Gdy dotarł do kwatery, wszedł do środka i zamknął drzwi od wewnątrz. Nie chciał, aby mu przeszkadzano. Wyciągnął z szafki czyste ubrania, a następnie udał się do łazienki. Stanął przed lustrem. Wyglądał okropnie, tak samo się czuł. Przemył twarz ciepłą, a następnie zimną wodą ignorując pieczenie, następnie delikatnie wysuszył skórkę ręcznikiem. Gdy skończył odwiesił zakrwawiony ręcznik na wieszak i rozebrał brudy mundur. Rzucił ubrania w kąt i skierował się pod prysznic. Odkręcił kurek z zimną wodą i stanął bezpośrednio pod strumieniem, pozwalając zmyć z siebie wszystkie zmartwienia. Jednak poczucie winy zostało. Wyszedł spod prysznica kilka minut później i owinął się w czysty, duży, biały ręcznik dokładnie susząc mokre ciało. Wrócił do pokoju, podszedł do łóżka i zrzucił z siebie ręcznik. Następnie chwycił wcześniej przygotowane czyste rzeczy i się przebrał. Kiedy był już ubrany odwiesił ręcznik na wieszak w łazience i ponownie stanął przed lustrem. Spojrzał na swoje odbicie, następnie schylił się i wyciągnął plater z szafki spod umywalki. Opatrzył swoje rany, jednak nie przyniosło to pożądanego efektu i w zasadzie większość rozcięć została bez opatrunku. Gdy skończył wrócił powrotem do pokoju, usiadł na łóżku i rozejrzał się. Nadal nie potrafił zapomnieć o Elizabeth. Ich wspólne chwile, te dobre oraz te złe wracały do niego ze zdwojoną siłą. Do tego jeszcze dzisiejsze wydarzenia. Musiał czymś się zająć, aby się uspokoić, nie myśleć. Chwycił znajdujący się na szafce obok laptop. „Mam do napisania kilka zaległych raportów. Może praca oderwie moje myśli od niej." Powiedział do siebie i włączył komputer. Chwilę później zajmował się robotą papierkową.
Teyla była nadal naburmuszona na Ronona i Rodney'a. Wiedziała, że dr McKay i tak dowiedziałby się o całej sytuacji, ale nie mogła tego zrozumieć, jak Ronon mógł namówić go na, no cóż nazwijmy to po imieniu, napad na pułkownika. Atmosfera w pustym korytarzu przed ambulatorium, który służył za poczekalnie byłą napięta, nawet kiedy dołączył do nich major Lorne. W gruncie rzeczy cieszyła się, że Evan wyszedł z więzienia, cieszyła się nawet, z czego nie była dumna, że John dostał swoja nauczkę, jednak to nie zmieniało faktu, że nadal była zła na przyjaciół. „Nie powinni byli tego robić. John jest ich dowódcą, teraz SGA-1 nie będzie już takie jak kiedyś." Powiedział do siebie, przywołując ich rozmowę sprzed kilku minut.
-Nie mogę uwierzyć, że wciągnąłeś w to McKay'a.- Roźnie spojrzała na Ronona, który zazwyczaj był nieustraszony, teraz bał się nawet spojrzeć jej w oczy. Katem oka widział tylko jak przenosi swój wzrok na doktorka, który także miał opuszczoną głowę.- Myślałam, że oby dwoje macie więcej rozumu. Szczególnie ty, doktorze McKay. Owszem pułkownikowi należy się nauczka za to co uczynił, al. Mogliśmy z nim porozmawiać, gdy dr Weir poczuje się lepiej, a nie… Jak wy to sobie teraz wyobrażacie. Jesteśmy jedną drużyną. Musimy sobie ufać, inaczej poniesiemy klęskę. Zginiemy. Nie możemy tkwić w konflikcie.
-Sheppard dostał to co mu się należało. Dotarło do niego to o co nam chodziło. Poza tym uwolnił majora.- odparł w końcu Ronon. Teyla przewróciła tylko oczami i spojrzała na siedzącego w kacie Lorne'a, który wyglądał na dość zaniepokojonego sytuacją w środku ambulatorium.
-Dobrze wiecie o co mi chodzi!- krzyknęła. Wtedy drzwi ambulatorium otworzyły się i wyszedł z nich Carson. Kobieta mimo, iż stała tyłem do niego od razu wyczuła jego obecność i z wymuszonym uśmiechem na twarzy obróciła się.- Jak się czuje dr Weir?
-Jej stan fizyczny jest dobry. Gorączka spadła, rana została oczyszczona i ponownie zaszyta. Lekkie wstrząśnienie mózgu, którego doświadczyła także nie jest zagrożeniem. Podłączyłem ją pod kroplówkę witaminową i oczyściłem organizm z tabletek. Miała bardzo dużo szczęścia, ponownie. Wszystko będzie dobrze.
-Jest przytomna? Możemy ją zobaczyć?- zapytał major. Jego twarz rozjaśniła się kiedy tylko przekonał się, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
-Aye… mój drogi, mogę wyleczyć jej rany, ale nie złamane serce. Kiedy tylko skończyliśmy operacje obudziliśmy ją, ale niestety. Stan dr Weir jest stabilny, ale zapadła w śpiączkę, po raz kolejny, jeśli mogę dodać. Nie jestem psychologiem, ale z tego co mogę wam powiedzieć, jej stan psychiczny jest w rozsypce.- spojrzał na nich.- Możemy teraz tylko czekać, aż będzie chciała się obudzić. W tym czasie powinniśmy jej w tym pomóc, robić co tylko w naszej mocy.
-Jak?- spytała Athosianka.
-Mówicie do niej. Zapewniajcie, że jesteście tu dla niej, że nie jest sama.- odparł doktor, a gdy zobaczył pytające spojrzenia zgromadzonych, odsapnął tylko i kontynuował.- Słuch traci się na końcu i najwcześniej odzyskuje.
Beckett skierował się do swojego biura, jak tylko dał i zielone światło do odwiedzin. Zanim jednak tam dotarł usłyszał za sobą głos McKay'a. Carson obrócił się i grzecznie zapytał o co chodzi.
-Powinieneś złożyć wizytę Sheppardowi. Przydałoby mu się kilka opatrunków.- odparł. Szkot założył ręce na piersi. Rodney wiedział, że musi mu wyjaśnić resztę.- Ronon trochę go… no…
-Pobiliście go? Rodney! Pułkownik skrzywdził Elizabeth, ale to nie upoważnia was do tego co zrobiliście. Elizabeth nigdy by wam na to nie pozwoliła.
-Wiem! Ale nie musi się o niczym dowiedzieć, a jemu się należało! I nie, nie zaprzeczaj, bo wiem, że mam rację!- wyrzucił, a następnie skierował się do reszty swojej drużyny i Lorne'a . Carson stał jeszcze przez chwilkę i wpatrywał się w odchodzącego geniusza. Pokręcił głową, a następnie wrócił do biura po apteczkę i udał się w kierunku kwater pułkownika.
Carson stanął pod jego kwaterą chwilę później, przyłożył dłoń do kryształów kontrolnych w geście pukania. Odczekał chwilę, kiedy jednak pułkownik nie otworzył drzwi, ponowił próbę informując go, że to on. Tym razem drzwi się otworzyły. Carson wszedł do środka i zobaczył poobijanego Johna z odrywającymi się opatrunkami domowej roboty, siedzącego na łóżku z laptopem na kolanach. Na widok lekarza opuścił głowę, a jak tylko drzwi się zamknęły cicho zapytał o stan szefowej. Doktor podszedł do niego i otworzył apteczkę, następnie zaczął ściągać opatrunki i zastępować je szwami, gdzie było to potrzebne.
-Dlaczego mi nie powiedziała?- wyszeptał, kiedy Carson zakończył nakładanie opatrunków.
-Słucham?
-O dziecku. Dlaczego mi nie powiedziała o dziecku?- wymamrotał. Carson westchnął i spojrzał na pułkownika.
-Chciała, uwierz mi. Jak się dowiedziała, była szczęśliwa, mimo iż maiła wątpliwości…- urwał.
-Wątpliwości?- John uniósł prawą brew, a następnie wstał z łóżka i podążył do okna.
-… czy chcesz tego dziecka. Pułkowniku powiedzmy sobie prawdę, nie byliście w żadnym związku. Ona dowodzi ekspedycją, ty jesteś najwyższy stopniem. Zwiedzasz inne planety, poznajesz piękne kobiety i…
-Ja ją kocham! Kocham!- ściszył głos, kiedy zobaczył spojrzenie Szkota. Nie musiał nawet pytać o co mu chodziło. Wiedział. Gdybyś ją kochał, to byś jej nie skrzywdził.- I żałuję tego co zrobiłem, gdybym… gdybym tylko mógł cofnąć czas.
-Ale nie możesz. Elizabeth wyjdzie z tego, pomożemy jej, ty jej pomożesz.
-Myślałem, że nie chcecie abym się do niej zbliżał, szczególnie po tym jak…
-Ona przeżywa teraz bardzo ciężki okres. I jeśli ktokolwiek może ją wyleczyć z jej załamanego serca, o właśnie ty, pułkowniku. Elizabeth cię kocha, gdybym nie był tego pewny nawet bym tutaj nie przyszedł. Nie wybaczę ci tego co jej uczyniłeś, ale zrobię wszystko, aby n jej twarzy po raz kolejny pojawił się uśmiech.- odparł doktor kierując się do wyjścia.
-Dziękuję Carson.
-Nie dziękuj mi. Spraw, aby się obudziła z uśmiechem na twarzy, aby była szczęśliwa. Zasługuje na to. To będzie dla mnie wystarczające podziękowanie.- z tymi słowami wyszedł kierując się do ambulatorium. John tylko obrócił się i spojrzał na alteriańskie słońce. Jego blask, który rozświetlał mury miasta pradawnych, przypomniało mu o pięknie i wyjątkowości Atlantydy oraz jedynej osoby, która czyniła to miejsce jego domem. Elizabeth. Elizabeth Weir.
TBC
