Interludium
Luna patrzy na grób, na trumnę i uśmiecha się lekko, trochę smutno, ale spokojnie. Nie widzi tego, ale zmarły na pewno oddałby uśmiech.
Olivier wciąż stoi nieruchomo, z twarzą do złudzenia przypominającą teatralną maskę. Jedynie do oczu napływają emocje. Wszyscy dookoła mają oczy pełne łez, ale oczy Oliviera płoną.
Po chwili Luna widzi, że Olivier płacze. Wyprostował się, podniósł głowę, dwa strumyki łez swobodnie płyną z jego oczu. Nie wstydzi się płakać. Teraz płacze też Nicolas, tak samo cicho. Severus z kolei oczy zamyka, a ręce zakłada na piersi. Hrabia bez skrępowania wyciera powieki wierzchem dłoni.
Hrabia delikatnym pchnięciem ręki odsunął kratę; kłódka odskoczyła sama, poznając właściciela budynku.
– Lumos – szepnął Severus. Zobaczyli niedużą komnatę, której podłoga była jednym wielkim wykopaliskiem. W jednym z rogów ziała czarna szpara wysokości człowieka. Bez słowa poszli w tym kierunku i przecisnęli się do kolejnego pomieszczenia. Było większe, przypominało raczej naturalną grotę, trochę tylko wzmocnioną ceglanymi kolumnami. Zimne, niebieskawe światło różdżki wywoływało tańczące po wszystkich kątach cienie. Severus zmrużył oczy i czujnie rozglądał się dookoła. Hrabia nie musiał.
– Wyjdź, Rodrigo – powiedział spokojnie. – Słyszę doskonale twój oddech i bicie serca. Wyjdź i wróć do ludzkiej postaci. Severus wzdrygnął się gdy z cienia nieopodal niego wyszła bezszelestnie duża, czarna pantera. Stalowe mięśnie i ostre jak brzytwa kły były gotowe do ataku. Całe zwierzę zdawało się napięte jak sprężyna, do granic wytrzymałości.
– Zmień się, proszę, chcielibyśmy porozmawiać – powiedział hrabia powoli, ale rozkazująco, nie zostawiając cienia wątpliwości, że to nie prośba. Severus prychnął drwiąco. Na ten dźwięk pantera skoczyła i bez rozbiegu, bez przygotowania rzuciła się na niego. Snape zauważył tylko rozmazaną czarną plamę, ale spodziewane uderzenie i ból nie nastąpiły. Zamrugał i zobaczył przed sobą hrabiego, w pełnej wampirzej formie, z odsłoniętymi kłami, czarnymi kosmykami włosów opadającymi na lśniące w ciemności oczy i pazurami, dużo groźniejszymi od tych, jakie mogła mieć pantera. Samo zwierzę leżało bezwładnie pod ścianą, kilka kroków dalej.
– Wstań, Rodrigo – powiedział hrabia, poprawiając płaszcz. – Jestem pewien, że nie zrobiłem ci dużej krzywdy. Nie ma co tego przeciągać. Mam dziś jeszcze jedno spotkanie.
Pantera podniosła się chwiejnie i przeszła na środek pomieszczenia, zatrzymując się naprzeciwko nich, z łbem przy ziemi, sprężona do skoku. Spojrzała na wejście, na moment odwrócił wzrok w tę stronę również hrabia. A potem sylwetka pantery zafalowała i stanął przed nimi Rodrigo.
– Hrabio. – Arnedo delikatnie skinął głową. – Czemu zawdzięczam tę wizytę?
Dragomirescu zrobił krok w stronę Rodriga.
– Powiedz mi, jaki miałeś udział w tym, co stało się z Davidem. Severus przedstawił mi swoją teorię. Czy to prawda, że chciałeś ożywić żonę?
Rodrigo uśmiechnął się, smutno i delikatnie. Odwrócił się i wyciągnął rękę. Hrabia i Severus usłyszeli szelest, potem delikatne kroki i z cienia wyszła młoda kobieta o krótkich brązowych włosach i błyszczących, zielonych oczach.
– Proszę, poznajcie moją żonę, Angelikę – powiedział Rodrigo, ujmując ją delikatnie za rękę i prowadząc w kierunku drgającego światła różdżek. – Najsłodsza, to jest hrabia Dragomirescu, człowiek, pardon, wampir, który natchnął mnie myślą, że mogę znaleźć cel w życiu. I faktycznie. Gdyby nie on, nie byłabyś tu ze mną, podziękuj mu, proszę.
– Dziękuję – usłyszeli cichutki głosik, kiedy Angelika pochyliła głowę przed hrabim. Wampir poczuł zimny dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa.
– A to paskudny śmieciojad, Severus Snape, ulubieniec czarodziejskiego świata po ostatniej wojnie. Z nim nie musisz się witać. – Cóż to? – Rodrigo popatrzył na żonę. – Jak ten motyl tu się dostał? – Na włosach Angeliki siedział prześliczny błękitny motyl. Mężczyzna machnął ręką, potem westchnął. – Naturalnie, że tak. Cóż...
– Co stało się tamtego dnia? – przerwał mu hrabia spokojnym głosem, ale spokojnym tylko na pozór. Co kryło się pod nim, Rodrigo nie chciałby sprawdzać.
– Tamtego? – Arnedo najeżył się. – Nie muszę wam nic opowiadać.
– Nie musisz, sami wszystko wiemy – uśmiechnął się ironicznie Severus. – Wiem, co robiłeś, wiem, jak przebiegały twoje eksperymenty. Wykorzystałeś archeologiczne zaklęcie wywołujące ducha żywego stworzenia i użyłeś krwi jednorożca, żeby ożywić z popiołu również jej ciało. Potem próbowałeś dać jej swoje emocje i wspomnienia. Prawdopodobnie wymknęły się spod kontroli, mam rację?
Rodrigo wzruszył ramionami.
– Tak – powiedział niedbale. – Tak, technicznie tak to wyglądało. Na Merlina, Severusie, dla ciebie to wszystko, prawda? Nic więcej nie jest ci potrzebne do szczęścia. Jakie to musi być wspaniałe być tak zimnokrwistym. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać wszystkie moje notatki – zaśmiał się drwiąco. – O, widzę ten błysk w twoim oku! Dobrze, są twoje. Mi na nich nie zależy. – Spuścił głowę, ukrywając oczy za czarną grzywką. Potem popatrzył na Angelikę, objął ją, przycisnął do siebie.
– Dosyć tego, Arnedo! – syknął Severus. – To, co tak czule obejmujesz, jest bezwartościową lalką, a ty jesteś winny tego, co stało się z Davidem, winny nielegalnych eksperymentów. Wiem, od kogo kupiłeś krew jednorożca...
– Milcz! – krzyknął strasznym, ochrypłym głosem Rodrigo i wyciągnął różdżkę. – Milcz!
Severus spokojnie wycelował swoją różdżkę w przeciwnika.
– Cieszysz się, co, Snape? – Rodrigo wykrzywił usta, odsłaniając białe zęby, podobnie jak robiła to pantera. – O, jakże musisz się cieszyć, że miałeś rację... Że to ja. Nawet jeśli nie chciałem skrzywdzić Davida, bo to był czysty przypadek... Straciłem kontrolę nad... eksperymentem. I już. Ach, powiedz mi, dlaczego tak mnie nienawidzisz?
Ponury, pełen dziwnego zadowolenia uśmiech Rodriga zdziwił hrabiego. Ale w tym momencie Severus w furii zaatakował. Arnedo odepchnął gwałtownie żonę i zasłonił się zaklęciem.
Nicolas w postaci kota przycupnął za kwadratową kolumną. Trochę spoiwa cegieł odkruszyło się i posypało mu na futerko. Luna, wspaniały, błękitny motyl, pofrunęła w stronę pana Arnedo.
Profesor Snape i pan Arnedo nie zauważyli go. Ale hrabia, wampir, musiał przecież usłyszeć jak mocno biło mu serce. Kiedy zaczęły błyskać zaklęcia, Nicolas przywarł mocno do ziemi, ogłuszony hukiem i oślepiony błyskami. Przednimi łapkami przykrył uszy i zacisnął mocno oczy. Było duszno jak w gęstym dymie. Czuł się tak przerażony, że zapomniał niemal, gdzie się znajduje; istniały tylko te huki i błyski, i to, że każdy może trafić w niego, w innych, zabić, a co najmniej zranić...
Angelika nie upadła. Za nią nagle zmaterializowała się Luna i złapała bezwładną kobietę pod ramiona. W tej samej chwili z cienia wyskoczyło małe zwierzątko, szary kot. Przemienił się w młodego aurora, który rozłożył ręce i błagalnie wykrzyknął na cały głos:
– Przestańcie!
„Dobrze, że nie nauczył się, jak wykorzystywać głos zamiast zaklęć w rodzaju Imperiusa", pomyślał hrabia. „Świadomie by tego nie zrobił, a tak proszę, obaj panowie się zatrzymali." Zatrzymali i popatrzyli na Nicolasa z bezbrzeżnym zdumieniem. Mieli niemal identyczny wyraz twarzy, wpierw zaskoczony, potem zirytowany.
Rodrigo machnął nagle różdżką, hrabia skoczył w jego stronę, widząc, że celuje w Nicolasa. Przewrócił Hiszpana, ale zaklęcie trafiło w cel. Auror uderzył o kamienną ścianę z głuchym, nieprzyjemnym odgłosem i opadł na ziemię, ściskając kurczowo lewe ramię. Podbiegła do niego Luna.
Hrabia wstał i trzymając Arnedo za kołnierz, postawił go na nogi.
– Przestań, Rodrigo – powiedział ochrypłym głosem. – Ty też, Severusie.
Spojrzeli na niego ponuro, podejrzliwie, w niemal identyczny sposób mrużąc oczy. Jedna tylko Luna się uśmiechnęła.
– Rodrigo, przepraszam cię – ciągnął hrabia spokojniej już i dużo smutniej. – Chciałem ci pomóc. Jak to się stało, że straciłem wszystko z oczu, nie wiem. Pracowałeś u mnie, a ja nie zauważyłem tego, co się działo. Z tobą, potem z PIMĄ. Luna mnie ostrzegała. Te stworzenia, które biegały po PIMIE, te, które wszyscy mniej lub bardziej odczuli... to były emocje, które próbowałeś zakląć w ciało Angeliki, prawda? – Rodrigo powoli, nieufnie przytaknął. – Tyle emocji, jakże strasznych emocji. Wszystko, co my czuliśmy jako chwilowy smutek, lęk czy złość, ty czułeś ciągle. Byłem taki zajęty sprawą wampirów... – Hrabia pochylił głowę. – Taki pewny siebie, pewny, że ja wiem, jak świat powinien wyglądać i co mam zrobić. Stanąć na czele wampirów, ach, a tu jak widać nawet instytutem nie umiem pokierować. – Odwrócił się w stronę Nicolasa. – Inspektorze, słyszy mnie pan? Co z panem?
Nicolas z wysiłkiem uniósł głowę. Policzki miał umazane na czarno i upstrzone kropelkami krwi.
– W porządku, panie hrabio.
– Wszystko, co się stało, jest też moją winą – powiedział ze smutnym uśmiechem hrabia. – To mnie nie było na miejscu, żeby cię powstrzymać, Rodrigo. Konsekwencje, także prawne, poniosę również ja.
Na twarzy Nicolasa odbiło się zaskoczenie, które jednak szybko zmieniło się w słaby uśmiech. Tak samo uśmiechała się Luna.
– Hrabio... – powiedział Rodrigo. Stał spokojnie, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jednak każdy jego mięsień był napięty, gotowy do szybkiej reakcji. Hrabia czuł ostry zapach potu. – To nie jest potrzebne. Niech pan mnie nie traktuje jak dziecko. Nie potrzebuję łaski.
– A myślisz, że to łaska? – Dragomirescu wzruszył ramionami. – Chcę ponieść konsekwencje swoich błędów. Chciałbym ci jeszcze powiedzieć, że David się obudził. Wyzdrowieje.
– No i co ja mam teraz zrobić? – zapytał Arnedo, krzywo uśmiechnięty, jakby trochę rozbawiony sytuacją. Jednocześnie nagle wydał się hrabiemu wyczerpany; ledwo trzymał się na nogach. – Myślałem, że będę z wami wszystkimi walczyć. A ty, hrabio, coś takiego... Ale jeśli Davidowi nic nie jest, jakie konsekwencje, jakie kary miałbym ponosić? Nie żałuję przywrócenia żony do życia.
Hrabia spojrzał na niego z bezbrzeżnym smutkiem.
– Rodrigo... – powiedział cicho. – Wiesz o tym na pewno. Musisz wiedzieć. Nie przywróciłeś jej do życia. Nie można tego zrobić. Severus powiedział to bardzo, bardzo brutalnie, ale miał rację. To jest lalka. Wygląda jak Angelika, rusza się, oddycha, ale to lalka.
– Ach, tak? – zapytał Rodrigo beznamiętnie, jakby rozmawiał z niemądrym dzieckiem. – A czego jej w takim razie brakuje?
– Wolnej woli – powiedział cicho hrabia.
– No jak to? Przecież jest świadoma. Chodzi sama, mówi...
– Jest jak portret – wyjaśnił delikatnie hrabia. – Jest zbiorem cech. Ale nie jest osobą. Ma tylko to, co ty w nią włożyłeś, jest w pełni zależna od ciebie i od tego, co zewnętrzne. Nie ma siebie. Nie może o niczym zadecydować. Jest tobą, twoim wspomnieniem o niej. Niczym więcej.
– Niczym więcej... – szepnął Rodrigo, przyznając porażkę. – Niczym mniej – zaprotestował nagle. – Chcę ją, choćby taką... Sam mówiłeś mi o celu w życiu. Odzyskałem go.
Hrabia pokręcił głową.
– Nie miej siebie jako jedynego celu, proszę...
– Nie, hrabio, ja nie mogę ci uwierzyć. Musisz się mylić. Jak to? Angelika nie mogła zniknąć... Nie mogę być sam.
Nie wiadomo kiedy podeszła Luna. Oboje drgnęli, kiedy zaczęła mówić.
– Rodrigo, to nie wszystko – zaczęła. – Powiedz to teraz, teraz jest dobry moment, żeby to powiedzieć.
Hrabia popatrzył na nią zdumiony, ale Rodrigo wydawał się wiedzieć, o co chodzi.
– To moja wina... – szepnął. – Angelika... zginęła przeze mnie. – Zakrył twarz dłońmi. Między brudnymi palcami popłynęły łzy.
Severus stał kilka kroków za plecami hrabiego, z opuszczoną różdżką, wygodnie skryty w cieniu. Całym sobą słuchał. Wracały dawne lata, ale przynosiły ze sobą coś ożywczego, coś, czego by się nigdy nie spodziewał.
Tymczasem Arnedo odsłonił twarz i zaczął mówić.
– Angelika została wtedy z dziećmi w domu. A ja, kiedy wróciłem, wcale nie znalazłem pobojowiska i popiołów. Trafiłem w sam środek akcji. To znaczy, trafiłbym, gdybym w ogóle tam podszedł. Coś zatrzymało mnie w miejscu. Nie mogłem zrobić kroku. Jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to to, że kiedy tam pójdę, to oni mnie zabiją, bo nie pokonam pięciu Śmierciożerców. Że za parę minut mogę przestać istnieć. Tak... to było to... – głos mu drżał, ale mówił coraz pewniej. – Widzisz, hrabio, rzeczywiście, nie wierzę w to, że to Angelika. To lalka. Prawdziwa Angelika po prostu już nie istnieje. Dlatego, że wolałem, żeby to ona przestała istnieć, a nie ja. Wmawiałem sobie, że to dla dobra... dobra, po prostu. Że cokolwiek by nie mówić, ja przydam się na wojnie bardziej niż ona. Nawet pomyślałem, że to moja wielka ofiara i poświęcenie. Że stracę rodzinę, będę cierpiał, ale za to zrobię coś, żeby zakończyć tę wojnę. Ach, czy to nie było piękne? I jakie bohaterskie... Poszedłem do Dumbledore'a, zaproponowałem współpracę. Chciałem też zabić tych, którzy nas wtedy zaatakowali. Udało mi się to. Ale najbardziej nienawidziłem siebie i dlatego spotkałeś mnie wtedy, hrabio, na Moście Wymiany... Wtedy już było mi wszystko jedno czy też raczej chciałem przestać istnieć, bo nic dobrego nie wyszło z istnienia. Życie nie stało się lepsze tylko dlatego, że było dłuższe... Pan mówił o szukaniu sensu, ale dla mnie sens to była tamta rodzina, której sam się pozbyłem.
– Profesorze?... – powiedziała nagle Luna, chłodnym, ostrym głosem, zwracając się do Severusa. Drgnął, spostrzegł, że dziewczyna stoi tuż obok niego. Jak zaczarowany patrzył na nią przez chwilę, nie mrugnąwszy ani razu.
– Profesorze, wiem, że nikt nie zmusza Severusa Snape'a do niczego. Niech pan nie pozwoli, żeby zrobiło to wygodne życie.
Severus powoli wciągnął powietrze, potem je wypuścił i wyraźnie się rozluźnił. Ramiona lekko mu opadły, stanął swobodnie. Na twarzy malował mu się smutny uśmiech.
– Rzeczywiście – powiedział powoli. Zamknął oczy, jakby szukając wspomnień. – Naprawię to.
Spojrzał wyzywająco na Lunę. A Luna, jak to ona, tylko się uśmiechnęła.
Nicolas siedział na ziemi i oddychał z ulgą. Nikt już nie walczył. Było mu bardzo zimno i nie mógł zebrać myśli, ale widział i słyszał, co się dzieje dookoła, jakby oglądał dobrej jakości film.
– Rodrigo – powiedziała czystym głosem Luna, przesuwając się w stronę Hiszpana. – Chodź ze mną do Świętego Filipa. Do Oliviera. Richard jest bardzo chory.
Rodrigo gwałtownie podniósł głowę, zamrugał. „Nie może uwierzyć", pomyślał Nicolas. „Za dużo się dla niego zdarzyło. Za dużo." Nicolas też zamrugał, chyba oczy mu jakoś zwilgotniały. Za dużo.
Kilka kroków od niego siedziała Angelika, w takiej samej bezradnej pozycji, przygarbiona, z rękami opuszczonymi na kolana. Nicolas poczuł się, jakby patrzył na siebie samego, kiedyś przecież nią był?
Rodrigo też popatrzył na Angelikę, potem na hrabiego - pytająco, bezradnie.
– Tak, Rodrigo. – Hrabia skinął głową. – Chyba najlepiej będzie, jeśli ty to zrobisz.
Nicolas w pierwszym odruchu chciał wstać, krzyknąć, żeby tego nie robili. Poczuł, jak ktoś delikatnie przytrzymuje go za ramiona; to była Luna, która przykucnęła tuż za nim. Rodrigo podniósł różdżkę; dłoń wyraźnie mu drżała. Auror odwrócił głowę w drugą stronę, jednak nagły hałas i krzyki sprawiły, że automatycznie się obejrzał. Angelika zaciskała palce na szyi Rodriga, ale hrabia mocno trzymał ją za nadgarstki, aż jęczała z bólu.
– To byłoby bardzo oryginalne samobójstwo, Arnedo – wtrącił zimno profesor Snape. – Ale nawet ja ci to odradzam.
Angelika wyprostowała się i rozluźniła. Hrabia ją puścił. Objęła mocno Rodriga. On odwzajemnił uścisk, wtulił twarz w jej ramię i podniósł różdżkę. Angelika zamknęła oczy i osunęła się obok niego. Zgasła cicho – w końcu nigdy nie istniała.
Dobrych kilka minut panowała absolutna cisza. Nicolas zagryzł mocno wargi, bo miał ochotę najzwyczajniej się rozpłakać.
– Muszę iść do Oliviera – powiedział gwałtownie Rodrigo i odwrócił się do profesora Snape'a..– Może jeszcze zdążę. Panie Snape – powiedział sztywno – czy...
– Tak – krótkie skinięcie głową. – Może pan na mnie liczyć. Teleportujmy się od razu.
– Profesorze – zawołała Luna nad głową Nicolasa. – Czy mógłby pan?...
Luna pomogła Nicolasowi wstać i słaniającego się nieco przekazała profesorowi. Snape, wciąż trochę oszołomiony, popatrzył na aurora, który spróbował stanąć samodzielnie, ale w tym momencie definitywnie zawiodły go siły i omdlał.
– Zabierz go do Filipa – powiedział cicho hrabia. – Ja zajmę się resztą. Kiedy przekażesz Nicolasa w dobre ręce, znajdź d'Etollé'a. Będzie na porodówce, jego żona właśnie rodzi czy może już urodziła. Powiesz mu, co się stało i przyślesz go do mnie jak najszybciej.
Severus mocniej chwycił aurora i deportowali się. Hrabia poszedł zaś na trzecie piętro, do swojego gabinetu. Wolnym krokiem przechadzał się w tę i z powrotem, dopóki nie usłyszał szelestu. Tuż za nim pojawił się mecenas d'Etollé. Hrabia wstał i obrócił się lekko w stronę prawnika.
– Już po wszystkim – powiedział chłodno.
– Ależ nie... – odparł poważnie mecenas. – Właśnie teraz będzie najważniejsze. Przykro mi z powodu tego, co się stało. Zatem to on był winny?
– Wszyscy byliśmy, wszyscy... – westchnął hrabia, masując oczy czubkami palców. Wrócił do zwykłej postaci, co dla obserwującego przemianę d'Etollé'a wyglądało, jakby hrabia bardzo gwałtownie się postarzał. Potem Dragomirescu streścił mu wydarzenia tej nocy. Mecenas miał jednak to do siebie, że nigdy nie trzeba było mu niczego długo tłumaczyć.
Pokiwał głową, smutny i spokojny.
– Przykro mi – powiedział. – Na pewno pan Arnedo będzie musiał usłyszeć jakieś zarzuty. Ale to nie koniec. Musisz iść na spotkanie z wampirami, hrabio. Teraz wszystko zależy od tego, co im powiesz.
– Masz dla mnie jakieś rady?
– Nie – odparł po prostu d'Etollé. – Nie posłuchasz żadnych. Mimo to, wierzę, że będzie dobrze. Nazwij to szóstym zmysłem albo różowymi okularami świeżo upieczonego tatusia. Ale ja się rzadko mylę. Wystarczyło, że teraz z tobą porozmawiałem i już nie mam wątpliwości, nie wiem, co zrobisz, ale wierzę w ciebie, hrabio – uśmiechnął się szeroko. – Idź już. Jest tak późno, a i lepiej nie przerywać tego, co się dzieje w twoim umyśle. A resztę zostaw mnie. Jutro będę miał efekty, najpóźniej pojutrze.
Hrabia skinął mu głową. Poczuł pewną tremę. Zamknął oczy i teleportował się w miejsce spotkania wampirów.
Zaraza była już na miejscu, podobnie jak większa część tłumu. Wciąż napływali nowi. Podbiegła do niego i chwyciła za ręce. W jej oczach płonęła nadzieja, chęć czynu. Ale hrabia tylko podał jej ramię i poprowadził na miejsce, z którego mieli przemawiać. Czuł się bardzo, bardzo odległy od tego, co tu się wczoraj działo.
– Podjąłem decyzję – powiedział hrabia spokojnym, pewnym głosem, a tłum wampirów uciszył się jak za dotknięciem różdżki. – Dziś stało się coś bardzo dla mnie smutnego i trudnego. Zdałem sobie sprawę, że zapomniałem o ludziach, którzy na mnie liczyli. Myślałem tylko o prawach, o przywilejach, które chcemy wyegzekwować. Wyegzekwować, właśnie tak, walcząc. Czym będziemy różnili się od Gangu? Czy chcemy wymuszać nasze prawa? Czy chcemy bezlitosną walką zyskać prawo do tego, by nie patrzono na nas jak na zwierzęta? Wszyscy, jak tu stoimy, myśleliśmy jeszcze wczoraj jak niesprawiedliwie nas potraktowano. Jak bardzo woła to o pomstę. O przywrócenie porządku. O ustawienie głupich i złych ludzi do pionu. A jak? W jedności siła, a więc myśleliśmy: zjednoczymy się i będziemy taką siłą, że ulegną. Ze strachu. Ale czy to by cokolwiek zmieniło? Czy patrzyliby na nas inaczej? Czy przestaliby się nas bać? Nie sądzę. Dziś chcę wam powiedzieć, że jeśli chcemy być obywatelami magicznej Francji, mieć te same prawa i być traktowani tak samo jak inni... to zachowujmy się tak. Bądźmy tacy, jak chcemy, by nas traktowano. Wielu z was może wydać się to naiwne, niemożliwe, nieskuteczne... Ale ja jestem o tym głęboko przekonany. Nie stanę na czele buntu. Oczywiście, każdy z was ma pełne prawo zdecydować samodzielnie, co zrobi. Ale zauważcie, że to właśnie jest druga strona medalu, każdy jest wolny, by działać i myśleć, ludzie też. Wyjdźmy do nich. Rozmawiajmy z nimi. Pozwólmy się poznać. Ale nie twórzmy zamkniętego związku wampirów, nie stawajmy naprzeciwko siebie jako wrogowie, nie róbmy tego siłą. Nie będę przywódcą. Zrobię, co tylko w mojej mocy, by pomóc rozwiązać konflikty i położyć podstawy pod porozumienie między wampirami i ludźmi. Ale każdy z nas osobiście jest odpowiedzialny za to, co się stanie, w codziennym życiu, drobnych gestach i kontaktach z ludźmi. Nic nie stanie się natychmiast, wiem o tym, to długa droga, droga dla cierpliwych. Ale ktoś musi zacząć i nie ma sensu oglądanie się na innych. Jeśli wierzymy, jeśli naprawdę nam zależy, każdy z nas powinien zrobić pierwszy krok...
Jak we śnie rozejrzał się dookoła, na cichy i zdziwiony tłum. Zrobił dwa kroki do tyłu i wpadł w ramiona Zarazy. Bojąc się, żeby nie powiedziała nic, co mogłoby zepsuć jego wystąpienie chwycił ją wpół i mocno przytulił do piersi. Sonia, z oszołomioną nieco, ale i wzruszoną miną objęła go i oddała uścisk. Tłum wybuchnął gwarem rozmów i dyskusji, ale hrabia nie słyszał tam wrogości. Kto zechce, może przyłączyć się do Gangu, ale hrabia już tego dopilnuje, żeby Gang znalazł się jeszcze bardziej na cenzurowanym niż do tej pory.
Luna i Rodrigo szli białym, chłodnym korytarzem szpitalnym. W podłodze odbijały się ich sylwetki, pełne wszystkich tych cieni, których nie było widać gołym okiem.
Przed drzwiami pokoju, w którym leżał Richard, Rodrigo zatrzymał się, podniósł rękę, potem ją opuścił i pokręcił głową.
– Powiem mu, że tu jesteś. – Luna nacisnęła klamkę i wsunęła się do środka. Zapaliła małe światełko na końcu różdżki, niewidoczne w porównaniu z błyskami magicznych barier nad łóżeczkiem dziecka, ale Lunie było bardzo potrzebne. Olivier spał, z głową i ramieniem na oparciu krzesła. Okulary zsunęły mu się na sam czubek nosa i poświstywał lekko przez uchylone usta. Na twarzy odbijały mu się kolorowe światełka barier, jak lampki choinkowe...
Kiedy bracia rozmawiali, Luna wyszła. Widziała Severusa Snape'a przechadzającego się na drugim końcu korytarza. Drzwi skrzypnęły, wyszedł Rodrigo. Skinął głową Lunie, a potem podszedł wprost do profesora.
– Luno...
Obejrzała się za siebie. W drzwiach pokoju stał Olivier, blady, ze śladami łez w kącikach oczu. Wzięła go za rękę, cierpliwie czekając.
– Rodrigo powiedział, że spróbuje przelać swoją prawdę o magii w Richarda. Ja też chciałem to zrobić, ale nie mogłem, jest zbyt różna. A jego pasuje. Powiedział mi, co się stało...
Godzinę później wszystko było gotowe. Na sali zabiegowej byli Rodrigo i jego bratanek, Bieta, ordynator pediatrii, dwie asystentki i profesor Snape w charakterze dodatkowego eksperta.
Severus ponuro spoglądał na Arnedo, a ten dla odmiany nie miał swojej zwykłej gorzkiej miny. Patrzył wyjątkowo spokojnie na wszystkie przygotowania, a kiedy zatrzymywał wzrok na dziecku, nawet się jakby uśmiechał. Severus zgrzytnął zębami. Szanse powodzenia wynosiły dokładnie pół na pół.
Bieta podniosła różdżkę.
– Nic się nie dało zrobić – relacjonował później Severus hrabiemu. Byli w PIMIE, za oknem wstawał świt, na niebo wypełzały złote i czerwone barwy, domy raziły żółcią i niebieskością. – Ale lepiej, że stało się tak niż na odwrót.
– Praktyczny jak zawsze, Severusie... – mruknął hrabia, trochę niewyraźnie, bo opierał policzek na dłoni, a łokieć na oparciu fotela. Przypominał harpię, groźną, nastroszoną harpię, która nie ma ochoty na żarty.
Olivier trzymał na rękach Richarda. Dziecko uśmiechało się i mruczało coś niezrozumiale. Sięgnęło rączką do mokrego policzka taty, na którym musiało zobaczyć odbłysk świec.
– Tak mi żal... – szepnął Olivier do Luny. – Dopiero co się pogodziliśmy. – Nagła myśl wpadła mu do głowy i sprawiła, że cały jakby zamarzł, jakby zanurzył się w czarną pustkę. – Luna... a jeśli on to zrobił, żeby się zabić?
– Nie. Zrobił to, żeby pomóc Richardowi.
– Ale jeśli on chciał jednak żyć...
– To było ważniejsze.
– Tak, chyba było... – Olivier głęboko wciągnął powietrze. – Wiesz, po wczorajszej rozmowie z bratem czuję się jak dawny ja... Wolny.
Do gabinetu hrabiego wleciała nieduża, szara sówka. Upuściła na biurko poranne wydanie „l'Illumination". Hrabia rozwinął gazetę i westchnął, ale tym razem z ulgą.
„Mecenas d'Etollé demaskuje prowokację Ministra Magii".
– Ta kobieta była podstawiona – mówił potem mecenas. – Była wampirzycą, została przemieniona wbrew swojej woli, więc z chęcią zgodziła się zemścić na wampirach. – Antoine spoważniał. – Swoją drogą, ataki na ludzi to coś, czym trzeba się szybko i skutecznie zająć. Nie może być więcej takich sytuacji.
– Oczywiście. – Hrabia skinął głową i przymknął oczy. Czuł się zmęczony, ale było to przyjemne znużenie rozchodzące się mrowieniem po całym ciele.
– Kiedy ty, hrabio, udałeś się z Lady Sonią na pierwszy wiec wampirów, ja teleportowałem się do instytutu i porozmawiałem z Tristanem. Wypytałem go o wszystko i już wiedziałem, że muszę tę kobietę wydobyć choćby spod ziemi. – Mecenas uśmiechnął się szeroko. – Fajny chłopak z tego twojego Tristana. Ale wiesz, miałem wrażanie, że jest o mnie zazdrosny. Traktuje cię, hrabio, jak ojca. No ale myślę, że już teraz nie będzie miał nic przeciwko naszej współpracy.
– Teraz chyba faktycznie nie.
– Minister musi tłumaczyć się oficjalnie, a przy tej okazji każemy mu wytłumaczyć się ze wszystkich dotąd nagromadzonych spraw. To lepsze niż wasz prawy kłowy między oczy, hrabio. Pomalutku, a nieustępliwie. No i zaczniemy od żądania dymisji. Tylko, hrabio, unikajmy zbytniego przedstawiania Tristana i Sidorina jako ofiar, bo przeniesie się to na resztę wampirów. A my mamy zacząć współpracę na zasadzie równości, nie nieskończonych odszkodowań. Jak ja się cieszę, hrabio... wreszcie minister jest skompromitowany, a jego zwolennicy albo muszą zmienić zdanie, albo sami się skompromitować.
Tego samego dnia, w południe, mecenas d'Etollé osobiście udał się do Conciergerie. Zadbał, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Kiedy szedł po szerokich schodach głównego wejścia, prowadząc bladego, ale uśmiechniętego Sidorina, otaczał ich szpaler reporterów, a za nimi tłum ludzi i wampirów paryskich.
Hrabia przypomniał sobie zakończenie sprawy Amuletu. Opowiadała mu to Renée i bardzo dobrze, mecenas nigdy nie opowiedziałby tego tak dokładnie.
Pani d'Etollé siedziała naprzeciwko hrabiego w modnej kawiarence na rue des Rêves i srebrną łyżeczką mieszała w filiżance kawę. Wyglądała przeuroczo, kwitnąco, w zgrabnym ciemnym kostiumiku i białym golfie, z połyskującymi onyksowymi koralami.
– Strasznie się cieszę, panie hrabio, że cała ta historia już za nami – powiedziała z uśmiechem. – Antoine bardzo się zmienił, musiał się zmienić i całe szczęście, że na lepsze.
– To pani zasługa – hrabia pochylił lekko głowę w jej stronę. – Gdyby nie pani, nikt z nas by go nie powstrzymał.
– Być może. Staliśmy się sobie bardzo bliscy. Wie pan, te korale – pogładziła palcem onyksy – były jego pierwszym prezentem dla mnie, kiedy się dopiero co poznaliśmy. Wtedy było mi trochę żal, dał mi je przecież, żebym pasowała do jego wizji żony.
– Dlaczego pani za niego wyszła? Przepraszam, to niedelikatne, ale przecież wtedy wiedziała pani, domyślała się pani...
– Och, tak. Tylko on zawsze miał w sobie coś poza tym, coś dobrego, co mnie ciągnęło. Postanowiłam spróbować i miałam rację. Po całym tym fiasku z Amuletem powiedziałem mu, że teraz pewnie musimy się rozwieść. Był rozkosznie zdumiony i zapytał: „A naprawdę musimy?". W wakacje wyjeżdżamy na trzymiesięczny miesiąc miodowy do Włoch, Antoine mówi, że nie wie, czy trzy miesiące wystarczą mu, żeby wszystko nadrobić.
– I to ten Antoine, który eksperymentował z czarną magią, mając siedem lat...
– Czarna magia? Kiedyś słyszałam, że nie ma czegoś takiego, czarne możne być tylko serce człowieka. Ale i tego nie jestem pewna. Rozmawiał pan z Lady Christine?
– Jest w siódmym niebie. Powiedziała, że wreszcie Amulet na coś się przydał, zamiast leżeć w kuferku na biżuterię i zajmować cenne miejsce. Riagán, chcąc nie chcąc, nauczył Antoine'a, że ludzie są tylko ludźmi i nie należy wymagać cudów. Szkoda tylko, że stary pan d'Etollé tego nie dożył.
Nicolas ocknął się w szpitalnym łóżku, z ciasno obandażowaną klatką piersiową i ramieniem. Nad nim pochylała się Irina.
– Cichutko. – Położyła mu wskazujący palec na ustach. – Na korytarzu jest cała twoja rodzina. Dosłownie. Rodzice, babcia, ciocia Sophie i trzy siostry. Za to twoi szwagrowie są albo w pracy, albo pilnują dzieci w jednym grupowym żłobku w domu twoich rodziców i czekają na najmniejszą informację o tobie.
Nicolas z przerażoną miną pokiwał głową, że rozumie i będzie cichutko.
– Mam wrażenie, że te ściany są cienkie jak papier – szepnęła Irina, otrząsając się lekko. – Ale nie chcę rzucać Silencio za każdym razem, kiedy będziemy rozmawiać.
– A teraz rzuciłaś?...
– No właśnie nie. Profesor Snape powiedział mi, że zostałeś ranny, bo próbowałeś powstrzymać jego i Rodriga przed walką. To prawda?
Nicolas pokiwał lekko głową. „Jaka jesteś piękna...", pomyślał odruchowo, ale nie powiedział tego na głos. Nie chciał tego mówić, tylko dlaczego? Przecież naprawdę była piękna.
– Jestem z ciebie dumna – szepnęła Irina prosto do jego ucha i musnęła ustami najpierw płatek ucha, potem policzek. – Jeśli chcesz być aurorem, to bądź. Już nic nie będę mówić. Będziesz dobrym aurorem, zobaczysz. Pomogę ci i uda się.
Nicolas poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Nagle pożałował, że już się obudził.
– To nie tak – szepnął. – Postanowiłem już, że zrezygnuję.
– Jak to? – Irina zamrugała zdziwiona, więc pokręcił szybko głową, by uprzedzić jej pytania.
– Ja po prostu... Byłem aurorem, by udowodnić sobie, że potrafię być czymś innym, niż rodzina to dla mnie wymarzyła, że potrafię sam zdecydować. Dopiero to śledztwo pozwoliło mi sprawdzić, co potrafię. I przekonałem się, że coś tam jednak umiem. Że potrafiłem przyjść na pojedynek albo iść z Luną, kiedy musiałem, albo wtrącić się w walkę... Jestem z tego dumny. Przekonałem się też, ile nie potrafię i to było coś innego niż tylko uważać, że nic nie umiem. – Nicolas szeptał coraz szybciej, coraz bardziej gorączkowo. – Rozumiesz, prawda? – Podniósł zdrową rękę i chwycił mocno dłoń Iriny. – Zrezygnuję. Tak się cieszę, Irino, tak się cieszę i tylko tak mi żal, że tak późno do tego doszedłem.
– Nicolas... Nie teraz. Potem porozmawiamy. Jesteś chory, to nie jest dobry moment...
– Ale, Irina, powiedz, czy nie mam racji? Ale teraz już wiem co dalej, naprawię tyle, ile tylko będzie można, przyłożę się do pracy, odrobię te stracone lata.
– Nicolas... – powtórzyła Irina przez łzy. – Kochanie. Proszę, już przestań, nic nie mów. I nie podnoś się, opuść głowę, o tak. – Pogłaskała go po czole i ścisnęła go mocniej za rękę. – Już cicho.
– Ale powiedz, co o tym myślisz? Ja jestem pewien, ale to, co powiesz, też jest dla mnie ważne.
– Powiem, a potem zaśniesz.
– Dobrze, mów – szepnął Nicolas niecierpliwie.
– Ach... – Irina przewróciła żartobliwie oczami. – Zresztą, co tam. Rób to, co uważasz za słuszne, – Pochyliła się i pocałowała go w policzek, w skroń. Nicolas prawie się skrzywił, ale powstrzymał to w ostatniej chwili. – Ale teraz już śpij. Zdążysz zrealizować to wszystko. Potrzebujesz trochę czasu, żeby dojść do siebie. Ja tu z tobą cały czas będę. Nie musisz się o nic martwić, już wszystko się skończyło. Już będzie dobrze.
Gładziła go po jasnych włosach, powoli, monotonnie, usypiając do snu. Cicho się zaśmiała i, wciąż się uśmiechając, otarła druga ręką łzę, która, spływając, załaskotała ją w nosek. Ale Nicolas nie zasnął. Zamknął oczy tylko dlatego, że nie chciał dłużej rozmawiać. Ona mówiła z nim jak z małym dzieckiem, jakby nic się nie zmieniło. „Rób, co uważasz za słuszne" oznaczało „mam lepszy pomysł, ale teraz nie nadajesz się nawet do tego, żeby ci o nim powiedzieć". Otworzył w końcu oczy.
– Poproś moich rodziców, żeby tu przyszli – powiedział cicho. – A ty wracaj do domu, odpocząć.
Mecenas d'Etollé spotkał się znów z hrabim Dragomirescu wieczorem w ministerstwie. Obaj panowie stanęli w zacisznej wnęce okiennej.
– Mam tylko chwilę, panie hrabio – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha mecenas. – Biegnę do Renée, do szpitala. Proszę mi pozwolić sobie pogratulować, hrabio. Wspaniale się pan spisał.
– Ach, mecenasie, nie wierzę, że coś się wreszcie zaczęło zmieniać – hrabia westchnął i przetarł zmęczone oczy.
– Ale to prawda, panie hrabio, i to ku ogólnemu zadowoleniu! Wielu, wielu ludzi wcale nie miało ochoty ruszać na wojenkę z wampirami. Panu udało się to powstrzymać z tamtego końca, ja zajmę się tym. Mam wszędzie ludzi, którym można ufać, którzy mnie poprą. Zamierzam zrobić... mały zamach stanu. Przyspieszyć parę spraw, póki jest do tego dobry klimat.
Mecenas uśmiechnął się jeszcze radośniej.
– Pan mi to mówi po tym, jak ja właśnie jeden uciszyłem?
– Och, to coś zupełnie innego. – D'Etollé machnął lekceważąco ręką. – To nie będzie żadna wojna domowa, tylko kilka zręcznie wykorzystanych paragrafów. Oskarżymy ministra o oszustwo i niekompetencję. Szczególnie mi się to drugie podoba, to takie budujące, kiedy człowieka na najwyższym stanowisku można ukarać za niekompetencję. Wykażemy wszystkim całkiem jasno i zupełnie zgodnie z prawdą, że minister podburzał ludność do walk z wampirami, podczas gdy sytuacja wcale tego nie wymagała. Wręcz przeciwnie. To wampiry chcą rozmawiać, pierwsze wyciągnęły rękę do zgody i jednogłośnie potępiły Gang. Jestem winien panu i Lady Sonii najszczersze podziękowania. Czym skłonił ją pan do współpracy?
– Ach... – Hrabia machnął ręką na wspomnienie nocnej rozmowy i Sonii ciasno do niego przytulonej, zarumienionej. Wyjątkowo pięknej bez tej swojej odpychająco wyniosłej miny.
– Rozumiem, nie pytam. – Mecenas zaśmiał się pod nosem i hrabia przestraszył się, że naprawdę zrozumiał. – Tak czy inaczej, patrzy pan na przyszłego Ministra Magii. – D'Etollé skłonił się trochę teatralnie.
– Pan? – zdziwił się hrabia.
– Nie ma lepszego kandydata – oświadczył mecenas z niezbitą pewnością w głosie. – Najlepszy prawnik i polityk, przy tym kocha demokrację i co wcale nie najmniej ważne, jest ojcem dwójki wspaniałych dzieci! – Mecenas po ostatnim wykrzykniku uśmiechnął się jeszcze szerzej. I hrabia też odpowiedział uśmiechem. O dziwo, radość d'Etollé'a nie irytowała go, wręcz przeciwnie, była zaraźliwa i pozwalała odpędzić choć trochę duszący smutek po śmierci Rodriga.
– Powiedz mi jeszcze, mecenasie, zanim pójdziesz, co u Renée i dzieci?
– Och – mecenas się rozpromienił, jak zawsze na wspomnienie żony i maluchów. – Malutka Clarisse jest zachwycająca. I ma oczy swojej mamy.
– Jest pan niemożliwy, mecenasie. Czy to prawda, że kiedy rodził się pański syn, wybiegł pan w środku spotkania z ministrem i przedstawicielami wszystkich departamentów?
– I z kilkoma najbogatszymi szychami w kraju też, a także pięcioma ambasadorami! – zaznaczył d'Etollé dumnie, podnosząc w górę palec i uśmiechając się rozbrajająco. – Cóż pan chce, panie hrabio, Alan jest sto razy ważniejszy od tych wszystkich pajaców razem wziętych.
– Skoro już o rodzinie mowa, czy kiedy zostanie pan już ministrem, to pana brat obejmie funkcję szefa aurorów? Pamiętam, jak mówił pan, że w podobnej sytuacji na tym stanowisku sprawdza się ktoś, komu można ufać bezwzględnie.
– Och, nie – d'Etollé skrzywił się trochę komicznie. – Właśnie, ufać bezwzględnie. To będzie musiał być ktoś, kto w razie potrzeby powie mi co robię źle, zamiast czekać na rozkazy. Mój młodszy brat niestety zbyt przypomina naszego młodego przyjaciela, Nicolasa Lejeune. Kiedy byliśmy mali, zawsze się z nim droczyłem mówiąc, że ja jestem d'Etollé, a on Elle. Pan, panie hrabio, nie da się namówić na to stanowisko? – padła nieoczekiwanie propozycja. Mecenas wypowiedział ją jednym tchem ze wspomnieniami z dzieciństwa.
– Nie – hrabia pokręcił głową. – To nie dla mnie.
– Tak myślałem... – westchnął mecenas. – No cóż, znajdę odpowiedniego kandydata, jestem pewien. Znam wystarczająco dużo dawnych oficerów, którzy odeszli, bądź zostali wyrzuceni po konfliktach z obecnym szefem i ministrem, jest z czego wybierać... Ale pomyślałem sobie, że na osłodę po tym, jak zrezygnował pan z bycia przywódcą wampirów, pan, dawny wódz...
– Nie żałuję tego mecenasie.
– Istotnie nie, panie hrabio? – D'Etollé uśmiechnął się i mrugnął, a pytanie wyraźnie było tylko droczeniem się.
– Nie – powiedział hrabia spokojnie. – Widzisz, cel tak naprawdę żadnych środków nie uświęca. Pozdrów proszę ode mnie żonę i, naturalnie, Lady Christine.
– Ach, dziękuję za pamięć. Mama się ucieszy. A teraz muszę już iść. W razie czego, znajdzie mnie pan w szpitalu. Ach, jak to zabrzmiało – mecenas się roześmiał. – Odpukać. Byłem tam tylko raz jako pacjent. Choć muszę przyznać, że było zabawnie. Nikt nie umiał ustalić jaka mieszanina zaklęć we mnie trafiła, ale czułem skutki nawet jak wróciłem do domu...
Mecenas otrząsnął się lekko na to wspomnienie. Twardo odmawiał wtedy wyjścia z domu, bo wciąż nie przestał słyszeć kolorów i wąchać obrazów. To było krępujące. Jeszcze gorzej przedstawiała się sprawa wyższych funkcji psychicznych. Na krzyżówki reagował strachem, na kota euforią. Czuł też nieodpartą chęć przytulania się do lampy w korytarzu. Jednym słowem – nie nadawał się do niczego. Dobrze, że miał tego świadomość, nawet jeśli potrzebował w tym celu rozwieszonych na ścianach kartek "Nie działasz normalnie. Zostań w domu." opatrzonych własnym podpisem. Miało to podobno potrwać najwyżej tydzień. Przebłyski "geniuszu" co prawda utrzymywały się nieco dłużej, co z pewnością było ciekawym doświadczeniem, jak nie dla niego samego, to z pewnością dla otoczenia.
Hrabia potrząsnął głową.
– Zaczekaj jeszcze moment, Antoine – powiedział łagodnie. – Minister Magii jest wybierany. Mówisz, jakbyś już nim był, czy to znaczy, że...
– Nie – przerwał mu stanowczo d'Etollé. – Wiem, że mówię to, jakbym prezentował cyrkową sztuczkę, która nie może się nie udać. Ale nie zamierzam zrobić nic nieuczciwego. Naprawdę, hrabio, choć może trudno w to uwierzyć. Obecny minister musi odejść, ale nawet w tym nie będzie oszustwa. A potem będą uczciwe wybory. Wie pan, mnie samego przeraża świat, w którym wszystko można udawać, w którym nie ma żadnego realnego punktu odniesienia. Udawałem tak wiele rzeczy, że mam nadzieję zrobić coś prawdziwego i wiedzieć, że jest prawdziwe, a nie tylko namalowane w gazetach czy radiu. Prawdziwa jest moja rodzina, ale przecież i w pracy może być coś takiego. Wybory będą jak zawsze i mogę w nich przegrać. Pan również będzie o tym decydował.
– Owszem. I jeszcze się nad tym dobrze zastanowię.
Mecenas odpowiedział szerokim uśmiechem.
– Bardzo proszę, panie hrabio. Ile pan tylko zechce.
Drzwi do gabinetu hrabiego otworzyły się z hukiem i weszła Natasza, niosąc pod pachą swoje czarne smoczątko. Z nozdrzy zwierzęcia wydobywał się siny dym. Hrabia odłożył pióro i sięgnął po różdżkę, żeby zapalić świece. Było już ciemno, ale on nie potrzebował światła do czytania.
– Nie trzeba, ja tylko na chwilę – powiedziała Natasza, stając na tle okna, pomarańczowego nieba i czarnej koronki drzew. – Przyszłam złożyć rezygnację. Wracam do Rosji.
– Wracasz?... – hrabia zastygł z różdżką uniesioną w górę, w pół czaru.
– Tak. Smoczątko panu zostawię. No i ostatecznie dach i resztka gołębi ocaleje. Żadna kontrola nie wlezie panu na głowę za moje eksperymenty, a pracownicy już nie będą się bać przychodzić do pracy.
– No niewątpliwie, ale ja będę za tobą tęsknił, Nataszo.
– No to zobaczymy się na najbliższej konferencji. – Natasza uśmiechnęła się połową ust.
– A dlaczego wracasz?
– Bo usłyszałam o Rodrigu i pomyślałam, że jeśli on mógł zrobić to, co zrobił, to ja tym bardziej mogę przestać się obrażać na Saszę. Jadę mu to powiedzieć, nawet jeśli nie będzie mnie już chciał. To i tak lepiej niż do końca życia udawać skrzywdzoną. A zresztą, najwyżej popełnię jakieś przestępstwo i zmuszę go, żeby zwrócił na mnie uwagę.
– Dobrze, Nataszo, wracaj. – Hrabia wyszedł zza biurka i uściskał ją mocno. Smoczątko zaprotestowało, hacząc pazurami o jego szatę. – Kiedy jedziesz? Wysłałaś do Petersburga Sałtana z wiadomością, że wracasz?
– Nie. Jutro już jadę, nie ma sensu puszczać go w taką drogę. Luna powiedziała, że odprowadzi mnie na stację – Natasza posadziła smoczątko na biurku. – Niech pan się nim dobrze zajmuje. Karmić tylko na żądanie – mrugnęła, przesłała smoczątku całusa i wyszła.
O północy Nicolas został sam, jak mu się wydawało, po raz pierwszy od całych wieków. Jego rodzina była gorsza niż walka z przestępcami, gorsza niż celujący do niego z różdżki Rodrigo, gorsza niż wampir, z którym się pojedynkował. Ich nie mógł ogłuszyć. Z trudem obrócił się na bok i na chwilę schował głowę pod poduszkę. Chciałby wyjechać, ale żadne miejsce na świecie nie wydawało mu się teraz dostatecznie odległe. Wyplątał się z pościeli i wstał ostrożnie. Jaka szkoda, że w Świętym Filipie nie było prawdziwych okien, iluzja na ścianie, choć piękna, była jednak tylko iluzją. Powoli podszedł do drzwi. Skrzypnęły zawiasy, kiedy wyjrzał na jasno oświetlony korytarz. Pusto. Owinął się ciaśniej szlafrokiem i wyszedł. Przysiadł we wnęce przy stoliku i wreszcie poczuł się sobą. Z zamyślenia wyrwał go głos profesor d'Herblay.
– Pan Lejeune?
Uśmiechnął się do niej, choć trochę niepewnie. Modlił się, by nie odesłała go do łóżka jak niegrzecznego siedmiolatka. Ale ona tylko przeczesała szczupłą dłonią swoje zmierzwione, króciutkie włosy i przysiadła na drugim krześle.
– Zajął pan moje miejsce – powiedziała na pół z humorem, na pół oskarżycielsko. Zdjęła okulary i przetarła je chusteczką. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, dobrym, spokojnym milczeniu.
Nicolas uśmiechał się delikatnie i w myślach opowiadał profesor d'Herblay, co postanowił. "Postanowiłem, że najlepiej będzie, jeśli zajmę się czymś, co umiem, co mogę robić dobrze, żeby inni też z tego korzystali. Dotąd byłem strasznie samolubny. Ale teraz już mogę sam zdecydować, co robić. Wykorzystam te zdolności, które mam, nie te, które chciałbym mieć. Nie, nawet już bym ich nie chciał. Ja zawsze byłem zły na rodzinę, że w ten pokrętny sposób uniemożliwili mi śpiewanie. Ale teraz już potrafię, już wiem... Będę kształcił głos, będę śpiewał, czarował głosem. Pewnie mógłbym to robić nawet w służbach aurorskich, ale nie chcę. Nawet pani nie wie, jak lekko i dobrze się teraz z tym czuję! Poproszę ciocię o radę, powie mi, jak pokierować nauką, ale nie pozwolę jej... A jutro, jutro pierwszy raz to ja powiem dziewczynie, że nie sądzę, aby mogło nam się udać."
Profesor d'Herblay również się lekko uśmiechała. Nie padło ani jedno słowo i nie musiało. Wreszcie Nicolas wstał i życzył pani ordynator dobrej nocy, chcąc już wrócić do swojego pokoju.
– Dziękuję panu - powiedziała profesor d'Herblay. Nicolas przystanął. – Miałam dziś ciężki dzień, straciłam pacjenta.
– Wiem – powiedział cicho Nicolas. – Luna mi powiedziała.
Profesor d'Herblay pokiwała głową. Potem uśmiechnęła się.
– Dobrej nocy, panie Lejeune.
Olivier zasnął, kiedy Luna delikatnie gładziła go po włosach. Ostrożnie zdjęła mu okulary i odłożyła na stolik.
Mały też spał, uśmiechając się przez sen i mrucząc coś ładnego. Przez uchylone drzwi Luna zobaczyła młodą parę z trzyletnim chłopcem trzymanym przez tatę na barana i malutkim niemowlęciem w ramionach mamy.
Luna uśmiechnęła się delikatnie i lekkim machnięciem różdżki wyczarowała błyszczącą bańkę mydlaną. Potem następną i następną, aż unosiły się w powietrzu jak świetliki, odbijając padające z korytarza światło.
Finale
Luna i Severus stoją na szczycie Wieży Eiffela. Pod nimi płynie morze miejskich świateł. Delikatny wiatr zagłusza nieco słowa.
– Wszystko się dobrze skończyło – mówi ni stąd, ni zowąd Luna.
– Pogrzeb się udał, wszyscy płakali – odpowiada zgryźliwie Severus, ale Luna się nie przejmuje.
– Wyjeżdżam z profesorem Enniusem do Ekwadoru. A panu nie zdarzyło się nic przyjemnego ostatnio?
Severus unosi brwi, jakby nie dowierzał.
– Okazało się, że z przyczyn niezależnych trzeba było przesunąć o dwa tygodnie Piątą Doroczną Konferencję Magomedyków, Uzdrowicieli i Mistrzów Eliksirów – rzuca, wzruszając ramionami i potrząsając głową. – Pojadę, wystąpię i zdobędę pierwszą nagrodę.
*** KONIEC ***
