Elizabeth siedział skulona w kącie pokoju. Jej zapłakana twarz była ukryta w jej dłoniach. Myślała o tym co powiedział John. Jego słowa nadal głośno i wyraźnie rozbrzmiewały w jej głowie. „Jesteś najgorszą rzeczą jaka mi sie przytrafiła… jak się przytrafiła tej ekspedycji." Kolejne łzy spłynęły jej po policzku. „Zawiodłam wszystkich, zawiodłam moje dziecko. Zabiłam je! I skrzywdziłam jedyną osobę, na której mi zależało, którą kochałam. Boże, dlaczego…." Jej rozmyślenia przerwał zmartwiony głos majora Lorne'a, który wszedł do jej kwatery chwilę wcześniej.

-Dr Weir?- zapytał, a następnie widząc w jakim stanie jest jego szefowa i przyjaciółka odłożył kubek gorącej czekolady na stolik i podszedł do niej. Przykucnął.- Co się stało?

Cisza. Nawet nie podniosła głowy z kolan, które obejmowała teraz swoimi ramionami, Lorne usłyszał jednak ciche szlochanie i objął ją ramionami, aby zapewnić jej trochę komfortu i pocieszenia. Jej łzy przerodziły się w głośny płacz. Major nie odezwał się, przytulił ją mocniej, dając szanse się wypłakać. Kiedy dziesięć minut później Elizabeth trochę się uspokoiła, wpuścił ją ze swoich objęć i podał chusteczkę oraz kubek ciepłej jeszcze czekolady. Kobieta zrobiła łyka napoju, a następnie otarła łzy i wydmuchała nos.

-To przez niego?- udawała, że nie wie o co mu chodzi.- To przez pułkownika Shepparda?- spojrzała na niego, jednak nie odpowiedziała. Major nie musiał słyszeć tego z jej ust. Był inteligentnym człowiekiem i szybko się zorientowała co się dzieje.- To było jego dziecko? Mam rację?

-Tak… to było jego…- kolejne łzy spłynęły po jej policzku. Zamoczyła swoje usta w napoju, spuściła wzrok na swoje kolana unikając dalszej rozmowy. Major jednak nie dał za wygraną.

-Był tutaj. Nie zaprzeczaj, widziałem go przy transporterze. Był pijany, bardzo pijany. – ujął jej podbródek w swoją dłoń i nawiązał kontakt wzrokowy.- Zrobił ci coś? Wykorzystał, uderzył? Jeśli tak, przysięgam, że pożałuje tego…

-Nie.- skłamała.- On tylko… ja… uh… przyszedł i zaczął… zaczął oskarżać mnie o coś, czego nie zrobiłam… on… powiedział, że jestem najgorszą rzeczą jaka przytrafiła się tej ekspedycji, jaka przytrafiła się jemu.- zrobiła pauzę. Nabrała powietrza w płuca, a następnie opowiedziała majorowi co wydarzyło się podczas jej rozmowy z pułkownikiem. Pominęła oczywiście fakt, że John próbował ją udusić. Wiedziała, że nie był wtedy sobą, a nie chciała, aby ktokolwiek się na nim za to mścił. Za bardzo go kochała, nie mogła pozwolić, aby cierpiał przez nią bardziej niż dotychczas. Kiedy skończyła swoją opowieść, otarła kilka spływających po policzkach łez i spojrzała Lorne'owi w oczy.- Ja go skrzywdziłam… widziałam jak na mnie patrzy, to go zabolało…

-Elizabeth, nie słuchaj go. On nie ma racji, gdyby nie ty ta ekspedycja… ci wszyscy ludzie byliby zagubieni. Jesteś wspaniałym przywódcą, wspaniałą przyjaciółką. Nie znam lepszej osoby od ciebie. Pułkownik nie wiedział co mówi, będzie tego żałować. Jeśli już nie żałuje, postaram się, aby w najbliższym czasie żałował, za wszystko co ci zrobił. I nie wmawiaj sobie, że go skrzywdziłaś, nie obwiniaj się o coś czego nie zrobiłaś.- odpowiedział Evan.

-Ja zabiłam moje dziecko. Jego dziecko. To moja wina!

-Nie, nie zabiłaś go! To Geni, nie ty.-odparł po raz kolejny. Chwycił Liz za rękę i pomógł jej wstać z podłogi. Wziął ją na ręce i zaniósł w stronę łóżka, a następnie posadził ją na nim. Ściągnął jej buty i ułożył jej poduszki do snu. Zapłakana kobieta słabo uśmiechnęła się do przyjaciela, a chwilę potem położyła się na łóżku. Przykrył kocem, kiedy zauważył, że dostała gęsiej skórki. Martwił się. Nie chciał, aby jej obecny stan się pogorszył. Niedawno wyszła z ambulatorium, nie powinna tam w najbliższym czasie wracać.- Spróbuj odpocząć. Posiedzę z tobą dopóki nie zaśniesz, jeżeli nie masz nic przeciwko.

Dr Weir ponownie się uśmiechnęła, pomimo całego smutku i bólu jaki w niej panował. Nie chciała, by Evan się o nią martwił. Postanowiła więc, że przybierze rolę przywódczyni ekspedycji. Major Lorne usiadł przy niej na łóżku, założył jej loczki za lewe ucho. Dokładnie w taki sam sposób jaki robił to John. Wspomnienie ukochanego wróciło. Przymknęła oczy. W tym momencie w słuchawce majora rozległ się głos.

-Major Lorne proszony do sektora trzeciego na poziomie siódmym.

-Zaraz będę. Bez odbioru- odparł do słuchawki. Westchnął wstając z łóżka, spojrzał na skuloną panią doktor.- Spróbuj zasnąć i nie myśl o nim, ani o tym co ci powiedział. Elizabeth, spójrz na mnie. On nie jest wart twoich łez.

Lorne uśmiechnął się do niej, następnie pocałował ją w czoło i skierował się do wyjścia z pokoju. Przy drzwiach jeszcze raz na nią spojrzał. „ Nie zasługiwała na taki los. Powinna być szczęśliwa z mężczyzną, który by ją kochał. Tymczasem ona opłakiwała utratę swojego dziecka i słowa mężczyzny, który kobiety traktował jak zabawki. A niech cię diabli pułkowniku. Skrzywdziłeś osobę, na której tak bardzo mi zależy. Elizabeth cię kocha. Nawet jeżeli sama się do tego nie przyzna, ja to widzę. Widzę jak bardzo cię kocha, bo ja kocham ją tak samo. Sheppard nawet nie wiesz co straciłeś" Wyszedł zostawiając ją samą i wracając do swoich obowiązków.

John obudził się późnym porankiem z okropnym bólem głowy. „ Nigdy więcej nie pij wina z Atos. Daje niezłego kopa!" Przetarł oczy prawą ręką, wtedy poczuł, że coś, a raczej ktoś na nim leży. Spojrzał w dół i zobaczył na swojej nagiej klatce piersiowej burze ciemnych włosów. Dotknął ich, jednak nie wydawały mu się znajome. Z pewnością nie były od Elizabeth. „Elizabeth! Miałem z nią porozmawiać. A raczej rozmawiałem." Przypomniał sobie. „ Musiałem naprawdę sporo wypić, bo nie pamiętam jak się tu znalazłem. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam za dużo. Byłem z Rodney'em, potem chyba na stołówce i u Elizabeth. Widocznie urywał mi się film." Poruszył się. Nie chciał obudzić śpiącej kobiety. Nie wiedział kim ona była, nie pamiętał. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji. Kiedy jednak zsunął jej burzę włosów ze swojej klatki na poduszkę, owa nieznajoma obudziła się.

-Dzień dobry.- powiedziała ziewając. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się w stronę Johna, który nadal znajdował się w łóżku. Przysunęła się bliżej niego i pocałowała. Onieśmielony pułkownik odpowiedział jej pocałunkiem. Kiedy się od siebie oderwali, uśmiechając się włożyła rękę w jego stojące włosy i przeczesała je palcami.- Wczorajszej nocy byłeś cudowny!

Zaniemówił. „ Przespałem się z nią? O nie, nie, nie. Elizabeth. Nie mogłem jej tego zrobić!" John powoli wstał i wyszedł z łóżka. Owinął się prześcieradłem wokół pasa i pozbierał swoje ubrania z ziemi.

-John?- zawołała go leżąca na łóżku latynoska. Sheppard chwycił się za głowę. „ Dlaczego ona tak krzyczy? O Boże musze się pozbyć tego kaca. I to szybko!"

-Słuchaj Clarysa. Było miło, naprawdę…- „Pomimo, iż nic nie pamiętam." Dodał w myślach.-… ale to była pomyłka. Nie może się nigdy więcej powtórzyć. Jesteś piękną kobietą, ale…

-Masz kogoś, tak?- zmrużyła oczy.

-W pewnym sensie. – pomyłaś o swojej zielonookiej szefowe, które pewnie teraz siedzi w swoim biurze i czyta raporty przy kubku kawy.-Tak.

-Więc po co przyszedłeś wczorajszej nocy?- wyszła z łóżka owinięta w drugie prześcieradło. Stanęła naprzeciwko niego z rękami na biodrach. Pułkownik przeczesał włosy ręką i przygryzł dolną wargę.

-Słuchaj ja… byłem pijany, niczego nie pamiętam. Może ty też powinnaś…- nie dokończył, gdyż w tym momencie jej prawa dłoń wylądowała na jego policzku, pozostawiając za sobą czerwony ślad.- Ej… a to za co?

-Por ser un idiota. Pero yo era estúpido.- wymamrotała kierując się do łazienki. Zatrzasnęła za sobą drzwi, pozostawiając Shepparda z sinym policzkiem. Pułkownik pozbierał swoje rzeczy z ziemi, ubrał się, a następnie jak najszybciej wyszedł z jej kwatery udając się do własnego pokoju.

Pół godziny później umyty i przebrany w swój mundur siedział na stołówce i jadł śniadanie. Na szczęście pozbył się już kaca. Chociaż i tak wspomnienia z poprzedniego dnia były nadal zamglone. Dzisiaj miał wyruszyć na pierwszą misję pozaplanetarną od wypadku Elizabeth. Wrócił myślami do tamtego dnia, kiedy zobaczył ją ranną. Pamiętał jak się wtedy czuł. Jego przemyślenia przerwał znajomy głos.

-Sheppard!- do stolika podszedł Ronon i Teyla. Usiedli przy pułkowniku ze swoimi tacami. Athosianka zbadała pułkownika wzrokiem, a następnie spojrzała na Satedańczyka.

-Co ci się stało w policzek? Kolejny sparing z Rononem?

-Na mnie nie patrz.- odparł uciekinier, wtedy do stolika podszedł McKay. Usiadł na wolnym miejscu i spojrzał na Johna.

-Widzę, że rozmowa z Elizabeth nie poszła tak jak powinna.-odparł naukowiec ignorując pytające spojrzenia Teyli i Ronona.

-Co? Nie! To od Clarysy.- wyszeptał.

-CO!- wykrzyknął McKay. Cała stołówka ucichła i spojrzała na ich stolik.

-Ciszej!- upomniał go pułkownik. Zrobił łyka wody mineralnej, które znajdowała się przed nim, a następnie nabierając powietrza w płuca powiedział.- Wczoraj wieczorem…

Przerwał mu głos dr Zelenki, który w tym momencie podszedł do ich stolika. Przywitał się ze zgromadzonym, a następnie wślizgnął się na wolne miejsce pomiędzy Teylą a niezadowolonym z jego pojawienia się Rodney'em.

-Chciałeś coś konkretnego Zelenka, czy przyszedłeś poplotkować?- zapytał lekceważąco Rodney. Radek przewrócił oczami. Pokazał mu jakieś dokumenty na swoim przenośnym tablecie. McKay spojrzał na ekran, a następnie wykonał kilka poprawek. Gdy skończył, Czech wstał. Odwrócił się po raz ostatni w stronę SGA-1 mówiąc.

-Tak w ogóle, słyszeliście o czym od wczoraj huczy całe miasto?- zgromadzeni spojrzeli na niego pytającym wzrokiem. Tylko John nie był zainteresowany. Wolał bezcelowo grzebać w jedzeniu.- Dr Weir spodziewa się dziecka majora Lorne'a!- odparł i skierował się ku swojemu laboratorium.

Tymczasem Teyla, Ronon i Rodney wymienili między sobą spojrzenia. Wyglądali na dość zszokowanych wiadomością. John westchnął. Kiedy Zelenka wspomniał o ciąży Elizabeth, momentalnie powróciło jego wspomnienie z ostatniej nocy. Kiedy to stał z butelką wina w kuchni i podsłuchiwał plotkujących techników. John potrzasnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Wziął głęboki oddech, a chwilę potem wstał odchodząc od stołu. Zostawił zmieszanych przyjaciół samych. Położył tacę na najbliższy wolny stolik i udał się szybkim krokiem w głąb korytarza. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się w swojej kwaterze. Usiadł na łóżku, chwycił gitarę do reki i zaczął grać.

Kilkanaście minut później w jego pokoju rozległo się głośne pukanie do drzwi. John zignorował je wracając do gitary.

-Sheppard, wiem, że tam jesteś. Otwórz.- pauza.- Mogę się włamać, jeśli tego chcesz, więc lepiej…- drzwi otworzyły się.

-Czego chcesz McKay?- zapytał sfrustrowany pułkownik. Rodney minął go i wszedł do pokoju. Drzwi zamknęły się. John odwrócił się, a następnie podążył za przyjacielem. Usiadł na łóżku.

-Słuchaj nie jestem w tym dobry. W pocieszaniu. Nigdy nie znałem się na ludziach. Chce tylko powiedzieć, że jest mi przykro.- odparł siadając obok Shepparda.

-Przykro? Dlaczego miałoby ci być przykro? Przecież to nie ty ją zapłodniłeś!

-Słuchaj znam Elizabeth dłużej niż ty. Jestem dość wstrząśnięty myślą, że mogła zrobić coś takiego. Nigdy nie była typem osoby, która… zdradza.

-A jednak…- wstał i skierował się do okna.- Ludzie się zmieniają.

-Kiedy Radek nam powiedział, nie byłeś zaskoczony ta wiadomością. Wiedziałeś wcześniej?- spojrzał na Johna.- Huh?

-Wczoraj wieczorem poszedłem jej poszukać. Chciałem porozmawiać. Powiedzieć jak bardzo ja kocham. Nie było jej w kwaterze, ani w biurze, więc poszedłem na nasz balkon.- uśmiechnął się do siebie. Nawet nie pamiętał, kiedy balkon obok pomieszczenia kontrolnego wrót zaczął nazywać „ich balkonem". Spędzili tam mnóstwo czasu, razem. Tam po raz pierwszy się pokłócili. To tam po raz pierwszy ją pocałował, zaraz po incydencie z obca świadomością. Czasami zastanawiał się, czy ona tak samo myśli o tym miejscu. Tak magicznym dla niego. – Zobaczyłem ją w objęciach Lorne'a. Potem usłyszałem w mesie, że jest z nim w ciąży. Upiłem się. Rano obudziłem się z Clarysą w łóżku. Doszło między nami do nieporozumienia. Powiedziałem jej, że to była pomyłka, że jest ktoś inny. Wtedy mnie spoliczkowała. Resztę już chyba znasz…

McKay podszedł do przyjaciela i położył swoją dłoń na jego ramieniu. Nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Jeszcze wczoraj obwiniał go o zranienie Elizabeth, straszył Rononem, a teraz. Teraz okazało się, że to jego przyjaciółka zraniła Jona. I to w najpodlejszy sposób jaki mógł sobie wyobrazić. Zachodząc w ciążę z jego drugo dowodzącym. Naukowiec poklepał go po ramieniu.


TBC