Rozdział 1
„Pomocna dłoń"
Był piękny letni dzień. Palące słońce powoli chowało się za czubkami drzew, zmierzając ku zachodowi i zwiastując nadejście nocy. Ptaki wzbijały się ku chmurom, przecinając skrzydłami nieskończoną przestrzeń nieba, jednak piękno i spokój natury coś zakłócało…
– Gourry, spadaj to moja ryba! – wykrzykiwała Lina Inverse, rudowłosa mistrzyni arkanów czarnej magii.
Istniało niewiele spraw, które potrafiły Linę wytrącić z równowagi, ale z pewnością do jednej z takich należał wspólny posiłek z Gourry'm. W tej jednej kwestii tych dwoje działało na siebie niczym płachta na byka. Poza tym jednym, małym wyjątkiem Lina i Gourry stanowili świetny duet. Od dnia, kiedy przypadkowo poznali się na szlaku, stali się wręcz nierozłączni, stawiając razem czoła kolejnym przeciwnościom i wspólnie doskonaląc swoje zdolności. Przez te kilka lat Lina zgłębiła tajniki magii niedostępnej zwykłemu śmiertelnikowi, a Gourry, dziedzic legendarnego Miecza Światła, osiągnął perfekcję w sztuce szermierstwa.
– Nic z tego! Ja ją złapałem, więc należy do mnie! – odpowiedział z uśmiechem blondyn, odpychając dziewczynę, która usilnie próbowała wyrwać z jego dłoni ostatnią porcję kolacji.
– Ach, tak? – warknęła czarodziejka, a jej brew drgnęła niebezpiecznie. – Chyba zapominasz, z kim masz do czynienia… – Po chwili w jej dłoni rozbłysło czerwone światło.
– Źródło wszelkiej mocy… szkarłatny płomieniu… – rozpoczęła inkantację dobrze znanego zaklęcia.
– Ach! Lina, daj spokój! – jęknął przerażony Gourry. Orientując się w sytuacji, natychmiast zerwał się z miejsca i podbiegł do pobliskiego strumienia, próbując zapobiec nieuniknionemu, bo Lina choćby z powodu wrodzonej upartości, nigdy nie przerywała raz rozpoczętego zaklęcia. – Masz, masz! Więcej ryb! Wszystkie są twoje! – paplał przerażony i starał się wyłowić kolejne nieszczęśnice z zastawionych wcześniej sieci.
– Udziel się mym dłonią i bądź mi mocą… – kontynuowała czarodziejka. – Fireball! – krzyknęła w końcu z błogim uśmiechem na twarzy. – Dzięki Gourry – dodała, podchodząc do osmolonego blondyna zastygłego w bezruchu i wyciągając z jego dłoni rybę. Oczywiście, moc zaklęcia była dobrana w sposób, który miał jedynie pokazać, kto tu rządzi, a nie wyrządzić realną krzywdę. – Widzisz… nawet się upiekła! – Wyszczerzyła się ironicznie.
– Och, zachowujecie się jak dzieci! Czy wy naprawdę nigdy nie dorośniecie? – podsumowała Amelia, zmuszając się do żartobliwego tonu. Tak naprawdę, wcale nie przeszkadzało jej zachowanie dwójki przyjaciół, do których zdążyła się już dawno temu przyzwyczaić. Czasem wystarczyło po prostu stanąć z boku i przeczekać, o czym dobrze wiedziała.
Amelia poznała Linę i Gourry'ego niedługo po tym, kiedy tych dwoje trafiło na siebie, a kolejny przypadek połączył ich wspólne drogi. Z początku Amelii imponowały umiejętności Liny, sama będąc czarodziejką, chciałaby kiedyś osiągnąć taki poziom mocy. Jednak, w przeciwieństwie do Liny, Amelia specjalizowała się w białej magii i miała zdecydowanie większe poczucie moralności, co zapewne było naturalne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Amelia, jako księżniczka stolicy białej magii Saillune, od zawsze wychowywana była w duchu dobroci i sprawiedliwości.
Ostatecznie Amelia postanowiła postąpić jak zwykle i po prostu nie wtrącać się w kłótnię przyjaciół, a kątem oka spoglądała na kogoś innego…
Zelgadis siedział nad brzegiem strumienia i wpatrywał się we własne odbicie. Obraz zniekształcił się trochę przez ten cały połów, a na wodzie utworzyły się kręgi. Amelia dobrze wiedziała, o czym chimera… nie, nie chimera…o czym Zelgadis myśli. Wiedziała, że znowu są to myśli związane z powrotem do normalnego ciała i zdjęciem klątwy. Obsesyjne szukanie lekarstwa. Jednak nie mogła zrozumieć, po co? Przecież Zelgadisowi nie było potrzebne żadne lekarstwo, przynajmniej według Amelii, jednak nie miała w sobie dość odwagi, aby mu o tym powiedzieć. Już dawno postanowiła, że jedyne, co może zrobić to być przy nim i towarzyszyć w tej żmudnej podróży po lek. Miała nadzieję, że może wtedy, gdy przestanie się koncentrować tylko na swoim wyglądzie, to może… może wtedy?
Zelgadis zwykle chodził własnymi ścieżkami, przeważnie podróżował wraz z Liną, Gourry'm i Amelią, choć zdarzało się, że potrafił zniknąć na kilka tygodni, nikogo nie informując i nie mówiąc, co właściwie robił przez ten czas. Pozostali mieli oczywiście swoje domysły, że i te zniknięcia musiały mieć związek z poszukiwaniem sposobu na zdjęcie klątwy. W wieku piętnastu lat, za sprawą potężnego zaklęcia, Zelgadis został przemieniony w chimerę. Aktualnie stanowił mieszaninę człowieka, golema i demona, co oczywiście było widoczne w jego nietypowym wyglądzie, twardej, błękitnej skórze przypominającej kamień, szpiczastych uszach i nienaturalnie białych włosach. Dodatkowo Zelgadis zyskał niesamowity refleks, siłę, szybkość, co w połączeniu z już doskonałymi umiejętnościami magicznymi i szermierczymi czyniło go praktycznie maszyną do zabijania wrogów.
Nikt z obecnej czwórki przyjaciół nie mógł nawet przypuszczać, że to właśnie obsesja Zelgadisa ostatecznie doprowadzi do tragedii. Póki co, mogli cieszyć się prawdopodobnie jednym z ostatnich beztroskich wieczorów.
– Zel! – zawołała Lina. – Zel! Chodź, trzeba rozbijać obóz! Ściemnia się już!
Kiedy Zelgadis się odwrócił, Amelia szybko wbiła wzrok w ziemię, rumieniąc się i mając nadzieję, że jej nie zauważył. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że cały czas intensywnie się w niego wpatrywała. Pomimo jej chwilowych obaw, Zelgadis minął ją zupełnie obojętny. Biorąc głęboki wdech, Amelia w końcu zebrała się w sobie i wyciszając własne emocje, w milczeniu ruszyła za nim. Muszą rozbić obóz, nim się ściemni.
Reszta wieczoru upłynęła spokojnie. Kiedy rozbili obóz i rozpalili ognisko, nie obeszło się bez drobnych sprzeczek pomiędzy Liną i Gourry'm, natomiast Zelgadis siedział jak zwykle cicho i widać było, że myślami był gdzieś zupełnie daleko. Amelia od czasu do czasu spoglądała na niego, a przez resztę pilnowała Liny, by ta nie walnęła w biednego Gourry'ego jakimś zaklęciem i przy okazji nie spaliła połowy lasu.
„Wieczór jak każdy inny" - westchnęła w myślach Amelia.
– Lina, opowiedz nam jakąś historię – zaproponował ostatecznie Gourry, ogrzewając dłonie nad ogniem.
– Historię? Gourry, ale po co? W końcu i tak nie zrozumiesz – odpowiedziała złośliwie, puszczając jednocześnie oko.
– Och, panno Lino, mogłaby pani okazywać więcej szacunku panu Gourry'emu… – ripostowała Amelia, ale na widok miny przyjaciółki szybko zamilkła.
– Ech, jak chcecie... Może o hierarchii naszego świata? Ostatnio czytałam trochę na ten temat… Myślę, że Gourry jak zwykle nie ma o niczym pojęcia albo zapomniał – stwierdziła, uśmiechając się do siebie Lina. – Hmm… tylko od czego zacząć? – zastanawiała się chwilę. – Dobrze już wiem! – zawołała entuzjastycznie. – A więc… Na początku było tylko Morze Chaosu. Nikt nie wie dokładnie, czy nawet orientacyjnie, kiedy i jak powstało. Jednak my już wiemy, że jest to istota – Pani Koszmarów. Z niej wyłoniły się cztery oddzielne filary. Jednym z nich jest właśnie nasz świat. Wiedzę na temat pozostałych mamy bardzo ograniczoną. Każdemu filarowi został przyporządkowany Boski Władca, jak i Demoniczny Lord. By zachować równowagę. Władca miał chronić świat, a Lord oczywiście przejąć nad nim władzę. Poza tym tworzą oni swoich sługusów, różne stworzenia, demony… – zaczęła wyliczać z przejęciem, jednak ciche chrapnięcie niespodziewanie przerwało miarowy monolog. – Gourry, ty ptasi móżdżku, jak mogłeś zasnąć podczas mojej wypowiedzi! – krzyknęła, jednocześnie szturchając go nogą.
– Ale za co…? – zajęczał, otwierając oczy.
– Idiota – warknęła pod nosem Lina i pokręciła głową z rezygnacją. – Po co ja w ogóle próbuję… – Mamrotała jeszcze przez chwilę niezadowolona. – Dobra kochani, chyba czas iść spać – podsumowała w końcu i jak gdyby nigdy nic, zwróciła się w stronę prowizorycznego posłania.
Gourry także wstał, skinieniem głowy pożegnał Amelię i Zelgadisa, po czym sam położył się nieopodal paleniska.
Siedzieli długo w milczeniu, a cisza między nimi stawała się coraz bardziej krępująca. Amelia wpatrywała się w ognisko z zaciętą miną. Języki ognia drażniły się nawzajem
i wydawałoby się, że grają w jakąś dziwną, niezbadaną nikomu grę. Zelgadis natomiast, patrzył w ciemność między drzewami, próbując wzrokiem przebić jej głębie i rozmyślał o czymś intensywnie.
– Nie musi pan… – odchrząknęła cicho dziewczyna, a zaskoczony Zelgadis skierował na nią wzrok.
– Czego nie muszę? – Amelia zarumieniła się, na myśl, że jednak czasem ją zauważał.
– Nie musi pan szukać lekarstwa… – Jego usta skrzywiły się nieznacznie na tę odpowiedź.
– Nic nie rozumiesz – uciął krótko.
Nie powiedział jej nic złego, nie obraził jej, a jednak… Amelia poczuła się urażona. A mogła przecież nic nie mówić i po prostu cieszyć się jego towarzystwem. Przełknęła głośno ślinę, a razem z nią gorycz usłyszanych słów.
– Pójdę poszukać więcej drewna do ogniska, bo ogień powoli dogasa – powiedziała nerwowo, próbując zmienić temat, jednak chłopak zdawał się już wcale jej nie słuchać.
„Głupia!" – myślała zirytowana Amelia. „Jak w ogóle mogłam kiedykolwiek pomyśleć, że ja i on…? Znamy się już trzy lata! A w ciągu tych trzech lat? Nic!"
Szła tak, oddalając się od obozowiska, nie patrząc nawet gdzie i w duchu przeklinając samą siebie, kiedy nagle usłyszała za sobą odgłos łamanych gałęzi. Ktoś lub coś zmierzało w jej stronę. Niepokój, który ją ogarnął był wręcz nienaturalny, wiedziała, że równie dobrze mogło być to po prostu jakieś zwierzę, jednak intuicja podpowiadała, że to coś znacznie gorszego…
Z narastającym lękiem stwierdziła, że kroki stają się coraz głośniejsze. Z całej siły zacisnęła pięści, by powstrzymać ich drżenie, a ból brutalnie, ale skutecznie przywracał świadomość. Świadomość, która usilnie starała się ją opuścić. Coś było poważnie nie tak… Na ułamek sekundy czas zwolnił, dłużył się w nieskończoność. Mogłaby przysiąc, że na karku poczuła lodowaty, bezcielesny dotyk. Granice, które mogła znieść, zostały właśnie przekroczone. Puściła się biegiem przez las.
– Pomocy! – krzyknęła ostatkiem, chwytając powietrze w płuca, które zdawało się je rozrywać.
Nie zważając na to, w jakim kierunku biegnie, najszybciej jak potrafiła, przedzierała się przez leśne zarośla. Nie była teraz w stanie myśleć o rzucaniu zaklęć. Nie wiedziała skąd, ale podświadomie czuła, wiedziała, że nie miałaby żadnych szans z siłą czającą się w leśnej ciemności… Nagle potknęła się o jeden z wystających korzeni i upadła. Kiedy podniosła wzrok, z ziemi dostrzegła sylwetkę stojącą nad nią…
Długie, czarne włosy przeplatały się z ciemnością i ginęły w niej. Szata powiewająca na wietrze zakłócała niezmąconą ciszę lasu. Rubinowe oczy, czerwieńsze nawet niż u samej Liny Inverse, wpatrywały się w Amelię. Zupełnie jak krew, niby ciepłe, a jednak zawierające w sobie jakąś grozę i chłód. Wysoka, szczupła postać rozsiewała wokół potężną aurę.
– K-kim jesteś? – wykrztusiła w końcu przerażona Amelia, nadal przyglądając się tajemniczej postaci.
– Jestem twoim zbawieniem – odrzekł z uśmiechem. – Zwą mnie Kazuki.
– Kazuki? – Amelia nie zdążyła zapytać już o nic więcej, widziała, jak w tym samym momencie mężczyzna nachylił się w jej kierunku. Poczuła lekkie dotknięcie, po czym straciła przytomność.
Amelia czuła się okropnie. Przez chwilę miała nawet wrażenie, że boli ją więcej części ciała, niż w ogóle posiadała. Spróbowała otworzyć oczy, jednak zaraz tego pożałowała, światło było zbyt jasne. Co się z nią stało? Spróbowała się poruszyć, ale coś krępowało jej ruchy. Ktoś trzymał ją w ramionach, niósł. Kto? Ponownie spróbowała otworzyć oczy, tym razem wolniej. Po chwili oczy przyzwyczaiły się do światła rzucanego przez zaklęcie. Otworzyła je szerzej
i spojrzała w kierunku trzymającej ją osoby. Od razu rozpoznała…
– Panie Zelgadis? – zapytała cicho. Zelgadis był naprawdę zdenerwowany i… przestraszony?
– Amelia! – wykrzyknął, a na jego twarzy dało się dostrzec zarys ulgi. – Ale mnie nastraszyłaś… – powiedział już spokojniej i mocniej przytulił ją do siebie.
Amelia była trochę zmieszana jego zachowaniem i poczuła, że mimowolnie się czerwieni. Owszem, ich relacje do tej pory były dość dobre, potrafili spędzać wspólnie czas, nieraz znajdywali ciekawy temat do dyskusji, jednak wszelkie gesty bliskości za każdym razem sprawiały, że czuła się speszona. Wiedziała, że to ona wyobraża sobie zawsze więcej, niż sam Zelgadis ma na myśli. Westchnęła zmęczona.
– Co się stało? – zapytała w końcu i spróbowała zapanować nad głosem, co było trudne, czując silne ramiona wokół.
– To ja chciałem o to zapytać – odpowiedział poważnie. – Powiedziałaś, że idziesz nazbierać drewna, ale długo nie wracałaś. Zacząłem się niepokoić, a wtedy usłyszałem twój krzyk. Zerwałem się natychmiast i pobiegłem cię szukać, a kiedy w końcu cię znalazłem, byłaś z tym facetem… – Wskazał głową na kogoś za swoimi plecami. – Chciałbym wiedzieć, co się stało? Byłaś nieprzytomna…
– Szanowny panie, nie sądzę, aby księżniczka pamiętała, co się wydarzyło. – Amelia spojrzała na nieznajomego, który wyłonił się zza pleców Zelgadisa i zbladła. – Kiedy ją znalazłem, była zupełnie przerażona, mogła przeżyć szok – powiedział z ciepłym, zmartwionym uśmiechem czarnowłosy. – Może ja wyjaśnię? – Zelgadis niepewnie przytaknął. – Więc tak jak mówiłem… Podróżuję tędy, miałem niedaleko swój obóz i nagle usłyszałem z lasu krzyk. Postanowiłem sprawdzić, czy coś się stało. Chwilę później odnalazłem księżniczkę. Od razu ją poznałem, ponieważ kiedyś mieszkałem w jej mieście. Postanowiłem pomóc, ale gdy się do niej nachyliłem, straciła przytomność. Resztę pan już zna…
– Amelio? – zapytał Zelgadis, oczekując potwierdzenia słów nieznajomego.
– Ja-a… nie pamiętam – przyznała wreszcie ze skwaszoną miną.
Amelia naprawdę starała się sobie przypomnieć, ale… nie mogła. Pamiętała, że biegła przed siebie i bała się czegoś. Później wpadła na kogoś… tak, to chyba nawet był ten mężczyzna. Zdaje się, że mówił coś o zbawieniu? I zaraz, zaraz, jak on miał na imię?
– Kazuki. – Zelgadis spojrzał na niego pytająco. – Mam na imię Kazuki – powiedział z uśmiechem. – Zapomniałem się wcześniej przedstawić przez to całe zamieszanie.
Tak, to był Kazuki! Chociaż ten mężczyzna wcale nie wyglądał groźnie, nawet wręcz przeciwnie, był urzekający… Miała wrażenie, że nie mógłby zrobić jej nic złego, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że będąc w lesie, wyczuła coś niesamowicie złego…
Po kilkuminutowej wędrówce dotarli do obozu. Lina i Gourry smacznie spali, niczego nieświadomi. Zelgadis położył Amelię na swojej pelerynie nieopodal ogniska, po czym obudził śpiącą dwójkę.
– Hej, hej Zel zwariowałeś! – wykrzykiwała wyrwana ze snu Lina. – Jest środek nocy! Zabieraj te łapy, chyba że chcesz oberwać!
– Co jest? – ziewnął nieprzytomnie Gourry.
– Mamy gościa – odpowiedział Zelgadis, po czym wyjaśnił całą sytuację swoim zwykłym, beznamiętnym tonem, starając się jednocześnie, aby mężczyzna ich nie usłyszał.
– To, co z nim robimy? Coś mi się wydaje, że kręci – powiedziała konspiracyjnym szeptem Lina.
– Możliwe, ale nie mamy na to żadnego dowodu. Amelia nic nie pamięta, może faktycznie chciał jej tylko pomóc? Tylko dlaczego wygląda jak po ciężkiej bitwie? – zamyślił się na głos Zelgadis.
– Zel, nie ma co się martwić, przecież nie musimy zabierać go ze sobą w dalszą drogę. – Ruda uśmiechnęła się pocieszająco. Wiedziała, że Zel martwi się o Amelię, mimo że mag zwykle nie okazywał otwarcie własnych emocji.
Zelgadis i Lina dyskutowali jeszcze przez chwilę, kiedy niespodziewany głos przerwał ich rozmowę:
– Myślę, że mogę wam pomóc – wtrącił Kazuki, stojąc koło Gourry'ego, który nie wiedzieć, kiedy do niego dołączył. – Ten miły młodzieniec wyjawił mi cel waszej podróży i myślę, że wiem, jak pomóc…
...
Ogień w palenisku powoli przegrywał walkę z ciemnością, jedynie światło zaklęcia wydobywało z mroku zamyślonych wędrowców. Lina i Gourry wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, natomiast Zelgadis wpatrywał się w nieznajomego ze swoim zwykłym, spokojnym wyrazem twarzy, jednak tak naprawdę czuł się rozerwany wewnętrznie. To nie była łatwa decyzja. Nie, zwłaszcza dla niego.
Czuł jak jego własne myśli i emocje rozsadzają go od środka. Z jednej strony, ten nieznajomy proponuje mu to, czego od zawsze pragnął, czego poszukiwał. W końcu mógłby być ponownie normalnym. Nie musiałby ukrywać twarzy za każdym razem, kiedy wchodzą, do któregoś z miast. Nie musiałby wstydzić się swojego wyglądu i nienawidzić siebie. Czy wreszcie przestałby nienawidzić siebie? Czy to tak naprawdę chodziło tylko o wygląd? I czy było to tym, czego od zawsze poszukiwał?
Amelia… nie może narażać Amelii na niebezpieczeństwo. Ten mężczyzna może być oszustem, może chcieć ją skrzywdzić! Może to przez niego była taka wyczerpana i osłabiona? Tylko, co mógł jej zrobić… Z drugiej strony… co, jeśli to jednak nie jego sprawka? Co, jeśli jest uczciwy i ma dobre zamiary? Nie może pozwolić, aby szansa jego życia przeszła mu koło nosa… Co miał zrobić? Dlaczego musiał wybierać? Przyjaciel czy wróg?
– Skąd mamy wiedzieć, że mówisz prawdę? – Walkę Zelgadisa z samym sobą przerwał w końcu głos Liny.
– Nie musicie mi wierzyć. Chcę tylko pomóc, to wasza sprawa czy skorzystacie z mojej propozycji – wyjaśnił, sprawiając, że Zelgadis musiał w duchu przyznać mu rację.
– Hmm… – zamyśliła się ruda. – Dobrze… – powiedziała po chwili – więc powiedz nam, jak zamierzasz nam pomóc? Skąd znasz sposób na przywrócenie chimery do ludzkiego ciała?
– Słyszeliście kiedykolwiek o Świątyni Chaosu? – odpowiedział z dziwnym uśmiechem.
– Świątynia Chaosu? – zamyślił się Gourry. – A mają tam coś do jedzenia?
– Gourry, imbecylu! – Lina spojrzała na niego wściekle.
– Ale Lina! Przecież ty też nie wiesz, co to jest! – Gourry miał rację, Lina nie wiedziała.
– Co to za miejsce? – pytanie Zelgadisa przerwało sprzeczkę.
– Świątynia Chaosu to legendarne miejsce! Aż dziwne, że nigdy o nim nic nie słyszeliście. W tej świątyni znajduje się Księga Chaosu. Księga zawiera całą wiedzę Władcy Koszmarów. Została spisana zaraz po stworzeniu przez niego czterech filarów. Jak wiecie, wiedza Władcy Koszmarów to wiedza nieskończona. Z pewnością rozwiązanie tego problemu i zdjęcie klątwy to drobnostka, kiedy posiada się coś takiego – wyjaśnił pewnie Kazuki.
– Tak! Oczywiście! – wykrzyknęła uradowana Lina. – Skoro byłeś tak miły, by wyjawić nam tajemnice tego miejsca, to możemy teraz spokojnie się do niego udać. Sami. – Mrugnęła porozumiewawczo do Zela. Już zaczęli zwijać swoje manatki, by odejść w inną stronę, kiedy nagły głos przerwał im pakowanie:
– A czy wiecie, gdzie to jest? – zapytał z uprzejmą ciekawością Kazuki.
– Hmm… sam powiedziałeś, że to legendarne miejsce, więc na pewno ktoś wie, gdzie to jest
– powiedział Gourry, robiąc myślącą minę.
– Właśnie! Skoro nawet Gourry na to wpadł, to jest to bardzo oczywiste!
– Myślicie, że jeśli faktycznie tak łatwo byłoby się tam dostać to ta księga nadal by tam była? – Szyderczy uśmiech wpełzł na twarz Kazuki'ego. To pytanie zgasiło zapał wszystkich. Miał rację. Znowu.
– Wychodzi na to, że jednak jesteście na mnie skazani, jeśli chcecie się tam dostać.
– A ty skąd wiesz? – dociekał Zelgadis.
– Powiedzmy, że mam swoje źródła.
– I dlaczego właściwie chcesz nam pomóc? – Lina skrzyżowała ramiona na piersi i sceptycznie przyglądała się mężczyźnie, próbując ocenić jego intencje.
– Mówiłem wcześniej, że mieszkałem w Saillune. Zapamiętałem to miejsce jako niezwykle dobre, mam wiele pięknych wspomnień z tego czasu, jak więc mógłbym odmówić pomocy przyjaciołom księżniczki Amelii? – stwierdził retorycznie.
Przyjaciel czy wróg? Zelgadis wciąż nie mógł zdecydować.
– Nigdzie z tobą nie pójdziemy – ogłosił wreszcie chimera, po długiej ciszy.
– Zel… – Lina spojrzała na niego współczująco, ale i z podziwem. Jak ciężka musiała być taka decyzja?
– Nieprawda. Pan Zelgadis nie wie, co mówi – powiedziała Amelia, wchodząc w obręb rzuconego światła. – Panie Kazuki… idziemy z panem! – powiedziała, uśmiechając się jednocześnie do Zelgadisa, który spojrzał na nią z wielkim zdziwieniem.
– Doskonale! W takim razie jutro z samego rana wyruszamy! – wykrzyknął entuzjastycznie Kazuki.
