Poczuł uścisk i podniósł głowę z jej kolan. Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Była piata rano. „Widocznie Carson zapomniał o nim, albo nie chciał go budzić." Mężczyzna przeniósł swój wzrok na nią, Elizabeth nie spała. Była blada, jednak słabo się uśmiechała w jego stronę.
-Hej.- wyszeptała.
-Hej.- John przetarł oczy, po czym wstał z krzesła rozprostowując nogi. Podszedł do niej i pocałował w czoło- Jak się czujesz?
-Dobrze.- skłamała. Wcale nie czułą się dobrze. Było jej słabo, w dodatku nie potrafiła się ruszyć, jej mięśnie były obolałe. Do tego jeszcze poczuła ognisty ból w okolicach pępka. Podniosła rękę i delikatnie położyła ją na brzuchu.
-Zostałaś postrzelona. Beckett wyciągnął kulę, ale straciłaś dużo krwi.- odpowiedział John. Elizabeth nieudolnie próbowała się podciągnąć na łóżku, aby zająć bardziej komfortową pozycję. Spowodowało to nasilenie bólu brzucha. Kobieta zmrużyła powieki i zmarszczyła nos. Tymczasem do pokoju wszedł Carson.
-Dzień dobry moja droga.- uprzejmie powitał ją doktor, a następnie podszedł do aparatury, do której była podłączona.- Jak się czujesz?
-Przeżyję, chyba.- uśmiechnęła się. Beckett sprawdził jej wyniki, a następnie odwrócił się do Johna.
-Pułkowniku zostawi nas pan samych. Myślę, że przydałby się panu prysznic, a ja chcę porozmawiać z Elizabeth na osobności.- odparł. John skrzywił się.- Mam zrobić z tego rozkaz lekarski!
-No dobrze. Wrócę za godzinę.
-Nie! Mówiłem już, że ta pacjentka nie przyjmuje gości do odwołania. Musi wypoczywać!- Carson zrobił dość poważną minę. Sheppard nie chciał się sprzeczać z lekarzem. Wiedział, że Beckett ma rację. Odpuścił. Uśmiechnął się do Elizabeth życząc jej szybkiego powrotu do zdrowia, a następnie udał się do swojej kwatery. Doktor Beckett upewnił się, że ambulatorium jest puste, następnie usiadł przy dr Weir.- A teraz powiedz mi jak się naprawdę czujesz. Nie uwierzę, że dobrze! Pamiętaj, że jeśli będziesz mnie okłamywać nie wypuszczę cię stąd tak szybko.
-Ok.- spuściła wzrok.- Słabo mi i wszystko mnie boli.
-Nic dziwnego, straciłaś dużo krwi, a rana pooperacyjna jest dość świeża. Potrzeba czasu, żeby się zagoiła. I tak jestem zdziwiony, że tak szybko wracasz do sił.- uśmiechnął się.- Podam ci coś na ból. Za dwa, trzy dni nie będziesz go odczuwać.- odparł wstając. Okrążył łóżku udając się do drugiej sali. Przy wyjściu zatrzymał go cichy głos Elizabeth.
-Czy… Carson… czy…- nie umiała wydusić z siebie słowa. Położyła dłonie na brzuchu. Carson nie musiał usłyszeć tego z jej ust, wiedział o co chciała zapytać. Westchnął. Opuścił głowę. Musiał to zrobić, zasługiwała na prawdę. Zmusił siebie, aby spojrzeć jej w oczy.
-Bardzo mi przykro kochana. Nie udało nam się go uratować.- odparł. Poczuł jej ból, jej stratę. Usunął się do drugiego pomieszczenia w całkowitej ciszy. Nie znał słów, które mogły ja pocieszyć. Usłyszał tylko jej płacz.
To był jeden z tych dni, kiedy pękała jej głowa. Skończyła czytać raporty, udało jej się nawet przetłumaczyć tekst z artefaktu, który wcześniej przyniósł jej Rodney. Wyłączyła komputer, a następnie opuściła biuro. Weszła do pomieszczenia kontrolnego wrót i oznajmiła technikom, że wybiera się do Carsona. Skierowała się do najbliższego transportera, wtedy usłyszała za sobą głos. Odwróciła się. Przed nią stał dr Zelenka z tabletem w ręce.
-Dr Weir. Musi pani to zobaczyć.
-Słucham cię Radek.- odpowiedziała przybierając rolę przywódcy ekspedycji, zawsze spokojnej i opanowanej dr Weir, a nie zmęczonej kobiety z okropna migrena, którą teraz była.
-Skalkulowaliśmy potrzebne obliczenia, aby uruchomić najnowszą konsolę, którą znaleźliśmy…- tłumaczył Zelenka, jednak Elizabeth nie potrafiła się skupić na jego wypowiedzieli. Jej głowa pękała z bólu. Podniosła prawą dłoń do skroni i rozmasowała je. Czech pokazał jej jakieś obliczenia i wykresy na swoim przenośnym komputerze.-Dzięki tej konsoli będziemy w stanie…
-Dr Weir do sali wrót. – rozległ się głos w jej słuchawce.
-Przepraszam cię Radek, załatwimy to później.- odparła, a następnie dotknęła słuchawki kierując swoje słowa do niej.- Co się dzieje?
-Mamy tunel przychodzący.
-Już idę.- odparła i powrotem skierowała się do pomieszczenia kontrolnego wrót. Kilka sekund później była na miejscu. Stanęła przy Chucku.
-Otrzymuję kod.- odparł jeden z techników, a następnie dodał.- To pułkownik Sheppard.
-Wreszcie.- uśmiechnęła się. John i jego drużyna jak zwykle się spóźniali, wprawdzie tylko kilka minut, ale zaczynała się o nich martwić.- Opuścić osłonę.
Wydała rozkaz technikom, a sama powoli zaczęła schodzić ze schodów, by osobiście przywitać przyjaciół. Kiedy stanęła u podnóża schodów delikatnie się uśmiechnęła. Zrobiła krok w przód.
Elizabeth powoli otworzyła oczy. Była w ambulatorium, jej głowa nadal niemiłosiernie pękała z bólu. Przy niej stał Carson. Powoli podniosła się, jednak doktor kazał jej się położyć.
- Co się stało?- zapytała, podczas, gdy Carson mierzył jej ciśnienie.
-Zemdlałaś przy wrotach. Jak się czujesz?
-Dobrze. Chociaż nadal pęka mi głowa.
-Kiedy ostatni raz spałaś?- zapytał Carson spoglądając na wyniki.- I jadłaś?
-Wczoraj.- odpowiedziała i spojrzała na doktora, nie był zbytnio przekonany tą odpowiedzią.- No dobrze przed wczoraj.
-Elizabeth musisz o siebie dbać. Miałaś wypoczywać i stanowczo mniej pracować.
-Carson, ale jest tyle rzeczy do zrobienia, ja…
-Moja droga, praca zaczeka, będzie na biurku następnego dnia.- przerwał jej doktor.- Nie możesz całej nocy spędzać przy papierach. Twój organizm potrzebuje odpoczynku i pokarmu. Zwłaszcza teraz.- uśmiechnął się do niej i chwycił za rękę.
-Słucham?- przekręciła głowę i uniosła prawą brew.- Co oznacza zwłaszcza teraz?
-Przeprowadziłem parę testów. Wykazały, że jesteś w 2-3 tygodniu ciąży.- wyrzekł swoim słodkim akcentem i uśmiechnął się do kobiety, siadając na krawędzi jej łóżka.- Czy on… on jest ojcem?- zapytał. Carson był lekarzem, ale potrafił dobrze obserwować. Elizabeth nie miała wątpliwości, że jej przyjaciel zna jej tajemnicę.
-Carson nie mów mu dobrze.- powiedziała zatrzymując go w drzwiach.
- Twój sekret jest bezpieczny. Prześpij się trochę, potrzebujesz snu. Porozmawiamy potem.- odparł i wyszedł zostawiając ja samą. Elizabeth osunęła się w dół lóżka, następnie przewróciła na lewy bok. Powoli przesunęła swoją rękę w dół brzucha. Zrobiła to tak delikatnie, iż praktycznie ledwo dotykała swojej skóry. Położyła rękę na brzuchu i przesunęła po nim kciuk. Była w ciąży. Nie mogła w to uwierzyć. Teraz, kiedy walczyli z Wraith, kiedy była w innej galaktyce. To nie była odpowiednia chwila. Nie wiedziała nawet czy on chce tego dziecka, nie wiedziała nawet czy on żywi do niej jakieś uczucia. Nie chciała o tym myśleć. Jej głowa nadal pękała z bólu, podczas gdy jej ciało zaczęło się odprężać pod ciepłą kołdrą. Ułożyła się wygodnie i przygotowała do snu, który nadszedł krótko po tym jak zamknęła oczy.
Obudziła się w swojej kwaterze. Znowu miała ten sen. Śnił jej się dzień, w którym dowiedziała się, że spodziewa się dziecka. Dzień, który miał miejsce przeszło trzy tygodnie temu. Elizabeth przetarła powieki, po czym powoli wstała siadając na łóżku. Carson wypisał ją przed wczoraj. Minął tydzień od operacji. Jej rana powoli się goiła, czasami jeszcze odczuwała lekki ból. Odgarnęła włosy do tyłu, a następnie oświeciła lampkę, która rozświetliła mrok pokoju spowodowany zaślepieniem okna ciemną zasłoną. Chwyciła leżący na szafce zegarek, który kiedyś należał do jej ojca, a który matka podarowała jej przed podróżą. Sprawdziła godzinę. Było grubo po czternastej. Odłożyła go na miejsce, po czym z powrotem położyła się do łóżka. Nie chciała nigdzie wychodzić, nie chciała nikogo widzieć, a zwłaszcza Johna. Skuliła się w kłębek i przytuliła się do mokrej od łez poduszki. Nie umiała sobie poradzić z tą stratą. Fakt, kiedy dowiedziała się o ciąży, nie była pewna czy chce tego dziecka, nie byłą pewna, czy to odpowiedni moment, czy da sobie radę i najważniejsze, czy John będzie chciał zostać ojcem. Teraz to było nie ważne. Dziecko nie żyło. A jej przyszło uporać się z jego stratą. Była w tym całkowicie osamotniona. Łzy spłynęły jej po policzku. Nie czuła nic, jej ciało i umysł przeszywał tylko ból oraz pustka.
John podszedł do stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele. Położył tacę z jedzeniem na stole, a następnie usiadł na wolnym miejscu. Rodney nadal się do niego nie odzywał, a on nie miał ochoty prowokować kłótni. Chwycił o ręki sztućce i rozpoczął swój lunch.
-Pułkownik Sheppard do sali odpraw.- usłyszał głos w swoim radiu i zaklął pod nosem. „Nawet nie pozwolą człowiekowi zjeść!"
-Co się dzieje?- odparł.
-Drużyna naukowców czeka na odprawę. Chodzi o…
-Dlaczego dr Weir się ty nie zajmie?- przerwał mu głos niezbyt zadowolonego pułkownika.
-Nie potrafimy się z nią skontaktować, sir.
-Już idę.- odpowiedział, następnie chwycił tacę z lunchem i udał się do transportera. Kilka minut później wszedł do pomieszczenia kontrolnego wrót.- Uruchomcie sensory. Niech sprawdzą kwaterę dr Weir. Jak ją znajdziecie powiadomcie mnie, będę w sali odpraw.
„Cokolwiek się stanie, musisz być silna Liz. Nie możesz okazywać lęku i słabości. Podczas negocjacji to może cię zniszczyć. Nigdy nie pokazuj swojemu wrogowi uczuć, bo on może to wykorzystać przeciwko tobie. Pamiętaj o tym, zawsze. Nie ważne co się stanie, musisz być silna!" słowa jej ojca rozbrzmiały w jej głowie. Kobieta otworzyła swoje spuchnięte od płaczu oczy i spojrzała przed siebie. Nie pamiętała dokładnie dnia, w którym jej to powiedział. Wspomnienie było zamglone. Miała wtedy może siedem lub osiem lat. Wtedy rozmawiała z ojcem po raz ostatni. To wtedy postanowiła, że pójdzie w jego ślady, zostanie negocjatorem, dyplomatą. Wspomnienie z dzieciństwa, zamglona twarz jej zmarłego ojca zmusiła ją do wstania z łóżka.
„Jestem szefową ekspedycji. Miasto powinno być na pierwszym miejscu. Moje personalne odczucia nie mogą mi przeszkadzać w pracy. Poradzę sobie… będę silna!" Elizabeth usiadła, otarła łzy. Powoli wstała. Owinęła się leżącym na łóżku kocem, a następnie weszła do łazienki. Spojrzała w lustro. Wyglądała i czuła się okropnie. Przemyła twarz zimną woda, a następnie chwyciła leżące na małej szafeczce kosmetyki. Zrobiła pełny makijaż twarzy, aby ukryć męczenie. Odwróciła się na pięcie, skierowała do szafy. Wyciągnęła czystą bieliznę oraz czarny sweterek. Przebrała się.
John siedział w sali odpraw i próbował przynajmniej udawać , że słuchać naukowców, którzy wcześniej wrócili z M2A 162. Nie był zbyt zainteresowany paprotkami i kwiatkami, które dawno wyginęły na ziemi, a tam rozwijały się w trudnych warunkach klimatycznych. Jego wzrok wędrował po nagich ramionach ich najnowszego nabytku. Nowej pani botanik, która przybyła około trzech tygodni temu na Dedalu. Nie potrafił przypomnieć sobie jej imienia. „ Ines… nie chyba Isabell..Isa… Isa… Clarysa… tak na pewno nazywała się …"
-Mówił pan coś pułkowniku?- odezwała się trzepocząc w jego stronę rzęsami. „Chwila, czy ona ze mną flirtuje?" spojrzał na nią. Długie, gęste czarne włosy, latynoska karnacja, brązowe oczy, pełne malinowe usta i najdłuższe nogi jakie kiedykolwiek widział. Nie żeby jakoś go specjalnie pociągała. Była ładna, nawet bardo, ale przy Elizabeth była jedną z tych dziewczyn, które samotnie stoją pod ścianą na balu maturalnym i czekają, aż jakiś chłopak poderwie je do tańca. „ Tak, definitywnie ona ze mną flirtuje!" uśmiechnął się do niej. „ A ja nie mam nic przeciwko adoracji ze strony pięknej kobiety!"
-Jesteście wolni.- odparł i spoglądał jak naukowcy wychodzą z pomieszczenia.- Clarysa?- zawołał latynoską panią doktor. Zatrzymała się przy wyjściu i spoglądnęła na pułkownika. - Co powiesz na lunch?
Elizabeth siedziała w swoim biurze. Nie miała dużo pracy. John pod jej nieobecność wykonał całą zaległą robotę papierkową. Uśmiechnęła się na myśl o Johnie, chociaż nadal nie była pewna, czy jest w stanie się z nim spotkać. Kochała go, bez wątpienia, ale nie mogła spojrzeć mu w oczy i powiedzieć prawdę. Powiedzieć, że straciła ich dziecko zanim zdążyła wyznać mu, że będzie ojcem. Nie wiedziała jak zareaguje, nie wiedziała przecież, czy chciałby być ojcem. Nie wiedziała nawet czy mu na niej zależy, czy chodzi tyko o seks. Rozglądnęła się po biurze. „Może i John wykonał robotę papierkową, ale przede mną napisanie raportu dla IOA. Tak, to trochę zajmie. Może zacznę od… od kawy." Wstała, opuściła swoje biuro i udała się do transportera. Weszła do stołówki. Podeszłą do ekspresu z kawą i nalała sobie pełen kubek ulubionego napoju, następnie skierowała się do transportera. Przeszła kilka kroków, kiedy usłyszała znajomy głos. Znajomy śmiech. „John." Odwróciła się i zobaczyła swojego drugo dowodzącego razem z ciemnowłosą latynoską. Byli wyraźnie zadowoleni ze swojego towarzystwa. John coś jej opowiadał. Ona zalotnie się do niego uśmiechała. Elizabeth poczuła jak skacze jej ciśnienie. Widok Johna, jej Johna z inną kobieta przypawał ją o mdłości. Latynoska położyła swoją dłoń na jego ręce, a on ścisnął ją, a potem dotknął swoimi wargami. Elizabeth poczuła ukłucie bólu. Jej oczy napełniły się łzami. „ O nie! Nie będę płakać, nie przed nimi wszystkimi, nie przed nim. Jestem silna!" Odwróciła się i wpadła na Rodney'a o mało nie oblewając go kawą.
-Elizabeth.- uśmiechnął się do niej.- Jak się czujesz?- zapytał i przyjrzał się przyjaciółce. Nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. „ Chwila czy to, czy… czy ona płacze? Nie to nie możliwe. Elizabeth? Nie!" – Wszystko w porządku?
-Tak, ja.. ja tylko wpadłam po kawę.- uniosła kubek w górę i zmusiła się do uśmiechu. Zrobiła krok w prawo i podeszła do transportera. Weszła do środka i zniknęła.
TBC
