Sheppard dotarł do celi kilka minut później. Zwolnił ze służby strażników, a następnie zamknął za nimi drzwi. Spojrzał na siedzącego na ziemi Lorna. Nie odezwał się. Po ponad piętnastu minutach obserwacji majora w tej samej pozycji, pułkownik usłyszał cichy szmer. Rozejrzał się dookoła. Nic. Wtedy spojrzał powrotem na Evana. Johnowi zdawało się, że Lorne coś mówi. Odtworzył drzwi celi i wszedł do środka, podszedł do majora. Wtedy zorientował się, że ten się modli. Nie o siebie, tylko o Elizabeth. Dziwne. Nie wiedziałem, że Evan jest taki religijny." Pomyślał i nabrał powietrza w płucach. „Zapewne i tak niczego mi teraz nie powie. Poczekamy do jutra, może zmięknie." Zamknął celę wychodząc i udał się do swojej kwatery. Mimo iż w tej chwili nienawidził Lorna całym sobą, za to że ten zniszczył mu życie. Odebrał jego Elizabeth . To wyczuł, ze coś jest naprawdę nie tak. On się modlił, o jej zdrowie. Carson zachowywał się nieprzyjemnie, a przecież jak długo znał starego doktorka, to ten nigdy nie był zły, albo niemiły. Taki już był Szkot. Przyjazna dusza, ulubieniec wszystkich. Do tego jeszcze Teyla i Ronon. John dotarł do swojej kwatery chwilę później. Otworzył drzwi i wszedł do środka, wprost na celującego do niego Ronona i stojącego obok McKay'a.
-Co się dzieje?- zapytał i ostrożnie przesunął się w bok, aby drzwi się zamknęły. Nie chciał, aby ktoś podsłuchał ich konwersację.- Ronon, nie musisz do mnie celować. Odłóż broń.
-Nie!- odparł.
-Jak to nie?- zapytał zdziwiony jego postępowaniem. John widząc, że nie przekona przyjaciela do współpracy spojrzał na McKay'a swoim szczenięcym wzrokiem. Wiedział, że tym spojrzeniem potrafił dużo zdziałać.
-Na mnie nie patrz.- Rodney uniósł ręce w górę.- Myślałem, że jesteś inny, że mogę ci współczuć, bo ona znalazła sobie innego. Niestety źle myślałem. Jesteś zwykłym oszustem, zbyt pewnym siebie, wkurzającym, dziecinnym pilocikiem, dla którego nie liczą się inni i ich uczucia. Musisz wszystkich ranić. Zdobyć każdą kobietę, której zapragniesz lub też nie. By zaspokoić swoje potrzeby. Powiem ci kim naprawdę jesteś! Kirkiem. Kapitanem Kikriem. To wszyto twoja wina, gdybyś wtedy, na Arktyce nie usiadł w tym krześle, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie było by problemu, a Elizabeth…
-Powiem ci co by było. Nigdy byś nie został najlepszym naukowcem w tej galaktyce i…- przerwał mu głos McKay'a.
-Pochlebstwa ci nie pomogą. Wiem co jej zrobiłeś, wiem wszystko. I tym razem nie ujdzie ci to płazem!- wykrzyknął i spojrzał na Ronona. Ten nadal celując w Shepparda kazał mu się ruszyć.
Wyszli na korytarz, na szczęście był pusty. Przeszli do najbliższego transportera, którym udali się na skrzydło miasta, gdzie znajdowała się platforma, na której zazwyczaj lądował Dedal i coś co mogło służyć za ogromny basen. John stanął na krańcu platformy uważając aby nie wpaść do wody. Ronnon nadal w niego celował.
-Możesz mi przynajmniej powiedzieć co takiego jej zrobiłem?
-I jeszcze się pytasz!- rzucił opryskliwie Rodney, na co pułkownik się skrzywił.
-Wiesz, ostatnio często słyszę to zdanie i chciałbym w końcu wiedzieć o co MNIE WSZYSCY OSKARŻAJĄ!- wykrzyknął, aby upewnić się, że dobrze go słyszeli.
-Skrzywdziłeś ją, doprowadziłeś do ruiny. Uwiodłeś, a gdy zaspokoiłeś własne potrzeby porzuciłeś! To co jej powiedziałeś zanim poszedłeś do Clarysy naprawdę ją zabolało. Czekaj, jak ty to określiłeś Elizabeth jest najgorszą rzeczą jaka cię spotkała i tą ekspedycję. Uważasz ją za największa pomyłkę!
-Co? Ja…. Ja nigdy bym tak nie powiedział, nie o niej. Elizabeth, mimo tego co mi zrobiła jest…
-Co ci zrobiła!- Odezwał się Ronon.- Powiem ci co ci zrobiła! Zaszła w ciąże!
-Wiem z Lornem.- wtrącił, wtedy McKay i Ronon groźnie na niego spojrzeli.
-Nie! Zaszła w ciążę z tobą! Potem została postrzelona i straciła dziecko. Załamała się, nie powiedziała ci, gdyż nie zwracałeś na nią żadnej uwagi. Żadnej! Dla ciebie przez cały czas liczyła się dobra zabawa i seks. Nic więcej!
-Zastanowiłeś się kiedyś co ona czuje, czy byłeś tak zaaprobowany sobą żeby tego nie zauważyć?- dodał McKay. John stał milcząc. Wpatrywał się w przyjaciół. Nie wierzył własnym uszom. „Naprawdę byłem, aż tak głupi, aby nie zauważyć, że coś jest nie tak. Że Elizabeth się zmieniła od czasu wypadku. To nie mogła być prawda. Dlaczego miałby to wszystko przede mną ukrywać, przecież… O boże! Ja naprawdę byłem taki głupi! Nie interesowałem się, niczym i nikim. Z wyjątkiem Clarysy."- Wezmę to za nie!
-Ta noc, wtedy gdy ja… ja i …. Clarysa…. Czy...- zaczął John po długiej chwili ciszy. Nadal nie mógł uwierzyć w to co zrobił.
-Poszedłeś do niej, pijany i zacząłeś obwiniać o wszystko. Potem nie jestem pewien, Lorne nie chciał mi powiedzieć reszty, ale z tego co wywnioskowałem to dr Weir nie powiedziała mu tego. Chciała cię przez to chronić, ty idioto! Major zorientował się jak wywozili ją do ambulatorium. Próbowałeś ją udusić!
-Ja… O boże.- upadł na kolana. Był żołnierzem, ale teraz był załamanym człowiekiem, który jak się okazało skrzywdził ukochaną. Łzy napłynęły mu do oczu, jednak powstrzymał je. Nie chciał nikomu okazywać słabości.
-Wstawaj Sheppard! Słyszysz? Wstawaj!- ryknął Ronon, a kiedy John nie wykonał jego polecenia, Satedanin opuścił broń i podszedł do niego bliżej. Chwycił go za ubrania i postawił na nogi, następnie zmusił aby na niego spojrzał. Gdy ten ponownie odmówił, Ronon wymierzył swoją pięść w jego policzek. Twarz Johna odskoczyła z powodu siły uderzenia. Z jego kącika ust i nosa polała się krew. John odwrócił się i spojrzał na swojego przyjaciela. W zupełności go rozumiał, Elizabeth dała mu dom, nowe życie, schronienie, była dla niego przywódcą, ale i przyjaciółka. Każdy członek ekspedycji oddałby za nią życie, no może z wyjątkiem Kavanhana, ale on nie był uznawany za jednego z nich. Ronon był usprawiedliwiony, a jemu należało się za to co ona musiała wycierpieć.
-Potem było jeszcze gorzej!- ciągnął McKay.- Lorne znalazł ja rano w jej kwaterze, półprzytomną. Próbowała się zabić, przedawkować leki. Rozumiesz?- spojrzał na Johna, który otrzymał kolejny cios, jednak nadal stał na nogach. Rodney wziął głęboki oddech i kontynuował.- Zanim straciła przytomność przepraszała cię! P-R-Z-E-P-R-A-S-Z-A-Ł-A C-I-Ę! A ty! Nie zasłużyłeś nawet na to aby ci wybaczyła, nie zasłużyłeś na nic. Na pewno nie na nasz szacunek, nie po tym co jej zrobiłeś.
-Dalej McKay uderz mnie. Zasłużyłem sobie na to!- odparł, kiedy Ronon wreszcie go puścił. Był poobijany i zakrwawiony. Miał przeciętą wargę i najwyraźniej złamany nos, ale nie przejmował się bólem. Jedyne o czym myślał to, że skrzywdził kobietę, którą kochał. Kobietę, która mu zaufała, dała szansę, kiedy wszyscy spisali go na stratę. Tymczasem Rodney podszedł do niego i zmierzył go wzrokiem. John zamknął oczy i przygotował się na uderzenie, które jednak nie nastąpiło. Podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciela.
-Teraz uruchomisz swoje radio i zwolnisz biednego Lorna z więzienia. Nie zrobił nic złego. A Elizabeth go potrzebuje, potrzebuje człowieka, który się o nią zatroszczy i który szczerze ją kocha.- naukowiec zobaczył jego zmieszany wyraz twarzy.- Tak, major Lorne ją kocha. Szczerze kocha. Nawet ja, największy egoista w dwóch galaktykach to zauważyłem!
John posłusznie wykonał jego polecenie. Gdy upewnił się, że Evan został wypuszczony opuścił wzrok na ziemię. Słyszał tylko jak McKay i Ronon się oddalają. Kiedy zniknęli w drzwiach wyjściowych do miasta, John upadł na ziemię. Łzy spłynęły mu policzkach. „Gdyby nie moja głupota wszystko byłoby porządku. Elizabeth była by sobą. Uśmiechniętą i uroczą przywódczynią, którą wszyscy kochali." Otarł łzy zmieszana z potem oraz krwią. Czuł się okropnie i pewnie nie lepiej wyglądał. „Była w ciąży, ze mną. Spodziewała się mojego dziecka, a kiedy je straciła obwiniała się. O boże, ale jakim ja byłem kretynem. Kocham ja, całym sercem. I pokochałbym to dziecko, boże nawet gdyby było Lorna to bym je pokochał. A teraz? Jest już za późno. Straciliśmy to co było między nami. O ile coś w ogóle był, oprócz seksu. Straciliśmy siebie, straciliśmy dziecko. Elizabeth czy kiedykolwiek mi wybaczysz? Czy jestem godzien twojego przebaczenia?" położył się na brudnej i gorącej od słońca podłodze. Nie mógł myśleć o niczym innym tylko o niej, o tym co się wydarzyło. Jego ból fizyczny nagle przestał istnieć, mimo iż coraz bardziej się nasilał, był niczym w porównaniu z tym co musiała czuć Elizabeth.
Pozbierał się ponad pół godziny później, gdy usłyszał przez radio jak Beckett wzywa do siebie Lorna, Teylę, Ronona i Rodney'a. Zabolała go, że pominął jego, ale rozumiał. Nie był mile widzianym gościem w ambulatorium, a już na pewno nie w pobliżu dr Weir. Wstał i udał się do swojej kwatery, musiał wziąć prysznic i się opatrzyć. Nie miał odwagi udać się po pomoc do Becketta. „Ten za pewne znał całą historię." Wywnioskował po jego dzisiejszym zachowaniu. „Ciekawe ile osób wie." John zniknął w pustym korytarzu Atlantydy, skierował się do transportera, a chwilę później szybkim krokiem, aby nikt go nie zauważył podążał w kierunku swojej kwatery.
TBC
komentarze mile widziane :)
