Epilog
Natasza Andriejewna Korsakowa
Inspiracja:
Mecenas: [Chociaż, jak zawsze, jest opanowany, słychać w jego głosie, gdy będzie mówił o różach, wyraźnie – że mówi o żonie.] (...) Pamiętam, jak pewien człowiek tu, w tym miejscu, powiedział do mnie, że broniłem zawsze tych, co zło czynili nie na moim podwórku.. I oto przyszedł złodziej róż i kradł mi róże z mojego podwórka. Pomimo że bardzo kocham swoje róże... pomimo to... no, cóż ci mam mówić... rozumiesz... Wraz z tobą ratowałem od zguby złodzieja...
"Adwokat i róże" Jerzy Szaniawski
Hrabia Dragomirescu szedł zaśnieżonymi uliczkami Sankt Petersburga. Lubił to miasto, lubił eleganckich mieszkańców, wyrafinowane smaki i tętniące pod chłodną powierzchnią szaleństwo. W magicznych dzielnicach czas zatrzymał się sto lat temu, skrzący się jak śnieg i chłodny jak ręce naukowca. W zaułku noszącym imię Iwana Kryłowa lampy gazowe płonęły słabym, mętnym światłem nad drzwiami domów. Bystry wzrok hrabiego pozwolił mu bez problemu odczytać numery i znaleźć nareszcie ten właściwy. Na klatce schodowej od razu rozpiął płaszcz i odwinął z szyi szal – tu było ciepło, pięknie, zupełnie inaczej, niż mógłby się spodziewać, patrząc na dom z zewnątrz. Ściany miały kremowe, łagodne barwy, a na parapetach stało mnóstwo roślin, które, mimo zimy i lekkiego mrozu za oknem, wyglądały świeżo i żywo. Na drugim piętrze hrabia przystanął przed drzwiami z pozłacaną tabliczką opatrzoną nazwiskiem Owaskij. Westchnął i zapukał.
– Już, już! – usłyszał poirytowany głos ze środka i mimo woli uśmiechnął się lekko. – O co chodzi?
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Natasza, jak zwykle w prostej, ciemnej sukience, na którą narzuciła ciepłą chustę. Włosy miała potargane, niedbale związane w węzeł, a paznokcie krótko przycięte, już nie szkarłatne, tak jak hrabia to zapamiętał. Kiedy go zobaczyła, na moment zastygła z otwartymi ustami. Była w tym pewna satysfakcja.
– Witaj, Nataszo. Wybacz, że nie zapowiedziałem swojego przyjazdu, ale mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie trochę czasu?
– Ależ oczywiście, proszę do środka! – Natasza przygładziła włosy jedną ręką, drugą zatrzasnęła za hrabim drzwi. – Ojca nie ma, dziś miał jakieś ważne spotkanie, ale może zdąży wrócić, zanim będzie pan musiał iść. Proszę siadać.
Poczęstowała hrabiego herbatą i ciastkami. Dragomirescu obserwował ją z przyjemnością, kiedy krzątała się dookoła, ale w końcu westchnął, zmarszczył brwi.
– Nataszo, usiądź. To nie w twoim stylu, żeby unikać mojego wzroku.
Usiadła po drugiej stronie stołu i wyzywająco spojrzała na hrabiego.
– Ile pan wie? – zażądała bez wstępów.
– No i tak lepiej – skinął głową Dragomirescu. – Taką cię poznaję i wiem, czego się spodziewać. Otóż nie, nie wiem nic, ponieważ chciałem, żebyś sama powiedziała mi, co się dzieje. Przez ostatni rok, odkąd opuściłaś Paryż, przeszłaś samą siebie, jeśli chodzi o pracę badawczą. Nasza korespondencja mogłaby zostać wydana jako podręcznik akademicki. Ale widzisz, martwiłem się, Nataszo, bo unikałaś jak ognia wszelkich pytań, które były choć odrobinę osobiste. Udało ci się tak mylić tropy, że nie wiem, co się z tobą działo przez ostatnie miesiące, nie licząc oczywiście tego, co robiłaś w laboratorium. Mogłem się oczywiście z łatwością dowiedzieć, ale wolę zapytać ciebie. Powiedz, Nataszo, co złego się stało? Nie musisz teraz, nie tak od progu. Ale zostaję w Petersburgu na kilka dni. Powiedz mi na razie, co robisz dziś wieczorem?
Natasza słuchała tego z morderczym wyrazem twarzy, ale po ostatnim pytaniu oczy jej zamigotały.
– Nic nie robię, najwyżej kolację dla taty, choć on nie przepada za tym, co gotuję. Mówi, że kuchnia to nie miejsce dla mojego cynizmu.
– Ma całkowitą słuszność. Ja natomiast mam bilety na dzisiejszy wieczór do opery. Nie zgadniesz, kto śpiewa główną partię.
Natasza przyglądała mu się przez chwilę z namysłem, wreszcie potrząsnęła głową z gwałtownym niedowierzaniem.
– Nie! Nie on! Żartujesz, hrabio, prawda?
– Absolutnie nie. Nasz kochany Nicolas jest już taką gwiazdą, że występuje w Sankt Petersburgu w głównych rolach.
– Zatem muszę iść, czyż nie? – Natasza uśmiechnęła się z ponurą rezygnacją.
– Nie śmiałbym zmuszać cię do czegokolwiek, Nataszo.
– Proszę tu poczekać, panie hrabio. Przygotuję się.
Godzinę później siedzieli w loży, sami, i przeglądali programy, choć hrabia patrzył częściej na owalną twarz Nataszy, okoloną spiętymi starannie lokami i długie palce z paznokciami po staremu purpurowymi.
– Nie mogę uwierzyć, że to widzę – westchnęła Natasza. – Nicolas Lejeune. Ten, który rok temu zupełnie nie wiedział, czego chce, nawet, a może zwłaszcza, gdy ktoś pokazywał mu możliwości.
– Nataszo... – hrabia wyciągnął rękę i delikatnie zamknął program Nataszy. – Mamy jeszcze chwilę do początku przedstawienia. Powiedz, co się z tobą działo.
Natasza spojrzała na niego ostro.
– Właśnie czytałam długą na całą stronę biografię naszego artysty!
– Przeczytasz w domu. – Hrabia uśmiechnął się lekko.
– W takim razie zacznij, hrabio. Powiedz najpierw, co działo się w Paryżu przez ten rok. Nie tylko nic nie pisałam, przecież również o nic nie pytałam.
– Och, wszystko po staremu, choć odkąd Luna jest w Ekwadorze, a ty w Rosji, życie w instytucie nie jest już tak barwne jak dawniej. Ale jest coś, o czym chyba ci nie pisałem. Twoje smoczątko znalazło nowy dom. Adoptowała je nasza wspólna znajoma, Eleonora.
Natasza uniosła wysoko ciemne brwi.
– No proszę. Ciekawe skąd ma pieniądze, żeby je wykarmić?
Hrabia wzruszył leciutko ramionami i uśmiechnął się.
– To wie już tylko ona. Ale maleństwo nie wyglądało na głodne, kiedy je ostatnio widziałem. Mów zatem o sobie, Nataszo. Co działo się, odkąd przyjechałaś do Petersburga?
Natasza zmrużyła oczy i wykrzywiła usta.
– No cóż, kiedy przyjechałam...
Był początek maja, kiedy wróciła do rodzinnego miasta po trzech latach nieobecności. Gdy wysiadła z pociągu, owionęło ją chłodne powietrze, aż zdumiona otrząsnęła się lekko. Niesamowite, ale zdołała zapomnieć, że o tej porze roku jest tutaj nieco chłodniej niż w Paryżu. Szybko jednak otrząsnęła się z zamyślenia i poszukała kogoś, komu mogłaby zlecić dostarczenie jej bagaży pod wskazany adres. Następnie ruszyła piechotą w stronę zaułka Kryłowa. Bagaże z pewnością trafią tam wcześniej i okażą się wielką niespodzianką, ale nie większą niż wiele innych jej autorstwa. Wręcz malutką, jeśli się nad tym dobrze zastanowić. Ona tymczasem przejdzie się ulicami, znów poczuje dookoła siebie to miasto, posłucha rosyjskiego języka i spróbuje wyobrazić sobie, że ostatnie cztery lata się nie wydarzyły. A potem uświadomi sobie, że owszem, wydarzyły się i wreszcie będzie mogła pomyśleć nad jakimś konstruktywnym planem działania.
Gdy dotarła do domu, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Zaś kiedy otworzył jej ojciec, niemal wybuchnęła śmiechem. Niezaprzeczalnie dobrze było zobaczyć znajomą szczupłą figurę w nieodzownym czerwonym szlafroku, dużych okularach i z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu, odsłaniającymi wysokie, inteligentne czoło. Okulary ojca fascynowały Nataszę, gdy była mała i prawdę mówiąc, coś z tego zostało jej do dzisiaj. Składały się z wielu cieniutkich szkiełek, przymocowanych do zawiasów na górnej krawędzi oprawek. Zależnie od potrzeby można było patrzeć przez jedno, dwa, trzy... i to żeby zwykłe, do czytania lub do dali, ale szkiełka były też magiczne, podobno niezwykle przydatne w zawodzie. No cóż, gdy ktoś był profesorem prawa karnego i specjalistą kryminologiem, miał pełne prawo potrzebować bardziej niezwykłych okularów.
– Tusieńka – ojciec pokręcił głową z uśmiechem. – Dlaczego ja nie przewidziałem, że przyjdzie taki dzień, kiedy znów bez uprzedzenia spadniesz mi na głowę?
– Bez uprzedzenia? A bagaże?
– Musiałem je opłacić – ojciec uniósł wysoko brwi. – Czy to tak ładnie? Jakbym nie poznał Sałtana, to mógłbym je kazać odesłać z adnotacją, że to pomyłka. – Potem wyciągnął ręce, objął ją i mocno przycisnął. – Dobrze cię znowu zobaczyć – powiedział cicho.
Potem przygotował herbatę, która po raz pierwszy od trzech lat smakowała tak jak trzeba. Przypuszczalnie nikt z Paryża by Nataszy nie poznał w tej chwili – w niewielkim, pełnym książek mieszkaniu ojca, sączącą powoli herbatę i pogryzającą kiszone ogórki. Ojciec słuchał starych gramofonowych płyt, wciąż tych samych, i powietrze wypełniała delikatna muzyka walców, na których Natasza się wychowała i uczyła, że nie tylko ludzie mają dusze. Teraz siedział w swoim odwiecznym, zapadniętym fotelu i uśmiechał się do niej, nie ponaglając wcale, by opowiadała. Andriej Ławrientiewicz Owaskij zawsze był mądrym i cierpliwym ojcem.
– Wróciłam, żeby naprawić rzeczy z Saszą – powiedziała wreszcie Natasza, trochę niewyraźnie, bo z pełnymi ustami. – Widzisz, sporo się zdarzyło ostatnio w tym moim paryskim instytucie. To znaczy... zdarzyły się rzeczy, które mnie zmobilizowały, żeby przestać się obrażać i wrócić. Na stałe.
Profesor Owaskij pokiwał poważnie głową. Natasza uśmiechnęła się lekko. Ojciec tak lubił Saszę, wiele też mu zawdzięczał, choćby sprawę Dymitra. Swoją drogą, szkoda, że Dymitr, jej brat–włóczykij, znów wywędrował diabli wiedzą dokąd. Chętnie by się z nim zobaczyła i jeszcze raz przetrzepała mu skórę za wszystkie zmartwienia, a zwłaszcza za to, co ona z tego miała. Ale na tę przyjemność najwyraźniej będzie jeszcze zmuszona poczekać. Ojciec lubił też jej pierwszego męża, Borysa Korsakowa. Natasza westchnęła na to wspomnienie, które zjawiło się nie wiadomo skąd. Borys, potężny i brodaty, zginął kilka lat po ślubie, podczas wyprawy badawczej na Ural. Kiedy Natasza zajmowała się smokami, czuła coś jakby obecność męża. Ale biada temu, kto odkryłby ten sekret. Podzieliłby los Borysa, pożarty żywcem przez największego smoka, jakiego Natasza byłaby w stanie zorganizować w pośpiechu.
– Tusieńko, zamyśliłaś się – powiedział nagle ojciec. – A ja muszę ci coś powiedzieć. Powinnaś to usłyszeć, zanim pójdziesz do Saszy.
– No właśnie, Saszy... – mruknęła leniwie Natasza. – Co u Saszy? Znasz na pewno wszystkie nowinki.
– Co u Saszy... ano awansował. Znów i znów, chyba trzykrotnie w ciągu tych trzech lat. Teraz ma pod sobą pół Petersburga i narzeka, że to nie to samo, co akcje w terenie i własnoręczne łapanie przestępców. Ale widzisz, Tusieńko, w prawie mamy takie pojęcie jak przedawnienie...
Natasza zachmurzyła się i pochyliła w stronę ojca, opierając się ciężko o blat stołu i podwijając nogi na siedzenie krzesła. To nie mogło być dobre...
– Tusieńko, twój Sasza ma narzeczoną.
– Narzeczoną! – wykrzyknęła Natasza i z całej siły uderzyła otwartą dłonią w stół, aż wazon z suszonymi kwiatami niebezpiecznie zadygotał. – Narzeczoną! – Zerwała się z miejsca i zaczęła krążyć po pokoju, na zmianę wysuwając przed siebie palce i chowając je jak kot pazury. Wreszcie przysiadła na pufie tuż obok fotela ojca i powiedziała cicho, stanowczo: – Przypuszczam, że mogłam się tego spodziewać. Ale i tak pójdę się z nim zobaczyć.
Ojciec tylko kiwnął głową, potem sięgnął ręką i zaczął głaskać ją po głowie jak kiedyś, gdy była mała. Nikomu innemu Natasza by na to nie pozwoliła, bez wątpienia, ale w tym przypadku cieszyła ją delikatna pieszczota ojca.
– Ale widzisz, Tusieńko, to Lara – mówił dalej Andriej Ławrientiewicz. – Larysa, pamiętasz ją, prawda? Razem dorastałyście... No nie była to przyjaźń po grób, wiem, ale jednak jakoś nieprzyjemniej jeszcze...
Nieprzyjemniej. Och tak, choć to mało powiedziane. Ale to nic. Nie takie rzeczy się robiło. Natasza zmarszczyła brwi i zacisnęła mocno usta. Nie takie.
Okazja do rozmowy z Saszą pojawiła się już wkrótce. Była idealna – publiczne miejsce, naturalne spotkanie, tyły zabezpieczone, a jednocześnie atmosfera sprzyjająca podtekstom i mówieniu zagadkami. Bal z okazji jubileuszu jakiegoś generała, którego nazwiska Natasza nawet nie kłopotała się, by zapamiętać. Ważne było to, że stary oficer był przyjacielem jej ojca, dobrym i wieloletnim przyjacielem, a zresztą nawet gdyby nie, to Andriej Ławrientiewicz Owaskij, jako powszechnie szanowany profesor prawa karnego, prawdopodobnie i tak dostałby zaproszenie na galę. Zwykle chadzał na wszelkie uroczystości sam, ale tym razem wejściówka dla dwóch osób wreszcie się na coś przyda. Drugi ważny czynnik to to, że generał był bezpośrednim przełożonym Saszy. Zatem oznaczonego wieczoru Natasza, ubrana w prostą, ale elegancką wiśniową suknię i z włosami spiętymi złotym grzebykiem babki, stukając obcasami tak mocno jak zawsze, wkroczyła do przepięknych sal balowych. Gdy ojciec witał się z kolejnymi osobami, Natasza z zadowoleniem zauważała, że ich wzrok padał wpierw na nią.
Wreszcie zobaczyła Saszę, idącego z kobietą pod rękę. Blond loki, kunsztownie upięte, porcelanowa cera, różowe usta i wszystko inne, co w najlepszym razie stanowiło o rażącej odmienności Larysy i Nataszy. Albo Sasza naprawdę miał dość poprzedniej narzeczonej, albo zgłupiał ostatecznie. Natasza wprawdzie cała zesztywniała, ale nie minął moment, jak z najbardziej uprzejmym i bogatym uśmiechem ruszyła wprost w ich stronę.
– Witam, Aleksandrze Lwowiczu – powiedziała po prostu, gdy bez uprzedzenia stanęła przed nimi. – I ty, Laryso, jak my dawno się nie widziałyśmy. Ile to już lat, piętnaście? Odkąd wyjechałaś z rodzicami do Sewastopola.
„I szkoda, że tam nie zostałaś", syknęła w duchu. Padną tylko uprzejme słowa, oczywiście, nikt się nie zdradzi z emocjami. Trudno nawet powiedzieć, czy Larysa wie o niej i Saszy.
– Nataszo Andriejewno... – powiedział powoli Sasza. Widać było zaskoczenie w jego oczach, ciemnieją wtedy tak charakterystycznie. Niepojęte, że jeszcze żaden z tych jego przestępców nie zabił go. Z twarzy Saszy można było czytać jak z książki. I miał na tyle przyzwoitości, żeby się lekko zarumienić.
– Nataszo, jak to miło. – Larysa uśmiechnęła się. – Czyżbyście się znali, mój drogi?
– To moja dawna znajoma, kochanie... – Sasza tym zdaniem zapewnił sobie lodowate spojrzenie Nataszy. „Kochanie". Zmrużyła oczy. On też może odczytać zbyt dużo, jeśli nie będzie ostrożna.
– Słyszałam, że planujecie się pobrać, czyż nie? Życzę wam dużo szczęścia. – Natasza uśmiechnęła się, ponuro co prawda, ale tak rzadko uśmiechała się wesoło, że nie sądziła, by mogło to być podejrzane.
– Och, tak – Larysa leciutko oparła głowę na ramieniu Saszy. Natasza z kolei nagle zaczęła mieć wrażenie, że patrzy na obcych ludzi. Wcześniej, zanim się poznali, Sasza miał romanse z wieloma kobietami. Ale małżeństwo?... Małżeństwo zaproponował jak dotąd tylko jej. Może zaczynał się starzeć?
– Czy na długo jesteś w Petersburgu? – zapytał Sasza miękkim, śpiewnym głosem. Natasza całą siłą woli powstrzymała się przed zatkaniem uszu palcami.
– Na zawsze – odpowiedziała krótko. – Jeszcze raz wszystkiego dobrego – skinęła im głową i spokojnie wmieszała się w tłum ludzi, szukając wzrokiem ojca. W duchu przeklinała siebie, Saszę, Larę i wszystkich tam w Paryżu, żywych i martwych, którzy zainspirowali ją do powrotu. A najbardziej piekielnego Rodriga, och, dlaczego ten człowiek już nie żył? Pojechałaby w tej chwili do Francji i sama wysłałaby go na tamten świat, w sposób dużo mniej przyjemny, niż zdarzyło się to naprawdę.
Ojciec skinął jej głową i z jednego spojrzenia Natasza wiedziała, że zdawał sobie sprawę ze wszystkiego.
– Możemy wyjść, kiedy zechcesz – powiedział jej na ucho. Pokręciła głową. Nie, to nie byłoby właściwe. W zamian zaproponowała, by ojciec przedstawił ją kolejnym osobom. Potem ktoś poprosił Nataszę do tańca, trudno nawet powiedzieć kto, bo w całym tym przedstawianiu szybko przestała zwracać uwagę na takie szczegóły jak nazwiska. W tańcu partnerzy się co jakiś czas zmieniają, naturalnie. Z rezygnacją przyjęła moment, gdy w końcu wylądowała w parze z Saszą, który, była tego pewna, bardzo się postarał, żeby tak się właśnie stało. Ostatecznie, mogła wyjść. Jeśli została i teraz z nim tańczy, to z pewnością była w tym jej wina. Mówi się trudno. Porażki należy przyjmować z wdziękiem. Podobno. Byle na zewnątrz była chłodna i obca. Bo wewnątrz – chciała płakać, jak nie płakała nigdy w życiu, nawet wtedy, gdy go rzucała trzy lata wcześniej.
Po tańcu ukłonili się sobie i Natasza podeszła wprost do ojca.
– Wyjdźmy już, tato – szepnęła i profesor Owaskij od razu podał jej ramię i wyprowadził z sali, żegnając się po drodze z generałem i tymi gośćmi, którzy akurat byli pod ręką. Już dotarli do połowy schodów, kiedy usłyszała za sobą szybkie kroki. Ścisnęła ramię ojca i przyspieszyli, ale na wyraźny okrzyk Saszy musieli się zatrzymać.
– Natasza... – Mężczyzna zatrzymał się kilka schodków nad nimi. Włosy miał rozwiane, oddech ciężki, w oczach ogień. Wyglądał dokładnie tak, jak Natasza go zapamiętała sprzed trzech lat, po raz pierwszy tak wyglądał w dniu dzisiejszym, dodajmy, ale Natasza potrząsnęła głową i nie pozwoliła sobie na wspomnienia. Przywołała całą wściekłość i całą furię, na jaką było ją w tej chwili stać.
– Nie wiem, o czym mielibyśmy rozmawiać, Aleksandrze Lwowiczu – powiedziała zimno. – W każdym razie, nie przychodzi mi do głowy nic, o czym nie mogliśmy porozmawiać wcześniej na sali.
– Zostawię was samych – wtrącił delikatnie ojciec. – Będę czekał w głównym holu, nie musicie się spieszyć, Tusieńko.
Sasza odczekał, aż profesor zniknie za rogiem.
– Tusieńko... – powtórzył zawołanie ojca, ale Natasza od razu mu przerwała.
– Nie nazywaj mnie tak! – syknęła. Teraz, gdy byli sami, nie powstrzymywała już wściekłości. Tusieńka to specjalne imię, tylko ojciec miał prawo tak do niej mówić, brat nawet nie, ani mama kiedyś, ani Borys! Tylko od ojca dobrze to przyjmowała – i dawniej właśnie od Saszy.
– Nie mam ochoty się z tobą kłócić, Sasza – powiedziała już spokojniej, zmęczonym głosem. – Choć to chyba to, co wychodzi nam najlepiej. Nie powinnam tu przychodzić, nie powinnam chcieć się z tobą zobaczyć. Powinnam była zostać w Paryżu. Wracam tam zaraz, może hrabia Dragomirescu przyjmie mnie jeszcze z powrotem.
I Natasza ruszyła przed siebie.
– Moment. – Sasza szedł tuż obok niej. – Nie puszczę cię nigdzie, dopóki się nie wytłumaczysz. Znikasz na trzy lata, a potem wracasz i jesteś obrażona, ponieważ się zaręczyłem. Nie wydaje ci się, że coś jest nie tak?
– Zapewne, ale w tej chwili to nie ja nalegam na ciągnięcie tego tematu. Skoro jest nie tak, po prostu wróć do Larysy, na pewno cię szuka.
Sasza zmarszczył brwi i westchnął.
– Nie, Larysa jest pochłonięta rozmową z przyjaciółkami – z jego tonu jasno wynikało, że nie cierpi takich kobiecych pogaduszek. – Natomiast ty... Czy nie wydaje ci się, że gdyby to było takie proste, to w ogóle bym za tobą nie szedł?
– Ty nie szedłeś, ty biegłeś, jakby cały świat miał się zawalić – Natasza uśmiechnęła się z satysfakcją. – Co jednak nigdzie nas nie prowadzi, ponieważ się zaręczyłeś.
– Zaręczyłem się, ponieważ ty zerwałaś nasze zaręczyny! – Sasza, wyraźnie zirytowany, podniósł oczy ku sufitowi jakby spodziewał się stamtąd jakiejś pomocy.
– Owszem i oboje wiemy dlaczego. – Natasza tupnęła nogą. – Do diabła, dlaczego prowokujesz mnie, żebym znowu się na ciebie obraziła?
– Ja cię do niczego nie prowokuję, to ty chciałaś się ze mną zobaczyć!
– Czy ja słyszę w twoim głosie satysfakcję? – zapytała Natasza zimno. Całe postanowienie naprawienia relacji z Saszą już prawie całkowicie diabli wzięli. Ale jednocześnie pomyślała, że jest tak jak w dniu, gdy się poznali. Wtedy też najpierw się pokłócili.
– Satysfakcję? – Obrócił się i zagrodził jej drogę. – Nataszo, dlaczego ta rozmowa tak wygląda? Wróciłaś z Paryża. Przyszłaś tu dla mnie, nawet nie próbuj kłamać, że nie. Ja też chcę z tobą porozmawiać, ale sama rozumiesz, że nie było to możliwe przy Larysie ani w ogóle na sali. Teraz mamy sposobność, wykorzystajmy ją.
– Sasza... – Natasza spojrzała na niego wrogo, ale bardziej dla zasady niż na poważnie.
– Nataszo...
I oboje ucichli, bo tyle było ciężkich, niewypowiedzianych słów. Zeszli ze schodów i skręcili w boczny korytarz, zupełnie pusty.
– Myślałem, że nie wrócisz – powiedział w końcu Sasza. Zabrzmiało to bardzo nieśmiało i Natasza przez moment miała wrażenie, że rozmawia z Nicolasem Lejeune. – Myślałem, że...
– Ja też tak myślałam – przerwała Natasza, litując się nad nim. – Ale zmieniłam się. Troszeczkę.
Przystanęła przy oknie i po chwili wahania schowała się za kotarę z zielonego pluszu. Sasza poszedł w jej ślady. Przed nimi rozlewała się Newa, na jej powierzchni odbijało się mnóstwo świateł.
– Przestałam się na ciebie gniewać – ciągnęła. – Ale wiem, wiem, że to jednak za mało... Wiedziałam przed balem, że masz narzeczoną, mój ojciec oczywiście mi powiedział. Ale i tak przyszłam. Po to, co jest moje, tak sobie mówiłam. Tylko, że to żadna radość zabrać cię siłą. Więc się nie kłóćmy. Wracam teraz, już późno, ojciec na mnie czeka...
Wymknęła się spod zasłony, wymknęła się Saszy, zbiegła lekko po schodach i wzięła ojca pod ramię, z biegu i zaskoczonego niemalże zaciągnęła do wyjścia. Nie odwróciła się, by nie zobaczyć Saszy, który został na szczycie schodów i patrzył za nią zasępiony.
Dwa dni później, przy śniadaniu, ojciec złożył gazetę, podniósł kilka szkiełek z okularów i popatrzył znacząco na Nataszę.
– Mam wieści, córko. Być może cię zainteresują. Być może okaże się, że nie zrezygnowałaś z Paryża na darmo. Sasza zerwał zaręczyny z Larysą Konstantynowną.
Natasza wzruszyła tylko ramionami i sięgnęła po kolejną kanapkę.
– Sposępniałaś, Tusieńko, nie myśl, że tego nie widzę. – Profesor Owaskij westchnął i po raz trzeci posłodził sobie herbatę. – A ja myślę, że możemy się go tu spodziewać lada moment. Na twoim miejscu ubrałbym się i uczesał. Chwilowo robisz raczej złe wrażenie.
Natasza przewróciła oczami i wstała, zostawiając ojcu posprzątanie po posiłku. Zamknęła się w łazience i półautomatycznie ściągnęła z siebie połatany szlafrok i koszulę nocną. Włożyła codzienną sukienkę, związała włosy. Teoretycznie zamierzała ubierać się staranniej po przyjeździe do Petersburga. Nie dla Saszy. Ani też nie dlatego że co chwila widziała się ze starymi znajomymi i sąsiadami, nie dlatego że mieszkała z ojcem. Jedynie dlatego, że tu była Rosja, Petersburg, jej miejsce na ziemi. Nie chciałaby więcej wyjeżdżać. Nie na tak długo.
Rzuciła mroczne spojrzenie swojemu odbiciu w lustrze. Odbicie odpowiedziało jej tym samym – i słusznie. Machnęła ręką i wyszła.
– Zagrajmy w szachy – zarządziła. Wyciągnęła sponiewieraną szachownicę i drewniane, poobijane pionki. Ojciec z radością usiadł naprzeciw niej. Musiało mu brakować ich cotygodniowych partyjek. Nawet się nie spostrzegli, a dochodziła pora obiadu, zegarki trzymały swoje wskazówki w bardzo późnych miejscach, a oni byli straszliwie głodni. „Utyję tutaj..." jęknęła w duchu Natasza i już chciała iść do kuchni, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Ojciec znów miał tą swoją znaczącą minę.
– Akurat – mruknęła pod nosem Natasza i podążyła do przedpokoju.
Na progu stał Sasza i wyglądał nie jak lokalny postrach złodziei, ale jak dwudziestoletni... Jak Nicolas Lejeune, tak szczerze mówiąc.
– No co my tu mamy – Natasza oparła się o framugę drzwi, wcale nie zamierzając wpuszczać Saszy do mieszkania.
– Też się cieszę, że cię widzę, Nataszo – odparował mężczyzna, marszcząc brwi i przestając wreszcie być Nicolasem. – A jeśli usłyszałaś wieści i martwisz się, że zniszczyłaś nasz związek, co czyni cię samym złem, to niepotrzebnie.
Natasza uniosła brwi.
– Określenie „samo zło" traktuję jako najwyższy komplement, wiesz o tym dobrze. A co robicie ze swoim związkiem, to wybacz, ale nie moja sprawa.
Sasza westchnął i skrzyżował ręce na piersi.
– Przepraszam cię – powiedział. Zabrzmiało to jak wyzwanie. – Zacznijmy jeszcze raz.
– Jeśli chcesz... W takim razie powiedz, co cię sprowadza w moje skromne progi? Może masz jakąś ekspertyzę do wykonania dla mojego ojca? Jest w domu, tylko uważaj, jak jest głodny, robi się niecierpliwy.
– Słyszałem to, Tusieńko! – wtrącił się profesor, wychodząc do przedpokoju. – Aleksandrze Lwowiczu, zapraszam do środka. Cieszę się, że pana widzę. Tusieńko, czy mam wziąć cię na ręce i przestawić gdzieś indziej? Jak mój gość może wejść, jeśli stoisz w drzwiach?
– Ależ proszę, proszę – Natasza przewróciła oczami i odmaszerowała do kuchni. – Tym razem ja to słyszałam! – zawołała, gdy profesor szeptem ostrzegał Saszę, że to, z czym przyszedł, to może być bardzo trudna operacja.
Trzaskając garnkami, Natasza starała się przywołać całe zrozumienie i cierpliwość dla ojca, który ewidentnie przesadził, wtrącając się do ich rozmowy. Wszystko by się samo dobrze ułożyło. Oczywiście Andriej Ławrientiewicz bardzo chciał, by to właśnie Sasza był mężczyzną dla jego córki, tak się kiedyś cieszył, jak byli razem. No i Sasza pomógł Dymitrowi, gdy on, własny ojciec, miał związane ręce i nie mógł nic zrobić. Potem razem z Saszą dopilnował ich końca – końca oglądania nieba nie przez kratki w większości – ale do tego momentu Dymitr byłby martwy, gdyby nie Sasza! Cóż za szkoda, że jednocześnie rozpadł się związek Nataszy, a ona sama wyprowadziła się na drugi koniec kontynentu... Cóż za szkoda, a jednocześnie co z tego! Wystarczy rzucić Larę i nic się nie stało, prawda?! W tym momencie Natasza wzięła największy talerz, rozbiła go o stół, potem rzuciła fartuch na okruchy i wyszła z kuchni.
– Ja dziś nie gotuję – oświadczyła obu panom, siedzącym wygodnie w fotelach i gawędzącym przyjaźnie. Oparła obie ręce o biodra i zmierzyła ich surowym spojrzeniem. – Sasza, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to idźmy na spacer.
Nie czekając na odpowiedź, poszła prosto do drzwi. Sasza dogonił ją na schodach.
– W porządku, Tusieńko – powiedział bez wstępów. – Kocham cię. Zresztą wiesz, co chcę powiedzieć, zawsze kochałem, zaręczyny są zerwane i chyba jeszcze proszę cię o wybaczenie, nawet jeśli nie do końca ogarniam za co, skoro nasze zaręczyny z kolei ty zerwałaś. Bo cię kochałem wystarczająco, by nie dać ci się zabić, mógłbym dodać!
– Jeśli kiedyś będę chciała się zabić, to nie zdołasz mnie powstrzymać. Na razie mam ochotę zabić ciebie, nie pierwszy raz zresztą, ale tu jak zawsze powstrzymam się sama. Masz cholerne szczęście, że w Paryżu skłonili mnie do przemyślenia idei kompromisów i poświęceń.
– Jakich znowu poświęceń?... – Sasza skrzywił się. – Zaczynam się bać tych ludzi z Paryża, kimkolwiek są. – Chwycił ją wpół i przycisnął do siebie, mimo że odruchowo spróbowała się wyrwać. – Czy ty mi jednak mówisz, że poświęcasz się, bo zgadzasz się przyjąć moje oświadczyny, mimo ewidentnych różnic między nami?
– Tak! – krzyknęła Natasza tonem, którego inni używają do okrzyków w rodzaju „ty draniu!".
– Ha! A więc jednak! – Sasza spojrzał na nią z dumą. – Zauważ, że zerwałem z Larą, nie mając pewności, że się zgodzisz.
Natasza, żeby już nie patrzeć na ten tryumfalny wyraz twarzy, przyciągnęła Saszę do siebie i mocno pocałowała. Jaka szkoda, że byli na ulicy... Wrócili zresztą zaraz do ojca, który z zadowoleniem pokiwał głową, uśmiechnął się szeroko i kazał myć ręce do obiadu. Wzniósł toast za „ponownie narzeczonych", a gdy zjedli już, wyciągnął z szafki małe, drewniane pudełeczko, bogato zdobione. Natasza wiedziała, co tam jest. Ślubna biżuteria matki. Dostała ją od ojca już dwukrotnie i dwukrotnie oddała mu ją „na przechowanie". Mimo najlepszych chęci nie powstrzymała lekkiego drżenia warg, a oczy jej się zamgliły. Mama. Kiedyś niedoceniana, teraz nie do przecenienia. Ale już odeszła. Kiedyś to z ojcem Natasza spędzała większość czasu, jemu się wszystkim chwaliła, jego pytała o radę, z nim się bawiła, uczyła, wychowywała. Z nim lepiła bałwana, zbierała liście w lesie jesienią i uczyła się nazw gwiazdozbiorów. To ojciec dał jej naukowe zacięcie, pasję do odkrywania świata. Mama, zbyt ciepła, zbyt domowa, zbyt opiekuńcza, nie wydawała się dobrą towarzyszką. Aż do chwili, gdy było już za późno i piętnastoletnia Natasza została bez niej. Pewnie i dziś denerwowałoby ją przesadne krzątanie się, pięciokrotne uwagi o ciepłych szalikach i wmuszanie jedzenia, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie. Na pewno buntowałaby się przeciw wszelkiemu wtrącaniu się i zalewowi czułości. Ale żal, żal...
Oczy Nataszy zwilgotniały. Ojciec zauważył to, na pewno, co więcej – dobrze zrozumiał. Miała jednak słabą nadzieję, że Sasza nic nie dostrzegł.
Wieczorem Natasza siedziała sama w mieszkaniu i czytała stary kryminał, wyszperany w ojcowskich zbiorach rozmaitych makabresek, jak teczki z wiekowymi aktami spraw karnych, ciężkie podręczniki kryminalistyki, których autorzy uważali, że dobra książka stoi sama, oraz szkice publikacji z zakresu grafologii. Kryminał był pożółkły, wytarty i miał połowę stron pozaginanych, jakby czytelnik nie mógł się zdecydować, które sceny są warte zaznaczenia. Natasza dobrze to wiedziała, albowiem ta właśnie książeczka była jej ukochaną lekturą dwadzieścia z hakiem lat temu. Czytanie tego od nowa było powrotem do wspaniałych czasów szkoły, unikania nieciekawych zajęć, odrabiania zadań na przerwach tuż przed lekcją, na którą były zadane, nauki gry na flecie, co niepomiernie złościło całą rodzinę, ale było sankcjonowane wymaganiami nauczycielki, i właśnie czytania kryminałów po nocach, kiedy wszystkim się wydawało, że Nataszka grzecznie śpi.
Dzwonek do drzwi zirytował ją więc potwornie, ale jako że ojciec wyszedł w pilnych sprawach służbowych, musiała otworzyć. Niechętnie zwlokła się z fotela, zagięła w książce kolejną stronę i mrucząc coś niechętnie pod nosem, nacisnęła klamkę.
Na progu stała Larysa.
– Witaj, Nataszo. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, byśmy sobie chwilkę porozmawiały?
Larysa uśmiechała się zimno i coś kazało Nataszy ją wpuścić, zamiast iść za pierwszym odruchem, każącym odpowiedzieć, że owszem, ma coś przeciw i zatrzasnąć drzwi. Wprowadziła Larysę do mieszkania i usiadła z nią przy stole.
– Jesteśmy same?
– Całkowicie. Ojciec nie wróci przed północą. Co jednak nie znaczy, że nie masz się streszczać.
Uśmiech Larysy z zimnego stał się otwarcie wrogi.
– Nie myślałam, że taka jesteś, Nataszo. Kiedy spotkaliśmy się na balu, przez myśl mi nie przeszło, że chcesz mi zabrać Saszę. Mojego najdroższego Saszę. Zniszczyłaś nasz związek, zniszczyłaś mnie. Nie wiem, po co wracałaś. Znałam cię kiedyś, myślałam, że cię znam... teraz wiem, jaka naprawdę jesteś.
– Rzeczywiście wiesz? – Natasza wyprostowała się i zmrużyła oczy, nawet nie powstrzymując niechętnego grymasu ust. – Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz, Laro. A dla ciebie powinno się liczyć to, co zdecydował Sasza. Jeśli chcesz próbować zmienić cokolwiek, idź do niego.
– Ja go potrzebuję, Nataszo – powiedziała Larysa, jakby nie słyszała ostatnich słów. Teraz słychać było łzy w jej głosie. Nieprzyjemnym, ochrypłym ze wzruszenia głosie. Natasza odsunęła się lekko.
– Laro, jeśli Sasza zdecydował, że woli mnie, to naprawdę powinnaś rozmawiać z nim. Ja nic nie zrobię.
– Nie wiesz, co już zrobiłaś, Nataszo... – głos Larysy był coraz bardziej głuchy i pusty. – Ja bez niego się rozpadnę, rozsypię, ja go kocham.
– Tylko go potrzebujesz, nie kochasz – poprawiła Natasza, ale cicho, mimowolnie sztywniejąc, spinając się jak do ataku. Już wiedziała, gdzie to prowadzi. Już nienawidziła Larysy za to, co miało przyjść.
– Ty nie wiesz, jak to jest, Nataszo, to jakby mieć wielką dziurę w piersi, pustkę... Leżę nocą i nie mogę się uspokoić. Tylko przy nim czułam się lepiej. Jeśli mi go zabierzesz – zabijesz mnie.
Larysa westchnęła. Natasza próbowała sobie wmówić, że jest to westchnienie teatralne, męczeńskie, ale nie mogła.
– Sasza cię nie kocha, Laro...
– Kocha, nie kocha... – przerwała Larysa gwałtownie. – Pokochał mnie już, po tym jak go skrzywdziłaś i zostawiłaś. Kłamiesz, Nataszo, kocha mnie i oświadczył się mi! Odsuń się albo będziesz mnie mieć na sumieniu. – Larysa wstała. – Pamiętaj. Jeśli nie zrezygnujesz, zrobię to, zabiję się, mam wszystko, co potrzeba, mam eliksiry, będzie szybko i skutecznie, nie uratujecie mnie... To nie jest tylko szantaż, ja bez niego nie mogę żyć. Masz czas do jutra wieczorem.
I wyszła. Natasza sztywno przesiedziała przy stole dobry kwadrans. Coś ją bolało w piersi, promieniowało na całe ciało. Nie bólem fizycznym, ale nie mniej wyraźnie. Potem zostawiła notkę dla ojca i udała się wprost do Saszy.
Sasza ucieszył się na jej widok naturalnie, wziął w ramiona i chciał pocałować.
– Za chwilę, najpierw mam kilka pytań – Natasza odsunęła go delikatnie, ale stanowczo. – Zerwałeś z Larą ostatecznie, prawda?
– Oczywiście, dlaczego w ogóle pytasz?
– Jest jakakolwiek możliwość, byś nadal ją kochał?
– Nie. Nataszo, nie rozumiem, czy mi nie wierzysz? Czy tak bardzo cię zabolało, że wróciłaś i zobaczyłaś mnie z nią? Nie kocham jej, przysięgam.
Natasza podeszła bliżej, zmarszczyła brwi i wbiła w niego wzrok.
– Dlaczego więc chciałeś się z nią ożenić?
Zapadło milczenie, Sasza patrzył na nią trochę zmieszany, trochę z poczuciem winy, ale szczerze.
– Kiedy mnie zostawiłaś – zaczął powoli – byłem sam. Zupełnie sam. Ona się pojawiła. I była, była ze mną. Mogłem na nią liczyć. Staliśmy się sobie bliscy, zawsze sobie pomagaliśmy. Ona polegała na mnie, ja na niej. I tak pomału...
Natasza popatrzyła zimno, wcale nie przejęta przeżyciami Saszy, za to pochłonięta wizjami możliwej przyszłości.
– No cóż, to się skończyło. Jeśli tak się mają sprawy, to jeszcze wszystko przemyśl. Ja nie jestem ciepła i pomocna jak ona. A ona nie będzie mieć już na kogo liczyć. – Te słowa Natasza celowo wymówiła bardzo złowieszczym tonem.
Sasza, zmarszczył brwi w zamyśleniu.
– Wiem, jaka jesteś, Nataszo. Ona nigdy nie była tym, czym byłaś i jesteś ty. Ale co znaczy to ostatnie zdanie?
– Co znaczy? Ano cóż, to znaczy, że Lara właśnie u mnie była i zagroziła, że się zabije, jeśli nie oddam cię do jutra wieczorem. – Natasza zastukała paznokciami w blat drewnianego stolika. Usłyszała jak Sasza klnie pod nosem i uśmiechnęła się ponuro – Sasza klął tak rzadko, a jeśli już, to zawsze po cichu.
– Mówiłaś ojcu?
– Nie było czasu, nie było go w domu, nie było nawet potrzeby. Powiem mu... chwilę później. Ostatecznie, to przecież mój kłopot.
Sasza niespodziewanie uderzył pięścią w stół.
– Nasz kłopot. Nie pozwolę na szantaż. Porozmawiam z nią. Czekaj tu.
Wrócił po dwóch godzinach, wyraźnie zirytowany i rozdrażniony.
– Larysa za nic nie dała się przekonać – oświadczył od progu, niecierpliwie rozpinając guziki płaszcza. Ze zdenerwowania, na pół ze strachu, a na pół ze złości, plątały mu się palce. – Za to już była pod wpływem jakiegoś narkotyku. Mówiła, że mam tak ponurą minę, jakbym chciał ją zabić. Musiałem siłą wlewać jej do gardła antidotum, a jej się to najwyraźniej podobało, jakby o to chodziło od samego początku!
– Nie lepiej było wezwać pomoc? – Natasza pomogła mu z guzikami i oswobodziła z płaszcza. Potem w zamyśleniu pogładziła po ramionach, wreszcie objęła mocno.
– Chciałem. Naprawdę chciałem, ale powiedziała, że jeśli to zrobię, to i tak się zabije, tylko chwilę później, że ją odratują i wypiszą do domu, bo to nie śmiertelna dawka, tylko szkodliwa, tak, bardzo szkodliwa, ale jeszcze nie śmiertelna, choć tak ją boli serce...
Sasza oparł czoło o ramię Nataszy, ta z kolei pogładziła go po włosach, takich miękkich... Nie robiła tego od trzech lat już. Stali tak dłuższą chwilę, wreszcie Sasza, wciąż ją obejmując, podjął opowieść.
– Nie chciałem awantury, miałem nadzieję na pokojowe załatwienie sprawy... Ale widzę już, że to nie będzie możliwe. Będzie trzeba się nią zająć. Nie pozwolę na więcej, Nataszo, pobierzmy się jak najszybciej, to raz, a ja dopilnuję, by Lara znalazła się pod dobrą, kompetentną opieką. Zorganizuję wszystko, mogę to zrobić... Odszukam jej rodzinę, przyjaciół, wszystko zrobię. Mogę. Wiesz, że tak. Nie myśl, że nie jest mi wstyd wobec Larysy, ona przecież nie zrobiła nic, za co mógłbym ją porzucić. Zerwanie z nią było chyba najgorszym, co ostatnio musiałem zrobić, ale musiałem... I nie myśl, że nie czuję się po części winny i odpowiedzialny za to, co się teraz dzieje... pamiętam, jak ja się czułem, kiedy ty wyjechałaś do Paryża. Ale nie ma powrotu. Nie ożenię się z nią. Teraz trzeba radzić sobie z tym, co mamy.
Natasza uśmiechnęła się smutno, tak rzadkim u niej uśmiechem, wolnym od jakiejkolwiek ironii. Sasza naprawdę chciał to zrobić, naprawdę współczuł Larze i było to widać we wszystkim, co mówił, mimo stanowczego i gwałtownego tonu. Uwolniła się z jego ramion i popatrzyła twardo.
– Nie, Saszo, nie może tak być. Ona się zabije, wiem to. – Pokręciła głową i zabrała dłoń, kiedy chciał ją wziąć za rękę. – Nie załatwisz tego opieką. Dała mi czas do jutra wieczór. Ona mieszka sama, a leki czy trucizny może mieć pochowane po całym domu, wystarczy jej mała chwilka... Zresztą znajdzie sposób. Nie może tak być. Nie za tę cenę.
Sasza, który w międzyczasie zaczął chodzić w kółko po dywanie, przystanął nagle. Natasza stała bez ruchu, jak posąg, zewnętrznie spokojna, ale napięta, sprężona jak smok do skoku, czujna, z płonącymi oczami.
– Zrywasz ze mną, Nataszo? Znowu?
– Tak.
– Nie wierzę ci. To szantaż... – Zrobił krok w jej stronę. – Nie może tak być – powtórzył po niej.
Natasza zmrużyła oczy i skrzywiła się nieprzyjemnie.
– Nie, to nie szantaż – powiedziała zimno. – Widzisz, nie mogę za ciebie wyjść, jeśli dla ciebie ważniejsze jest to małżeństwo niż czyjeś życie. Cokolwiek Larysa mogła zrobić złego, nie chcę cię, jeśli chcesz być ze mną po jej trupie. I niezwłocznie ją o tym powiadomię, żeby wiedziała, kogo chce z powrotem. Au revoir!
Zostawiła go oniemiałego i nieruchomego i nie oglądała się za siebie. W domu wzięła kartkę, pióro i napisała wiadomość dla Lary.
"Rezygnuję. NK"
Potem zwinęła się w kłębek w fotelu ojca i patrzyła na zegar, czekając, aż minie północ, potem pierwsza godzina, potem druga. O wpół do trzeciej skrzypnęły drzwi i wszedł profesor Owaskij.
– Tusieńka? Ty nie śpisz? Co się stało?
Natasza zerwała się z fotela i nie czekając, aż ojciec się rozbierze, rzuciła mu się w ramiona. Natychmiast przytulił ją mocno, a ona wybuchnęła płaczem, szalonym płaczem, który zbierał się w niej przez ostatnie trzy lata. Urywanymi zdaniami, zachłystując się i dławiąc, opowiedziała ojcu o wszystkim, co się stało.
– Ja wiem, że on tak nie myślał! Tato, ja wiem! On naprawdę chciał dać jej opiekę, wierzył, że może to zrobić! Ale ja wiem, że nie może! On nie zna Lary tak ja ja! Ona by to zrobiła, choćby nie wiem co! Boję się, że i tak to zrobi, a wtedy on będzie się czuł winny! Co ja zrobiłam, co ja zrobiłam...
Ojciec cierpliwie przytulał, głaskał i całował Nataszę.
– Dziecko, porozmawiaj z nim. Powiedz, że zrobiłaś to tylko, by chronić Larę, że tak nie myślisz. Na pewno to zrozumie.
Ale Natasza pokręciła głową.
– On mi uwierzył, tato. Nie uwierzy znowu, powie, że to manipulacja. To było... takie w moim stylu. Znów rzuciłam go dla zasady! Tato, dlaczego czuję się jak... jak... jakbym była brudna. Zrobiłam coś złego, dla zasady, rzeczywiście! – Wzięła głęboki oddech. – Ale poza tym, i to się liczy najbardziej, zrobiłam to dla Lary. Nie jestem w stanie pomóc jej we wszystkim i oczywiście jeśli zechce się zabić, to nie dam rady jej powstrzymać. Ale przynajmniej nie pozwolę, żeby zabiła się przeze mnie.
Natasza nie położyła się spać tej nocy, a nazajutrz rano, skoro świt, wymknęła się z domu i udała na niewielki cmentarz, gdzie znajdował się symboliczny grób Borysa. Stanęła nad prostym nagrobkiem, trochę zaniedbanym, i kopnęła z całej siły twardy granit płyty.
– I co, Borys, zadowolony jesteś z siebie? – powiedziała półgłosem, zaciskając mocno pięści. – Pojechałeś sobie na Ural i dałeś się zeżreć najgłupszemu jaszczurowi w promieniu stu mil. A ja teraz muszę znosić Saszę i Larę, jak mogłeś poplątać mi tak życie! Gdyby nie ty, mielibyśmy już pewnie trójkę dzieci i żylibyśmy mocno i barwnie, tak jak oboje lubiliśmy. Mówiłam ci to już wcześniej, trzy lata temu, wtedy, gdy ostatni raz na ciebie krzyczałam, pamiętasz? Sasza nie jest taki jak ty, nikt nie będzie taki jak ty, ale pokochałam go, cholera ciężka, pokochałam! I co? I to wszystko przez ciebie! Naprawdę nie chcesz zobaczyć dnia, w którym umrę i zjawię się przed tobą, by osobiście za wszystko podziękować!
– A ja cię miałem zapytać, cóż się mogło nie udać, Nataszo... – westchnął hrabia. Natasza opowiadała po trochu na każdej przerwie, ale zakończenie historii, opowiedziane już po spektaklu, zmieniło całą perspektywę.
Natasza zaś wyglądała co najmniej tak źle, jak ktoś ciężko chory.
– To wciąż boli, panie hrabio – powiedziała jękliwym, zduszonym głosem, z pochyloną głową. Rzeczywiście, wyglądała, jakby czuła silny, fizyczny ból. Po chwili wyprostowała się, uspokoiła siłą woli. Hrabia chciałby ją teraz przytulić, pocieszyć, ale wyczuł, że nie spodobałoby jej się to, nie tak wprost. Wyciągnął za to rękę i grzbietami długich, chłodnych palców dotknął jej policzka, przesunął dłoń na szyję, na ramię... Pod wpływem dotyku Natasza odchyliła głowę, kobiecym bardzo, zmysłowym gestem. Ale potem hrabia rękę cofnął i chwilę siedzieli w ciszy, tak po prostu. Loże dookoła pustoszały, z parteru wychodzili ostatni widzowie. Hrabia wstał wreszcie, zdecydowanym gestem pomógł się podnieść Nataszy i obejmując ją za ramiona, wyprowadził z teatru.
Dwa dni później hrabia, który był człowiekiem czynu i nie zasypiał gruszek w popiele, znów zjawił się w zaułku Iwana Kryłowa. Jak przystało na miejsce, które nosi imię bajkopisarza, również i ten dom powinien zobaczyć od czasu do czasu coś bajkowego.
Hrabia przyprowadził ze sobą Saszę.
– Co do diabła?... – zawołała Natasza, kiedy otworzyła drzwi, ale Sasza bez słowa rzucił się w jej stronę, przytulił i potrząsając nią, mówił.
– Jak mogłaś myśleć, że ci nie uwierzę, zresztą nie wiem, no dobrze, może to i prawda... – Hrabia już w tym miejscu pokiwał głową z pełną aprobatą dla uczuciowości i chaotyczności nadchodzącego wyznania. – Ale nie ożeniłem się z nią przecież, jak mogłaś nie śledzić sytuacji, jak mogłaś nie dawać znaku życia, jak mogłaś nie chcieć mieć ze mną nic wspólnego?! Chcesz, żebyśmy się zestarzeli przed ślubem?! Powinnaś być wampirem, tyle czasu potrzebujesz! Może już poprosiłaś hrabiego?! Lara próbowała się zabić, próbowała, miałaś rację, ale ja też miałem, odratowałem ją, ma opiekę, najlepszą, jaką mogłem jej dać... Chyba w końcu zrozumiała, że jej nie kocham. Ale ty zrozum, że ciebie tak! A ja znów myślałem, że ty mówiłaś poważnie, że ty mnie nie chcesz, że znów nie jestem wystarczająco dla ciebie dobry, myślałem, że już nigdy... Masz szczęście, że znów sobie kogoś nie znalazłem!
I kiedy Sasza już to wszystko z siebie wyrzucił, wciąż obejmując Nataszę tak mocno, jakby bał się, że mu się wyrwie i zaatakuje, to ona, z kamiennym wyrazem twarzy, jedynie z oczami pełnymi wszystkiego niewyrażalnego, powiedziała niskim, zachrypniętym z lekka głosem jedno tylko słowo: "Dobrze" i pocałowała go mocno.
– I miejmy nadzieję, że to już koniec tej historii – mruknął do siebie hrabia Dragomirescu. – Powinienem być świadkiem na waszym ślubie, wiecie o tym? – dodał głośniej, ale wciąż nie miał pewności, czy go usłyszeli.
*** KONIEC***
