Balkon, kilka minut wcześniej:
Elizabeth stała na balkonie. Dłonie spoczywały na balustradzie. Wpatrywała się w gwiazdy, a morska bryza tańczyła wokół jej szyi, rozwiewając brązowe loczki i osuszając spływające łzy z jej policzków. Myślała o dzisiejszym popołudniu. O Johnie, ich dziecku. Położyła swoją prawą dłoń na brzuchu, a następnie pogłaskała go. „ Boże Elizabeth, co ty robisz! John jest szczęśliwy z inną, twoje dziecko nie żyje, a ty masz miasto do prowadzenia. Weź się wreszcie w garść. Jak długo masz zamiar tak żyć? Udając, że możesz cofnąć czas? To się nie stanie! Zabiłaś własne dziecko! Pogódź się z tym! One nie wróci do twego łona, nigdy się nie urodzi. Nigdy nie będziesz mogła go zobaczyć, potrzymać w ramionach. Nigdy nie będziesz matką! Nigdy!" Jej dłoń odskoczyła od jej brzucha. Kobieta przeczesała nią włosy, a następnie położyła na balustradę. Oparł się o nią spoglądając w dół. Było dość wysoko, jakieś piętnaście pięter, mniej więcej. Wyprostowała się, a następnie przerzuciła lewą nogę przez balustradę, siadając na niej. Oparła swoją głowę o jedną z kolumn, które się łączyły z balustradą.
-Dr Weir!- usłyszała jak ktoś ją woła. Otworzyła oczy i szybko otarła łzy. Odwróciła głowę i ujrzała zaniepokojonego majora Lorne'a stojącego przy drzwiach. Kiedy mężczyzna zobaczył, że na niego patrzy, zaczął się zbliżać.- O boże! Ja myślałem…
-Spokojnie majorze, nie zamierzam skakać.- wymusiła na sobie uśmiech.- Coś się stało?
-Nie, nie. Ja tylko.- poniosła prawą brew.- Chodzi o to, że… ja… znaczy… bo chciałbym…
-Do rzeczy majorze!
-No dobrze. Kiedy byliśmy na M8Z 574, kiedy została pani postrzelona…
-Majorze ile razy mam powtarzać. Elizabeth. Zwracaj się do mnie po imieniu.
-Dobrze, proszę p… Elizabeth.- uśmiechnął się podchodząc do balustrady.- A więc kiedy zostałaś postrzelona, kiedy do ciebie podbiegłem, zanim zemdlałaś powiedziałaś coś. Ja nie wiem jak to…
-Evan?
-Wspominałaś coś o dziecku. Powiedziałaś, że mam się zaopiekować twoim dzieckiem.- wyrzucił. Elizabeth spojrzał na majora. Łzy napłynęły jej do oczu, ale powstrzymała je. Zeszła z balustrady i stanęła obok niego.- Ja chciałbym… bo po mieście chodzą plotki. Ja…
-Jakie plotki?
-Że jesteś w ciąży, Elizabeth.- odparł i spojrzał na dr Weir. Kobieta opuściła głowę, jednak mógł ujrzeć jak łzy spływają jej po policzku. Mężczyzna zbliżył się do niej. Chwycił za rękę, a następnie zmusił ja ,a by na niego spojrzała.- Czy to prawda?
Nie odpowiedziała. Nie musiała. Evan spojrzał w jej czerwone od płaczu oczy. Otarł spływające łzy po policzkach, a następnie przytulił ją do swojego ciała. Ona objęła go, wtulając się w jego szyję i pozwalając swoim łzą wydostać się na światło dzienne.
-Shhh… już dobrze. Jestem przy tobie. Cokolwiek postanowisz, Eizabeth. Jestem twoim przyjacielem. Zaopiekuje się tobą.- położył swoją dłoń na jej włosach. Ona oderwała swoją głowę od jego ramienia i nabrała powietrza w płuca. Podniosła wzrok do góry.
-One nie żyje. Moje dziecko nie żyje. Zabiłam je, na tamtej planecie. Zabiłam! To wszystko moja wina…- rozpłakała się. Major spojrzał na nią. Było mu przykro z jej powodu. Z powodu tragedii jaką teraz przezywała. Miała zostać matką, ale los chciał inaczej. W dodatku obwiniała siebie o zabicie dziecka. Evan ponownie przytulił ją do siebie. Położył swoją dłoń na jej włosach, delikatnie je głaskając. Następnie pocałował jej głowę.
-To nie była twoja wina, Elizabeth!- tylko tyle mógł powiedzieć. Nie wiedział zbytnio co ma uczynić w takiej sytuacji. Ona potrzebowała kogoś kto ją pocieszy, a on mógł być jedynie ramieniem, na którym mogła się wypłakać.- Zaprowadzę cie o kwatery, dobrze?
Nie odpowiedziała. Oderwała się od majora i otarła swoje łzy. Lorne objął ja i razem wyszli z balkonu. Ruszyli w kierunku jej kwatery.
John szybkim krokiem przemierzał korytarze Atlantydy. Szedł przed siebie pogrążony w myślach. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Elizabeth miała innego. Jego serce rozbiło się na tysiące kawałków. Próbował nie myśleć o niej, o ich wspólnych chwilach. Jednak im bardziej chciał o tym zapomnieć, tym mocnej wspomnienia wracały. Kilka minut później znalazł siebie w laboratorium dr Zelenki. Kilka miesięcy wcześniej podsłuchał rozmowę, w której dowiedział się, że Czech posiada kilka butelek alkoholu w swoim laboratorium. John rozejrzał się po pomieszczeniu, następnie podszedł do jednej z maszyn. Użył całej swojej siły, trochę ją przesunąć, następnie włożył za nią rękę w poszukiwaniach. Przerwał mu głos. Pułkownik wstał, wyciągnął rękę zza maszyny i wytarł ją o spodnie.
-Pułkowniku szuka pan czegoś?- zapytał Radek wchodząc do laboratorium. John przeczesał sterczące włosy, przygryzł dolną wargę i po chwili odpowiedział.
-Słyszałem, że masz wódę. Zastanawiałem się, czy… czy może mógłbyś się podzielić jedną butelką?
-Przykro mi pułkowniku, ale wódka się skończyła, bimber także.- odparł, a John zaklną pod nosem.- Jednakże w kuchni widziałem ostatnio całą butelkę atosiańskiego wina.
-Dzięki Radek.- odparł wybiegając z laboratorium i udając się wprost na stołówkę. Kiedy tam dotarł tonące w mroku pomieszczenie trochę rozjaśniło się. Przeszedł przez nie do kuchni. Rozglądnął się. Znalazł czysty metalowy kubek. Postawił go na blacie, a następnie schylił się do dolnych półek w poszukiwaniu alkoholu. Pusto. Sprawdził górne półki. Jest! Jedna butelka wina od Atosian. Uśmiechnął się do siebie i odkręcił butelkę. Wtedy usłyszał czyjeś kroki. John powoli wychylił głowę za drzwi i zlustrował stołówkę wzrokiem. W najdalszym kącie mesy usiadło kilka osób. Trzy może cztery. Rozmawiali dość cicho, jednak kiedy zorientowali się, że są sami podnieśli głosy. John wrócił do odkorkowywania wina.
-Zaczynamy grę, czy czekamy jeszcze na Leni?
-Nie, ma nocną zmianę, rozdawaj.- Sheppard usłyszał cichy szelest rozdawanych kart, śmiech oraz niczego nie dotycząca rozmowę. Puścił to mimo uszu, nadal męcząc się z korkiem. Minęło trochę czasu zanim otworzył butelkę. Wtedy usłyszał kroki.
-…To Lorne. Major Lorne.- John usłyszał znajomy głos jednego z techników. Wydawał się być lekko zasapany. Pułkownik nalał wina do kubka, a następnie położył butelkę obok. „To może być ciekawe. Brudy o jego podwładnym." Pomyślał. Wyrzucił z głowy obraz majora i Elizabeth, chwycił butelkę wina i zrobił kilka porządnych łyków.
-Co Lorne?- zapytał damski głos.
-To on jest ojcem dziecka.
-Co? Czyjego dziecka? O czym wy mówicie?- dopytywał damski głos. „ Lorne jest ojcem dziecka. To się robi ciekawe!" John zrobił kolejnego łyka wina prosto z butelki, zapominając o stojącym obok pełnym trunku kubku.
-Nie słyszałaś?- zdziwili się pozostali. John natężył słuch. – Dr Weir jest w ciąży i okazuje się, że ojcem dziecka jest major Lorne…- John zakrztusił się winem. „ Lorne i Elizabeth? Dziecko?" Teraz rozumiał, tabletki, witaminy w jej pokoju, jej dziwne zachowanie. Rozmowa z majorem na ich balkonie. Wszystko wróciło. Każda myśl, każde wspomnienie o niej. I obraz jej w ramionach jego drugo dowodzącego. Wszystko ponownie uderzyło go ze zdwojona siłą. Jak mogła mu to zrobić? Dlaczego? Byli przyjaciółmi, sypiali ze sobą. Kochali się. Nie to on ją kochał! A ona tak po prostu go wykorzystała, jego ciało, jego uczucia. Zdradzała go z jego podwładnym!
John nie przysłuchiwał się dalszej rozmowie. Chwycił butelkę wina i zrobił kolejny łyk trunku. Następnie zataczając się zakorkował butelkę i odstawił na miejsce. Chwycił metalowy kubek. Wyszedł z kuchni rozlewając trochę wina na podłogę. Spojrzał na bałagan, po czym usiłując iść prosto minął pochłoniętych grą w pokera i plotkowaniem grupę zgromadzoną na stołówce. Wszedł do transportera. Zajęło mu trochę czasu trafienie placem w punkt na panelu sterowania. Drzwi transportera zamknęły się i otworzyły w innej części miasta. John wyszedł starając się iść prosto przed siebie. Upił trochę alkoholu z kubka, a następnie odbijając się od ścian skierowała się w korytarz po jego prawej stronie.
Elizabeth siedziała na łóżku w swojej kwaterze. Lorne zostawił ją kilka minut temu i zaoferował, że przyniesie jej kubek gorącej czekolady na poprawę humoru. Kobieta chwyciła leżącą na szafce nocnej książkę i ułożywszy się wygodnie na łóżku zaczęła czytać. Musiała zająć czymś swój umysł, aby nie myśleć o dziecku i Johnie. Chwilę później w jej kwaterze rozległo się pukanie do drzwi. Elizabeth nieśmiało uśmiechnęła się do siebie i wstała z łóżka. „ To pewnie major." Podniosła rękę do panelu sterującego i otworzyła drzwi. Nie spodziewała się jednak osoby, którą tam zobaczyła.
-J… John?- wyszeptała. Pułkownik minął zdezorientowaną i lekko roztrzęsioną kobietę i wszedł do jej sypialni. Elizabeth zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech, następnie odwróciła się na pięcie i spojrzała na Shepparda.
-To wszystko twoja wina. Gdyby nie ty wszystko byłoby w porządku. Rodney…. Clarysa… Mógłbym… To się mi jeszcze nigdy nie przytrafiło, ona… Mówiłem już, że to twoja wina? Nie miałaś prawa. To moje życie, nie miałaś prawa. Gdyby nie ty.. Boże… byłoby lepiej, gdybym cie nigdy nie spotkał. Jesteś podstępną żmiją. Zwykłą szmatą. To wszystko twoja wina! To był twój plan, prawa? Upokorzyć mnie! Przed wszystkimi! Z NIM! Ze wszystkich ludzi to musiał być on? Pewnie się teraz cieszysz, śmiejesz ze mnie, z nim! Z nim! Jesteś najgorszą rzeczą jaka mi sie przytrafiła, jak się przytrafiła tej ekspedycji.
-Słucham!- uniosła swoją prawą brew. Posłała mu to spojrzenie, właśnie to, które potrafiło uciszyć McKay'a oraz zamienić każdego Wraith w wegetarianina- Przestań pułkowniku, będziesz tego żałować!
-Żałować? Żałuje tylko tego, że cie znam. Nawet nie miałaś odwagi powiedzieć mi prawdy w cztery oczy. Prawdy, że jesteś z nim w ciąży!- wyrzucił.
-Ja…- przygryzła dolną wargę. „On myślał, że jestem w ciąży z innym? Co mam teraz zrobić? Powiedzieć mu prawdę? Nie mogę, nie wiem jak…" Nabrała powietrza w płuca i przybrała swoją dobrze wyćwiczoną pokerową twarz. Każde jego słowo bolało ją coraz mocniej, jednak musiała zachować spokój, przynajmniej teraz. Nie mogła mu okazywać słabości.- Powinieneś wyjść , pułkowniku. Wrócić do pokoju i spróbować się…
-Nie możesz mi rozkazywać!- jego gniew wzrastał z każdą sekundą.
-Nie mogę? Ja tutaj dowodzę, gdybyś zapomniał! A ty jesteś pijany, sugeruję, abyś…
-Nie jestem pijany!- podszedł do niej i chwycił za gardło przyciskając do ściany. Elizabeth położyła swoje dłonie na jego ręce, próbując się uwolnić z uścisku. Jej czerwone i zmęczone od płaczu oczy napełniły się strachem. Nigdy przedtem nie bała się jego, tak jak w tej chwili. Nie wiedziała do czego był zdolny. Był na nią wściekły.- Nie! Jestem! Pijany! Ze wszystkich ludzi! Musiałaś jemu ogrzewać łóżko! Kogo jeszcze pieprzyłaś? Carsona? McKay'a? Caldwella? Czy może tylko mnie i Lorne'a!Co! Odpowiedz mi, dziwko!
-J..J… Jo..John. To… boli… ja…- jęknęła usiłując złapać powietrze. Przychodziło jej to z coraz większym trudem. Pułkownik spojrzał na nią. W jej zielonych oczach ujrzał strach. Po raz pierwszy widział, że się boi. Nie miała takiego wyrazu twarzy nawet kiedy siedziała naprzeciwko królowej Wraith. Coś w nim pękło. Bała się go, a jego to przerażało. Nigdy nie chciał, aby się go bała. Poluzował uścisk, a następnie cofnął dłoń. Elizabeth upadła na ziemię. Chwyciła się za gardło, a następnie powoli podniosła głowę napotykając jego palące spojrzenie. John minął ją podchodząc pod drzwi. Otwarł je, odwracając się twarzą do niej. Chciał coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili stwierdził, że to bez sensu. Wyszedł. Zostawiając Elizabeth samą, skuloną i zapłakaną na podłodze.
Szybkim krokiem oddalił się od jej kwatery. Udając się w stronę siłowni. Musiał odreagować. Zataczając się po kilku minutach ( zajęło mu to dłużej niż zazwyczaj) dotarł do transportera. Drzwi otworzyły się i ujrzał majora Lorne'a z kubkiem w dłoni. Major wyszedł z pomieszczenia i stanął naprzeciwko Johna.
-Sir.- major kiwnął głową na widok dowódcy. Od razu zauważył, że coś jest nie tak. Sheppard był wściekły oraz pijany. Spoglądał na niego spod byka. Następnie minął go bez słowa i wszedł do transportera. Zdziwiony Evan spojrzał na transporter, a następnie ruszył w kierunku kwatery szefowej.
John znalazł siebie stojącego pod drzwiami jednej z kwater w sekcji mieszkalnej C. Oparł się jedną ręką o framugę drzwi, a druga zapukał. Minęła chwila zanim drzwi się otworzyły. John podniósł swój wzrok z ziemi i zobaczył przed sobą ziewającą Clarysę ubraną w krótką, białą, koronkową koszulę nocną i jedwabny granatowy szlafrok. Kobieta, dość zaskoczona jego widokiem słabo uśmiechnęła się, a następnie cicho wypowiedziała jego imię. Sheppard wyprostował się, a następnie ujął jej twarz w obie swoje dłonie i przycisnął swoje usta do jej. Pocałunek był szybki, aczkolwiek namiętny. Kiedy oderwali się od siebie, pani botanik wyszeptała mu coś po hiszpański do ucha, a następnie zamknęła jego usta w kolejnym pocałunku. Objęła go za szyję i zmniejszyła dzielącą ich przestrzeń. Weszli w głąb jej kwatery. Drzwi zamknęły się za nimi. Nie odrywając ust od siebie, John ściągnął swoją koszulkę, a następnie zaczął ją rozbierać. Kiedy była już całkowicie naga, położyła się na łóżku. John westchnął. Wpatrywał się w jej nagie ciało, zanim nie rozpiął spodni. Ściągnął je razem z bielizną i rzucił w kąt pokoju. Następnie opadł na nagie ciało Clarysy zamykając jej usta na swoich.
TBC
