Rozdział trzeci

Masz wiadomość

— Jak upłynął ci urlop, Granger?
W widoku, który ujrzałam, tyle rzeczy było nie na miejscu, że nie wiedziałam, od czego zacząć.
Draco Malfoy siedział w samym środku mojego biura, biura, które zabezpieczyłam barierami nie mniej niż szesnaście razy i to przy użyciu zaklęć, których część pochodziła z trzynastego stulecia.
Siedział nie tylko w moim biurze, ale i przy moim biurku. Na moim krześle. Grzebiąc w skrzynce z moją pocztą. Poufną pocztą. Z kącika jego ust wystawał papieros. Malfoy zdążył już zmienić przycisk do papieru w popielniczkę, a na blacie przed nim leżała świeżo napoczęta paczka Playersów. Przypuszczalnie tkwił tu od dłuższego czasu, ponieważ dno transmutowanego naczynia pokrywały liczne niedopałki, a poza tym ledwie go widziałam przez chmurę tytoniowego dymu. Jedną ręką rzuciłam czar likwidujący siwe kłęby, drugą złapałam pudełko z papierosami i wyrzuciłam je do kosza na śmieci. Wypełnionego, na marginesie, niemal po brzegi wysortowaną korespondencją.
— Czyżbyś zaspała? Spóźniłaś się całe — rzucił okiem na zegarek — trzy minuty.
W jaki sposób udawało mu się tak idealnie artykułować słowa z tym wstrętnym petem przyklejonym do wargi? Typowa gracja, z jaką obrócił nadgarstek, by zerknąć na wskazówki, dodatkowo podkreśliła rozdźwięk między perfekcją a ohydą.
— Jestem pewna, że nadrobię to, rezygnując z obiadu.
Zignorował mój sarkazm i szeleszcząc pergaminem, potrząsnął trzymaną w ręce notką.
— Nie dostałem tej informacji. Dlaczego Parker mi jej nie przysłał?
— Nie udawaj głupka, Malfoy. Chyba nietrudno odgadnąć, że nie chciał, abyś o niej wiedział.
Ponownie przesunął wzrokiem po pergaminie.
— Wątpię. To musiało być przeoczenie. — Zmarszczył czoło i ułożył wiadomość na jednym z trzech leżących na moim biurku równiutkich stosików.
Sięgnął po kolejną kartkę, badając przez dwie sekundy jej treść, po czym westchnął i wyrzucił ją do kosza. Mięśnie mojego karku, które dopiero dziewiątego dnia urlopu zdołały się nieco rozluźnić, na powrót spięły się w sztywny, boleśnie wyczuwalny węzeł wielkości orzecha włoskiego. Wiedziałam z doświadczenia, że nie ma nadziei, bym pozbyła się tego uporczywego skurczu przed grudniową przerwą świąteczną.
Nienawidziłam go. Zazwyczaj miałam po każdym urlopie tydzień błogosławionego spokoju, zanim wracało to paskudne napięcie w mięśniach. Teraz nie minęło nawet pięć minut od chwili powrotu do pracy, a mój kark rwał bólem jak sama cholera.
Rzuciłam teczkę na biurko. Malfoy nie drgnął nawet o centymetr, nadal pogrążony w lekturze.
— Pomińmy na chwilę fakt, że włamujesz mi się do biura i czytasz poufną pocztę, połowę wyrzucając do śmieci. Zacznijmy lepiej od najważniejszego: czy wolno mi usiąść?
Wykonał zapraszający gest w kierunku krzesła naprzeciwko, a potem strzelił palcami. Zabytkowy serwis od Spode'a ponownie pojawił się w skromnych progach mojego biura. Tym razem dwóm filiżankom, dzbanuszkowi ze śmietanką, cukiernicy i srebrnym szczypczykom do cukru towarzyszyły dwa idealnie uformowane croissanty, ułożone na bliźniaczych talerzykach obok kawałków masła oraz malutkich miseczek pełnych dżemu malinowego, którego słodki, owocowy zapach natychmiast wypełnił pomieszczenie.
— Rozgość się, jesteś u siebie. Herbata już się pewnie zaparzyła. Mleko, bez cukru — dodał nieobecnym tonem znad czytanej wiadomości. — Poczęstuj się rogalikiem.
— Chodziło mi o moje własne miejsce, ty wkurzający palancie — zawarczałam.
Uniósł wzrok i pogroził mi palcem.
— No, no, no. Jeżeli nie będziesz dla mnie miła przynajmniej przez pierwszy dzień po powrocie, nie wydam ci zgody na następny urlop…
— To nie ty wydajesz zgody na moje urlopy — rzuciłam z oburzeniem.
— Jeszcze nie, ale niebawem — odparł z taką dozą pewności siebie, że musiałam przypomnieć sobie, iż mam do czynienia jedynie z typową, malfoyowską arogancją, a nie zapowiedzią nadchodzących wydarzeń. Myśl o Malfoyu jako moim przełożonym wystarczyła, bym zapragnęła rzucić się w głąb szybu windy. — Powtarzaj to jak mantrę przez następne dwadzieścia cztery godziny, Granger: być miłą dla Malfoya, być miłą dla Malfoya. Zasugerowałbym, abyś robiła to na kolanach, pełna absolutnego oddania, ale obawiam się, że wymagam zbyt wiele. — Wyjął z ust niemal doszczętnie wypalonego papierosa i wcisnął go do popielniczki. Następnie, z przesadnym rozmachem, podniósł się z miejsca, oferując mi je eleganckim ruchem dłoni. — Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, droga Hermiono.
Miałam chęć mu przyłożyć. Zamiast tego usiadłam.
— Malfoy, czy muszę przypominać po raz tysięczny, że te śmieszne pochlebstwa nie zaskarbią ci mojej sympatii? Możliwe, że działają na jakieś idiotki z księgowości lub tę koszmarną lafiryndę z Biura Aurorów, ale na mnie nie odniosą pożądanego skutku. Wręcz przeciwnie, tak oczywista nieszczerość tylko utwierdza moją nieustającą nienawiść do twojej osoby.
Posykując z dezaprobatą, ruszył w stronę krzesła po drugiej stronie biurka.
— Z pewnością nieco przesadziłaś, mówiąc o nieustającej nienawiści.
— Prawdę mówiąc, wyraziłam się eufemistycznie. — Wyciągnęłam rękę, próbując wyrwać mu z dłoni pozostałe notki.
Zwinnie usunął je poza mój zasięg.
— Co to, to nie — powiedział słodkim tonem. — Twoja służbowa skrzynka wydaje mi się zdecydowanie zbyt fascynująca. — Usiadł naprzeciwko i uśmiechnął się do mnie. — To krzesło jest sporo wygodniejsze. W porównaniu z twoim żelazna dziewica to pieszczota dla tyłka. Chociaż, z drugiej strony, masz znacznie lepiej wyściełane pośladki niż ja. — Przechylił głowę, starając się otaksować moje siedzenie. — Całkiem przyjemnie wyściełane, dokładniej rzecz biorąc.
— Mój tyłek nic cię…
— Mogłabyś przynajmniej transmutować sobie jakąś poduszkę. Coś jedwabnego w prążki? O tak, gustowne purpurowo-złote paseczki. Lubisz purpurę, prawda? I może jeszcze drugą poduszeczkę pod plecy, co ty na to, hmm? — Przebiegł wzrokiem przez kolejną notkę, zmrużył oczy, burknął „Głupia suka", cisnął pergamin do kosza i zagłębił się w następnym. — Nie było cię dwa tygodnie, prawda? Podobnie jak mnie. W tym czasie dostałem zaledwie sześć zapytań z wydziału pocztowego o składkę na zakłady w quidditcha i cztery wiadomości od Halverstona z prośbą o ponowne udostępnienie mu i jego działowi naszego dworu jako miejsca na bal bożonarodzeniowy. Niezwłocznie wysłałem sowę, przypominając mu o mojej nadal otwartej prośbie o odszkodowanie za zniszczenie mi parkietu w czasie ostatniego takiego balu.
— Malfoy…
— Tak, też uważam, że brak odpowiedzi od Halverstona jest wyrazem niechlujstwa. W zeszłym roku wyszłaś z balu, jeszcze zanim goście urządzili sobie konkurs w Highland Fling*. Mądra dziewczyna. Za pretekst podałaś bodajże ból głowy. Co za banda wesołków z tych aurorów. Sami dawni Gryfoni. Zamienili się w totalne, autentyczne zwierzęta. Nigdy mi już nie wmówisz, że to Ślizgoni są zdeprawowanym domem.— Uniósł brwi w zdziwieniu. — Weasley przyznał ci się chyba do wszystkiego, co nie?
— Oczywiście — powiedziałam z największym spokojem, na jaki mogłam się zdobyć. Gorączkowe rumieńce, wypływające na twarz Rona za każdym razem, gdy widział kogoś w szkockim stroju narodowym, nagle nabrały sensu.
— Transmutowali sobie szaty w kilty — wspominał dalej Malfoy, wzdrygając się z obrzydzenia. — Porazili mi oczy wręcz nadmierną ilością jaskrawej kraty jak na jedno życie. Zawsze podejrzewałem, że ze szkocką kratą łatwo przesadzić i w bardzo bolesny sposób przekonałem się o swojej stuprocentowej racji. Doprawdy nie pojmuję, co się dzieje z tym McClure'em. Czy on naprawdę ma iloraz inteligencji równy naci selera, czy tylko robi nas wszystkich w konia? Choć z drugiej strony absolutnie nie mogę zrozumieć, czym się w takim razie kieruje. Ktoś powinien to zbadać w interesie nauki, niestety, gdy już zacznie się z nim rozmawiać, okazuje się, że jest głupi, a przy tym nudny. — Pozbył się notki, wrzucając ją do kosza i poświęcił uwagę następnej.
— Malfoy, bariery…
— Bariery? Oczywiście, że musiałem je zdjąć na czas trwania imprezy. Zajęło mi to całe pieprzone godziny i co dostaję w podzięce? W dodatku Pansy, w którą czasem potrafi wstąpić mały diabeł, uparła się, żeby dla zachowania oryginalności tańca mężczyźni zaklęciem pozbyli się bielizny i wystąpili niczym prawdziwi Szkoci. Niemałą niespodzianką dla wszystkich zebranych było to, że Potter poszedł na to pierwszy. — Zwinął przeczytany pergamin w kulę i z rozmachem cisnął go do śmieci, po czym znów sięgnął po kolejny.
— Malfoy…
— Nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, którą zrobię, poruszę niebo i ziemię, żeby wylano tego półgłówka Carstairsa. Jest zagrożeniem dla ministerstwa, nie mówiąc już o społeczeństwie. Zdaje mi się, że on nigdy nie nosi niczego pod spodem. Potter oczywiście, nie Carstairs. Nie mogę sobie mianowicie przypomnieć, żeby rzucał jakiś czar na swoją bieliznę. — Zmarszczył czoło, nie odrywając wzroku od studiowanej właśnie wiadomości. Jak udawało mu się czytać i mówić jednocześnie? — Muszę powiedzieć, że twój Weasley może się pochwalić anatomią. Z pewnością nie mógłbym stawić mu czoła na tym polu. Zauważyłem też z wielkim rozczarowaniem, że Potter i ja pod tym akurat względem idziemy łeb w łeb. Chociaż, z drugiej strony, trudno powiedzieć… Ekhem. Nie zamierzam ustępować jednak w sprawie zniszczonego parkietu. Nie uwierzysz, jak wyglądał po wszystkim. Te wysokie obcasy okazały się dla niego ostatecznym wyrokiem. Nie, żeby twój mąż nosił przy swoich wygibasach wysokie obcasy. O ile dobrze pamiętam, pod koniec wieczoru nie miał na sobie prawie niczego. — Zgniótł przeczytaną notatkę i wyrzucił ją do kosza. — Aha, czy już wspominałem, że otrzymałem od ministra powiadomienie o podwyżce? Świetne wyniki w pracy, bla, bla, całe te zwyczajowe banały.
— Dostałeś podwyżkę? — Próbowałam zapanować nad głosem, dryfującym ku piskliwemu skrzekowi, jednak bez większego powodzenia. Bolesny węzeł na karku zareagował skurczem. Miałam wrażenie, że chce wywinąć salto w tył. Pierwsze z wielu.
— O tak, nie do pogardzenia. Kompletnie nieoczekiwanie, zapewniam cię. — Stosownie do sytuacji wydałam z siebie ostre, ironiczne parsknięcie. — Dlaczego wszyscy przysyłają ci te wiadomości? — mruknął pod nosem.
— Może dlatego, że w odróżnieniu od niektórych ja naprawdę pracuję? — odezwałam się zgryźliwie, patrząc na jego pytająco uniesioną brew. — Tak, pracuję. A ty co robisz? Dziewięćdziesiąt procent czasu spędzonego w ministerstwie zajmuje ci uwodzenie kobiet, a pozostałe dziesięć przesiadujesz na naradach, od których nie udaje ci się wykręcić — wypomniałam mu.
— Nonsens — zaprotestował, łowiąc następną notkę. — Uwodzenie kobiet to tylko pięćdziesiąt procent tego, co robię. Ile czasu tobie zabiera uwodzenie kobiet? I czy Weasley o tym wie? Hej, co my tu mamy? Gdybym wiedział, że masz takie skłonności, moglibyśmy zabawić się w trójkącie… Ten pieprzony bałwan Fairchild znowu zaczyna. Znasz tę lalunię z księgowości, ona dałaby się namówić na podobny numerek. Nie przepadam za tym jakoś szczególnie, ponieważ wolę być z kimś sam na sam, ale od czasu do czasu… A Fairchildowi nieźle się ode mnie oberwie. — Ułożył notkę na środkowym stosiku, dając jej ostrego klapsa otwartą dłonią, jak gdyby biedny pergamin zasłużył sobie na lanie w zastępstwie za zakusy Fairchilda. — Herbata ci stygnie, Granger — przypomniał mi i powrócił do czytania mojej poczty.
Był jak oszalała nakręcana zabawka, którą zatrzymać można jedynie kilkakrotnym, zamaszystym uderzeniem młotka. Patrząc na niego marzyłam tylko o jednym: żeby wyczerpały mu się baterie albo uległ autodestrukcji. Spojrzałam na swoje pióro, zastanawiając się, czy powinnam transmutować je w coś maczugopodobnego i przyłożyć mu na tyle porządnie, by wreszcie zamilkł.
Zadecydowałam inaczej. Im szybciej wypije tę herbatę, tym szybciej się go stąd pozbędę. Poza tym, szczerze mówiąc, mnie samej też przydałaby się filiżanka czegoś gorącego. Zaspaliśmy z Ronem i musieliśmy pędem biec do pracy, więc nasze dzisiejsze śniadanie pozostało pobożnym życzeniem. Czułam potworny głód i miałam nadzieję, że herbata uciszy go do chwili, gdy pojawi się bufetowy wózek z przekąskami. Napełniłam najpierw jego filiżankę, a następnie swoją, twardo ignorując croissanta. Godziłam się na picie herbaty, ale pomysł jedzenia jego rogalików zdawał się być swoistym przekroczeniem Rubikonu. Na pewno, ale to na pewno po niego nie sięgnę. Choćbym miała umrzeć. Do czego wcale nie było mi daleko. Wczoraj nie zjadłam kolacji. Wentworth z wydziału świstoklików usłyszy coś jeszcze ode mnie. W drodze powrotnej z urlopu najpierw wyrzuciło nas w jakimś urzędzie pocztowym w Moskwie, gdzie zmuszeni byliśmy do rzucenia błyskawicznego Obliviate na wszystkich petentów, a na koniec musieliśmy aportować się wzdłuż i wszerz po całej Europie, żeby zdążyć następnego dnia do pracy. Zacisnęłam mięśnie wokół żołądka, by powstrzymać go od wydawania żałosnego, przeciągłego burczenia. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że rogalik musiał być przepyszny, a jeszcze ten dżem malinowy, który przecież tak uwielbiam… Cholera.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie. Odpoczęłaś na urlopie? — zapytał Malfoy znad notatki.
— Jak udało ci się pokonać moje bariery? — zażądałam odpowiedzi, starając się patrzeć wszędzie, tylko nie na talerzyki. Oraz spoczywające na nich croissanty.
— Ten skurwiel Harlock. Jak on śmie? — Malfoy zamachał mi notką przed nosem. — Wiedział, że nie pozwolę mu odejść bez rozprawienia się z jego sekretnymi eskapadami. Odczekał, aż pójdę na urlop. Dobra. — Wysunął podbródek, posyłając mi jeden ze swoich typowych, podstępnych uśmieszków. — Ten paskudny drań się jeszcze zdziwi…
— Malfoy! — Z trzaskiem odstawiłam filiżankę. — Jak przedostałeś się przez moje bariery?
— Aaa, ta sprawa — prychnął, odkładając wiadomość na najbardziej oddalony od siebie stosik. — Po co ta histeria? Jestem Malfoyem, Granger. Pierwsze słowo, jakie wyszło z moich ust, brzmiało „bariera". Aha, nie trudź się z odpowiedzią na moje pytanie, bo sam widzę, że wypoczęłaś wyśmienicie. Wyglądasz na odprężoną, jesteś opalona, pełna werwy. Dwa tygodnie na greckiej plaży dobrze ci zrobiły. Mogę sobie wyobrazić, że mąż co noc wbijał cię w materac.
Zaczerwieniłam się, ale nie z tego powodu, który sugerował Malfoy. Drogi Boże, w trakcie wypoczynku nie przespaliśmy się ze sobą ani razu, a najgorsze było to, że nawet o tym nie pomyślałam.
Przez kilka pierwszych lat po ślubie Ron i ja prowadziliśmy całkiem satysfakcjonujące życie seksualne. A potem… potem nagle coś, o czym nie mam pojęcia, uległo zmianie. Napięty plan mojej pracy, Ron spędzający większość czasu u Harry'ego i Ginny, wszystko to mocno ograniczyło naszą aktywność, sama nie wiem dokładnie, dlaczego. Mieliśmy teraz początek lipca, a ostatni raz, gdy Ron i ja… Kiedy to było?… W lutym. W Walentynki. Oboje wracaliśmy właśnie do sił po grypie, a na seks zdecydowaliśmy się raczej na zasadzie „jeżeli nie prześpisz się z poślubioną osobą w Walentynki, to już możecie sobie szukać adwokata na sprawę rozwodową" niż z prawdziwej potrzeby. I jeśli dobrze pamiętam, oboje odczuliśmy ulgę, gdy Ron w końcu doszedł. A mnie nawet nie chciało się porządnie udawać orgazmu. Dysząc beznamiętnie, nie przestawałam myśleć o wejściu pod prysznic i poddaniu się pieszczocie gorących oparów, a potem wypiciu kieliszka brandy i zaśnięciu na czternaście godzin.
Oczywiście nie miałam najmniejszego zamiaru dzielenia się z Malfoyem tym wspomnieniem.
— Owszem, urlop był dosyć przyjemny — odparłam, wskazując na swoją teczkę. — Udało mi się uporać z całą górą spraw.
Wydał ostry pomruk pogardy.
— Moje przeświadczenie o tym, że Weasley jest kompletną nogą jako mąż, właśnie powróciło i to w solidnie podmurowanej postaci. Nawet dziki seks co noc nie jest dla tego rekompensatą. — Wskazał na pełną dokumentów teczkę. — Dzięki Bogu. Nie znoszę myśleć o nim dobrze. — Przypalił papierosa, zaciągnął się i nerwowo wydmuchał dym kącikiem ust. — Czy chcesz mi powiedzieć, że pozwolił ci taszczyć do Grecji teczkę, wypchaną z pewnością po same brzegi bzdurnymi informacjami od głupich ludzi, o ile mogę się zorientować po stanie twojej poczty, które nie zasługują na odpowiedź, ponieważ w ten sposób tylko zachęca się ich autorów do jeszcze większej głupoty? — Wskazał papierosem kosz na śmieci. — Możliwe, że ten facet fizycznie ma jaja wielkości grejpfrutów, ale w rzeczywistości…
— Zamknij się — zażądałam, z oburzenia omal nie opryskując go śliną. — To, co mój mąż i ja robimy w czasie wolnym, nie powinno cię nic obchodzić.
W istocie co rok z utęsknieniem wyglądam urlopu, ponieważ to jedyny okres, w którym nadganiam zaległości. Od piętnastu lat wraz z Harrym, Ginny i ich dziećmi wynajmowaliśmy samotną willę na skraju plaży w maleńkiej czarodziejskiej enklawie na północy Grecji. Potterowie zabierali nas wszędzie ze sobą. Stanowiliśmy rodzaj tłumnej, chaotycznej gromadki. Zostałam ekspertem w dziedzinie leczenia oparzeń słonecznych: weasleyowskie geny i słońce to śmiertelna mieszanka, a zawsze pod koniec pobytu Ron przypominał jednego wielkiego piega. Podczas gdy wszyscy pływali i leniuchowali, ja siedziałam na plaży, starannie osłonięta zaklęciem przeciw podmuchom wiatru i chmurom piasku, porządkując wszystko, co zabrałam przed wyjazdem ze swojego biurka. To coś wspaniałego. Zazwyczaj bierzemy urlop w sierpniu, ale ze względu na ślub przyspieszyliśmy wakacje o kilka tygodni, opuszczając Anglię w poniedziałek po weselu.
— Tylko ty jesteś w stanie nazwać sprzątanie biurka „przyjemnym urlopem" — skomentował Malfoy zgryźliwie, znów zaciągając się energicznie dymem. — Sądząc po stanie twojej aktualnej poczty, nic dziwnego, że pracujesz ponad siedemdziesiąt godzin tygodniowo i ciągle jesteś zmęczona.
— Jak śmiesz? — wysyczałam. — Wątpię, czy twój urlop przy wnikliwej ocenie wypadłby lepiej. Dwa tygodnie w Mediolanie spędzone na kompletowaniu ciuchów. Odrobinę więcej próżności i trudno będzie odróżnić ciebie oraz twoją żonę od manekinów na wystawie.
Chociaż sama nigdy jej nie czytam, to poświęcona modzie kolumna prasowa Pansy Parkinson-Malfoy, śledzącej pilnie letnie mediolańskie pokazy wielkich projektantów, cieszy się olbrzymią popularnością wśród czarodziejskiej społeczności. Jak można tracić tysiące słów na relację z gapienia się na anorektyczne modelki, paradujące w idiotycznych strojach, nie będących niczym innym niż kosztowną wersją hogwarckich kostiumów halloweenowych, pozostaje dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Zaś fakt, że sprzedaż nakładu „Proroka" wzrasta o dwadzieścia procent za każdym razem, gdy ukazuje się artykuł Pansy, doprowadza mnie do depresji.
— Och, nazwijmy to „produktywnym" urlopem — powiedział lodowatym głosem, w którym pobrzmiewało „nienawidzę cię, Granger". — Jak zwykle cały świat poza tobą nie ma racji. Co za naiwność z mojej strony. Myślałem, że wakacje oznaczają czas, w którym się nie pracuje. A tak dla twojej wiadomości, jesteś strasznie niedoinformowana. Nie spędziłem dwóch tygodni przymierzając ubrania i oglądając pokazy mody. Robiłem to przez jeden dzień, a potem zająłem się czymś innym, pozwalając Pansy, odzianej w Armaniego, samej wmieszać się w tłum reszty fanek mediolańskich wybiegów. Następnie odwiedziłem mojego handlarza dziełami sztuki i wybrałem się na kilka imprez artystycznych, które na szczęście odbywają się w tym samym terminie co pokazy mody. Uwierz lub nie, bo wiem, jaką masz o mnie opinię, ale spędziłem nadzwyczaj dużo czasu w muzeach. Oglądałem kościoły. Sztuka i architektura w kościołach katolickich jest dla mnie czymś w rodzaju pasji. — Przerwał na chwilę, biorąc głęboki wdech. — Myślę, że oboje potraktowaliśmy się już dziś wystarczająco niegrzecznie, oddając sprawiedliwość naszej wzajemnej wrogości, a to wszystko dlatego, ponieważ jesteśmy głodni. Proszę, weź croissanta. Konam z głodu. Podobnie jak ty. Przez ostatnie dziesięć minut udało mi się ignorować odgłosy emitowane przez twój żołądek, ale powoli robi się to śmieszne. Jeśli twój brzuch zacznie burczeć jeszcze głośniej, będziemy musieli obrażać się przy pomocy języka migowego. Dobre maniery zabraniają mi zjedzenia rogalika, zanim ty tego nie zrobisz. — Podał mi talerzyk z croissantem i natychmiast cofnął rękę, tak że musiałam go przyjąć, o ile nie chciałam upuścić całości na biurko. — Dziękuję — powiedział grzecznym tonem, smarując swojego rogalika masłem i dżemem. Dolałam mu herbaty, co skwitował wdzięcznym skinieniem głowy. — Po zakończeniu rekonesansu w mediolańskich kręgach artystycznych udałem się do Wenecji i godzinami siedziałem na Placu Świętego Marka nad mrożonym espresso, a potem złożyłem wizytę mojej ciotecznej babce rezydującej w jednym z pałaców nad kanałem. Dom i Lily również zjawili się tam podczas mojego pobytu. Przesyłają pozdrowienia.
Zrewanżowałam się skinieniem głowy i w ciszy zabraliśmy się za posiłek.
Relacja Malfoya z urlopu w jakiś sposób skłoniła mnie do refleksji. A mianowicie nad tym, że, prawdę mówiąc, najchętniej również spędziłabym swój wolny czas w dokładnie ten sam sposób. Wypracowałam w sobie radosne oczekiwanie na wakacje w Grecji, ale część mnie zastanawiała się, czy zabieram tam ze sobą pracę właśnie z nudów. Nigdy nie udało mi się zaciągnąć Rona do muzeum. Jego wyobrażenie o sztuce polegało na oprawieniu w ramki plakatu Armat z Chudley.
Malfoy miał rację. Gdy tylko skończyliśmy jeść, napięcie ulotniło się z pomieszczenia. Nawet jeśli nie całkowicie, to jego pozostała ilość umożliwiała nam cywilizowaną konwersację.
— Jak się czuje Lily?
— Wspaniale. Mogę zapalić? — Nie zaczekawszy na odpowiedź, przypalił papierosa, wygodnie ignorując fakt, że zadymia mi pokój już od dłuższego czasu. Zasłony w oknach będą wymagały kilkakrotnego potraktowania zaklęciem czyszczącym. Niech go szlag trafi. — Chociaż od wesela upływał wtedy właśnie tydzień, jej brzuch zaokrąglił się w uroczy sposób. Cioteczna babka Delizia była nią zachwycona. Dominico też wygląda nieźle. — Posłał mi ostrożny uśmiech. Jego powracająca zażyłość z synem rozwijała się w szybkim tempie. — Czułem… wielką zazdrość, patrząc na nich.
— Zazdrość? — Nie mogłam sobie wyobrazić Malfoya zazdrosnego z czyjegokolwiek powodu. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby trzymał w garści cały świat. A z pewności trzymał w niej moją skrzynkę z pocztą. Dosłownie.
Zapatrzył się w odległy kąt biura.
— Są tak zakochani. Wydają się być otoczeni wyczuwalną mgiełką. I tacy beztroscy… — Zapomniał o papierosie, spoczywającym między jego palcami. — Największą troską w ich życiu jest to, czy ich rodzice oraz teściowie nauczą się kiedyś powstrzymywać od wzajemnych fizycznych ataków oraz jakie imię nadać pierworodnemu dziecku. Co było twoim największym zmartwieniem w ich wieku? — Kiedy sama miałam dziewiętnaście, dwadzieścia lat, wojna osiągnęła właśnie punkt kulminacyjny. Mieliśmy więcej rannych w szpitalnych łóżkach niż ludzi potrafiących utrzymać się jeszcze na nogach. Musiałam mieć to wypisane na twarzy, ponieważ odezwał się cicho, niemal szeptem: — Właśnie. Wiesz, co robiłem wtedy codziennie, wstając z łóżka, o ile było mi dane się w ogóle położyć? Patrzyłem na swoje odbicie w lustrze i mówiłem do siebie: „Nie umrzesz dzisiaj, Draconie Malfoyu. Zabraniam ci". To głupie, wiem. Jak gdybym sam wydawał sobie rozkaz pozostania przy życiu, podczas gdy w rzeczywistości była to niezdarna modlitwa. A potem się modliłem, naprawdę modliłem. Padałem na kolana i wznosiłem błagania do Boga, w którego nie wierzę, żeby los nie nakazał mi dziś na polu bitwy stawić czoła własnemu ojcu. Żebym nie musiał go zabić. W pewien sposób odczułem nawet ulgę, gdy któregoś dnia zrobił to Potter. Od chwili, kiedy zmieniłem strony, zawsze prześladowało mnie przeczucie, że spadnie to na mnie.
Mój rytuał z tamtach czasów wyglądał odrobinę inaczej. Szorując co rano zęby, powtarzałam w kółko: „Nie pozwolisz dziś umrzeć Harry'emu lub Ronowi".
— Harry nie miał wyboru, wiesz o tym — powiedziałam w obronie przyjaciela.
— Tak, Granger, wiem — odparł opryskliwie lekko zachrypniętym głosem. — Na Boga, przecież przy tym byłem. Potter, gdy się upije, zawsze mnie za to przeprasza. Jakbym ciągle potrzebował przypominania, że mój ojciec był potwornym łotrem i że ktoś musiał go wreszcie zabić.
Pomyślałam o weselu Lily i Doma i o tym, jak bardzo pijany był Harry, zadając sobie jednocześnie pytanie, czy zniknięcie Malfoya w ogrodzie stanowiło nie tyle ucieczkę przed nielubianymi gośćmi, ile uniknięcie wylewnych przeprosin Harry'ego.
Pamiętam satysfakcję wymalowaną na twarzy Lucjusza Malfoya, gdy podchodził do mnie i Rona na tamtej polance. Ron oberwał chwilę wcześniej paskudną klątwą, która sprawiła, że krew sączyła się przez wszystkie pory jego skóry, a ja pochylałam się nad nim, by wymówić przeciwzaklęcie, oboje zdani na łaskę i niełaskę Malfoya. I choć wszystko stało się tak szybko, że żadne z nas nie zdołało nawet zareagować, oczami pamięci widzę czarno-biały obraz, rozgrywający się w zwolnionym tempie. Niczym w jakimś przesadnie wystylizowanym horrorze z lat dwudziestych ubiegłego wieku.
Malfoy senior zobaczył nas, uśmiechnął się drwiąco, skierował na nas swoją różdżkę i rzucił szyderczym tonem: „To aż zbyt łatwe". Harry nadbiegł z jednej strony, hałaśliwie łamiąc krzaki, Malfoy junior pędził z drugiej, robiąc dokładnie to samo, obaj krzyczeli chórem „Nie!". Jaskrawa zieleń bijąca z różdżki Harry'ego wraz z echem wykrzykiwanego zaklęcia wypełniły polankę. Była to pierwsza z dwóch klątw uśmiercających w całym jego życiu.
Po dziś dzień nie wiem, czy wykrzykiwane przez Malfoya „Nie!" skierowane było do jego ojca, czy też do Harry'ego.
— O tak, wybór — powtórzył gorzko. — Kolejna rzecz, której żadne z nas nie miało za dużo. Czy ty… Czy ty… Zadaję sobie pytanie, czy gdyby sprawy ułożyły się… — urwał, unosząc papierosa do ust i zaciągając się intensywnie. Pomyślałam, że był to prawdopodobnie jego standardowy sposób na szybkie zebranie myśli.
— Gdyby ułożyły się jak? — ponagliłam go.
Ostrożnie odłożył papierosa na brzeg popielniczki.
— Czy myślałaś kiedykolwiek o tym, co stałoby się z ludźmi z naszego hogwarckiego rocznika, gdyby wojna nie czekała, aż podrośniemy, by się z nią zmierzyć? Gdybyśmy nie byli ustawieni na przeciwstawnych pozycjach, definiowanych tym, kto wspiera Dumbledore'a, a kto Voldemorta? Gdyby pozwolono nam być tymi dziećmi, którymi być powinniśmy? Moglibyśmy się nawet zaprzyjaźnić. — Spojrzałam na niego w zdumieniu — Tak, tak, Granger. To przecież żaden absurd. Byłaś genialna z eliksirów i numerologii. Ja również. Tak naprawdę mieliśmy ze sobą wiele wspólnego.
— Jak najbardziej — zgodziłam się. — Oboje uwielbialiśmy dokuczać innym uczniom, nazywając ich szlamami.
Prawie spodziewałam się, że wybuchnie i oburzony wybiegnie z mojego biura. Nic podobnego. Podniósł jedynie papierosa z popielniczki, by bez pośpiechu ponownie się nim zaciągnąć.
— Fakt, nie było to zbyt uprzejme z mojej strony, ale za tamtych czasów ojciec szkolił mnie na swojego zastępcę w funkcji kluczowego lokaja Voldemorta, którego tolerancja wobec mieszanej krwi, niezależnie od jego własnego pochodzenia, oscylowała wokół zera. Nie tłumaczę się przed tobą, Granger, chcę ci jedynie powiedzieć, że byłem takim samym pionkiem w grze jak każdy inny. Tak, jak wasza trójka była pionkami Dumbledore'a.
Poczułam, że sama jestem bliska wybuchu i zaraz go stąd wyrzucę.
Nie byliśmy pionkami Dumbledore'a…
— Przestań, proszę — odparł ze zniecierpliwieniem. — Jakbym sam nie był pionkiem mojego ojca lub Voldemorta. Ale co by się stało, gdyby wydarzenia prowadzące do wojny nie zbliżyły waszej trójki do siebie? Gdyby to się po prostu nie wydarzyło? Początkowo obaj traktowali cię okropnie, nawet nie próbuj zaprzeczać, też tam byłem. Razem byliście znacznie silniejsi niż każde z was z osobna. Potter wniósł niespokojny charakter, ty rozum, Weasley… Do dziś nie mam pojęcia, jaki zaszczytny udział przypadł w waszym układzie Weasleyowi. Ale na początku, gdyby nie wisiało nad nami widmo wojny… — Jego głos cichł stopniowo.
Nie zdołałam powstrzymać się od przypomnienia sobie strasznego zachowania Rona i Harry'ego w pierwszych tygodniach spędzonych w Hogwarcie, dopóki epizod z trollem wszystkiego nie odmienił. A troll nigdy nie dostałby się do zamku, gdyby Quirrell nie usiłował zdobyć kamienia filozoficznego. Co by się stało, gdyby ten troll nigdy się nie pojawił? Ron i Harry bez przerwy wyśmiewaliby się ze mnie za moimi plecami tak natrętnie i głośno, że wyrażenie „za moimi plecami" straciłoby rację bytu. No dobrze, być może Harry ograniczyłby się do przewracania oczami, ale Ron, no cóż, potrafił zdobyć się na prawdziwe okrucieństwo.
— Nieważne. Wróćmy do tematu. Siedziałem więc w salonie ciotecznej babki Delizii, patrząc na Lily i Dominica trzymających się za ręce i zabawianych przez panią domu anegdotkami o jej romansie z Mussolinim. Byłem zazdrosny, straszliwie smutny i… Po prostu się zastanawiałem. O tak — tu kąciki jego ust wygięły się w górę w czymś, co miało być zapewne złośliwym uśmieszkiem — cioteczna babka Delizia i Pansy nie znoszą się wzajemnie, wolę więc odwiedzać ją sam. Pansy czuje przed nią niemały strach. Pewnie się boi, że zostanie otruta. Albo że przydarzy jej się coś w tym stylu. — Zmarszczył czoło. — Przyznaję, że to nawet możliwe. Włoska odnoga linii Malfoyów to dosyć krwiożercza banda. Cóż, trudno się dziwić. Zawdzięczamy to Borgii. Na jednej ze ścian w jadalni Delizii wisi oszałamiający portret Cezara**, od lat obiekt mojego pożądania. Mamy identyczne usta. — Wydał wargi dla podkreślenia swoich słów. — Pojawia się to u nas czasem co trzecie pokolenie.
— Jesteś spokrewniony z Cezarem Borgią! — Mój głos z wrażenia przeszedł w pisk. — Ale jego ojciec był papieżem. I mugolem. — Wszystko to zaczynało być absurdalne.
— Racja, Granger. Trafna uwaga, jeśli chodzi o papieża. Oczywiście, że nie był mugolem, ty niemądra kobieto. Francuska linia naszego rodu to efekt masowej emigracji włoskich czarodziejów, którzy podążyli do Francji za Katarzyną Medycejską, gdy wydano ją za tamtejszego króla. Ona też była czarownicą. Mugolska wersja historii zawsze jest błędna. Wracając do rzeczy, mniej znaczący Borgiowie spowinowacili się przez małżeństwa z dość dobrze usytuowanymi Malfoyami, a nasz ród przypuszczalnie na zawsze zostałby we Francji, gdyby nie ta irytująca rewolucja, na skutek której moi przodkowie rychło przenieśli się do Anglii. W jakiś sposób powiązania z naszą włoską odnogą utrzymały się aż do czasów współczesnych. Ojciec poniekąd zerwał z tradycją, żeniąc się z moją matką. Zwykle angielscy Malfoyowie płci męskiej pobierali się z czystokrwistymi kobietami z Francji lub Włoch. Nieważne. Jakby nie było, Borgiom nigdy nie wystarczało panowanie jedynie nad czarodziejskim światem. Koniecznie chcieli rządzić również tym mugolskim. Jakieś skojarzenie z Voldemortem? Borgiowie oferowali aż nadto wskazówek, jak z powodzeniem nabawić się manii wielkości. No dobrze. Cioteczną babkę odwiedzam za każdym razem, gdy jestem w Wenecji, prawię jej komplementy, zabieram na lody oraz przejażdżki gondolą i ogólnie staram się nie dać o sobie zapomnieć.
— Mogę sobie wyobrazić, że niejaką rolę odgrywają tu pieniądze? I musi być ich niemało, skoro są warte corocznej czerwcowej wyprawy do Wenecji w ramach rodzinnego obowiązku — skomentowałam sucho.
— Cała masa, Granger — odparł, przeciągając sylaby. — Najdroższa cioteczna babunia Delizia jest mocno nadziana. A tak dla ścisłości, odwiedzam ją dwa razy w roku. Zatrzymuję się u niej także, gdy jadę do Gstaad na narty. Zawsze chciałem mieć pałac w Wenecji…
— Czyli to, czego potrzeba każdemu bogatemu czarodziejowi? Pałac.
— Zanim zaczniesz szydzić, powinnaś go zobaczyć. Oszałamiające miejsce. Jeszcze herbaty? — zapytał, a ja przytaknęłam. — Położony tuż nad kanałem. Włoscy Malfoyowie od wieków stoją jedną nogą w mugolskim, a drugą w czarodziejskim świecie. Niezbyt uradowało ich wsparcie udzielane Voldemortowi przez ojca oraz jego nienawiść do mugoli. Każde pomieszczenie w pałacu zdobią wspaniałe dzieła sztuki. Takie, na widok których moje oczy robią się okrągłe jak galeony. Mam już tyle pieniędzy, że ich większa ilość nie gra roli…
— Co za szczęściarz z ciebie.
— Odwal się. Pieniądze pieniędzmi, ale dzieła sztuki? — Wydał z siebie westchnienie pełne tęsknego, niewypowiedzianego szczęścia. — I to wszystko ma być kiedyś moje. — Pojaśniał z radości. Autentycznej radości. — Nie powiem, żeby jej wnuk był zadowolony z testamentu. Będę musiał mieć na niego oko. Myślę, że w którymś momencie Delizia ustąpi i powierzy mu kontrolowaną część udziałów, ale wystarczy spojrzeć, co się stało, gdy kiedyś zapoznała go z treścią swojej ostatniej woli. Szczerze, może winić tylko samego siebie — zachichotał.
— Popełnił fatalny błąd? — Niecierpliwym machnięciem ręki zachęciłam go do kontynuowania.
— Przeniósł ją świstoklikiem do syberyjskiej tundry w samym środku zimy okrytą jedynie cieniutkim szlafroczkiem i obutą w parę jedwabnych pantofli. Dureń. Malfoyowie zawsze mają przy sobie awaryjny świstoklik. Herbaty?
Potrząsnęłam głową. Sprawa wyglądała zupełnie jasno: grzechy rodu Grangerów, z których obecnie najbardziej występnym była popełniona przez ciocię Valerie kradzież słynnego przepisu na sos do krewetek od cioci Claire, a następnie niecne wykorzystanie go jako własnej kreacji kulinarnej na przyjęciu dla członków kościoła, bladły w porównaniu z poczynaniami Borgiów, trujących swoich rywali lub wysyłających własne babcie na Syberię, by zamarzły tam na śmierć.
Powtarzane przez Malfoya „Jestem, jaki jestem, bo jestem Malfoyem" teraz stało się całkowicie zrozumiałe. Rodu o doświadczeniach i ambicjach tak odbiegających od normy nie obowiązywały reguły rządzące zwykłym, cywilizowanym zachowaniem. Nie usprawiedliwiało to Malfoyów ani odrobinę, ale z pewnością tłumaczyło ich postępowanie.
— Podczas ostatniej wizyty u ciotecznej babki wybrałem drobiazg do twojego biura. Wypiłaś? — Wskazał na filiżankę.
— Tak, dziękuję. Drobiazg do mojego biura? — Zwęziłam oczy.
Strzelił palcami i zastawa do herbaty zniknęła.
— W całym tym pomieszczeniu ty stanowisz jedyne źródło piękna. Zachodzę w głowę, jak możesz pracować i myśleć w tak sterylnym otoczeniu. Wiesz, że jesteś jedyną osobą w ministerstwie, której biuro wygląda aż tak trzeźwo i surowo? Już nawet sale szpitalne w Świętym Mungu sprawiają bardziej zapraszające wrażenie.
— Czy to dlatego jesteś aż tak dobrze o wszystkim poinformowany? Bo łamiesz bariery do biur innych ludzi i czytasz ich służbową pocztę? — zapytałam oskarżycielsko.
— Tylko w wyjątkowych sytuacjach — przyznał. — Zwykle wystarcza parę piw w Dziurawym Kotle lub porządny bukiet kwiatów. Trzymam sowę przeznaczoną wyłącznie do załatwiania sprawunków w kwiaciarni. To kolejna rzecz, którą mogłabyś tu uwzględnić. Kilka róż na pewno sprawiłoby…
— …że smród dymu byłby mniej dokuczliwy? — wpadłam mu w słowo.
— Możliwe. Zresztą nieważne, cioteczna babka Delizia z chęcią przychyliła się do mojego pomysłu na prezent dla ciebie. Osobiście nie uznaję wielu dzieł sprzed Jacksona Pollocka***, niemniej ten skromny egzemplarz ma w sobie pewien czar, a ty robisz na mnie wrażenie osoby, której mogliby podobać się impresjoniści. — Machnął dłonią w kierunku ściany po mojej prawej stronie.
Bóg jeden wie, jak mogłam to przeoczyć. Tak bardzo skupiłam się na Malfoyu i fakcie, że czytał moją pocztę, że najwyraźniej byłam ślepa na wszystko inne. Czułam, jak opada mi szczęka.
— Malfoy, to M-M-Monet — wyjąkałam. — Powiedz… Powiedz mi, że to kopia — poprosiłam.
— Kopia? — prychnął. — Chyba nie mogłabyś obrazić mnie bardziej. Cóż, to te mniej znane Lilie wodne. Wczesne. Podejrzewam ciotunię Delizię o gorącą miłostkę z Monetem, do której nie chce się przyznać. Myślę, że niezbyt dobrze się skończyła. Romanse czarodziejów z mugolami od początku skazane są na niepowodzenie. Cóż, dosłownie błagała mnie, żebym wziął ze sobą to cacko. Jest całkiem przyjemne, jeśli lubisz takie rzeczy. Podejdź, obejrzyj z bliska pociągnięcia pędzla, są naprawdę precyzyjne. — Potrząsając głową, przeszłam w najdalszy kąt biura, aby ogarnąć całość. Zieleń, błękit, smugi farby cudownie wyczarowujące ruch wody. Och, obraz był przepiękny. — Podejdź bliżej, spójrz na tę technikę — powtórzył miękkim głosem.
Zbliżyłam się do malowidła. Staliśmy z Malfoyem ramię w ramię, delikatnie badając palcami kręgi i wypukłości farby i naśladując łuki, kreślone ręką Moneta. W miarę, jak odkrywaliśmy tak każdy cal płótna, węzeł na moim karku stopniowo tracił bolesne napięcie. Nasze palce stykały się ze sobą od czasu do czasu. A gdy Malfoy położył mi dłoń na ramieniu, prowadząc mnie na powrót w odległy kąt pokoju, byśmy stamtąd spojrzeli razem na całość obrazu, nie strzepnęłam jego ręki ostrym ruchem barków. Pozwoliłam jej tam leżeć, a w pewnej chwili stwierdziłam, że opieram się o nią, patrząc na Moneta i z rozkoszą żegnając ostatni, blednący skurcz węzła znikającego pod działaniem magii geniuszu artysty.
Uwielbiałam ten obraz. Chciałam zatrzymać go tu, na ścianie mojego biura, ale choć był cudowny i zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, pragnąc go mieć na własność, i to jeszcze jak, wiedziałam, że nie wolno mi go przyjąć. Ponieważ Draco Malfoy był kimś, kto zawsze żąda zapłaty, a tak się składało, że obracał walutą, na którą ja z pewnością nie mogłam sobie pozwolić.
— Ja… ja… — powiedziałam ze wzrokiem wbitym we własne stopy.
Zabrał rękę z mojego ramienia.
— Jeśli go odrzucisz, będę przychodził tu co rano, zanim zjawisz się w pracy. Będę zmuszał cię do wypicia ze mną herbaty. Będę dalej czytał twoją pocztę. Codziennie. A jeśli się komuś poskarżysz, powiem, że nie chcesz ze mną współpracować. Co nie wypadnie zbyt korzystnie w świetle wiosennego okólnika ministra o wewnętrznej integracji międzyresortowej. Masz wybór. Możesz zatrzymać obraz albo znosić moje towarzystwo przy śniadaniu każdego ranka. Uważam, że wybór jest oczywisty.
— A jak chcesz wytłumaczyć się z łamania moich barier? — zapytałam surowo.
— Nie będę musiał łamać twoich barier — odpowiedział z uśmiechem. — Poczekam na twoje przybycie na korytarzu. Albo nawet w atrium, moglibyśmy wtedy razem pojechać windą. Co ty na to, hmm? — Cholerny drań. Tego mi jeszcze brakowało, aby ministerialne plotkary umarły ze szczęścia, próbując dociec, dlaczego Draco Malfoy czeka na mnie codziennie przed głównym wejściem. — A żebyś uwolniła się od poczucia winy lub pomysłu, że będziesz mi coś dłużna za ten obraz, potraktuj go jako podziękowanie.
— Podziękowanie za co? — spytałam, słysząc budzące się do życia dzwonki alarmowe.
— Za pomoc z Jenkinsem, oczywiście. Porozmawiajmy, Granger.

Koniec rozdziału trzeciego

* Highland Fling to szkocki taniec ludowy, polegający między innymi na energicznych podskokach. Sama radość dla parkietu i widowni ;-)
** Cezar Borgia, kardynał i polityk, pierwowzór postaci „Księcia" Machiavellego, brat słynnej trucicielki Lukrecji Borgii.
*** Jackson Pollock to współczesny malarz amerykański, abstrakcjonista.