Rozdział drugi
Skoro nalegasz
Jeden miesiąc, trzy walki na pięści, sześć wyjców i jedną wymianę policzków później: wczesne lato, Hogwart, godzina 00:30.
Dźwięki granej przez kapelę muzyki towarzyszyły mi nadal, gdy wyszłam na zewnątrz, pragnąc jak najkrótszą drogą dostać się do ogrodu różanego i w spokoju paść z nóg. Wybrałam w tym celu samotną kamienną ławeczkę, przycupniętą za altaną, która jako ulubione miejsce uczniowskich schadzek ustępowała popularnością jedynie Wieży Astronomicznej.
Harry uparcie obstawał, aby ceremonia ślubna odbyła się w Hogwarcie podczas nowiu, więc Remus mógł wziąć w niej udział, nie martwiąc się żadnymi nieprzyjemnymi dolegliwościami. Ogród, ukryty w cieniu zamku, otulała nieprzenikniona ciemność. Miałam wrażenie, że brnę przez warstwę czarnego atramentu. Jako siedemnastolatka potrafiłam nawigować tu po omacku. Jako czterdziestojednolatka byłam żywym przykładem na to, że nieużywane umiejętności zanikają.
Dziesięć minut później dotarłam mniej więcej w pobliże ławeczki, niestety za cenę obcasa od nowiutkich pantofli (złamanego gdzieś w okolicy rododendronów) oraz zakrwawionych kolan. Drepcząc małymi kroczkami, by nie stracić równowagi i nie trzepnąć ponownie poranioną skórą o kamień, jak najszybciej zmierzałam do celu. Byłam już blisko, gdy z mroku nagle dopłynął do mnie głos:
— Podzielę się z tobą miejscem, jeśli chcesz, Granger. Przesunę się nawet, żebyś nie musiała tkwić na samej krawędzi ławki w obawie, że zarazisz się ode mnie czymś paskudnym. — Czerwony punkcik dopalanego papierosa na chwilę rozjaśnił ciemności. Cholera. Malfoy.
— Siadaj — usłyszałam. Poczułam dłoń chwytającą mnie za biodro i ciągnącą za szatę w dół. Zawahałam się na moment, skupiając wzrok na rozżarzonej końcówce papierosa i spróbowałam wycelować w miejsce, gdzie powinnam usadzić swój tyłek w nadziei, że trafię nim jeszcze w ławkę. Kolana bolały, a but domagał się naprawy.
— Skąd wiedziałeś, że to ja, Malfoy?
— Założyłem, że albo to stado dzikich słoni doszczętnie tratujących ogród w oszalałym galopie, albo ty, usiłująca znaleźć drogę po ciemku. Poruszasz się z dość charakterystycznym, choć nieco hałaśliwym i przyciężkim wdziękiem. — Policz do dziesięciu, Hermiono. Ulecz kolana i napraw pantofel, poczęstuj go szybkim zaklęciem galaretowatych nóg, jeśli akurat wykażesz tyle łaski, albo, jeżeli ci jej zabraknie, powolnym upiorogackiem (drugi wariant przemawia do mnie znacznie bardziej) i będziesz mogła stąd odejść. — Cóż on tam teraz opowiada?
— Słucham? A tak swoją drogą, to się odwal — odparłam, błądząc myślami gdzie indziej i szukając różdżki, jednak z opóźnieniem zrozumiałam, że nie miałam jej przy sobie.
— No wiesz. Którą historyjkę? O partyjce szachów w podziemiach Hogwartu czy o tym, jak to on i Harry stawili czoła trzystu czterdziestu sześciu śmierciożercom, mając do dyspozycji zaledwie jedną różdżkę? Właśnie tę lubię najbardziej. Ilość śmierciożerców rośnie wraz z każdą opowiedzianą wersją. Założę się, że gdy twój mąż dobiegnie pięćdziesiątki, zastęp wroga będzie liczył tysiąc trzech śmierciożerców wymachujących różdżkami, maczetami i przenośnymi wyrzutniami rakiet.
— Odpierdol się, Malfoy — rzuciłam ostro. Niestety, miał rację. To właśnie z tego powodu wymknęłam się z sali. Dni, kiedy udawałam, że z poddańczym, pełnym uwielbienia zachwytem przysłuchuję się fantastycznym wojennym opowieściom, którymi Ron raczył zgromadzoną wokół niego publiczność, dawno należały do przeszłości.
— Co? Ciesz się, że on jest zaledwie potwornym nudziarzem. Wyobraź sobie, że żyjesz z kimś takim jak moja żona. Która to, w żałosnej próbie wzbudzenia we mnie zazdrości, narzuca swoje rozszczebiotane towarzystwo siódmoklasiście z Hufflepuffu, dorabiającemu sobie jako barman. Czy ta kobieta nie ma wstydu? Spływa to po mnie jak woda po kaczce, ale żeby od razu zadawać się z Puchonami?
— Jesteś niemożliwy. Pansy powinna dostać Order Merlina za to, że wytrzymuje w małżeństwie z tobą od dwudziestu lat. A ciebie należałoby zamknąć w klatce, wstawić do zoo i pozwalać dzieciom kłuć cię patykami o wyjątkowo ostrych końcach. — Zapragnęłam mieć teraz taki akurat patyk. Dziabnęłabym go nim z rozkoszą. — Co ty tu w ogóle robisz? Nie powinieneś czarować właśnie swoich gości?
— Och, bynajmniej. — Westchnęłam. Co za płonna nadzieja, że jednak zrozumie aluzję. — To Potter jest dzisiaj bohaterem. Większość gości szaleje z zachwytu, że gdzieś przepadłem i ma olbrzymią nadzieję, że zostanę pożarty przez Wielką Kałamarnicę — zauważył wyjątkowo trafnie. — Oczywiście zakładam, że ty nie knujesz aż tak niecnych planów w stosunku do mojej osoby.
— Bardzo wątpliwe. Nie są to plany nawet w połowie tak bolesne, jak powinny. Czy byłbyś na tyle uprzejmy, żeby się zamknąć?
— Bardzo wątpliwe — przedrzeźnił mnie. — Jeszcze się z tobą nie rozliczyłem. Nie zdobyłaś się na razie na ani jeden komplement — w tym miejscu najchętniej prychnęłabym krótko i skomentowała „po moim trupie", jeśli tylko dałby mi cień szansy na otwarcie ust — odnośnie mojego wzorowego zachowania podczas dzisiejszego wieczoru. Czuję się śmiertelnie urażony, Granger, i chcę, żebyś o tym wiedziała. Wydaje mi się, że w poniedziałek rano sporo osób dozna rozczarowania. Sprawdziłem wczoraj, jak stoją zakłady: pięćdziesiąt do jednego, że Potter lub ja nie dożyjemy sakramentalnego „tak". Przeważnie typowano moją śmierć. Co należy uznać za potworną obelgę. Jednak, zadziwiającym trafem, Potter i ja przebrnęliśmy przez tę straszliwą torturę, nie zabijając się nawzajem. Nie mogę wyjść ze zdumienia. To naprawdę jakiś cholerny cud. Teraz nie mam już zamiaru wracać na wesele. Szkoda byłoby wszystko zepsuć. — Jego ręka odnalazła moją, a po chwili dołączyła do niej druga, prowadząca ją do zmrożonej butelki. Podskoczyłam. Nie wiedziałam nawet, jak ciepła była noc, dopóki chłodna wilgoć szkła nie zmoczyła mi skóry. — Masz ochotę się napić? — zapytał. Ognik papierosa zatańczył w górę i w dół tuż przy jego wargach.
Przesunął dłoń trzymającą butelkę ku mojej, obejmującej szyjkę, a potem powolutku uniósł całość w stronę moich ust. Nie sięgam zbyt często po alkohol. Można by powiedzieć, że Ron pił ostatnio wystarczająco za nas dwoje. Podczas wieczornych wyjść jedno z nas musiało pozostać trzeźwe, by doprowadzić drugie do domu, a wraz z upływającym czasem zawarliśmy niepisaną umowę, że tym kimś będę właśnie ja.
Zawahałam się.
— No dalej, Granger. Przecież nawet ty nie możesz być aż tak przewidywalna i nudna, by odmówić napicia się szampana na weselu córki twojego najlepszego przyjaciela. Zaskocz mnie, proszę — powiedział przymilnie.
Boże, ależ ja go nienawidziłam. Doskonale wiedział, w który punkt powinien uderzyć. Szarpnęłam za butelkę, próbując wyrwać ją z jego uścisku, spodziewał się tego jednak i przytrzymał ją mocniej. Och. Szampan okazał się naprawdę wyśmienity: wytrawny i cierpki niczym pierwszy pocałunek. Dokładnie taki, za jakim przepadam. Przekazałam Malfoyowi butelkę, nie zdejmując ręki z jej szyjki, a po chwili przyciągnęłam ją z powrotem ku sobie po kolejny łyk, ignorując jego gardłowy chichot.
Przez kilka następnych minut szampan krążył w ten sposób między nami, przy czym Malfoy nie wypuszczał z uchwytu spodu butelki, a ja szyjki. Mimo niezmiennie irytującego towarzystwa orzeźwiający smak zimnego alkoholu (Merlinie, ależ ta noc była upalna) wydał mi się bardziej kuszący niż wizja potykania się w egipskich ciemnościach w poszukiwaniu drogi powrotnej do zamku i perspektywa wysłuchania opowiadanej przez Rona historii odnalezienia piątego horkruksa.
Powtarzałam sobie w myślach: Siedzę na ławce, sama, w sercu spokojnego różanego ogrodu. Popijam doskonałego szampana, który jakimś cudem zmaterializował się przede mną. Nie towarzyszy mi w tym największy moralny degenerat czarodziejskiej Anglii, który nie ma nawet na tyle przyzwoitości, żeby zatrzymać dla siebie swoją okropną opinię o swojej okropnej żonie. Po kilku następnych łykach wmówienie sobie powyższego przestało wymagać wysiłku. Napięcie całego dnia opadało wraz z poziomem alkoholu w butelce.
To prawdziwy cud, że nikt nie został dzisiaj zraniony.
Jedyną rzeczą, co do której Potterowie i Malfoyowie okazali pełną zgodność, był fakt, że zawarcie związku małżeńskiego przeprowadzone przez artystę wyspecjalizowanego w tatuażach matrymonialnych, choć jak najbardziej legalne, absolutnie nie mogło zostać uznane za odpowiednie. Należało więc jak najszybciej postarać się o prawdziwy ślub. Niestety zgodność kończyła się w tym właśnie punkcie. Zanim doszło do wesela, całymi tygodniami zmagano się z najróżniejszymi incydentami typu wymiana wyjców czy ciosów z pięści. Doszło też do jadowitej kłótni między Ginny i Pansy w sklepie madame Malkin o szatę, która jednocześnie wpadła w oko obu zainteresowanym. Szczytem wszystkiego była bijatyka nad bijatykami, mająca miejsce w trakcie próby generalnej, kiedy to Harry i Malfoy zaczęli miotać w siebie klątwami ponad zdobiącą stół, wyjątkowo nieudolnie imitującą Tiarę Przydziału rzeźbą z lodu. Wraz z postępującym wieczorem żałosne dzieło sztuki zaczęło się topić pod wpływem ciepła bijącego od świec i nabrało dosyć fallicznego wyglądu. Czego naturalnie Malfoy nie omieszkał skwitować swoim specjalnym komentarzem: „Nie wprawia cię to w zakłopotanie, Potter?" Na co z kolei Harry odkrzyknął: „Ja przynajmniej potrafię trzymać kutasa tam, gdzie jego miejsce, w przeciwieństwie do tego dupka, twojego syna!" Co znowu sprowokowało Malfoya do rzucenia pierwszej i bynajmniej nie ostatniej klątwy. I co w efekcie zmusiło Molly, żarliwie pragnącej zakończyć konflikt, do ciśnięcia Drętwoty na wszystkich zgromadzonych.
Remus, jedyna osoba respektowana zarówno przez Harry'ego, jak i Malfoya, zażądał w końcu konfiskaty wszystkich różdżek z chwilą przybycia na uroczystość ślubną, aby nie przekształcić wesela w bijatykę. Zwrot własności miał odbyć się po zakończeniu przyjęcia. Dopiero gdy ujrzałam Lily rzucającą bukietem w tłum i znikającą wraz z mężem na dwutygodniowy miesiąc miodowy, pozwoliłam sobie na małe odprężenie.
Co za przepiękny wieczór. Do miejsca, w którym siedziałam, muzyka nie docierała, zamiast tego słyszałam miękki szum uderzających o brzeg fal jeziora. Światła Wielkiej Sali słały refleksy w nocny mrok, otulając zamek iście, no cóż, magiczną aurą. Przyprawiający o mdłości smród dymu tłumił wszelką woń wydzielaną przez róże…
— Malfoy, wiem z całą pewnością, że ławkę, na której siedzimy, otacza kilka gatunków róż kwitnących nocą. Naprawdę wolałabym wdychać ich zapach zamiast smrodu twojego rakotwórczego, nasyconego substancjami smolistymi papierosa.
Z kaszlem, dziwnie przypominającym śmiech, zgasił niedopałek obcasem buta.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, droga Granger.
— Skończ z tym — warknęłam i znów uniosłam butelkę do ust. — Przyznaję, że okazałeś dziś nietypową dojrzałość.
— Dojrzałość? Muszę natychmiast wyprowadzić cię z tego błędnego przekonania. Czemu tak uważasz? — zapytał, przyciągając szampana do siebie.
— Powyrywam ci nogi z tyłka i zrobię z ciebie krwawą miazgę, jeśli nie przestaniesz. Chodzi o dojrzałość w zachowaniu wobec Harry'ego. Zszedłeś mu z drogi, udając się na zewnątrz. Chociaż nie wydaje mi się, żeby był teraz zdolny do zadania jakiegokolwiek celnego ciosu.
— Zgadzam się. Gdy wychodziłem, znajdował się na najlepszej drodze do urżnięcia się w trupa. Jak bardzo pijany był, kiedy widziałaś go po raz ostatni?
— Ledwo przytomny. Z trudem trzymał się na nogach.
Harry nie tyle tańczył, ile trzymał Ginny w ramionach, kiwając się na boki w rytmie, który niewiele miał wspólnego z tempem odgrywanej właśnie melodii. Raz po raz donośnym głosem powtarzał, jak bardzo kocha swoją żonę. Nadal, po tylu latach.
— Zaczekam jeszcze godzinę. Wtedy przestanie cokolwiek do niego docierać. I choć przepadam za naszymi małymi przepychankami, bo przecież świat stanąłby chyba na głowie, gdybyśmy przynajmniej dwa razy w roku nie skoczyli sobie do gardeł, dzisiejsza noc jest wyjątkowa. Duszenie swojego największego rywala i jednocześnie powinowatego na weselu własnego syna nie świadczy najlepiej o przyszłym asystencie ministra magii.
— Dzięki Bogu. Bo już przez chwilę myślałam, że zachowałeś się przyzwoicie z powodu kogoś innego niż ty sam. Wtedy mój świat rzeczywiście stanąłby na głowie.
Przyciągnęłam butelkę.
— Przepraszam — powiedział, odwracając się. — Tam już nic nie ma, dopiłem resztę. Ale… Do cholery, wiem, że zabrałem ze sobą co najmniej trzy… Oczywiście mogłem pomyśleć, że… Lumos. A-ha! — Blask padający z jego różdżki ukazał moim oczom ramię, triumfalnie wymachujące w powietrzu następną butelką szampana, jakby była jakąś flagą.
— Ty draniu! — krzyknęłam. — Przeszmuglowałeś zapasową różdżkę! Co będzie, jeśli…
— Ciii — syknął ostrzegawczo i zagestykulował gorączkowo. — Nie chcesz tu chyba zwabić pewnej osoby oraz jej braci, prawda?
— Przestań machać łapami — odwdzięczyłam się równie syczącym szeptem. — O mało mi nie przyłożyłeś tą przeklętą butelką.
— Dobrze, a ty przestań tak krzyczeć — zażądał. — I wsadź sobie swoje nastawienie w ten sztywny, sumienny tyłek. Czyś ty oszalała do reszty? Ten facet to główny auror. Możliwe, że ty oraz Lupin dla wygody zapomnieliście, jakim pieprzonym geniuszem w rzucaniu zaklęć bezróżdżkowych jest Potter, ale ja o tym doskonale pamiętam. Całe dwa lata walczyłem u boku tego kompletnego świra i na własne oczy widziałem, jak jednym uniesieniem brwi zmiażdżył Dołohowowi oba ramiona. Owszem, przyznaję, zwykle jako broń wybiera swoje grubiańskie łapska. Dlaczego tak się uparł, żeby mnie udusić, pozostaje dla mnie niezbadaną tajemnicą. To chyba jakieś zboczenie. Myślisz, że jest pedałem? I robi wszystko, żeby mieć pretekst, by mnie dotknąć? A może uważasz, że to jakaś mugolska pozostałość, pociąg do zabijania ludzi gołymi rękami zamiast patroszenia ich przy pomocy różdżki? Och, co za niemądre przypuszczenie z mojej strony. On lubi obie te rzeczy.
— Znać cię znaczy chcieć cię udusić, Malfoy. Zostawmy to lepiej — powiedziałam i westchnęłam, w duchu przyznając mu rację w kwestii różdżki. Zrobiłam to z wielką niechęcią, ale nie mogłam go tak naprawdę obwiniać. Lepiej nie wygrzebywać starych historii, bo chociaż bardzo kocham Harry'ego, to przypuszczalnie nie mogłabym go usprawiedliwić, gdy w szóstej klasie rzucił na Malfoya tamto straszne zaklęcie, którym go omal nie zabił. — Zrób lepiej coś pożytecznego. Otwórz tę butelkę. I zrób to cicho. Bez słów. Powstrzymaj się też od ich używania przez następną godzinę. Oczywiście, że Harry nie jest gejem. To chyba powinno być jasne.
— Mówisz o dzieciach? To nie świadczy o niczym — prychnął, zbijając mój argument. — Chciałbym dostać po galeonie za każdą propozycję, złożoną mi przez Baxter-White'a. Byłbym wtedy dwa razy bogatszy niż teraz. A ten facet ma pięcioro dzieci.
— Baxter-White jest gejem? — zapytałam zszokowana.
— Dla niego samego to nowość. Ale nie dla całej reszty z nas. Masz, potrzymaj różdżkę i poświeć mi. Mam trudności z otwarciem tego szampana.
— Halo? Czy jest tu w pobliżu jakiś czarodziej? Na to istnieją stosowne zaklęcia, Malfoy. Poza tym wcale ci nie wierzę. Przecież Baxter-White zachowuje się jak wzorcowy macho. Musisz się mylić. — Skierowałam światło na butelkę. — To ja chciałabym dostać galeona za każdy raz, kiedy próbował mnie obmacać. Też byłabym bogata. Na wszystkich przyjęciach ten uzależniony od seksu troll łapie mnie za tyłek.
— Nie przejmując się tym, że patrzy jego żona oraz połowa sali. Szkoda, że brak trafnych słów na określenie tego, jak apetyczny jest twój tyłek, Granger. Gdybyś faktycznie zechciała wystawić Baxtera-White'a na próbę, zaciągając go w jakieś ustronne miejsce na szybki i brudny numerek, z pewnością zwiałby aż do Walii. Jestem przekonany, że robi to z żoną wyłącznie od tyłu. Nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób ona raz po raz zachodzi w ciążę. Ten cholerny korek nie chce wyjść. No chodź, ty zasrańcu, wyłaź — mruknął.
— Możesz odpuścić sobie te obsceniczne epitety? — poprosiłam.
— Są częścią rytuału, Granger. Męcząca walka z upartym korkiem od szampana, której towarzyszą nieparlamentarne komentarze.
— No nie, przestań. — Tym razem to ja musiałam parsknąć pogardliwie.
— Gdybyś nie była — zamruczał znów, nie przestając mocować się z korkiem — aż tak diabelnie naiwna, wiedziałabyś, że ci wszyscy biedni, pożałowania godni, homofobiczni geje pokroju Baxter-White'a, który swoją drogą jest najautentyczniejszą ciotą, zachowują się jak uzależnione od seksu trolle dlatego, żeby udowodnić sobie oraz reszcie świata, że wcale nie są gejami. Dla zrównoważenia, szampan smakuje o niebo lepiej, jeśli go przeklinasz przy otwieraniu bez użycia magii. Czary w jakiś sposób uszkadzają bąbelki. Ach, nareszcie drgnął.
Spróbowałam zrozumieć, co wspólnego ma ten skory do obmacywania i pozerstwa idiota Baxter-White oraz jego żałosna potrzeba ukrycia homoseksualizmu przed wszystkimi, łącznie z własną osobą, z przeklinaniem i bąbelkami w szampanie. Przeważnie nie mam, niestety, problemów z nadążaniem za tokiem myślowym Malfoya. Jak nisko musiałam więc upaść przez ostatnie trzydzieści minut? Zdecydowanie za nisko.
— Malfoy, to nie ma żadnego sensu…
— Cicho! Zaraz, zaraz… Gotowa? — Jedną ręką złapał mnie za przód szaty i pociągnął, tak że znalazłam się z nim twarzą w twarz, drugą zaś wcisnął między nas butelkę, nakrywając korek kciukiem. — Teraz! — krzyknął.
Korek wystrzelił z impetem, ginąc w ciemnościach nocy, a szampan rozlał się gwałtowną, cudowną falą. Przy pomocy podstępnie wymierzonych w żebra kuksańców zaczęliśmy wyrywać sobie butelkę z rąk, walcząc o pierwszy łyk tryskającego z niej alkoholu.
— Wygrałaś, Granger — poddał się Malfoy, a w jego pełnym, niskim barytonie pobrzmiewała, o Merlinie, prawdziwa radość. Był autentycznie rozbawiony. Nie, nie w stylu swojego typowego, sarkastycznego „pfff", wydmuchiwanego przez jedno nozdrze, ale bliski najszczerszego śmiechu na całe gardło. Czy ja w ogóle kiedykolwiek słyszałam, żeby Malfoy śmiał się głośno? Raptem do moich uszu dotarł głuchy łomot, krótkie „kurwa mać!", dobiegające gdzieś z dołu, a potem usłyszałam:
— Nie, nic się nie stało, szampan ocalał. Granger, podaj mi rękę. Obawiam się, że spadłem z ławki.
— Malfoy, czy ty jesteś narąbany? — Wstałam, macając dokoła powietrze w próbie zlokalizowania jego głowy.
— Pijany jak bela, szczerze mówiąc. Tylko bez żadnych kazań, stanowczo dziękuję… — Moja lewa stopa doznała kolizji z czymś dosyć solidnym. — Aaaauuaa! Cholera, Granger! Kopnęłaś mnie właśnie w przyrodzenie! No nie! Masz szczęście, że jestem napruty jak messerschmitt i nic nie czuję…
— Masz różdżkę — przypomniałam mu. — Wystarczyło sobie odrobinę poświecić, a cenne fragmenty twojej anatomii nie doznałyby uszczerbku.
— Granger, nie próbuj być szydercza. To do ciebie nie pasuje. Wróć lepiej do dobrze mi znanego jazgotu, który dużo bardziej odpowiada twojemu charakterowi. Czy wspominałem ci ostatnio, jak cię uwielbiam? I wcale nie mam różdżki. To ty trzymałaś ją ostatnia. Co z nią zrobiłaś?
— A niech to — jęknęłam. — Musiałam ją upuścić, gdy szampan wystrzelił z butelki. Skończ z tym bezużytecznym siedzeniem jak kupa nieszczęścia i zacznij jej szukać.
— Pomóż mi. Kurczę blade, nic tu nie widzę po pijanemu. Wyczyszczę ci potem szatę zaklęciem — biadolił Malfoy.
— Nie mogę — mruknęłam. — Upadłam, idąc tutaj i zdarłam sobie skórę z obu kolan.
— Głupia gryfońska małpa. Dlaczego nic nie… Ależ z nas idioci. Accio różdżka. Lumos.
Ujrzałam go, siedzącego z szeroko rozwartymi nogami, podpierającego się na łokciach, z różdżką w jednej i butelką szampana w drugiej ręce. Jego włosy połyskiwały w delikatnej poświacie zaklęcia. Nawet półleżąc na ziemi w pijackim nieładzie był uosobieniem gracji. Nagle uświadomiłam sobie istnienie naturalnej prostoty, którą rozwinął jako dojrzały mężczyzna, a która zastąpiła wystudiowaną, sztywną elegancję, z jaką obnosił się za młodu. Bez żadnego wysiłku wyobraziłam go sobie w dawnych blond włosach, oślepiających nienaturalnym wręcz białym odcieniem. Blade światło różdżki połączone z moimi wspomnieniami ułatwiało zadanie, pozwalając zapomnieć o jego obecnej, srebrzystej siwiźnie.
— Granger, podejdź bliżej, ty paskudo. Daj, wyleczę ci te kolana. Zanim pojawiłaś się tutaj w całej swojej chwale, usłyszałem gdzieś w ciemnościach czyjś bolesny jęk. Miałem gorącą nadzieję, że to ten irlandzki palant Finnigan, połykany właśnie w całości przez Wielką Kałamarnicę. A tu okazuje się, że to byłaś ty, zaatakowana przez grządkę rozmarynu. Proszę. Lepiej?
— Masz jakąś niezdrową fiksację na punkcie kałamarnicy — zauważyłam, pochylając się nad swoimi kolanami. Całe i zdrowe. — Powinniśmy wracać…
— Jeszcze nie — zaoponował. — Zostało nam do wypicia pół butelki. Pozwól mi sobie przypomnieć, że jestem w posiadaniu różdżki. Więc jeśli nie zamierzasz znów paść w objęcia ogródka z ziołami, powinnaś trzymać się mnie.
Rzuciłam mu ostre spojrzenie.
— Nie bądź śmieszny. Uważam, że oboje jesteśmy wystarczająco nietrzeźwi…
— Granger! Jesteś pijana? Ja też! Ten fakt należy niezwłocznie oblać…!
— Wypchaj się. Wątpię, żebyś był naprawdę pijany — rzuciłam oskarżycielsko. — Tylko udajesz. Nawet nie bełkoczesz.
— Tylko dzięki zaklęciu przeciw bełkotowi — przyznał. — Opracowanie tego bezcennego, małego klejnotu zajęło mi całe ferie świąteczne na piątym roku w Hogwarcie. Bo widzisz, my, Ślizgoni, nie marnowaliśmy czasu na bezużyteczne zaklęcia typu transmutowanie filiżanek w krety. Wymyślaliśmy przydatne czary, takie, które pozwalały nam wytrzymać wykłady Binnsa po spożyciu połowy butelki wódki tak, by nikt nie zauważył naszego stanu. Nie uwierzyłabyś, z iloma nudnymi zadaniami w ministerstwie uporałem się, będąc pijany w sztok. — Spojrzał na mnie, promieniejąc takim zadowoleniem z samego siebie, że mogłam tylko wybuchnąć śmiechem. Wyciągnęłam do niego dłoń.
— Wstawaj, ty skończony idioto. I wiedz, że podczas świąt Bożego Narodzenia na piątym roku nie zajmowałam się transmutacją filiżanek w krety. Byłam…
— Boże, Granger, nic mi nie mów. Bez wątpienia to, czym się wtedy zajmowałaś, znacznie przekraczało umiejętności kogokolwiek w twojej klasie i przypuszczalnie również zdolności najbardziej utalentowanego ucznia siódmej klasy. Przenieśmy się na podłogę altanki. Nie utrzymam się już na siedząco na tej ławce.
Nie puścił mojej ręki, gdy wstaliśmy i ruszyliśmy we wskazanym kierunku chwiejnym krokiem. Nie powiedziałam ani słowa, ale jego uwaga o moim przemądrzałym zachowaniu za szkolnych czasów, zamiast napełnić mnie dumą, wywołała jedynie zawstydzenie. W dodatku wcale nie próbował mi nią dokuczyć.
Zaciągnął mnie w kąt, przywierając plecami do miejsca styku ścianek, po czym ześliznął się w dół, uderzając miękko siedzeniem o podłoże.
— Chodź tu — zażądał, ciągnąc moją rękę. — Odwróć się i usiądź. Przytul się do mnie.
— Na pewno nie — zaprotestowałam żywo.
— Kurwa, Granger. Nie będę cię obmacywał — prychnął i szarpnął mocniej. — Serio, jestem tak pijany, że gdyby ktoś powiedział mi w tej chwili, że zostałem ministrem magii, nawet by mi nie stanął. Nie bądź taką chodzącą przyzwoitością. Potrzebuję żywej poduszki i kogoś, o kogo mógłbym się oprzeć, a jesteś tu tylko ty. Inaczej się przewrócę — wymamrotał.
Drogi Boże, też się zataczałam. Ileż musiałam wypić? Na pewno nie aż tak dużo. Och. A może jednak. Nie tyle uklękłam, co opadłam obok niego jak bezwładny worek. Pochylił się w moją stronę, złapał mnie za rękawy i przyciągnął do siebie.
— Unieś kolana do piersi — zarządził. Otoczył mnie ramionami, a chwilę potem nogami. — A teraz oprzyj się o mój bark. I już. — Ułożył mi głowę na obojczyku i momentalnie zasnął.
Siedziałam bez ruchu przez kilka minut, próbując wytrzeźwieć na tyle, by nie budząc go podkraść mu różdżkę i wrócić do zamku. Przewidziano tam nocleg dla wszystkich gości weselnych. Malfoy był tak pijany, że mógł sobie spać w altanie i obudzić się nazajutrz zesztywniały na całym ciele i niewątpliwie nękany bólem rozsadzającym mu czaszkę, za to z czystą reputacją, jeśli chodzi o nas oboje.
Właśnie zbierałam się w sobie, by wykonać pierwszy ruch, gdy wyszeptał mi prosto do ucha:
— Mogę zapalić?
— Nie, nie możesz. Podpalisz mi włosy.
— Racja. Granger, dlaczego zawsze chowasz te fantastyczne cycki pod workowatymi, rozpaczliwie niegustownymi szatami?
— Co? Odwal się! — Usiłowałam wstać, ale natychmiast mnie przytrzymał.
— Przestań zachowywać się jak dziewicza mniszka, której napalony biskup złożył właśnie dwuznaczną propozycję. Nie przystawiam się do ciebie. Mówiłem ci już, że strategiczne części mojego ciała uległy czasowej awarii. Wszystkie moje członki są zdrętwiałe. Co mnie w zasadzie powinno dziwić. A to, że masz wyjątkowo piękny biust, to już na pewno nie moja wina. Że też nigdy go nie eksponujesz. Poza wyjątkowymi okazjami. To znaczy, dziś na przykład wyglądasz bardzo uroczo. I nie próbuj mi wmawiać, że to kwestia pieniędzy, bo dokładnie wiem, ile oboje zarabiacie. Mam w zanadrzu całą paletę trafnych obelg, którymi mógłbym obrzucić Weasleya, niestety „skąpiec" do nich nie należy. Co więc jest nie tak z twoim cholernym mężem? Na jego miejscu wstydziłbym się wypuszczać cię z domu w tych szmatach, które uważasz za szaty.
— Przede wszystkim trzymaj swoje wstrętne łapy z daleka od teczek personalnych pracowników. Poza tym, co za przewidywalne, feudalne podejście do kobiet, Malfoy. Jak gdyby Ron miał coś do powiedzenia w sprawie mojego ubioru — wytknęłam mu.
— Przestań się wiercić — poskarżył się prosto w moje ucho, choć wcale się nie ruszałam. — Tu nie chodzi o feudalne podejście. Dlaczego nie chwalić się otoczeniu swoją żoną? Weasley powinien coś zrobić. Przyznaję, nie płynie z prądem. Ze wszystkich pracownic ministerstwa jedynie ty weszłabyś do ścisłej czołówki pretendującej do Nagrody Przerażająco Brzydkiej Szaty Miesiąca. Chcę ci tylko uzmysłowić, że podobnie jak wszyscy masz swoje plany i zamiary. Zrealizowałabyś je dużo łatwiej, gdybyś postarała się być bardziej powabna. Zakładając raz na jakiś czas dekolt, ukazujący ten nieziemski biust.
— Rozważę twoją radę, gdy zostanę podsekretarzem wydziału pornografii.
Zareagował zduszonym śmiechem w moje ramię, a potem znów zasnął, tylko po to, by obudzić się chwilę później.
— Ładnie pachniesz.
— A ty nie. Cuchnie od ciebie jak od kupy starego popiołu.
Brak odpowiedzi. Ponownie zapadł w drzemkę. Wykorzystałam czas na próbę wyzwolenia się z jego uścisku, co udało mi się w połowie, gdy kolejny raz wrócił do przytomności.
— Nie idź jeszcze — wymamrotał i z powrotem oplótł mnie ramionami, wpijając mi ostry podbródek w bark.
— To boli, ty głupku. Ciągle masz spiczastą brodę. Malfoy, przestań. Muszę wracać — poprosiłam. — Ron zacznie się dziwić, gdzie znikłam i wątpię, czy chciałbyś, żeby znalazł mnie tutaj robiącą za twoją żywą poduszkę.
— Chrzanię twojego męża. Mam różdżkę. Oberwie klątwą, jeśli zacznie się stawiać. Pójdziemy za pięć minut. Obiecuję.
Wymościł sobie podbródkiem gniazdko na moim ramieniu, tym razem nieco delikatniej.
— Ładny prezent ślubny. To mieszkanie — zauważyłam, starając się nie dopuścić, aby zasnął.
— Wolałbym, żeby moje wnuki nie dorastały w jakiejś ciasnej kawalerce. A gdy już o tym mowa, to Potter zapłacił za wesele. Mogłem zrobić przynajmniej tyle. Jeszcze dziesięć minut.
— Z różdżką czy bez, idę sobie stąd za cztery i pół minuty. Wyglądali cudownie, prawda, Malfoy? Malfoy? — Stuknęłam go łokciem.
— Au, ty wredna małpo, to boli. Kto wyglądał cudownie?
— Masz cztery minuty. Twój syn i Lily.
— Uhm — mruknął, co do złudzenia przypomniało chrapnięcie.
— Trzy minuty — upomniałam go i poczęstowałam następnym kuksańcem. — A wesele było naprawdę pierwszorzędne.
— Jesteś absolutnie niemożliwa! Czemu nie dajesz mi spać? — Wyprostował nogi. — Muszę powiedzieć, że Pansy dobrze wie, jak zorganizować doskonałe przyjęcie. Drogie doskonałe przyjęcie, o czym Potter musiał się boleśnie przekonać. Żałuję, że to jedyna rzecz, którą potrafi zrobić porządnie. I nawet wtedy matka musi doradzać jej po cichu. Moja żona wykazuje tendencję do blichtru, ale owszem, tak, całość wypadła całkiem przyjemnie. — Ziewnął. — No dobra, wstajemy, moja droga Gryfonko. Ale muszę z żalem przyznać, że to wielka szkoda nie móc pochwalić się w poniedziałek każdemu w biurze, że spędziłem noc z Granger.
Boże, czy nie zrodzi to żadnych plotek? Jakimś sposobem udało nam się podnieść na nogi, przy czym Malfoy przewrócił się cztery razy, a ja trzy.
— Gotowa? — zapytał. — Lumos. Wiesz, co jest najlepsze w tym ślubie? Mój syn znów zaczął się do mnie normalnie odzywać. Mamy już na koncie całe cztery rozmowy, podczas których ani razu nie nazwał mnie draniem ani zdrajcą. To było warte ceny spowinowacenia się z Potterem.
— Nie wiem, czego się spodziewałeś. Nosisz przecież żywą reklamę swojej przeszłości na przedramieniu — mruknęłam, również ziewając. — Gdy zaczął naukę w Hogwarcie, zewsząd docierała do niego niezafałszowana prawda o wojnie. Nie ta podkolorowana, upiększona, którą bez wątpienia wciskałeś mu w domu.
Jego swobodnie ułożone ramiona poderwały się w nagłym zrywie.
— Zamknij gębę, Granger. Nie potrzebuję osądów dokonywanych przez ciebie lub mojego syna. Popełniłem mnóstwo głupich błędów. Wszyscy je popełnialiśmy. Jak czyste są twoje ręce? Hmm?
— Dużo bardziej niż twoje — odgryzłam się. — Dołączyłeś do Zakonu raczej późno…
— Przymknij się — powtórzył i opuścił różdżkę, łapiąc mnie za ramiona i potrząsając mocno. — Wyobraź sobie, że masz dziecko, które jest twoim światem. Całym twoim światem. — Potrząsnął mną znowu, aby podkreślić wagę swych słów. — Wyobraź sobie, że twoją żoną jest kobieta, której największe intelektualne wyzwanie to podjęcie decyzji na temat nowych zasłon w jadalni: czerwony aksamit czy czerwony jedwab? To dziecko cię kocha. Kocha też swoją matkę, ale dosyć szybko dostrzega, że jest raczej pustą kobietą. Zwraca się więc zawsze do ciebie, ponieważ ci ufa. Ty zaś kochasz to dziecko bardziej, niż można w ogóle kochać jakąkolwiek ludzką istotę. A potem ono wyjeżdża do szkoły i przestaje z tobą rozmawiać. Przestaje ci ufać. Zaczyna nienawidzić. Dzieci są najokrutniejszymi stworzeniami na świecie. Widzą go w dwóch barwach: czarnej i białej. Żadnych szarości. Jesteś samym złem. Albo dobrem. Nie istnieje nic pomiędzy. Mój syn nie mógł zrozumieć, czym to wszystko musiało być dla mnie, ufającemu swoim bliskim dorosłym przez całe dzieciństwo i wczesną młodość. Wierzącemu w nich. Nieświadomemu, o co toczy się gra, dopóki nie napiętnowano go niczym bydła gorącym żelazem. Że Voldemort miał gdzieś czarodziejski świat. Że nie interesowało go nic poza własną nieśmiertelnością. Spróbuj wyjaśnić to małemu dziecku i nakłonić je do wysłuchania. Do zrozumienia. — Zupełnie trzeźwy, szarpnął mną ku sobie, a potem raptownie odsunął i puścił. Opadłam na ścianę altanki. — Wprost uwielbiam, gdy ludzie, którzy nie mają dzieci, nonszalanckim tonem rzucają głębokimi maksymami typu „A czego się spodziewałeś?", jakby sami byli ekspertami w dziedzinie wychowania. Tylko bez komentarza. Powstrzymaj się. Zawsze byłaś nieznośną, przemądrzałą moralizatorką.
— Zamknij się, Malfoy — ostrzegłam.
— Owszem, spodziewałem się, że mnie zrozumie. Wybacz mi jednak — tutaj zmienił ton na zimny i sarkastyczny, przypominając mi, iż najwyższy czas na typowego, ironicznego Malfoya — że zapomniałem zapytać cię uprzednio o zdanie. Twój brak doświadczenia, wynikający z absolutnej bezdzietności, nie byłby przecież najmniejszą przeszkodą w pouczeniu mnie co do właściwej oraz poprawnej metody uświadomienia syna o mojej niezmąconej niczym karierze śmierciożercy. Mogłabyś ująć wszystko w instrukcję obsługi o przejrzystej strukturze. To bardzo w twoim stylu…
— Zamknij się, do cholery jasnej! — wrzasnęłam.
— Słuchaj. — Dziabnął palcem w moim kierunku. — Ty i Weasley postanowiliście nie uszczęśliwiać świata nowym pokoleniem rudzielców, ponieważ cały czas poświęcasz na robienie wzorowych służbowych notatek, nie masz więc żadnego prawa wygłaszać mi kazań na temat mój i mojego syna. Zakład, że notka przypominająca ci o zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka przepadła gdzieś w służbowej skrzynce pocztowej? Pewnie miałaś akurat bardzo zajęty tydzień i…
Chciałam go zabić. Dosłownie zamordować. Rzuciłam się w stronę, gdzie stał, nie trafiając w niego rękami o palcach rozcapierzonych w desperackim pragnieniu rozdrapania skóry, ranienia i rozrywania na drobne kawałeczki.
— Cholerny, pieprzony draniu! — krzyczałam. Byłam szybka, ale przewidział mój atak. Usiłował złapać mnie za ramiona i powstrzymać. — Ja nie mogę, nie mogę… — Uderzyłam go w łeb, chwyciłam za ucho i wykręciłam je mocno. Zawył z bólu, próbując odsunąć głowę. Doskonale. — A wszystko, kurwa, dzięki twojej obrzydliwej, złej ciotce… żadnych dzieci… rzuciła… na mnie klątwę. — Wryłam mu paznokcie w policzek. — Klątwę… — Złapał mnie za nadgarstek i wykręcił mi rękę do tyłu, próbując unieruchomić. Do jasnej cholery, zabolało, zabolało jak sami diabli, ale nie przestałam. Chciałam go zranić. Drugą, wolną ręką starałam się chwycić go za włosy. Kopałam na oślep, pragnąc złamać mu piszczele. Chciałam roznieść go na strzępy.
— Przestań, przestań, do cholery, albo złamię ci rękę! — krzyknął, wykręcając mi ramię jeszcze bardziej. Ból sparaliżował całe moje ciało, zamieniając mój wybuch w głęboki żal. Opadłam na niego, płacząc bezgłośnie. Zwolnił uchwyt na wykręconym ramieniu, powoli odwrócił mnie do siebie i zamknął w objęciach, pozwalając się wypłakać.
Uniosłam jedną dłoń ku twarzy, drugą położyłam na swoim bezpłodnym brzuchu, wciskając się w jego pierś i wylewając łzy nad dziećmi, które mogliśmy mieć z Ronem i których nigdy mieć nie będziemy.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że głaszcze mnie po głowie, delikatnie, ale zdecydowanie. Nie mówił żadnego „Już cicho, cicho" ani „Wszystko będzie dobrze". Byłam mu za to wdzięczna. Nie ma nic gorszego niż ktoś, kto usiłuje zbagatelizować twoją głęboką, prawdziwą zgryzotę. Istnieją rzeczy, które opłakiwać będziemy zawsze. Myślałam, że podobne wybuchy należały już do przeszłości. Nie przytrafiły mi się od lat. Jednak dziś, podczas aktu zaślubin, gdy Lily instynktownym, opiekuńczym ruchem osłoniła sobie brzuch, a ręka Dominica powędrowała w ślad za jej dłonią, musiałam zwalczyć obezwładniającą potrzebę wybuchnięcia płaczem oraz zdusić w zarodku ponowny atak szału na wspomnienie diabelskich machinacji Bellatriks Lestrange.
Zadygotałam, a Malfoy przytulił mnie mocniej.
— Bellatriks?
— Tak. — To było jej końcowe dzieło, zanim zginęła z ręki Kingsleya Shacklebolta. — Tuż przed rzuceniem klątwy powiedziała: „Jedna szlama mniej, grożąca zanieczyszczeniem naszej krwi", a potem wycelowała we mnie różdżkę. — Wiedziała, że Kingsley był zaraz za mną, ale zamiast odbić jego zaklęcie, wolała trafić swoim we mnie. Jej przerażające oczy lśniły radością z ostatniego występku, na zawsze odbierającego mi możliwość zostania matką. Co uczyniło z niej kobietę, która wolała, żebym spędziła resztę swych dni ze świadomością, iż nigdy nie będę mogła mieć dzieci, od zwykłego pozbawienia mnie życia?
— Święty Mungo? — zapytał Malfoy ochrypłym, cichym głosem, jakby znał już odpowiedź.
— Nie dają żadnej nadziei. Uzdrowiciele stwierdzili, że moje narządy wyglądają, jakby spaliła je pożoga. Najwyraźniej potrafią regenerować kości, ale nie macice.
Po pobycie w Świętym Mungu całymi latami dręczyły mnie koszmary. Nie zwyczajne, złe sny, gdzie wszystko jest tak groteskowe, że nawet w samym ich środku dobrze zdajesz sobie sprawę z tego, że nic nie dzieje się naprawdę. Koszmary, które miałam, zawierały dokładną replikę werdyktu uzdrowicieli, opowiadających o beznadziejności mojego przypadku i widok twarzy Rona, uzmysławiającego sobie, że nigdy nie doczekamy się dzieci. A gdy nasza czwórka kupiła sąsiadujące ze sobą domy, ciągle męczyła mnie świadomość, że Ron spędza całe wieczory i weekendy u Harry'ego i Ginny, bez przerwy bawiąc się ze swoimi siostrzenicami oraz siostrzeńcami, podczas gdy ja leżałam w łóżku, zwinięta w pozycję płodu i wsłuchana w ich radosne okrzyki dobiegające zza otwartego okna. W końcu wstawałam, zamykałam je, żeby odgrodzić się od śmiechu Rona i pisków dzieci. Nigdy jednak nie udało mi się ich do końca wytłumić.
— Hermiono — wyszeptał mi Malfoy do ucha. — Strasznie mi przykro. Nie wiedziałem. Często postępuję okrutnie z całą świadomością, ale rzadko nieświadomie. Bardzo cię przepraszam. — A potem pocałował mnie w czubek głowy i zmiażdżył w uścisku, wyrywając mi z ust pisk, spowodowany przez obolałe ramię. — Och, zapomniałem, twoja ręka — mruknął, przywołał różdżkę, po czym zaczęliśmy leczyć się nawzajem. Najpierw moje wykręcone ramię, następnie jego siniaki i zadrapania. Po wszystkim spojrzeliśmy na siebie, stojąc bez ruchu, znów trzeźwi i wyczerpani. Ponownie dotknął moich włosów, a potem otarł mi z twarzy drobne listki, przyklejone do mokrych od łez policzków. Zaklęciem usunął ślady płaczu i pogłaskał mnie po głowie.
— Gotowa? — zapytał.
Przytaknęłam. W ciszy zmierzaliśmy w kierunku zamku. Przy schodach powiedział:
— Chciałbym jeszcze zapalić. Idź już. — W ten niewypowiedziany sposób ratował moją reputację, która doznałaby uszczerbku, gdyby okazało się, że nadchodzimy oboje od strony ogrodów o trzeciej nad ranem.
Zbyt zmęczona na więcej niż zdawkowe „Dobranoc, Malfoy" powędrowałam do wieży Gryffindoru, gdzie mieliśmy z Ronem spędzić noc. Sądząc po ilości szampana, którą skonsumował jeszcze przed moim wyjściem, zakładałam, że mój mąż dawno już spał. Pewność przyniosło mi donośne chrapanie, które usłyszałam, zanim jeszcze weszłam do pokoju. Przekręciłam go na bok, by ucichł i nakryłam mu nagie ramię kołdrą. Podchodząc do okna, zauważyłam czerwony ognik papierosa Malfoya, wznoszący się i opadający w ciemności. Minutę później nie dostrzegałam już niczego. Rozebrałam się i wsunęłam do łóżka, przytulając się do pleców Rona. Chrapnął krótko, przysunął się do mnie, wymacał moje ramię i przycisnął je sobie do piersi. Słuchałam przez jakiś czas jego głębokiego oddechu, a potem, przed zaśnięciem, wyszeptałam mu do ucha przeprosiny.
— Wybacz mi, Ron. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro.
Koniec rozdziału drugiego
