Rozdział piąty
Na ostrzu noża
Skopiował mój ruch i oblał mnie szampanem. Dokładnie w tej samej chwili do środka wkroczyła madame Chevalier, obładowana tacą z deserem. Obrzuciła krótkim spojrzeniem nasze zmierzwione włosy oraz mokre twarze i rozpromieniła się na całym obliczu.
— L'amour — powiedziała z czułym westchnieniem, stawiając tacę na stoliku. — Takie zakochane gołąbki jak wy należy zostawić sam na sam — dodała szeptem, przez który jej francuski akcent stawał się jeszcze wyraźniejszy. Wyszła, nucąc pod nosem La Vie en rose.*
To przebrało miarkę. Oboje wybuchnęliśmy dzikim śmiechem. Zaniosłam się nim tak mocno, że przez resztę popołudnia cierpiałam na zakwasy w bokach. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dopadł mnie tak intensywny atak wesołości.
— Powinniśmy… Powinniśmy zaczekać, aż… Na Merlina, Granger, jakiż to widok prezentujesz moim oczom — wychichotał Malfoy. — Do twarzy ci z szampanem. Nawet tym, który cię zmoczył.
Nie mogłam zapanować nad napadem śmiechu. Wyglądał przezabawnie. Jego zwykle wystylizowana do perfekcji fryzura opadała smętnymi kosmykami na czoło, uszy i ramiona okryte marynarką z Savile Row**, a policzki lśniły od szampana i, sądząc po niepohamowanym chichocie, również od łez rozbawienia. Jeśli sama wyglądałam choć w połowie tak mokro jak on… To było absurdalne. Tylko Francuzka mogła zinterpretować wzajemne oblewanie się szampanem jako rodzaj gry wstępnej.
— Proszę — wydusił, zaczynając ocierać mi twarz serwetką. — Osuszymy się zaklęciem, gdy już stąd wyjdziemy. A teraz zamknij oczy — polecił. Dotykał mnie tak łagodnie, jakbym była dzieckiem. Ledwo czułam muśnięcie lnu na swoich powiekach, policzkach i podbródku, za który schwycił mnie i potrząsnął lekko po zakończeniu operacji. — Mała bestia — wymruczał pod moim adresem, po czym zabrał się za pobieżne wycieranie własnej twarzy. — Co jest? Mam coś na nosie? — spytał, czując na sobie mój wzrok.
Potrząsnęłam głową.
— Nic takiego, Malfoy. Chodźmy już. — Zaczęłam wstawać.
— Granger — powstrzymał mnie, łapiąc za nadgarstek. — Dogadaliśmy się co do Jenkinsa, prawda?
Wyrwałam dłoń i podniosłam się z miejsca.
— Tak, ty nic niewarty draniu, dogadaliśmy się. I zmyj lepiej z twarzy ten uśmieszek, zanim się rozmyślę.
XXX
Następne cztery tygodnie były totalną katorgą. Dostaliśmy od ministra wolną rękę na przeprowadzenie śledztwa, musieliśmy jednak upchnąć je między nasze zwykłe obowiązki, co oznaczało siedemdziesiąt pięć godzin pracy tygodniowo dla mnie, a trzydzieści dla Malfoya. I ten bałwan miał czelność jeszcze narzekać!
— Te nadgodziny to jakieś nieporozumienie — marudził z nadąsaną miną.
Raz w tygodniu, o trzeciej po południu w piątki, spotykaliśmy się w jego potwornej garsonierze na późny, dwugodzinny obiad w celu porównania notatek oraz spotrzeżeń. Przelotne rozpoznanie w jego kuchni, którego dokonałam podczas pierwszego takiego spotkania, było prawdziwym studium rozpusty. Szafki kuchenne aż pękały w szwach od nadmiaru szkła i wysokoprocentowych napojów, znalezienie w nich talerza lub półmiska graniczyło za to z niemożliwością. Malfoy nie miał tam nawet imbryka do herbaty! Gdybym była alkoholiczką, poczułabym się tu jak w siódmym niebie. Mogłabym zażądać martini, whisky, koniaku, szampana albo, drogi Boże, absyntu. Podanego w odpowiednim kieliszku. Lodówka była wypełniona po brzegi. Białym winem, szampanem, wódką, ginem i wermutem. Rzecz najbardziej zbliżoną do pożywienia stanowiło pięć słoiczków z oliwkami. Przeznaczonymi jako wkład do martini. Zawartość wszystkich szuflad sprowadzała się do nożyka do smarowania z zaokrąglonym końcem, szpikulca do otwierania ostryg, siedmiu korkociągów i jednej łyżeczki.
Uniosłam ją do góry.
— A to po co? Aplikujesz sobie alkohol łyżką? I nie chcę nawet wiedzieć, do jakich zboczonych obrzydliwości niewątpliwie służy ci ten nóż do ostryg.
Malfoy przybrał minę męczennika, której nie przywdziewał przed nikim innym poza mną.
— Czemu zawsze masz o mnie jak najgorsze mniemanie? Łyżeczka jest mi potrzebna do wyjmowania kawioru, a nożyk do rozsmarowywania go na tostach. Ze szpikulca do otwierania ostryg korzystam zaś, gdy, uwierz lub nie, chcę otworzyć ostrygę. Nabrałem już całkiem sporej wprawy w tej dziedzinie. — Schwycił wspomniane narzędzie, markując nim ostry, brutalny skręt, po czym wrzucił je na powrót do szuflady. — Lubisz ostrygi, Granger? Ja nimi nie pogardzę.
Zignorowałam pytanie, choć rzeczywiście trudno o coś smaczniejszego od świeżutkich ostryg, spryskanych odrobiną sosu Worcestershire.
— Dlaczego nie używasz w tym celu magii?
— Cóż, niekiedy goszczę tu mugolki, co nieco utrudnia swobodne manewrowanie różdżką — wytłumaczył.
— W każdej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu — odparłam. — Wygląda na to, że zaliczyłeś już wszystkie lafiryndy w ministerstwie i musisz teraz zniżać się do uwodzenia mugolskich sprzedawczyń?
— Coś w tym stylu. A teraz powiedz mi, co wolisz — zapytał, sięgając do lodówki i prezentując mi po chwili w jednej ręce butelkę Boodlesa, a w drugiej Chopina. — Wódka czy gin martini? Osobiście wolę gin, ale ty sprawiasz na mnie wrażenie osoby, która wybrałaby raczej to pierwsze. Taka mała rysa w twoim poza tym nieskazitelnym charakterze. O cholera, zapomniałem uwzględnić działanie zgubnego wpływu Weasleya i Pottera, więc Bóg jeden wie, co ty naprawdę pijasz. Obaj wymienieni wyróżniają się potwornym gustem w tym zakresie. Nieleżakowana whisky, którą kiedyś popijali od czasu do czasu, dziś jest dla nich głównym motorem napędowym. — Zamilkł na moment, by chwilę później wzdrygnąć się dostrzegalnie. — Właśnie przyszła mi do głowy przerażająca myśl. Nie zaliczasz się chyba do tych biednych, skołowanych istot, które preferują kolorowe, plastykowe drinki? Proszę, powiedz mi, że nie jesteś członkiem fanklubu Long Island Iced Tea? Którego to napitku sam bym przypuszczalnie nie strawił? Obawiam się, że mogłoby to kompletnie stłumić uczucie szalonej namiętności do twojej osoby, kiełkujące od pewnego czasu w moim wnętrzu. Zadusić je wręcz w zarodku.
Zacisnął powieki, wydął usta w przesadnie sztucznym dąsie i uniósł obie obciążone butelkami dłonie do twarzy, jakby chciał zasłonić się przed oparami wzgardzonych koktajli. Może gdyby własnoręcznie złamał sobie nos flaszką ginu, to przeszłaby mu ochota na odgrywanie tych dziecinnych przedstawień. Nie odpowiedziałam. Przedłużająca się cisza skłoniła go do otworzenia jednego oka.
Spojrzałam na niego.
Natychmiast zaprzestał wygłupów.
— W jaki sposób mam przekonać cię o moim uwielbieniu, skoro nie chcesz traktować mnie poważnie? — zapytał z uśmiechem. — Masz minę, która wyraźnie mówi: Malfoy to totalny bałwan i gdyby nie groziło mi za to dwadzieścia lat Azkabanu, ukatrupiłabym go w mgnieniu oka. Czyli minę, która nie ma nic a nic wspólnego z rozbawieniem.
Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że urządza kolejny werbalny teatrzyk. Ten facet był jedną wielką rozgadaną gębą. Jak Pansy udaje się, do diabła, wytrzymywać z nim dzień i noc?
— Zamknij się, proszę — zarządziłam, ostatnie słowo dodając jedynie z czystego przyzwyczajenia.
— Nie mogę — odparł z nieszczerym uśmiechem. — Sprawiasz, że robię się dziwnie nerwowy, zwłaszcza gdy przybierasz te ostre, niepochlebne miny, niczym jakieś sztylety wycelowane w moim kierunku. A skoro już o tym mowa: wyobraź sobie, że zdążyłem poddać je katalogizacji. Dysponujesz nie mniej niż dziesięcioma takimi minami. Najgorszą z nich jest wyraz bezbrzeżnego obrzydzenia, wypisany na twojej twarzy, gdy sekundy dzielą cię od nazwania mnie śmierciożerczym draniem. Nieco lżejszego kalibru jest ta, którą przybierasz, gdy myślisz, że wprawdzie zachowuję się denerwująco i dziecinnie, niemniej nie doprowadzam cię do białej gorączki. Teraz przesuwamy się mniej więcej do połowy skali. Nie jesteś rozbawiona, ale i nie wkurzona na całego. Słowem, twoja mina jest, jak na ciebie, całkiem przyjemna, ale nadal nadszarpuje moje ego. — Odstawił obie butelki do lodówki, zatrzasnął drzwi dramatycznym gestem i westchnął, na powrót opierając się o nią. — Co tak naprawdę sprawia ci przyjemność, Granger? Potraktuj to jako pytanie zadane przez kogoś pałającego ciekawością.
Odsunął mi z czoła zabłąkany kosmyk i stał tak, swobodnie wsparty o lodówkę, w tym swoim perfekcyjnym garniturze, w którym wszystko było na miejscu, ośmieszając mnie nieznośnymi, natrętnymi uwagami o swoim rzekomym uwielbieniu, podczas gdy w istocie oboje doskonale wiedzieliśmy, że czuć mógł do mnie jedynie głęboką pogardę. Miałam chęć go uderzyć. Na całym świecie nie było żadnej innej osoby, która potrafiłaby doprowadzić mnie do tak szewskiej pasji jak on. Fakt, że całe moje czterdziestojednoletnie ja aż krzyczało, by na chwilę cofnąć się do swojego trzynastoletniego wcielenia i walnąć go na odlew, nie stanowił przy tym specjalnego powodu do dumy.
Zaczerpnęłam głęboko tchu.
— Sporą przyjemność sprawiłby mi teraz obiad, jako że czas drugiego śniadania straciłam na przepytanie tego zboczeńca Carstairsa, który co prawda nie miał do powiedzenia nic sensownego w sprawie Jenkinsa, nie przeszkodziło mu to jednak skraść czterdziestu minut mojego cennego czasu. Sam wykorzystał go na folgowanie swojej perwersji, polegającej na pociągu do zaniedbanych szatynek. Chciałabym dostać galeona za każdy raz, gdy próbował złapać mnie za kolano. Wtedy przypuszczalnie mogłabym konkurować z tobą co do stanu konta. Tak więc nie miałam w ustach niczego od śniadania, a teraz okazuje się, że znalazłam się w miejscu, w którym jedyną jadalną rzeczą są oliwki do martini. Tym samym…
Rozległ się dzwonek u drzwi.
— Aaa — wyrzucił tylko pospiesznie i wyminął mnie ze zmarszczonym czołem, podążając do słuchawki domofonu zamontowanego obok drzwi wejściowych. Potokiem szybkiej francuszczyzny zalał kogoś, kto nacisnął na dzwonek, prosząc go o wejście na górę. Pięć minut później na zastawionym stole stanął kompletny, gorący posiłek, pieczołowicie i z sercem przygotowany przez Chevalierów, a obok parujących talerzy spoczęły kawałki masła przeznaczone do posmarowania pokrojonych bagietek oraz wielkie łyżki do francuskiej zupy cebulowej. Pięciofuntowy banknot płynnie zmienił właściciela, przechodząc z ręki Malfoya do dostawcy-kelnera, który, wypowiedziawszy entuzjastycznie „Merci, monsieur", zniknął moment później za drzwiami. Obiad można było uznać za podany.
Malfoy odsunął dla mnie krzesło. Usiadłam. W ciszy zabraliśmy się za jedzenie.
Dopiero przy filiżance kawy, której nalał mi z termosu, odezwał się półgłosem:
— Chyba nie uważasz mnie naprawdę za takiego trola, który zaserwowałby ci gin w ramach obiadu? To był tylko żart. Dlaczego więc jesteś na mnie aż taka zła?
— Wiem, że to był żart, a zarazem nie wiem — odparłam opryskliwie, wsypując cukier do kawy i mieszając w filiżance tak energicznie, że aż zadzwoniły jej ścianki. Nie zdziwiłabym się, gdyby pękła. Malfoy napełnił własne naczynie. Zauważyłam, że wolał czarną kawę, bez żadnych dodatków. Usiadł wygodniej, opierając się o poręcz krzesła, wyraźnie czekając na rozwinięcie mojej wypowiedzi. — Wczoraj pracowałam do północy, próbując skończyć wszystko, co będzie nam potrzebne na dzisiejsze spotkanie. Gdy już dotarłam do domu, było tak późno, że kompletnie wybiłam się z rytmu i nie mogłam zasnąć, przewracając się z boku na bok przez całą noc. Nie wiem, czy w ogóle spałam dłużej niż trzy sekundy. Rano moja sekretarka poinformowała mnie, że jest chora i nie przyjdzie do pracy, a zostało mi jeszcze dokończenie protokołu z narady szefów departamentu z zeszłego tygodnia. Billingsly przysłał mi chyba z sześć sów w przeciągu pół godziny, pytając, co z tym sprawozdaniem…
— Trzeba mu było powiedzieć, żeby się odpierdolił. Żaden z szefów departamentu nie ma prawa ich oglądać przed poniedziałkiem i kropka. Zrobił to tylko dlatego, ponieważ sam pisał protokół z ostatniego zebrania i spóźnił się z jego oddaniem o trzy dni.
— Zdaję sobie z tego sprawę, Malfoy, ale dobrze wiesz, jaka jestem. Poza tym musiałam przygotować plan szkolenia Wydziału Czarodziejskiej Kontroli Jakości, planowanego na przyszły miesiąc, a nie wygląda na to, żebym akurat to mogła przesunąć, jako że sam minister osobiście zlecił mi organizację całości. Do tego kompletna porażka dziś rano z tym żenująco beznadziejnym Carstairsem, śliniącym się na mój widok i usiłującym zapuścić mi żurawia w dekolt. Poza tym Ron wyjeżdża jutro razem z Harrym na dwa tygodnie na jakąś międzynarodową imprezę dla aurorów do Nowego Jorku, niebędącą pewnie niczym innym niż trawieniem pieniędzy, a ja obiecałam mu, że pójdziemy dziś wieczorem na kolację do jego rodziców, przy czym pojęcia nie mam, jak wyjść z biura o szóstej, skoro…
Przestałam mówić, po prostu urwałam, ponieważ, po pierwsze, sama zauważyłam, że potok słów wylewających się z moich ust brzmiał jak wypowiedź maniaka, a po drugie Malfoy zaczął głaskać mnie po głowie w niewiarygodnie łagodny sposób. Ze zdumieniem odkryłam, że wychodzę temu dotykowi naprzeciw, wtulając się w jego dłoń i desperacko starając się nie rozpłakać.
Tym, czego nie mogłam powiedzieć Malfoyowi i wcale mówić nie zamierzałam, było to, co stało się wczoraj wieczorem. Gdy wróciłam do domu, Ron już spał. Oczywiście, bo niby z jakiego powodu miałby być na nogach, skoro dochodziło wpół do pierwszej w nocy. Będąc poprawną żoną, wywołałam go wcześniej przez sieć Fiuu, chcąc uprzedzić, że wrócę późno. Nie zastałam go w domu, za to odnalazłam u Harry'ego. Trzymał na kolanach jego najmłodszą córeczkę. Słowa Ginny „Ron zje u nas, Hermiono" i odpowiedź mojego męża „Dzięki, Gin. Wszystko w porządku, Hermiona? Dobra, nie wracaj jakoś strasznie późno" zakończyły całą sprawę. Mimo tego na pewno nie byłby zachwycony, stwierdziwszy, o której godzinie zjawiłam się w domu. Z biegiem lat doprowadziłam do perfekcji metodę wślizgiwania się do łóżka bez najmniejszego dźwięku. Niestety, choć byłam tak wykończona, że nawet moje paznokcie niemalże ziewały, mogłam jedynie leżeć na wznak z zaciśniętymi pięściami. Adrenalina buzowała mi w żyłach, a wewnętrzny zegar najwyraźniej żywił przekonanie, że skoro tak uparcie ignorowałam jego nawoływania godzinę temu, to również i teraz sen nie jest mi potrzebny. Sfrustrowana przewracałam się w pościeli, podczas gdy moje myśli obracały się wokół sześciu najróżniejszych spraw jednocześnie. Wierciłam się tak intensywnie, że w końcu obudziłam Rona.
— Do diabła, Hermiono, nie możesz wziąć trochę eliksiru Bezsennego Snu? Przez ostatnie pięć minut obróciłaś się ponad szesnaście razy. Liczyłem.
— Przepraszam, przepraszam — zaczęłam się usprawiedliwiać. — Ale afera z Jenkinsem nie daje mi spokoju. Masz już wszystko gotowe do sobotniego wyjazdu? — zapytałam, próbując zapobiec nieuniknionej konfrontacji z powodu tych wszystkich nadgodzin, które ostatnio wypracowywałam.
— Tak, nie mogę się doczekać. Ubóstwiam Stany — dodał po chwili, jakby było to dla mnie jakąś nowością.
Nawet rozespany tryskał entuzjazmem. Gdyby Fred nie zginął podczas wojny, Ron męczyłby mnie tak długo, aż wreszcie zgodziłabym się na emigrację Zakładając oczywiście, że namówiłby na to także Harry'ego i Ginny. Po wojnie wielu brytyjskich czarodziejów wyjechało z kraju. W ciągu miesięcy po finałowej bitwie wszystko wokół przypominało o tych, którzy umarli. Poza tym nieoficjalny wizerunek Stanów Zjednoczonych pasował do Rona jak ulał: waga przykładana do sportu, swobodniejsze podejście do ubioru, prostota amerykańskiej kultury. Ja sama z całą pewnością nienawidziłabym taki styl życia. Szkoda mi było czasu na zgłębianie specyfiki tamtejszego czarodziejskiego społeczeństwa. Absolutny brak pomocy z ich strony podczas ostatniej wojny z Voldemortem sprawił, że żywiłam nieuzasadnioną, jak przyznaję, urazę do wszystkiego, co amerykańskie. Ale nie musiałam się tym martwić. Molly potrzebowała dobrych dziesięciu lat, żeby dojść ze sobą do ładu po śmierci Freda i nawet Ron, który potrafił być niewrażliwy niczym pień, nie zdobyłby się na zagrożenie jej z trudem odzyskanej równowadze psychicznej, przeprowadzając się cztery tysiące mil dalej. I nieistotne w tym przypadku było istnienie świstoklików czy sieci Fiuu.
Leżałam, zastanawiając się, czy pół dawki eliksiru Bezsennego Snu wystarczy, bym zasnęła bez ryzyka, że obudzę się rano półprzytomna, gdy Ron odezwał się cichym głosem:
— Hermiono, dlaczego nie zapytałaś mnie o Jenkinsa?
Pomimo że cała sprawa była objęta ścisłą tajemnicą, musiałam jakoś wytłumaczyć się w domu z tak olbrzymiej ilości nadgodzin. Wyjawiłam więc Ronowi sedno problemu, zawężając szczegóły do absolutnego minimum i mówiąc mu, że minister zlecił Malfoyowi i mnie przeprowadzenie śledztwa dotyczącego osoby Jenkinsa. Już wcześniej krążyły plotki o jego odrażająco rasistowskiej postawie, zupełnie nieprzystające do szefa jakiegokolwiek departamentu, a zwłaszcza departamentu o tak międzynarodowym charakterze. Naszym zadaniem miało być wzięcie pogłosek pod lupę i sprawdzenie, czy zawierają w sobie ziarno prawdy. Nie wspomniałam ani słowem o obiedzie w lokalu Chevalierów, ponieważ naprawdę nie miałam pojęcia, jak wyjaśnić Ronowi fakt, że wybrałam się z Malfoyem do mugolskiej restauracji, nie wgłębiając się przy tym w takie detale jak cała maskarada z francuskim ubraniem i farsa z udawaniem małżeństwa, a tym bardziej nasz wzajemny szampański „chrzest".
— Ciebie?
Słowo wyrwało mi się z ust, zanim zdążyłam pomyśleć. Oczywiście, że powinnam porozmawiać o tym z Ronem. Z Ronem, który przewodził ministerialnej lidze quidditcha przez ostatnie piętnaście lat. Który regularnie spotykał się z Jenkinsem na potwornie nudne pogaduszki o sporcie, czyli na temat nie mogący mnie już mniej interesować, dla Rona stanowiący jednak przedmiot autentycznej pasji. Został aurorem tylko dlatego, bo za nic nie mógł wyobrazić sobie życia bez Harry'ego u boku. Był całkiem dobrym i kompetentnym aurorem, wprawdzie nie pierwszorzędnym, co zresztą sam bez ogródek przyznawał, ale solidnym. A trenowanie ministerialnej kadry quidditcha? Jego skłonność do oślego uporu, do łatwego popadania we wściekłość, wszystko to znikało, gdy tylko zakładał czapkę kapitana. Zapytałam go raz, czy zastanawiał się kiedyś nad opuszczeniem ministerstwa i wypróbowaniem swych sił choćby na średnim szczeblu w zarządzie Armat. Jego całą odpowiedzią było krótkie „Nie, dopóki Harry mnie potrzebuje, zostanę tam, gdzie jestem, dzięki".
Dwadzieścia dwa lata później nadal tkwił u boku Harry'ego, a ja zadawałam sobie pytanie, dlaczego to go tak uszczęśliwiało.
— Przecież dobrze wiesz, że często się z tym draniem widuję — odwarknął, wyraźnie rozzłoszczony, za co nie mogłam go winić. Kiedy przestałam brać go na serio, a zaczęłam ignorować, a nawet pomijać w myślach? Wykonał ruch, jakby chciał się odwrócić i położyć z powrotem.
— Proszę — powstrzymałam go, kładąc mu rękę na ramieniu. — Ron, czy słyszałeś, żeby Jenkins robił kiedykolwiek jakieś uwagi o… — urwałam na chwilę — szlamach?
Wahał się przez moment, jednak w końcu ustąpił. Musiał być naprawdę zły. Mięśnie jego barków pozostały naprężone, ale głos wrócił do niemal normalnego brzmienia.
— Tak, ale nie wtedy, gdy myślał, że kręcę się gdzieś w pobliżu. Inaczej wykazałby się kompletną głupotą, skoro mam za żonę i za najlepszego przyjaciela osoby wychowane w świecie mugoli. Na pewno ma pod tym względem uprzedzenia, to jasne, ale jest niezłym spryciarzem. Otwiera gębę tylko w towarzystwie ludzi, co do których jest przekonany, że myślą tak jak on i zgodzą się z jego zdaniem. Takich jak na przykład Malfoy, który uważa dokładnie to samo co Jenkins, ale dobrze wie, że w dzisiejszych czasach nie należy się z tym afiszować, ponieważ Harry to szef biura aurorów, a ty zaszłaś tak daleko w ministerstwie. Trzyma więc swój arystokratyczny jęzor za zębami. Wiesz chyba, że ten podstępny drań usiłuje wykopać Jenkinsa tylko dlatego, że ten jest ogólnie lubiany i popularny. Jenkins zawsze chętnie stawia ludziom parę kolejek. Nie skąpi galeonów, taki już jest. Niemało tym osiągnął u sporej ilości osób, więc puszczają jego rasistowskie uwagi mimo uszu. A przed Harrym się pilnuje. Nigdy mu się nic niechcący nie wymknie. Jednak gdy jest wśród innych, w zamkniętym towarzystwie? — Ron wzruszył ramionami i ciągnął dalej: — To nie będzie zbyt proste. Jenkins nie cierpi też Francuzów ani Japończyków, ale wątpię, żeby jego głowa miała polecieć akurat z tego powodu. Poza tym można sobie o nim myśleć, co się chce, ale jest naprawdę dobry w tym, co robi zawodowo. Ministerstwo będzie musiało się nieźle nagimnastykować, żeby zastąpić go kimś, kto tak jak on zna się na sporcie i wie wszystko o drużynach, bo inaczej, usuwając go bez porządnego następcy, samo narobi sobie na buty. — Zaczęłam się zastanawiać, jak dalej pociągnąć sprawę, kiedy Ron uniósł rękę i dotknął mojego policzka. — Hermiono, Malfoy widzi się w roli ministra magii, którym chce zostać któregoś dnia. Robi to tylko po to, żeby pozbyć się konkurenta. Możliwe, że ty będziesz następna.
Słodki Boże, kochany Ron. Pilnował, żeby nic mi się nie stało. Pocałowałam jego dłoń w zupełnie niewinny sposób, gdyż byłam tak zmęczona, że nie chciałam naprowadzać go na bardziej dalekosiężne pomysły.
— Tak, wiem — przyznałam. — Ale trzyma mnie między młotem a kowadłem. Jenkinsa należy usunąć ze stanowiska, a nie podołam temu zadaniu bez Malfoya.
— Cholerny Malfoy — mruknął Ron. — No dobra, powinnaś przepytać Blandingsa i Masona z Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Pracują z Jenkinsem od dwóch lat i mają mugolskie babki. O czym rzecz jasna ten łotr Jenkins nie ma pojęcia.
Nie byłam pewna, czy poczułam urazę czy raczej ulgę, gdy zareagował na mój pocałunek ziewnięciem.
— Dzięki, Ron. Porozmawiam z nimi. A teraz opowiedz mi coś o swoim wyjeździe. Najpierw Nowy Jork, potem Chicago, a na koniec Kalifornia?
Pozwoliłam mu przez dwadzieścia minut mówić o planowanej wyprawie. Pod koniec monologu był już tylko śpiący. Złość ulotniła się bezpowrotnie. Wcisnął się w moje ramię, przytulił i terkotał na temat wszystkich miast, które zamierzali odwiedzić, co znałam już na pamięć. Zasnął w połowie mamrotanego zdania o kalifornijskich plażach, pytając mimochodem, jak brzmiało dokładnie to genialne zaklęcie przeciwsłoneczne?…
Gdy do moich uszu dobiegło delikatne pochrapywanie, wyszeptałam swoje tradycyjne przeprosiny. Objęłam go mocno za plecy, próbując się nie rozpłakać, ponieważ byłam tak wykończona i zawstydzona przed samą sobą za traktowanie go niczym skrzata domowego.
Jednak nic z mojej nocnej rozmowy z Ronem nie powinno obchodzić Malfoya.
— Jestem zmęczona. Przepraszam — powiedziałam tylko, po czym wysunęłam głowę spod gładzącej ją ręki. Malfoy natychmiast opuścił dłoń i chwycił za uszko filiżanki. — To był naprawdę doskonały obiad, dziękuję. I choć to akurat nie ma nic do rzeczy, naprawdę nie znoszę tego mieszkania.
Z jakiegoś powodu zareagował gromkim śmiechem.
— Zmienię jego wystrój. Uwielbiam być bogaty. Hmm, uważam, że coś w zdecydowanie angielskim stylu, okraszone francuskimi akcentami, może ci odpowiadać. Jak myślisz? — zapytał i kontynuował, nie czekając nawet na odpowiedź: — I mimo że obiad był rzeczywiście wyśmienity, twój wzrok, wlepiony we mnie znad talerza zupy przez bite pół godziny, nakazuje mi zająć się teraz czymś bardziej banalnym i tym samym przejść do znacznie mniej przyjemnej części popołudnia. Powinniśmy skończyć o piątej, więc nie traćmy czasu. Mam bilety do opery na dzisiejszy wieczór, a ty musisz iść do domu i zdrzemnąć się przed kolacją wydawaną przez klan Weasleyów. Zerknij na to, co udało mi się ustalić w zeszłym tygodniu. — Rozwinął długi na ponad metr zwój pergaminu. Zamrugałam raz i drugi. — Nawet nie starasz się ukryć swojego szoku, jak widzę. Czy ty naprawdę uważasz, że ja przez cały dzień nic nie robię? Nie wysilaj się na odpowiedź, oboje dobrze wiemy, co myślisz na temat tego, co porabiam całymi dniami. A mianowicie nic. Jestem pewien, że twoje notatki są dwa razy dłuższe i na pewno nie tak zwięzłe, bo znając ciebie, próbujesz podchodzić fair do każdej zaistniałej sytuacji. I nie ma sensu wytykać ci, że nie chodzi tu o bycie fair, ale o przyciśnięcie tego drania do muru. Nie spodziewałem się zresztą po tobie innej postawy niż właśnie taka. Aha, jedna rzecz, zanim zapomnę. Musisz porozmawiać z Blandingsem i Masonem. Ich babki były mugolkami. Ze mną nie będą chcieli gadać, Blandings stracił brata na wojnie, a Mason gardzi mną z zasady. Tobie jednak bez wątpienia nie odmówią. Jeszcze kawy?
Koniec rozdziału piątego
* [i]La Vie en rose[/i] to jeden ze sztandarowych przebojów Edith Piaf.
** Savile Row to londyńska ulica, siedziba słynnych krawców szyjących na indywidualne zamówienia.
