Sceny usunięte:
Poruszył się niespokojnie. W świetle bijącym z kominka widział, że para różowych ślepi czai się pod fotelem. Niezidentyfikowany (jeszcze) fragment taksonomii wpatrywał się w Mistrza Eliksirów i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał odwrócić wzrok.
Całkowity brak taktu, pomyślał z niesmakiem Severus, mocno już zirytowany. Dzicz. Dzicz totalna. Podwinął rękawy i ruszył sprężystym krokiem w stronę fotela, żeby ucywilizować intruza. Uklęknął gwałtownie.
Lunę wyrwał z zamyślenia łoskot jakby hipogryf usiadł na sklątce. Fotel był przewrócony, szafeczka obok i doniczki z kwiatami również. Pośrodku tego bałaganu siedział Severus i rozglądał się trochę nieprzytomnie. Wyglądał co najmniej jak po starciu z ojcem wszystkich dementorów.
– Dementory rozmnażają się przez pączkowanie... – mruknął zgryźliwie pod nosem, kiedy Luna pozwoliła sobie na tę uwagę. Całkiem stosowną zresztą.
Luna przyniosła z kuchni herbatę, usiadła po turecku i wyciągnęła z torebki słoik najprawdziwszej mugolskiej nutelli.
– Accio łyżeczka.
Severus z niedowierzaniem przyglądał się jak Luna je. Aż go zemdliło na myśl, że można w ten sposób pochłaniać słodycze. Potem pomyślał chwilę i odwrócił się szybko w obawie, że zaraz rzuci się na Lunę, wyrwie jej słoik i sam go zje. A szkło wypluje.
Luna była dumna ze swoich eliksirów. Nawet Severus Snape musiał je kiedyś docenić. Był na wojennej ścieżce z panią Pomfrey, a sam nie mógł przygotować sobie niczego i nie miał innego wyjścia jak zdać się na Lunę. Akurat było to w czasie jej krótkiej pracy w Hogwarcie.
Severus się obudził i przywitał Lunę głośnym kichnięciem. Ale nawet leżąc w pościeli pełnej chusteczek potrafił rzucać gromy spojrzeniem.
– Nie wypiję ani kropli, póki nie wyrecytujesz mi czego tam dodałaś i jak! – wychrypiał stanowczo.
Luna westchnęła i znieruchomiała z parującym kubkiem w wyciągniętej dłoni. No, jeśli chciał się męczyć... I Luna mozolnie zaczęła mu wyjaśniać sekrety Eliksiru Zdrówka Papy Lovegood. Wypił w końcu, choć trochę się przestraszyła, kiedy pozieleniał przy "szczerej trosce" i "życzeniach powrotu do zdrowia". A to przecież były jedne z najważniejszych składników eliksiru! Nic dziwnego, że nie mógł wyzdrowieć.
Luna była na swój sposób niezwykła. Rozmawiali o śledztwie. O wypadku. O tym wszystkim co się stało, a o czym najchętniej by już zapomniał, choćby na chwilę, na dzisiaj tylko. I Luna, uśmiechając się łagodnie i nieobecnie, wyraźnie oczekiwała, że Nicolas będzie współpracował, słuchał, myślał, rozumiał. A jednocześnie nie czuł żadnego przymusu, żadnych ocen, nic negatywnego. Luna sprawiała, że pracując czuł się jak prawdziwy auror. Jak ktoś, kto naprawdę wie, co robi w tej chwili i co powinien zrobić dalej. A to nie udało się jeszcze nikomu. Nie udało się to jego przyjaciołom, ani żadnej z jego dziewczyn, sióstr, ani matce, cioci Sophie, nie mówiąc o reszcie krewnych i znajomych. Nie, oni tylko sprawiali, że wiedział, że są inne rzeczy na świecie i praca nie określa ile człowiek jest wart. Zaś Luna sprawiła, że jego praca była coś warta.
Wieczorem Luna do niego przyszła. Usłyszał ciche „Alohomora!" po czym otworzyło się okno. Luna zręcznie wdrapała się z miotły na parapet, przerzuciła nogi do środka i zeskoczyła na podłogę. Zaprowadziła go na sofę, usiadła blisko i nie wiedział jak, ale wszystko jej opowiedział. Przytuliła go, kiedy rozpłakał się pierwszy raz i nie przerywała uścisku. Potem długo leżał z głową na jej kolanach.
Pod krzesłem coś się poruszyło i małe stworzonko, podobne trochę do królika wystawiło na zewnątrz ruchliwy nosek. Luna wyjęła różdżkę.
A króliczy stwór przez moment, zanim się rozpłynął, popatrzył na Oliviera. Luna widziała jak wcześniej Rodrigo patrzył na swojego młodszego brata. Rozmawiali cicho, ale Luna nie potrzebowała słyszeć słów. To było to samo.
Luna pokręciła głową. Znów ktoś się jej zwierza. W końcu będzie mogła zatrudnić się gdzieś na etacie magopsychologa, jak tak dalej pójdzie.
Zacząć trzeba by od czegoś bardzo podstawowego. To tak jak bezradny uczeń. Jak Neville w klasie Snape'a. Trzeba zacząć od podstaw, odwiązać stary supełek, żeby zwinięty kłębek był idealnie okrągły. Da się to zrobić samemu?
– Kiedy znów się z nimi spotkasz, będziecie mogli być szczęśliwi – powiedziała cicho.
– Znów?... No tak, po śmierci. Ale skąd wiesz?
– Wiem.
– I już?
– Tak.
– Wcale nie. Przecież by znów się spotkać, trzeba się najpierw znać...
– Gdzie jest mój syn?! – zgrzytnęła zębami wampirzyca. – Gdzie Tristan?! – zawyła wysokim, przewiercającym uszy głosem.
– Nie mam pojęcia, ale mogłabyś lepiej go pilnować – odciął się hrabia.
Stali przez chwilę naprzeciwko siebie mierząc się wściekłymi spojrzeniami. Tymczasem słuchający tego zza drzwi Tristan odbiegł jak najszybciej i jak najdalej. Schował się wreszcie na jakiejś zapomnianej i brudnej klatce schodowej. Nagle usłyszał kroki i obrócił się gwałtownie.
– Luna? – zapytał, patrząc pod światło i mrużąc lekko oczy.
– Wiem, że nie jestem tą osobą, którą chciałabyś, żeby za tobą poszła.
Tristan się zawahał.
– Nie – przyznał. – Ale usiądź, skoro jesteś. I tak nikt inny nie przyjdzie.
Luna usiadła na schodach obok niego. Patrzyła przed siebie, zostawiając mu pełną swobodę.
– Nawet nie wiem kiedy zorientowaliśmy się, że to szaleństwo – chlipnął Tristan. – Może dopiero jak już faktycznie było po wszystkim.
– My też zrobiliśmy kiedyś coś takiego – powiedziała. – Podczas wojny z Voldemortem. I też zginął nasz przyjaciel. To było bardzo trudne. Ale nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby przestać walczyć. Zbyt ważne to było. Tylko, że teraz byliśmy już trochę mądrzejsi. Jesteś wolny, Tristan – powiedziała obracając się do niego nagle. Zamrugał zaskoczony. Łza spadła z rzęs na policzek. – Dzięki temu możesz być odpowiedzialny. I to naprawdę jest to, czego tak bardzo chciałeś, ale to jest piękne.
Umówili się na Gare du Nord o dziesiątej wieczór i Luna jak na skrzydłach zbiegła po niezliczonych schodkach Montmartre'u. Lekko jak ptak przefrunęła bulwarem Magenta i Sewastopolskim, przecięła Sekwanę i zapuściła się w labirynt znajomych, ciepłych uliczek. Wbiegła po schodach, do pokoju... i dopiero wtedy poczuła jak bardzo jest zmęczona. Ciężko łapiąc powietrze opadła na łóżko.
Chwila ciszy. Mierzyli się wzrokiem, czy raczej on mierzył ją wzrokiem, bo ona na niczym spojrzenia skupić nie mogła. Właściwie nie wiedziała co powiedzieć. A zawsze wiedziała, choćby to była najdziwniejsza rzecz pod słońcem i księżycem. Problemy egzystencjalne były łatwe. Ale to... to było nieziemskie.
Luna potrzebowała pisać, patrzeć jak pióro wyczarowuje na nieskalanym pergaminie zawijaski i kreseczki. Miało to dużo wspólnego z wybiegnięciem rano na pierwszy śnieg i wydeptywaniu dziecięcych, roześmianych ścieżek.
Pisała...
Wbrew pozorom, Luna wszystko pamiętała. Pamiętała jak inne dzieci się z niej śmiały. Jak zabierali jej książki i ubrania. Jak rzucali w nią papierkami i kawałkami jedzenia. Jak szeptali jej imię, kiedy przechodziła obok.
"Lu–na, Lu–na, Lu–na..."
Jak nazwali ją Pomyluną.
Ale jakoś nigdy nie starczyło jej energii żeby się obrazić, czy zrobić awanturę. Zawsze najprościej było zignorować, rozmawiać normalnie, nie przejmować się. Bo po co?
Luna wierzyła w siebie. Rodzice w nią wierzyli. Nie było powodu się załamywać przez inne
dzieci. One nie rozumiały, jak zwykle.
Nic się nie zmieniło w twarzy czy posturze Snape'a, ale Luna widziała, że jest zaskoczony.
– Lovegood, czy ty zgadujesz? Czy to tylko taka zabawa?
– Ależ nie... To po prostu... tak jest. Nie wiem o co chodzi, po prostu czuję różne rzeczy, tylko bez szczegółów.
– Może powinnaś była zostać wróżbitką?
– Nie. To nie jest przepowiadanie przyszłości – odpowiedziała poważnie, choć on żartował, żeby odwrócić kota ogonem.
Nicolas smętnie rozejrzał się wkoło. Nie, nikt dziś nie był w humorze, włącznie z Luną, która pojadała rurki z kremem w kąciku, mocząc je w kompocie wiśniowym. Nagle bardzo zapragnął strzelić focha, olać cały ten wymagający świat i przyłączyć się do niej. Zwłaszcza, że już go zauważyła i do niego pomachała na pół dojedzoną rurką.
– Ja bym zwróciła uwagę na Severusa Snape'a – zanuciła Luna, kiedy usiadł obok.
– Słucham?...
– Jest podejrzany.
Nicolas zamrugał. Nie „wygląda" ani nie "zachowuje się" podejrzanie. Luna nie zwracała na takie drobiazgi uwagi. Odbierała przekaz całościowy. Może miało to coś wspólnego z legilimencją, ale jedynie na jej bardzo pierwotnych etapach. Nie wiedział, czy w ogóle Luna jest w stanie powiedzieć cokolwiek poza tym.
– O co podejrzany? – zapytał, zagubiony.
– O coś złego. A pan szuka kogoś złego.
Poduszkoktus przepłynął obok niej. Uronił kilka srebrzystych łez, zanim odwrócił wzrok i poszybował dalej.
– I co? Satysfakcja, że stwory o których się opowiadało od małego naprawdę istnieją?
– Zawsze wiedziałam, że istnieją – odpowiedziała spokojnie Luna patrząc w dal.
Severus tylko się skrzywił.
– Wracamy. Skoro widzisz je wszędzie, to nie powinnaś zbytnio tęsknić.
Wyszło na to, że Severus stawał na głowie, ale Luny nie dało się zirytować. Zawsze odpowiadała jednakowo pogodnie, a jeśli była smutniejsza niż zwykle, to nigdy z powodu jego sarkazmu i fochów.
Fochów! – zirytował się dodatkowo Snape. Jakiś czas temu Albus dobrotliwie rzucił uwagę, to znaczy: znieważył go uwagą, że Severus robi fochy, zupełnie jakby mówił do pierwszorocznej Puchonki. A tu proszę, słówko samo wpełzło mu w myśli i wystawiło łeb niespodziewanie. A przecież Severus nie zarażał się słownictwem od nikogo!
Mecenas d'Etollé spotkał się z hrabim Dragomirescu nieco później tego dnia, w Ministerstwie. Obaj panowie stanęli w zacisznej wnęce okiennej.
– Doradzałbym zaskarżenie Służb Aurorskich – powiedział spokojnie mecenas d'Etollé. Hrabia wpatrywał się przez chwilę w swojego prawnika nie zmieniając wyrazu twarzy.
– To zaogni sytuację. Jeżeli ja zaskarżę Służby Aurorskie, to tłumy wampirów z Gangiem na czele potraktują to jako pretekst by dochodzić tak zwanej sprawiedliwości. Nie opanuję ich wtedy. A jeśli korzystny dla mnie wyrok zapadnie pod presją tłumu żądnych krwi wampirów, to będzie jeszcze gorsze niż brak wyroku.
– Sprawnie przeprowadzony proces mógłby zwrócić uwagę zwykłych ludzi, przepraszam za wyrażenie. Mógłby też zmusić organa ministerialne do przyjrzenia się temu co dzieje się w Służbach, a o czym wszyscy szepczą po korytarzach. Minister może grzmieć na tłum, ale nie na spokojny i rzetelny wniosek o zbadanie sprawy złożony w sądzie.
– Pomyślimy jeszcze, mecenasie. Zbyt wiele zależałoby od jakości procesu. A nawet z pana wybitnymi zdolnościami, wahałbym się postawić wszystko na jedną kartę.
Mecenas spokojnie skinął głową.
– Decyzja jest pańska, panie hrabio.
– D'Etollé, dobrze, że jesteś! – zawołał hrabia wstając na powitanie gościa. Panowie uścisnęli sobie ręce i hrabia poprowadził mecenasa do foteli i stolika pod oknem.
– Czy zdecydował pan już?
– Tak. Nie będzie pozwu. Nie zaczynaj podejrzewać mnie o sentymentalność, ale po prostu byłoby to nie uczciwe wobec aurora, który zajmuje się ta sprawą.
Mecenas d'Etollé zamrugał. Nieczęsto mu się to zdarzało.
– Lejeune'a? Ależ Lejeune nie nadaje się nawet do prowadzenia dużo prostszych śledztw! To przecież właśnie dlatego ściągnęliśmy tu Severusa Snape'a!
– Lejeune może nie nadaje się do prowadzenia śledztwa, ale jest jedynym aurorem jakiego widziałem, a widziałem ich już sporo, który pracowałby z taką wiarą w słuszność tego co robi. Ten chłopak dość już się namęczył z tą sprawą, nie mógłbym z czystym sumieniem wciągać go w proces.
– Panie hrabio, proces może naprawić sytuację wielu ludzi.
– Ale nawet jednego człowieka nie powinno się poświęcać dla dobra ogółu. On też do tego ogółu należy, nawet bardziej, bo jest aurorem. Jeżeli poświęcimy być może ostatniego uczciwego aurora by odbudować Służby, to wybacz mi, mecenasie, ale ja nie widzę w tym sensu.
Mecenas wciąż miał zaskoczoną minę, ale nie próbował się spierać.
– Zgoda. W takim razie, należy pomyśleć nad alternatywną strategią.
– No właśnie, a teraz pomóż mi ustawić do pionu Severusa. Chodzi mi o Rodriga. Albus miałby pretensje, gdybym nie dopilnował...
Albus wydawał się co nieco wstrząśnięty, choć niezmieszany. To już było satysfakcjonujące – Albusem mało co wstrząsało. O mieszaniu nie mówiąc – to był jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia.
– Dzieci moje kochane, nie uwierzycie jak się cieszę! – zawołał gdy tylko ich zobaczył i zarzucił po jednym ramieniu na każdą szyję.
Luna wyściskała i wycałowała Albusa. Całkiem spontanicznie. Kątem oka zobaczyła, że profesor Snape się skrzywił, ale co tam.
Severus miał oczywiście swoje własne zdanie na temat ściskania się, całowania i życzeń. „W życzeniach jest zawsze więcej podtekstu niż tekstu i dlatego ich nie lubię" mawiał.
Natomiast pierwsze, co zrobił Albus, kiedy wrócił do swojego gabinetu, to skontaktował się z hrabim Dragomirescu.
Hrabia westchnął męczeńsko.
– Widzę, że sam będę musiał opowiedzieć ci co się działo, bo Luna wszystkie szczegóły pominie, a
Severus wszystko ukryje. Więc słuchaj uważnie...
Miarka przebrała się, kiedy Lovegood przyprowadziła do hotelu psa.
– Nazywa się Pieszczoch – oznajmiła uroczyście.
– Czy następny będzie słoń, panno Lovegood? – spytał Snape już od progu.
– Ależ pan niemądry, profesorze. Przecież nie zmieściłby się na schodach! – odpowiedź była łagodnie pouczająca, z odcieniem pobłażania, który mógł znaczyć, że Luna wie o pasztecikach, którymi Severus ukradkiem karmił kota.
Luna tymczasem, nieświadoma niczego, obserwowała uważnie jakieś małe robaki pełzające po lampie.
– Oryginalne dziecko, Severusie. – Hrabia spojrzał w jej stronę. Skąd żeś ty ją wziął?
Na konferencję pojechali samochodem. Rozmowy na tylnym siedzeniu były żywe i ciekawe, ale Lunie jednym uchem to wpadało, a drugim wypadało. Prawdę mówiąc pochłaniało ją patrzenie do góry przez przednią szybę. Patrząc na płynące korony drzew Luna doznawała uczucia, że leci. Brakowało jej Severusa. On, mimo, że dokładnie orientowałby się w tematach, byłby tak samo znajomo wyobcowany. Razem z nim bawiłaby się jeszcze lepiej. Ale i tak było niesłychanie przyjemnie.
Znowu to zrobiła. Znowu to on miał ostatnie słowo w ich kłótni, a jednak czuł się podle. Bo Luna po prostu nie odpowiadała na... na to co palnął w złości. I milczeli już od dziesięciu minut.
Ale, kiedy wreszcie ją przeprosił, było już dobrze. Pięknie.
Zatrzymali się naprzeciw siebie, o krok i długo patrzyli sobie w oczy. Powoli wyciągnęli ręce. On musnął palcami jej talię, ona jego policzki. Położył jej ręce na plecach, a ona przeczesała palcami jego włosy. Przysunęli się do siebie, dotknęli brzuchami. On owinął ręce wokół jej pleców i ramion, ona wokół jego szyi. Łzy pociekły po czterech policzkach jednocześnie, wargi musnęły się w krótkim pocałunku, po którym zanurzyli twarze w ramionach i włosach tego drugiego. Niech nic na świecie ich teraz nie rozłącza!
Stanęła jak wryta, kiedy ten mężczyzna wyskoczył przed nią na chodnik. Chwycił jej torebkę i szarpnął, ale uzyskał tylko tyle, że razem z torbą wpadła na niego i ona, i prawie się wszyscy przewrócili.
Szarpali się przez moment, aż wreszcie złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie.
– Silencio! – powiedział na powitanie. Poparzył na nią wymownie, a ona w odpowiedzi zbladła i zmiękła jak twarożek.
Życie moich dzieci i dzieci mojego życia, jak to mówiła pani Pomfrey. Zginęła w walce o Hogwart. Oby tym razem było inaczej. Szkoda, że schowała to do torebki. Szkoda, że w ogóle miała to przy sobie!
Luna podejrzewała to, na co hrabia miał nadzieję, a Nicolas zmuszał się, by uwierzyć... Ślicznie. Skąd on wiedział, że w torebce, swoją drogą?
– No, a teraz pomóż mi pozbierać Severusa – powiedziała możliwie ostro. - Miałby pretensje, gdybym nie dopilnowała...
Severus unosi brwi, jakby nie dowierzał, że i jemu każą brać udział w tych radosnych demonstracjach wolnej woli.
– Okazało się, ze z przyczyn niezależnych trzeba było przesunąć o dwa tygodnie Piątą Doroczną Konferencję Magomedyków, Uzdrowicieli i Mistrzów Eliksirów – rzuca wzruszając ramionami i potrząsając głową. – Pojechałem, wystąpiłem, zdobyłem pierwszą nagrodę.
(z współautorstwem Siostry ;))
Orkiestra grała stare melodie, Lunie jako czarodziejce w większości nieznane, ale Dumbledore wydawał się łączyć każdą z jakimś szczególnym wspomnieniem. Tak jak teraz, gdy przerwał posiłek w połowie i zapatrzony gdzieś w górę stukał do rytmu widelcem o talerz. Luna uśmiechnęła się ciepło. Na dzisiejszy, całkowicie mugolski, wieczór stała się wnuczką Albusa, mieszkającą na pensji w Paryżu. Dziadek, przyjeżdżając w interesach, zabrał ją wieczorem na kolację. Ale tak naprawdę, każdemu kto pytał, opowiadali trochę inną wersję wydarzeń.
Po posiłku Albus z błyskiem w oku poprosił Lunę do tańca i wkrótce wszyscy patrzyli się tylko na nich – wysokiego starszego pana z długą brodą, w drogim, szarym garniturze i młodą kobietę w błękitnej, zwiewnej sukience, o jasnych włosach przystrojonych niebieskim kwiatkiem. Dumbledore wybierał tańce nie za szybkie i romantyczne. Tańczył z ciepłem i galanterią, często pozwalał Lunie obracać się w tańcu i Luna w tych chwilach naprawdę wierzyła, że jest jego kochaną wnuczką. Kiedy wychodzili, a Albus pomagał jej założyć płaszcz, Luna czuła na sobie ciepłe spojrzenia innych gości.
