Rodney spoglądał jeszcze chwilkę na transporter, następnie odwrócił się, przypominając sobie po co w pierwszej kolejności tutaj przyszedł. Potrzebował kawy. Zrobił krok do przodu i wtedy zauważył Johna i nową panią botanik. Dr Clarysę jakoś tam. Trzymali się za ręce i jedli razem lunch. „No tak! To wyjaśnia wszystko!" Rodney podszedł do nich bliżej. Stanął nad ich stolikiem i odchrząknął, zmuszając Johna aby na niego spojrzał. Kiedy pułkownik to zrobił, naukowiec posłał mu jedno ze swoich spojrzeń „nie- zadzieraj- ze- mną".

-Ze wszystkich kobiet w dwóch galaktykach musiałeś skrzywdzić właśnie ją?- odparł. Clarysa spojrzała na Rodney'a a następnie na Johna, który wydawał się rozumieć co do niego mówi dr McKay.

- Rodney?- spróbował udawać zaskoczonego.

-Dobrze wiesz o co mi chodzi! Żadnej nie przepuścisz, prawda kapitanie Kirk? Wdziała was.- odparł pogardliwym tonem. Nie czekał, aż Sheppard mu odpowie. Odwrócił się i wyszedł. John spojrzał na naukowca, następnie przeprosił zdezorientowaną Clarysę i udał się w głąb korytarza.

Jak tylko weszła do biura położyła kawę na biurku i usiadła w obrotowym krześle, nadal powstrzymując się od płaczu. Nie mogła się temu dziwić. Nie była z nim od kilku tygodni. Najpierw kłótnia, potem wypadek, a teraz… Nic dziwnego, że znalazł sobie pocieszenie. Znała jego reputację, był jednym z tych pilocików, zwolennikiem przygody na jedną noc, nie zdolnym do utrzymania związku dłużej niż tydzień „kapitan Kirk" jak to tytułował go Rodney. „Elizabeth co się z tobą dzieje?" Spojrzała na stojące na biurku zdjęcie jej matki, Sedge'a oraz jej. Chwyciła je do ręki i obróciła krzesło tyłem do drzwi. Położyła dłoń na fotografii. „Mamo przepraszam. Znowu cię zawiodłam!" powiedziała po cichu.

Łzy spłynęły jej po policzku. Nie wiedziała dlaczego płacze. Przez Johna? Przez utratę ciąży? Zatraciła się. Wszystkie wspomnienia, pragnienia oraz emocje, które ukrywała, teraz dały o sobie znać. Kochała go. Dłużej nie mogła tego ukrywać. Zrozumiała to dopiero teraz. W momencie, kiedy go utraciła na rzecz innej kobiety. Wyjątkowo pięknej kobiety. „Liz weź się w garść. Naprawdę myślałaś, że mężczyzna taki jak John Sheppard, przystojny, zabawny z tymi swoimi zawsze rozczochranymi, aczkolwiek uroczymi włosami i słodkimi oczami mógłby cię kochać? Ciebie! Nudną panią doktor, dyplomatę, zimną kobietę, która płynnie włada pięcioma i pół językami? Opamiętaj się! On nie jest, nigdy nie był i nigdy nie będzie mężczyzna dla ciebie. Nie potrafisz go uszczęśliwić! Co ty możesz mu zaoferować? Nawet jego dziecka nie potrafiłaś utrzymać przy życiu!"

John szybkim marszem udał się za Rodney'em korytarzem prowadzącym w stronę laboratorium naukowca. Kiedy tam dotarł zastał w pomieszczeniu jedynie doktora Zelenkę. Nie wszedł, było to bezcelowe, skoro McKaya i tak tam nie było. Udał się dalej, wywołując w tym samym czasie przyjaciela przez radio. Bezskutecznie. Nagle Rodney zapadł się pod ziemię, to było dziwne. John nie zwracając uwagi na resztę personelu Atlantydy skierował się do najbliższego transportera. Wszedł do środka, spojrzał na panel i chwilę się zastanowił. Następnie wybrał jeden z zaznaczonych punktów. Drzwi transportera zamknęły się. Błysk. Następnie otworzyły się w innym korytarzu. John wyszedł z transportera i stanął w okrągłej sali korytarza. Rozglądnął się. Była pusta. Na pierwszy rzut oka. Jednak on wiedział, że Rodney musiał gdzieś tu być. Do tej części miasta nikt nie przychodził, nadal nie była do końca sprawna po zalaniu. Jednak była to ta część miasta w której znajdowało się sekretne pomieszczenie Rodney'a, pomieszczenie o którym wiedział tylko John.

-Rodney jesteś tam?- pułkownik uruchomił radio. Zrobił kilka kroków w przód okrążając przy tym filary z wodą podtrzymujące sufit. Jego radio nie odpowiedziało. Westchnął.

- McKay? Samantha Carter czeka na ciebie w laboratorium. Naga.- powiedział rozglądając się.

-Naprawdę?- usłyszał za sobą głos. Odwrócił się z uśmieszkiem i zobaczył McKay'a. W jego oczach pojawiła się iskierka nadziei, jednak zniknęła zanim John zdążył cos powiedzieć.- No tak! Mogłem się domyślić, że to zrobisz.- odburknął. Zrobił kilka kroków do przodu mijając pułkownika.

-Rodney poczekaj.- John pobiegł za nim. Nie mógł go teraz zgubić.- Musimy porozmawiać.

-O czym? Nie mam ci nic do powiedzenia, oprócz tego że jesteś kretynem i jak tylko spotkam Ronona, każę mu cie… Agrh…- Rodney zacisnął pięści.- To nie ze mną powinieneś teraz rozmawiać, tylko z Elizabeth. Powinieneś ją przeprosić, o ile twoje przeprosiny cokolwiek jeszcze znaczą.-odparł. Zatrzymał się na następnie odwrócił się twarzą do Johna.- Jak ty w ogóle możesz twierdzić, że ją kochasz. Czy ty masz w ogóle jakieś pojęcie o miłości? A nie czekaj! Oczywiście, że nie masz! Jesteś kapitanem Kirk!

-Rodney ja ją kocham!

-Czyżby? To dlaczego nie byłeś z nią, tylko z gorącą panią botanik?

-To był tylko… przyjacielski lunch.

-Ta jasne… Przyjacielski lunch.- Rodney uniósł brew. Nie potrafił uwierzyć w głupstwa jakie wygadywał John.- Byłem tam pułkowniku…- zaakcentował jego stopień wojskowy, aby zrozumiał powagę tej konwersacji.-… i nie wyglądało mi to na przyjacielski lunch. Trzymałeś ja za rękę!

-To jeszcze niczego nie dowodzi, Rodney!

-Dla mnie tak! Dla Elizabeth także. Widziała was. A ja widziałem jej wyraz twarzy. To. Ją. Zabolało!

-Rodney… robisz z tego grecką tragedię, wyolbrzymiasz sprawę. Przecież to był tylko lunch, nie spałem z nią! Dobrze wiesz, że ja ko…

-Sheppard daj spokój, ok? Odpuść.- przerwał mu naukowiec.- Nie wmówisz mi, że ją kochasz. Gdyby naprawdę tak było, nie chciałbyś aby cierpiała. Nie uwierzę, że potrafisz pozbyć się swojego drugiego ja, „kapitana Kirka" dla niej. Po prostu ci w to nie uwierzę! Nie jesteś dla niej. Nie jesteś jej wart…- odparł. John opuścił głowę.- Elizabeth zasługuje na kogoś kto jej się poświęci, kto będzie się nią opiekować i kochać ponad wszystko. A ty… ty jesteś… nie jesteś dla niej… nie jesteś jej wart!

-Masz rację.-powiedział po chwili. Podszedł do najbliższej kanapy znajdującej się w korytarzu i usiadł na niej.

-Naprawdę?- Rodney wyprostował się, przybierając pozę genialnego naukowca, którym był, lub za którego się uważał.- Hmmm….

-Masz rację. Nie zasługuję na nią. Kocham ją, chociaż mi nie wierzysz, taka jest prawda. Elizabeth zaczęła mnie unikać od momentu wypadku, nie rozmawia ze mną, a kiedy to robi, zazwyczaj na poziomie zawodowym nie patrzy mi w oczy. Ukrywa coś. Zachowuje się dziwnie. Nie wiem co się z nią dzieje. Carson nie chciał mi nic powiedzieć, trzymał się wersji szoku powypadkowego. Jednak ja wiem, że to nie jest prawda. Coś się w niej zmieniło. Nie chciałem jej skrzywdzić. Ten lunch, Clarysa. Nic dla mnie nie znaczy. Chciałem po prostu zjeść z piękną kobietą. Bez obrazy, ale ile można patrzeć na ciebie i Ronona. Jestem facetem. Potrzebuje damskiego towarzystwa.

-To mnie obraziło!

-Przed wypadkiem pokłóciliśmy się o tą sytuację, kiedy zignorowałem jej rozkaz…

-Tak wiem. Powiedziała mi. Nie była tym bardzo zachwycona.- John spojrzał na Rodney'a, a następnie kontynuował.

-Myślisz, że to może mieć jakiś związek z jej obecnym zachowaniem?

-Nie wiem. Powinieneś z nią porozmawiać. – odparł McKay siadając obok Johna.

-Dzięki.

-Za co?

-Za pokazanie mi jakim kretynem jestem.

-A… nie ma za co, ale to i tak nie oznacza, że nie jestem już na ciebie zły.- odparł i spojrzał na Johna, następnie poklepał go po ramieniu mówiąc.- Chodź! Pomożesz mi z pewnym starożytnym urządzeniem. Porucznik Daniellson i jego drużyna znaleźli je wczoraj z M77 330. Z tego co wiem to do jego uruchomienia potrzebny jest gen ATA. Tylko, że nie wiem dlaczego nie działa na mój…

-McKay!

-Mam zawołać Ronona, aby skopał ci tyłek za Elizabeth, czy pomożesz mi przy tym artefakcie? -John westchnął.

-Chyba nie mam innego wyjścia.- odparł. Nie chciał, aby Ronon skopał mu tyłek, tym bardziej, że miał zamiar porozmawiać z Elizabeth. Nie mógł przecież pojawić się u niej poobijany. Rodney poprowadził Johna w kierunku swojego laboratorium.

W wielkim mieście Przodków zapadł zmrok. Technicy w pomieszczeniu kontrolnym wrót zmienili się z nocną zmianą. Miasto powoli zapadało w sen. John szedł pustym korytarzem w stronę kwater. Miał dość bycia szczurem doświadczanym Rodney'a, dlatego uciekł z jego laboratorium jak tylko nadarzyła się okazja. Chciał porozmawiać z Elizabeth. Spojrzał na zegarek. Było kilka minut po 21. „Mam nadzieję, że jeszcze nie śpi." Pomyślał stając pod drzwiami jej kwatery. Zapukał. Jednak przez dłuższą chwilę nikt nie odpowiedział. Zapukał ponownie. Znowu cisza. Westchnął. Podniósł rękę do panelu i otworzył drzwi jej kwatery. Wszedł do środka cicho wymawiając jej imię. Drzwi zamknęły się. John wszedł głębiej. Rozglądnął się. Pokój był starannie posprzątany, nie było w nim śladu po jego szefowej. John zrobił kilka kroków do przodu, aby sprawdzić łazienkę. Ta także była pusta. Odwrócił się i wtedy usłyszał jak coś spada na ziemię. Spojrzał za siebie, następnie przykucnął i chwycił do ręki dwa pudełeczka z tabletkami, które wcześniej znajdowały się na małej szafeczce, a teraz leżały na ziemi. Spojrzał na nie. „ Co do cholery? Tabletki nasenne, tabletki antydepresyjne. O co tutaj chodzi?" Odłożył je na szafkę, a następnie chwycił do ręki trzecie opakowanie. Zlustrował je wzrokiem, a następnie przeczytał notkę z opakowania: „ Dwa razy dziennie po jednej tabletce po posiłku. Dużo snu, mało pracy. To tylko kilka tygodni, ale musisz o siebie dbać. Carson." Odłożył opakowanie na półkę i szybkim krokiem wyszedł z łazienki, a następnie z jej kwatery. Nie wiedział co o tym myśleć. Fakt słyszał ostatnio jakieś plotki dotyczące Elizabeth, ale przecież to były tylko ploty, to jeszcze niczego nie dowodzi. „John to tylko witaminy i kilka opakować tabletek. Fakt, że cię unika i dziwnie się zachowuje nie oznacza jeszcze, że … John uspokój się. Lepiej zrobisz, jeśli z nią porozmawiasz!" powiedział do siebie i pobiegł do najbliższego transportera. Wszedł do środka udając się niedaleko pomieszczenia kontrolnego wrót. Wyszedł na korytarz i udał się do biura dr Weir. Otworzył drzwi i wszedł do pustego pomieszczenia. Westchnął. „Elizabeth gdzie do diabła jesteś!" . Przeszedł pomieszczenie, wyszedł przez szklane drzwi na most dzielący biuro od kontroli. Minął rozmawiających techników i skierował się w stronę balkonu.

Zauważył ją przez szybę. Stała tam. Nie była sama. Obok niej znajdował się major Lorne. John zatrzymał się i obserwował. Nie chciał przeszkadzać jej w rozmowie.

Lorne chwycił ją za rękę, swoją drugą dłonią uniósł jej podbródek. John stał i przyglądał się. Był lekko zdezorientowany. Nie bardzo wiedział co się dzieje. Obserwował dalej. Rozmawiali o czymś, co nie było przyjemne dla Elizabeth. Mimo, iż szyba była pokryta witrażami, John widział, że Elizabeth nie jest w dobrym nastroju. Wyglądała raczej jakby ją coś trapiło. „Płacze? Ona płacze?" zdziwił się. Wtedy zobaczył jak Lorne ociera jej łzy z policzka. „ Co się o cholery dzieje? To przeze mnie? Ona płacze przeze mnie?". John podniósł wzrok. Evan przytulał Elizabeth, a ona jego. Tego było za wiele! Już chciał wejść na balkon, kiedy zobaczył jak ona odrywa głowę od jego ramienia. Powiedziała coś do majora, łzy znowu spłynęły jej po policzkach. Lorne przytulił ją jeszcze mocniej, a następnie umiejscowił pocałunek na jej głowie. John zacisnął zęby. Miał dość. Wystarczyło mu to co widział. Kochał ją, ale widocznie da niej ich wspólne noce oznaczały tylko seks. Rodney się mylił. To nie on ja skrzywdził, tylko ona jego. To ona popsuła coś co mogło być tak piękne. To ona miała romans. Nie on. To ona spotykała się potajemnie z majorem Lornem! John odwrócił się na pięcie, minął pomieszczenie kontrolne wrót bez słów i udał się przed siebie. Nie bardzo wiedział gdzie idzie. Chciał po prostu zapomnieć. Zapomnieć o widoku jej i Lorna, zapomnieć o niej, o jego miłości do niej. „ Coś ty do cholery ze mną zrobiła!"


TBC