mecenasa też był Gangowi zupełnie nie w smak, przecież oni chcieli wymusić na ministrze tyle, ile się da, zamiast budować pokój i porozumienie z ludźmi.
Oby Severus szybko poradził sobie z zagadką wypadku Davida. Ale hrabiemu mimowolnie przyszły na myśl słowa, wypowiedziane kiedyś przez Albusa Dumbledore'a. „Ludzie widzą to, co chcą zobaczyć, Gaborze. Nawet Severus. Cóż, zwłaszcza Severus, jeśli wiesz, co mam na myśli".
Wróciwszy z ministerstwa, gdzie i tak niewiele wskórał, a za to usłyszał mnóstwo słów, po których nie wiedział, czy wściekać się, czy szczerze rozpłakać, zamknął się w swoim gabinecie, wydawszy polecenie, by mu nie przeszkadzano. Potrzebował tej chwili ciszy, we własnym bezpiecznym miejscu, z dala od tych ludzi, którymi pogardzał. Ale przecież i z tymi ludźmi wampiry miały żyć w zgodzie, tych ludzi nie chciał zniszczyć, a przystosować. Zmienić nie, to zbyt szumne słowo, zbyt wielkie, ale stworzyć takie warunki, żeby i ci wszyscy szarzy ludzie, idące za głośniejszym przywódcą stadko, chorągiewki na wietrze, żeby i oni żyli z wampirami w kulturalnej zgodzie. W tej chwili wydawało się to tak dogłębnie niemożliwe, tak niewarte prób, że Dragomirescu mimowolnie zaczął rozważać bardziej stanowcze kroki... Przecież nie można dać się tak obrażać! A żadna z kulturalnych i spokojnych uwag hrabiego, który starannie nie zostawił żadnego słowa bez odpowiedzi, nie wydawała się mieć większego efektu niż moment strachu, zdumienia, bo w końcu ten straszliwy wampir zwrócił na to uwagę. W chwilę później, kiedy wydawało się, że hrabia nie patrzy, pogardliwy gest zbywał cały niepokój i pozwalał wygodnie wrócić do starych, wytartych przekonań.
Koral weszła do jego gabinetu, cichutka jak myszka, i skłoniwszy się lekko, podała mu list z Marsylii, od Zarazy. W tych momentach, gdy hrabia był zły, a Koral się bała, choć przecież nie miała już żadnego powodu, wracała do dawnych manier, do bycia bardziej służącą niż asystentką.
– Nie odchodź – powiedział cicho hrabia i wskazał jej dłonią fotel, zatrzymując rękę w powietrzu nieco dłużej, niż było to potrzebne. Usiadła, nic nie mówiąc, a hrabia rozerwał okazałą, czerwoną pieczęć na przyniesionym liście, rozwinął go, wczytał się w ozdobne, ale niewyrobione nieco pismo.
– Lady Sonia przyjeżdża do Paryża za trzy dni – powiedział, nie odrywając wzroku od arkusza pergaminu. – Dopilnuj, żeby niczego jej nie brakowało.
Koral spuściła głowę i pochyliła się w posłusznym geście. Hrabia oderwał wzrok od listu, popatrzył uważniej. Już wcześniej, rozpoznając herby Zarazy, musiała się zasmucić. Właśnie zasmucić i to chyba najbardziej hrabia w niej cenił. Otaczały go kobiety silne, takie właśnie, jak lubił, ale tylko jedna Koral łączyła to ze spokojem, smutkiem i mnóstwem wyrzeczeń. No, może jeszcze Luna miała w sobie coś podobnego.
Teraz Koral wyraźnie miała łzy w oczach. Dragomirescu westchnął ciężko i przysłonił rękami oczy. Jeszcze i to. Mała Koral, od czterystu lat przeżywająca to samo, raz mocniej, raz słabiej. Teraz, kiedy powinna go wspierać. Zastanowił się. Wspierać. Hrabia nie wierzył już w święty obowiązek wspierania swojego pana i władcy z całego serca tylko dlatego, że ów jest czyimś panem i władcą. Teraz też był winien Koral więcej, niż dawał.
– Nie martw się – powiedział cicho. – Zaraza – specjalnie użył niepochlebnego przydomku jakim ochrzcił Sonię – przyjedzie i wyjedzie.
– Tak, panie hrabio. – Koral wciągnęła głęboko powietrze, podniosła głowę i wyraźnie się odprężyła, jednak nie pod wpływem słów hrabiego, a sama, własnym wysiłkiem. – Pójdę wszystkim się zająć.
Wstała i wyszła, opanowana jak zawsze. Prawie zawsze. Było kilka momentów, które hrabia wspominał ze wzruszeniem, z wymieszanymi zupełnie i nie dającymi się rozplątać emocjami, z chaosem, z którego na próżno starał się wyłowić jasne odpowiedzi.
Mgliste jesienne popołudnie, trzysta lat temu, zamek Dragomirescu w Karpatach. Hrabia z okna widział taras, a na nim Koral, rozmawiającą z którąś ze służących wampirzyc. Koral wyglądała wtedy na niecałe trzydzieści lat, a mleczne włosy nosiła splecione w gruby warkocz. Nagle krzyknęła coś niezrozumiałego, machnięciem ręki posłała na ziemię dzbanek zwierzęcej krwi, który trzymała tamta druga i odbiegła. Wcześniej jednak rzuciła w kierunku okna hrabiego takie spojrzenie, że Dragomirescu odruchowo się cofnął. Przypuszczał jednak, że go zauważyła, więc postanowił odszukać ją i wyjaśnić sprawę do końca.
Szukał jej przez jakiś czas, wreszcie odkrył w jakiejś zapomnianej garderobie z nieużywanymi już szatami. Koral siedziała okryta wilczym futrem podbitym czerwonym materiałem, w którym hrabia rozpoznał swój stary płaszcz, jeszcze sprzed przemiany w wampira. Dookoła rozrzucone były inne ubrania.
Wszedł cicho i zamknął za sobą drzwi. Koral miała opuszczoną głowę, ramiona trzęsły jej się w spazmatycznym, choć wciąż cichym płaczu. Podszedł odrobinkę bliżej, ale w tym momencie Koral zerwała się z miejsca i gwałtownym gestem uderzyła w stolik. Stojący na nim lichtarz zakołysał się niebezpiecznie i spadł, uderzając z brzękiem o ziemię; gorący wosk prysnął dookoła. Hrabia zaklęciem ugasił ogień, który z ochotą zaczynał już lizać zaściełające podłogę szaty. Przez parę sekund oboje wpatrywali się nieruchomo w lichtarz i plamy na materiałach. Wreszcie Koral wyprostowała się i zamrugała, strzepując z rzęs kilka łez.
– Przepraszam... – szepnęła. – Nie powinnam była.
Znów przysiadła na podłodze, jak laleczka, której obcięto sznurki.
– O co chodzi? – zapytał hrabia, przykucając i wyciągając do niej rękę . Koral westchnęła.
– Nie mogę powiedzieć... Głupia sprzeczka z Oaną. Widzieliście z okna, ale... ale to nic. – Jej głos stawał się słaby i senny. Dwie łezki spłynęły po bladych policzkach. – Ja z nią wszystko ułożę.
– Ale ja chciałbym ci pomóc. Martwi mnie, że masz kłopoty.
Na to Koral rozpłakała się jeszcze bardziej. Byli już kiedyś w takiej sytuacji, jeszcze jako ludzie, teraz wyraźnie sobie tamto przypomniał. Sto lat bezgranicznej wierności...
– Powiedz, Koral. Nie będę się na ciebie gniewać. Pamiętasz, już kiedyś się bałaś i okazało się, że nie trzeba. Przypominasz sobie? Wtedy, kiedy wróciłaś z Gabrielem. Teraz też możesz wszystko powiedzieć.
Przysunął się bliżej i usiadł obok niej, wśród kolorowych szat. Nie patrzył na nią, miał nadzieję, że sama powie, co się stało.
– Panie hrabio... Wy wiecie dobrze. Zawsze... zawsze o to chodziło. Przecież to nic trudnego się domyślić.
Nic trudnego, to prawda, ale nawet to stwierdzenie było w ustach Koral odważne.
– Wiem – powiedział i objął ją ramieniem. Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się przez łzy.
– Kiedyś nie marzyłam nawet i o tym. Przewraca mi się w głowie od nadmiaru szczęścia. Kiedy miałam szesnaście lat i zaczynałam służbę, wy, hrabio, nawet nie wiedzieliście o moim istnieniu. Byliście wodzem, hospodarem, wielkim panem, mieliście mnóstwo służby...
Hrabia mógłby sam powiedzieć za nią każde słowo, ale słuchał, tak jak słucha się smutnych baśni, które za głęboko tkwią w sercu, żeby się kiedykolwiek znudzić.
– Byliście dobre dwadzieścia lat starsi ode mnie, ale zakochałam się bez pamięci. – Koral uśmiechnęła się delikatnie, podniosła rękę i przesunęła palcami w powietrzu jakby chciała pogładzić to wspomnienie.
Tak. Hrabiemu oczy zaszły lekką mgłą, bo on wtedy miał żonę, tę jedyną, ukochaną, której nic już nie mogło zastąpić, miał też kilkuletniego synka. Ona była wspaniałą kobietą, mądrą i dobrą, a chłopiec, Gabriel, był najpiękniejszym dzieckiem, jakie widział przedtem i potem.
– Ja wtedy nawet miałam narzeczonego, tylko on zginął szybko na wojnie. Pamiętacie?
– Tak.
Hrabia ciągle prowadził jakieś walki. Pamiętał wiele pogrzebów, a jeszcze więcej zacierało się już w pamięci. Chłopiec Koral zginął mężnie, w walce, hrabia zapamiętał to, bardzo się też wtedy zasmucił, że taki dzielny żołnierz zginął. Przyszedł na jego pogrzeb, mimo że nie był on oficerem.
– Byliście tacy sławni, wszyscy się was bali i podziwiali. Ale zawsze wtedy myślałam, że tak jak ja, to nikt was nie podziwia.
Koral urwała na moment i niepewnie popatrzyła na hrabiego.
– Nie myślałam wtedy, że kiedyś będę mogła służyć wam tak długo, tak blisko...
Hrabia wrócił do wcześniejszego jeszcze wspomnienia. Najboleśniejszego z czasów, gdy był człowiekiem, jeśli nie liczyć okoliczności samej przemiany. Koral nie miała wtedy nawet dwudziestu lat, a zdołała oddać mu przysługę większą niż wszyscy jego żołnierze razem wzięci. Pamiętał, jak wjechała do obozu, przyprowadzona przez jego patrol. Trzymał ją przed sobą jeden z żołnierzy, a dowódca patrolu tak samo trzymał owiniętego w szubę Gabriela. Gabor przede wszystkim podbiegł do synka, wziął nie do końca rozbudzone i przytomne dziecko na ręce, nie wstydząc się przy tym płakać. Koral krótko podziękował i kazał się nią zająć jak najlepiej.
Chorowała potem długo i za każdym razem, kiedy wchodził do jej namiotu, spała. W końcu postanowił czekać tak długo, jak będzie trzeba, aż się obudzi. Nie może przecież spać w nieskończoność. Wydawało mu się, że kiedy przyszedł, udawała tylko sen, potem zasnęła naprawdę, ale kiedy się obudziła, on wciąż tam był.
– Panie... – szepnęła, spuszczając oczy.
– Uspokój się, dziecko. Jak się czujesz?
– Dobrze – odpowiedziała szybko, nie podnosząc wzroku.
– Chciałbym zapytać cię, co dokładnie się zdarzyło. Muszę wiedzieć, a Gabriel jest za mały i zbyt wystraszony, żeby móc opowiadać.
– Dobrze – powtórzyła Koral. – Pytajcie, panie...
– Powiedz od początku. Jak to się stało?
Koral z wysiłkiem nabrała tchu i zaczęła mówić, a Gabor zacisnął mocno pięści.
– Byłam z panią Rainą i pozostałymi dziewczętami tam, gdzie się z nami pożegnaliście. Trzeciej nocy usłyszeliśmy tętent kopyt. Nie było czasu na nic, mężczyźni, którzy nas bronili, byli zbyt nieliczni, a to był cały oddział... – głos jej się załamał. – Pani... pani Raina broniła Gabriela. Widziałam to, ona popatrzyła na mnie... Ja wtedy schowałam się z Gabrielem, a ona próbowała ich zatrzymać. Nie chciała sama się ukryć. Dlatego zabrałam go później i uciekłam.
– Ale jak? Jak udało wam się uciec? Co z pozostałymi dziewczętami?
– One nie żyją albo... albo oni je zhańbili. Kiedy uciekliśmy, widziałam dym. Myślę, że nikt nie przeżył.
– Jak udało wam się uciec?
Ale Koral tylko schowała twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem. Delikatnie położył jej rękę na ramieniu.
– Możesz bez obawy mówić – szepnął, domyślając się świetnie dalszego ciągu. – Uratowałaś moje dziecko.
Skinęła głową i wyrzuciła z siebie kilka słów potwierdzających jego domysły. Przekupiła strażnika sobą, a potem, zanim wszyscy inni wytrzeźwieli, uciekła. I jakimś cudem jej się udało, może dlatego, że nikt nie spodziewał się, że ucieknie w najbardziej niebezpieczne tereny. W ten sposób nie tylko uratowała Gabriela, ale pozbawiła też wroga możliwości szantażu. Gabor zgrzytnął zębami na tę myśl. W otwartej walce nie mieli z nim szans. Zwłaszcza teraz, kiedy gniew wypełniał go całego, jak kłąb czarnego, duszącego dymu.
Dzisiejszy, czterechsetletni hrabia Dragomirescu z mieszanymi uczuciami wspominał tamte wojny. Wtedy żołnierze wierzyli, że jest uosobieniem szlachetności i on sam też był skłonny tak o sobie myśleć. Ale teraz, kiedy zmieniły go mijające lata i epoki, pamiętał aż za dobrze, jaki okrutny bywał. Teraz już nie, powtarzał sobie. Teraz się zmienił. A wtedy wszystko było inaczej, musiał taki być, żeby osiągnąć to wszystko, co chciał, co osiągnął...
Po tej rozmowie, kiedy jeszcze długo siedział z Koral i ją uspokajał, dziewczyna zaczęła wracać do zdrowia. Kiedy tylko poczuła się lepiej, wysłał ją i syna, pod silną, bardzo silną eskortą, daleko, jak najdalej od terenu walk.
Dopiero później dowiedział się, że Koral miała mieć dziecko, ale je straciła. Nie potrafił powiedzieć, czy było to lepiej, czy gorzej dla niej. Ale dziecko to dziecko, mimo że poczęte w takich okolicznościach, prawdopodobnie mocno to przeżyła...
– Panie hrabio, ja muszę wam coś powiedzieć... – szepnęła Koral, otulając się ciaśniej czerwonym płaszczem.
– Co takiego? – Hrabia pochylił się do niej, bo mówiła ledwo słyszalnie, nawet dla jego czułych, wampirzych uszu.
– Kiedy pani Raina zginęła, ja nie mogłam powstrzymać myśli, że teraz nie macie już żony, że teraz... rozumiecie... – Głos Koral zadrżał. – To oczywiście było strasznie głupie i naiwne, i... Ale było i wciąż mam straszne wyrzuty sumienia.
– Koral... – Hrabia przytulił ją mocno. Oparła policzek na jego piersi, poczuł, jak ciepłe łzy przesiąkają przez koszulę. – Nie gniewam się na ciebie.
– Ale też nie kochacie mnie, wiem... – szepnęła mocniejszym już głosem, uspokajając się.
– Nie kocham, to prawda.
– To nic... Kiedy powierzyliście mi opiekę nad Gabrielem, czułam się trochę, jakbym zajęła miejsce pani Rainy, choć wiedziałam, że nie mam prawa. Kochałam go jak własne dziecko i on też się do mnie bardzo przywiązał. Przepraszam, nie powinnam o tym mówić...
Hrabia potrząsnął głową. Nie chciał rozmawiać o synu, ale besztanie Koral nic by teraz dobrego nie dało.
– Już dość smutnych wspomnień na dziś – powiedział, wstając i pomagając się jej podnieść. – Już wystarczy. Idź, umyj oczy, uczesz się. Chcę cię znów widzieć ładną.
Wieczorem, przy kolacji, faktycznie wyglądała pięknie. Splotła starannie włosy, ubrała lepszą sukienkę, białą z czarnymi akcentami. Uróżowała nawet twarz, prawdopodobnie by zatuszować ostatnie ślady łez, teraz widoczne już tylko w jej oczach, nadające im miękki, intrygujący blask. Hrabia miał gości na kolacji, czarodziejów z Polski, jeden z nich usiadł obok Koral i o czymś z nią rozmawiał. Koral uśmiechnęła się marzycielsko i popatrzyła przed siebie, jakby przed nią stanął nagle Feliks we własnej osobie. Wyglądała jak ktoś zupełnie inny. Właśnie, Feliks...
Tak samo piękna była sto lat temu, dwudziestoletnia panna, na przyjęciu, jakie hrabia wyprawił z okazji zwycięstwa, kiedy minął już czas żałoby po Rainie. Wtedy, podczas śnieżnobiałej, całej zamarzniętej zimy, pojawił się Feliks, poseł z północy. Jasnowłosy, niebieskooki, o wyróżniających się w surowym otoczeniu hrabiego manierach. Zakochał się w Koral, oświadczył o jej rękę. Hrabia zgodził się z radością, Feliks był znakomitą partią dla niezamożnej dziewczyny. Ale Koral wahała się długo, bardzo długo, aż wreszcie odmówiła. Hrabia czuł, co się święci, ale czy mógł ją zmuszać? Gdyby nie on, przyjęłaby oświadczyny bez chwili wahania, widział to jasno. Poślubiając Feliksa musiałaby wyjechać razem z nim, zostawić hrabiego. I Feliks odjechał sam, smutny, Koral też posmutniała, na pewno czuła się winna. Hrabia także posmutniał widząc jej beznadziejne uczucie. Miał tylko nadzieję, że z czasem jednak pojawi się ktoś, kogo Koral pokocha mocniej. Może teraz się uda? Może ten Polak jej się spodoba? Czy jednak on zechciałby wampirzycę?
A teraz hrabia siedział nieruchomo za biurkiem i wpatrywał się w drzwi z jakimś nieokreślonym smutkiem. Zawołał w końcu Koral i kazał podać sobie starą, wysłużoną lutnię, całą porysowaną i już bardzo kruchą. Miała niemal tyle lat, co i oni.
– Zostań, Koral – powiedział, strojąc instrument. Koral lubiła, kiedy grał, lubiła wspominać dawne czasy, ucieszy się.
– Przepraszam, panie hrabio – powiedziała cicho, kiedy skończył grać. Uśmiechnęła się lekko, patrząc mu w oczy. – Ja przecież wiem, że na miłość nie da się zasłużyć. Co jest dawane, musi być dawane dobrowolnie. Ja już dawno zdecydowałam się, co chcę dać, bez zapłaty. Wszystko dla Lady Sonii i panicza Tristana jest przygotowane.
A jeśli już mowa o wspomnieniach damsko–męskich, to wieczorem, w porywie nostalgii przeglądając stare albumy, hrabia znalazł zdjęcia ze ślubu mecenasa d'Etollé'a. Uśmiechnął się pod nosem. Ani przedtem, ani potem nie widział Lady Christine tak poruszonej. Przyrzekłby, że czubki rękawiczek miała przedziurawione pazurami, mimo że wampirem była tylko jej prababcia.
Panna młoda, Renée Sherrington, była wnuczką angielskiego czarodzieja, znanego w całej Europie jubilera i specjalisty od czarodziejskich klejnotów. Jej matka była Francuzką i dziewczyna wychowała się w Paryżu, skończyła Beauxbatons, obecnie pisywała felietony i opowiadania w różnych czasopismach. Hrabia zastanawiał się, jak Antoine ją poznał i skłonił do małżeństwa.
Ceremonia okazała się niesamowicie wystawna, z mnóstwem gości. Przybył naturalnie hrabia, jak też cała rodzina Antoine'a, mimo że ze znaczną jej częścią nie utrzymywał żadnych stosunków. Był jego młodszy brat, syn drugiej żony starego d'Etollé i jego narzeczona Vanille, śliczna, czarnowłosa, trochę pulchna, hrabia mógł na nią patrzeć godzinami. Był jedyny przyjaciel Antoine'a, choć podobno przyjaźń skończyła się dość gwałtownie parę lat temu, swoją drogą, szwagier Vanille. Była Celia, kuzynka, ze swoim mężem, naukowcem, hrabia dobrze znał go z Sorbony. No i byli oboje rodzice Antoine'a, stary d'Etollé z wysiłkiem i mimo choroby jednak przyszedł. A może właśnie dlatego? Lady Christine siedziała obok niego (Antoine planował rozmieszczenie gości przy stole!) i rozmawiali chyba pierwszy raz od rozstania.
– Opiekuj się Antoine'em – powiedział hrabiemu stary d'Etollé pod koniec przyjęcia. Dragomirescu przypomniał sobie niemagicznych ludzi, umierających kiedyś na suchoty. Spojrzenie i głos starego czarodzieja były uderzająco podobne, również wtedy, kiedy odwrócił się od hrabiego i przyglądał synowi.
Zaś pan młody znajdował się wszędzie, wszystkiego pilnował i ze wszystkimi rozmawiał. A panna młoda gdzieś w tym wszystkim ginęła. Siedziała cicho na honorowym miejscu i rozglądała się dookoła, ciekawie, ale też dość niepewnie. Hrabia przysiadł obok niej.
Musiał przyznać, że prezentowała się uroczo. Jasna cera, oczy o wyrazistej, oliwkowej barwie i brązowe włosy, kunsztownie upięte, przysypane welonem jak cukrem pudrem. Suknię miała wąską, lejąca się, żadną tam bezę, na głowie delikatny diademik, koronę bardziej. A na szyi Amulet. Czy ona w ogóle wiedziała, na co się przed chwilą zgodziła?
– Pan się niepotrzebnie o mnie martwi, panie hrabio – powiedziała mu Renée, kiedy próbował delikatnie zbadać sytuację. – Wiem, co robię.
Hrabia jej wtedy nie uwierzył, ale czas pokazał, że to ona, jedyna z nich wszystkich, miała rację od samego początku.
– Antoine od początku rozmawiał ze mną szczerze – wyznała mu rok później. – Poprosił mnie o pomoc, zaproponował ślub, planując wkrótce rozwód. Wiedziałam, że chodzi mu o Amulet. W pierwszej chwili strasznie się zezłościłam. Ale później pomyślałam, że najlepiej dla niego będzie, jeśli go zdobędzie i zobaczy co z tego wyniknie. Nie wiem, może się myliłam, ale Antoine opowiedział mi wcześniej, jak ma działać to, czego szuka. – Uśmiechnęła się figlarnie, stukając paznokciami o filiżankę. – Tak naprawdę, to byłam już w nim zakochana.
Następnego dnia Dragomirescu z pewnym trudem wrócił do rzeczywistości, do pracy, do obowiązków. Oprowadził Severusa po instytucie, uczestniczył w eksperymencie procesowym i nawet udało mu się przy tym zapomnieć o wszystkich ciężkich myślach. Zasępił się jednak, kiedy Severus powiedział mu, że proszek znaleziony w laboratorium Davida to ludzki popiół. Skąd? Jak? Kto? Hrabia nie wyobrażał sobie, żeby David mógł pracować na podobnym materiale, nie mówiąc mu o tym. W ogóle to było niemożliwe! Więc kto? Najgorsze, że nawet jeśli to ktoś z zewnątrz, na co hrabia całym sercem liczył, musiał go wpuścić ktoś stąd.
Cały korytarz napełnił się nagle bolesnym, jękliwym skrzekiem męczonego stworzenia. Hrabia zesztywniał cały i zamiast wrócić do swojego gabinetu, obrócił się na pięcie i podążył prosto do laboratorium Nataszy. Zapukał ostrożnie. To było jedyne miejsce w całym instytucie, do którego wchodził z pewną obawą i zawsze opanowany.
– Proszę! – usłyszał zirytowany, niski głos. Wszedłszy, zobaczył małe smoczątko, smoliście czarne, usadowione wygodnie na kolanach Nataszy. Ssało ogromną butlę ze smoczkiem, pełną różowej, mętnej cieczy. Dokładniej: krwi z mlekiem. Dosłownie. Strzelało oczkami na wszystkie strony i nie wyglądało, jakby działa mu się krzywda.
– Usłyszałem twojego smoka – wyjaśnił mimo wszystko. – Dlaczego tak krzyczał?
– Bo był głodny. – Natasza wzruszyła ramionami. – Zobaczył, że wychodzę z kominka i zaczął się drzeć. Wie, że wcześniej nie ma po co, bo i tak nic nie dostanie.
– Czy dzieci nie powinno się karmić na żądanie? – zapytał hrabia trochę nieobecnym głosem. Ponieważ smokowi nic nie było, powoli wracał do poprzednich rozmyślań. Oprzytomniał pod niedowierzającym spojrzeniem Nataszy. Wysoko uniesione brwi jasno mówiły: „żaden wampirzy hrabia nie ma prawa znać się na dzieciach".
– Renée d'Etollé mi mówiła... – wyjaśnił.
– Panie hrabio, smokowi nic nie jest, proszę pozwolić mi pracować. – Przyjrzała mu się ogromnymi, ciemnymi oczyma. Gdyby hrabia był młodszy, byłyby jawnym zaproszeniem, by w nich utonąć. – Nie ufa mi pan? Nie będę męczyć zwierzęcia.
W ustach innego pracownika zabrzmiałoby to może dziwnie czy impertynencko, ale Natasza, nie wiedzieć czemu, mówiła tylko stanowczo. Hrabia zostawił ją więc w spokoju i wyszedł. Natasza Andriejewna była jego kolejnym rosyjskim odkryciem i choć starał się, jak mógł, nikogo nie faworyzować, to przyznawał, że jest jego ulubienicą. Pozostałe zatrudnione w instytucie panie były radosne i spokojne, dość zwyczajne, może oprócz Luny, ale Luna i tak wymykała się wszelkim kategoriom. Natasza była inna, mocna i pełna, niosła za sobą napięcie, chaos i iskrę niebezpieczeństwa. Cokolwiek robiła, robiła ze wszystkich sił i do oporu.
Jednak wieczorem chaos i niebezpieczeństwo przyniosła ze sobą nie Natasza, a Irina. Nawet się nie obejrzał, a już stał samotnie na Wzgórzu Wisielców, trzymając pod zaklęciem ogłuszonego, dosłownie, wampira. Czekał na mecenasa d'Etollé i zastanawiał się, czy całe to zamieszanie to jedynie przypadek, czy jednak planowe działanie Gangu.
– Zważywszy, że żaden z tych składników nie istnieje, jest to najbardziej magiczna receptura, jaką widziałem – oznajmił hrabia, kiedy pierwszy raz po ślubie został zaproszony przez młodych państwa d'Etollé. Udało mu się przy tej okazji zerknąć na notatki Antoine'a pozostawione na stoliku w salonie. Sam mecenas jednak wzruszył tylko ramionami.
– Zatem nie trzeba ich traktować dosłownie. – Mrugnął, uśmiechając się. – Może zaszyfrowałem je, by nikt nie poznał tajemnicy grobu Riagána?
Hrabia z irytacją odrzucił kartkę na stos innych papierów. Antoine zagwizdał popularną melodyjkę z piosenki „Okłamuj mnie, pocałuj też".
– Podobno jest taki czar, który rzucony na kociołek powoduje, że uwarzy się to, w co się wierzy, że się uwarzy – ciągnął d'Etollé spokojnym tonem, jakby opowiadał bajkę.
– Tobie wiary nie brakuje. – Hrabia wzruszył ramionami.
– Owszem – Antoine spokojnie się zgodził. – Pochwalę się zatem, żeby nie były to puste słowa. Wiem, gdzie jest grobowiec i co zawiera. Oprócz ciała naturalnie.
– Naturalnie – przytaknął zimno hrabia. – Cóż zatem jest to takiego? I dlaczego mi to mówisz?
– Wiem, że mogę liczyć na pana dyskrecję i niewtrącanie się – zaśmiał się mecenas. – A tak na poważnie, mówię to, bo wiem, że pan to doceni. Dlaczegóż jeszcze miałbym to mówić?
– Zatem powiedz do końca, skoro tak.
– Ach, ciekawość. – D'Etollé potrząsnął głową. – Panie hrabio, to przecież było takie proste. Niech pan spojrzy – wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki Amulet i podał go hrabiemu. – Widzi pan ten napis?
Dragomirescu przyjrzał się uważnie i kiwnął głową na znak zgody.
– Wie pan, co on oznacza?
– „Kto mnie spotka, wejdzie w cień, z którego jedyna droga prowadzi w górę". I co to znaczy?
– Nie wie pan? – zdziwił się mecenas, a potem wybuchnął śmiechem. – Cóż... Ja też nie. Szczerze mówiąc, nie umiałem tego nawet odczytać. Muszę panu podziękować.
– Antoine! – wykrzyknął hrabia, uderzając pięścią w stół. – Jak śmiesz! Nie wiem, co planujesz w związku z Amuletem, ale co innego mieć na ciebie oko, a co innego ci pomagać!
Antoine pokiwał głową.
– No właśnie, dlatego nie prosiłem pana o pomoc. „Kto mnie spotka...", ciekawe. Teraz muszę się zastanowić, jakie to ma znaczenie dla całości...
Mecenas d'Etollé aportował się ze Wzgórza Wisielców razem z aurorami, eskortującymi wampira do Conciergerie. Tam upewnił się, że więzień otrzymał miejscówkę w najgłębszym i najlepiej strzeżonym lochu, a następnie udał się wprost do Ministerstwa Magii. Nienagannie ubranego i gładko uśmiechniętego Antoine'a zobaczył minister w chwili, kiedy zamierzał zamknąć drzwi Pokoju Niebieskiego, czyli małej salki konferencyjnej.
– A pan, mecenasie, czego tu szuka? – zapytał przesłodzonym, ironicznym tonem. Cienkie czarne wąsiki zadrgały, przywodząc d'Etollé'owi na myśl czułki jakiegoś owada.
– Panie ministrze, jako Niezależny Obserwator mam prawo być na wszelkich kryzysowych spotkaniach rządu.
Nie była to do końca prawda, ale ponieważ ministrowi wystarczyła, mecenas nie drążył tematu. Błąd przeciwnika to twój sukces. A jeśli nie, to i tak zasługiwałeś, żeby przegrać. Funkcja Niezależnego Obserwatora, którą odkurzył specjalnie dla siebie ze starych i zapomnianych kodeksów, dawała mu profity w postaci obecności stale na miejscu i trzymania ręki na pulsie, bez bycia kojarzonym z ekipą rządzącą.
W kwadratowym pokoju ściany pomalowano na głęboki, modry kolor i ozdobiono biało–srebrnymi ornamentami. Meble i obrazy utrzymane były w podobnej tonacji. D'Etollé zawsze miał tutaj wrażenie, że oblepia go wata cukrowa, ale może rządzący czuli się jak bogowie na niebie?
– A zatem zebraliśmy się tutaj, aby... – zaczął minister, cały drżący z podniecenia.
– ...połączyć związkiem... – mruknął jednocześnie mecenas. Dookoła rozległy się stłumione śmiechy. Minister wściekłym wzrokiem spojrzał na d'Etollé'a.
– Panie mecenasie, chciał pan coś powiedzieć?
– Ależ nie, panie ministrze – d'Etollé ukłonił się z niewinnym uśmiechem. – Słucham pana z najwyższą uwagą i zdaje mi się, że mogę wręcz wyprzedzać pana myśli.
Minister spojrzał na niego wilkiem, ale nie ciągnął tematu, widząc zniecierpliwione nieco miny zebranych.
– Mamy wampira w Conciergerie! – warknął. – Cholernego krwiopijcę! I jest to świetna okazja, żeby jasno pokazać, co czeka takich jak on!
– Ma pan na myśli osoby brutalne, skłonne do gwałtownych czynów bez ich przemyślenia, zajmujące wysokie stanowiska kierownicze? – wtrącił d'Etollé niewinnym głosem, wyliczając te cechy na palcach.
– Mecenasie, o co panu chodzi?! – Minister zgrzytnął zębami, bo na niektórych twarzach dojrzał stłumiony uśmiech.
– Chciałbym jedynie, byśmy wszystko dokładnie przemyśleli i podjęli najlepszą decyzję z możliwych – mecenas mówił spokojnym głosem, bez śladu napięcia i nie uśmiechał się już. – To ważna sprawa i należy jej się poważne potraktowanie.
– Czy ja ją traktuję niepoważnie? Mecenasie, to pan wciąż przerywa!
– Potrzebna jest dyskusja. – D'Etollé wzruszył ramionami. – Poza tym sądziłem, że wyraził już pan swój pogląd, bardzo jasny i prosty. Proszę mi zatem pozwolić, jako naocznemu świadkowi, przedstawić tym razem fakty, nie emocje.
– D'Etollé, fakty znają wszyscy! Złapaliśmy wampira i...
– Żadne my – zauważył mecenas cichym, ale zaskakująco dobrze słyszalnym głosem. – Pan nikogo nie złapał. To ja natknąłem się na pojedynkowiczów i powiadomiłem służby aurorskie. I to ja wiem, co się wydarzyło. Jestem pewien, że wszyscy chcą posłuchać, jak było w rzeczywistości, prawda, panie Lefevre?
Wywołany do odpowiedzi pan Lefevre, szef Departamentu do Spraw Kontaktów z Mugolami, zmieszał się i zaczerwienił. Jednak pod spokojnym, zbyt spokojnym, wzrokiem mecenasa odpowiedział tak jak trzeba. Słusznie nie chciał narażać się na żadne przykre konsekwencje.
– T–tak... – mruknął, usiłując zachować pozory lojalności wobec szefa i jednocześnie chronić swoje wątpliwe, a na nieszczęście znane mecenasowi, interesy. Elektroniczne mugolskie gadżety, właściwie wykorzystane, przynosiły przecież majątek.
– Zatem pozwolicie państwo. – D'Etollé skłonił się kurtuazyjnie. – Usłyszałem przedziwny, bardzo głośny dźwięk z okolic Wzgórza Wisielców i moja niczym nieopanowana ciekawość – pauza, powiódł wzrokiem po tych obecnych, którzy najbardziej mogli w wyniku owej ciekawości ucierpieć – kazała mi poszukać jego źródła. Na miejscu widok był iście powieściowy i romantyczny: dwóch pojedynkowiczów nieprzytomnych i piękna kobieta płacząca nad jednym z nich. Wampir, który jest przyczyną naszego spotkania i auror, który prowadzi śledztwo w Paryskim Instytucie Magopaleologii i Archeomagii. Dzielnego pana Lejeune wyprawiłem wraz z towarzyszką do Świętego Filipa, natomiast do wampira wezwałem brygadę aurorów. Teraz mamy go w najciemniejszym lochu i musimy postanowić, co z nim zrobimy. Szef służb aurorskich proponuje, żeby wykorzystać go w śledztwie przeciw Gangowi, co jest pomysłem ze wszech miar rozsądnym i popieram go w pełni. Oczywiście zakłada to pewne wydłużenie procesu karnego w czasie. Prawda, monsieur? – Mecenas pochylił się lekko w stronę szefa aurorów. Ten zaś, chcąc nie chcąc, przytaknął.
– A ty od kiedy z nim się zgadzasz? – syknął minister. – Czyżby cię czymś zaszantażował? Czymże takim? Być może sam powinienem o tym wiedzieć?
Szef aurorów poczerwieniał i już zamierzał odpowiedzieć coś ostro, gdy wtrącił się d'Etollé.
– Panie ministrze, protestuję, to jest oszczerstwo. Jak może pan oskarżać swojego współpracownika w podobny sposób i to w chwili, gdy zasługuje raczej na pochwałę.
Szef aurorów westchnął i zabrzmiała w tym, miła dla ucha d'Etollé'a, ulga. Haczyk na starego aurora był naprawdę wyśmienity i mecenas czuł pewną profesjonalną dumę.
– Powinniśmy przesłuchiwać wampira – wtrącił Legoût. – Jeśli Gang odpowie kolejnymi atakami, mogą zginąć ludzie. Skoro on należy do Gangu... Dobrze słyszałem, prawda?
– Tak, w istocie – uśmiechnął się d'Etollé. – Proponuję, żeby monsieur le commandant już teraz wydał stosowne dyspozycje władzom Conciergerie i wydziałowi śledczemu.
– Ja tu wydaję dyspozycje! – Minister huknął pięścią w stół. – Nie obchodzi mnie, czy Gang zaatakuje! Wampir ma ponieść karę, ciężką i przykładną, żeby inne zobaczyły, co ich czeka! Nawet lepiej, jeśli zaatakuje! Im więcej będzie ofiar, tym prędzej wszyscy się przekonają, jacy naprawdę są ci krwiopijcy!
D'Etollé uważnie obserwował i notował w pamięci, kto po słowach ministra zbladł, kto otrząsnął się, a kto miał w oczach podobny, okrutny poblask.
– Nie sądzę, żebyśmy mogli to zaakceptować – powiedział, krzywiąc się, sędzia Sargouss, szef Les Hautes Chaises, stary, wyschnięty prawnik. – Młody d'Etollé ma lepszy pomysł niż to. Jestem za dokładnym śledztwem i dziwię się, że to w ogóle może podlegać dyskusji.
Mecenas skłonił się sędziemu, tym razem z nieudawaną wdzięcznością. Minister zabębnił palcami o stół, ściągając na siebie uwagę zebranych.
– Za to młody auror zasługuje chyba na nagrodę? – wycedził przez zęby. Nieprzyjemny, śliski uśmieszek błąkał się na jego twarzy. – Panie komendancie, niech pan jeszcze nas nie opuszcza. Czy nie uważa pan tego za dobry pomysł?
– Tak... – powiedział szef aurorów z namysłem i ukradkiem zerknął na d'Etollé'a. Co za pech, że przetargi na służbowe miotły decydują się dopiero jutro! Jutro będzie wolny od przeklętego mecenasa, ale dziś, dziś był w jego ręku. Wkrótce trzeba się będzie porządnie zemścić. Zaś mecenas patrzył czujnie to na niego, to na ministra.
– Pojedynek zostanie mu wybaczony, nadto awansujemy go, myślę. To może być początek pięknej kariery – powiedział gładko minister. – Ludzie potrzebują takich pozytywnych przykładów.
– Myślę, że pan Lejeune powinien mieć wybór – odparł mecenas. – Nie każdy pragnie rozgłosu. Prawda panie komendancie?
– W istocie... – wydusił szef aurorów przez zaciśnięte zęby.
– Sugeruję ochronę prywatności pana inspektora, niepodawanie jego nazwiska prasie, jeśli któryś z panów to nazwisko pamięta, i ostrożność w przywoływaniu faktów dotyczących więźnia. Rozgłos przeszkodzi w śledztwie. A o ileż efektowniej prezentować się będzie cały złapany Gang, zamiast jednego, głuchego i wytarmoszonego, wampira! Prawda, panie ministrze?
– Niewątpliwie – odrzekł minister, z zimnym grymasem zastygłym na wargach. – Pan, mecenasie, dostanie nawet ode mnie darmowe egzemplarze wszystkich gazet, które to opiszą. A więźniowi mogę obiecać bardzo dokładne i bezlitosne poszukiwanie prawdy.
Mecenas skłonił się z ironicznym uśmiechem.
– Dziękuję panom za naradę – powiedział lekko. – Na tym możemy zakończyć. Pamiętajmy, że nawet nieliczne słowa mogą spowodować ogromne konsekwencje.
Panowie kiwnęli głowami i wyszli pośpiesznie, zapewne w obawie, by d'Etollé nie użył swojej ciekawości przeciwko nim. Mecenas patrzył za nimi z ponurą satysfakcją. Większość z nich miała świadomość, że nie są jedynymi trzymanymi w szachu, ale nikt nie chciał się zwierzać innym z rodzaju swoich kłopotów. „Dziel i rządź" w najpiękniejszym wydaniu. Grupowymi sekretami co prawda mecenas też nie gardził, czasem pozwalały na koronkowe wręcz intrygi, ale ludzie samotni i przestraszeni, że ich winy się wydadzą, byli tym, czego używał z największą wygodą.
Wychodził ostatni, nie licząc ministra, i na pożegnanie skłonił mu się głęboko, z szerokim uśmiechem. Spojrzenie, jakie dostał w zamian, mogło przepalać sejfy i to nie mugolskie, a magiczne. Miejmy nadzieję, że nie przesadził z prowokowaniem starego głupca.
Hrabia rzucił się na sowę przynoszącą poranne gazety tak gwałtownie, że biedny ptak zamachał panicznie skrzydłami i spadł z wrażenia na biurko, rozsiewając dookoła chmurę pierza. Atropos ze swojego drążka popatrzyła na cały ten bałagan z wyniosłym błyskiem w oku.
Oczywiście hrabia był na bieżąco z tym, co się działo w ministerstwie, ale gazety potrafiły zaskakiwać, zwłaszcza ostatnio. Zaś mecenas spisał się świetnie. Nawet w „l'Illumination" wycyzelowane były takie szczegóły jak używanie określeń „członek Gangu", nie „wampir", szczególnie w powiązaniu z różnymi negatywnie kojarzonymi słowami.
„Nie ma lekko być d'Etollé'em" powiedział mu Antoine po pewnej wyjątkowo skomplikowanej sprawie, mrużąc oczy jak zadowolony kot. Może i nie lekko, ale jemu wychodziło to znakomicie.
Swoją drogą, ciekawe, czy sposób, w jaki prasa napisała o pojedynku, naprawdę wpłynie na ludzi? Czy nie powiedzą i tak „zły wampir"? Czy nie będą domagać się natychmiastowego ukarania? Kiedyś sam traktował wampiryzm jako największe zło, przekleństwo i zarazę.
Pamiętał dobrze chwilę, kiedy uświadomił sobie, że jest wampirem i do dziś dnia przechodził go dreszcz na samo wspomnienie. Pamiętał, jak powoli otworzył oczy i ujrzał pochyloną nad nim Koral, która na twarzy miała wypisaną mieszaninę strachu i nadziei. Przypomniał sobie, dlaczego tu leży. Potem dostrzegł starego mężczyznę o twarzy pokrytej gęstą siecią zmarszczek, o włosach i oczach mlecznobiałych, i niepokojącym, chłodnym spojrzeniu. Człowiek ten stał tuż za Koral i też go obserwował, tylko że ze spokojnym, rzeczowym zainteresowaniem.
– Koral? – zapytał ochrypłym głosem.
– Panie, jak się czujecie? – odparła ona drżącym głosem, wyraźnie na krawędzi łez.
– Zupełnie dobrze – stwierdził z pewnym zdziwieniem przyszły hrabia. – Usiadł na posłaniu i odrzucił kołdrę. – Co się stało? Kim ty jesteś? – zwrócił się do nieznajomego. – Doktorem?
– Ach, nie – odrzekł ten, suchym, świszczącym głosem, dochodzącym jakby z oddali. – Jestem hrabią Dragomirescu. Twoja sługa przyszła do mnie, prosząc o ratunek dla ciebie. Jestem wampirem z zamczyska w Lesie Dziwów.
– Wampirem? Niemożliwe, nie ma czegoś takiego.
– A jednak – odparł, nieporuszony tym, Dragomirescu. – Na dowód tego, spójrz na siebie. Choćby na ręce.
Gabor spojrzał i krzyknął przerażony. Zamiast paznokci miał szpony. A kosmyki włosów, które przysłaniały mu oczy były bieluteńkie. Uświadomił sobie kłujący ból w szyi. Dotknął tego miejsca czubkami palców, poczuł pod nimi strup zakrzepłej krwi...
– Coś ty zrobiła?! – krzyknął na Koral, choć ze ściśniętego strachem gardła wydobył się tylko ochrypły szept.
– Panie, ty umierałeś! – Koral wybuchnęła wreszcie płaczem. – Tylko to mogłam zrobić!
Umierał, to prawda, w chwilach, gdy gorączka spadała na tyle, by był przytomny, zdawał sobie z tego sprawę. Pamiętał bladą twarz Koral, gdy pochylała się nad nim, czerwone od łez oczy...
– Gdzie Gabriel?! – wykrzyknął, zrywając się na równe nogi. Poraziła go straszna myśl, że przecież jego synek też był chory.
Koral milczała i to wystarczyło. Gabor opadł z powrotem na posłanie.
– Kiedy? – zapytał głuchym głosem.
– Trzy dni temu... – jęknęła Koral. – Wtedy postanowiłam szukać pomocy w... w Lesie Dziwów.
– Doceniłbym to na twoim miejscu – wtrącił Dragomirescu. – Kosztowało ją to sporo zdrowia i strachu. Poszła przecież do czarnoksiężnika i to aż dwa dni drogi od twojego dworu, w niebezpiecznych górach, w dzikiej puszczy. Wszyscy unikają tego miejsca, czyż nie? Czyż nie opowiadano o zjawach i upiorach je nawiedzających? W dodatku czarnoksiężnik okazał się być wampirem. A ona dzielnie wyjaśniła mi z czym przyszła i tak długo prosiła, aż nie zgodziłem się jej pomóc.
– Niepotrzebnie! – zakrzyknął Gabor strasznym głosem. – Wynoś się stąd! Precz! – chwycił Koral za ramię i popchnął ją w stronę drzwi. Upadła daleko; zorientował się, że teraz ma dużo więcej siły.
– A ty – powiedział do starego wampira, kiedy Koral, zanosząc się szlochem, wymknęła się z komnaty – mów wszystko. Jak to zrobiłeś? I co ja mam z tym zrobić?
– Spokojnie, Gaborze. – Dragomirescu nonszalanckim krokiem podszedł do okna. – Przede wszystkim wyjaśnię ci, że uśpiłem czarami cały twój dwór i wojsko. Kiedy się obudzą, znajdą ciebie martwego, zmarłego od zarazy. To będę ja. A ty wrócisz na zamek w Lesie Dziwów jako nowy hrabia Dragomirescu. Nie mam dziedziców, a ktoś musi przejąć całą tę spuściznę. Jesteś wspaniałym kandydatem.
Oszołomiony Gabor zdołał jedynie wyjąkać:
– A dlaczego ty chcesz umrzeć?
– Och. – Wampir uśmiechnął się smutno. – Ponieważ żyję już pięćset lat. To dość, to nawet o wiele za długo. Życie nie ma już dla mnie takiego sensu i wartości jak dawniej.
– Jak może nie mieć sensu i wartości?...
– Przypuszczam, że kiedyś sam się przekonasz... – Skłonił się lekko. – Hrabio Dragomirescu. Na zamku będzie na ciebie czekała moja służba. Nauczą cię wszystkiego, czego wymaga bycie wampirem.
I nowy hrabia Dragomirescu zrobił dokładnie, jak mu powiedziano. Zabrał Koral i przeniósł się do zamczyska w Lesie Dziwów. Jako wampir i tak nie mógłby już żyć z ludźmi, nie zniósłby ich widoku. Służba, same bez wyjątku wampiry, powitała go dobrze. Hrabia powoli zaczynał rozumieć, co to znaczy być jednym z nich. Kilkakrotnie dłuższe życie, odosobnienie, nauka zupełnie nowego życia, nowego, magicznego świata. Główny zarządca wytłumaczył mu, czym jest magia, i zaczął go jej uczyć, jednak hrabia czuł zbyt duży wstręt do nowego siebie i całego otoczenia, by mogło to przynieść jakiekolwiek efekty.
Zaraz pierwszej nocy przemienił w wampira również i Koral.
– Teraz zobaczysz, jak to jest! – syknął, odrywając kły od jej szyi, nie troszcząc się, że przy okazji jeszcze bardziej rozszarpał ranę. Koral osunęła się na podłogę, brocząc obficie krwią.
– Tak, panie.
– Opowiedz mi o śmierci Gabriela.
– Zmarł cicho. Siedziałam przy nim, trzymałam go w objęciach i w pewnej chwili zasnął mocniej.
Po twarzy Koral popłynęły ciche łzy. Jakże dziwnie wyglądała, z twarzą nagle postarzałą, z oczami białymi, włosami posiwiałymi... Nowy hrabia Dragomirescu krzyknął coś wściekle, niezrozumiale nawet dla niego samego i uderzył Koral najsilniejszym zaklęciem, jakie poznał. Ale ona też już była wampirem, mogła i będzie musiała wytrzymać wiele, bardzo, bardzo wiele.
Ile już lat minęło od tamtej pory, a przecież i dziś, i za każdym razem, kiedy hrabia sobie to przypominał, na policzki wpełzał mu rumieniec wstydu. Pamiętał, jak ją przepraszał, było to dopiero kilka lat po tym, jak stał się wampirem. Koral patrzyła na niego spokojnie, zarumieniona lekko.
– Ja już wszystko wybaczyłam i zapomniałam – powiedziała cicho. – Jesteście teraz zupełnie inni, panie, niż na początku. Tak się cieszę...
– Pokaż mi ręce. – Hrabia delikatnie wziął ją za nadgarstek i podwinął rękaw szaty. Skórę rąk i nóg znaczyły żyłki różowych blizn.
– Przepraszam – powiedział głucho, impulsywnie pochylając się i całując jej dłonie.
– Nie... – Spłoszona Koral wysunęła ręce z jego uścisku. Pochyliła głowę, odwróciła się lekko, rumieniąc mocno. – To ja powinnam przepraszać...
– Ty, Koral? Za co? Za to, że poprosiłaś starego hrabiego o pomoc? Nie musisz przepraszać. Wiem, że chciałaś mi pomóc.
– Nie... Za to też, ale... Myślałam, że stracę was obu, ciebie panie i Gabriela. Sama już nie wiedziałam przy którym z was czuwać. Gabriel wołał o mnie i mnie potrzebował, a ja chciałam być przy tobie, panie... Były chwile, że modliłam się, mówiąc, że niech Gabriel umrze, ale żebyś tylko ty, panie, przeżył. Ale kiedy Gabriel umarł naprawdę, byłam przy tym, pomyślałam, że to kara za moje myśli i że teraz na pewno i ciebie stracę, panie. Więc postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce... za wszelką cenę chciałam cię uratować... poszłam więc do czarnoksiężnika...
Koral urwała na moment, nerwowo wytarła oczy wnętrzem dłoni. Otrząsnęła się, jakby poczuła chłodny powiew na plecach.
– Tak się bałam. Dragomirescu wziął mnie na ręce i pofrunęliśmy z powrotem. Była ciemna noc. Dzięki magii uśpił wszystkich w zamku... A potem, te blizny... to przecież nic, to ja byłam winna. Bałam się tylko dwóch rzeczy, żebyś nic sobie, panie, nie zrobił i żebyś nie odesłał mnie od siebie.
Koral znów zamilkła, tym razem na dłużej. Potem zerwała się, spłoszona, chciała odbiec, ale hrabia chwycił ją za rękę, delikatnie zatrzymał, przyciągnął do siebie i uspokoił. Wyraźnie słyszał, jak szybko bije jej przestraszone serce.
Naprawdę zaskakujące okazało się popołudniowe wydanie „l'Illumination", które zamieściło obszerny wywiad z Ministrem Magii dotyczący więźnia–wampira.
– Jak można! – wykrzyknął mecenas d'Etollé, wpadając bez uprzedzenia do gabinetu hrabiego i trzaskając przy tym drzwiami. – Jak można! O, nie zostawię tak tego! Najwyraźniej nie wziął mnie poważnie, ale wkrótce zrozumie swój błąd!
– Antoine, ale czy dziwi cię to, co zrobił minister?... – upewnił się lekko zdezorientowany hrabia.
– Oczywiście, że nie! – D'Etollé teatralnym gestem upuścił gazetę na biurko hrabiego. – Nie mówię o nim, mówię o szefie „l'Illumination", który zdecydował, że groźby ministra są poważniejsze niż moje!
„A to jest największa zniewaga", dokończył w myślach hrabia.
– „Będzie skazany na śmierć", rzeczywiście! – prychnął d'Etollé. – Nie będzie, choćbym miał znaleźć haki na każdego aurora w Paryżu! Zbyt trudno złapać członków Gangu, by ich tak potem marnować!
– Co u Renée? – zapytał nagle hrabia. – Czy nie miałeś być z nią teraz w Świętym Filipie?
– Miałem! – Mecenas uderzył w biurko otwartą dłonią. – Miałem, a zamiast tego musiałem postawić na nogi wszystkich moich dziennikarzy i urzędników! Jak on śmie się puszyć w chwale bohatera, który złapał „wrednego krwiopijcę", to cytat. Kary dla wszystkich, okazja, tylko u nas! Tfu! A widziałeś to, hrabio?
D'Etollé szczupłym palcem wskazał czarną ramkę na dole strony.
– „Przez wieki. Jutro dodatek specjalny o wojnach ludzi z wampirami, pojutrze o wampirach przestępcach" – przeczytał hrabia głuchym głosem. – Mecenasie, spiesz się... Wampiry nie mogą tolerować czegoś takiego. On opisze Masakrę w Bellevue jako przykład skutecznego pokonania strachu. Ludzie mu uwierzą. Uwierzą, że historia się powtarza i znów trzeba zabić groźnych wrogów, a on będzie chciał być wodzem, nowym Caravellim. Spójrz tu, Antoine. – Hrabia rozłożył gazetę. Pół strony zajmowało zdjęcie uśmiechniętego ministra z dziećmi z sierocińca.
D'Etollé uśmiechnął się ponuro i mściwie.
– Sierociniec, żeby się kojarzył z wampirami. Niezłe. Ale jeśli chodzi o dzieci, ja jestem lepszy i to bez robienia cyrku na zawołanie. Nie pozwolę mu zebrać ludzi pod tak głupie sztandary. Wkrótce wszyscy zobaczą, kim jest naprawdę.
– Jak? Jak w ogóle to sobie wyobrażasz, wszyscy wiedzą, że jesteś wrogiem ministra, będą się mieć na baczności, bo na pewno coś knujesz.
– Dlatego myślą, że knuję coś innego niż naprawdę. – Mecenas wzruszył ramionami. – W tej chwili w otoczeniu ministra nie ma dwóch ludzi, którzy zgadzaliby się ze sobą. Tych, którzy myślą jak on, trzymam krótko groźbą, reszta wie, że więcej zyska na współpracy ze mną, także patrząc przyszłościowo. Wkrótce zaczniemy przedstawienie.
Mecenas podniósł z biurka hrabiego dwie szklane kulki, tak zwany magiczny kamerton, i upuścił najpierw jedną, potem drugą, pozwalając im wibrować magią coraz mocniej, póki hrabia nie położył na nich ręki i nie uciszył ich.
– Oby tak się stało, mecenasie.
Dragomirescu ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się wychodzącemu Antoine'owi. Mecenas był poruszony, zdenerwowany nawet. Hrabia nie pamiętał, żeby widział go takim od pogrzebu starego pana d'Etollé.
Pogrzeb w czarodziejskich alejkach cmentarza na Montmartre miał w sobie coś więcej niż tylko smutek i nostalgię. Hrabia szedł ostrożnie po wilgotnej od słoty trawie, mijając milknące grupki ludzi. Cisza wisiała w powietrzu, słychać było tylko szmer mżawki i wróble skaczące po gałęziach wierzb.
Ceremonia była krótka i prosta, zgodnie z życzeniem zmarłego. Hrabia nie patrzył na trumnę ani na grób, ale na ludzi owiniętych w czarne płaszcze. Antoine stał bardzo blisko grobu, ale jakby trochę z boku. Renée obiema rękami oplatała ramię mecenasa. Coś się zmieniło od ostatniego spotkania. Wyglądało na to, że tym razem to Renée kieruje i prowadzi męża.
Obok młodych hrabia zobaczył Lady Christine, ponurymi, ale suchymi oczami wpatrującą się w trumnę. Stała po przeciwnej stronie Antoine'a niż Renée i mocno trzymała jego dłoń w swojej. Jakie podobne mieli ręce: białe, chude, jakby rzeźbione w kości. Przed grobem zaś hrabia widział młodszego brata Antoine'a, który płakał otwarcie, co rusz chowając twarz na ramieniu Vanille. On zawsze był wrażliwy, zupełnie jak jego ojciec w młodości, pomyślał hrabia. Choć, co prawda, Antoine też kiedyś był. Tylko dziś już nikomu tego nie pokazywał.
Przez następne dwa miesiące hrabia często odwiedzał młodych państwa d'Etollé. Martwił się o Antoine'a, który wyraźnie schudł, zbladł i wodził dookoła rozkojarzonym wzrokiem, nie mogąc skupić się nawet na prostej rozmowie.
Sporo czasu minęło, zanim hrabia usłyszał od Renée o okolicznościach śmierci jej teścia.
– Pokłócili się bardzo z Antoine'em – opowiadała dziewczyna. – Chodziło o Amulet, ojciec tłumaczył, że do niczego się to nie przyda i nie ma sensu tego szukać. Dodał, że Antoine i tak go nie znajdzie. A Antoine odkrzyknął, że to dlatego ojciec nic w życiu nie osiągnął i musiał wygnać Lady Christine, że był żałosny i rozczarował wszystkich. – Renée westchnęła. – Na koniec Antoine obiecał ojcu, że przyniesie mu Mechanizm z grobu Riagána. Tej samej nocy ojciec zmarł, podobno spokojnie i we śnie. Za to Antoine zupełnie nie mógł się pozbierać. Bardzo długo leżeliśmy na łóżku, przytulałam go i uspokajałam. Pierwszy raz widziałam go płaczącego. I pierwszy raz poczułam prawdziwą więź między nami. – Podniosła oczy, popatrzyła na hrabiego. – Żal mi go, tak bardzo, bardzo mi go żal. Tak chciał mieć ojca, z którego byłby dumny. Mam wrażenie, że pan, hrabio, po części mu takiego ojca zastępował. Ale być może mógł być dumny z prawdziwego i teraz tego żałuje.
Następnego dnia rano zjawiła się Zaraza wraz z Tristanem, jeszcze bardziej niezadowolonym, niż kiedy widzieli się ostatnio, a to było coś. Stara, dobra Zaraza, która przyjechała zarówno zapolować na hrabiego, jak i podkręcić nastroje w walce z ludźmi.
– Gaborze, czy ty nie widzisz, co się dzieje? – mówiła, przyciskając do piersi dłoń z pomalowanymi na granatowo szponami. – Ludzie chcą nas zniszczyć. Jeśli mamy choć trochę honoru, powinniśmy położyć temu kres.
Jeszcze parę dni temu hrabia nie zgodziłby się z nią za żadne skarby. Nawet teraz odpierał każdy jej argument. Ale gdzieś na dnie serca czaiła się podstępnie myśl – a może jednak? I Zaraza ją usłyszała.
– Ach, Gaborze, czy ciebie nie boli, kiedy słyszysz, że jesteś parszywym krwiopijcą i jeszcze tej nocy na pewno napadniesz na połowę paryżan, żeby przegryźć im gardła? – zapytała jedwabistym, niskim głosem. Jednocześnie w uśmiechu rozchyliły się jej wargi i błysnęły białe kły, jakby na potwierdzenie przegryzania.
– Soniu, wojna nie doprowadzi do niczego dobrego. Wampiry są groźne.
– Chcesz nas wychować, Gaborze? – Zaraza uśmiechnęła się protekcjonalnie. – Najpierw spraw żebyśmy nie byli traktowani jak zwierzęta.
– Nie będę mógł tego zrobić, jeśli będziecie się tak zachowywać.
– A walka o własne prawa to objaw zezwierzęcenia, tak?
– Walka nic nie rozwiąże. Jedynie potwierdzimy to, czego ludzie się obawiają i wtedy żadne rozmowy nie będą już możliwe.
– Wybacz, Gaborze, ale nie zgadzam się z tobą – głos Zarazy był lodowaty jak syberyjska zima. – Tristanie, siedź spokojnie.
Hrabia momentalnie stracił wątek i popatrzył w bok, na Tristana, który notabene siedział zupełnie spokojnie, z najbardziej znudzoną miną jaką umiał zrobić. Dragomirescu potrząsnął głową. Myślał jak przez mgłę, a Zaraza niczego mu nie ułatwiała. Najprawdopodobniej porozmawiają tak jeszcze przez chwilkę, nikt nikogo nie przekona i pożegnają się uprzejmie. Żal tylko Tristana, po co Zaraza w ogóle ciągnęła go ze sobą do Paryża? A może sam chciał, znudzony monotonią życia z tą kobietą? Czy to w rodzinnych Karpatach, czy w swojej ulubionej Marsylii, Sonia szybko okazywała się strasznie nudna. Tristanowi należało zatem współczuć.
Zarazę znał od dwustu lat, odkąd po raz pierwszy zajechała do jego zamku w bogatym kuligu, otulona kosztownymi futrami i została do końca zimy. To była najdłuższa zima w życiu hrabiego, do dziś nic jej nie dorównało. Sonia już wtedy była niesamowicie dumna, zapatrzona w siebie i głosiła proste, ale nośne poglądy o wyższości wampirzej arystokracji nad wszelkimi innymi żywymi istotami. Kiedy dwanaście lat temu przygarnęła trzyletniego ludzkiego chłopca, hrabia kazał sobie powtarzać tę wiadomość pięć razy, zanim troszeczkę zaczął wierzyć.
Luna weszła do biblioteki wiedziona niejasnym przeczuciem. Znalazła tam Tristana, który niespokojnie chodził między regałami, to biorąc do ręki jakąś książkę, to ją odkładając, niecierpliwie uderzając palcami o stolik, kiedy na chwilę gdzieś przysiadał i szybko znów wstającego.
– Nie martw się – szepnęła Luna, podchodząc bliżej. Był ciut niższy od niej. Zatrzymał się, zaskoczony, potem zmusił się do uśmiechu.
– Kim pani jest?
– Nazywam się Luna Lovegood.
– A ja jestem Tristan.
– Czy nie masz nazwiska? – zapytała ciekawie dziewczyna.
– Mam. – Tristan zachmurzył się. Zatrzasnął gwałtownie trzymaną w ręku księgę. – Ale matka nie chce mi go zdradzić. A jej nazwiska nie będę używał. Zresztą nie jest moją matką. I nawet nie mów niczego w stylu „ale wychowała cię". Nie chciałem takiego wychowania. Nie chciałem być wampirem. A i teraz uważa, że wie lepiej. Pewnie wydaję się strasznie dziecinny, prawda? – zapytał już spokojniej. – Teraz przypominam sobie panią z ostatniego razu, kiedy byłem u hrabiego. Wygląda pani na kogoś, kto płynie tam, gdzie zechce. Jak ja bym tak chciał...
– Ależ możesz – powiedziała spokojnie Luna.
Tristan uśmiechnął się.
– Wiem. Ale to nie takie proste.
– Czy to nie jest jeszcze piękniej? – zapytała Luna, podchodząc do okna i siadając na parapecie. – Byłoby nieciekawie, gdyby każdy miał od razu wszystko, co chce.
Zmrużyła leniwie oczy i spojrzała pod słońce, na gołębie. Tristan podszedł do niej i też wyjrzał.
– Matka chce, bym był wampirem arystokratą. Jest taka... zamknięta. Tylko to dla niej się liczy. Wiesz, kim chciałbym być?
– Żeglarzem – padła natychmiastowa odpowiedź.
Tristan był szczerze zdziwiony.
– Tak, skąd wiesz? Żeglarzem, odkrywcą, chciałbym zwiedzić cały świat, być wszędzie i widzieć wszystko. Chciałbym być kapitanem, mieć własny okręt. Gdybym był człowiekiem i miał normalnych rodziców, mógłbym w przyszłym roku pójść do szkoły żeglugi magicznej, pływać na statkach... Jako aspirant, potem oficer... Jak pięknie by to było.
– Tak, to będzie piękne – przytaknęła Luna, a Tristan zauważył subtelną zmianę z trybu warunkowego na czas przyszły.
– Tak, będzie... – powiedział cicho. – Matka mnie dusi, wiesz? Czasem wręcz nie mogę na nią patrzeć, czuję... obrzydzenie. Hrabia mówi na nią Zaraza. Kiedyś mnie to denerwowało, kiedy się pierwszy raz o tym dowiedziałem, ale teraz w pełni się z tym zgadzam... Teraz przyjechała do Paryża podburzać wampiry, grać jakąś królową. Mam nadzieję, że hrabia ją powstrzyma. To, co się dzieje, jest straszne. Wampiry myślą, że są nie wiadomo kim, a ja gdybym mógł, pozbyłbym się natychmiast tego przekleństwa. Nie chcę być jednym z nich. A najgorszy jest Gang. Matka przynajmniej nie poluje na nikogo. – Zawahał się. – To znaczy, już nie... Śledziłem ją wiele razy, chcąc to sprawdzić. Każdy wampir uczy się wcześnie być animagiem. Ja się zmieniam w orła – dodał, rumieniąc się lekko.
– Co dalej planujesz? – zapytała Luna z uśmiechem.
– Nie wiem. – Tristan wzruszył ramionami. – Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja. Może hrabiemu uda się zrobić ten jego eliksir odwracający wampiryzm. Bycie wampirem jest o tyle dobre, że mam czas i mogę poczekać, aż to zrobi.
– Byle nie za długo. – Luna zeskoczyła z parapetu. – To nie jest kwestia eliksiru.
– Nie – zgodził się Tristan. – Więc niech pani nie mówi nikomu, ale wysłałem papiery do szkoły żeglarskiej. Kiedyś raz wspomniałem matce, że chciałbym być żeglarzem. Spytała mnie, po co, skoro wszystkie morza są już na mapie i to psuje całą ideę bycia odkrywcą... Ale przecież z mapy nie dowiem się prawie nic. To nie to samo, co naprawdę stanąć przy sterze.
– Dobra mapa kończy się w odpowiednim miejscu – mruknęła pod nosem Luna. – Powodzenia, Tristanie.
Tenże chłopiec zmienił się całkowicie, kiedy tylko jego „matka"opuściła gabinet hrabiego. Tym niemniej w trzy godziny później został przyprowadzony przemocą przez Nataszę. Wspaniała Natasza, jej nawet wampir nie da rady.
– Myszkował po pana laboratorium – oświadczyła lakonicznie i popatrzyła na chłopca spod przymrużonych powiek. – Nie wątpię, że jest Tristanem, ale wątpię, żeby miał prawo szperać w pana badaniach.
Tristan popatrzył na nią z urazą i wyrwał rękę z jej uścisku.
– Dziękuję ci, Nataszo – powiedział hrabia, skinąwszy głową. – Dobrze, że go przyprowadziłaś. Zamknęłaś laboratorium?
– Tak. Ale jestem ciekawa, jak on tam wszedł.
– Dowiem się tego, ale chciałbym porozmawiać z nim na osobności.
– Naturalnie. – Natasza, nie pokazując po sobie rozczarowania, kiwnęła głową i wyszła. Tristana nie zaszczyciła spojrzeniem, oprócz małego zerknięcia spod samych drzwi.
– Panie hrabio! – zawołał Tristan, kiedy tylko drzwi się za Nataszą zamknęły. Nie był już nadąsany, wręcz przeciwnie, teraz mówił niemal ze łzami w oczach. – Zrobiłem to, bo słyszałem, nad czym pan pracuje. Kiedy wyszedłem rano z pana gabinetu, zostałem chwilę u Koral i słyszałem pana rozmowę z profesorem Snape'em. Nie chciałem podsłuchiwać, tylko... tylko nie mogłem nie słuchać. Potem poszedłem do pana laboratorium i wykorzystałem zaklęcia, których uczył mnie pan ostatnim razem. Za którąś próbą drzwi mnie wpuściły... Przepraszam...
– Tak, Tristanie, jest za co przepraszać. Przecież jeśli zaciekawiły cię moje badania, mogłeś przyjść wprost do mnie.
Tristan zaczerwienił się i spuścił głowę.
– Nie wiem... w ten sposób było ciekawiej. Chciałem sam poszukać.
– Sam... – westchnął hrabia. – Co powiedziałaby twoja matka?
Tristan gwałtownie wzruszył ramionami, odwrócił głowę, popatrzył za okno. Na parapecie walczyły dwa gołębie.
– Tristanie, czy ruszałeś coś w laboratorium?
– Nie. Chodziłem tylko między stołami i patrzyłem na szkło. – Tristan podszedł bliżej; mówił znacznie ciszej. – To, co widziałem i tak mi nic nie mówiło, ale dobrze było tam być.
– Usiądź, Tristanie – hrabia wskazał fotel przed biurkiem. Chłopiec opadł na niego, wyraźnie bardzo zmęczony.
– Panie hrabio, proszę nie mówić... matce.
– Wiem, że twoja matka bardzo cię pilnuje – westchnął hrabia. – Nie, nie powiem. Opowiem ci za to o tym eksperymencie. Kiedy staniesz się dorosły, również i ty będziesz mógł z niego skorzystać.
Tristan uśmiechnął się, delikatnie, wzruszająco. Hrabia poprawił się w fotelu i zaczął opowiadać.
Dochodziła dziewiąta wieczorem. Atropos niecierpliwie stroszyła pióra, czekając na powrót do domu. Hrabia z westchnieniem złożył papiery.
– Nie, moja mała, jeszcze nie – powiedział do harpii. – Dziś idziemy na spotkanie z wampirami. Ciekawe, co też Zaraza wymyśliła...
Spotkanie miało się wszak odbyć dopiero po północy, a na razie hrabia zajmował się sprawami administracyjnymi, dość mechanicznie jednak i myślami błądząc daleko. Ciekawe czy Nicolas coś znajdzie w laboratorium Davida? Hrabia westchnął, przełożył kilka teczek. Mało prawdopodobne, ale niech pracuje.
Nagle rozległ się trzask kominka za drzwiami, cichy okrzyk Koral, szybkie kroki i do gabinetu wpadł zapłakany Tristan.
Wyglądał naprawdę żałośnie, drżący, z twarzą całą błyszczącą od łez, z rozpaczą w oczach.
– Tristan! – hrabia szybko wyszedł zza biurka, na środku pokoju złapał chłopaka za ramiona. W drzwiach stanęła Koral. – Weź głęboki wdech i mów, co się stało?
Tristanem zatrząsł gwałtowny, urywany szloch. W końcu poderwał głowę i popatrzył zaskoczonym, nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądał w tej chwili jak małe dziecko.
– Panie hrabio... – jęknął, a potem miękkim, spontanicznym gestem pochylił się, oparł czoło na ramieniu hrabiego i płakał dalej. W pewien sposób dla Gabora była to przyjemna chwila: zaufanie Tristana, jego bliskość, to, że przybiegł właśnie do niego... Ogarnęła go fala czułości, jakby obejmował w tej chwili własnego syna, choć Gabriel w razie czego zawsze biegł do matki, a później do Koral.
Wreszcie chłopak wyprostował się. Włosy miał zlepione i potargane, twarz bladą, z plamami niezdrowych rumieńców, oczy całkiem zapuchnięte.
– Wszystko się popsuło... – uśmiechnął się smutno. Hrabia cierpliwie czekał. – Chciałem zrobić coś sam... – powiedział Tristan, zamykając oczy i odgarniając grzywkę z czoła. Westchnął, wciąż z tym samym melancholijnym uśmiechem. Hrabia posadził go w fotelu przy stoliku i sam usiadł obok. – Spotkałem się z Sidorinem, moim przyjacielem, wampirem. Sidorin mieszka w Paryżu już od jakiegoś czasu. Szliśmy avenue du Danceurs, rozmawialiśmy o sytuacji wampirów. On też uważa, że minister zasługuje na wszystko, co najgorsze. Mówił, że wkrótce wszystkie wampiry się zjednoczą i nie pozwolą, żeby tak nimi pomiatano. Że teraz już tylko Gang powstrzymuje wampiry od działania, bo nikt nie chce być kojarzony z Gangiem. W którymś momencie usłyszeliśmy krzyk. Zobaczyliśmy młodą kobietę, siedziała na ziemi, nad nią stało dwóch aurorów. Wyzywali ją od krwiopijców i pijawek, popychali, bili po twarzy. My obaj rzuciliśmy się na nich. – Tristan ukrył na chwilę twarz w dłoniach i wzdrygnął się mimowolnie. – Zaczęła się walka, bo oni od razu wyciągnęli różdżki i zaczęli krzyczeć coś o atakujących wampirach, o tym, że są aurorami... Zrobił się tłum, zamieszanie, wydaje mi się, że widziałem błysk fleszy, ale może to tylko były zaklęcia. Wszystko działo się tak szybko. – Przymknął oczy i odchylił do tyłu głowę, jakby jeszcze raz tam był i oglądał wszystko od nowa. – Wtedy przechodziła tam jakaś starsza pani. Wie pan, to moment, który wspominam miło... Ktoś, nie mam pojęcia kto, tak rzucił klątwę, że poleciała w jej stronę. Zdążyłem ją odepchnąć, potoczyliśmy się w krzaki, poobijaliśmy... Dzięki temu mnie nie złapali, bo zniknąłem im z oczu.
Tristan urwał na moment. Nadal miał na ustach tamten dziwny uśmiech.
– Sidorin dostał się między dwie klątwy – powiedział wreszcie ledwo słyszalnym szeptem. – Zupełnie przypadkiem, bo auror i ja mierzyliśmy do siebie nawzajem. Sidorin dostał obiema. Wpierw tego nie widziałem, zobaczyłem tylko tę staruszkę. Potem, kiedy ją zostawiłem, zobaczyłem tylko, jak aurorzy go trzymają i się teleportują. Był zupełnie bezwładny, trzymali go jak lalkę... Wampirzyca, którą bili, znikła. Dobrze, że chociaż ona uciekła.
Potem usta Tristana zadrżały i wygięły się w bolesnym grymasie. Znów skulił się i rozszlochał jak małe dziecko. Zaś hrabia czuł, że coś w nim pękło. Cały płonął. Aurorzy! Minister! Nie, doprawdy, na to wampiry nie mogą już pozwalać!
Zamigotał płomień w kominku i pojawiła się twarz mecenasa d'Etollé.
– Widzę, że już pan wie – prawnik dostrzegł Tristana.
– Tak. – Hrabia wstał i szybkim krokiem podszedł do kominka. – Jakie wieści?
– Złe. – Mecenas zmarszczył czoło. – Masz szczęście, że byłem na miejscu i wybroniłem ci Tristana! Chcieli go ścigać i aresztować. Odważny z niego chłopak, ale im obu przydałoby się trochę więcej rozumu. A teraz wszystko zależy od tego, jak zareagują wampiry. Byłem w ministerstwie próbując opanować sytuację, ale minister wpadł w szał i zapowiada, że uczyni z Sidorina przykład, żeby żaden wampir nie ośmielił się atakować ludzi.
– Przecież to oni zaatakowali ją! – krzyknął Tristan, podbiegając do kominka. Głos mu się łamał. – Przecież to oni są źli!
– Jeśli minister nagłośni sprawę Sidorina, Gang zaatakuje – ciągnął mecenas, nie patrząc na chłopca. – A wtedy...
– Nie – przerwał hrabia cichym głosem, podobnym do warczenia wilka. – Zanim zaatakuje Gang, wszystkie wampiry staną w obronie Sidorina. Nie możemy tak tego zostawić.
– Panie hrabio – odparł d'Etollé ostrzegawczym tonem – jeśli wszystkie wampiry zechcą walczyć z ministrem, wybuchnie wojna.
– Niech wybucha! – krzyknął hrabia. – Jak długo można znosić coś takiego! Ludzie muszą zobaczyć, że nie wolno nas poniżać! Dziś zbierają się wszystkie wampiry. Porozmawiamy i o Sidorinie!
– I co zrobicie? – syknął mecenas. – Uformujecie armię i ruszycie na ministerstwo? Zabijecie ministra? I co dalej? Myślisz, że ludzie powitają was z otwartymi ramionami? Zginiecie wszyscy!
– Nie. Nie takie walki wygrywałem!
– Zatem co planujesz, hrabio? Zabić wszystkich ludzi? Cały Paryż? Francję? Pozwól mi działać.
– Nie, Antoine, ty już bardzo długo działasz i nic ci z tego nie wychodzi. Jest tylko coraz gorzej. A my wreszcie weźmiemy sprawę w swoje ręce, jak wampiry.
– Jak ostatni idioci, pchający się całym sercem pod kołek! – wybuchnął d'Etollé. – To nie jest potrzebne!
Hrabia miał ochotę solidnie i po ojcowsku sprać Antoine'a na kwaśne jabłko.
– Nie jest potrzebne? – wycedził, mrużąc oczy. – Jeśli nic nie zrobimy, wszyscy będą mogli zrobić z nami co zechcą. Myślałem, że wiesz co to znaczy honor.
– Czy ja mówię, że nie mamy nic robić?! Hrabio, po prostu nie można rozwiązywać tego przez generalny bunt wampirów. Wywołacie tylko wojnę! Pan i Lord Pierwszy Strażnik powinniście protestować formalną, oficjalną drogą! A ja mogę zająć się tym za kulisami i też bez rozlewu krwi!
– Mówisz, jakbyś się bał.
– Wojny? Oczywiście, że się boję! Zwłaszcza niepotrzebnej.
– Potrzebnej. Mam dość twoich sztuczek, tego załatwiania wszystkiego w tajemnicy! Należy walczyć otwarcie, chwycić go za kark i przygiąć do podłogi. Wszystko inne będzie tylko pustym gestem!
Nagle płomień w kominku zafalował i hrabia zdążył tylko zauważyć zdziwienie na twarzy mecenasa, kiedy buchnął płomień i zjawiła się Zaraza. Piękna i wściekła. Wyszła z ognia, stukając obcasami. U siebie w kancelarii d'Etollé został wypchnięty z kominka i w mało elegancki sposób klapnął siedzeniem na dywan, oglądając osmalone kosmyki swoich włosów.
– Gdzie jest mój syn?! – zgrzytnęła zębami wampirzyca. – Gdzie Tristan?! – zawyła wysokim, przewiercającym uszy głosem.
Tristan zastygł na wpół pochylony nad kominkiem, patrząc w górę na twarz Zarazy. Ta objęła go i gwałtownie przyciągnęła do siebie.
– Gaborze, nie możemy na to pozwolić! – krzyknęła.
– Nie możemy – zgodził się hrabia. – Zostawimy Tristana pod opieką Koral, nie jest w formie, żeby iść na zgromadzenie. Spieszmy się.
Zaraza krótko skinęła głową.
Zgromadzenie zorganizowano w katakumbach. Pod Paryżem ciągnął się cały labirynt labiryntów. I to nie jeden. Magiczne mieszało się tu z mugolskim zależnie od upodobań, nastroju bądź niszy ekologicznej. Mogło wtedy wściekle się ze sobą gryźć albo egzystować w jak najlepszej zgodzie. Stworzenia, które się tu czasem pojawiały, były niezwykłe nawet dla czarodziejów.
„Wymarzone miejsce dla moich naukowców", westchnął w duchu hrabia. Rozejrzał się dookoła. Wampirów przybyło tyle, że ledwo mieścili się w surowych, kamiennych pomieszczeniach.
Pierwsza zaczęła mówić Zaraza. Dumna, wspaniała, musiała w ich oczach ucieleśniać wszystkie cechy potężnej arystokratki. Powoli weszła po stopniach prowadzących na podwyższenie, coś w rodzaju kamiennego ołtarza. Czy wyobrażała sobie, że jest królową, cesarzową może, i wchodzi obok swego cesarza? Obróciła się powoli i ceremonialnie. Patrząc w dół, ogarnęła wzrokiem tłum i schody. Odgarnęła włosy z czoła i zaczęła przemawiać.
Zaraza wiedziała, jak pociągnąć za sobą innych. Mówiła dużo, ale miała do powiedzenia niewiele. Mówiła w kółko: nie jesteśmy słabi. Zjednoczmy się i przywróćmy porządek, nie pozwólmy, żeby traktowano nas jak zwierzęta. Sięgnijmy po swoje prawa.
Siłą, jeśli będzie trzeba.
Nie padło ani jedno słowo o Gangu, choć chyba każdy w którymś momencie o nim pomyślał. Nagle nie wydawali się kryminalistami, tylko wampirami oddanymi sprawie. Może zbyt pośpiesznie i zbyt brutalnie, ale słusznej sprawie.
A potem zwróciła się do hrabiego i poprosiła go o objęcie przywództwa nad nimi wszystkimi.
Hrabia stał przez chwilę cicho, bez ruchu, a wszystkie oczy skierowane były na niego. Dawniej by się zgodził. Do diabła, zgodziłby się bez najmniejszej chwili wahania! Ale teraz... Coś było nie tak. Coś działo się za szybko. Nie wiedział co. Przecież miał autorytet i mógłby postawić Ministerstwu twarde warunki. Mógłby coś zyskać.
Więc dlaczego się wahał?
Przez tłum przebiegł szmer zniecierpliwienia. W tym momencie wtrąciła się Zaraza. Wzięła jego dłonie w swoje i pełnym głosem, doskonale słyszalnym w każdym kącie, powiedziała:
– Dajmy mu czas. Oto ktoś, kto nie traktuje nas lekko. Hrabia poważnie myśli o naszej przyszłości. Bądźmy mu za to wdzięczni.
– Dziękuję, Soniu – odrzekł hrabia. Zrobił krok do przodu, wciąż trzymając jedną jej dłoń w swojej. Słyszał mocne bicie jej serca. – Minister posunął się za daleko. Jeśli nie wypuści Sidorina, nie będziemy dłużej tolerować takiego znieważania nas. Sami go uwolnimy. Daję mu dobę czasu. Zaraz wyślę Atropos z wiadomością. Jutro o trzeciej w nocy spotkamy się tutaj i zadecydujemy, co dalej.
Tuż przed świtem hrabia poszedł jeszcze spotkać się ze starym Lordem Pierwszym Strażnikiem, formalnym przywódcą wampirów francuskich. Póki czasy były spokojne, stary wampir wywiązywał się ze swojego zadania dobrze. Ale miał już blisko siedemset lat i coraz więcej pojawiało się wątpliwości, czy jest w stanie dalej pełnić swoją funkcję. Funkcję... żadnej oficjalnej funkcji przecież nie było. Ot, utarło się, że lord jest najstarszy, najpotężniejszy, ma największe doświadczenie. Ale ostatnio sprawy zaczęły wymykać mu się z rąk. Chociaż z tego, co słyszał hrabia, wczoraj z Zarazą pokłócił się z wielkim hukiem, aż piękna lady wybiegła z jego domu zapłakana, w wampirzej postaci, po czym zdemolowała dwa pokoje w pałacyku, w którym się zatrzymała.
Hrabia został wprowadzony przez służącego do niewielkiego gabinetu, mrocznego i ponurego, urządzonego z niedbałym, barokowym przepychem. Lord siedział w głębokim fotelu, a za sobą miał zasłonięte szczelnie okno. Na pierwszy rzut oka nie było pewne, czy śpi, czy czuwa. Hrabia podszedł bliżej, wtedy też lord otworzył oczy.
– Witaj, Gaborze. Co cię do mnie sprowadza? – zapytał stary wampir suchym, nieco skrzeczącym głosem.
Hrabia pokłonił się.
– Przyszedłem spytać cię o radę, panie.
– Och, nie dajecie sobie rady bez starego lorda? – wampir uśmiechnął się delikatnie i potarł czoło bladą dłonią otuloną koronkami. Zarówno te drogie koronki, jak i czarny aksamit ubrania wydawały się stare jak świat, jakby miały rozsypać się lada chwila wraz ze swoim właścicielem. – Siadaj przyjacielu i mów, co nowego się zdarzyło. Ciekawy jestem... ach, mów...
Hrabia usiadł na wskazanym fotelu i wyjaśnił krótko sprawę.
– I nie wiesz, co robić? – zachichotał lord. – No proszę, a jednak nie jesteś taki gorący i dumny jak kiedyś. Ile ty już masz lat, Gaborze?
– Blisko czterysta, panie.
– No tak, co też ten wiek robi z ludźmi. Wystarczy spojrzeć na mnie. – Lord zachichotał. – Powiem ci, co myślę, mój młody przyjacielu. Słusznie się wahasz. Nie tędy droga. Nie przez bunt, którego nie opanujesz. Gang wybrał najgorszą możliwą drogę. Jakże to, chcemy przekonać ludzi, że nie jesteśmy żądnymi krwi bestiami, mordując ludzi, którzy się z nami nie zgadzają? Och, och, to nie ma sensu – zaśmiał się sucho. – Nie zgadzaj się.
– Ale... dlaczego? – zdziwił się hrabia. – Przecież jeśli ja nimi pokieruję, mogę ich poprowadzić tak jak trzeba, możemy wtedy rozmawiać z ludźmi jak z równymi.
Stary lord znów wybuchnął śmiechem, suchym, wysokim i nieprzyjemnym.
– Myślisz, że możesz? Że taki jesteś mądry? Chyba cię, ostatecznie, przeceniłem... Zrobisz, jak zechcesz. A od czego zaczniesz? Od rozmów z ministrem? I co mu powiesz?
– Że nie możemy zgadzać się na takie traktowanie! Że wszystkie wampiry mówią tak jednogłośnie! Że nam też należą się prawa i...
– A jak się nie zgodzi? Jaki jest twój najważniejszy argument?
Hrabia nic nie odpowiedział. Zerwał się z miejsca i wyszedł szybko. Nie zatrzymując się, wyrwał służącemu płaszcz. Za nim biegł suchy, piskliwy śmiech starego wampira.
Atropos, po dostarczeniu wiadomości ministrowi, wróciła z niedużą, kremową kopertą. Hrabia wyszarpnął ją, rozwinął list. Poznał pochyłe, ozdobne pismo mecenasa d'Etollé. Harpia odfrunęła na swój drążek i siadła tyłem do hrabiego, jakby zawstydzona.
„Hrabio, przechwyciłem Pana list i podmieniłem na własny. Minister otrzymał następującą wiadomość: Wampiry są wzburzone niesprawiedliwym aresztowaniem Sidorina. Jutro w nocy zdecydują, co dalej. Radzę do tego czasu wypuścić chłopca.
Jak Pan widzi, słowa są niezmienione, a jedynie okrojone. Nie uważałem za stosowne, by minister przeczytał wszystkie groźby, które niewątpliwie pisał Pan w ogromnym gniewie i wzburzeniu, a które jedynie utwierdziłyby ministra w przekonaniu o słuszności jego postępowania. Ze swojej strony zapewniam, że robię, co mogę, by ostatecznie uderzyć w ministra. Jeśli potwierdzą się moje przypuszczenia, będzie to już niedługo. Zaklinam Pana, by pozwolił mi działać, nie rozpętując po drodze wojny. Minister do tego właśnie dąży i będzie uszczęśliwiony, mogąc postawić do walki, oprócz aurorów, również cywili. Służby aurorskie z kolei mogą być zbiurokratyzowane i nieskuteczne w walce z przestępcami, ale jako szeregowi żołnierze w otwartych bitwach sprawdzą się doskonale.
Proszę sobie przypomnieć, jak skończyła się sprawa Mechanizmu. Niech Pan nie popełni tego samego błędu, co ja wtedy. Z Pana doświadczeniem życiowym, to po prostu nie przystoi.
Łączę wyrazy szacunku,
mecenas Antoine d'Etollé."
Hrabia zmiął list i rzucił go na podłogę. Opadł na fotel, odchylił w tył głowę i przymknął oczy. Mechanizm oczywiście pamiętał, ale nie wydawało mu się, żeby było w tym wiele analogii do dnia dzisiejszego.
– Fatamorgana! – westchnął Antoine, kiedy hrabia zjawił się w jego domu. Mecenas odpoczywał na leżance, lewą rękę miał unieruchomioną na temblaku.
– Ale znalazłeś grób Riagána! Wszystkie gazety o tym piszą.
– Och, tak. – Mecenas wzruszył ramionami i skrzywił się lekko. – Znalazłem fatamorganę. Rozpędziłem się i skoczyłem w pustkę.
Hrabia usiadł w fotelu.
– Powiedz mi coś więcej, Antoine.
– Cóż, dzięki Amuletowi udało mi się znaleźć kryptę. Nawet nie była bardzo głęboko ukryta, jedynie zamaskowana jako coś innego. Mechanizm też tam był. Weszliśmy razem z Renée. Wziąłem Mechanizm do ręki i jeszcze nigdy nie byłem z siebie taki dumny jak wtedy, hrabio. A potem okazało się, że to nie działa. Nie miał w sobie żadnej magii. W pismach Riagána, które leżały obok, znalazłem informację, że jemu nigdy nie udało się tej pracy skończyć. Maeve prawdopodobnie o tym nie wiedziała, dlatego zachowała Amulet jako najświętszy artefakt.
Antoine odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Był blady i przygaszony.
– I tyle? – zdziwił się hrabia. – Jak w takim razie zraniłeś sobie rękę?
– Och, to przy próbie otwarcia krypty – mówił cicho, nie otwierając oczu, hrabia musiał się do niego pochylić, by rozróżnić słowa. – Okazała się stanowczo za dobrze chroniona jak na to, co zawierała. To nie jest ważne, zresztą... Hrabio, najważniejsze to to, dlaczego Riagán twierdził, że zbudował Mechanizm. Z zemsty. Z zemsty na wszystkich i nikim szczególnym, za to, że nie jest możliwe, by zbudować taki artefakt... Pisał o tym w papierach, które tam były. Chciał, tak jak ja, pokazać światu, że można samemu kontrolować, co i kogo się zechce, że można, krótko mówiąc, wszystko. Kiedy zrozumiał, że nie można, wtedy zastawił pułapkę na tych, którzy tego chcieli. I ja się w nią złapałem...
Hrabia przyjrzał się Antoine'owi uważnie. Złapał się, ale jak widać wyszło mu to na dobre, nawet jeśli sam jeszcze tego nie widział.
– Na koniec krypta zaczęła się walić. Gdyby nie było ze mną Renée, zostałbym tam, obrażony na cały świat... Przemocą zaciągnęła mnie do wyjścia i stamtąd mogła się już teleportować, zabierając mnie ze sobą. – Mecenas zarumienił się lekko, wyraźnie zawstydzony. – Tyle się zmieniło, panie hrabio... Teraz już nie wiem, co bym bez niej zrobił. To Renée, przez drobiazgi o miliardach odcieni, sprawiła, że jestem dziś w tak dobrej formie. I podejmuję właśnie walkę z głupimi przesądami na temat wampirów. Zobaczy pan, sprawię, że we Francji ludzie i wampiry nauczą się żyć w zgodzie, a to, co spotkało moją matkę, nie będzie już możliwe. Nie pozwolę, by to wszystko poszło na marne. To musi mieć znaczenie. – Antoine mówił te słowa bardzo twardo, ale na koniec mrugnął do hrabiego. – To Renée Francja wszystko zawdzięcza.
– Francja się cieszy – odpowiedział hrabia, uśmiechając się sucho. – O ile za tymi słowami pójdą czyny.
Do południa hrabia chodził po gabinecie jak rozjuszony tygrys, nie mogąc skupić się na niczym. Dopiero wejście Luny przerwało gonitwę myśli.
– Panie hrabio...
– Luna?
Luna weszła i zamknęła za sobą drzwi. Poruszała się prawdziwie bezszelestnie, nawet dla czułych wampirzych uszu, jakby płynęła nad ziemią. Zatrzymała się parę kroków przed hrabią i przyglądała mu się czujnym wzrokiem.
– O co chodzi? – niecierpliwie zapytał Dragomirescu. – Nie mam dziś czasu na twoje zagadki.
– Nie mam zagadek – odparła Luna doskonale spokojnym głosem. – Wiem już, skąd pojawiły się te stworzenia, których pełno jest w PIMIE.
– Stworzenia?... Ach. – Hrabia przypomniał sobie zwariowane wizje Luny o stworzeniach, które nie istniały, nikt ich wcześniej nie widział ani nie opisał. Nie miał cierpliwości się nad tym zastanawiać.
– Pan mi nie wierzy – powiedziała Luna po prostu. – A jednak wiem. I wiem też, jak łączą się z wypadkiem Davida.
– Więc porozmawiaj o tym z profesorem Snape'em – westchnął hrabia, opierając się ciężko o biurko.
– Pan powinien tego wysłuchać. Profesor Snape nie jest odpowiednią osobą. Chociaż dzisiaj pan też nie jest, a powinien.
– Dlaczego tak myślisz? – zapytał hrabia sucho. No coś podobnego, żeby Luna ot tak wchodziła i go pouczała! – Ty też uważasz, że źle robię, występując w imieniu wampirów i broniąc ich honoru?!
– Tak. – Luna wzruszyła ramionami. – Nie chciałby pan walczyć o to, w co pan wierzy?
– Cały czas to robię! – Uderzył pięścią w stół, ale Luna nie wyglądała na przestraszoną, już raczej smutną.
– Nie – powiedziała i zawahała się. Miała minę, jakby nasłuchiwała czegoś. – W tej chwili nie.
– Jak to nie? – spytał hrabia z niedowierzaniem. – Cały czas muszę trzymać rękę na pulsie tego, co się dzieje z wampirami, muszę ich poprowadzić! Pomóc im! Razem możemy coś zmienić i żaden minister niczego nam nie odmówi!
W oczach Luny nie zobaczył nic. Jak księżyc odbijała to, co w nią trafiało.
– Zniszczy pan wszystko – szepnęła Luna. Już nie była obojętna, wyglądała jak mała, smutna dziewczynka. – Proszę, niech pan tego nie robi...
– Ależ, Luno! – zawołał hrabia. – To bez sensu. Jeśli nic z tym nie zrobię, to nic się nigdy nie zmieni, co najwyżej będzie jeszcze gorzej! A ja mogę to zmienić! Potrafię!
Luna patrzyła na niego bez entuzjazmu.
– Co się dzieje? Czy nie chcesz, żeby wampiry miały należne im prawa? Chcesz, żebyśmy byli wciąż traktowani jak zwierzęta? Sonia ma rację! Jeśli nie weźmiemy spraw w swoje ręce, jeśli pozwolimy się upokarzać... Nie patrz tak na mnie, Luno! Przecież ty wiesz najlepiej, jak to jest, kiedy patrzą na ciebie z góry, Luno...
– Ja nigdy nie próbowałam rozwiązywać tego siłą – powiedziała cicho. Emanowało z niej rozczarowanie.
– Dobrze – uciął hrabia. – Nieważne, ja pójdę swoją drogą, ty swoją, nie musimy się zgadzać, a i tak do niczego teraz nie dojdziemy. Powiedz, z czym przychodzisz. Czy tylko z tymi... stworzeniami? Czy coś jeszcze?
– Nie mogę powiedzieć. Pan już w ogóle zapomniał o instytucie. Jakby dowiedział się pan, co spowodowało wypadek Davida, rzuciłby się pan z pazurami ukarać winnych.
Hrabia zmarszczył brwi.
– Tak, Luno, ukarałbym winnych. Czy ty mi mówisz, że wiesz co się stało? Powiedz, im szybciej zapanuje tu porządek, tym lepiej!
Luna mrugnęła powoli. Oczy miała szeroko otwarte i nie wyglądało, żeby bardzo się przejęła gniewem hrabiego. Wyszła, nie czyniąc żadnego hałasu, jakby nigdy jej tu nie było. Hrabia ciężko opadł na fotel za biurkiem i ukrył rozpaloną twarz w dłoniach.
Wieczorem chodził bez celu po swoim paryskim mieszkaniu. Nieduże, ale urządzone bogato, w dziewiętnastowiecznym stylu, położone było dostatecznie blisko centrum, żeby wszędzie było blisko, a jednocześnie na tyle daleko, żeby zapewnić komfort i spokój.
Kiedy z wielkim hukiem wpadł Severus, hrabia, w purpurowym szlafroku haftowanym w złote smoki narzuconym zamiast wierzchniej szaty, po raz dziesiąty przemywał twarz w łazience.
– Ty... – wychrypiał Severus, który przez gotujące się w nim emocje ledwo mógł mówić. Wyglądał strasznie, jak wielki czarny ptak, gotowy w każdej chwili rzucić się na ofiarę i rozszarpać ją szponami i dziobem.
– Severusie? – zapytał cicho i ostrzegawczo hrabia. Zakręcił wodę i strząchnął ręce nad umywalką. Nie był w humorze do wysłuchiwania fochów Snape'a.
– Powiedz, wiedziałeś? Nie, pewnie nie, ale ja wiedziałem! To ty się myliłeś! To ja miałem rację! Głupiec z ciebie, hrabio!
Hrabia poczuł zimny, nieprzyjemny dreszcz przesuwający się wzdłuż kręgosłupa.
– Severusie? – powtórzył. Szpony mu się wydłużyły, a włosy powoli zaczęły ciemnieć.
– Rodrigo Arnedo! – wykrzyknął Severus, jednak równocześnie cofnął się o krok. Oczy hrabiego płonęły bladoróżowym i złotym blaskiem. – A już zdołałem sam siebie przekonać, że to nie on. Do tego stopnia, że nie powiązałem najprostszych faktów! Rodrigo zajmuje się wykopaliskami – dlaczego miałby nie znać zaklęcia wywołującego iluzje martwych zwierząt i roślin. Pierwszego dnia, kiedy mnie minął, poczułem zapach krwi i eliksirów do konserwacji preparatów tkankowych! To jakoś tak mało pasuje do wykopalisk, nieprawdaż? Pokazałem Albusowi zdjęcie! Wiesz, kim była ta kobieta, do cholery? To Angelika Arnedo! Żona Rodriga, trup od dziewięciu lat!
W oczach hrabiego zabłysło gwałtowne zrozumienie i przerażenie. Przesunął dłonią po drewnianym stoliku, zostawiając pięć głębokich szram na lakierowanej powierzchni.
– Nie poszedłem go od razu rozszarpać tylko dlatego, że wpierw chciałem zobaczyć twoją minę – syknął Severus.
Hrabia przez moment stał nieruchomo, potem zamknął oczy.
– Tak, to moja wina – powiedział wreszcie, nie zmieniając pozycji. – Moja wina, ja się myliłem, a Luna miała rację... Mój Boże... Miała rację i lord miał rację, teraz to widzę.
Hrabia spotkał Rodriga trzy lata wcześniej, w Salzburgu, podczas odwiedzin w tamtejszej małej, ale prężnie działającej instytucji badającej magię utrwalania myśli i uczuć ludzkich w przedmiotach nieożywionych. Ośrodek badał wszystko, od mówiących portretów i myślodsiewni po niemagiczne książki. Rodrigo Arnedo starał się o pracę, ale go nie przyjęli. Hrabia zaproponował mu posadę w swoim instytucie; mówiąc na marginesie, wielu z jego pracowników trafiło do PIMY po odrzuceniu ich zbyt oryginalnych projektów przez inne instytucje. Kazał mu przyjechać do Paryża na rozmowę, przywieźć dokumenty i projekty.
Później wyszło na jaw, że nikt nie chciał zatrudnić Rodriga z uwagi na jego przeszłość. Był na cenzurowanym, jego nazwisko wpisane było na Międzynarodową Listę Śmierciożerców. Z adnotacją „współpracował z Ministerstwem" wprawdzie, ale niewiele poprawiało to jego sytuację na rynku pracy. Hrabia zwrócił się więc do Albusa Dumbledore'a po więcej informacji i dowiedział się, że owszem, Rodrigo Arnedo był Śmierciożercą, ale od samego początku współpracującym ze stroną przeciwną. Decyzję podjął po śmierci żony i dzieci, według Albusa dla zemsty.
– Odradzałem mu to, Gaborze – mówił Dumbledore. – Odradzałem jak tylko mogłem, ale był uparty. Co jakiś czas dawał nam znać, co dzieje się w szeregach Śmierciożerców, czasami też mogliśmy przez niego przemycić im jakąś fałszywą wiadomość. Ale nigdy nie awansował, więc nie mieliśmy z niego takiego pożytku jak z Severusa. Nie zyskał tez takiej chwały po wojnie. Ale nie był prawdziwym Śmierciożercą, jeśli można tak to nazwać.
O zatrudnieniu Rodriga zdecydowała jednak bezpośrednia z nim rozmowa, która odbyła się w zupełnie innych okolicznościach, niż hrabia to planował. Dzień przez umówionym terminem natknął się na Rodriga podczas spaceru po mieście. Przechodził wieczorem przez mugolską Île–de–Cité. Była mgła, siąpił lekki deszcz, a hrabia szedł spokojnie, wsłuchując się w stukot własnych butów. Czuł się trochę tak jak sto, dwieście lat temu. Podniósł głowę, bo wchodząc na Most Wymiany, usłyszał krakanie spłoszonych wron. Tylko dlatego zobaczył ciemną sylwetkę stojącą na barierce. Był to mężczyzna w długim ciemnym płaszczu, który wiatr rozwiewał tak właśnie jak skrzydła kruka. Bardzo powoli i spokojnie człowiek ten pochylił się do przodu i, wciąż wyprostowany, runął w dół do Sekwany.
W tym momencie hrabia się ocknął, podbiegł do barierki. Podbiegło też kilkoro innych przechodniów. Mimo wszystko wyszarpnął różdżkę spod marynarki i rzuconym cicho zaklęciem udało mu się sprawić, że gwałtowna fala, ku zdumieniu gapiów, wyrzuciła topielca na suchy ląd.
Hrabia zszedł na brzeg rzeki, przyklęknął i obrócił tego człowieka na plecy. Dopiero teraz poznał w nim Rodriga Arnedo. Zanim podeszło zbyt wielu ludzi, wyjął różdżkę i szepnął „Enervate". Hiszpan drgnął i z trudem otworzył oczy.
– Pan hrabia? – szepnął.
– Niech pan nic nie mówi. Proszę wstać. Cały pan mokry, przepraszam za to, ale przy ludziach nie mogłem zatrzymać pana nad wodą. No dalej, niech pan się oprze na mnie. Zabiorę pana stąd. – Potem obejrzał się na gapiów. – Już w porządku! – zawołał. – Już po wszystkim. Nie trzeba pogotowia, nie.
Zabrał Rodriga do swojego mieszkania, PIMA była o tej porze zamknięta. Wysuszył go zaklęciem, kiedy tylko zniknęli za rogiem. Poczęstował likierem czekoladowym.
I zażądał wyjaśnień.
– Proszę wybaczyć moją ciekawość, ale przecież jutro miał się pan starać u mnie o pracę? Jakże to tak, rzucać się z mostu, mając umówione spotkanie? Może jestem staroświecki, ale to przeczy dobremu wychowaniu. Ja naprawdę liczyłem na rozmowę z panem.
Rodrigo zamiast odpowiedzi w milczeniu podniósł rękaw, pokazując blady zarys Mrocznego Znaku.
– Och tak, tak, wiem o tym – machną ręką hrabia. – I bynajmniej nie umniejszam jego znaczenia. Jednak chciałem usłyszeć wprost od pana tę historię. Jak i dlaczego został pan Śmierciożercą?
Rodrigo popatrzył nieufnie brązowymi, płonącymi oczyma.
– Moją żonę i dzieci zamordowali Śmierciożercy – powiedział powoli, trochę jeszcze zachrypniętym głosem. Każde słowo ociekało nienawiścią, jednak było to lepsze niż ta totalna obojętność, która kazała mu skoczyć. – Przyłączyłem się do nich, chcąc znaleźć morderców. I zabić ich.
– Udało się to panu?
– To test? Na konsekwencję? Zdolności szpiegowskie?
– Nie. Na światopogląd – odpowiedział spokojnie hrabia.
– Tak, udało mi się to. Poznałem nazwiska całej piątki, która brała udział w ataku na mój dom i zabiłem ich. Nie bezpośrednio. Po cichu. Szedłem z nimi na akcje i nagle coś się nie udawało. – Rodrigo wzruszył ramionami.
– Mieszkał pan w Wielkiej Brytanii w czasie wojny?
– Tak, moja żona była Angielką. Zamieszkaliśmy tam jeszcze przed wojną, a potem ona nie chciała zostawić swoich rodziców. Którzy w końcu i tak zginęli. – Rodrigo machnął ręką.– I niech pan nie myśli, że stałem się Śmierciożercą z krwi i kości, nie. Współpracowałem od początku z profesorem Dumbledore'em. Nie moja wina, że nie mam takich zasług jak prześwietny Severus Snape. Okropny typ. Wiem, że pan go zna, ale proszę mi wybaczyć, nie zwracam już większej uwagi na to, co inni pomyślą. Po wojnie żadnej pracy nie dostałem. A próbowałem niemal we wszystkich instytutach w Europie. Wszystko przez tę piekielną listę...
– Śmierć niczego nie rozwiąże, drogi panie – powiedział spokojnie hrabia, przerywając coraz bardziej jadowity monolog Rodriga. – Rozumiem, że kusi pana takie rozwiązanie, że stracił pan rodzinę, brak satysfakcjonującej pracy... Pewnie myśli pan, że wszystko się skończyło, że teraz wystarczy zabić się, żeby zobaczyć bliskich. Mam rację?
Rodrigo nic nie odpowiedział, tylko płonącymi oczyma wpatrywał się w hrabiego.
– A wie pan, ja też straciłem żonę i dziecko. Żonę na wojnie, zupełnie jak pan. Zabili ją moi wrogowie. Synek zmarł na zakaźną chorobę, a ja, również chory, stałem się wampirem. Inaczej bym tu z panem nie rozmawiał. Widzi pan na pewno podobieństwo: utrata bliskich, utrata dawnego życia i perspektywa życia nowego, długiego i jakże nieznośnie pustego. Brakowało mi celu, powodu do życia, jakiegokolwiek sensu. Ileż razy wyładowywałem moją bezsilną wściekłość na mojej wiernej słudze, która zmieniając mnie w wampira, ocaliła mi życie! A ja, ja potrafiłem tylko łajać ją za to, że nie ocaliła tak samo mojego dziecka! Och, wciąż to boli, ilekroć wspomnę o nim... Ale widzi pan, żyję. To było trzysta pięćdziesiąt lat temu, z grubsza licząc. Postanowiłem sobie, że się nie zabiję i że zawsze znajdę coś, czym warto się będzie zająć. Nie dla mnie, to by faktycznie mogło nie wyjść. Największym moim osiągnięciem, z którego wciąż jestem dumny, było odwrócenie perspektywy. Pomyślałem wpierw: nie ma już nic, czego mógłbym chcieć od życia. Straciłem wszystko. A potem pomyślałem: czy jest coś, czego życie mogłoby chcieć ode mnie? Nie wiem, jak to się stało, ale tak właśnie pomyślałem. Wpierw potraktowałem to jako eksperyment, ot, rozejrzałem się troszkę dookoła, a nuż coś takiego by się znalazło. I faktycznie! Pomogłem pewnej starej kobiecie zanieść drwa z lasu do domu. Pan się śmieje! – wykrzyknął hrabia, widząc ironiczny uśmiech Rodriga i sam także roześmiał się głośno. – Brawo, niech pan się śmieje, to już znak życia. Wyjaśnię, błąkałem się po lesie, bo nie mogłem patrzeć na mój nowy wampirzy zamek i całą tę magię, o której wciąż nie miałem żadnego praktycznie pojęcia. W lesie mogłem chociaż udawać, że wciąż jestem człowiekiem. No i tak wyszło, że spotkałem tę babcię. – Hrabia uśmiechnął się ciepło. – Cóż, to, co dla niej zrobiłem, było niczym w porównaniu z tym, jak ona pomogła mnie, choć nieświadomie. Bała się mnie nawet, ale bez mojej pomocy zamarzłaby tam, więc nie miała wyjścia. – Hrabia znów się zaśmiał. – Całkiem komiczne to było i to też mi pomogło. – Popatrzył na Rodriga, który siedział zgarbiony w fotelu niczym nastroszony i obrażony kot. – Widzę, że nie przekonałem pana do końca. Zapewne, ckliwa to historyjka, tyle, że prawdziwa. Ale gotowy jestem zaproponować panu pracę. Zawsze to jakiś cel. Co pan na to?
A teraz hrabia dowiedział się, że... Powoli otworzył oczy i popatrzył na Severusa. Spostrzegł przy okazji, że całkowicie już zmienił się w wampira, ale nie zwrócił na to większej uwagi. To Snape starał się trzymać o te kilka kroków dalej niż zwykle, mimo całej swojej złości. Ale i tak, głosem pełnym jadu, Mistrz Eliksirów streścił pokrótce to, co udało mu się odkryć.
– Dobrze, Severusie – powiedział hrabia cichym, ale nie znoszącym sprzeciwu głosem. – Dobrze. Zaczekaj moment, skontaktuję się z mecenasem d'Etollé, a potem pójdziemy do PIMY, sprawdzić co się dzieje. Sprawdzić. I pilnuj się, Severusie, nie pozwalam ci na żadne samowolne działanie.
Nawet nie czekał na odpowiedź, było jasne, że profesor mu się podporządkuje. Podszedł do kominka i sypnął w ogień garść proszku Fiuu. Jednak nie znalazł mecenasa ani w kancelarii, ani w domu. Służąca państwa d'Etollé wyjaśniła, że pan jest w Świętym Filipie z żoną.
Istotnie był. Renée rodziła, a mecenas siedział tuż za nią, służąc jej za wygodne oparcie i cel ataku przy co bardziej bolesnych skurczach, kiedy to wbijała paznokcie w jego rękę. Z pewnością nie spodobało mu się wejście nowej pielęgniarki, która podeszła bardzo nieśmiało i szepnęła mu na ucho, że jest pilnie poszukiwany przez hrabiego Dragomirescu.
– Proszę przekazać hrabiemu, że jestem zajęty – powiedział z irytacją. – To chyba oczywiste.
Jednak wystraszona pielęgniarka wróciła po paru minutach.
– Hrabia nalega... – powiedziała, splatając nerwowo palce.
– Kochanie, idź, jak musisz... – jęknęła Renée, podnosząc na niego zmęczone oczy. – Pomiętoszę poduszkę i będzie dobrze... – resztę zdania zastąpił nieartykułowany krzyk.
– Proszę stąd wyjść – powiedział d'Etollé do pielęgniarki lodowatym głosem i pocałował żonę w skroń. – Nigdzie się nie ruszam.
Hrabia zaklął pod nosem i z trudem powstrzymał się od zniszczenia jeszcze jakiegoś cennego mebla.
– W takim razie musimy iść sami, Severusie. – Minął go, nie zaszczycając spojrzeniem. Severus uśmiechał się ironicznie, a on nie zamierzał irytować się jeszcze bardziej ani dawać mu satysfakcji ze sprowokowania gniewu...
Bez słowa aportował się do PIMY. Po chwili stał obok niego i Severus, z miną odrobinę niepewną, a odrobinę zirytowaną. Ale jeśli zamierzał narzekać, że hrabia nie powiedział mu, dokąd iść i kazał zgadywać, to dobrze że tego nie zrobił. Hrabia wciąż bez słowa ruszył po schodach w dół, do piwnic. Tam, gdzie swoje wykopaliska prowadził Rodrigo Arnedo.
