Rozdział czwarty

Odmieniona

— Wiem, że będę tego żałował — westchnął.
— Malf…?
Nie zdążyłam nawet wymówić do końca jego nazwiska, gdy błyskawicznie wyciągnął różdżkę i wycelował ją we mnie, wykrzykując:
Petrificus Totalus!
Ten drań rzucił na mnie klątwę! W moim własnym biurze! Niepojęte, ile zasad i reguł już dziś złamał. Na całej kuli ziemskiej nie istniało miejsce, w którym będzie mógł się przede mną ukryć, nie da rady schować się w żadnym zakątku, kryjówce albo rozpadającej się ruderze na Madagaskarze, dopadnę go WSZĘDZIE, powyrywam mu nogi z tej paskudnej, arystokratycznej dupy i obrzucę zaklęciami, o których mu się nie śniło. Moje myśli wypełniły tysiące klątw, uroków i, wybacz mi, drogi Boże, wytworów czarnej magii, które poślę mu na ten głupi łeb. Będzie cierpiał. Sprawię, że będzie się wił w męczarniach. O nie, same klątwy jeszcze nie wystarczą. Ugotuję go we wrzącym oleju. Powolutku. Rozkoszując się jego wrzaskami.
— Nadzwyczajne. Po prostu nadzwyczajne. Nawet z rozdziawionymi ustami wyglądasz naprawdę uroczo. — Miał czelność się uśmiechać! — Masz coś przeciwko temu, żebym zapalił? — dodał, przypalając papierosa. — Zaszliśmy już tak daleko, że nie muszę nawet słyszeć twoich werbalnych ataków. Mogę je sobie z łatwością wyobrazić. Całkiem wyraźnie. Cóż, w tym przypadku wszystko jest wyłącznie twoją winą, skoro nie skupiasz uwagi przede wszystkim na mnie. — Wycelował w moją stronę papierosem. — A gdy nie będziesz mogła się pienić, oczywiście mówiąc metaforycznie, gdy nie będziesz w stanie ruszyć najdrobniejszym mięśniem, to pod koniec tej miłej pogawędki, a raczej monologu, będziesz bliska uduszenia się tym, co ciśnie ci się na język. Potraktuj to jako nauczkę za ignorowanie wiadomości, które ci swego czasu przysyłałem. Normalnie w tym miejscu wydałabyś pogardliwe prychnięcie. Potrafisz robić to całkiem nieźle w porównaniu z innymi osobami, ceniącymi sobie wymowę prychnięcia z prawdziwego zdarzenia. Aby takowe opanować, potrzeba pewnej dawki finezji. Ale nie zwlekajmy z przejściem do sedna. Za dwadzieścia minut jestem umówiony z ministrem na herbatę. Coś w rodzaju uczczenia mojej podwyżki. A teraz sprawa Jenkinsa — urwał, zaciągając się głęboko.
Uczucie, jakim zawsze go darzyłam, nie mogło być prawdziwą nienawiścią. O nie. Zrozumiałam to dopiero teraz. Było zaledwie słabym echem tego, co gotowało się we mnie obecnie. Moje wygięte w łuk, zastygłe w wyrazie zdumienia brwi zaczynały porządnie boleć, podobnie jak szeroko otwarte usta. Łotr. W dodatku doskwierały mi plecy, bo gdy mnie spetryfikował, właśnie się pochylałam. Podsumowując, jeśli kiedykolwiek odzyskam władzę nad kończynami (o ile odzyskam, bo jeśli Malfoy posiadał w swym mózgu choć krztynę inteligencji, o którą go posądzałam, to nigdy nie zdejmie ze mnie zaklęcia, gdyż naraziłoby go to na niechybną śmierć z moich rąk), będę zmuszona powlec się ostatnimi siłami do Świętego Munga i poddać czarom uzdrawiającym całe ciało.
— Dość niedawno byłem na pewnym przyjęciu — ciągnął Malfoy. — Czymś w rodzaju wieczorku dla dżentelmenów. Mnóstwo Ognistej i przemądrzałej paplaniny. Masa niesmacznych komentarzy o dekoltach różnych pracownic ministerstwa. Zwykłe służbowe sprawy po godzinach. No cóż, nie masz o nich większego pojęcia, ponieważ ty zawsze pracujesz i jesteś kobietą, choć robisz wszystko, by zaprzeczyć temu faktowi, ale wystarczy, żebyś spytała męża lub Pottera, to powiedzą ci, o co chodzi na takich spotkaniach. Akurat na tym popłynęło zbyt wiele whisky, obawiam się. Popyt na eliksiry przeciwkacowe następnego dnia musiał być zastraszający. I zanim zapytasz: nie, na imprezie, o której mówię, nie było ani twojego męża, ani Pottera. Był tam za to Jenkins, a jeden z gości, którego imię niech pozostanie tajemnicą, przezornie ukrył w kieszeni swojej szaty jedno z tych zgrabnych cacek, nazywanych przez mugoli deskofonami, o ile dobrze pamiętam. — Podsunął mi pod oczy mały dyktafon, którego rozmiary pozwalały na ukrycie we wnętrzu dłoni. — Nigdy nie zrozumiem logiki mugoli, bo za nic w świecie nie mogę dopatrzyć się tu żadnej deski — dodał ze zmarszczonym czołem. — Nawet nie zaczynaj, Granger. Nie sposób pojąć tego rodzaju ludzi. Wiem, że przez lata żyłaś jako jedna z nich, więc tym większe jest moje podszyte podziwem zdumienie, że nie wylądowałaś w izolatce bez klamek w Świętym Mungu. Całą wieczność zabrało mi zorientowanie się, jak działa ta rzecz. Sprzedawca okazał się wyjątkowo mało pomocny. To smutne, ale właśnie dotknął go bardzo nieprzyjemny przypadek grzyba, wyrastającego z uszu. Wątpię, czy znajdzie się na to kiedykolwiek jakiś lek. A teraz posłuchaj.
Kciukiem o idealnie opiłowanym paznokciu przycisnął guzik odtwarzania. Wnętrze biura zalały odgłosy ożywionej imprezy. Na tle przeróżnych dźwięków wybijał się gardłowy śmiech kilku osób, zapewne zbiorowa reakcja na jakiś sprośny dowcip. A potem swobodny, leniwy głos, mogący należeć jedynie do Dracona Malfoya, zapytał:
— Jenkins, jak uważasz, Armaty mają w tym roku szanse na zdobycie pucharu świata?
Nawet gdybym nie wiedziała, do kogo zaadresowane było to pytanie, to rozlazły akcent z Lancashire, którym posługiwał się odpowiadający, mógł należeć tylko do Jenkinsa. Przez następne dziesięć minut wsłuchiwałam się w potok niewyobrażalnie rasistowskich inwektyw, według których Armaty były najgorszą drużyną w całej lidze, ponieważ angażowały zawodników pochodzenia mugolskiego. I jak to dziewięćdziesiąt procent zespołu nie nadawało się nawet do tego, by użyć mioteł do pozamiatania trybun, nie wspominając już o lataniu na nich. I jaką obrazą dla quidditcha było w ogóle dopuszczenie do gry „tych pierdolonych szlam".
— Przestań, Jenkins — wtrącił się głos należący do kogoś, kto z całą pewnością zbyt głęboko zajrzał do kieliszka. — Matka Pottera była mugolaczką, a nikt przy zdrowych zmysłach nie odrzuciłby możliwości podpisania z nim kontraktu, jeśli tylko zdecydowałby się zostać zawodowym graczem. Widziałem, jak grał za szkolnych czasów. Zawsze łapał znicza. Pobił cię setki razy, co nie, Malfoy?
— Możliwe — skwitował krótko głos Malfoya. Gdybym mogła ruszyć choć mięśniem, wykrzywiłabym się teraz do niego złośliwie.
Wyłączył dyktafon.
— Jest tu tego więcej, ale ogólne wrażenie już raczej masz. Rozumiesz teraz, o co mi chodzi? I ten facet jest szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów! Niezbyt pasuje do piastowania tego stanowiska, zgodzisz się chyba ze mną pod tym względem? O, na pewno. Gdybyś mogła się ruszać, skinęłabyś głową. Albo wrzasnęła. Albo zrobiła cokolwiek. Przypuszczalnie coś z użyciem przemocy fizycznej. Prawdopodobnie skierowanej przeciwko mnie. Co byłoby wysoce nie fair, jako że powinnaś skupić buzującą w tobie nienawiść, skłaniającą cię w tej właśnie chwili do myślenia o koszmarnych klątwach rzucanych na moją osobę, nie próbuj nawet temu zaprzeczać, nie na mnie, ale na Jenkinsie. — Przerwał na moment, po czym ciągnął dalej: — I choć te czystokrwiste nonsensy na pewno niegdyś znalazłyby nader przyjazny odbiór wśród słuchaczy zgromadzonych przy suto zastawionym stole w dworze Malfoyów, to osobiście mocno wątpię, żeby leżały w interesie ministerstwa. Musimy więc razem, ty i ja, opracować plan, jak usunąć Jenkinsa z jego stanowiska. Najlepiej będzie omówić to gdzieś poza tymi murami, nie uważasz? Spotkajmy się o trzynastej trzydzieści u wejścia do stacji Fiuu. Wybierzemy się na obiad. Nie damy przez to ludziom okazji do stwarzania plotek. Sprawę wolnego popołudnia załatwię z tą nieudacznicą, którą ty szumnie nazywasz sekretarką. Jeśli nie zgodzisz się ze mną wyjść, będę zmuszony się tu pojawić i zabrać cię siłą. Możliwe, że urządzę ci scenę. Jestem w tym naprawdę niezły. A teraz, żeby udowodnić, że nie spędzam całego czasu na uwodzeniu kobiet, zaprezentuję ci dość wyrafinowany wariant Finite Incantatem. Udało mi się znaleźć sposób na aktywowanie go z opóźnieniem. I muszę przyznać, że był to całkiem sprytny pomysł — wyszczerzył się radośnie. — Pięć minut powinno wystarczyć, żebym dotarł do biura ministra na herbatkę z okazji podwyżki. Powstrzymaj się od ataku szału, gdy czar straci moc. Proszę. Zamierzam zabrać cię na obiad w nadzwyczaj przyjemne miejsce. Pomijając kwestię prywatności, naprawdę nie trawię tych pomyj, serwowanych przez naszą stołówkę. Jej zamknięcie będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobię, gdy już zostanę ministrem magii. No to na razie.
Machnąwszy różdżką i wymruczawszy kilka słów, wyszedł z biura, ale tylko po to, by dziesięć sekund później na powrót wsunąć głowę przez drzwi.
— Ależ ze mnie gapa. Prawie byłbym zapomniał. Ktoś musi cię przecież wybawić przed sobą samą. Nie dziękuj. — Z uśmiechem na twarzy wycelował różdżkę w kosz na śmieci i zaklęciem podpalił jego zawartość. Cała poczta, którą on uznał za niegodną uwagi, obróciła się w popiół.
Przez dwie kolejne minuty wrzeszczałam z czystej wściekłości. Oczywiście z moich ust nie wydobył się najmniejszy dźwięk, musiałam jednak dać upust frustracji przynajmniej wyimaginowanym krzykiem. Jeśli wierzyć słowom Malfoya, pozostały mi niecałe trzy minuty bezruchu. Mogłam podważać jego moralność, ale z pewnością nie zdolności magiczne. Jeżeli utrzymywał, że udało mu się opracować metodę na opóźnione aktywowanie zaklęcia, znaczyło to, że czar rzeczywiście zadziała z opóźnieniem. Pochylona nad biurkiem w pozie, jakbym chciała za chwilę zamaszystym krokiem przemierzyć biuro, przeanalizowałam wszystkie możliwe wyjścia z sytuacji.
Przejście do porządku dziennego nad przejawem tak skandalicznego rasizmu nie wchodziło w rachubę, z drugiej strony zajęcie się sprawą oznaczało potajemną kooperację z Malfoyem. Konspiracja tego typu nie zgadzała się z moimi zasadami, a nawet jeśli raz zrobiłabym od tego wyjątek, to nawet do głowy by mi nie przyszło snucie sekretnych intryg akurat z Draconem Malfoyem.
Fakt, że nie dał mi wziąć dyktafonu do ręki — na Boga, jak on go nazwał? deskofon? — i uporczywe powtarzanie, że załatwimy Jenkinsa połączonymi siłami, wyraźnie sygnalizowało, że nie pozwoli mi działać na własną rękę i uważa to za nasz wspólny projekt. Co znów sprowadza całość do wspomnianej już tajnej kooperacji.
Pomijając aferę z Domem i Lily, Malfoy nigdy nie prosił mnie o pomoc. Dokonując swoich niesławnych machinacji i postępując zazwyczaj na zasadzie „coś za coś", konsekwentnie trzymał się z dala ode mnie. Jeżeli wyświadczał mi jakąś drobną przysługę, to jedynie za wpisaną w nią zwrotną uprzejmość, przykładowo wstawienie się u Harry'ego za Domem i usprawiedliwienie któregoś z jego wybryków. Nie licząc sporadycznych, zgryźliwych komentarzy na temat moich obgryzionych skórek u paznokci lub małżeństwa z Ronem, zostawiał mnie w spokoju. Nic dziwnego, że teraz zżerała mnie ciekawość. O co mogło mu nagle chodzić?
I dlaczego, do stu diabłów, potrzebował do swoich planów właśnie mnie?
Straciłam równowagę, padając do przodu i tylko dłoń wsparta w ostatniej sekundzie o biurko uchroniła mnie przed uderzeniem twarzą w blat.
Poznałam odpowiedź na przynajmniej jedno pytanie: tak, można wrzeszczeć z całej siły, znajdując się pod działaniem zaklęcia petryfikującego bez narażania się na bolesne skutki w postaci zdartego gardła.

XXX

Tylko i wyłącznie ciekawość skłoniła mnie do stawienia się u wejścia do stacji Fiuu, jak tego zażądał Malfoy.
Jego twarz pojaśniała od uśmieszku satysfakcji, gdy mnie zauważył. Musiałam zmobilizować całą siłę woli, by powstrzymać się od sprania go po tej radośnie wyszczerzonej, paskudnej gębie.
— Czy usiłujesz się właśnie opanować i nie przyłożyć mi w twarz? — zapytał półgłosem.
— Nie masz pojęcia, ile mnie to kosztuje — warknęłam.
— Złośliwa bestia — skomentował aksamitnym tonem prosto w moje ucho. — A teraz nie powtarzaj zbyt głośno celu, który zaraz podam, o ile nie chcesz, żeby twoja reputacja legła w gruzach. Udamy się na Hampton Square czterysta dziewięć.
— Malfoy? Dokąd…
Przyłożył palec do ust i pochylił się ku mnie. Poczułam ostrą, cytrusową woń jego wody kolońskiej.
— Hampton Square czterysta dziewięć — powtórzył mi cicho do ucha.
Nabrałam garść proszku Fiuu i, wypowiedziawszy podany przez niego adres głosem niewiele różniącym się od szeptu, znalazłam się w mieszkaniu wyglądającym niczym ze zdjęcia reklamowego dla zdeprawowanych kawalerów. Zawdzięczało to wystrojowi złożonemu z chromowanych powierzchni, luster oraz czarnej skóry. Wszystko, poczynając od utrzymanych w tonie chłodnej szarości ścian aż po stolik do kawy ze szklanym blatem — drogi Merlinie, czy podpierały go prawdziwe słoniowe nogi? — aż krzyczało o nazwanie całości garsonierą. Zimno i anonimowość pomieszczenia były tak odczuwalne, że przeszedł mnie dreszcz.
Malfoy dołączył do mnie niecałe pięć sekund później.
— To twoje mieszkanie? Coś makabrycznego. Warte spopularyzowania w „Czarodziejskim Playboyu". — Nie widziałam większego sensu w ukrywaniu swojego obrzydzenia.
— Skąd wiedziałaś? Poświęcili mu całe sześć stron. Nawet ja byłem pod wrażeniem — powiedział, strzepując z ramienia niewidzialną sadzę. — Znasz więc listopadowe wydanie z zeszłego roku? No, rozkładówka z miss listopada nieco rozczarowuje, ale niektóre miesiące…
— Ja nie… — zaczęłam z oburzeniem.
— No tak — przerwał. — Jak dłużej pomyślę, to rzeczywiście nie wyobrażam sobie ciebie zagłębiającej się wraz z tą żałosną namiastką męża w cokolwiek zawierającego przynajmniej śladowe ilości pornografii. Z drugiej strony, po co Weasley miałby oglądać gazety pokazujące piersi innych kobiet, skoro ma we własnym łóżku najidealniejsze cycki świata… Mniejsza o to. Po prostu zażądałem od dekoratora, mugola tak na marginesie, czegoś kojarzącego się z uwodzeniem i oto efekt. — Powiódł dokoła eleganckim ruchem ręki.
— O tak, zwłaszcza te nogi słonia jako podstawa stolika zachęciłyby mnie do bezzwłocznej zmiany pozycji na horyzontalną. Wiesz, nie zdawałam sobie sprawy, że będę w stanie pogardzać twoimi zdobyczami jeszcze bardziej niż do tej pory, ale jeśli rzeczywiście to robi na nich aż takie wrażenie… — Przewróciłam oczami.
— No cóż — odpowiedział. — Może na jednej — dodał nieco ciszej.
Zmrużyłam oczy.
— Po co mnie tu zabrałeś? Myślałam, że mamy iść na obiad i przedyskutować sprawę Jenkinsa. Jeśli choć przez ułamek sekundy myślałeś, że mogłabym zechcieć…
— Możesz sobie marzyć dalej, Granger — prychnął w swój typowy, arystokratyczny sposób. — Gdybym zamierzał cię uwieść, już byś o tym wiedziała. Jestem pod tym względem całkiem niezły, uwierz mi na słowo. Nie gawędzilibyśmy o wystroju wnętrz, jeśli planowałbym dobrać ci się do majtek. O, co za mina. Wygląda na to, że czujesz się mną zdegustowana, czyż nie? — zapytał wesoło.
Ruszyłam w kierunku stojącego na półce nad kominkiem, wyłożonego srebrem pojemnika w którym, jak przypuszczałam, znajdował się proszek Fiuu. Dość tego. Ten człowiek był absolutnie nie do zniesienia. Jak mogłam pomyśleć, że… Dobrze, wrócę do ministerstwa i kupię sobie w drodze do biura jakąś kanapkę w kafeterii…
Złapał mnie za rękę.
— O nie, najdroższa Hermiono, tak jak obiecałem, pójdziemy razem na obiad. I nawet nie próbuj się stąd aportować. „Bariery antyaportacyjne". To Malfoyowie są autorami tego dzieła. Mniej więcej. To dosyć mroczny etap naszej rodzinnej historii. Niegdyś używano tych blokad głównie po to, aby zapobiec ucieczce torturowanych więźniów, zanim ich zabito, ale uważam, że są całkiem użyteczne na co dzień…
Wyrwałam się z jego uścisku i chciałam właśnie sięgnąć do pojemnika, gdy ten nagle zniknął.
— Malfoy! Oddawaj proszek! — krzyknęłam, unosząc różdżkę.
— Jenkins — zagruchał przymilnie. — Usłyszałaś zaledwie fragment z jednego wieczoru. Zwykle potrafi hamować swoje zapędy, to na pewno, ale już wielokrotnie byłem świadkiem, jak wyjeżdża z podobnymi tekstami. Pomyśl tylko. Ten odrażający, rasistowski palant kieruje Departamentem Magicznych Gier i Sportów. Jest pracownikiem ministerstwa. — Doskonale zdawałam sobie sprawę, że grał na moich emocjach jak na jakichś przeklętych skrzypcach, jednak utrwalona na dyktafonie rozmowa naprawdę była wyjątkowo obrzydliwa. Tego faceta należało pozbawić stanowiska i wylać na bruk. Opuściłam różdżkę, spoglądając na Malfoya ponuro. — Grzeczna dziewczynka. Wiedziałem, że nie będziesz mogła się oprzeć — dodał pod nosem. — Dobrze. Jesteśmy tu, ponieważ nie chcę pokazywać się publicznie z kimś noszącym na grzbiecie te potworne szmaty. Muszę utrzymać pewną reputację, nie wspominając już o tym, że wybierzemy się na obiad do mugolskiego lokalu, w którym wystąpienie w czarodziejskich szatach nie wchodzi w rachubę, czyż nie? A że nie mógłbym cię raczej przebrać pośrodku atrium… No zdejmij wreszcie z twarzy ten paskudny grymas, kobieto — podsumował zwykłym głosem, to znaczy zwykłym dla Malfoya, czyli bezczelnym i pełnym drwiny. Cofnął się o krok, po czym zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. — Nie jestem w stanie powiedzieć choć jednego miłego słowa o tej ścierce, którą nieszczęśliwym trafem założyłaś na siebie dziś rano. Gdybym był twoim mężem i ujrzał cię w takim worku na ziemniaki, zerwałbym go z ciebie gołymi rękami. Naturalnie nie omieszkałbym cię zaraz potem wykorzystać, więc być może sytuacja miałaby również swoje dobre strony. Ale do rzeczy. Muszę to zrobić, polegając na szacunkowych wymiarach. Jeśli okaże się, że nie pasuje, to miej o to pretensje do samej siebie. Jestem dosyć dobry w sprawach tego typu… Myślę, że przyjemny odcień błękitu… Tak, jak najbardziej!
Uniósł różdżkę i wycelował nią w moją stronę. Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale nagły podmuch powietrza, zimno wokół ramion i dotyk opinającego mi biodra materiału kazały mi się zamknąć. Przerażona, obróciłam się ku jednemu z dwudziestu chyba luster, niemal bojąc się tego, co…
Pomijając głęboki dekolt, odsłaniający połowę stanika, reszta kreacji była, no cóż, tak stonowana, elegancka i w moim stylu (oprócz wycięcia po sam pępek), że mogłam jedynie gapić się na siebie w milczeniu. Malfoy transmutował moją nudną, czarną szatę w prostą, przylegającą do ciała lnianą suknię o splocie tak delikatnym, że sprawiał pod palcami wrażenie jedwabiu. Materiał idealnie układał się wokół moich bioder, przechodząc łukiem w zwężenie talii. Łagodna, lawendowa barwa doskonale podkreślała kolor moich oczu i włosów. Malfoy zmienił nawet bezpretensjonalne, wygodne baletki w kremowe pantofle na komfortowym, niskim obcasiku. Podkurczyłam palce u nóg. Skóra butów poddała się ruchowi, a ja odniosłam wrażenie, że moje stopy tkwią w aksamitnych skarpetkach. Przypuszczalnie mogłabym wybrać się w nich na wędrówkę po Pirenejach.
Popatrzyłam na wystający z dekoltu stanik. A potem na Malfoya.
— No tak, mówiłem przecież, że robię to na chybił trafił — mruknął.
— Hmm. — Wskazałam znacząco na wycięcie sukni.
— Tak, już dobrze. Jak bardzo by mnie nie cieszył twój obecny widok, to rzeczywiście dekolt w łódkę pasuje do ciebie o wiele lepiej niż ten w serek. Ramiona takie jak twoje są godne pokazania. Subtelne podkreślenie powabu seksualnego zawsze działa bardziej podniecająco od podania go na tacy. Coś, co próbowałem wytłumaczyć tej laseczce z księgowości, której imię umknęło mi właśnie z pamięci, niestety bezskutecznie. Proszę bardzo. Lepiej? — Spojrzałam na siebie ponownie. Miał rację. Wycięcie w łódkę zdecydowanie bardziej odpowiadało mojemu stylowi. — Co zrobić z tą strzechą? — mruknął pod nosem. — Hmm, myślę, że poważny kok, w którym pokazałaś się na weselu Doma, choć odrobinę za surowy, dobrze spełni swoje zadanie. — Lekkie drgnięcie magii i moje włosy uniosły się gładko do tyłu, upinając w ciasny zwój nad karkiem. — Makijaż i pończochy nie będą ci potrzebne. Twoja opalenizna aż tchnie zdrowym kolorytem. Całe szczęście, że nosisz dziś te perłowe kolczyki, choć nie wydaje mi się, żebyś je kiedykolwiek zdejmowała, prawda?
— Nie — zdążyłam wykrztusić, zanim zbliżył się pospiesznie i stanął za mną tak blisko, że poczułam na policzku ciepło jego oddechu. Uniósł dłonie do mojej szyi, zapinając na niej przepiękny, ozdobiony trzema perłami naszyjnik. Klejnoty zalśniły blado na tle delikatnego pastelu sukni. Malfoy położył mi ręce na ramionach, opierając podbródek na grzbiecie jednej z nich, po czym uśmiechnął się do mojego lustrzanego odbicia. Otworzyłam usta, żeby… Nie wiem. Zaprotestować? Podziękować? Powiedzieć cokolwiek? Zanim się zdecydowałam, bardzo łagodnym ruchem położył mi palec na półotwartych ustach.
— Był własnością mojej babki. Przeleżał lata w pudełku z biżuterią. Tylko na dzisiejsze popołudnie, zgoda? Pansy twierdzi, że perły są dla niej zbyt plebejskie. Nic, co się nie błyszczy i mieni, nie jest w stanie wzbudzić jej zainteresowania. A ty jesteś typem kobiety, która nie przejmuje się blaskiem, mógłbym się o to założyć. Wyglądasz uroczo — wymruczał, a potem przesunął palcem wzdłuż nasady moich włosów, zakładając nieistniejący kosmyk za ucho.
Niezdolna do wymówienia słowa, mogłam jedynie skinąć głową i oblać się rumieńcem. Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że powinnam natychmiast oddać mu perły, na powrót transmutować suknię w szatę i z oburzeniem wymaszerować przez drzwi. Nie byłam jednak w stanie. Dotarło do mnie, że taki właśnie jest sposób, w jaki on to robi. Uwodzi cię, udając, że wcale tego nie robi. Nie, nie zniżał się do dwuznacznych podtekstów i podszczypywania w tyłek. Wolał zasypywać cię perłami babki, kłaść ciepłą dłoń na ramieniu i szeptać do ucha…
— Jest dziś trochę wietrznie, więc przyda ci się… Accio chustka do nosa. — Przywołany kawałek materiału przefrunął przez pokój. Malfoy złapał go zręcznie, a ja na sekundę przypomniałam sobie, że był kiedyś niemal tak dobrym szukającym jak Harry. Krótki ruch różdżki i w miejscu chusteczki pojawił się kremowy szal w odcieniu idealnie odpowiadającym kolorowi moich butów. Udrapował mi go na ramionach prostym, nonszalanckim gestem, do perfekcji opanowanym przez Francuzki, a niedoścignionym dla reszty świata, niezależnie od gorliwych starań. — Restauracja jest w pobliżu. Przespacerujemy się? — zapytał, naciskiem dłoni na plecy kierując mnie w stronę drzwi.

XXX

Przez całą drogę zabawiał mnie pustą gadaniną o takich błahostkach jak to, że utrzymywanie mieszkania w mugolskiej części Londynu zapewnia mu poczucie swoistej prywatności — nie mógł się przecież bez przerwy aportować tam i z powrotem między ministerstwem a dworem, to było zbyt męczące. Na co mogłam odpowiedzieć jedynie:
— Daruj sobie te bzdury. Masz mieszkanie w mugolskim Londynie jedynie po to, żeby ukrywać swoje rozliczne, kiczowate miłostki przed ciekawskimi oczami czarodziejskiego świata.
Poczułam się strasznie rozczarowana, gdy z wesołą swobodą odparł:
— Dokładnie!
Powrót do doskonale mi znanego z czasów szkolnych obrzucania się drobnymi obelgami odczułam jako rodzaj ulgi. Odmiana mojego zewnętrznego wizerunku, sama w sobie dostatecznie obraźliwa niezależnie od strony, z jakiej się do niej podeszło, napełniała mnie dodatkowo wielkim niepokojem. Malfoy wiedział, że akurat w tym odcieniu lawendy było mi szczególnie do twarzy. I że codziennie noszę w uszach perły po własnej babci. Znał szerokość moich bioder i obwód talii. Jego podejście do mnie miało w sobie coś poufałego. Wbrew jego powątpiewającym komentarzom suknia leżała na mnie jak ulał. Zaczerwieniłam się, wspominając naszą bliskość w altanie na weselu Lily i Doma oraz sposób, w jaki obejmował mnie w pasie i biodrach, będąc na silnym rauszu. Jak bardzo pijany był naprawdę? Zaczęłam podejrzewać, że chodziło mu nie tylko o utrzymanie równowagi, ale również o ustalenie mojego rozmiaru.
Przez kilka kolejnych przecznic obrażaliśmy się wzajemnie w naszym starym, dobrym stylu. Z niechęcią musiałam przyznać, że wybrał całkiem przyjemny zakątek Londynu na miejsce uprawiania swoich niecnych praktyk. Skwery odznaczały się bogatym, przeładowanym stylem, tak typowym dla brytyjskich mugoli, gryząc się kolorem i charakterem. Dyskretnym ruchem różdżki Malfoy uciął z mijanego właśnie krzewu różaną gałązkę i wetknął ją sobie w klapę marynarki. Skręciłam się wewnętrznie na myśl o naszym zaniedbanym, małym ogródku, składającym się głównie z trawnika oraz kilku żywopłotów, którym Ron nadawał od czasu do czasu coś w rodzaju kształtu przy pomocy zaklęcia lub sekatora. Kiedy nasze życie stało się czymś tak sterylnym, a wszystko, co z nim robiliśmy, obowiązkiem?
Niebawem zatrzymaliśmy się przed drzwiami niewielkiej, skromnej restauracji. Zawieszony nad wejściem szyld złotymi literami obwieszczał nazwę miejsca: Chevalier. Muszę przyznać, że zamurowało mnie lekko ze zdumienia. Spodziewałam się lokalu, w którym liczy się przede wszystkim „szyk", a jakość potraw już nieco mniej. Sądząc po wywieszonym na zewnątrz menu, staliśmy przed typową francuską brasserie*, jakby żywcem wyjętą z którejś z bocznych, podupadłych paryskich uliczek.
Malfoy przerwał ciąg moich rozmyślań, zaborczo kładąc mi dłoń na ramieniu i energicznie kierując do wejścia.
— A teraz nie wypadnij z roli — nakazał stanowczym tonem.
Na dźwięk otwieranych drzwi stojąca wewnątrz Francuzka, tchnąca rozsądkiem i surowością, zwróciła głowę w naszą stronę. Na widok Malfoya jej sztywna postawa stopniała w mgnieniu oka. Wytarłszy ręce o śnieżnobiały fartuch, wyrzuciła je w powietrze w charakterystycznym galijskim geście, po czym pospieszyła ku Malfoyowi, złapała go pieszczotliwie za uszy i soczyście ucałowała w oba policzki.
— Monsieur Malfoy! — wykrzyknęła, zalewając go po chwili falą francuszczyzny, z której udało mi się wyłowić jedynie, jak to długo go tu nie było i gdzie się przez ten czas podziewał i z jakim utęsknieniem ona oraz Georges wyglądali swojego ulubionego gościa. Zakończyła na wpół po angielsku, patrząc w moją stronę: — Czy to…? Non, non, non. Nie po tylu latach. — Na jej ustach pojawił się figlarny uśmiech.
— Cóż, prawdę mówiąc, to tak — odparł, ściskając mocniej mój bark. — Musimy to jakoś uczcić. Hermiono, to madame Chevalier. Madame, to moja żona. — Wolną ręką schwycił mnie za lewą dłoń, unosząc ją w górę. Musiał zrobić to jeszcze w mieszkaniu, bo do tej chwili nie poczułam ani nie zauważyłam niczego. Moją prostą ślubną obrączkę z maleńkim diamencikiem zastąpiła cała kolekcja rubinów i szmaragdów, oplecionych delikatnym, filigranowym złotem. Był to najpiękniejszy pierścionek, jaki kiedykolwiek widziałam. Co wcale nie zmniejszyło mojego pragnienia, by ukatrupić Malfoya na miejscu. Ten facet był szalony! Oblałam się rumieńcem tak gorącym, jak jeszcze nigdy w życiu. Jeśli wydawało mu się, że pozwolę się wciągnąć w tę farsę, to gorzko się rozczaruje. Nie miałam zamiaru… Przechyliwszy się ponad moim ramieniem, wyszeptał mi prosto w ucho: — Po pierwsze, Jenkins, a po drugie, proszę.
Zesztywniałam, czując jego delikatny oddech. W myślach odtwarzałam raz po raz wspomnienie głosu Jenkinsa, wypluwającego słowo „szlama", jakby rzeczywiście robiło mu się niedobrze na jego dźwięk. Usłyszałam chichot madame Chevalier.
D'accord**. To dlatego zamówił pan specjalną aranżację. Proszę, proszę — zachęciła nas do wejścia do środka.
Odwróciłam się do Malfoya.
— Aranżację? — zapytałam bezgłośnie.
Wydął lekko wargi, układając je w ledwo słyszalne „ciii". Zdjął rękę z mojego ramienia, do tej pory zaciśniętą na nim desperacko i delikatnie pukając mnie między łopatkami, nakazał pójść w ślad za madame Chevalier.
Cały Malfoy. Dobrze wiedział, że może zdać się na moje dobre wychowanie. Jeśli nie chciałam zrobić wielkiego przedstawienia, nie miałam innego wyboru, niż ruszyć za właścicielką lokalu. Nie zamierzałam jednak puścić mu tego płazem i gdy kolejny raz dziabnął mnie palcem w plecy, ostro i zamaszyście wbiłam mu łokieć pod żebro.
— Przestań — wysyczałam, ignorując bolesny, stłumiony jęk dobiegający z tyłu.
Madame Chevalier poprowadziła nas wąskimi schodkami na górę do niewielkiego pokoiku. W jego rogu stał stolik, sąsiadujący z kilkoma skrzynkami wina, nakryty do obiadu dla dwóch osób. Królowała na nim butelka Tattingera***, leniwie oparta o ściankę wiaderka z lodem.
Malfoy, nawet gdy mnie obrażał, zawsze potrafił dokonać tego bez narażania na szwank swych nienagannych manier. Dziś również nie odstąpił od tej reguły. Dyskretnie pocierając prawy bok, by złagodzić ból żeber, odsunął przede mną krzesło, ze sztucznym wyrazem oddania na twarzy zapraszając do zajęcia miejsca. Co za kompletny, potworny drań. Najniższy krąg piekieł nie byłby wystarczającą karą dla tego człowieka.
Zrewanżowałam mu się równie nieszczerym uśmiechem.
— Nareszcie przyprowadził do nas damę — zwróciła się do mnie madame konspiracyjnym szeptem. — Prawdziwą kobietę. Georges i ja… — urwała, wyrzucając ramiona w górę w geście dezaprobaty. — Nie uwierzyłaby pani, jaki rodzaj… kobiet przyprowadzał tu kiedyś na obiad. — Zerknęła pospiesznie na Malfoya.
— Mogę sobie wyobrazić — odparłam, uśmiechając się do niej i mamrocząc pod nosem „odrażające bydlę" tak, by tylko on mógł mnie usłyszeć. Ku memu wielkiemu rozdrażnieniu złapał mnie za rękę i złożył na niej pocałunek.
— Te dni to już przeszłość — powiedział, rumieniąc się i pocierając policzkiem o moje knykcie.
Co za skończony, wstrętny pozer! Nie mogłam tego znieść. Kopnęłam go pod stołem.
Boże drogi, był naprawdę dobry. Nawet nie drgnął, jedynie rumieniec na jego twarzy pogłębił się o ton. A potem odwdzięczył mi się takim samym kopniakiem.
Zakaszlałam, by stłumić jęk. Zabolało!
— Muszą być państwo głodni — zagruchała madame. — Żadnego obiadu á la carte. Georges ułożył specjalne menu dla świeżo upieczonych małżonków. — W przeciągu pięciu sekund, ze zręcznością świadczącą o wieloletniej praktyce, otworzyła butelkę szampana i napełniła nasze lampki, nakazując gestem wznieść je do toastu.
— Za moją najdroższą małżonkę, Hermionę — odezwał się Malfoy pochlebnym tonem, unosząc kieliszek i promieniejąc zadowoleniem z samego siebie. Byłam pewna, że w tej samej sekundzie, w której madame Chevalier zniknie za drzwiami, Malfoy wybuchnie szalonym śmiechem. Na razie jednak spojrzał na mnie zwężonymi oczami, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec, a potem nachylił się do mnie ponad stołem tak blisko, że wyczułam zapach jego pasty do zębów i cierpki powiew wody po goleniu. Zatrzymał usta tuż przy moich wargach — jeden centymetr bliżej, a złożyłby na nich pocałunek.
— Kopnij mnie raz jeszcze — wyszeptał prosto w moje usta — a złamię ci tę cholerną nogę.
Cofnęłam się gwałtownie, próbując ukryć gniew wypisany na mojej twarzy.
— Za… Dracona — udało mi się wydusić i lekko stuknąć swoją lampką o jego. Zbliżyłam usta do krawędzi kieliszka, uświadamiając sobie, że po raz pierwszy w ciągu dwudziestu dziewięciu lat naszej znajomości nazwałam go po imieniu. Duszkiem wychyliłam całą porcję szampana.
L'amour — zachichotała madame, opuszczając pomieszczenie.
Dokładnie w tym samym momencie, w którym usłyszałam szczęk zapadającej klamki, Malfoy odchylił się na krześle i, zgodnie z moim oczekiwaniem, śmiał się przez dobre dwie minuty.
— Och, żebyś tylko widziała swoją minę… — Złapał się za bok. — Myślałem, że zaraz się na mnie rzucisz, dysząc żądzą mordu… — Roześmiał się jeszcze głośniej. W końcu, zauważywszy mój surowy wzrok, otarł sobie załzawione oczy. — Hej, no przestań — zaczął łagodzić sytuację. — Czy to nie było zabawne? Napij się jeszcze szampana. Jesteś dziś w paskudnym nastroju.
Nieprawda — zaprotestowałam tak ostro, jak tylko mogłam bez podnoszenia głosu. — Jesteś… To wcale nie było… Po pierwsze, ty… ty… — zająknęłam się, wykonując gest w kierunku sukienki. — A potem moja… moja… — Podniosłam lewą dłoń, potrząsając mu nią przed oczami. — A na koniec ty i ja jako… — Dogłębnie sfrustrowana wyrzuciłam obie ręce do góry.
— Punkt dla mnie. Pierwszy raz w życiu widzę, żeby brakowało ci słów. Podoba mi się to. A teraz co do twojego ubioru. Nawet nie zamierzam dyskutować na ten temat. Tak, oczywiście, jesteś przede wszystkim bardzo inteligentną osobą, czasami nawet aż za bardzo, ale jesteś również przepiękną kobietą i drażni mnie niemożebnie, gdy widzę cię tak zaniedbaną i, no cóż, niechlujną, podczas gdy przy odrobinie wysiłku mogłabyś olśniewać. Winię za to Weasleya. Fakt, że pozwala ci wyglądać jak babciowatej, mugolskiej gospodyni domowej, utrwala mnie jedynie w nieustannym braku szacunku dla niego jako męża. Mam więc co zrobić z negatywnymi odczuciami. Ale dzisiaj… — napełnił mi kieliszek — dzisiaj chciałbym zjeść obiad z kobietą, która piła ze mną szampana w noc ślubu mojego syna, a nie z podstarzałą, zatwardziałą biurokratką, której jedynym hołdem złożonym urodzie jest rygorystyczna higiena jamy ustnej.
— Nie jestem zatwar…
— Proszę — przerwał mi gładko. — Wypuść ją ze swojego wnętrza. Niech się ze mną zabawi.
— Tak jak stadka pustogłowych panienek, które przyprowadzasz tu ze sobą na obiad?
— Przyznaję, że niektóre… Chciałbym zaznaczyć, że nigdy nie przedstawiłem żadnej z nich jako mojej żony. To doskonale o tobie świadczy.
— Zważywszy, jak traktujesz swoją prawdziwą żonę, wybacz, jeśli nie uznam tego za komplement. A skoro już mowa o żonach… — Kolejny raz podniosłam lewą dłoń. Rubiny i szmaragdy zamrugały do mnie.
— A, to. No tak. — Czyżby autentycznie się zaczerwienił? Pospiesznie machnął różdżką. Moja oryginalna obrączka posłusznie wróciła na palec. — Przepraszam. Już wolę żonę z prostacką obrączką na palcu niż wkurzonego na dobre Weasleya. Potraktuj to po prostu jako element twojego mise ensemble****. Kolejna rodzinna pamiątka. Podarunek Cezara Borgii dla Lukrecji na jej piętnaste urodziny. To chyba nieco chore. Coś mi mówi, że nawet w piętnastym wieku nie dawano siostrom w prezencie pierścionków tego typu. Moim skromnym zdaniem aż bije po oczach incestem. Nie wspominając już o jej ojcu. I pomyśleć, że to mnie ludzie nazywają wypaczonym.
— Ponieważ dokładnie taki jesteś?
Spojrzał na mnie z naganą.
— Patrząc porównawczo, nie. Naturalnie nie analizowaliśmy z rodziną tego szczególnego aspektu w naszym drzewie genealogicznym. To jeden z powodów, dla których cioteczna babunia nie znosi Pansy. Moja żona odważyła się kiedyś wyskoczyć z tym tematem podczas kolacji wigilijnej. Głupia baba. Kazirodztwo to temat tabu, którego z pewnością nie należy wywlekać, zatapiając łyżeczkę w świątecznym deserze. A przynajmniej jest to temat zakazany w mojej rodzinie, nie wiem, jak sprawa wygląda w twojej. Zapewniło to Pansy dozgonną nienawiść babki. Poza tym, pomijając wszelkie historyczne i moralne implikacje, pomyślałem, że ten klejnot pasuje do nas obojga. Rubiny dla Gryffindoru, szmaragdy dla Slytherinu, połączone delikatnym splotem ze złota. Ładnie nam w tym, prawda? — Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: — A ta farsa z małżeństwem? Nie mogłem żądać rezerwacji osobnego pomieszczenia bez podania odpowiedniejszej przyczyny niż pragnienie bycia sam na sam — wzniósł kieliszek w niemym toaście — z moją świeżo poślubioną żoną. — Zapobiegł cisnącemu mi się na usta protestowi, sięgając do kieszeni marynarki i wydobywając z niej dyktafon. — Możemy teraz w spokoju wysłuchać całości.

XXX

Reszta nagrania zawierała jeszcze więcej obraźliwych treści, o ile było to w ogóle możliwe, całość dała się jednak sprowadzić do wspólnego mianownika: przerażającej nienawiści do szlam.
— Czy on zawsze pluje takim jadem? — zapytałam, odsuwając talerz, ponieważ całkiem opuścił mnie apetyt.
Malfoy podniósł mój widelec i nabił na niego kawałek szparaga.
— Zjedz przynajmniej jeszcze ten jeden kęsek. Inaczej zranisz uczucia Georgesa. — Potrząsnęłam przecząco głową, zbyt wzburzona i rozgniewana, by jeść. — W takim razie napij się i wypłucz z ust paskudny posmak po Jenkinsie — poradził, zabierając się za moją porcję szparagów, podczas gdy ja sączyłam szampana. Jego chłód działał uspokajająco. — A co do twojego pytania: oczywiście, że nie. Jest rasistą, ale nie głupcem. Czemu też zawdzięcza szybką i udaną wspinaczkę po szczebelkach ministerialnej hierarchii. Muszę przyznać, że tamtego wieczoru był kompletnie zalany. Poza tym czuł się bezpiecznie. Dżentelmen, który zorganizował imprezę, dokonał pewnych manipulacji na liście zaproszonych…
— Zaprosiłeś wyłącznie czystokrwistych? — przerwałam mu.
— Ani razu nie wspomniałem, że była to moja impreza, prawda? — odparł, odsuwając talerz. — Powiedzmy, że goście stanowili rodzaj zamkniętego kręgu.
— Nie obrażaj mnie — rzuciłam ostro. — To całkowicie wyjaśnia, dlaczego ani Ron, ani Harry nie zostali zaproszeni, skoro Ron jest mężem jednej z tych obrzydliwych szlam, podobnie jak była nią matka Harry'ego. Nie należy przecież psuć tak miłego wieczorku zapraszaniem niewłaściwych osób. Wyobrażam sobie, jak świetnie się bawiliście. Pewnie zabrakło ci miejsca na dyktafonie. Prawdopodobnie musiał pracować na okrągło, jako że obrażanie czarodziejów mugolskiego pochodzenia…
— Granger, przestań — zażądał. — Czy słyszałaś, żebym powiedział choć jedno słowo brzmiące jak „szlama"?
Zawahałam się. Nie, rzeczywiście nie słyszałam. Ale to nie znaczyło, że…
— Robiłeś to w przeszłości — wytknęłam mu. — Chciałabym dostać galeona za każdy raz, kiedy…
— Cicho bądź. Miałem wtedy piętnaście lat. Nie podejdziesz mnie od tej strony. Pozwól, że ci przypomnę, iż w tym samym wieku łamałaś wszystkie szkolne przepisy i okładałaś co niektórych pięściami. Z tym, że ja dojrzałem, ty zaś nie. Nadal posuwasz się do fizycznej agresji w stosunku do ludzi, którzy cię denerwują. Choćby dziś. Ten kuksaniec w żebro i podstępny kopniak w piszczel. To nie było miłe, droga pani. Uważam, że to nie w porządku wypominać ludziom rzeczy, które miały miejsce dwadzieścia dwa lata wcześniej. To dopiero początek — uniósł dyktafon — ale myślę, że najrozsądniej będzie zbadać tę sprawę dokładniej. To, co ludzie wygadują w stanie nietrzeźwym, łatwo zanegować, a Jenkins był wtedy, jak już wspomniałem, pijany jak świnia. Niewiele brakowało, żeby zakręciło mi się w głowie od jego oddechu. Będziesz musiała przepytać zawodników i zarządców klubów, a ja rozejrzę się dyskretnie po ministerstwie. W ten sposób powinniśmy uzyskać kompletny obraz postępowania Jenkinsa, który następnie przedstawimy ministrowi. Nasze dowody muszą być niepodważalne.
Nie mogłam powiedzieć, że nie zgadzam się z tym, co mówił, ale…
— Dlaczego ja? Dlaczego my razem? Dlaczego z pomocą mugolskiej technologii?
— Bo użycie mugolskiej technologii byłoby ostatnią rzeczą, na którą bym wpadł i o którą ktokolwiek mógłby mnie podejrzewać. Zaklęcia, myślodsiewnie, uroki — owszem. Mugolska technologia? Nie. — Nie mogłam sprzeczać się z nim w tej kwestii, co tylko udowadniało, jak diabelnie był przebiegły. — I gdybym miał zrobić to ja na własnej imprezie, czysto hipotetycznie oczywiście, bo wcale się do tego ostatniego nie przyznaję — dodał po chwili.
Pociągnęłam kolejny łyk szampana, żeby czymś zająć ręce, inaczej trzasnęłabym go prosto w twarz.
— I potrzebujesz mojej pomocy, ponieważ…?
Jego brwi omal nie sięgnęły nasady włosów w wyrazie zdumienia.
— Ponieważ jesteś idealnym przykładem czarownicy mugolskiego pochodzenia — odpowiedział, wykonując ręką niejasny gest. — Pod tym względem jestem absolutnie niewiarygodny. Możesz sobie wyobrazić te sceptyczne prychnięcia, jeśli sam, w pojedynkę, przedstawiłbym ministrowi obraz sytuacji? Wszyscy pomyśleliby, że próbuję jedynie wykopać Jenkinsa ze stołka.
— Co też właśnie robisz.
— Możliwe. Mniejsza o to. Zważywszy niegdysiejszą postawę mojego ojca wobec kwestii czarodziejów z rodzin mugolskich oraz jego niezawoalowane wypowiedzi na ten temat, zabito by mnie w ministerstwie śmiechem. Ale z tobą u boku nikt nie poważy się poddać w wątpliwość ani mnie, ani moich motywów.
— Podsumujmy więc — zaczęłam. — Mimo oczywistego dowodu na to, że Jenkins jest wstrętną, rasistowską świnią, ty, jako osoba ciesząca się reputacją czystokrwistego maniaka, nie masz najmniejszej szansy pozbawienia go obecnego stanowiska szefa Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Czyli pozycji, która pozwala mu na szeroką prezentację własnej osoby i jest naturalnym punktem wypadowym do stanowiska, do którego oboje dążymy: asystenta ministra magii. Aby uwiarygodnić swoje intryganckie machinacje, starasz się mnie w nie wciągnąć, bo jestem niezbitym argumentem w tej sprawie. Jako czarownica mugolskiego pochodzenia, odpowiednio wstrząśnięta i oburzona rasistowską manifestacją Jenkinsa oraz jego dyskryminującym zachowaniem, mam odstawić na bok moją głęboką antypatię do ciebie i asystować ci w twoich poczynaniach. A to dlatego, ponieważ Jenkins jest obrzydliwym wrzodem na ciele ministerstwa i nie zasługuje nawet na to, żeby wytrzeć nim podłogę, nie wspominając już o byciu głową jakiegokolwiek wydziału, a tym bardziej asystentem ministra magii.
— Tak w skrócie — uśmiechnął się do mnie promiennie.
— Gardzę tobą.
— Doprawdy? — próbował się droczyć.
— Już w tej samej sekundzie, w której usłyszałam to nagranie, wiedziałeś, że nie dopuszczę, aby ten człowiek nadal pełnił swoją funkcję. I że nie mam innego wyjścia niż udzielić ci pomocy.
— Żadnego, obawiam się. — Napełnił mi kieliszek resztką szampana.
Co za pomyślna okoliczność. Chlusnęłam mu nim prosto w twarz.

Koniec rozdziału czwartego* Brasserie to popularny we Francji rodzaj restauracji, cechujący się prostotą i mniejszą „sztywnością" niż klasyczne lokale.
** D'accord (fr.) zgoda, niech będzie, w porządku, dobra.
*** Tattinger to gatunek francuskiego szampana.
**** Mise ensemble (fr) tu: ubiór, strój, kreacja